Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Adam, gałeczka, muchomory, esesmany - część II, ostatnia [horror, obyczaj, komedia]

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 369
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Adam, gałeczka, muchomory, esesmany - część II, ostatnia [horror, obyczaj, komedia]

Postautor: maciekzolnowski » wt 26 lut 2019, 20:05

WULGARYZMY!

Przedstaw sobie, że jesteś Adamem albo Maćkiem. Brodzisz wśród najprzeróżniejszych odcieni barw złamanych, bieli, czerni, szarości, kolorów Ziemi. Ty – idziesz jako pierwszy. Kolega pozostaje z tyłu, zaraz za tobą. Będziecie się posuwali naprzód, żwawo przy tym maszerując. Dobry nastrój nie opuści was jeszcze przez pół godziny. Co stanie się potem? Lepiej nie mówić. Po drodze natkniecie się na kilka osobliwości (nie, nie przyrodniczych: salamandry plamistej z całą pewnością nie ujrzycie). Pierwszą – będzie stara, zardzewiała tabliczka z napisem: „Zakaz wstępu” w języku niemieckim. Zignorujecie ją. Pomaszerujecie dalej. Drugą osobliwostką – będzie monumentalna ambona myśliwska z drabiną o trzydziestu siedmiu szczeblach. Trzydzieści siedem – fajna liczba. Nie sądzę, aby mogła przynieść któremuś z was szczęście, za późno na to. Weszliście na ziemie dla żywych zakazane, pilnowane przez samego diabła, na których strach tylko panuje i mrok, a jedyną wierną towarzyszką smutku jest śmierć.
Ale ciekawość silniejsza jest od lęku, kiedy się widzi to, co ty teraz. Wchodzisz więc, bohaterze, na ambonę, na sam jej czub. Wchodzicie jak najlepsiejszy z najlepsiejszym, razem, jak na przyjaciół przystało. Ty – znajdujesz się z tyłu, kolega – kilka szczebli przed, a właściwie nad. Spoglądasz w górę, ale go nie widzisz. Mgła połknęła „mięcho” albo niefortunnie spadł w czeluść piekła, gdy ty zajmowałeś się niepatrzeniem i niewidzeniem. A być może wszystko ci się pomieszało i wcale nie właził. Czyżby pozostał na ziemi i czekał tam na ciebie? Przekonasz się, jak będziesz na samym szczycie. Albo na samym dole. I tu pojawia się problem – idziesz i idziesz, droga się wciąż wydłuża, a celu jak nie było, tak nie ma. Sen to jest czy jawa?
(Czytałem kiedyś opowiadanie o człowieku, który jeździł koleją dla samej przyjemności podróżowania, ot tak, bez celu. Dosłownie wpadał w trans i – niczego nie pamiętając – wsiadał na jednej, a wysiadał na innej, dalekiej stacji, kompletnie przy tym nie rejestrując momentu wybycia z domu. Nie myślał, skąd ani dokąd, ani za co jedzie. Ale jedno wiedział na pewno: to mianowicie, iż chce uczestniczyć w podróży, ruchu z punktu A do punktu B właśnie w imię tegoż ruchu. Marzył, by takowa voyage, journey, viaggio, Reise trwała całą wieczność).
Ale to była tylko zmyślona opowiastka, jakaś kolejarska gawęda. Tymczasem sytuacja z nieskończenie wysoką amboną, wybujałą jak toskańska winorośl, stawała się z wolna rzeczywistością – dziwną, przerażającą, zaskakującą, nieprawdopodobną, ale jednak rzeczywistością. Można by nawet zaryzykować twierdzenie: „to twoja własna historia, twoje życie i twój problem”.
Spoglądasz tymczasem w dół. Pod przerzedzającą się z wolna zasłoną, która spowiła ziemię gęstą melancholią, na moment zwraca na siebie uwagę ruch. Ciekawe. Dwa cienie, z których jeden wygląda na widziadło kobiety, drugi zaś – tak jakoś bardziej znajomo, zeszły się w jeden, potrwały w ten sposób przez chwilę, a następnie razem gdzieś odpłynęły w grobowym milczeniu, pozostawiwszy na pastwę rozczapierzonego lasu ciebie i tę twoją wyniosłą ambonę.
Zbiegasz. Zstępujesz. Z drabinki złazisz. Stopą glebę wymacałeś. Drżenie rąk i nóg starasz się opanować i sytuację chcesz zrozumieć. Rozglądasz się bacznie. Nikogo naokoło, nic, tylko ta bezczelnie rozwrzeszczana, rozdarta na całą japę mgła, z morduchną przecudnie zrytą jak u mumii. Chce ci się wyć, ale cisza jest – bo być musi – bezwzględna, bardziej lękotwórcza i świetnie nadaje się do konwencji horroru. Co tu dużo gadać – ta dojmująca aura stała się teraz jeszcze bardziej dojmująca.
W ciemnościach odnalazłeś wąską, błotnistą ścieżkę, na którą wstąpiłeś, aby odszukać Adama lub jego namiastkę, surogat najlepsiejszego czy choćby jego cień. W ten sposób natrafiłeś na te niby widmowe ruiny łaźni, całkiem zresztą realne, materialne, namacalne, do poziomu półpiętra w ziemi zakopane, zagrzebane. Otworzyłeś zardzewiały właz i wszedłeś do środka, schodami w dół – pierwsze drzwi na lewo.
Twym oczom ukazał się widok kilku żałosnych kabin z natryskami i coś jeszcze. Światła. Wiele świateł. Zamigotały tak potwornie i złowieszczo. Nastraszyłeś się. Struchlałeś. Zwątpiłeś. Teraz się zastanawiasz, skąd, u licha, w tym czarnym lesie halogeny, hologramy, zwodnicze omamy. Oto dane są zimne, szpitalne żarówy, jak w zaułkach pipidówki. Ach, i jeszcze całe okrągłe zero obecności tego, którego szukałeś.
Przez głowę przelatuje ci szalona myśl, lotem błyskawicy, runy sig, a ty zaczynasz postępować co najmniej dziwacznie. Wchodzisz do jednej z kabin i odkręcasz kurek z wodą, w ubraniu! Zamykasz oczy. Łepetynę zadarłeś. Orzeźwienia oczekujesz. Relaksu. Chwili ciszy w dziwnej ciszy, pełnej napięcia i wyczekiwania, ciszy dookolnej, piekielnej, cmentarnej, grobowej, która tu panuje, króluje. Jest albo jej nie ma.
Bam! Właz trzasnął, hałasnął. Zatrzasnął się. Z tobą w środku! A woda? Co z nią? Gaz jest za to. Leci. Ulatnia się. Uchodzi. Ach, to ci źli ludzie w mundurach! Fałszywy prysznic dostałeś od nieludzi! Taki ci prysznic zafundować raczyli. Ale ktoś za to zapłaci, oj, zapłaci! A kto? Hitler? On nie żyje. Zapłaciłby, gdyby żył? Nie wiem. A za wodę? Tak, za gaz i wodę…
W kabinach obok zamigotały tymczasem widziadła poharatanych osobników płci męskiej, trochę przypominające zombiaków, ale ty, na szczęście, nie zdołałeś tego zauważyć, więc ci o tym mówię, uświadamiam cię. Niby się to ichniejsze pokiereszowanie jątrzące wyczuwało na kilometr albo i dwa, a jednak, gdy spoglądało się pod światło pełgających halogenów, nie było tam nikogo. Rozumiesz? Nikogo!
Nagle potężna, kosmata, umorusana czymś lepkim łapa pociągnęła cię mocno za ramię i prawie na siłę wydobyła z zaświatów. Tak zwana Opatrzność… Tym razem ręka Boga okazała się mieć ziemskiego właściciela i należeć do Adama, którego szukałeś.
– Stary – mówisz mu – tak się cieszę, że to ty! Opowiedz mi coś, ażebym przestał się bać.
– Lasek Snowaniec. W miejscu, w którym droga łączy się z wąską ścieżką coś na mnie lezie. Myślę sobie: „oho; nie wiem, co to jest, ale dupą kręci fest”. Okazuje się, że zaskoczyłem borsuka. Ja jego, a on mnie. Odszedł bez słowa i żalu, kręcąc zadkiem jak Beyonce. A teraz twoja kolej.
– „Przepraszam, szukam ustronnej drogi, zna pan taką?” – zagajam pewnego turystę. „A co, chcesz się zabić?” – pyta zaintrygowany. „Dziś nie, za ładnie jest.” A on mi na to: „Fajny masz ten pojemnik na gorzałę”. „Ee, to tylko futerał na puzon, pusty, na dodatek”.
Ty i Adaś znowu razem! Wspólnie wyskoczyliście na zewnątrz, zziajani, zmasakrowani, zamroczeni, a gaz szczęśliwie pozostał w gazowni, Tauronie i pod prysznicami, tymi pod ziemią (mój Boże, jest taki drogi i mało kaloryczny, o wiele za drogi).
A tymczasem na dziedzińcu trwa właśnie apel. Esesmani prężą się jak indory: wciągnięte i schowane brzuchy, głowy lekko odchylone do tyłu, oczy skierowane ku niebu, czapki założone przepisowo i starannie, a mundury – schludne jak cholera. Słowem: typowo niemiecki Ordnung. Wszystkim znany jest taki obrazek już choćby z samych filmów: polskich i zagranicznych, dokumentalnych i fabularnych.
Spóźnialscy otrzymują baty: spodem karabinu w łeb, ale nie za mocno, tak tylko, ku przestrodze pozostałych. Trzeba być punktualnym! Apel to apel, nie jakieś „Party przy świecach”.
Tracisz przytomność i lądujesz na pryczy w jednym z baraków, gdzie śnią ci się muchomory oraz to, jak pewien internauta o nich nawija (to jego pierwszy raz, właśnie wtedy stracił dziewictwo: zagrzybił się):

W pracy się okazało, że skończyły się materiały i już o dwunastej byłem wolny. Od razu przez myśl mi przeleciały muchomorki, ale sam jeść nie będę, a kumpel zajęty. Jakiś czas potem dostaję esemesa: Jo ziom, i jak tam, wysuszyły się, bo ja już w domu, i mam na nie ochotę.
Na chacie u kumpla… Rodzice i młodszy brat w pobliżu. Siadamy przed kompa. Trochę muzyczki, gadamy, partyjka w q-trzy. Jedno, drugie spojrzenie.
– Masz te grzyby?
– Mam.
– Jemy?
Po zjedzeniu mogą wystąpić nudności – mówię mu o rzeczach, które przeczytałem na hyperrealu i erowidzie. Nie obchodzi nas to! Wchrzaniamy, a potem postanawiamy jechać rowerami do mnie. Do mnie nie dojeżdżamy. Jako że obaj bardzo lubimy kosza, widząc znajomych koszykarzy na boisku podbijamy do nich z chęcią gry dwóch na dwóch. Rozgrzewka i startujemy. Raz i dwa, mecz wygrywamy!
Po jakimś czasie… Dookoła tyle rzeczy, które tylko są, istnieją i zupełnie jakoś nas nie obchodzą, próbujemy na czymś się skupić, ale nic z tego nie wychodzi. A jednak coś przykuwa naszą uwagę, coś, co leży na ławce, ma kulisty kształt, jest małe i mokre. Kumpel dotyka i mówi:
– Co to?
– Nie wiem, mokre jakieś.
– O kurwa! To żyje!
Po około dwudziestu minutach:
– O! Już wiem! To jest pestka po brzoskwini!

Nagle słyszysz hałas. Ktoś cię budzi. Musisz wstawać. Schnell! Wybuchł bunt. Więźniowie starają się uciec z obozu, a ty – wraz z nimi. Wybiegasz na zewnątrz i lecisz z głównym nurtem uciekinierów w kierunku wyłomu w naszpikowanej kolcami siatce. Po sekundzie znajdujesz się na wolności, ale jej zewu nie poczułeś. Może nigdy nie poczujesz?
Niknąc w mroku, pośrodku lasu widziadeł i w morzu szumiących złowieszczo limb, zauważasz Jagę, tę nawiedzoną, wiejską zielarkę, pamiętasz? Ty spostrzegasz ją, a ona – ciebie, w ciemnościach, a jakże. Stoi i rozmawia z jednym z esesmanów. Stoją razem. To chyba ktoś ważny, bo wygląda groźnie i ma dużo medali oraz oficerski naramiennik. Nie jest dobrze, skoro Baba zdążyła cię już wyniuchać swym haczykowatym kulfonem. Musi coś do ciebie mieć, gdyż palcem wskazała dokładnie to miejsce, w którym skryłeś się za drzewami. Ale co może mieć? Ona, czarownica o imieniu Jaga, i ci tam, okrutni naziści z obozu, stoją i się naradzają. Wspólnie! Okultyzm, psiakrew, nazistowskie abrakadabra, szwabskie strachy na Lachy – dlaczego mnie to nie dziwi?
Wreszcie esesmani się zorganizowali (są nieźli, szybcy jak nie wiem co). Ty uciekasz z resztą obozowych upiorów, chłopaków z jenieckiej ferajny, ale coś jest nie tak, tak ogólnie.
W jednym z baraków znajdowały się mutanty – efekt nieudanego eksperymentu, jego najbrzydsze, niekochane dzieci, coś a la zmobie SS. Ktoś nieopatrznie musiał je stamtąd wypuścić, z zerowej zony. Teraz zaczęły brykać po leśnych ostępach i żywym deptać po piętach. Niewielu tutaj żywych, ale paru by się znalazło, na przykład taki Adaś, którego właśnie... dorwały, a niech to! Ciebie dopadną lada moment, zanim zdążysz cokolwiek pisnąć, możesz być tego pewny.
I tak oto znalazłeś się na samym przodzie nocnego peletonu. Dlatego też odnosisz wrażenie, że wszyscy cię teraz gonią: żywi, nieżywi, upiory, mary, zombie i esesmani. Po drodze zauważyłeś ambonę, którą już raz dzisiaj mijałeś. To znak, że zmierzasz w dobrym kierunku. Szkoda, że ta leśna konstrukcja przeistoczyła się w okamgnieniu w coś na kształt piernikowej chatki na kurzej łapce. Może to tylko sen? Chyba nie myślisz tego sprawdzać i się tam wdrapywać?
...
Ot, i koniec, wielki finał, prawda prawd, morał nad morały! Chcesz coś jeszcze dorzucić, zanim kurtyna opadnie? Zrób to, ale bardzo głośno, na tyle, ażeby wszyscy usłyszeli, a wypowiedziane słowa weź sobie do serca: „nigdy więcej grzybowych mikstur; jeśli już, to sama gała: maksymalnie pięć orzechów”.



Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości