Murckowski omen

Miniaturki, drabble i inne krótkie teksty

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 368
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Murckowski omen

Postautor: maciekzolnowski » wt 04 gru 2018, 16:12

Nazywałem go po prostu dziadkiem z Murcek, choć tak naprawdę pochodził ze Lwowa i był na tyle wiekowy, by móc pamiętać Austro-Węgry – dziwny, a od dawna już nieistniejący twór, który starcy, a pośród nich mój dziadek, wspominają z wielkim rozrzewnieniem i sympatią. Władziu – wołała na niego żona – babcia Rena, która również, mimo niemieckich korzeni, pochodziła ze Wschodu.
Małżonkowie mieli siedmioro dzieci. Najmłodsza, jedyna córka, mieszkała z rodzicami, ale pozostali członkowie wieloosobowej familii zjeżdżali się od święta – powiedzmy raz na miesiąc – do niewielkiego domku, wraz ze swoimi z kolei rodzinami: dziećmi, żonami, psami, kotami i tak dalej. A wkoło robiło się od razu swojsko, ciasno i wesoło.
Natychmiast też babcia Rena przyrządzała tak zwaną zupę z gwoździa, czyli lurowaty, parzący w język płyn, stworzony dosłownie z niczego, oraz gotowane, a następnie ubijane ziemniaki z kminkiem i kwaśnym mlekiem na drugie danie, a my malcy zajadaliśmy się mlekiem w proszku.
Jakiś czas temu dziadkowie – Władziu i Rena – osiedlili się na Śląsku, w pobliżu Katowic, w których bywałem z rzadka i tylko wtedy, kiedy musiałem, bo na przykład ojciec mi kazał. Ja sam zdecydowanie wolałem klimaty opolskie, pograniczne, z poniemieckimi ruinami, pełnymi nieodkrytych skarbów i niezbadanych tajemnic, z pustymi przestrzeniami, łagodnymi pagórkami, na których mościły się malownicze i bezkresne pola.
Stolica województwa katowickiego kojarzyła mi się natomiast z brakiem typowo miejskiego rynku, ciasnotą, bajzlem i pojawiającymi się wszędzie szkodami górniczymi, z całą niezdrową wysypką dziur i zapadlisk, a także z wiecznie zamglonym słońcem, które tak naprawdę trawił smog, a nie żadna mgła, niczym rak plugawy drąży ciało chorego.
Nie tylko słońce było dziwne i postapokaliptyczne, wyjałowione z życiodajnego żaru jak po nuklearnej zimie. Dziwna była również ziemia w przydomowym ogrodzie dziadków – piaszczysta, przybrudzona sadzą, w kolorze ciemnoszarym.

Pewnego razu, a było to rano, dziadek przechadzał się, krocząc dystyngowanie. Trzymał dłonie splecione w uścisku i opierał je z tyłu o wyprostowane plecy, zrywając i smakując od czasu do czasu prosto z krzaka co dorodniejsze owoce – agrest, maliny i jeżyny – pełne słodkich i niewysłowionych tajemnic pod przejrzałą skórką, zalane promykami słońca niczym jakieś Bergamuty lazurowymi masami wodnymi.
Opowiadał mi nieśpiesznie o grzybie atomowym, o swych dawniejszych i obecnych fascynacjach naukowych i paranaukowych, zabawiał kresowymi opowieściami, lwowskimi piosenkami oraz imitacją odgłosów zwierzyny.
– Dziadku, dziadku! A jaki dźwięk wydaje świnia? – dopytywałem się.
– Świnia robi łiii, łiiii!
– A jaki dźwięk wydaje krowa?
– Krowa robi kle, kle.
– No to w takim razie… jaki dźwięk wydaje bociek? – Wiedziałem, że żartuje, ale też miałem świadomość jego kłopotów z pamięcią.
Kiedyś czytał sporo i wiele podróżował, a z zawodu był nauczycielem i inspektorem oświatowym. Teraz zaś dużo spał, a jego umysł trawiła skleroza. Uwielbiał wygrzewać się na słońcu niczym żmija i mógł w ten sposób spędzać bezkarnie ładnych kilka godzin, drzemiąc i dumając, Bóg jeden raczy wiedzieć, o czym.
I właśnie ułożył się na ogrodowej ławeczce. A jak tylko się ułożył, natychmiast zasnął. Wiedziałem, że jest stary i że może umrzeć w każdej chwili, na przykład właśnie teraz, i przerażało mnie to. Zastanawiałem się, jakie też działania musiałbym podjąć ja – najmłodszy w rodzinie – w przypadku niefortunnego zejścia dziadziusia w ten oto przepiękny poranek, do kogo się udać ze smutną nowiną i kogo pierwszego powiadomić.

Te rezolutne rozważania przerwało brutalne wycie syreny strażackiej. Miało się wrażenie, że wyje nie jedna, lecz sto podobnych. A wtedy dziadek obudził się i zaczął rachować. Naliczył dokładnie tyle ryknięć, iżby można już było mówić o epidemii niepokojących dźwięków, o prawdziwym, najprawdziwszym larum, nie zaś o zwykłych ćwiczeniach. Po chwili wąskim, żwirowanym klepiskiem nowej dzielnicy domków jednorodzinnych, jeszcze nie do końca wybudowanej i nieukończonej, pognały karetki, milicja i wozy strażackie w kierunku Lasu Murckowskiego. My również ruszyliśmy w tamtą stronę, mijając po drodze kilka domów w stanie surowym. I po dziesięciu minutach z hakiem dotarliśmy z dziadkiem na pobliską, zdziczałą i zaniedbaną łąkę niczyją, poprzedzającą las. Inni gapie, a wśród nich ludzie z sąsiedztwa, mój ojciec, kuzyni i łysawy stryjek – niezapomniany hodowca nutrii – już się tam znajdowali.
Zastany obrazek był żałosny, można powiedzieć apokaliptyczny. Wszystko zdawało się jednocześnie płonąć, jęczeć i grzmieć. Strażacy usiłowali ugasić pożar. Mieli długie węże, fascynujące mnie od dziecka sikawki, z których buchały na przemian piana oraz woda i wytryskiwały strzeliście w górę, by za chwilkę efektownie opaść całymi kaskadami na stojący w dymie i ogniu helikopter. Ktoś starał się desperacko rozewrzeć zatrzaśnięte na amen wrota uszkodzonej maszyny. I tak, pośród jęków i krzyków – bliskich niewątpliwie, choć dokładnie nie wiadomo, skąd dochodzących – dla postronnych obserwatorów cała ta sytuacja stawała się stopniowo jasna.
Uszkodzony pojazd był własnością służb medycznych i popsuł się akurat teraz, podczas lotu. Pilot nie miał innej rady, jak awaryjnie posadzić maszynę na łące. Na pokładzie znajdował się obłożnie chory, transportowany do pobliskiego szpitala. I teraz „najlepsze”: personel pogotowia lotniczego, tej latającej trumny, w przypływie paniki, zapomniał o swym nieszczęsnym podopiecznym. I jeden przez drugiego zaczął naraz wyskakiwać z płonącego śmigłowca, na koniec jeszcze zatrzaskując za sobą drzwi z impetem i tak niefortunnie, iż żadna siła nie była zdolna na powrót ich rozewrzeć.
Pomimo profesjonalnie przeprowadzonej akcji ratowniczej, nie udało się ocalić pacjenta, który na czas nie zdążył był opuścić helikoptera z tą charakterystycznie wytartą, a widniejącą na jednym z jego boków literką „pe” („pe” jak pogotowie).

Kiedy następnym razem pojawiłem się w domu dziadków, ojciec mój, przechadzając się po okolicznych łąkach i sadach, przekazał mi kilka pikantnych faktów dotyczących tajemniczego wypadku. W ten oto sposób dowiedziałem się, że dziadek z Murcek, pilny obserwator wszelakich drobnostek, przejawów i okruchów życia, znalazł pewnego razu na miejscu zdarzenia książeczkę do modlitwy i dobrze zachowany różaniec, a ponadto kawałek nadwątlonej ludzkiej kości, którą następnie zakopał gdzieś w przydomowym ogródku murckowskim.
Pamiętam, że jako mały brzdąc z inicjatywą i zacięciem geologicznym poszukiwałem, i to nieraz, tej niemalże relikwii, dokonując licznych odkrywek glebowych i kopiąc doły, gdzie popadło. Oczywiście nigdy niczego nie odkryłem, a ojciec z czasem przestał powracać do sprawy wypadku, czego oczywiście nie mogłem mieć mu za złe.
Nie śmiałem nigdy więcej o to pytać, a zresztą nie było nawet kogo. Małżonkowie Władziu i Rena wkrótce poumierali ze starości, a ich niewielki domek został sprzedany. Rodzina, z którą od dawna już nie utrzymuję kontaktu, porozjeżdżała się po świecie.

Sporo lat, jakieś trzydzieści, może czterdzieści, upłynęło od tajemniczego wypadku, o którym nigdy nie zdołałem w pełni zapomnieć. Leczyłem się podówczas na serce i byłem mocno chory, a wraz z wiekiem i uciekającym czasem nabrałem ochoty, by kiedyś jeszcze, zanim bezpowrotnie przeminę, powrócić do sprawy z dzieciństwa i dowiedzieć się czegoś więcej o zdarzeniach, które pamiętałem jak przez mgłę. Mając do dyspozycji cały Internet, telefon komórkowy oraz iPada, wciąż było zdecydowanie więcej pytań, aniżeli odpowiedzi. I teraz nareszcie nastał czas, aby wyjaśnić jedną z największych zagadek mej młodości.
Śledztwo, które prowadziłem, trwało ponad pół roku i nie przyniosło zadowalających rezultatów ani ostatecznych rozstrzygnięć. Nie pomogła ani wizyta w Murckach i próba odświeżenia sobie pamięci licznymi spacerami, wałęsaniem się po różnych tam Czeczottach, Elsnerach i innych Mastalerzach, ani przeszukiwanie archiwum Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach, ani nawet wczytywanie się w dane gromadzone przez Państwową Komisję Badania Wypadków Lotniczych z siedzibą w Warszawie.
– Panie kochany! Ja o niczym nie wiem – grzecznie odpowiedział mi raz głos dyżurnej pogotowia w słuchawce. – A jestem przecież rodowitą katowiczanką, w Murckach wychowaną.
Nie dość, że nie udało mi się rzucić nieco więcej światła na dawno już przebrzmiałą sprawę, to na domiar złego okazało się, iż tragiczny wypadek z początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku nie został odnotowany w papierach, bądź też w ogóle się nie wydarzył. Obgryzałem z nerwów paznokcie i zachodziłem w głowę, jak to jest możliwe, że pamięć zdołała mnie oszukać w tak perfidny, a na dodatek perfekcyjny sposób.
– Czy to się już wydarzyło… czy dopiero wydarzy? – zapytywałem.

Na dumanie miałem dużo czasu, zwłaszcza teraz, kiedy, leżąc w szpitalnym łóżku, oczekiwałem na operację wszczepienia kardiowertera. Operacja miała mieć miejsce w klinice w Chorzowie. Musieli mnie tam tylko przenieść cało i zdrowo, z czego kompletnie nic nie wyszło.
Pamiętam, że zdołałem zwrócić uwagę na wytartą literkę „pe”, znajdującą się z boku, gdy mnie wsadzano do maszyny. Znałem ją, znałem ten cholerny symbol, a i helikopter, który mnie transportował, wydał mi się wprost niesłychanie stary i dziwnie znajomy, znajomy do tego stopnia, że nieomal zemdlałem, kiedy skojarzyłem ów kształt z latającą trumną, tą samą, którą widziałem jeszcze jako dzieciak w Murckach.
I nagle usłyszałem ryk:
– Hej, chopy! Dawajcie tu no kupa wody! Ino gibko! – zarządził jeden.
– Co z temi pierońskimi dźwiyrzami?! – zawołał drugi. – A niech to! Zaczasły sie.
Potem już nic nie udało mi się uchwycić, oprócz zapachu spalenizny, nieznośnego żaru, dźwięku ogłuszających syren strażackich i policyjnych, i ogólnie panującej wkoło mnie wrzawy.

Ach, mój Boże! Gdyby tak duchy potrafiły mówić…



Awatar użytkownika
hati
Szkolny pisarzyna
Posty: 35
Rejestracja: śr 20 maja 2009, 20:29
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kraków
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Murckowski omen

Postautor: hati » sob 08 gru 2018, 01:03

:clap:
Kim ja jestem, by się tu do czegokolwiek czepiać. Mogę tylko powiedzieć, że tekst bardzo mi się podobał, a zakończenie dodatkowo zaskoczyło. Tylko kilka drobnych rzeczy... :)

Chyba, ale naprawdę chyba, wolałabym przeczytać inne zdanie na końcu. Mocniejsze może.

maciekzolnowski pisze:Source of the post Władziu – wołała na niego żona – babcia Rena, która również, mimo niemieckich korzeni, pochodziła ze Wschodu.


Może tak:
„Władziu” wołała na niego żona, babcia Rena, która...
Albo jeszcze inaczej, ale nie wiem jak. Teraz brzmi, jakby żona coś do niego wołała, zaczynając od „Władziu”.

maciekzolnowski pisze:Source of the post a my malcy zajadaliśmy się mlekiem w proszku.

przecinki: a my, malcy, zajadaliśmy

maciekzolnowski pisze:Source of the post Oczywiście nigdy niczego nie odkryłem, a ojciec z czasem przestał powracać do sprawy wypadku, czego oczywiście nie mogłem mieć mu za złe.


Oczywiście powtórzenie :)

Ode mnie wielkie gratulacje!


Ah, gravity - thou art a heartless bitch.
by Sheldon Cooper

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 368
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Murckowski omen

Postautor: maciekzolnowski » pn 10 gru 2018, 19:37

Strasznie Ci dziękuję, Hati! :))

Twoje łapanka bardzo mi pomogła i już naniosłem stosowne poprawki.
Wytłumaczę się może z ostatniego zdania. Otóż być może chodzi o to, iż to ja sam jestem... stałem się duchem, co uzasadnia narrację prowadzoną w pierwszej osobie.
Końcówka końcówką, ale możliwych interpretacji tego tekstu jest wiele: 1) wypadki, albo przynajmniej jedna z katastrof z udziałem śmigłowca była ułudą, 2) rodzaj pętli czasowej - przedstawione wydarzenie (jedno i to samo! sic!) miało faktycznie miejsce, 3) wydarzyły się dwa niezależne od siebie zdarzenia z udziałem śmigłowca. To od Ciebie zależy, co uznasz za prawdę i jaką wersję sobie - że tak powiem - upatrzysz.

Pozdrawiam i raz jeszcze serdecznie Ci dziękuję,
Maćko



Awatar użytkownika
martar
Pisarz domowy
Posty: 107
Rejestracja: czw 05 paź 2017, 21:44
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Sosnowiec
Płeć: Kobieta

Murckowski omen

Postautor: martar » pt 14 gru 2018, 12:26

Bardzo fajny, trochę niepokojący, klimatyczny test. W moim odczuciu ostatnie zdanie ładnie go domyka.
maciekzolnowski pisze:Source of the post Otóż być może chodzi o to, iż to ja sam jestem... stałem się duchem, co uzasadnia narrację prowadzoną w pierwszej osobie.

Dokładnie w ten sposób to zinterpretowałam.
Niejednoznaczność tekstu jest jego atutem.



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 368
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Murckowski omen

Postautor: maciekzolnowski » wt 18 gru 2018, 18:41

Dzięki zwłaszcza za docenienie tego klimatu. :)




Wróć do „Miniatura literacka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości