Pijak i ja: odyseja (obyczaj, komedia, fiction, proza poetycka)

Miniaturki, drabble i inne krótkie teksty

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Pijak i ja: odyseja (obyczaj, komedia, fiction, proza poetycka)

Postautor: maciekzolnowski » ndz 10 mar 2019, 15:23

Co zrobić, gdy się ma do dyspozycji wolny dzień, a najlepiej cały wolny tydzień, letni i upalny? Jak przyjemnie się ten czas planuje, dzieli się go na kawałeczki, dysponuje się nim lekko i niezobowiązująco, medytuje się nad nim w lesie, w cieniu, po południu i o zachodzie, aż w końcu zapomina się o nim, że jest, że istnieje i że właśnie ucieka. Dzieci to nie dotyczy: nie istnieje dla nich problem braku czasu, a wręcz przeciwnie. Wiem, co mówię, bo sam jestem od czasu do czasu dzieckiem. I mam świadomość tego, jak bardzo czas mi się wlecze, jak wielce się on dłuży. Tego dnia też się dłużył, cholernie dłużył, ale na szczęście – nie tylko mnie.

Opowiem dziś o tym, jak razu pewnego uciekałem przed plugawym pijakiem racławickim, a on mnie gonił i nie chciał odpuścić tej za mną pogoni szaleńczej, morderczej, nie chciał mi darować tego, co mu uczyniłem złego i co było ewentualnie do darowania, czym go tak paskudnie obraziłem (a może i nie obraziłem – no to już zależy od punktu widzenia). Opowiem dziś o tym, co z tego dnia ucieczki zapamiętałem, kiedy go obraziłem, choć ani mu przecież nie naubliżałem, ani wyzwiskami, jakimiś brzydkimi zawołaniami go nie zaczepiłem, nie oszpeciłem tej jego gęby bardziej, aniżeli on sam to był uczynił pijaństwem niepohamowanym swojej dumie. Jako że mały byłem i jestem, zarejestrowałem to tylko, co zarejestrować się dało, co mi pamięć dziecka pozwoliła uszczknąć z tego, co nadawało się do uszczknięcia. A więc po kolei…



Żar z nieba lał się lipcowy, niemiłosierny żar lipcowy dawał się we znaki, a dzień zapowiadał się przepiękny. Dzieciaki z wioski, polne Jaśki i wiejskie Małgośki nudziły się okrutnie, gdyż niczego do roboty znaleźć sobie nie potrafiły ani miejsca zagrzać nigdzie na stałe nie umiały. Pilnie poszukiwało się więc wrażeń, rozmaitych impulsów do zabaw i najgłupszych nawet uciech, w rodzaju konkursu plucia w dal czy wyścigu ślimaków winniczków.

To nieróbstwo wciągające i daleko posunięte trwałoby może jeszcze długo, gdyby nie tajemnicza postać siedząca na zbitej z desek ławce byle jakiej, w pobliżu ulicy Ogrodowej, na zabitej dechami wsi opolskiej, także byle jakiej i szkaradnej. Postać wydzielała woń intensywnie alkoholową, wzmocnioną przez upał sakramencki, intensywnie się z nieba lejący. Śmierdziało w pobliżu ławeczki i w oddali, ale w pobliżu śmierdziało najbardziej. Ale nie tylko śmierdziało, bo i pachniało trochę też jednak: owocami. Był to zapach winny, jabolowy, jakby coś żyło i gniło jednocześnie, a gnijąc czerpało z tego bakchiczną radość życia. I wkrótce cała, nieplamiąca się żadną robotą, hałastra podwórkowa postanowiła sprawą się bliżej zainteresować. A ta śmierdziała i miała na imię Witek.

Był to miejscowy Janko-muzykant, talent do dmuchania i dojenia równo. Doił mianowicie piwsko, wódkę i ogólnie wszystko, co się doić dało, a dmuchał w ustnik albo też stroik, kiedy grał na którymś z instrumentów dętych ustnikowych albo stroikowych. Boże, jak on grał, jak on grzmiał! Obsługiwał wszystkie wesela i pogrzeby (niektórzy umierali po to tylko, ażeby jako duchy posłuchać sobie Witkowej „Ave Maria”). Pojawiał się na imprezach szkolnych, kościelnych i gminnych. Zaliczał roztańczone dancingi, a one zaliczały jego, bo był przystojny i tani. Czasem bawił ludzi grą, a niekiedy – sam się bawił, świetnie się bawił, tą grą, o której wspominałem, i nie tylko grą, bo przecież lubił się bawić, a nie tylko lubił grać.

I właśnie wracał z kolejnej takiej „umpa, umpa”, z Radosnej wracał kolejnej. Najpewniej nie mógł, a może i nie chciał trafić do domu, nie myślał do chałupy trafić może. Siedział więc na tej obskurnej ławce, zawieszony, z głową zwieszoną, pochyloną w dół, z tępym spojrzeniem zamroczonego lwa salonowego, spelunowego i napawał się własnymi perfumami, woniami letnimi i samotnością się napawał. Postanowiłem go zaczepić, gdyż byłem odważny jak nie wiem, ale tylko do czasu, a teraz przez moment jeszcze byłem, więc go zaczepiłem:

– Cześć Witek!

– No cześć!

– A co tak siedzisz?

– A co?

– Zaśpiewasz z nami?

– Zaśpiewam.

No i zaśpiewał: pierwszą zwrotkę sam, drugą ze mną, a trzecią z całą ferajną. Wszystko byłoby może i dobrze, gdybyśmy poprzestali na jednej pioseneczce, i przyjemnej takiej, i miłej dla ucha, i gdybyśmy nie przystawali z pijakami, choćby najzdolniejszymi i najmilszymi pod słońcem, księżycem oraz gwiazdami. Ale dla mnie było nie dość na jeden dzień, za mało mi było wrażeń, no więc tak z głupia frant siupnąłem z siebie takie oto pytanko, a potem cały ciąg siupnąłem i wylałem w eter kilka kwestyjek:

– Chcesz, Wituś, cukierka?

– Chcę.

– Na pewno chcesz?

– No pewno, że chcę!

– No to idź do Gierka. Gierek ma, to ci da. Kopa w dupę. I pa, pa!

– Cooooo?

– A jajco, Wituś, jajco!

Oj, niepotrzebne to było z mojej strony pytanie, zagranie, niepotrzebne takie jakby zagajenie, na nerwach mu zagranie, a potem jeszcze rozwinięcie tematu tego chcenia, chciejstwa, chuci tej związanej ze słodyczami czy jak to nazwać. Już wkrótce miałem się przekonać o tym, jak bardzo było niepotrzebne i niestosowne, to pytanie, które było też przy okazji niemiłe. No i jeszcze ten ciąg siupnięć niestosownych z Gierkiem na czele i dupą kopaną na wielki finał. O, zgrozo!

Dzieciarnia zamarła tymczasem, ja zamarłem tymczasem, ptaki przestały śpiewać, ale latać jeszcze nie przestały, bo nie widziałem, ażeby któryś z ptaków spadł z niebios, choć podobno parę tygodni temu coś złego wydarzyło się w Czarnobylu, ale co ja tam wiem, sześciolatek. I nawet one zamarły, zamilkły znaczy, przestały kwilić i ćwierkać, te skrzydlate kruki, wrony i gawrony (nie znam się na ptakach, ale wiem, że niektóre kwilą i pięknie śpiewają). No a krowy? Co z nimi? Krowy na moment dawać mleka zaprzestały, a w każdym razie – tak mi się wtedy wydawało, że zaprzestały, bo przecież nie sprawdzałem, co robią krowy we wsi i czy dają, czy nie dają się doić i w ogóle. Miałem pilniejsze sprawy od dojenia, ważniejsze na głowie i pijaka też miałem albo mieć mogłem, i to już wkrótce!

Cisza zapanowała, bezgraniczna cisza absolutna zatriumfowała i absurdalna, zważywszy na pogodę, która do cichanek nie zachęcała wcale a wcale. I Adam, starszy mój koleżka z sąsiedztwa – bo ja mam takowego sąsiada, co chodzi do starszaków – mógł wreszcie usłyszeć burczenie w brzuchu, co mu pomogło zdać sobie sprawę z uczucia. To głód, świdrujący i grający marsza, za pośrednictwem kiszek, dawał o sobie znać. Dopóki jednak kolor skóry muzykalnego pijaka ogrodowego, racławickiego był zielony, wszystko było okej (zieleń kojarzyła się szkolnej hałastrze z lekcją biologii i równie mało ją obchodziła), jednak kiedy naprzód szyja, a potem już cała twarz Witka zrobiła się czerwona niczym piec rozgrzanej lokomotywy albo ciuchci, powoli stawało się jasne, że kto ma nogi, musi wiać, i to szybko musi!

Tak więc ruszyliśmy, my, hałastra, dzieci-śmieci, my, bąki-dzieci, dzieci-bum-cyki, my, małe rozbójniki. Po chwili jednak okazało się, że „wszyscy jak jeden mąż” nie oznacza wcale „tak samo, jednakowo, równo”, bo oto znajdowali się między nami sprinterzy, ale były wśród nas też i pospolite cieniasy, z wuefu słabowite. Takie armie słabowitych i nawet całe nietrafione zastępy, bo słabowitych było więcej, aniżeli niesłabowitych. Wiadomo: zawsze tak jest i to „zawsze” jest normalną sprawą oczywistą.

Jako pierwszy stanął Adam, koleżka mój, bo go wnet kolka złapała, co mu wewnętrzne głosy oznajmiły, utwierdziły go w przekonaniu o niemocy ciała słabego, kruchego. Dla niego było już po zawodach, po tym głosów buczącym, huczącym zwiastowaniu. Właściwie to on w ogóle nie biegł, wcale właściwie nie biegł owego dnia. To znaczy trochę biegł, a trochę jednak szedł chyba. Powiedziałem „chyba”, a to dlatego, że byłem zajęty uciekaniem bardziej, aniżeli obserwowaniem kogokolwiek z wyjątkiem samego pijaka, przez którego ta cała draka, więc nie zaobserwowałem, co dokładnie robił Adaś, ale wiem, domniemywam, że trochę biec musiał przecież, skoro wspominał później o kolce.

A ludzie w całej wsi gadali przez kolejne trzy dni i trzy noce (to jest do czasu, gdy co innego łby im zajęło plotkarskie i te wiecznie mielące ozory) o cudownym ocaleniu koleżki starszaka, co to mu Pan Bóg podał pomocną dłoń opacznościową. Chyba była to czapka niewidka, cudowna jakaś, z daszkiem i w ogóle, bo Witek go nie zauważył i pobiegł dalej przed siebie, a za mną i za resztą bezkolkowych-innych, którzy także umykali przed żulem, co wcześniej pił i siedział na tej oto ławce, a teraz się na dodatek gniewał, zamaszyście przy tym gestykulując i wygrażając, i wymachując rękami: uuu, uuu! Ale nie na Adasia, o, nie, nie, tylko na mnie się wpieniał, ot co.

Jako kolejny odpadł gruby Wrona. Sam z siebie stanął znienacka pod wielkim prasłowiańskim dębem: przodem do pijaka, a tyłkiem do drzewa. Och, cóż za autonomia w podejmowaniu odważnych decyzji! Znać wybitnie indywidualny charakter tego – w pewnym sensie – zawodnika, racławickiego indywiduum, naszej maskotki (fajnego, bo grubego, na którym to grubym skupiały się wielkie dla niego zachwycenia). No więc stanął. I jak stanął, tak trwał, stał i trwał, jak ten dąb prastary, prawieczny. Jak gdyby chciał w ten sposób wszystkim zakomunikować: „Wrona żyją stadnie, orzeł – sam”. I tylko lejąca się po koronie drzewa półpłynna ciecz stanowiła skazę na nieskazitelnym wizerunku tego „odważnego inaczej”. A zresztą: kto tutaj był dziś odważny, tak naprawdę, no kto, w obliczu nieobliczalnego i niemożliwego!? Niemożliwe było bowiem to, że nieprzytomny prawie pijak zdołał się w ogóle z ławki ogrodowej podnieść, unieść się zdołał, a nie dość, że zdołał i że powstał, to jeszcze zaczął naszą ferajnę ostro gnębić. I ganiał ją po całych Racławicach i innych Klisinach, po ogrodach i podwórkach, jak jakieś zombie, jakieś zombie, jakiś stwór, nieżywy stwór, na wpółżywy stwór, a jednak wciąż bardzo żwawy! Ładnie żwawy, pięknie i ładnie zwinny, choć zagniewany taką wielką pasją żalową, prawdziwym żalem pasyjnym zagniewany i wkurzony; ech, ładne rzeczy!

Jako następny zatrzymał się Boguś, koleżka trochę przyjezdny, a trochę miejscowy (na miejscu miał babcię, starowinkę, astmatyczkę, która tu mieszkała w tym starym, poniemieckim domu mieszkała, naprzeciwko mojego starego, poniemieckiego). Nic o nim więcej nie powiem, oprócz tego, że zasłynął w okolicy spektakularnym wypraniem komeżki mszalnej w gnojówce z przydomowego rowu, z przydomowej obory pochodzącej, wyciekającej. Co za bezmyślność! Ale też i – co za regaty na falach gnojowicy, ładne zresztą bardzo! Szkoda, że tego nie widziałem, że mi tylko o tym opowiadano, naprawdę wielka szkoda.

I tak odpadali kolejni „biegacze”. Nie wiem dokładnie, ilu ich było, bowiem przyszłość zwiększyła tę magiczną liczbę tak, iż z owych pięciu zrobiło się ich raptem dziesięciu, a z tych dziesięciu jeszcze piętnastu – i tak do końca wakacji nie było we wsi dziecka, coby przed Witkiem rzekomo nie uciekało. Widać tedy, jak legenda i plotkowanie robią swoje.

A Witek tymczasem ścigał mnie aż do domu. Najpierw gonił mnie przez wioskę, a następnie – dalej przez pola, kiedy wioska się skończyła. No a potem – to już nie wiem, czy gnałem sam czy też z Witkiem, gdyż wolałem się nie oglądać i tego nie sprawdzać. Zatoczyłem w efekcie wielkie koło i powróciłem wałem nadrzecznym oraz ogrodami na chatę. I tam spostrzegłem, jak mój dziadek, który jest w połowie człowiekiem a w połowie obcym, dokonuje wyrafinowanej teleportacji żula w siną dal kosmiczną, liczoną w latach świetlnych.

Ale nie to jest najważniejsze, bo u nas we wsi jest bardzo wielu takich obcych, którzy pozostali jeszcze po wojnie. Autochtoni, androidoni czy jakoś tak (nie wiem, jak zapisuje się to trudne słowo). To zdaje się pozostałość po Trzeciej Rzeszy i w ogóle tajne sprawy, sprawki i eksperymenty Hitlera. Zastanawiam się tylko, dlaczego ci obcy nie mają dużych czarnych oczu i skóry w kolorze zielonym, takiej z łuskami, jak pokazywali w „Star Treku”. Będę musiał o to kiedyś spytać dziadka (on wie tak dużo i też kocha kapitana Kirka i Spocka). Ale – jak się rzekło – nie to jest najważniejsze. A co? Ha!



Tego dnia coś się we mnie zmieniło: przeistoczyłem się nagle w sportowca, prawdziwego sprintera, runnera i stałem się oto mężczyzną, drugim Forrestem Gumpem, jednym z tych wiecznie zrzędzących dorosłych, co to z niczym się nie wyrabiają, bo czas płynie dla nich szybciej i o wiele za szybko. Pamiętam też, że leciałem jak na komendę z filmu, który dopiero powstanie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym: „run, Forrest, run, run”, że gnałem jak oszalały aż do wspomnianego gniazda rodzinnego, gdzie wkrótce padły słowa, którymi mój dziadek osobiście rozbroił pijaczka z tej jego pijackiej piany i zacietrzewienia, a zrobił to na tyle skutecznie, że potem już nigdy więcej mi Witek nie zagrażał:

– Moczymordę obrazić niepodobna, gdyż jest to, proszę pana, niemożliwe. A więc żegnam! Do zobaczenia w innym układzie. Planetarnym!

Added in 1 minute 29 seconds:
UWAGA! Wulgaryzmy, a właściwie, to jeden, ten na literkę de. ;-)



Awatar użytkownika
szopen
Pisarz pokoleń
Posty: 1058
Rejestracja: śr 25 kwie 2012, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Pijak i ja: odyseja (obyczaj, komedia, fiction, proza poetycka)

Postautor: szopen » ndz 10 mar 2019, 15:34

Na plus: masz styl naprawdę swój własny, od razu rozpoznawalny. Na minus: ała, co to za styl... Mi się nie podoba. Od czasu do czasu jakieś Twoje teksty czytam i zawsze są pod tym względem podobne: stylizacja, wyszukane i nie zawsze trafne porównania, rozpisywanie się nad tym, co powinno być opisane prosto. Mam wrażenie za każdym razem, że delektujesz się tym, że umiesz pisać. Kojarzy mi się to z tekstami Hardy'ego, ale Hardy jednak pisze prościej, a Ty zawsze lecisz w zdania długie i rozbudowane.

Tekst kilkakrotnie wskazuje, że niby jest to zapis myśli sześciolatka, dziecka, a zdecydowanie to nie jest styl dziecka. Prędzej staruszka, po latach wspominającego, jak to dzieckiem był. Jeżeli on tak bardzo się wczuwa, że chociaż jest staruszkiem, to w czasie opowiadania przeistacza się w dziecko, to chwyt chybiony i niezbyt udany.

Poniżej parę drobiazgów.

maciekzolnowski pisze:Source of the post powiem dziś o tym, jak razu pewnego uciekałem przed plugawym pijakiem racławicki

Wywalić, niepotrzebne.

maciekzolnowski pisze:Source of the post aniżeli on sam to był uczynił pijaństwem niepohamowanym swojej dumie

Matko Boska. Co??! Kompletnie od czapy to całe zdanie.

maciekzolnowski pisze:Source of the post Śmierdziało w pobliżu ławeczki i w oddali, ale w pobliżu śmierdziało najbardziej.


Odkrywcze stwierdzenie..

maciekzolnowski pisze:Source of the post , to pytanie, które było też przy okazji niemiłe

Ała... Kolejna odkrywcza myśl

maciekzolnowski pisze:Source of the post opacznościową

No weź :D



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Pijak i ja: odyseja (obyczaj, komedia, fiction, proza poetycka)

Postautor: maciekzolnowski » ndz 10 mar 2019, 20:01

Szczerze, konkretnie i treściwie! Dzięki, Szopen! Poprawię babole i zastanowię się nad przeredagowaniem i uproszczeniem niektórych długich i zawiłych zdań (poważnie), bo wierzę, że da się to zrobić bez uszczerbku dla całej tej zabawy w stylizację.
I teraz właśnie o samym stylu: na czym się wzorowałem - a niech ktoś zgadnie:

"Rano przyjechałem do tego wielkiego miasta. Cały dzień po nim łaziłem, po jego ulicach i
mostach, których jest pełno w tym mieście. Przepływa przez to miasto druga wielka rzeka tego kraju, ale nie jednym korytem, tylko mnóstwem kanałów, które gdzieś, za miastem,muszą się łączyć, ale w mieście jest pełno kanałów, stąd pełno mostów, po których łaziłem przez cały dzień. I po ulicach między mostami. Prawie na każdym moście przystawałem" E. Stachura.



Awatar użytkownika
Kadah
Pisarz domowy
Posty: 189
Rejestracja: ndz 09 wrz 2012, 18:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Pijak i ja: odyseja (obyczaj, komedia, fiction, proza poetycka)

Postautor: Kadah » pn 11 mar 2019, 15:31

To nie jest zły tekst, z zastrzeżeniem, że piszesz tylko i wyłącznie dla siebie. Żeby się delektować, że potrafisz nadymać te zdania jak wielkie kolorowe baloniki, wciskać w nie tyle powietrza, że stają się przezroczyste, odbarwione, gotowe w każdej chwili trzasnąć.
Ale jeśli tak jest, po co wstawiasz je tutaj?
Ktoś mi kiedyś dał świetną radę. Powiedział, żebym starała się pisać takie teksty, jakie sama chciałabym przeczytać. Sądzę, że też powinieneś posłuchać. Zastanów się, czy istnieje na tym świecie osoba, dla której szczytem literackiego kunsztu mógłby się stać twój krótki dialog odnośnie cukierka i Gierka?
Fajnie, że czytasz Stachurę. Ale po co ci ta stylizacja? Czy jest we fragmencie, który przedstawiłeś, naprawdę tak doskonały język, żeby próbować go naśladować? Bo ja naliczyłam w tych kilku przecież zdaniach powtarzające się w nieskończoność słowa"most" i "miasto", jakby autor cierpiał na werbalną czkawkę.


There is no God and we are his prophets.
The Road by Cormac McCarthy

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Pijak i ja: odyseja (obyczaj, komedia, fiction, proza poetycka)

Postautor: maciekzolnowski » pn 11 mar 2019, 20:37

"Zastanów się, czy istnieje na tym świecie osoba, dla której szczytem literackiego kunsztu mógłby się stać twój krótki dialog odnośnie cukierka i Gierka?".
Akurat to jest najprostszy i najbardziej klarowny fragment mojego tekstu, ale pewnie masz rację: wielkie kolorowe baloniki nie są do niczego potrzebne. Pytanie: co pozostałoby z "Pijaka...", gdyby usunąć te różnobarwne świecidełka i inne fajerwerki. Nic, pewnie nic. Ale może spróbuję, tak z czystej ciekawości, uprościć to i owo (może wystarczy po prostu wykreślić parę zdań - moja ulubiona metoda, rzadko niestety z niej korzystam). I jeszcze coś: ciekawe, jakby historyjka zabrzmiała, gdyby została opowiedziana przez dziecko, zaobserwowana oczami małego chłopca? Tak, wiem, że to pomysł stary jak świat, ale... Dzięki za komentarz! :)




Wróć do „Miniatura literacka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość