Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

[W]Pewnego razu, w Karczmie pod Szarą Gruszą… [fantasy, humorystycznie]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MTszewski
Pisarz domowy
Posty: 66
Rejestracja: ndz 01 maja 2011, 22:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Lublin
Płeć: Mężczyzna

[W]Pewnego razu, w Karczmie pod Szarą Gruszą… [fantasy, humorystycznie]

Postautor: MTszewski » śr 28 lis 2018, 15:34

Andrzej przeczytał treść szyldu, cedząc przy tym każde słowo – Karczma pod Szarą Gruszą. Przed nim, na polanie między drzewami, stała potężna, trzypiętrowa budowla, która rozmiarami dorównywała ratuszowi w stolicy. Sądząc po różnych kolorach drewna, wielokrotnie ją rozbudowywano, za każdym razem dodając nowe ganki, całe piętra czy nawet baszty, aż powstała konstrukcja przysuwająca na myśl połączenie zamku, zamtuza, młyna i totalnego bezguścia. Próżno było szukać tu podobieństwa do małej oberży z opowieści, która mieściła się pod gałęziami Szarej Gruszy, ba, nawet samego drzewa nie dało się wypatrzyć.
Chłopak jednak się tym nie zraził, ponieważ i tak najważniejsze było to, że bohaterowie wszystkich opowieści, o których słyszał w rodzimym mieście na Wyspie Trzech Borsuków, zawitali tu przynajmniej raz. W tych ścianach rozpoczęła działalność banda Pięciu Lisich Chłopców, zbójników, o których z nieskrywaną fascynacją opowiadała babcia Andrzeja. Także w tym miejscu Herald Cherlawy, po wypiciu trzech garnców piwa, złożył obietnicę rozprawienia się z mroczną armią dzikich gęsi, która terroryzowała grody w całej krainie. O tej historii najczęściej przypominał sobie dziadek, szczególnie gdy ktoś wypominał mu, że za dużo czasu spędza w miejscowej oberży. Mówił przy tym:
– Gdyby Herald usłuchał podobnych narzekań, światem władałyby teraz opętane ptaki.
Najciekawsze opowieści snuł jednak najstarszy z trzech gadających borsuków, od których wyspa Andrzeja wzięła nazwę. Szczególnie upodobał on sobie legendy o Orgonie, pogromcy między innymi dwóch smoków, lewiatana oraz przyzwoitki pięknej Barbary. Zwierzak za każdym razem zaczynał je tymi samymi słowami:
– Pewnego razu, w Karczmie pod Szarą Gruszą…
Andrzej powtórzył to zdanie niczym zaklęcie. Nie mógł się doczekać, aż zasiądzie przy stoliku, zamówi kufel piwa i zacznie chłonąć atmosferę tego miejsca. Może i jemu przydarzy się tu jakaś przygoda? Do tej pory nie przeżył ich zbyt wiele, nawet jeśli zaliczyłby do nich zwichniętą kostkę na schodach do świątyni Czuwającego Boga albo kradzież jabłek od miejscowego kramarza. Wyspa Trzech Borsuków leżała na uboczu wszelkich ciekawych zdarzeń, nawet gwałtowne burze zdawały się ją omijać, a matka, aż do tej pory, nie pozwalała mu brać udziału w morskich wyprawach.
Chłopak zanim wparował do karczmy, poczekał na starszego brata, Bartłomieja, który opiekował się nim podczas podróży. Został on razem z obstawą i wozem z towarami odrobinę z tyłu, ponieważ biednej szkapie kończyły się siły, by go wieźć. Był tęgim mężczyzną o posturze wzdętej beczki i wyglądał na znacznie starszego, niż był w rzeczywistości. Wokół siebie roztaczał aurę dostojeństwa – nosił buty z podwijanymi czubkami, zdobioną kurtę z kryzą i ledwie dopinający się na brzuchu wams. Andrzej w swoim ciemnoniebieskim dublecie wyglądał przy nim jak uboga sierota.
– To naprawdę ta Karczma pod Szarą Gruszą? Ten moloch nawet nie przypomina oberży. No i gdzie grusza? – zapytał Bartłomiej, gdy zatrzymał konia. Cały czas unosił głowę lekko do góry, by nie robił mu się drugi podbródek.
– To tutaj, miejsce się zgadza, szyld także. Idziemy już do środka? Ale to ekscytujące, Karczma pod Szarą Gruszą.
– Ekscytujące? – Bartłomiej skrzywił się, jakby usłyszał coś niestosownego. – Andrzej, czy ty naprawdę jesteś synem tego samego kupca co ja? To miejsce jest jak lisia nora dla kury, jak paszcza wilka dla zająca. Tu każdy będzie patrzył tylko na twój trzosik i jeżeli stracisz uwagę, wyciągnie od ciebie ostatniego miedziaka.
– Mówiłeś właściwie o wszystkim. – Zaczął wyliczać na palcach. – O porcie, rynku, morzu, lesie, wsiach, a nawet o świątyni Czuwającego Boga.
– Bo to prawda.
– A mi się wydaje, że nie jest aż tak źle. Nie wszyscy ludzie myślą tylko o pieniądzach.
– Co ta matka z tobą zrobiła – wetchnął ciężko, aż koń pod nim parsknął zaniepokojony. Bartłomiej zszedł ze szkapy na drogę i tej próby jego majestat nie wytrzymał. Szybko jednak podciągnął spodnie i rozprostował zwichrowane ubrania, w czym miał już sporą wprawę. – Zresztą, co mnie to obchodzi. Jak chcesz tkwij dalej w tej swojej nieświadomości, ale nie proś mnie, bym fundował ci jedzenie w drodze powrotnej.
– Nie musisz się o mnie martwić. Jeżeli będzie trzeba, sam sobie poradzę.
Zabrzmiał dość przekonująco, choć Andrzej tak naprawdę wcale nie był tego pewny. Podróżując razem z bratem miał zapewnione jedzenie, ochronę zbrojnych i konia. Pozostało mu liczyć, że jakoś by przetrwał za pieniądze, które miał przy sobie.
– Wypluj te słowa! Matka by mnie zabiła, gdybym ci na to pozwolił.
Bartłomiej wcale nie przesadzał. Mama oczywiście kochała wszystkie sześcioro dzieci, ale to najmłodszego syna otaczała najbardziej duszną miłością. Przez długi czas nie pozwalała mu opuszczać wyspy, a najchętniej widziałaby go cały czas przy sobie, w przydomowym ogródku. Wszystko się zmieniło, gdy nastał dzień szesnastych urodzin Andrzeja, podczas których ojciec chłopca stracił wreszcie cierpliwość. Nie zważając na protesty żony, zarządził, że najmłodszy syn weźmie udział w kupieckiej podróży, by, tak jak pozostali synowie, kontynuować rodzinne tradycje. Poza tym uczynił słuszną uwagę, że jeszcze żaden kupiec się nie dorobił, siedząc z mamusią w domu.
Matka nie mogła walczyć z takimi argumentami, ale i tak spróbowała. Dopiero po kilku godzinach utyskiwań zgodziła się wypuścić najukochańsze dziecko, lecz pod jednym warunkiem: Andrzej miał popłynąć razem z Bartłomiejem. Starszego brata nie trzeba było długo namawiać, wystarczyła mu obietnica zarobku na futrach w Sierptoporze. A po drodze do tego miasta stała właśnie Karczma pod Szarą Gruszą, o czym Andrzej nie mógł nie wspomnieć Bartłomiejowi.
Bracia oddali konie do stajni, która wielkością niewiele ustępowała oberży. Wóz zaś postawili obok, a jako że skóry i inne towary były dość cenne, rozkazali by co najmniej dwóch zbrojnych z sześciu zawsze stało na warcie.
Gdy weszli do budynku, oczom Andrzeja ukazała się wielka sala z dwoma poziomami antresol. Była tu scena dla muzyków, ogromna lada, której blat wykonano z jednego pnia dębu. Mimo że było dopiero popołudnie, przy większości stolików siedzieli klienci, a powietrze wypełniał zapach potu, mięsa i piwa. Na środku zaś, z dziury w podłodze, wyrastało niewielkie, martwe drzewo, w wielu miejscach nadpalone. Ogrodzono je płotkiem, najpewniej była to słynna Szara Grusza, a przynajmniej to, co z niej zostało.
W karczmie było dość cicho, przynajmniej w porównaniu do innych oberż, w których Andrzej był do tej pory. Przy takiej liczbie ludzi tamte lokale wypełniałby ogłuszający gwar, tu jednak rozlegały się jedynie pojedyncze rozmowy, szczękanie sztućcami, a instrumenty w rogu sali stały smętnie oparte o ścianę. Może jest jeszcze za wcześnie, pomyślał chłopak. Może zabawa rozkręci się później?
Klientela jednak nie wyglądała na skorą do rozrywek. Siedzieli tu ludzie, elfy, krasnoludy, trolle i inne stworzenia, o których na Wyspie Trzech Borsuków nikt nie słyszał. Mimo tej różnorodności, Andrzej nie mógł pozbyć się wrażenia, że większość była do siebie podobna. Głowy tak samo spuszczone w dół, ciemne, nieco zbyt wymyślne stroje z ćwiekami i stalowymi płytami, zgarbione sylwetki. Jakiś staruszek przechodził od stołu do stołu, zagadując gości, ale szybko był przeganiany.
Mało kto miał tu posturę wojownika, sporo za to dorobiło się nadwagi mimo młodego wieku, bądź przeciwnie – było chorobliwie chudych. Wydawali się wyjątkowo ponurzy, szczególnie, że usadowili się w zacienionych miejscach, a na środku, przy martwej gruszy zostało kilka wolnych stołów.
– To chyba jakiś zlot żałobników – stwierdził Bartłomiej, odwracając się przez plecy.
W morzu ciemnych strojów wyglądali jak karnawałowe tancerki na pogrzebie. Andrzej szedł za bratem w stronę środka, gdzie było luźniej, a goście wydawali się nieco bardziej normalni. Wtedy przed nimi wstał potężnie zbudowany mężczyzna, odsuwając przy tym i stół, i kilku siedzących klientów. Celowo zastąpił im drogę. Były łysy, nosił, jak większość, skórzaną zbroję nabitą przerdzewiałymi ćwiekami, a wzrostem przewyższał obu braci o głowę. W dłoni trzymał miecz, którym teraz celował prosto w twarz Bartłomieja. W oczach zabłysła furia.
– Co powiedziałeś, niegodziwcze?
Bartłomiej odruchowo cofnął się i wpadł na Andrzeja, wywracając go na podłogę. Starszy z braci położył dłoń na rękojeści miecza, ale nie wyglądało na to, by zamierzał go wyciągnąć.
– A co, echo w pustym łbie zagłuszyło ci słowa?
Andrzej podniósł się przelękniony. Starszy z braci jak zwykle nie umiał trzymać języka za zębami, a przecież żaden z nich nie potrafił walczyć. Miecze nosili właściwie tylko dla ozdoby oraz by mieć czym wymachiwać w razie napaści. Chłopak rozejrzał się za swoimi zbrojnymi, jednak nigdzie nie mógł ich znaleźć. Czyżby tak szybko kupili alkohol i już wrócili to wozu? Może gdyby zaskoczył dryblasa, mógłby go zranić wystarczająco głęboko, by mogli uciec?
Osiłek jednak nie atakował, a wręcz wydawał się zaskoczony jakąkolwiek odpowiedzią. Popatrzył na Bartłomieja zmrużając oczy i uśmiechnął się zakłopotany. Chwilę myślał nad tym co powiedzieć, kiwając lekko mieczem. Wreszcie wrócił do poprzedniego gniewu.
– Już ja wiem, że gardzisz takimi jak my. Ale ty przecież nie wiesz, co znaczy prawdziwe życie, lęk przed głodem, strach przed zimnem. Pławisz się w luksusach, a obok ciebie umierają biedni. O nie, nie pozwolę na to dłużej. Jeśli świat nie może zadbać o sprawiedliwość, ja to zrobię.
– O czym ty gadasz, człowieku? – rzucił Bartłomiej.
Andrzej wtedy doznał olśnienia. To nie był zwykły napastnik. Osiłek grał członka szajki złodziei, z którą Orgon Zbawiciel rozprawił się podczas jednej ze swoich przygód. Każde jego słowo zgadzało się z tymi wypowiedzianymi w legendzie.
– Och, czym że ja tobie zawinił? – zaczął Andrzej. – Ciężką pracą, których owoców nie szczędzę biednym? Czy może ciepłym domem, do którego każdy ma wstęp? Może i mam co jeść, ale też znam smak nieświeżej ryby.
– Teraz i tobie się udzieliło? – sarknął Bartłomiej. – Kawior w zeszłym tygodniu jadłeś aż ci się uszy trzęsły.
Po sali przeszedł chichot. Każdy klient karczmy patrzył teraz na nich.
– To przedstawienie – szepnął Andrzej.
– Dość tego! – krzyknął ktoś kilka stolików dalej. Rycerz wstał i ściągnął z siebie ciemny płaszcz jednym zamaszystym ruchem. Oczom wszystkich ukazała się błyszcząca zbroja płytowa, która zdawała się równie piękna, co nieporęczna. Aktor grający Orgona był muskularnym blondynem o szerokiej szczęce i perlistym uśmiechu.
– Czego chcesz od tego niewinnego człowieka? Jeśli szukasz zwady, zmierz się z kimś równym sobie.
– Widzę, żeś człowiekiem honorowym i porywczym – krzyknął osiłek. – Jednak nic to, nie będę tolerować popleczników burżuazji. Wyjdźmy zatem na udeptane pole, gdzie utemperuję ci ten niewyparzony język.
Mężczyźni pokierowali się do wyjścia, tupiąc przy tym donośnie. Niektórzy goście wyszli za nimi, inni woleli pozostać przy kuflach.
– Co to za cyrk? – powiedział Bartłomiej. – Skąd wiedziałeś, że to przedstawienie?
– Mówił to samo, co w legendzie.
Starszy z braci kiwnął głową z politowaniem. Akurat dokładna znajomość legend o Orgonie nie mogła zrobić na nim innego wrażenia. Zawsze uważał się za praktycznego człowieka, a opowieści borsuka nawet jako dziecko uważał za głupie historyjki.
– Mogłem się domyślić. Nikt normalny nie mówi w ten sposób.
Gdy zajmowali stolik, przyszła do nich urocza dziewczyna z zakłopotanym uśmiechem. Miała podkrążone oczy, a fartuch poplamiony piwem i sosem. Zapewne była córką karczmarza albo jego kuzynką – by obrobić taką liczbę klientów mogło nie starczyć członków jednej rodziny.
– Przepraszam za to nieporozumienie – powiedziała do Bartłomieja, jednak nie omieszkała także posłać krótkiego uśmiechu Andrzejowi. Do tej pory młodszy brat był całkowicie ignorowany przez kobiety w towarzystwie starszego brata. – Mieliśmy zaplanowaną scenę pierwszej potyczki Orgona Zbawiciela, ale aktor, który państwo zaczepił, ma problemy ze wzrokiem i pomylił pana z kolegą, który miał wejść za chwilę. Oczywiście to jego wina, jednak muszę go usprawiedliwić i zauważyć, że mógł się nie spodziewać tutaj kogoś tak dostojnego.
– Cóż, jestem skłonny w to uwierzyć – rzucił Bartłomiej, z uśmiechem jaki rezerwował tylko dla partnerów w interesach albo niepoprawnych pochlebców.
– W zamian za tę niedogodność mogę zaproponować państwu po jednym piwie na koszt karczmy, a także dorzucić los do naszej kuli.
– Co to za kula? – zaciekawił się Andrzej.
– Och, dzisiaj nasz wróżbita wybiera bohatera, który ma rozpocząć przygodę w naszej karczmie, tak jak robili to herosi wiele lat temu. Dlatego mamy tu dzisiaj tyle gości. Przygoda odbędzie się na jednej z wysp z Archipelagu Smoków. Jest ekscytująca, ale też bezpieczna.
– Czyli to właściwie wycieczka, a nie przygoda?
– Właściwie to tak.
– Nieważne, proszę dorzucić ten los – odrzekł Bartłomiej i nie czekając na odpowiedź, wręczył dziewczynie srebrną monetę. – A to proszę zatrzymać, by dzisiaj przyjemniej obsługiwało się nasz stolik.
Powiedział jej coś na ucho, dziewczyna ładnie dygnęła i zostawiła ich samych. Andrzej powłóczył za nią wzrokiem. Czy mu się wydawało, czy na Wyspie Trzech Borsuków pomocnice karczmarza zawsze były brzydsze? Bartłomiejowi także musiała się spodobać.
– Rozumiem, że nauki o kurze i lisiej norze były tylko dla mnie, a sam mistrz się do nich nie stosuje – zadrwił Andrzej.
– To się nazywa inwestycja. Poza tym trzeba rozróżnić skąpstwo od ostrożności – rzucił starszy z braci, rozprostowując się na krześle. – Nadal jednak nie zmieniam zdania. To jest lisia nora, braciszku, nawet bardziej podła niż wszystkie poprzednie. Rozejrzyj się i powiedz co widzisz?
Andrzej nie lubił podobnych gierek ze strony brata, ale spełnił prośbę. Może i była to pierwsza kupiecka podróż chłopca, ale ojciec zdołał go nauczyć rozpoznawać tylko po stroju albo wyglądzie wozów bądź mieszkań, czy ludzie są godni nawiązania współpracy. Z trudem musiał przyznać, że gdyby nigdy wcześniej nie słyszał o Karczmie pod Szarą Gruszą i miałby ocenić jej gospodarza tylko po wyglądzie oberży, uznałby, że jest on niespełna rozumu.
Po pierwsze właściwie każda rzecz skłaniała w bezceremonialny sposób do wydawania pieniędzy. Nawet przy martwej gruszy stał cennik za dotykanie drzewa, zaś obok karczmarza rozstawiono małe kramy z pamiątkami, najpewniej wyłupanymi na kolanie, byle tylko przysuwały na myśl któregoś herosa z legend. Kubek Heralda, but kogoś innego, kieł gryfa, na którym latać miał jeden z Pięciu Lisich Chłopców. Co najdziwniejsze ci wszyscy ponurzy klienci kupowali te bibeloty. Wśród okazji trafił się nawet kamyk z Granitowych Grabi, choć góry były dwa tygodnie drogi stąd.
Ceny za jedzenie były trzy razy wyższe niż w zwykłej karczmie. Na namalowanym na ścianie menu wypisane były nazwy dań w stylu: „Mięsisty udziec dzika, którego Orgon mieczem swym ubił, nucąc kardamonową pieśń” i dopiero mniejszymi literami informowano co się tam faktycznie znajduje. Andrzej miał niezły ubaw, gdy widział z jakim z trudem przychodziło pomocnicom karczmarza wymienianie nazw dań gościom nieumiejącym czytać.
– Chyba rzeczywiście masz rację – przyznał Andrzej. – Mam wrażenie, że więcej prawdziwej magii i pamięci o bohaterach jest na naszej wyspie niż tutaj.
– Nie wierzę, mój braciszek przyznał mi rację.
Pomocnica karczmarza przyszła razem z dwoma piwami i postawiła je przy stole. Bartłomiej uszczypnął dziewczynę, która odskoczyła, ale niedaleko, tylko dla zachowania pozorów przyzwoitości. Andrzej milczał onieśmielony, dobrze wiedział do czego to zmierza.
Bartłomiej poprosił o kolejne dwa piwa, szepnął kilka słów do pomocnicy, na co ona spojrzała na Andrzeja i odpowiedziała perlistym śmiechem. Chłopak obawiał się, że brat stroi sobie z niego żarty, ale nie miał odwagi, by zwrócić mu uwagę. Zawstydzony wychylił łyk z drewnianego kufla. Piwo było mętne, ale całkiem przyzwoite. W domu zazwyczaj pił gorsze i to w dodatku rozwodnione przez matkę.
– Widziałem jak na nią patrzysz – powiedział Bartłomiej, gdy pomocnica się oddaliła. – Nie wiem czy wiesz, ale tatuś chciał żebym dał ci możliwość nauki w jeszcze jednej sprawie.
– To znaczy?
– Spokojnie, wszystko będzie na mój koszt, a mama o niczym się nie dowie. – Mrugnął do Andrzeja porozumiewawczo. – Przyda ci się trochę rozrywki.
Chłopak nie wiedział co odpowiedzieć. Właściwie to dokładnie tego chciał, dlaczego nie mógł więc zwyczajnie podziękować? Wtedy zatrzymał się obok nich starszy mężczyzna o długiej brodzie. Miał szary, znoszony płaszcz, dużą torbę przerzuconą przez ramię, a w dłoni trzymał spiczasty kapelusz z szerokim rondem i własne buty. Na stopach miał jedynie w szare onuce. Jego wygląd wręcz krzyczał: jestem szalonym podróżnikiem. Andrzej był niemal pewien, że to ten sam staruszek, które widział, gdy wszedł do karczmy, jak zagadywał ludzi od stołu do stołu.
– Przepraszam, że się wtrącam – rzucił z uprzejmym uśmiechem – ale właśnie usłyszałem, że kogoś ciekawią tutejsze atrakcje. Jeśli wielmożni panowie tego chcą, mogę co nieco opowiedzieć.
– Na Czuwającego Boga! – uniósł się Bartłomiej. – Nie masz wstydu, że tak się przysłuchujesz rozmowom obcych ludzi? Jeżeli karczma płaci ci za udzielanie informacji, to chyba wiem kto dzisiaj zostanie stąd wyrzucony.
– Nikt mi nic nie płaci. – Podróżnik bezceremonialnie zajął miejsce przy stole. – Szukam jedynie towarzystwa porządnych ludzi.
– To żeś słabo trafił, bo jak ci zaraz przywalę…
– Poczekaj – uciął Andrzej. – Może jednak go wysłuchamy, co nam szkodzi?
Tak naprawdę stanął w obronie staruszka tylko dlatego, by Bartłomiej nie wracał do poprzedniego tematu. Starszy brat odetchnął głębiej, albo by okazać niezadowolenie albo dlatego, że za staruszkiem ciągnął się nieprzyjemny zapaszek, który na szczęście szybko rozmył się w kakofonii karczemnych swędów.
– Nazywam się Derwan i jestem, jak chyba widać, podróżnikiem. – Staruszek skierował piwne oczy na Andrzeja, a potem na kufel i znowu na chłopaka. Ten jednak udał, że nie rozumie i wypił kolejny łyk. Może i był naiwny, ale nie na tyle, by dawać komuś nawilżyć język zanim go użyje.
– Znaczy bezdomnym? – dopytał Bartłomiej.
Derwan nawet nie obrócił się w jego stronę. Spodobało się to młodszemu z braci, zawsze po cichu chciał, by to na niego ktoś bardziej zwracał uwagę.
– Można chyba tak powiedzieć – odrzekł starzec po chwili zastanowienia. – A wy skąd przybywacie, chłopcze?
– Z Wyspy Trzech Borsuków. Jestem Andrzej, a to mój brat, Bartłomiej.
– Lata temu byłem na waszej wysepce. Wspaniałe miejsce, choć tylko jeden z borsuków był skory do rozmowy. Reszta jakby mniej, może byłem dla nich zbyt napastliwy?
– Sądząc po tym jak tu wparowałeś, podejrzewam, że po prostu zatańczyłeś na ołtarzu w świętym lesie – burknął Bartłomiej. – Jeżeli masz się na coś przydać, powiedz lepiej czy da się tu gdzieś zagrać w karty?
– Widziałem, że po tamtej stronie grają – odparł podróżnik, pokazując w lewo. – Chcecie wiedzieć coś jeszcze? Uwierzcie mi, może i nie umiem zaczynać rozmowy, ale to dlatego, że lata samotności odcisnęły na mnie piętno. W gruncie rzeczy jestem pomocnym wędrowcem.
– W sumie ja miałbym pytanie – rzucił Andrzej. Bartłomiej spojrzał na niego krzywo. – No co? I tak na razie nie mamy co robić. Chciałbym wiedzieć czy ta karczma to ta Karczma pod Szarą Gruszą, o której wspominają legendy? – zwrócił się do podróżnika.
– Bardzo dobre pytanie, drogi chłopcze – odparł, unosząc ku górze palec. Potem gestykulował tak intensywnie, że niemal szturchał łokciem orka siedzącego za nim. – Odpowiedź to: i tak, i nie. Ta karczma, o której pewnie słyszałeś, była doszczętnie spalona, a z Szarej Gruszy nic się nie ostało. Ten marny, martwy kikut, w najlepszym razie wyrósł z owocu, który spadł z tamtego majestatycznego drzewa. Przypalili go tylko po to, by dać nadzieję, że to może choć jego gałąź.
Tylko że podobny los do tej karczmy spotkał w tamtych czasach niemal każdą oberżę na Śródpagórzu. Jakieś sto lat temu Henryk Święty rozkazał spalić wszystkie zajazdy, ponieważ uważał je za siedlisko grzechu i rozpusty. Co do tego akurat się nie mylił. Nie wiedział jednak jak bardzo nie spodoba się to podwładnym, którzy nagle nie mieli gdzie jeść i spać podczas swych podróży.
Powiadają, że ta decyzja była przyczyną jego upadku, a przewrót Pięciu Lisich Chłopców tylko to przypieczętował, ale pewnie o tym wiesz. Nie wyglądasz w końcu na chłopca ze wsi, którego niczego nie nauczono. Możesz jednak nie wiedzieć, że tę oberżę postawiono dokładnie w miejscu gdzie znajdowała się stara Karczma pod Szarą Gruszą. Stała się ona symbolem zmian w kraju, a jej właściciele okazali się sprytnymi ludźmi i jakimś sposobem zawłaszczyli opowieści, które swoją drogą nigdy nie były zbyt oryginalne. Bo powiedz mi, ile razy można zaczynać przygodę w karczmie? Albo poznawać tam tajemniczego nieznajomego? Dlaczego nie robić tego w klasztorze, na szlaku czy po prostu w domu?
– Ludzie jednak tu przychodzą – zauważył Andrzej. – Nie wiedzą o kłamstwie?
– Niektórzy wiedzą, inni nie, podejrzewam, że wiele ich to nie obchodzi. Większość przyszła tu na wybory herosa, by wygrać wycieczkę, a przebrali się, bo ktoś im powiedział, że cymbał w piżamie ich wylosuje, jeśli tym razem będą ubrani jak Herald Cherlawy. Gdy skończy się przedstawienie, wrócą do swoich domów i do tego kim są. Pytanie tylko, dlaczego w ogóle potrzebują kogoś, by zrobić to, czego pragną?
– Mam odpowiedzieć? – zdziwił się Andrzej.
– Nie, nie musisz. To tylko taka forma retoryczna. Choć jeżeli znasz odpowiedź…
– Przepraszam, ale widzę, że niebezpiecznie schodzimy w stronę bezproduktywnych, filozoficznych dysput. – Bartłomiej wyprostował się na krześle. – Mówiłeś o wyborze herosa. Da się to oglądać, czy będzie to ten sam poziom, co tego przedstawienia przed chwilą i w razie wygranej lepiej zgłosić się później?
– Zdecydowanie ten sam poziom, może nawet niżej. Można jednak wysunąć z tego ciekawe wnioski.
– Ty chyba uczęszczałeś do szkoły magii, prawda?
– Nie – odpowiedział od razu, choć w jego głosie słychać było niepewność. – Skąd ten pomysł?
– Rozmawiałem kiedyś z jednym z was. Dla was ze wszystkiego da się wyciągnąć ciekawe wnioski. Nie wiem tylko, czy tułasz się, bo nie ukończyłeś tej szkoły, czy może zostałeś jej rektorem i miałeś wybór: albo zwariować do końca, albo rzucić wszystko w cholerę.
Derwan pierwszy raz odwrócił się w stronę starszego z braci.
– Dobrze, skoro i tak się to przed wami nie ukryje, powiem wam od razu. Tak, jestem czarodziejem. I przybyłem tu, bo szukam prawdziwych bohaterów. Chciałbym zabrać was w podróż o jakiej piszą tylko w legendach, która uczyni z was, a także ze mnie, herosów, o których będą jeszcze wspominać przez setki lat. Mam tu pierścień, który…
– Nie no, zwariował – stracił cierpliwość Bartłomiej. – Powiedz mi jaki idiota poszedłby z gdziekolwiek z kompletnie obcym magiem? Nawet niziołki nie są tak głupie.
Czarodziej spojrzał z nadzieją na Andrzeja, który uśmiechnął się krzywo.
– Muszę przyznać, że mój brat ma rację.
– Nie rozumiem! Przecież wszyscy przychodzicie tu by zaznać przygody! A gdy rzucają ją wam w twarz, wszyscy się odwracacie.
Andrzej poczuł ukucie w klatce piersiowej. Mimo niedorzeczności sytuacji pewna struna w jego duszy poruszyła się. A co jeżeli właśnie Derwan miał być przepustką do jego przygody? Zanim spróbował dać upust tej myśli, czarodziej pochylił się nad stołem, najwyraźniej zmieniając taktykę.
– Dobra, w takim razie spróbuje przemówić waszym językiem. Zróbmy interes. Potrzebuję pewnego składnika do swojej mikstury many. Z tego co słyszałem z waszej rozmowy jesteście w jego posiadaniu. Sowicie wam zapłacę.
– Czym? – zapytał Bartłomiej. – I o jaki składnik chodzi?
Starzec wstał i szepnął coś na ucho starszemu bratu, patrząc się cały czas na Andrzeja. Tłumaczył długo i zawile, aż w którymś momencie Bartłomiej walnął go z całej siły pięścią, tak że czarodziej upadł nieprzytomny na podłogę. Andrzej wstał zaskoczony. Jeszcze nigdy nie widział brata tak zszokowanego, miał rozszerzone oczy i chyba czuł odrazę nie tylko do maga, ale także do dłoni, którą go uderzył.
Wokół wstali ludzie, jednak nikt nie ruszył z pomocą lężączemu. Pomocnica karczmarza przyszła z piwami.
– Przepraszam, najmocniej przepraszam – powiedziała do Andrzeja i Bartłomieja. – Słyszałam, że znów się tu kręci, mieliśmy już go wyrzucić. Mam nadzieję, że was nie obraził.
– Obraził – powiedział poważnie Bartłomiej. Gdy dwóch osiłków wynosiła czarodzieja na zewnątrz, wcisnął złotą monetę dziewczynie i odwrócił się do Andrzeja. – Braciszku, idziesz z panią na górę.
– Ale…
– Bez dyskusji.
Pomocnica nie zadawała dodatkowych pytań i zaprowadziła Andrzeja za sobą. Bartłomiej wypił piwo na hejnał, potem następne, tak że niektórzy z klientów obok pokiwali głową z uznaniem. Gdy Andrzej wrócił zadowolony, na blacie stało już sześć wypitych kufli. Bartłomiej zapytany, co takiego powiedział mu mag, pokręcił tylko głową i skupił na tym, co działo się na scenie dla muzyków.
Tam starszy mężczyzna w błyszczącym stroju maga losował właśnie karteczki z kuli. Wreszcie wybrał jedną i wyczytał imię oraz nazwisko. Przy stoliku obok Andrzeja wstał mężczyzna, ukłonił się z uśmiechem i pobiegł na podwyższenie. Wyglądał dość zwyczajnie, nie miał czarnego stroju, ani ponurego wyrazu twarzy, co akurat w tym miejscu było dość niezwykle.
Rozczarowani klienci zaczęli pozbywać się czarnych peleryn i ubrań.
– Wiedziałem, że ten cynk o przebraniu Heralda był fałszywy – powiedział jeden z trolli.
– To dlaczego się przebrałeś? – rzucił drugi.
– Bo wszyscy się przebrali.
Po kilku chwilach w karczmie zrobiło się zwyczajnie, zaczęła grać muzyka, rozgorzały rozmowy. Niektórzy wyszli, inni zostali. Andrzej ani tego dnia, ani później nie dowiedział się, co takiego szalony czarodziej powiedział Bartłomiejowi.



Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1425
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Pewnego razu, w Karczmie pod Szarą Gruszą… [fantasy, humorystycznie]

Postautor: Misieq79 » czw 29 lis 2018, 09:53

To tradycyjnie najpierw drobiazgi.
MTszewski pisze:Source of the post Był tęgim mężczyzną o posturze wzdętej beczki
Pierwsze zbędne. Miał posturę / przypominał wzdętą (raczej sporą) beczkę. Wzdęta beczka puszcza zawartość przez szpary.
MTszewski pisze:Source of the post Andrzej w swoim ciemnoniebieskim dublecie wyglądał przy nim jak uboga sierota.

Ubogie sieroty noszą tam dublety? Jak służący.
MTszewski pisze:Source of the post Bartłomiej zszedł ze szkapy na drogę i tej próby jego majestat nie wytrzymał. Szybko jednak podciągnął spodnie i rozprostował zwichrowane ubrania

Nie rozumiem tego zdania. Zleciał z konia? Złaziłem i spadałem z konia nie raz i nigdy przenigdy nie spadły mi spodnie.
MTszewski pisze:Source of the post Była tu scena dla muzyków, ogromna lada, której blat wykonano z jednego pnia dębu.

Dałbym kropkę zamiast przecinka, bo wychodzi że lada służyła za scenę.
MTszewski pisze:Source of the post – To chyba jakiś zlot żałobników – stwierdził Bartłomiej, odwracając się przez plecy.

1) Autor wyjaśni drugie pół zdania 2) tradycyjnym strojem żałobnym jest tu kolczuga, si?

Swoją drogą przypomina się zacny RPGowy suchar "wchodzicie do karczmy i widzicie czterdziestu najemników, każdy ma kolczugę, długi miecz i siedzi przy osobnym stoliku".

MTszewski pisze:Source of the post Celowo zastąpił im drogę zbędne. Były łysy, nosił, jak większość, skórzaną zbroję nabitą przerdzewiałymi ćwiekami, a wzrostem przewyższał obu braci o głowę. W dłoni trzymał miecz, którym teraz celował prosto w twarz Bartłomieja.
Miał ten miecz na stole? Dobył go wstając? Czy wyczarował z powietrza?

MTszewski pisze:Source of the post Miecze nosili właściwie tylko dla ozdoby oraz by mieć czym wymachiwać w razie napaści
Jedno w sumie przeczy drugiemu.

MTszewski pisze:Source of the post Zapewne była córką karczmarza albo jego kuzynką – by obrobić taką liczbę klientów mogło nie starczyć członków jednej rodziny.
1) IMO całe zdanie zbędne 2) Bardziej bym obstawiał najemna pracownicę. Zwłaszcza w kontekście późniejszego pójścia z A na pięterko. Inaczej do legendy karczmy doszłoby "kucharz daje dobre żarcie a córka karczmarza daje".

MTszewski pisze:Source of the post aktor, który państwo zaczepił

panów zaczepił

MTszewski pisze:Source of the post obok karczmarza rozstawiono małe kramy z pamiątkam

Kramy? W liczbie mnogiej?

MTszewski pisze:Source of the post W domu zazwyczaj pił gorsze i to w dodatku rozwodnione przez matkę.

Rozwodnione - tak. Kiepskie - nie, w domu bogatego kupca?

MTszewski pisze:Source of the post Na stopach miał jedynie w szare onuce
To

MTszewski pisze:Source of the post za staruszkiem ciągnął się nieprzyjemny zapaszek, który na szczęście szybko rozmył się w kakofonii karczemnych swędów.

Skoro się dosiadł to myślę że jego lotna aura raczej spotężniała.

Ogólnie nie porwało. Główny wątek - dostali quest ale go nie wzięli - to grubo za mało na taki rozmiar. Humor pachnie mi tu anachronizmami z Kajka i Kokosza, typu kram z pamiątkami (Swarożyc jak żywy!) czy wymyślne ą ę menu (Zajazd książęcy - potrawy najlepsze, ceny najwyższe) w settingu gdzie większość powinna być niepiśmienna - ale cóż, jak dla mnie nie udało się. Czekam na puentę, a tu pojawia się słabiutka "Quest? Nie bierzemy!"


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar

Awatar użytkownika
MTszewski
Pisarz domowy
Posty: 66
Rejestracja: ndz 01 maja 2011, 22:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Lublin
Płeć: Mężczyzna

Pewnego razu, w Karczmie pod Szarą Gruszą… [fantasy, humorystycznie]

Postautor: MTszewski » czw 29 lis 2018, 11:31

Wielkie dzięki za poświęcony czas i uwagi. Co do tego:

"odwracając się przez plecy."

Nie mam pojęcia jak powstał ten potworek i jak się tutaj ostał. Oczywiście Bartłomiej miał spojrzeć ponad ramieniem. Za pozostałe wpadki także dzięki, większość wrzucę u siebie już w dokumencie, tak dla spokoju ducha.

Jeśli zaś chodzi o ogół - zgadzam się, że główny wątek nie do końca tu wyszedł. Wrzucając tekst tutaj, chciałem sprawdzić, czy to tylko moje nastawienie czy jednak było w tym ziarno obiektywizmu ;)



Awatar użytkownika
Adam
Zarodek pisarza
Posty: 11
Rejestracja: pn 29 paź 2018, 04:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

[W]Pewnego razu, w Karczmie pod Szarą Gruszą… [fantasy, humorystycznie]

Postautor: Adam » ndz 02 gru 2018, 20:41

Bardzo ciekawy tekst, ciekawe wątki są poruszane, a najważniejsze solidne dialogi. Całość dobrze odzwierciedla wypowiedzi Andrzeja, co przejawia się znakomitą oceną stylu.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 11 gości