Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

[W] Układ Słoneczny Oszalał

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
mati212
Pisarz domowy
Posty: 69
Rejestracja: pt 05 maja 2017, 19:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

[W] Układ Słoneczny Oszalał

Postautor: mati212 » sob 19 sty 2019, 18:53

"Układ Słoneczny Oszalał", Robert Kapuściński, Wydawnictwo Omega, Rok wydania: 2103

PROLOG
Szanowny czytelniku!

Za bardzo cię szanuję, by wciskać ci kit. Nie będę się także silił na udawany obiektywizm. Chcę ci opowiedzieć, jak moim zdaniem to wszystko naprawdę wyglądało.

Zapraszam do poznania historii o tym, jak Wenus z raju dla bogatych stało się wojskową dyktaturą.

GENEZA
Swoją pierwszą podróż na Wenus odbyłem w latach sześćdziesiątych. Sytuacja polityczna na świecie była wtedy mocno niestabilna, trwała Wielka Wojna Afrykańska, kryzys energetyczny szalał w najlepsze, a największe mocarstwa przeniosły wyścig zbrojeń w kosmos. Wszelkie deklaracje o pokojowym badaniu Czerwonej Planety już dawno stały się tylko deklaracjami, a każde państwo rościło sobie prawo do użytkowania zasobów naturalnych Marsa. Związek Marsjański kompletnie nie radził sobie z utrzymaniem swoich członków w ryzach. Po latach widać, że wybuch buntu wśród mieszkańców Marsa był nieunikniony – potrzeba stabilności była zbyt silna, aby skłócone ziemskie rządy mogły cokolwiek zdziałać. Nawet dosyć późne próby zjednoczenia wysiłków (w postaci wysłania na Czerwoną Planetę wspólnej armii) nie przyniosły spodziewanych rezultatów. Gwoździem do trumny okazało się poparcie rebeliantów w wysiłkach zbrojnych przez tuzin wielkich korporacji, które czerpały olbrzymie zyski z tytułu wydobycia marsjańskich zasobów naturalnych. Uznały one bowiem, (skądinąd całkiem słusznie) że będą mogły wpływać na politykę nowo powstałego, niepodległego marsjańskiego państwa, a co za tym idzie maksymalizować swoje zyski jeszcze bardziej.

Wenus naprawdę jawił się wtedy jak oaza spokoju. W przeciwieństwie do Marsa, ciśnienie i temperatura panująca na powierzchni były zbyt duże, by myśleć o jakiejkolwiek kolonizacji. Planeta najpiękniejszej z bogiń miała jednak pewien niezaprzeczalny atut – grawitację. Która miała niemalże identyczną wartość co ziemska, wartość ośmiu i dziewięciu dziesiątych metrów na sekundę kwadrat.

Dodatkowo, sam problem niegościnności drugiej planety również dało się przeskoczyć. W wyższych partiach atmosfery, nad gęstą pokrywą chmur, ciśnienie nie było już tak – dosłownie – miażdżące.

W czasie gdy poszczególne mocarstwa skakały sobie do gardeł, pragnąc położyć łapę na łatwo dostępnych marsjańskich złożach, kilka korporacji zauważyło potencjał w budowie olbrzymich sterowców-miast, które unosiłyby się w wenusjańskiej atmosferze.

Pierwszy z nich został zbudowany i umieszczony w gazowej powłoce planety na przełomie dwa tysiące pięćdziesiątego szóstego i pięćdziesiątego siódmego roku, przez korporację „Vevo”. „Vevo 1”, bo tak ochrzczono ten niewielki (jak na dzisiejsze standardy) pojazd, mógł pomieścić około stu ludzi. Minęło pół roku, nie posypało się nic, co posypać się mogło – rozpoczęto więc sprzedaż luksusowych apartamentów na pokładzie sterowca.

Pomysł chwycił.

Mars był wtedy miejscem emigracji dla biedoty, specjalne rządowe programy wręcz zachęcały rzesze ludzi do opuszczenia rodzimej planety. Czerwona Planeta jawiła się jako szansa nowego lepszego życia w nowym lepszym świecie.

Wyższe warstwy społeczeństwa także pragnęły postępować w myśl zasady: „Space is our future”, jednak targany konfliktami Mars nie wydawał się być wtedy najlepszym miejscem do ulokowania swoich ciężko zarobionych oszczędności.

„Vevo” dostrzegło tę tęsknotę za kosmosem i potrafiło przekuć ją w realne pieniądze.

Po tym sukcesie produkowano i „wodowano” kilka sterowców rocznie, a niekwestionowanym liderem nowej branży zostało Vevo. Co zresztą nie zmieniło się do dziś.

W momencie w którym przybyłem na Wenus, na planecie mieszkało jakieś dziesięć tysięcy ludzi. Druga planeta od Słońca przyciągała przedsiębiorców, bogaczy i mafijnych bossów – wszystko dzięki temu, że na Wenus nie obowiązywały żadne ziemskie prawa, a zasady rządzące kolonią były ustalane bezpośrednio przez korporację administrujące koloniami.

Wenus było więc ostatnim podatkowym rajem w Układzie Słonecznym.

Poleciałem tam jedynym istniejącym wtedy liniowcem kursującym na tej trasie - „Abrahamem Lincolnem”. Samą podróż wspominam dość dobrze, a nawet bardzo dobrze. W porównaniu z przepełnionymi pojazdami latającymi pomiędzy Marsem i Ziemią, którymi miałem wątpliwą przyjemność kilkukrotnie lecieć jako korespondent Europejskiego Centrum Prasowego, warunki były luksusowe.

Po dotarciu na miejsce, razem z grupą innych dziennikarzy, poproszono nas o zajęcie miejsc w pojeździe bardzo przypominającym samolot, który miał przedrzeć się przez atmosferę i dostarczyć nas bezpiecznie na miejsce, do największego ówcześnie sterowca-miasta – Walhalli.

Wchodzenie w gęstą atmosferę nie było niczym subtelnym ani przyjemnym, ale widok majestatycznie unoszącego się molocha wynagrodził mi wszystkie niedogodności lotu. Imponujące osiągniecie ludzkiej inżynierii.

Pamiętam, że mój późniejszy wieloletni przyjaciel i mentor Benedykt Wagner powiedział wtedy:

- Piękne, prawda? Skoro potrafimy ujarzmiać nieprzyjazne planety i budować tak monumentalne pojazdy, to czy rozwiązanie największych problemów ludzkości nie jest kwestią kilku dekad?

Wagner urodził się na początku dwudziestego pierwszego wieku i był naocznym świadkiem najszybszego rozwoju technologicznego w historii.

Kiedy wypowiadał te słowa, miał prawie sześćdziesiąt lat i wyrobioną już pozycję w dziennikarskim środowisku. Ja natomiast byłem młodym, nieopierzonym jeszcze żurnalistą, który trochę za bardzo zachłysnął się swoim tytułem „młodej nadziei europejskiego dziennikarstwa”. Wagner nauczył mnie pokory. I tego jak patrzeć na świat, by zobaczyć jak najwięcej.

Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek wymówił poprawnie moje nazwisko. Zawsze zwracał się do mnie per „Robert”.

Odbyliśmy naprawdę wiele wspólnych podróży. Gdy tylko kroiło się coś ciekawego, a on potrzebował zaufanego człowieka, dzwonił po „tego Roberta z Polski”. Odmówiłem tylko raz, w dwa tysiące osiemdziesiątym roku, gdy ten stary wariat zaproponował mi ostatni wyjazd, zanim przejdzie na emeryturę. Rozpoczynająca się wtedy marsjańska wojna o niepodległość sprawiła, że Wagner poczuł swój zew. Zgłosił się jako ochotnik, aby zostać korespondentem wojennym Europejskiego Centrum Prasowego, w którym przepracował jakieś ćwierćwiecze.

Spytał, czy nie chciałbym z nim polecieć.

Moja małżonka wyraziła kategoryczny sprzeciw.

Co tu dużo mówić – uratowała mi wtedy życie.

Benedykt Wagner zginął czwartego lipca dwa tysiące osiemdziesiątego roku w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat. Nie uratowała go nawet kuloodporna kamizelka z napisem „Press”. Zbłąkany pocisk penetrujący przekształcił jego twarz w krwawą miazgę. To naprawdę była jego ostatnia przygoda.

Mówiło się, że ten facet włoży głowę tam, gdzie nikt nie włożyłby nogi. Potwierdzam. Tak właśnie było. Ten dzielny człowiek był na pierwszej linii ognia każdego większego konfliktu zbrojnego od lat trzydziestych dwudziestego pierwszego wieku. Zapytałem go kiedyś, czemu to właściwie robi. Odpowiedział:

- Bo widzisz, Robert, ja pragnę ludziom pokazać, że wojna to największe gówno jakie istnieje. Spodziewałeś się czegoś górnolotnego albo subtelnego? Ha! – w wojnie nie ma nic subtelnego. Ani epickiego.


Moją pierwszą podróż na Wenus wspominam bardzo miło. Gospodarze pokazywali nam wszystko, czym raczyć mogli się mieszkańcy Walhalli. Była to jakby utopia lecz utopia realna. Bajkowe miasto w chmurach. Prawdziwa Walhalla.

Nikt nie mógł wtedy podejrzewać, że za niecałą dekadę rozegra się tu piekło.

Moja druga podróż na Wenus rozegrała się w iście apokaliptycznej scenerii.

ZIEMIA NAPADA
To był chyba wtorek. Dwudziesty pierwszy dzień października, rok siedemdziesiąty pierwszy.

Wstałem wtedy dosyć wcześnie. Nie pamiętam już nawet dlaczego.

Mieszkałem wtedy w Warszawie, gdzie byłem korespondentem Europejskiego Centrum Prasowego. Wspominam ten okres mojej pracy zawodowej niezwykle dobrze, poznałem wtedy wspaniałych ludzi, kumpli na całe życie. Jak to się kiedyś mówiło w moim ojczystym kraju – można było z nimi konie kraść.

Dzień nie zapowiadał się jakoś specjalnie ciekawie. Kiedy przemieszczałem się z punktu A do B za pomocą komunikacji miejskiej, (nowo wybudowana nadziemna kolej, ewenement na skalę całej wschodniej Europy) w mojej kieszeni zawibrował DataPad. Pomimo dużego ścisku panującego w wagoniku, jakimś cudem udało mi się wyjąć to niewielkie urządzenie, aby sprawdzić kto i czego ode mnie chce o tej nieludzkiej porze.

Dzwonił Benedykt.

- Halo, Robert?

- No cześć – odpowiedziałem półprzytomny. - Słuchaj, to nie jest dobry moment na ro-

- Chińczycy powiedzieli, że wyślą na Wenus wojsko – przerwał mi. - Twierdzą, że tamtejsze stocznie omijają przepisy, zatrudniając ich obywateli.

Warto wspomnieć, że na wenusjańskiej orbicie wyrastały wtedy jak grzyby po deszczu kolejne zakłady, budujące okręty wszelkiej maści – począwszy od lekkich fregat, przez niszczyciele, a na olbrzymich liniowcach kończąc.

Powodem takiego stanu rzeczy był „Traktat o wykorzystaniu ziemskiej przestrzeni kosmicznej do celów komercyjnych”, podpisany w drugiej połowie lat sześćdziesiątych. Nakładał on masę regulacji i opłat na firmy, które zdecydowały się produkować swoje towary na ziemskiej orbicie. Nie muszę chyba dodawać, że najbardziej uderzył on w przemysł stoczniowy. A jako że na Wenus prawa te nie obowiązywały...

- Co? - zdębiałem. - Kiedy?

- Dosłownie przed kilkoma godzinami. Sytuacja szybko się rozwija. Odezwę się jeszcze.

Okazało się, że chińskie władze wystąpiły przeciwko stoczniom, bo obawiały się o swoich obywateli, których prawa pracownicze rzekomo miałyby być łamane. To tyle jeśli chodzi o wersję oficjalną. Oczywistym jednak było, że Chińczykom chodziło po prostu o kontrolę nad tak potężnym i coraz bardziej znaczącym sektorem gospodarki.

Jak się okazało, zanim dojechałem do pracy, poparcie dla chińskiej akcji wojskowej wyrazić zdążyły już Stany Zjednoczone, Federacja Europejska, a nawet Indie.

Jeżeli istnieje rzecz, która nie zmieniła się kompletnie od tamtego czasu, to są nią z pewnością politycy – zarówno dziś jak i trzydzieści lat temu przehandlowaliby własne matki za pieniądze i wpływy.

Benedykt zadzwonił jeszcze godzinę później. Tym razem już z konkretami:

- Pakuj się – powiedział. - Wysyłają nas na Wenus jako korespondentów.

Na Wenus udaliśmy się razem z siłami wystawionymi przez Federację Europejską, cywilnym liniowcem „Orlean II”, zarekwirowanym przez europejską armię od koroporacji Vevo. Był to czas, gdy siły kosmiczne praktycznie nie istniały, więc radzono sobie na rozmaite (czasami naprawdę dziwne) sposoby.

Nigdy nie zapomnę tych „wieczorków szachowych” organizowanych przez ukraiński kontyngent wojskowy. Niestety nie mogę zdradzić zbyt wielu szczegółów, powiem tylko, że nie mam pojęcia jakim cudem ten statek doleciał na planetę Afrodyty w jednym kawałku.

Jak już wspominałem, „Orlean” w żadnym wypadku nie był pojazdem wojskowym, bowiem te wtedy jeszcze nawet nie istniały. W gruncie rzeczy dopiero wojna w dwa tysiące siedemdziesiątym pierwszym pokazała, że posiadanie stałej floty spersonalizowanych okrętów nie jest wcale złym pomysłem.

Ziemscy generałowie nie spodziewali się, że prywatne firmy mogą być w stanie, nawet nie tyle odeprzeć atak, co po prostu podjąć jakąkolwiek formę równorzędnej walki. Te zabetonowane łby chyba zapomniały, że mają do czynienia z jednymi z najbogatszych korporacji w historii.

Kiedy tylko „Orlean II” zbliżył się na odpowiednią odległość, flota nowo powstałej Konfederacji Wolnej Przestrzeni Kosmicznej (organizacja założona podczas naszej miesięcznej podróży na Wenus) postanowiła przywitać nas gorąco i przedstawić cały wojskowy asortyment, który posiadała. W ruch poszły rakiety sterowane, naprędce sklecone ładunki wybuchowe, a nawet resztki z produkcji okrętów, wystrzelone z pneumatycznych dział. Brzmi może śmiesznie, ale inaczej pogadamy, gdy w wasz statek z prędkością siedemdziesięciu kilometrów na godzinę uderzy półtoratonowy kawał metalu.

Powiem tak – nie mam pojęcia jakim kurwa zrządzeniem losu wtedy przeżyliśmy.

Po tym masowym ostrzale stan techniczny okrętu był na tyle tragiczny, że nie wiem również jak udało się nam dotrzeć do punktu zbornego, bezpiecznie oddalonego od Konfederacji i jej diabelskich zabawek.

Ponieważ inne pojazdy skleconej naprędce ziemskiej floty nie wyglądały wcale lepiej, a ofensywa zakończyła się klęską, zanim się na dobre rozpoczęła, generalicja musiała podjąć decyzję o zmianie strategii.

Pomimo naprawdę imponującej liczby statków, Konfederacja nadal nie była w stanie kontrolować całej niskiej orbity Wenus. Oczywiście przedarcie się dużym okrętem nadal graniczyło z cudem, ale mała fregata z oddziałem komandosów mogła już przemknąć niemalże niezauważona.

W drugiej połowie dwudziestego wieku dostrzeżono oczywiste zalety szybkich, chirurgicznych uderzeń na terytorium przeciwnika. Taka dwudziestoosobowa grupka dobrze wyszkolonych ludzi mogła siać zamęt na tyłach przeciwnika lub – jak to było w tym wypadku – sprawić, by Konfederacja dosłownie straciła grunt pod nogami.

Operacja „Jama” (nazwana tak od imienia hinduskiego boga śmierci) polegać miała na strącaniu olbrzymich sterowców lewitujących w górnych warstwach atmosfery i uszkadzaniu stoczniowych instalacji. Poza destrukcją korporacyjnego mienia, akcje te miały także na celu zniszczenia morale przeciwnika.

Humanitaryzm dosyć szybko zszedł na dalszy plan, bowiem od zapowiedzi zdecydowanego działania minęły już trzy miesiące, a efektów kosztownej operacji widać nie było.

Naturalnym jest, że kiedy dokonujesz masowego mordu na Bogu ducha winnych ludziach, którzy po prostu znaleźli się na nieodpowiedniej planecie w nieodpowiednim czasie, obecność prasy przy tych wydarzeniach wydaje się być co najmniej niepożądana. Uznaliśmy jednak razem z Benedyktem, że skoro siedzimy na dupie już od trzech miesięcy, to wypadałoby jakoś udowodnić, że za coś nam płacą.

Bezczynność bywa dla reportera zabójcza.

Rok siedemdziesiąty pierwszy zdążył się już zmienić w rok siedemdziesiąty drugi, kiedy sześć niewielkich, ledwo co sprowadzonych z Ziemi fregat wystartowało z doku liniowca „Hawking”. Niechętnie bo niechętnie, ale ostatecznie wpuszczono nas na pokład fregaty, którą żołnierze ochrzcili pieszczotliwym mianem „Marylin Monroe”.

Celem boskiej Marylin i dwóch pozostałych pojazdów było posłanie na dno sterowca „Roderick”, zamieszkiwanego przez około trzydziestu tysięcy ludzi. Pozostałe statki były wypełnione komandosami, którzy poważnie uszkodzić mieli stocznie „Lilia”, należące do największej z korporacji tworzących Konfederację – Vitany.

Pamiętam widok spadającego w dół sterowca, gromadę kapsuł ratunkowych i fregat, setki, tysiące małych stateczków, krążących nad martwym kadłubem. Żaden ze strzelców nie pomylił się, wszyscy trafili w dokładnie to samo miejsce „balona”, naruszając jego integralność. Następne pociski dokonały reszty spustoszenia – z pokiereszowanej powłoki zaczął uciekać wodór.

To było… niewłaściwie.

Piękne, ale niewłaściwie.

Zdecydowanie nie doceniliśmy wtedy przeciwnika.

Po szybkim przegrupowaniu Konfederacja przypuściła kontratak, kompletnie rozgniatając nieprzygotowane na to ziemskie siły. Doskonale pamiętam, co działo się wówczas na pokładzie naszego statku – kompletny chaos, dezorganizacja i panika. Pokaz siły tylko wzmocnił morale przeciwnika i sprawił, że po stronie korporacji opowiedziała się opinia publiczna.

Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, nietrudno jest dojść do wniosku, że przegrana ziemskich sił była nieunikniona. Naprędce powołanej armii brakowało spójności dowodzenia, jednolitych procedur i zdolnych dowódców.

Doświadczenie nabyte podczas wojny, nazwanej później wenusjańską, pozwoliło zunifikować wszystkie ziemskie wojska pod wspólnym sztandarem, a w dalszej perspektywie – zjednoczyć politycznie i gospodarczo cały świat.

Czy więc było warto?

Chyba nie mi oceniać.

TRENTON WCHODZI DO GRY
Kolejny konflikt zbrojny na Wenus odbył się już bez udziału zewnętrznych sił, była to typowa wojna domowa.

Korporacje są organizacjami nastawionymi na zysk – drapieżnymi, agresywnymi. Chwilowe zjednoczenie pod postacią Konfederacji Wolnej Przestrzeni Kosmicznej nie przetrwało nawet pięciu lat. Konfederacja została powołana z konieczności, a kiedy ta konieczność już zniknęła, firmy ponownie mogły zacząć skakać sobie do gardeł.

W drugiej połowie lat osiemdziesiątych mogliśmy wyróżnić dwie frakcje – separatystyczną, opowiadającą się za proklamowaniem niepodległości Wenus, której przewodził prezes korporacji Vevo Stanisław Dobrociński oraz zachowawczą, opowiadającą się za utrzymanie status quo drugiej planety od Słońca, przewodzonej przez ambitnego prezesa Vitany, Milena Abramowicha.

Powiedzieć, że obaj panowie się nie lubili, to tak jakby nic nie powiedzieć.

Głównym powodem konfliktu była jedna z najważniejszych stoczni na orbicie Wenus – „Lilia”. Według ostrożnych szacunków obsługiwała około 10% całkowitej produkcji okrętów.

Vevo nie zamierzało oddać jej Vitanie, gdyż uważało ją za swoją repatriację wojenną, z racji na fakt, że ponad 70% zniszczonego ziemskiego sprzętu należało wcześniej do tej korporacji. Dobrociński odwoływał się tu do idei stanowionych przez Konfederację – wspólnej walki o wolną przestrzeń kosmiczną i solidarności pomiędzy trzynastoma członkami organizacji.

Konflikt zaognił się dodatkowo, gdy Abramowich skomentował te roszczenia w następujący sposób:

Nie będę dyskutował z debilami. Proszę oddać nam „Lilię”, Panie Dobrociński.

Wzajemne antagonizmy pomiędzy tymi barwnymi postaciami doprowadziły ostatecznie do upadku Konfederacji oraz podziału trzynastu wenusjańskich firm na dwa rywalizujące ze sobą obozy.

Niestety nie było mnie na miejscu, gdy Vitana dokonała pierwszego uderzenia – dwunastego maja dwa tysiące dziewięćdziesiątego roku niewielki oddział uzbrojonych najemników zajął „Lilię”, tym samym naruszając kruchy rozejm.

Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie: Dobrociński zaangażował wszystkie dostępne mu siły (a było tego co najmniej dziesięć tysięcy chłopa i kilkaset prywatnych okrętów bojowych) i z furią nakazał ruszyć na „Le Ciel Bleu” – siedzibę Vitany, istną twierdzę, perłę wśród wenusjańskich miast.

Wydarzenie to zostało zapamiętane jako „Rzeź w Le Ciel Bleu”.

I faktycznie, najemnicy Dobrocińskiego wyrżnęli w pień kilka tysięcy mieszkańców tego molocha, ale pamiętać trzeba, że prawdopodobnie odpowiada za to nie sam prezes Vitany (który musiał przecież doskonale zdawać sobie sprawę z tego, że martwy klient to żaden klient), a jego bliski współpracownik, major Yengon Rade. Przekupiony przez Vevo, które zamierzało zrobić niezwykle skuteczną antyreklamę swojemu konkurentowi.

Wiele osób może nie dawać wiary, że to naprawdę miało miejsce, ale przy tak olbrzymich pieniądzach moralność zazwyczaj schodzi na drugi lub nawet trzeci plan.

Walczące siły były niewielkie, ale ze względu na specyfikę pola walki mogły spowodować olbrzymie straty wśród przeciwnika. Sterowce nie miały systemów obronnych, więc przebicie ich „balonów” nie nastręczało absolutnie żadnych trudności. Podczas niecałego miesiąca rozprawiono się w ten sposób z niecałą trzydziestką miast, a w wyniku działań militarnych śmierć poniosło około dwóch milionów ludzi.

Populacja Wenus zbliżała się już wtedy do około miliarda, głównie poprzez imigrację licznych pracowników kontraktowych, którzy budowali okręty w orbitujących nad Wenus stoczniach. To właśnie oni w większości ginęli w tej brutalnej, bezsensownej wojnie.

Wielka Rebelia Wenusjańska rozpoczęła się dwudziestego szóstego czerwca dwa tysiące dziewięćdziesiątego roku. Wbrew oficjalnej rządowej propagandzie do powstania nie przyłączyły się jednak „rzesze ciemiężonych”, a raczej kilkadziesiąt dobrze uzbrojonych oddziałów, które dzięki cichemu wsparciu Ziemian, mogły aresztować główne osoby decyzyjne w strukturach korporacji.

Nie doszło do wielkich zamieszek, najemnicze wojska posłusznie dały się rozbroić (wszak dalsza walka nie przynosiła im żadnych korzyści), a ich członkowie zostali wydaleni z Wenus.

Na scenę wkroczył wtedy Yuri Trenton – teraz generał, wtedy bezimienny robotnik z tłumu. Dzięki charyzmie i zdolnościom przywódczym udało mu się powołać tymczasowy rząd, który używając poparcia słabo wyszkolonej, ale niezwykle licznej armii przejął kontrolę nad całą planetą. Kilka miesięcy później ziemski i marsjański rząd oficjalnie uznał niepodległość Wenus.

Ziemia liczyła na to, że po upadku korporacyjnych rządów, otworzy się przed nimi możliwość eksploatacji niezwykle dobrze rozwiniętego przemysłu stoczniowego – rodzime corpy tylko czekały na pozwolenie do zajęcia stoczni należących wcześniej do Vitany i Vevo.

Trenton okazał się być sprytniejszy niż wszyscy sądzili – po sfałszowaniu wyborów prezydenckich w dwa tysiące dziewięćdziesiątym pierwszym i parlamentarnych rok później, on i jego ludzie przejęli pełnię władzy na drugiej planecie od Słońca.

Ten gość nie zamierzał grać pod ziemskie dyktando. Vevo i Vitana powróciły do życia, ale już obsadzone zaufanymi ludźmi wenusjańskiego dyktatora. Przemysł stoczniowy to obecnie główna gałąź wenusjańskiej gospodarki.

Trenton postanowił także zbudować potężną armię, która będzie broniła niepodzielności jego władzy. Wenus posiada dziś największą flotę w Układzie Słonecznym, a pomimo dużo mniejszego potencjału ludnościowego niż inne planety (zaledwie dwa miliardy mieszkańców, przy dziesięciu miliardach na Ziemi i trzydziestu na Marsie) nadal jest w stanie wystawić porównywalną ilość żołnierzy.

PODSUMOWANIE
Mój dziadek powiedział mi kiedyś: Obyś ty wnusiu żył w ciekawych czasach.

No i wykrakał.

Ale i tak niech mu ziemia lekką będzie.

Trenton zrobił sobie ostatnio przerwę w rządzeniu, zadowalając się rozdawaniem kart z drugiego szeregu. Podczas „uczciwych i transparentnych” wyborów prezydenckich w dwa tysiące dziewięćdziesiątym dziewiątym zwyciężył Dagham Boris – polityk bystry jak woda w klozecie, marionetka wprost idealna.

Unia Planet Układu Słonecznego przymyka oko na występki tego człowieka (ograniczanie wolności wypowiedzi, prześladowania opozycji, tajną policję i łamanie praw człoweika), wiedząc, że wyciągnięcie konsekwencji skończyć się może w najlepszym wypadku rozpadem Unii, a w najgorszym – wojną na skalę międzyplanetarną.

Trenton trzyma w garści rząd Marsa, który upadłby w dwa tygodnie, gdyby nie obfite wsparcie wojskowe dla marsjańskiej armii, jakie spływa mniej lub bardziej oficjalnymi kanałami na Czerwoną Planetę. Od kilku lat stara się on także rozszerzyć swoją strefę wpływów na Merkurego, jednak napotyka tam silny opór Ziemi. Przeciwko niemu są także zasobne w surowce Jowisz i Saturn, których związki z macierzystą planetą od zawsze są niezwykle ścisłe.

Układ Słoneczny stał się teatrem działań dla dwóch potężnych, rywalizujących ze sobą sił. Kością niezgody w następnych dekadach będą pozasolarne kolonie, o które już teraz trwa zaciekła walka. Jeżeli Unia nie przedsięweźmie zdecydowanych kroków – a już teraz wiem, że tego na pewno nie zrobi – to z łatwością wybuchnąć może pierwsza wojna na skalę, nie tyle międzyplanetarną, co nawet międzygwiazdową. Choć zdecydowanie musimy wymyślić jakąś bardziej chwytliwą nazwę.



Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1425
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Układ Słoneczny Oszalał

Postautor: Misieq79 » sob 19 sty 2019, 19:47

To ja Ci wyliczę wyłącznie błędy w światotworzeniu, skoro bierzesz się za hard sf.
mati212 pisze:Source of the post Związek Marsjański kompletnie nie radził sobie z utrzymaniem swoich członków w ryzach. Po latach widać, że wybuch buntu wśród mieszkańców Marsa był nieunikniony

Mamy 2019. W ciągu 40 lat udało się stworzyć na Marsie nie tyle samowystarczalną kolonię, co quasi-państwowy organizm, i to zakładam że samowystarczalny, którego nie zmusi do uległości wstrzymanie 1 czy 2 transportowców z wodą, żywnością czy częściami zamiennymi.
mati212 pisze:Source of the post „Vevo 1”, bo tak ochrzczono ten niewielki (jak na dzisiejsze standardy) pojazd, mógł pomieścić około stu ludzi. Minęło pół roku, nie posypało się nic, co posypać się mogło – rozpoczęto więc sprzedaż luksusowych apartamentów na pokładzie sterowca.

Między "pomieścić stu ludzi" a "pomieścić luksusowe apartamenty dla 100 ludzi" jest gigantyczna różnica, zwłaszcza że ta setka będzie potrzebować wody, żywności, energii, leków, usług, rozrywek i co najmniej drugie tyle (zakładając daleko posuniętą robotyzację) obsługi. I nie zaczyna się kolonizacji od luksusowych apartamentów.
mati212 pisze:Source of the post Mars był wtedy miejscem emigracji dla biedoty

Myślałem że terenem wojny.
mati212 pisze:Source of the post Poleciałem tam jedynym istniejącym wtedy liniowcem kursującym na tej trasie - „Abrahamem Lincolnem”

Podróż na Wenus niechby i zajęła miesiąc, w optymalnym okienku startowym. Dostawy tego, co wymieniłem powyżej, co 2 miesiące (albo więcej) JEDNYM statkiem?
mati212 pisze:Source of the post Warto wspomnieć, że na wenusjańskiej orbicie wyrastały wtedy jak grzyby po deszczu kolejne zakłady, budujące okręty wszelkiej maści – począwszy od lekkich fregat, przez niszczyciele, a na olbrzymich liniowcach kończąc.

I to wszystko budowało wspomniane przez Ciebie 10 tysięcy ludzi. W 10 lat od pierwszej kolonii. Plus załogi i szkolenie załóg. Biorąc materiały z... no właśnie, skąd?
mati212 pisze:Source of the post Nakładał on masę regulacji i opłat na firmy, które zdecydowały się produkować swoje towary na ziemskiej orbicie.

No OK, ale po drodze jest jeszcze Księżyc, można też postawić stocznię na trojańskiej orbicie albo w punkcie Lagrange'a. Po cholerę transportować masy surowców (jednym liniowcem :D) na drugą planetę, gdzie nie można lądować - tylko po to żeby w postaci okrętów wróciły na Ziemię.
mati212 pisze:Source of the post W ruch poszły rakiety sterowane, naprędce sklecone ładunki wybuchowe, a nawet resztki z produkcji okrętów, wystrzelone z pneumatycznych dział.

A gdzie się podziały lekkie fregaty, niszczyciele, na olbrzymich liniowcach kończąc?
mati212 pisze:Source of the post inaczej pogadamy, gdy w wasz statek z prędkością siedemdziesięciu kilometrów na godzinę uderzy półtoratonowy kawał metalu.

Przewiduję mniej więcej taki efekt, jaki da samochód osobowy uderzający z tąż prędkością w jumbo-jeta. Tylko wystrzelony z taką prędkością kawał metalu po niecałych 5 sekundach spadnie na wyrzutnię :D
mati212 pisze:Source of the post Pomimo naprawdę imponującej liczby statków, Konfederacja nadal nie była w stanie kontrolować całej niskiej orbity Wenus. Oczywiście przedarcie się dużym okrętem nadal graniczyło z cudem, ale mała fregata z oddziałem komandosów mogła już przemknąć niemalże niezauważona.

1) w tym momencie na ziemskiej orbicie śledzi się obiekty wielkości mydelniczki.
2) Tym bardziej mógł to zrobić stukilowy kawał metalu. Tym razem wystrzelony z massdrivera.
mati212 pisze:Source of the post z pokiereszowanej powłoki zaczął uciekać wodór.

Otóż nie wodór, koncepcja powietrznej kolonizacji Wenus zakłada użycie normalnego powietrza jako gazu nośnego.
mati212 pisze:Source of the post Populacja Wenus zbliżała się już wtedy do około miliarda

Chyba królików naćpanych hiszpańską muchą.

Zobacz w jakim tempie rozwijały się kolonie na Ziemi. Czas podróży galeonem przez ocean można przyrównać z grubsza do czasu podróży statkiem kosmicznym. Tylko na Ziemi było powietrze, woda, surowce i gleba ile chcieć.
Twój świat się po prostu kupy nie trzyma.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar

Awatar użytkownika
Skylord
Pisarz domowy
Posty: 90
Rejestracja: śr 22 cze 2016, 11:27
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Szkocja
Płeć: Mężczyzna

Układ Słoneczny Oszalał

Postautor: Skylord » sob 19 sty 2019, 20:30

Mam dziwne wrażenie, iż czytałem coś w ten deseń, może wrzucałeś kawałek wcześniej na forum.
Niestety w tekście się pogubiłem, po jednokrotnym przeczytaniu nie da się tej historii ogarnąć, a drugi raz czytać nie będę, bo skoro nie załapałem za pierwszym razem to po co?
Mam czerpać przyjemność z czytania nie uczyć się o kolonizacji układu słonecznego.

Podam tylko to co sam bym zmienił, ewentualnie to co mi nie grało w tekście:
mati212 pisze:Source of the post GENEZA
Swoją pierwszą podróż na Wenus odbyłem w latach sześćdziesiątych.

a dalej w całym akapicie jest mowa o Marsie, coś bym z tym zrobił,

mati212 pisze:Source of the post Która miała niemalże identyczną wartość co ziemska, wartość ośmiu i dziewięciu dziesiątych metrów na sekundę kwadrat.

tutaj się pytam lepszych od siebie tak się zapisuje na sekundę kwadrat, czy na sekundę do kwadratu? zawsze z dziwnymi jednostkami mam problem ;)

mati212 pisze:Source of the post Pomimo dużego ścisku panującego w wagoniku, jakimś cudem udało mi się wyjąć to niewielkie urządzenie, aby sprawdzić kto i czego ode mnie chce o tej nieludzkiej porze.

nieludzkiej porze? przecież już wstał i jechał do pracy, i kupa ludzi z nim jechała, więc pora jak najbardziej ludzka,

mati212 pisze:Source of the post Jak już wspominałem, „Orlean” w żadnym wypadku nie był pojazdem wojskowym, bowiem te wtedy jeszcze nawet nie istniały.

w bajki to ja nie wierzę, 90% satelitów na orbicie to satelity wojskowe - według teorii spiskowej wszystkie są wojskowe ;)

mati212 pisze:Source of the post Chyba nie mi oceniać.
"chyba" psuje przekaz,

mati212 pisze:Source of the post Sterowce nie miały systemów obronnych

znowu bajki ;) był to
mati212 pisze:Source of the post Kolejny konflikt zbrojny na Wenus odbył się już bez udziału zewnętrznych sił, była to typowa wojna domowa.
i nic się nie nauczyli po pierwszej wojnie?

Podsumowanie: to jest dobre wyjście na dziesięć opowiadań, jednak samego tekstu do opowiadania bym nie zaliczył, raczej do pobieżnej relacji z ostatnich wojen na Wenus.
Tutaj masz studnie i to głębinową, a ty tylko zaczerpnąłeś trochę wody z góry chlapnąłeś na forum. Bardzo nad tym ubolewam bo mogło być o wiele, wiele lepiej.
Powodzenia w dalszym pisaniu, o/



Awatar użytkownika
mati212
Pisarz domowy
Posty: 69
Rejestracja: pt 05 maja 2017, 19:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Układ Słoneczny Oszalał

Postautor: mati212 » sob 19 sty 2019, 20:34

Misieq79, dzięki za krytykę, przypomniałeś mi dlaczego już nie biorę się za robienie hard sci-fi - po prostu za cienki do tego jestem.

Szczerze powiedziawszy, to bardziej skupiłem się na samej historii ewolucji systemu politycznego na Wenus niż na kwestiach związanych z technologią. Przyznaję, puściłem mocno wodze fantazji i po głębszym zastanowieniu pragnę stwierdzić, że chyba dobrze wyszłoby tej historii umieszczenie jej na przykład w XXII wieku.



Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1425
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Układ Słoneczny Oszalał

Postautor: Misieq79 » sob 19 sty 2019, 20:42

mati212 pisze:Source of the post po prostu za cienki do tego jestem

nie "za cienki" tylko nie odrobiłeś lekcji z fizyki :D Z biologii zresztą też :P
Ale nie przejmuj się, w podobnym wieku też chodziła mi po głowie historia "zła Ziemia kontra dobre kolonie" i nie zastanawiałem się ni chuchu jak, skąd i za co mają być te kosmiczne krążowniki. Ale korzystaj z rad, odrób lekcje, może zmniejsz skalę i rozmach. Zacznij od JEDNEJ kolonii, stacji badawczej czy statku. Jak wymyślisz co się ma dziać, zadaj sobie pytania: dlaczego i czy się da.
A przede wszystkim czytaj. Lem, Clarke na początek.
No i jednak podstawy mechaniki kosmicznej. Poleciłbym Kerbal Space Program ale wsiąkniesz :D


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar

Awatar użytkownika
mati212
Pisarz domowy
Posty: 69
Rejestracja: pt 05 maja 2017, 19:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Układ Słoneczny Oszalał

Postautor: mati212 » sob 19 sty 2019, 20:51

Misieq79 pisze:Source of the post Poleciłbym Kerbal Space Program ale wsiąkniesz

Za późno, trzeba mi to było powiedzieć dwa lata temu. Wspaniała gra.



Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1425
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Układ Słoneczny Oszalał

Postautor: Misieq79 » sob 19 sty 2019, 20:52

No to chłopie, mechanikę orbitalną powinieneś mieć w małym paluszku :D


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar

Awatar użytkownika
mati212
Pisarz domowy
Posty: 69
Rejestracja: pt 05 maja 2017, 19:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Układ Słoneczny Oszalał

Postautor: mati212 » sob 19 sty 2019, 20:55

A od siebie dodam jeszcze, że powstała jeszcze miniaturka w tym uniwersum: viewtopic.php?f=133&t=21162

Added in 2 minutes 12 seconds:
Misieq79 pisze:Source of the post No to chłopie, mechanikę orbitalną powinieneś mieć w małym paluszku

Mniej więcej rozumiem podstawy, wiem w jaki sposób przeprowadza się dokowanie, jak wchodzi się na orbitę, wiem także czym jest manewr transferowy Hoffmana.

Od zawsze miałem też fazę na kosmos, więc co nieco w tej materii wiem. Gdy jednak przychodzi do pisania, nagle okazuje się, że im głębiej w las, tym drzew więcej.



Awatar użytkownika
MargotNoir
Dusza pisarza
Posty: 479
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Układ Słoneczny Oszalał

Postautor: MargotNoir » sob 19 sty 2019, 21:00

Powiem tak. Pomysł mi się podoba i to bardzo. Z lekka (leciutka) pachnie to Lemem i jego kompletnie antyklimaktycznym, ujemnie epickim SF, które czyta się, jak pamiętnik członkini kółka różańcowego i które właśnie dlatego jest moim zdaniem absolutnie przenajlepsze.

Całość jednak sypie się w szczegółach. Misieq79 pięknie wyliczył Ci nieścisłości w konstrukcji świata. Ja dodam jeszcze ten fragment:
mati212 pisze:Source of the post Sytuacja polityczna na świecie była wtedy mocno niestabilna, trwała Wielka Wojna Afrykańska, kryzys energetyczny szalał w najlepsze, a największe mocarstwa przeniosły wyścig zbrojeń w kosmos.

Coś mi się widzi, że ten wyścig zbrojeń został już dawno przeniesiony w kosmos. Walnąłeś się o jakieś sto lat.

Co do reszty - faktycznie za szybko. Trzeba to wszystko nie tylko odsunąć od dnia dzisiejszego i zamienić wieki, ale też rozciągnąć w czasie.

Rozczulili mnie też komandosi atakujący stocznie i sterowce. Ja nie mówię, że to musi być bzdura, ale pierwsza wizja, jaka przychodzi do głowy jest dość komiczna. Biedne ludziki Michelin w skafandrach mogących wytrzymać wenusjańskie warunki tarabanią się do stoczni, a potem proszą załogę, by dała im tak z dziesięć minut na wygrzebanie się z ubranek, żeby mogli uczciwie zacząć walkę.
Innymi słowy - pomysł może i ciekawy, ale wcześniej dość mocno podkreślałeś panujące na Wenus warunki i zwracałeś uwagę, że przebywanie poza stacją/sterowcem raczej możliwe nie jest. Zbudowałeś obraz sytuacji, w której wszelkie walki odbywają się między statkami, które robią uniki, strzelają do siebie, wykonują manewry i tak dalej. Słowem - bitwa morska. W takiej sytuacji bardzo mnie intryguje, co mieliby robić komandosi i być może Twój pomysł jest genialny i oryginalny, ale dopóki swojej wizji nie opiszesz, pozostaje mi w głowie obrazek będący ekwiwalentem grupki kolesi, którzy płyną atakować fregatę ubrani mniej więcejtak

Jeśli chodzi o język, rzekłabym, że jest bardzo dobrze, poza trzema sprawami:
- powtórzenia
- wielkie korporacje (jak dla mnie to pleonazm)
- maksymalizować jeszcze bardziej

Mimo wszystko jednak bardzo udatnie stylizujesz, udało Ci się stworzyć tekst, który jest bardzo wiarygodny jako wspomnienia dojrzałego, doświadczonego, inteligentnego człowieka, który jednak pisze szczerze i prostolinijnie, swobodnie, bez problemów z ubraniem myśli w słowa, ale i bez popisywania się elokwencją.



Awatar użytkownika
Romecki
Pisarz
Pisarz
Posty: 4478
Rejestracja: czw 31 gru 2009, 00:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Układ Słoneczny Oszalał

Postautor: Romecki » czw 24 sty 2019, 16:17

Błędy zostały już wyłuszczone: od światotwórczych po językowe.
Ja tyko dodam, że idea skupienia się na polityce ma sens, o ile za wzorzec weźmiesz taką "Expanse" Coreya. To dobry wzór, bo tam wszystko kosztuje, nowe rodzi się w bólach, etc. - jest co podglądać (w sensie: jak pisać).


FB: https://www.facebook.com/romek.pawlak
Miłek z Czarnego Lasu http://tvsfa.com/index.php/milek-z-czarnego-lasu/
"Osobiście uwielbiam jak czytelnicy "uświadamiają" mnie jakie perspektywy przegapiłem, jakich wątków nie wykorzystałem i jak powinienem pisać, żeby dostać literackiego Nobla :P" - by Navajero.

Awatar użytkownika
lucek016
Zarodek pisarza
Posty: 12
Rejestracja: sob 26 sty 2019, 17:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Układ Słoneczny Oszalał

Postautor: lucek016 » sob 26 sty 2019, 23:03

Też nie będę się już rozwodzić nad błędami, bo nie mam wiedzy i lepiej, żeby zajął się tym ktoś lepiej rozgarnięty w tej kwestii.

Dużo się dzieje. Ale pomimo nagromadzenia tak wielu informacji o wydarzeniach, które raczej nie będą się bezpośrednio tyczyły fabuły, a tylko stanowią tło, czytało mi się raczej zgrabnie. Masz fajny, lekki styl pisania. Nie przyduszasz patetycznością i nadmiernie rozbudowanymi opisami nowoczesnych technologii, które tak często spotyka się w sci-fi. A jeśli dojdzie do tego inteligentna, ciekawa fabuła, to tylko czekać na ciąg dalszy ;)




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 10 gości