Pasieka wujaszka Władysława. Droga na stację (wersja poprawiona, skończona)

Miniaturki, drabble i inne krótkie teksty

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Pasieka wujaszka Władysława. Droga na stację (wersja poprawiona, skończona)

Postautor: maciekzolnowski » wt 05 lut 2019, 22:57

Muszę uczciwie powiedzieć, że mi się tekst załączony u dołu kompletnie nie podoba. Śmiem wątpić, czy kiedykolwiek go ukończę (nie mój styl, nie moja bajka). Pomyśleć, że to tylko jedna z części tej wielce choler**j sagi rodowej zw. "Pasieką".
*****************************************************************************


W skwarne dni wakacyjne jeździłem wraz z babcią i ciocią Jadzią pociągiem na zakupy. W wielkim mieście babcia kupowała mi lody, lizaki i watę cukrową, której smak, ledwie wyczuwalny, przekraczający wszystko to, co zawierało się w wyrazie „słodycz”, wybrzmiewał na końcu cienką melodią aeryjną i ziszczał w słowach: „delikatność”, „aksamitność”, „lepkość”, „miękkość”. Miasto nie było wielkie, tak naprawdę, ale czy aby na pewno można ufać pamięci dziecka? A wieś, w której się wychowywałem – to też raczej klasa średnia, stąd może i ów kontrast, abis, w ramach którego jawił mi się cały ogrom miejscowości ościennych, gminnych, powiatowych, które z babcią odwiedzałem.
Wychodziliśmy z domu i wędrowaliśmy całe pół godziny na dworzec kolejowy, dostojny, ceglany, ze strupieszałym, spadzistym i efektownym dachem, a ciocia wychodziła nam naprzeciw.
I choć lekko lazurowa uliczka tonęła w wybujałej do granic możliwości zieleni, to jednak czuło się tutaj przestrzeń jak nigdzie. A w dni upalne, takie jak ten, obmacywały człowieka dodatkowo wścibskie spojrzenia natrętnego oka-słońca. Były to tereny od święta zalewowe, grzeszące nazbyt bliskim położeniem względem Osobłogi oraz rodzajem zdradzieckiego zbratania z rzeką, spoufalenia się z nią w czasie i przestrzeni. Toteż przypuszczano, iż wśród zwykłych tubylców znakomitą większość stanowili przedstawiciele któregoś z prastarych rodów wodników albo syren, i że wszystkie te istoty w owym czasie należały do jakiegoś zakonu słonecznego, czczącego swego bożka, spijającego całą słodycz dnia miododajnego, nakładającego swym członkom złote maski kultu bakchicznego, pozdrawiającego się grymasem w postaci: zmrużonych oczu, wywalonych na wierzch języków, podciągniętej aż do bólu górnej wargi.
Mijaliśmy najpierw ulicę Ogrodową – płaskie, gliniane klepisko, pełne widmowych ruin i niezbyt zadbanych domków, mając po lewej stronie niebosiężny komin manufakturowy z bocianim matecznikiem na wyniosłym czubie, gdzie czuło się słowiańskość jak nigdzie indziej, gnieżdżącą się od wiosny do babiego lata z całym dobrodziejstwem inwentarza, abociem było to właśnie rozklekotane błogosławieństwo tego sioła: liczne, nienażarte, krotochwilne. Tutaj ekstrahowała się jak gdyby cała polskość w substancjalną kolebkę. I nie dość na tym, że się ziszczała! Maćkowa Perć, to gniazdo, utkane było z wyschniętych źdźbeł krzewinek i trawska, trawsko zaś – poprzetykane mniszkiem lekarskim o szyi żyrafiej, łepetynie przyobleczonej w najgorszą tandetę lipca, z tymi charakterystycznymi żółtymi kapeluszami: lechickimi becikami, łużyckimi chustkami, ślężańskimi czepkami. (Zaprawdę wątpliwą mi się zdaje kwestia żółci opisanej, bo i czemuż by nie mogły być me feeryczne mlecze, na poły zmyślone, na poły realne, bieli i czerwieni pomieszaniem? Pamięć to dziwna rzecz, krucha rzecz. I doprawdy trudno jest jej ufać).
Podczas tego popołudnia zauważyło się mrówki – całe rojowisko, wykonujące swój mrówczy taniec godowy, a także winniczki, śniące radosne sny winniczków w falujących pieleszach pokrzywy, w betach z atomów kojącego cienia, w srebrze śluzu, połyskującego nanometrami: snopków, nitek czy strużek. Owady i mięczaki – to był to, to była kwintesencja mojego dzieciństwa, zamknięta niczym skrzynia ze skarbami w skali mikro, w skali jubilerskich detali. (Pamiętam doskonale, jak dziadek zabierał mnie na wycieczki do lasu, podczas których zrywał dla królików dzięcielinę, a ja poszukiwałem rogatych skrzatów z piernikową muszlą na grzbiecie. Wołałem wtedy na głos: „ślimak, ślimak, wystaw rogi, dam ci sera na pierogi”. Dawne dzieje!).
Ale oto teraz oczekiwało się, że pociąg na stacji nie będzie stał w nieskończoność. Szliśmy więc dalej – ja i babcia – klepiskiem, niestrudzeni i cierpliwi niczym woda, co gna ku morzom i oceanom. Tam w pobliżu poniemieckiego tunelu – surowego, zimnego i zastygłego jakby w swoim własnym sosie polodowcowym – droga nagle zakręcała w lewo o dziewięćdziesiąt stopni. Zmieniała przynależność partyjną i opcję geopolityczną, stając się gliniastym bohomazem, żółtoszarym szlaczkiem na chlorofilowym tle, polną ścieżyną pełną białych i czerwonych punkcików-kwiatostanów, tu i ówdzie pozarastaną chwastem aż do niemożebności, ginącą w nadopiekuńczych objęciach bodiaków, opasłych łopianów, w rozpaczliwych krzykach poskromionych pejczem upału pokrzyw.
I jęła się snuć ta złota droga-wić z powabem wysoko, hen w górę, wzdłuż majaczącego abrysu starego nasypu kolejowego, niczym ślad pędzla, pozostawiony przez jakiegoś flamandzkiego mistrza pejzażu. A gdyby ktoś przypadkiem nie wiedział, dokąd wiedzie owa najsekretniejsza, zapomniana bocznica tęczy, ta żyła rozżagwionego El Dorado, to mógłby śmiało zgadywać, że kończy się gdzieś na modrych, rajskich sadzawkach racławickich niebios.
I tak przeprawialiśmy się z matką mojej matki ku kaskadom kolejarskich przystani, wąskich, poniemieckich przesmyków, cudzoziemskich, tajemniczych wysp-ramp; sunęliśmy ku mirażom kardamonowych szyn-tras, cynamonowych bocznic, miodowych alejek, jaśminowych fontann, polnych wytrysków, zielarsko-pastewnych wodogrzmotów.
Po pewnym czasie ścieżynka krzyżowała się z asfaltówką i przechodziła następnie w skrót i tory, którymi nigdy nie dane mi było wędrować. Stąd być może pozostał w mym pacholęcym czerepie czarowny urok tego, co nieznane, niezbadane, nienazwane, buzujące w alembiku z potencjałem nigdy nietkniętej okowity. Podobno wielu przechodniów, bezimiennych niczym psy włóczykijów, zostało tutaj stratowanych przez lokomotywy – wielgachne, parowe monstra, nieznające ludzkiej ani boskiej litości, ni żadnych innych uczuć.
My tymczasem – wzrokiem z olśnienia po bokach zacienionych budynków wodząc, jak po wszystkich czterech strunach skrzypiec – szliśmy gościńcem, przechodząc pod wiaduktem na drugą stronę torów i zwiększając tym samym ambit naszej eksploracji. Te racławickie wiadukty – kawał historii – niczym gigantyczne, upiorne rzutniki, za dnia dawały cień, a w nocy – majaki duchów poległych podczas wojny esesmanów: ludzi złych i okrutnych, ludzi-zwierząt, ludzi-nieludzi.
Przemykając na lewo w bok, niczym dziarski, pijany od ciągłych przypływów i odpływów radości surfista, człapaliśmy dalej. I przełamywaliśmy rozczapierzony wierzch krasnego stoku, na którym mościł się w całej swej okazałości przejazd – tak po chłopsku, wygodnie i rozłożyście – z tymi charakterystycznymi barami rogatek i ślepiami sygnalizatorów świetlnych, których przeszywającej, niemalże bestialskiej czerwoności zawsze bardzo się obawiałem.
I tak stopniowo dochodziliśmy z babcią do dworca, już kołataliśmy do jego wrót w imię staroitalskiego Janusa – boga przemian, czasu, początku i końca. Jeszcze mieliśmy do wyminięcia, po swej prawicy, w dole, pomiędzy nasypami kolejowymi, jakiś wyzwolony, zdziczały sad poniemiecki – z tajemniczymi, mięsistymi czereśniami, pełnymi soku pod przejrzałą skórką, z wonnymi, opalonymi niczym Murzyniątka wisienkami, których aromat przekraczał ludzkie możliwości poznawcze, z wciąż nie całkiem dojrzałymi owocami agrestu, pełnymi tanecznej gracji i muzycznego rozedrgania, niczym początkujące balerinki, nieukształtowane i nieuformowane. Lewicą zaś należało tylko musnąć – by wyminąć – racławickie rubieże Północy, pełne niesamowitego i niepojętego uroku, tak bardzo dla rubieży właściwego. Mijało się więc zmechaconą, starą rampę i ogródki działkowe, pełne wonnego kwiecia, zamknięte w sobie i zapadłe w ciszę pod przytłaczającym ciężarem kipiącej zieleni, lubieżnie oddające się nieskrępowanemu, orgiastycznemu kwitnieniu, masami listnymi i całą plątaniną rozplenionych chwastów zalane.
Po zejściu z nasypu, zdegradowana do niecki droga stopniowo nabierała utraconego swego decorum, swej wysokości niczym nurek powietrza, by ostatecznie osiągnąć awansem najbardziej reprezentacyjny dla siebie pułap i stać się na powrót punktem widokowym. Był to w każdym razie, dumny jak psi champion, racławicki kres – jego podniebna Ultima Thule, gdzie znajdowała się, zagubiona wśród starodrzewu, stacyjka, do której wiodła długa alejka lipowa, wyłożona kostką brukową, niczym puzzlami, połyskująca w żarze leniwego, jak gdyby nigdy nie chcącego się skończyć popołudnia. A każda jedna taka kostka jarzyła się innym kolorem i zmieniała swe oblicze bez ustanku niczym jakaś cząstka elementarna na trójwymiarowej pocztówce ze stereogramem.
W pobliżu dworca gdzieniegdzie znajdowały się przerdzewiałe siatki, a gdzie indziej – jakieś ceglane murki, urzekające samą tylko energią kształtu cegły, czerwone i jajeczne od słonecznych balsamów. A przyozdobione były w mięsiste, śliniące się lubieżnie ozorki chwastów – seksoholików, erotomanów, wyrzutków społecznych. Pół biedy, jeśli chuć tych zboczeńców rodziła się z nagości gruntu, okalającego murek, i go pożerała w sensie urodzaju, wybujałości czy metrażu, gorzej, jeśli owa frywolność wyrastała czy wręcz wytryskiwała wprost z samego jądra rozbuchanej od skwaru ceglanej pustyni. Chwasty rosły więc gdzie popadło – nawet w tych miejscach, w których z zasady rosnąć nie powinny. Widziało się także, sporadycznie, pocącą się, rzadką, wręcz płynną od czarnych swych potów smołę. Wyglądała na wściekłą. Była wściekła. Wściekła i zła jak nie wiem co!
I tak oto, po około trzydziestu minutach, docieraliśmy z babcią na stację, gdzie czekała na nas ciocia Jadzia. Ale ona już nie żyje. Nie żyje ani ona, ani jej siostra (a moja babcia). To, co mi pozostało – to migotliwe wspomnienia z dawnych lat osiemdziesiątych, ulotne wrażenia pochodzące z dzieciństwa (tak płochliwe, jak płochliwe mogą być tylko najskrytsze myśli i marzenia, które – jeszcze zanim się na dobre ujawnią – uciekają gdzieś głęboko w podświadomość i nie chcą się dać poznać ani zbadać). Zachowało się też te kilka nieudolnie skreślonych słów i cytatów z pamiętnika.

Added in 1 hour 23 minutes 57 seconds:
* "Owady i mięczaki – to było to (...)" - mała literówka.



Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3480
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Pasieka wujaszka Władysława. Droga na stację (wersja poprawiona, skończona)

Postautor: Godhand » śr 06 lut 2019, 09:38

Maćku,

Mam z Tobą problem.
Masz fajny zasób słów, którymi operujesz w miarę zręcznie. Masz, czasem niezłe, pomysły na teksty. Dodatkowo wydajesz się być fajnym facetem.
Za to kompletnie nie bierzesz pod rozwagę uwag, albo nie umiesz ich wprowadzić w życie. I sam nie wiem, co z tym faktem zrobić.

Tego tekstu nie da się czytać. Dokładnie z tych samych powodów, które wymieniłem Ci pod poprzednim.
I niestety - powtarzam - sam zarzynasz swoje teksty i ich potencjalną atrakcyjność. Który przeciętny czytelnik zniesie taką lawinę przymiotników i metafor? Przecież one duszą ten tekst tak, że czytając ostatni przymiotnik w zdaniu odbiorca nie jest w stanie pamiętać pierwszego.

Masz 9740 znaków (o ile Word mi dobrze policzył). Jedenaści razy użyłeś słowa "niczym" jako elementu metafory, do tego dochodzą "jak", "jakby", "jakieś" itd. Tych metafor jest na moje oko z sześćdziesiąt procent za dużo. Przymiotników? Z osiemdziesiąt procent za dużo. Musisz pamiętać, że metafora brzmi mocno tylko do czasu użycia następnej, a u Ciebie są właściwie jedna na drugiej.
Podstawy są takie, że celem użycia metafory jest wywołanie pewnego skojarzenia u czytelnika, co pozwoli mu się lepiej "wczuć" w tekst. Ale czytelnik ma też wyobraźnię, więc celem do którego się dąży, jest zbalansowanie opisów i informacji, oraz miejsca na wyobrażenia czytelnika do zadowalającego poziomu.
W Twoim tekście na ma na mnie miejsca, nie ma miejsca na odbiorcę. Wszystko podane jest tak dokładnie i niedokładnie bo metaforycznie zarazem, że słowo daję, pomyślałem, że odebranie tego wymaga użycia jakichś substancji psychoaktywnych, których nie używam.

I płyniesz, ciągle płyniesz, niestety w negatywnym pojęciu. Zaczynasz zdanie - ono coś przekazuje. Ot, idzie wnuczek z babcią. Ale u Ciebie nie mogą po prostu iść. Babcia musi iść niczym anioł stąpający po trawie zielonej jak chropowata skórka dojrzałego awokado, trzymając dłoń wnuka mocno, silno, zdecydowanie ale z miłością, niczym kowal wykuwający piękną, iskrzącą i dźwięczną stal, stanowczo ale z uczuciem. Powtarzam, z sympatią dla Autora - czytać się tego nie da.

Popatrz.

W skwarne dni wakacyjne jeździłem wraz z babcią i ciocią Jadzią pociągiem na zakupy. W wielkim mieście babcia kupowała mi lody, lizaki i watę cukrową, której smak, ledwie wyczuwalny, przekraczający wszystko to, co zawierało się w wyrazie „słodycz”, wybrzmiewał na końcu cienką melodią aeryjną i ziszczał w słowach: „delikatność”, „aksamitność”, „lepkość”, „miękkość”. Miasto nie było wielkie, tak naprawdę, ale czy aby na pewno można ufać pamięci dziecka? A wieś, w której się wychowywałem – to też raczej klasa średnia, stąd może i ów kontrast, abis, w ramach którego jawił mi się cały ogrom miejscowości ościennych, gminnych, powiatowych, które z babcią odwiedzałem.
Wychodziliśmy z domu i wędrowaliśmy całe pół godziny na dworzec kolejowy, dostojny, ceglany, ze strupieszałym, spadzistym i efektownym dachem, a ciocia wychodziła nam naprzeciw.
I choć lekko lazurowa uliczka tonęła w wybujałej do granic możliwości zieleni, to jednak czuło się tutaj przestrzeń jak nigdzie. A w dni upalne, takie jak ten, obmacywały człowieka dodatkowo wścibskie spojrzenia natrętnego oka-słońca. Były to tereny od święta zalewowe, grzeszące nazbyt bliskim położeniem względem Osobłogi oraz rodzajem zdradzieckiego zbratania z rzeką, spoufalenia się z nią w czasie i przestrzeni. Toteż przypuszczano, iż wśród zwykłych tubylców znakomitą większość stanowili przedstawiciele któregoś z prastarych rodów wodników albo syren, i że wszystkie te istoty w owym czasie należały do jakiegoś zakonu słonecznego, czczącego swego bożka, spijającego całą słodycz dnia miododajnego, nakładającego swym członkom złote maski kultu bakchicznego, pozdrawiającego się grymasem w postaci: zmrużonych oczu, wywalonych na wierzch języków, podciągniętej aż do bólu górnej wargi.
Mijaliśmy najpierw ulicę Ogrodową – płaskie, gliniane klepisko, pełne widmowych ruin i niezbyt zadbanych domków, mając po lewej stronie niebosiężny komin manufakturowy z bocianim matecznikiem na wyniosłym czubie, gdzie czuło się słowiańskość jak nigdzie indziej, gnieżdżącą się od wiosny do babiego lata z całym dobrodziejstwem inwentarza, abociem było to właśnie rozklekotane błogosławieństwo tego sioła: liczne, nienażarte, krotochwilne. Tutaj ekstrahowała się jak gdyby cała polskość w substancjalną kolebkę. I nie dość na tym, że się ziszczała! Maćkowa Perć, to gniazdo, utkane było z wyschniętych źdźbeł krzewinek i trawska, trawsko zaś – poprzetykane mniszkiem lekarskim o szyi żyrafiej, łepetynie przyobleczonej w najgorszą tandetę lipca, z tymi charakterystycznymi żółtymi kapeluszami: lechickimi becikami, łużyckimi chustkami, ślężańskimi czepkami. (Zaprawdę wątpliwą mi się zdaje kwestia żółci opisanej, bo i czemuż by nie mogły być me feeryczne mlecze, na poły zmyślone, na poły realne, bieli i czerwieni pomieszaniem? Pamięć to dziwna rzecz, krucha rzecz. I doprawdy trudno jest jej ufać).
Podczas tego popołudnia zauważyło się mrówki – całe rojowisko, wykonujące swój mrówczy taniec godowy, a także winniczki, śniące radosne sny winniczków w falujących pieleszach pokrzywy, w betach z atomów kojącego cienia, w srebrze śluzu, połyskującego nanometrami: snopków, nitek czy strużek. Owady i mięczaki – to był to, to była kwintesencja mojego dzieciństwa, zamknięta niczym skrzynia ze skarbami w skali mikro, w skali jubilerskich detali. (Pamiętam doskonale, jak dziadek zabierał mnie na wycieczki do lasu, podczas których zrywał dla królików dzięcielinę, a ja poszukiwałem rogatych skrzatów z piernikową muszlą na grzbiecie. Wołałem wtedy na głos: „ślimak, ślimak, wystaw rogi, dam ci sera na pierogi”. Dawne dzieje!).
Ale oto teraz oczekiwało się, że pociąg na stacji nie będzie stał w nieskończoność. Szliśmy więc dalej – ja i babcia – klepiskiem, niestrudzeni i cierpliwi niczym woda, co gna ku morzom i oceanom. Tam w pobliżu poniemieckiego tunelu – surowego, zimnego i zastygłego jakby w swoim własnym sosie polodowcowym – droga nagle zakręcała w lewo o dziewięćdziesiąt stopni. Zmieniała przynależność partyjną i opcję geopolityczną, stając się gliniastym bohomazem, żółtoszarym szlaczkiem na chlorofilowym tle, polną ścieżyną pełną białych i czerwonych punkcików-kwiatostanów, tu i ówdzie pozarastaną chwastem aż do niemożebności, ginącą w nadopiekuńczych objęciach bodiaków, opasłych łopianów, w rozpaczliwych krzykach poskromionych pejczem upału pokrzyw.
I jęła się snuć ta złota droga-wić z powabem wysoko, hen w górę, wzdłuż majaczącego abrysu starego nasypu kolejowego, niczym ślad pędzla, pozostawiony przez jakiegoś flamandzkiego mistrza pejzażu. A gdyby ktoś przypadkiem nie wiedział, dokąd wiedzie owa najsekretniejsza, zapomniana bocznica tęczy, ta żyła rozżagwionego El Dorado, to mógłby śmiało zgadywać, że kończy się gdzieś na modrych, rajskich sadzawkach racławickich niebios.


To wszystko co zaznaczyłem jest do wywalenia - a to tylko fragment tekstu.
To są dryfy, przesadzone (do granic groteski) metafory, przegadanie i ogólnie Twój problem. Oczywiście wiem, że to właśnie uważasz za największy plus i podstawę swojego stylu, prawdopodobnie właśnie te fragmenty widzisz w swojej opinii jako najlepsze. Możesz więc uwierzyć koledze, zastanowić się czy coś w tym jest, lub nie.

Ja w każdym razie kolejnego tak napisanego tekstu nie dam rady przeczytać, z całym szacunkiem i sympatią dla Autora.

G


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4276
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Pasieka wujaszka Władysława. Droga na stację (wersja poprawiona, skończona)

Postautor: Rubia » śr 06 lut 2019, 10:32

maciekzolnowski pisze:Source of the post Muszę uczciwie powiedzieć, że mi się tekst załączony u dołu kompletnie nie podoba. Śmiem wątpić, czy kiedykolwiek go ukończę

A mi się akurat ten tekst podoba. Poważnie. Owszem, zrobiłabym w nim pewne skróty, lecz nie tak duże, jak sugeruje to mój poprzednik. Trochę figur stylistycznych padłoby ofiarą cięć, natomiast jako całość opis ten wydaje mi się sugestywny, bogaty w treści i malarski. Cóż, ja lubię malarstwo pejzażowe, czyli takie, w którym zasadniczo nic się nie dzieje.
Ale: uznałabym ten tekst za skończoną, zamkniętą całość. Za miniaturę, której jedynym celem jest opis pewnego wycinka krajobrazu. Nie bardzo widzę taką statyczną narrację, skoncentrowaną na detalach, w połączeniu z dialogami (chociaż między tymi elementami tekstu nie ma zasadniczych sprzeczności) albo z wartką akcją, wymagającą szybkiego tempa i nagłych zwrotów sytuacji. Nawet w opowieściach wspomnieniowych, z natury bardziej refleksyjnych niż dynamicznych, podobne opisy mogą zaburzać konstrukcję tekstu. Tak więc, nie rokuję powodzenia Pasiece wujaszka jako całości. Natomiast cykl miniatur pejzażowych - czemu nie?


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3480
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Pasieka wujaszka Władysława. Droga na stację (wersja poprawiona, skończona)

Postautor: Godhand » śr 06 lut 2019, 11:44

Rubia, o ile ten i poprzedni tekst Autora są powyżej jego średniej, to moje uwagi dotyczą całokształtu pisania Maćka. I faktycznie - gdyby potraktować "Pasiekę" jako miniaturę "malowaną słowem" top jest ok, ale wiemy (śledząc poprzednie teksty) że tak nie jest, to nie celowe działanie, a po prostu maniera charakterystyczna dla pisania Maćka.

maciekzolnowski, moim błędem natomiast jest, że nie zaznaczyłem - ten tekst jest tylko przykładem, na którym oparłem moje wrażenia z odbioru każdego Twojego tekstu, Autorze.

Powodzenia,

G.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
gebilis
Umysł pisarza
Posty: 983
Rejestracja: sob 28 sie 2010, 15:07
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Pasieka wujaszka Władysława. Droga na stację (wersja poprawiona, skończona)

Postautor: gebilis » śr 06 lut 2019, 17:06

Jeżeli auror nie zmieni maniery wciskania niepotrzebnych słów w nieodpowiednie miejsca, nie znajdzie prawdziwych przyjaciól swojego pisania, bo niestety w tej formie, którą nam prezentuje, czytac się tego nie da.
quote="maciekzolnowski"]Source of the post W wielkim mieście babcia kupowała mi lody, lizaki i watę cukrową, [/quote]
trochę dużo tego kupowała - i to tak od razu? Bo to wynika z konstrukcji zdania.
maciekzolnowski pisze:Source of the post smak, ledwie wyczuwalny, przekraczający wszystko to, co zawierało się w wyrazie „słodycz”
tzn. co takiego zawiera słowo "słodycz", że można je dowolnie interpretować? Więcej słodyczy, mniej = jak to inaczej ując? ale tak by oddało myśl autora?
maciekzolnowski pisze:Source of the post na końcu cienką melodią aeryjną i ziszczał w słowach: „delikatność”, „aksamitność”, „lepkość”, „miękkość”.

boż widzisz i nie grzmisz = kto mi wyjaśni, co autor miał na myśli?
A to to wszystko w jednym zdaniu ...
maciekzolnowski pisze:Source of the post Miasto nie było wielkie, tak naprawdę, ale czy aby na pewno można ufać pamięci dziecka?

To zdanie rozłożyło mnie na łopatki i odwieczne pytanie = co autor mial na myśli? I nie chodzi i sens, bo go widzę, ale co autor chciał tym zdaniem zasugerować czytelnikowi?
maciekzolnowski pisze:Source of the post Wychodziliśmy z domu i wędrowaliśmy całe pół godziny na dworzec kolejowy, dostojny, ceglany, ze strupieszałym, spadzistym i efektownym dachem, a ciocia wychodziła nam naprzeciw.

Opis dworca łopatologiczny, ale jest . Tylko co tam w tym zdaniu robi ciotka?
maciekzolnowski pisze:Source of the post uliczka tonęła w wybujałej do granic możliwości zieleni,

No, że wyobraźnia może być wybujała ponad miarę to wiem, ale jaka jest zieleń? Może mi ktoś to wytłumaczyć?
Jedna dygresja : dlaczego pytam o wyjaśnienia czytelników, a nie autora? Bo chcialabym zrozumieć co czytam, ale może to we mnie tkwi niewiedza a do innych to trafia?
Dalej nie mogę czytać - bo tekst czyni taki mętlik w głowie, że niby wiem o czym czytam, ale w sumie nie wiem co czytam. :[
Pisałam już kiedyś i tym autorowi, ale jak słusznie zauważył Godhand, autor takich uwag nie zauważa, więc szkoda czasu na ich produkowanie.
Gdyby szukać tu poezji, to raczej trzeba by było przeczytac najpierw Gorgiaszowe teksty, by zrozumieć co to znaczy kolor i poezja w utworze.
I żeby nie było niedomówień: lubię teksty tego typu, ale na Boga takie, które idzie czytać, nie stając w czytaniu przy co drugim słowie.

Added in 3 minutes 10 seconds:
Coś cytaty wyszły nie tak, może ktoś poprawic? :ups:


Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Pasieka wujaszka Władysława. Droga na stację (wersja poprawiona, skończona)

Postautor: maciekzolnowski » czw 07 lut 2019, 20:18

Dzięki za słowa krytyki, którymi mnie obdarowaliście.

Godhand, jeśli to, o czym tutaj mówisz jest moją manierą, to raczej nie ma szans na zmianę na lepsze. Maniera to maniera. I nic nie da się z nią zrobić! Ale zapewniam, że potrafię pisać prościej, budować krótkie zdania i skondensowane wypowiedzi. Wierzysz mi?
Pytanie natury technicznej: w jaki sposób można tworzyć metafory (epitety, comparatio) bez użycia takich wyrazów, jak: jakby, niby, jak gdyby, jak, na kształt, jakoby? Czy jest coś, co mnie usprawiedliwia? U Schulza tego pełno i jakoś nikt się go nie czepia. A dochodzą przecież jeszcze archaizmy.

Dzięki, Rubia, że się za mną (za moim tekstem) ujęłaś! Jest to cykle miniatur o charakterze sentymentalnym, pisanych po godzinach i dla zabicia czasu... i co najważniejsze - raczej dla siebie bardziej (od dzisiaj będę pisał i dla Ciebie, i dla siebie). :))

Nie denerwuj się na mnie, Gebilis. Ja potrafię nieraz słuchać, a Ciebie słucham z przyjemnością. No a jakby Ci się podobała wersja przepuszczona przez sito Godhand? Zawsze jest coś za coś.



Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1330
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Pasieka wujaszka Władysława. Droga na stację (wersja poprawiona, skończona)

Postautor: Misieq79 » czw 07 lut 2019, 20:49

maciekzolnowski pisze:Source of the post U Schulza tego pełno i jakoś nikt się go nie czepia.

Czepiają tylko Schulz nie protestuje. Znaczy, znaj proporcją, mocium panie!


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Pasieka wujaszka Władysława. Droga na stację (wersja poprawiona, skończona)

Postautor: maciekzolnowski » czw 07 lut 2019, 21:23

Nie jest to łatwa lektura, ale lubię po nią sięgać, a zwłaszcza po "Sanatorium pod Klepsydrą". Kto powiedział, że zawsze musi być łatwo? Nie musi być!
"Znaj proporcją". No dobrze, w takim razie za tydzień spróbujemy czegoś, hmm... nieprzegadanego. :D :)



Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3480
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Pasieka wujaszka Władysława. Droga na stację (wersja poprawiona, skończona)

Postautor: Godhand » czw 07 lut 2019, 22:11

Był to w każdym razie, dumny jak psi champion, racławicki kres – jego podniebna Ultima Thule, gdzie znajdowała się, zagubiona wśród starodrzewu, stacyjka, do której wiodła długa alejka lipowa, wyłożona kostką brukową, niczym puzzlami, połyskująca w żarze leniwego, jak gdyby nigdy nie chcącego się skończyć popołudnia.


Trzy (a gdyby się uprzeć to cztery) metafory w jednym zdaniu. W jednym zdaniu.
Dla mnie to sporo powyżej poziomu trawienia, tym bardziej, że - wybacz - do poziomu Schulza jednak sporo brakuje.
Może to de gustibus, nie spieram się.
W każdym razie uważam, że uproszczenie stylu bardzo poprawiłoby czytelność i przyjemność odbioru Twoich tekstów.
Mogę się mylić.

Powodzenia,

G.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
gebilis
Umysł pisarza
Posty: 983
Rejestracja: sob 28 sie 2010, 15:07
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Pasieka wujaszka Władysława. Droga na stację (wersja poprawiona, skończona)

Postautor: gebilis » pt 08 lut 2019, 11:12

Ja się nie denerwuję - ja wrzeszcze= nie tędy droga :D
maciekzolnowski pisze:Source of the post Mijaliśmy najpierw ulicę Ogrodową – płaskie, gliniane klepisko, pełne widmowych ruin i niezbyt zadbanych domków, mając po lewej stronie niebosiężny komin manufakturowy z bocianim matecznikiem na wyniosłym czubie, gdzie czuło się słowiańskość jak nigdzie indziej, gnieżdżącą się od wiosny do babiego lata z całym dobrodziejstwem inwentarza, abociem było to właśnie rozklekotane błogosławieństwo tego sioła: liczne, nienażarte, krotochwilne.

I Bruno Schulz:

"Ogromny słonecznik, wydźwignięty na potężnej łodydze i chory na elephantiasis, czekał w żółtej żałobie ostatnich, smutnych dni żywota, uginając się pod przerostem potwornej korpulencji. Ale naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe, niewybredne kwiatuszki stały bezradne w swych nakrochmalonych, różowych i białych koszulkach, bez zrozumienia dla wielkiej tragedii słonecznika. "

Naprawdę nie widzisz różnicy?
A piszę to nie po to by cię dołować - ale byś zszedł z drogi samozachwytu słowem, a wziął się do pracy i pilnował, gdzie jakie słowo umieszczasz.


Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Pasieka wujaszka Władysława. Droga na stację (wersja poprawiona, skończona)

Postautor: maciekzolnowski » pt 08 lut 2019, 16:32

Pamiętam ten fragment, to jeden z moich ulubionych. No i jak tu się nie dołować, jak tu nie być w żałobie niczym słonecznik (dokonujący w smutku ostatnich dni swego żywota). Oto elephantiasis - choroba grafomana, który zachwyca się samym jeno słowem, a najlepiej - swoimi własnymi, spisanymi, upublicznionymi, zweryfikowanymi! :)




Wróć do „Miniatura literacka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości