Sieczkarnia: historia pewnej rodziny (zweryfikowany, poprawiony)

Miniaturki, drabble i inne krótkie teksty

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Sieczkarnia: historia pewnej rodziny (zweryfikowany, poprawiony)

Postautor: maciekzolnowski » wt 18 gru 2018, 19:03

Mój Boże! Ileż było takich owianych aurą tajemnicy wydarzeń z dzieciństwa, które – przekazywane z ust do ust przez osoby postronne, plotkarzy, bądź też zatrzymane wyłącznie dla siebie gdzieś na dnie pamięci – z czasem urosły do czegoś w rodzaju legendy. Wszystkich nie pamiętam, a większość nie zasługuje – jak mniemam – na niczyją uwagę, ale, cóż, świat dziecka rządzi się własnymi prawami i potrafi wyolbrzymiać sprawy najbardziej nawet błahe. Na przykład taka sieczkarka… Ech! Rzecz kompletnie bez znaczenia – mogłoby się wydawać – która jednak źle mi się konotuje. A dlaczego? – za chwilę wyjaśnię, a przy okazji trochę pobajam. Posłuchajcie!

Miałem starszego kolegę, który mieszkał przy tej samej co ja ulicy Ogrodowej ze swym młodszym rodzeństwem: Basią i Tomkiem. Adam – bo o nim mowa – był ode mnie większy i silniejszy, i bardzo mi imponował. Nie był wcale małym chłopcem, wprost przeciwnie – w mych oczach, mając za sobą całe trzynaście lat życia, jawił się prawie jako dorosły. Potrafił być z niego rozważniak, przewidulec i ostrożniak, choć wychowywała go ulica, a przynajmniej – do pewnego stopnia. Pochodził z domu, w którym każdy dbał li tylko o siebie: rodzice byli więc zajęci swoimi sprawami, a dzieci swoimi.
Czy już czujecie ten zew romantycznej wolności, żeby nie powiedzieć, dziecięcej anarchii? Doszło do tego, że nawet teraz, po wielu, wielu latach, gdy piszę te słowa, odczuwam zazdrość. Ja takiej swobody nigdy nie zaznałem. Prowadzono mnie na bardzo krótkiej smyczy i miałem mnóstwo obowiązków, związanych z nauką w szkole gminnej. A tymczasem u Bochenków można było robić dosłownie wszystko, na przykład bawić się w chowanego albo „chał chała”, cokolwiek to oznacza. Można było ganiać po dosłownie całym domu i robić to, czego normalnie robić nie wypada. A sterta ubrań, porozrzucanych po podłodze, walających się po wszystkich kątach zawilgoconej rozwalichy bez ładu i składu, piętrzących się aż po sam sufit, stanowiła niezrównaną wprost scenerię dla najbardziej nawet wymyślnych i szalonych zabaw. I do tego jeszcze to pierze sprzed tygodnia (a może dwóch?) wciąż unoszące się w powietrzu, fiu, fiu – pamiątka po zaszlachtowanym i oskubanym brojlerze. Czad!
Ojciec rodziny – niestrudzeniec i popyleniec – musiał popylać przez cały boży tydzień mopikiem do bazy (ówczesnego pegeeru).
Matka-pijuska całymi dniami bożymi szlugała i piła nałogowo (nie pomnę, co prócz kawy piła). I tylko skoro świt, z samego rana… No już dobrze, już dobrze… Nie wcześniej jak przed jedenastą, zabierała się za porządki, gdyż bajzel w domu był nieprzeciętny. Zabierała się także i przez całe długie popołudnia – rzadko na tyle skutecznie, by w ogóle móc choćby tylko pomarzyć o dotknięciu mopa, szufelki albo zmiotki.
Tomeczek – najmłodszy z rodzeństwa – był niekiedy tak straszliwie głodny, gdy wracał z lekcji, że brał pomyje za zupę. Robił to omyłkowo, ale najgorsze, że mu one bardzo, ale to bardzo smakowały – bardziej od codziennej bożej strawy.
Było tam zawsze wesoluchno, a człek brechtał się dosłownie z byle czego, chichrając przy tym niczym żaba Monika z „Teleferii”. To tam oglądało się wieczorami „Sąsiadów”, i to tam po raz pierwszy zakochałem się. W „Terminatorze”!

Pamiętam, jak raz moja babcia przyszła z wyłudą po odrobinę cukru. Zapukała do drzwi. I oto, co usłyszała:
– E ty, kurwa! Zara jak ci puknę, cholero jedna! Aaa, to pani, pani Goździkowa. – Zmieszała się matka rodzeństwa. – O, ja przepraszam, kurwa. Myślałam, że to te małe bum-cyki se zabawę urządzają, bo cały czas tutaj przyłażą i do mnie pukają.
– A, nic się nie stało, pani Bochenkowa, nic się nie stało.
Taki to był właśnie wesoły domek, tętniący życiem, rozbrzmiewający poematem symfonicznym bluzgów, w którym małe „bąki” pilnowały się lub nie pilnowały, wychowywały albo i nie wychowywały same.

Nie zdziwiło mnie więc, jak razu pewnego dowiedziałem się, że Adasiowi sieczkarka obcięła jeden z palców u ręki. Nie było mnie przy tym, a mimo wszystko wiedziałem, że w tym „burdelu” wszystko zdarzyć się może, i że prędzej czy później dojdzie tam do jakiegoś nieszczęścia. Podobno było strasznie zabawnie, kiedy ów członek na powrót mu przyszywano. Wszyscy żartowali, i w ogóle. I pielęgniarki, i doktory, a nawet sam zainteresowany śmiali się do rozpuku. A było to tak…
Owego feralnego dnia ojciec podawał Adaśkowi porcję trawska oraz paru innych roślin, a on ostrożnie przemycał ten towar do sieczkarki. Miała to być zdaje się pasza dla królików: jakiś rozdrobniony mlecz albo mlecz z dodatkiem buraków cukrowych czy coś takiego. (No bo – widzicie – te małe kłapouche smyki wprost uwielbiają polne zielsko).
Maszyna wibrowała delikatnie i równomiernie. I wystarczyło tylko zgrać się z nią. I tak bez czkawek, drgawek, śmiechawek, kichawek czy skoków pracowała ta dwuosobowa spółdzielnia rolnicza. Lecz coś musiało pójść nie tak, coś złego musiało się stać z samymi nożami, bo oto nagle aż podskoczyły i dosłownie rzuciły się na Adasiowe dłonie – z kłami, szponami, kopytami, kapturami, dresami, i w ogóle. A ten miast odskoczyć na bok, jął się przysuwać do sieczkarki coraz bliżej, i bliżej, i bliżej. Podobno ujrzał gigantyczne króliczysko ze stali z zębami zamiast ostrzy i z tymi rozkosznymi oczkami jak u pluszaka. I chciał to zwierzę jedynie pogłaskać, musnąć delikatnie po mordce, nakarmić marcheweczką, mleczem i paluszkami, ale nie tymi u ręki. No i bach! Nim się zorientował, co się stało, było już po zawodach.
Cóż, dużo soczystej, purpurowej krwi stracił, nim mu go na powrót przyszyli medycy, jeszcze więcej – zanim odgryzieniec zafunkcjonował jako nowy-stary kciuk. A jak już zafunkcjonował, natychmiast ułożył się w przyjazny i jakże dla oka miły gest „all right”.

Czy to wszystko wydarzyło się naprawdę? – tego nie wiem i chyba się już nie dowiem. Mój Boże! Ileż było takich owianych aurą tajemnicy, sensacyjnych wydarzeń w moim nastoletnim życiu, które z czasem urastały do rangi legendy, przekazywane z ust do ust przez osoby postronne i zwykłych, pospolitych plotkarzy. Wszystkich nie zapamiętałem. Większość z nich nie zasługuje – jak sądzę – na uwagę, ale świat dziecka rządzi się swoimi prawami. I potrafi niekiedy wyolbrzymiać błahostki. Wyraz „sieczkarka”, na przykład, już zawsze będzie mi się nieciekawie kojarzył.
A co do samych Bochenków jeszcze… Hmm, rodzinka funkcjonowała sobie nadal w perspektywie najdalszości – tyle, że bez matki, bo matka umarła prawdopodobnie na raka (wiadomo: papieroski, tryb życia beztroski). Bochenkowe dzieci – już jako osoby dorosłe – pokończyły studia, poznajdowały sobie dobre prace i pozakładały rodziny. I żyją tak po bożemu po dziś dzień, radząc sobie nawet lepiej ode mnie. 

Added in 1 minute 36 seconds:
Nie wiem, czy moje poprawki poszły w dobrą stronę. Tak czy siak, zamieszczam "Sieczkarnię". Nie ukrywam, że nie jest to moje ukochane dziecię, ale... cóż! Jest moje!



Awatar użytkownika
Orly
Szkolny pisarzyna
Posty: 39
Rejestracja: ndz 29 sty 2017, 21:49
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Sieczkarnia: historia pewnej rodziny (zweryfikowany, poprawiony)

Postautor: Orly » śr 19 gru 2018, 23:40

Hmmm, specyficzny twór zaserwowałeś.

"Miała to być zdaje się pasza dla królików: jakiś rozdrobniony mlecz albo mlecz z dodatkiem..."
Tutaj jest powtórzenie.

Znowu trochę mnie konfuduje język - miesza się wyrafinowane słownictwo z taką gadką bajarza. Z jednej strony narrator zamiast mojej, mówi "mej", "dbał li tylko..." i tak dalej, a z drugiej mówi "fiu fiu", czy "szlugała".
Ciężko w sumie powiedzieć o czym ten twór do końca jest. Mam wrażenie, że liznąłeś tutaj sporo kwestii, ale ciężko powiedzieć co było najbardziej istotne, a historia sama z siebie jakoś nie porywa.

Opis sieczkarki jako królika całkiem zacny.



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Sieczkarnia: historia pewnej rodziny (zweryfikowany, poprawiony)

Postautor: maciekzolnowski » czw 20 gru 2018, 10:55

Dzięki, Orly. No właśnie: o co właściwie chodziło? Może tylko o obrazek rodzajowy pewnej rodzinki, widziany oczami dziecka? Ważną kwestię poruszyłeś: dyscypliny przy doborze słów (spójności estetycznej tekst). Albo decyduję się na styl gawędziarski, albo na opowieść bardziej kunsztowną pod względem literackim. Widać, że mam jeszcze z tym problem. I że nie mogę się zdecydować na którąś ze słusznych opcji. ;) Pozdrawiam! MZ

Added in 39 seconds:
* spójności estetycznej tekstu - miało być



Awatar użytkownika
szopen
Pisarz pokoleń
Posty: 1058
Rejestracja: śr 25 kwie 2012, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Sieczkarnia: historia pewnej rodziny (zweryfikowany, poprawiony)

Postautor: szopen » sob 22 gru 2018, 14:04

maciekzolnowski pisze:Source of the post który mieszkał przy tej samej co ja ulicy


Zawsze mam problemy z interpunkcją, ale czy przed "co" nie powinno być przecinka?
maciekzolnowski pisze:Source of the post Doszło do tego, że nawet teraz, po wielu, wielu latach, gdy piszę te słowa, odczuwam zazdrość.
Moim zdaniem skreślony fragment zbędny, bo przecież wiadomo, że teraz podmiot pisze te słowa.

Bardzo nierówny tekst. Te Twoje kawałki, które czytam, nieodmiennie mi się nie podobają, a tutaj widać przebłyski czegoś fajnego. Tekst bogaty w słowa, soczysty, potoczysty - ale jednak co chwila ptykałem się w nim o zdanie, które psuły mi przyjemność z czytania i przez które bez przerwy miałem wrażenie, że coś jest tu nie tak. Na przykład:

maciekzolnowski pisze:Source of the post Taki to był właśnie wesoły domek, tętniący życiem, rozbrzmiewający poematem symfonicznym bluzgów, w którym małe „bąki” pilnowały się lub nie pilnowały, wychowywały albo i nie wychowywały same.


"Taki to był właśnie wesoły domek" kojarzy mi się z pierwszymi literackimi próbami rodem z podstawówki, potem czyta się dobrze, a potem fragment podkreślony przeze mnie: wychowywały się same jest ok, ale "nie wychowywały się same" sugerować może albo, że ktoś je jednak wychowywał, albo, że w ogóle się nie wychowywały (to drugie znaczenie wzmacniane jest przez poprzedni, gdzie dzieci albo się same pilnowały, albo się same nie pilnowały". Jako wprawka - może być. Daje się czytać. Niemniej, mnie nie porywa.




Wróć do „Miniatura literacka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość