Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Specjalista [obyczajowe][całość][komedia]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Made
Szkolny pisarzyna
Posty: 42
Rejestracja: pn 06 sie 2018, 08:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Specjalista [obyczajowe][całość][komedia]

Postautor: Made » ndz 25 lis 2018, 14:08

Wersja w Google Docs:
https://drive.google.com/open?id=1gQOf8 ... m5kEOkkL0o

Wersja do ściągnięcia w PDF:
https://drive.google.com/open?id=1cn_Uq ... 8g6WJBBCZr

Metryczka:
Obj.: ok. 9 str. (TNR12, interlinia 1.0); ok. 3700 słów, >25 tys. zn.

W skrócie:
Codzienność pracy w call center.

Fragment:
– Dzień dobry, panie prezesie. Kontaktuję się, ponieważ chciałabym zaproponować wsparcie marketingowe dla pana firmy.
– O, to doskonale. Wsparcie marketingowe, mówi pani?
– Tak, proszę pana. Chodzi o taką usługę…
– Usługę? – Pan po drugiej stronie wydawał się coraz bardziej zainteresowany.
– No tak, usługę…
(…)
– W takim razie, złotko… – Pan zniżył głos do szeptu. – Ja ci prześlę SMS-em adres, a ty do mnie przyjedziesz i porozmawiamy na miejscu o tej „kompleksowości” i „wsparciu”… Tylko będziesz musiała wejść tylnymi drzwiami, żeby żona nie widziała.


Nota odautorska:
Autobiograficzne. To jedno słowo powinno być wystarczające, ale dla przyzwoitości dodam, że pracowałam na takim stanowisku łącznie przez jakiś rok podczas studiów.




Specjalista


Magdalena Lipniak





4 listopada



Istnieje kilka różnych rodzajów kłamstw. Są kłamstwa perfidne, wyjątkowo okropne, takie, które mają za zadanie świadomie wprowadzić w błąd i skrzywdzić drugą osobę. Są kłamstwa niewinne, z rodzaju tych, którymi żona uspokaja męża, kiedy mówi, że „ten sweterek kupiła za bezcen”, a tak naprawdę kosztował trzysta złotych i na dodatek był zaledwie jednym z czterech kupionych tego dnia (po co męża denerwować?). Są wreszcie tak zwane niedopowiedzenia, czyli kłamstwa, które w sumie są prawdą, jednak przedstawioną w takim świetle, że owa prawda z biegiem czasu okazuje się jakby... mniej prawdziwa.


W posługiwaniu się tymi ostatnimi prawdziwymi ekspertami są dwa rodzaje ludzi: rekrutujący i rekrutowani.


Jeśli chodzi o rekrutowanych, sprawa jest jasna. „Tak, proszę pana, posługuję się językiem angielskim na poziomie C1” oznacza ni mniej, ni więcej: „Potrafię się przedstawić, a nawet odmienić poprawnie czasownik »to be«”. „Mam bogatą wiedzę teoretyczną” należy odczytywać jako: „Na studia poszedłem tylko po to, by przedłużyć sobie dzieciństwo i nie chciało mi się w tym czasie pracować, więc mam do zaoferowania jedynie bezwartościowy papierek, są państwo zainteresowani?”. Wreszcie: „Aplikowałem do państwa firmy ze względu na możliwości rozwoju i stałego podnoszenia swoich kompetencji” to zawoalowane: „Jedynie wy mieliście na tyle niskie wymagania, by moje CV nie zostało odrzucone już na starcie”.


Z drugiej strony, rekruterzy nie ustępują poszukującym pracy ani na krok. Kilka dni temu spotkałam na mieście koleżankę, Marysię.


– Siemasz, Marysia! Co słychać?


– Cześć, Anka! A, spoko. Wiesz, znalazłam pracę.


– Naprawdę? Gratuluję!


– A, nie ma czego. Zwykłe call center. Wiesz, słuchawka, boksik i jedziesz z połączeniami. Inni sprzedają odkurzacze, a ja miejsce reklamowe w gazecie... Nic specjalnego.


– Zawsze lepsze to niż nic. Przynajmniej sobie dorobisz do stypendium.


– Może i racja... Hej, a czy ty przypadkiem nie wspominałaś, że też szukasz zajęcia? Masz już coś na oku? Jeśli nie, przyjdź do nas. Szef ciągle potrzebuje telemarketerów.


Z propozycji skorzystałam, a jakże. Dostałam od Maryśki numer telefonu, zadzwoniłam do szefa, pana Pawła i jeszcze tego samego dnia umówiłam się na spotkanie. Poszłam bez CV i specjalnego stresu. Do dzwonienia nada się nawet średnio rozgarnięta ameba, prawda?


Pan Paweł okazał się wysokim, chuderlawym mężczyzną w okularach. Jego wystające kości policzkowe nadawały twarzy surowy wyraz, który jednak nie był taki straszny, gdy pan się uśmiechnął (może dlatego, że żółte zęby skutecznie odciągały wzrok od surowości oblicza). Wyciągnął do mnie rękę i zaprosił na krzesło.


– Witam serdecznie – powiedział, zaproponowawszy mi wcześniej kawę łamane przez herbatę łamane przez wodę („Przepraszam, mamy tylko niegazowaną – mam nadzieję, że to pani nie przeszkadza?”). – Jesteśmy młodą, dynamicznie rozwijającą się firmą oferującą kompleksową obsługę marketingową klientom biznesowym.


Otwarłam usta ze zdumienia. Zamrugałam intensywnie. Przekręciłam głową.


Rozejrzałam się po pomieszczeniu. W kącie dostrzegłam blond czub mojej koleżanki Marysi – nie było więc opcji, bym pomyliła adresy.


– Ale... – jęknęłam, patrząc na pana Pawła nieśmiało. – Ja myślałam, że chodzi o telemarketing.


Pan Paweł spojrzał na mnie jak na wariatkę.


– Proszę pani, przecież o tym właśnie mówię – oznajmił, podsuwając mi umowę. – Bierze pani tę pracę czy nie?


Wzięłam. Złożyłam zamaszysty podpis pod umową, w świetle której zajęłam stanowisko „młodszego specjalisty ds. promocji i wsparcia marketingowego małych i średnich przedsiębiorstw z terenu całego kraju”.


Cóż. W sumie, nie rozminęłam się z prawdą AŻ TAK bardzo. Tylko odrobinę. No i ufam, że w CV będzie to wyglądało nieco lepiej niż „telemarketerka”.




7 listopada



Nowy tydzień, nowe wyzwania. Pierwszy dzień w pracy zazwyczaj oznacza szkolenie wprowadzające. Pan Paweł powitał mnie wylewnie („Nie przez próg, pani Aniu, nie przez próg, to zwiastuje nieszczęście – proszę do środka, kurteczka na wieszak, już, już, nie ma czasu!”) i od razu zaprowadził do jednego z trzech należących do firmy pomieszczeń. Pokoje, w których pracowali konsultanci, nie były zbyt duże – w każdym naliczyłam ledwie dziesięć stanowisk komputerowych, a i tak gwar był nie do wytrzymania. Jak ci ludzie mogą w ten sposób pracować?


Pan Paweł stanął za krępym chłopakiem zajmującym położone najdalej od drzwi stanowisko. Postukał go w ramię. Chłopak kliknął coś myszką, odwiesił słuchawki na haczyk i odwrócił się. Zwrócił ku mnie swoją naznaczoną trądzikiem twarz i nie zwracając uwagi na moje nieśmiałe „hej” przeniósł wzrok na szefa.


– Tak, panie Pawle?


– Adam, to jest pani Ania – powiedział, uśmiechając się do niego szelmowsko. – To jej pierwszy dzień w pracy. Pokażesz jej, co i jak. W końcu musimy sobie pomagać. – Wyszczerzył żółte zęby i puścił Adamowi oko. – No, pani Aniu, niech pani weźmie sobie krzesło... Na razie proszę się przyglądać i przysłuchiwać. Po kilku godzinach będzie pani mogła sama spróbować, jeśli będzie miała ochotę... Ale uprzedzam, że dla części osób „wypłynięcie na głęboką wodę” już pierwszego dnia okazuje się zbyt trudne. – Roześmiał się na widok mojej miny. Musiałam wyglądać jak opos, który dostrzegł pikującego w jego kierunku orła i zastanawia się, czy brać nogi za pas czy paść na grzbiet i udawać martwego. – Spokojnie, nie chcę pani straszyć. Adaś wszystko wyjaśni... No, Adaś – ponownie poklepał chłopaka po ramieniu. – Przygotuj nam porządnie panią Anię. W końcu nasza praca jest niezwykle odpowiedzialna i wartościowa! No i jaka interesująca!


Odszedł do siebie i zamknął dokładnie drzwi.


Adam wydął wargę, nałożył z powrotem słuchawki i aktywował system, który zablokował na czas monologu szefa.


Komputer przez chwilę mielił informacje, a w tym czasie Adam odezwał się:


– Nie słuchaj go. To zwykłe call center. Opychamy tu reklamy, które nie są nikomu potrzebne i których nikt nie chce. Robota nudna jak flaki z olejem, nużąca, gadasz non stop to samo. A, i przygotuj się na ciągłe odmowy. – Zastanowił się przez chwilę. – Ale generalnie nic trudnego. Tu się łączysz, tu rozłączasz, tu zapisujesz notatkę, tu klikasz, jak klient dał się namówić na kupno. Tyle.


Wpadło mu połączenie i już się mną nie zajmował, skupiając się na rozmowie z klientem. Posłuchałam przez chwilę, ale szybko się wyłączyłam, rozmyślając o niebieskich migdałach. Wbrew słowom pana Pawła, nie potrzebowałam kilku godzin, żeby się wdrożyć.


– W sumie mogłabym już zacząć – powiedziałam kwadrans później, uznawszy, że do autobusu jeszcze ponad trzy godziny, a kilkanaście złotych do kieszeni wpadnie.


Pan Paweł zagwizdał z uznaniem, zaprowadził mnie do wolnego komputera, zalogował do systemu i puścił oko, życząc powodzenia.


Założyłam słuchawki. Wpadło pierwsze połączenie.


– Halo?


W ten sposób stałam się specjalistą ds. wsparcia i tak dalej – z prawdziwego zdarzenia.




8 listopada



Dwa dni temu pisałam, że w niedopowiedzeniach specjalizują się dwie grupy ludzi. Dziś wiem, że do rekruterów oraz rekrutowanych można dopisać jeszcze pracowników call center.


Każdego nowego pracownika pan Paweł zaprasza na rozmowę i wyłuszcza zasady dyskutowania z klientami.


– Jak pani zapewne zdążyła już zauważyć, nasza praca jest dość… specyficzna – powiedział, patrząc na mnie uważnie. – Ludzie są zabiegani, szczególnie właściciele firm… Nie mają czasu na długie gadki. Słyszą, co chcą usłyszeć. Dlatego właśnie musimy zrobić wszystko, żeby od razu przyciągnąć ich uwagę. Musimy mówić do nich językiem korzyści… Pani wie, co to język korzyści? – Zerknął na mnie pytająco, a ja pokiwałam głową. Odetchnął z ulgą, że jednak nie jestem aż tak beznadziejna i nie trzeba mnie uczyć podstaw. – Klienta należy URABIAĆ. Zachęcać. Nawijać mu makaron na uszy. Trzeba odmalować mu przed oczami obraz… – Rozpostarł ręce, jedną celując w okno, drugą zaś w ścianę i zrobił natchnioną minę. – Klient musi poczuć, że nasz produkt jest mu niezbędny. Żeby to zrobić, trzeba się trzymać kilku reguł…


Po pierwsze: zawsze zwracamy się do właściciela firmy per „panie prezesie”. Klienci lubią, kiedy się ich szanuje, natomiast „pan prezes” brzmi dumniej niż zwyczajne „proszę pana”.


– Dzień dobry. Czy rozmawiam z prezesem firmy Domowe Makarony sp. z o.o.?


Cisza. Cisza. Cisza.


– No wie pani… – rozlega się po drugiej stronie słuchawki niepewny głos. – Ja tu w sumie sam jestem, w domu swoim mam izdebkę wydzieloną na zagniatanie ciasta, taki maleńki kącik, od sześćdziesięciu lat ten biznes prowadzę, wśród sąsiadów głównie, a firmę zarejestrowałem, żeby po Bożemu było i zgodnie z przepisami… I wie pani, nikt nigdy mnie „prezesem” nie nazwał. „Kierownikiem” to jeszcze albo „szefem”, ale prezes… Nie, wie pani – mówi coraz bardziej spanikowany – to chyba pomyłka. Dziękuję, do widzenia.


Trzask odkładanej słuchawki.


Po drugie: nie używamy słowa „reklama”. Ono się źle kojarzy. W dzisiejszych czasach mamy przesyt reklam, nie lubimy ich. Wobec tego posługujemy się słowem „promocja”. Nie „reklama” – „promocja”.


– Dzień dobry! Czy dodzwoniłam się do firmy Metalux? Kontaktuję się z panią, ponieważ chciałabym zaproponować promowanie państwa firmy w naszej gazecie.


– Słucham?!


– Chciałabym wypromować państwa w gazecie.


– Jeszcze raz?!


– PROMOWANIE. Jesteśmy zainteresowani PROMOWANIEM.


– Promowaniem? Proszę pani, ale pani dodzwoniła się do zakładu metalurgicznego, a nie do stoczni, my tu robimy cięgna, nie żadne promy! Do widzenia!


Trzask odkładanej słuchawki.


Po trzecie: prestiż. Nasza oferta musi się wydawać klientowi jak najbardziej prestiżowa. Co brzmi bardziej wzniośle: „kot” czy „potomek dzikich tygrysów”? „Ziemniak” czy „polskie złoto”? Klient może nie zechcieć wykupić reklamy w jakiejś tam gazetce… ale kto by się oparł współpracy ze „specjalistycznym pismem branżowym”?


– Halo, dzień dobry. Dzwonię, żeby zaproponować miejsce reklamowe w specjalistycznym piśmie branżowym.


– Słucham? Jakieś pismo? Przepraszam panią, ale ja słabo słyszę, bo przygłucha jestem, a firmą to się syn zajmuje. Ja go zapytam, czy my chcemy pismo, dobrze? – Pół minuty później: – Kochaniutka, syn mi tu mówi, że my nie potrzebujemy żadnego specjalistycznego pisma branżowego, bo my już prenumerujemy „Fakt”. Do widzenia!


Trzask odkładanej słuchawki.


Po czwarte: nie mówcie o kosztach. Jak to brzmi: koszt? Nikt nie lubi ponosić kosztów. Jeśli klient pyta was o cenę, mówcie zawsze: inwestycja. Proszę pana, taka promocja w gazecie to będzie inwestycja w pański biznes. Chyba chciałby pan, aby taka inwestycja się panu zwróciła?


– Dzień dobry, chciałabym zaproponować wypromowanie państwa przedsiębiorstwa w prasie.


– Czyli chcą mnie państwo rozreklamować?


– Tak, proszę pana. Chcemy pana wesprzeć.


– A, rozumiem! Doskonale! – mówi pan radosnym głosem. – Promowanie! Wsparcie biznesu! Wchodzę w to!


Tknięta przeczuciem, precyzuję:


– Uprzedzam, że jest to współpraca polegająca na inwestycji…


– Cudownie! – cieszy się klient. – Czyli jeszcze mi za to zapłacicie?


Po piąte: klient chce się czuć wyjątkowo. Starajcie się go przekonać, że jest dla was najważniejszy, że nie jest kolejnym numerem wylosowanym przez system. On nie ma pojęcia, jaki jest nasz tryb pracy… Musicie połechtać jego ego. Powiedzcie, że nie dzwonicie do byle kogo. Wybraliście jego firmę Z JAKIEGOŚ POWODU. Jakiego? Bądźcie kreatywni!


– Dzień dobry, chciałabym zaproponować promowanie pana firmy w gazecie. Zachęcam do pochylenia się nad tą propozycją, bo jako że dbamy o jakość naszego pisma, wychodzimy z taką ofertą wyłącznie do najlepszych przedsiębiorstw budowlanych w całej Polsce!


– A skąd pani wie, że jestem najlepszym przedsiębiorstwem budowanym w Polsce? – pyta pan nieufnie.


– Eee… – Nie jestem przygotowana na takie pytanie. Pan Paweł nie wspominał, co zrobić, kiedy samo łechtanie nie wystarczy i klient zażąda jego potwierdzenia. – Pana firma znajduje się na szczycie ubiegłorocznego rankingu Rzetelna Firma Budowlana.


Cisza.


– Proszę pani – mówi pan słodkim głosem – to niemożliwe, by moja firma znajdowała się na szczycie takiego rankingu, ponieważ rozpocząłem działalność w zeszłym miesiącu. Bujać to my, ale nie nas.


Trzask odkładanej słuchawki.


Po kilku godzinach takiej zabawy w kotka i myszkę miałam tak dosyć, że kiedy znów wpadło mi połączenie, po przywitaniu się z klientem po prostu zapytałam zrezygnowanym tonem:


– Czy zechciałby pan wykupić reklamę swojej firmy w naszej gazecie?


– Nie, dziękuję.


Bez żadnych dodatkowych pytań, bez snucia bezsensownych wyjaśnień, bez warknięć, że mam przejść do sedna, a nie krążyć wokół tematu jak sęp koło konającego z pragnienia podróżnika po Saharze (naprawdę usłyszałam takie porównanie; ludzka kreatywność nie zna granic). Nie musiałam się wysilać, pan od razu zrozumiał, o co chodzi i dał mi jasną odpowiedź.


Zalała mnie taka fala ulgi, że zachciało mi się płakać.


– O, Boże – powiedziałam wdzięcznym głosem – dziękuję panu. Bardzo panu dziękuję.


Pan również podziękował, ale jakoś tak niepewnie i rozłączył się czym prędzej. Chyba był nieco zdziwiony.


Cóż. Kiedy pan Paweł odsłucha rozmowy konsultantów i trafi na moją, prawdopodobnie również się zdziwi.




9 listopada



Żeby nie zwariować, konsultanci wyszukują sobie różne drobne aktywności, które mogą wykonywać w trakcie pracy. Call center i ciągłe połączenia wymagają, by tkwić na stanowisku w pełnej gotowości, zaś krótkie przerwy między kolejnymi rozmowami sprawiają, że raczej nie ma szans na zajmowanie się czymś innym – jednocześnie ośmiogodzinne oczekiwanie na połączenie jest równie męczące co przebiegnięcie maratonu i człowiek czuje się tak, jakby mózg miał mu się wylać uszami w drodze na przystanek. Zajęcia dodatkowe nie mogą być więc zbyt absorbujące. Pozostali konsultanci, z którymi pracuję, w różnoraki sposób zajmują sobie czas – niektórzy czytają, inni rysują portrety, a jedna pani, sześćdziesięcioletnia Krysia, robi na drutach kolejne szaliki i czapki; od początku pracy (przyszła do firmy dwa tygodnie przede mną) wyposażyła na zimę już połowę załogi, nie wyłączając pana Pawła. Marysia, moja koleżanka, która powiedziała mi o pracy tutaj, przygotowuje się w międzyczasie na zajęcia – opracowuje skrypty, robi notatki i nie rozstaje się ze swoim wiernym zakreślaczem w kolorze neonowej zieleni.


Ja na początku próbowałam prowadzić dziennik, jednak skupianie się na dwóch rzeczach naraz – słowie pisanym i mówionym – prowadziło do drobnych wpadek. Właściciele firm byli wyrozumiali, kiedy przypadkiem nazwałam ich „panem Pawłem”, jednak pewna pani, do której się w ten sposób zwróciłam, chyba poczuła się urażona. Porzuciłam więc dziennik i zajęłam się pisaniem wierszy, co zawsze przychodziło mi naturalnie – wystarczyło, że chwyciłam pióro, a słowa same wylewały się na papier, niemal bez udziału mojej świadomości. Niestety, po pewnej rozmowie, gdy już się rozłączyłam, przeczytałam w trakcie przerwy między połączeniami fragment pisanego w czasie rozmowy z klientem wiersza:



Wzleciały w przestworza ptaki.


Klucze na niebie, skrzydeł bicie o chmury,


a na ziemi ona: kochanka w sukni z białej bawełny


do swojego ukochanego zbielałymi wargami szepcze:


„Dzień dobry, chce pan reklamę?”



Nie mam pojęcia, co zaproponowałam klientowi, skoro to pytanie znalazło się w wierszu… Chyba wolę nie wiedzieć.


Zresztą, nie wszystkie rozmowy są tak schematyczne, że można się wyłączyć i myśleć o czymś innym. Niektóre odbiegają od normy. Ponieważ pan Paweł zabrania nam się rozłączać przed klientem (mamy taką możliwość, jednak szef powtarza, że to klient decyduje, kiedy zakończyć rozmowę – co, jeśli zechce jeszcze o coś spytać, a my się rozłączymy? Stracimy go na zawsze! W naszej branży nie ma miejsca na palenie za sobą mostów! Jesteśmy jak dyspozytorzy na pogotowiu, z tym że wysyłamy do klienta nie karetkę, lecz wsparcie dla firmy w postaci reklamy!), często jestem zmuszona wysłuchiwać historii niespecjalnie związanych tematycznie z pracą.


Nagminną pomyłką jest łączenie nas z osobą prywatną; ot, nieaktualny numer firmowy i klops, nie ma z kim rozmawiać, bo nie żadnej firmy, a jedynie osiemdziesięcioletnia staruszka w bloku z wielkiej płyty, która przez kwadrans opowiada zbolałym głosem o swoich licznych dolegliwościach i z którą nie możemy się rozłączyć, bo zabrania pan Paweł (i zwykła ludzka przyzwoitość – bo ja tu przerwać, kiedy staruszka z taką pasją rozprawia na temat hemoroidów?). Raz dodzwoniłam się do firmy opisanej w systemie jako „ogromne gospodarstwo agroturystyczne obsługujące w sezonie do pięciuset gości z całej Europy”, a która okazała się pojedynczym domkiem letniskowym na Mazurach. Pani wyjaśniła ze śmiechem, że nie obsługują pięciuset gości, ale mają piękny las i kurnik i jeśli chcę, mogę kupić od niej za bezcen tuzin jajek.


Czasami zdarza się, że łączę się z bucem, który na wzmiankę o reklamie obrzuca mnie inwektywami – jednak jest to sytuacja, na szczęście, na tyle rzadka, że nie muszę sobie tym zaprzątać głowy.


Pewnego razu dodzwoniłam się do pana, który, jak się zdaje, zrozumiał mnie… opatrznie.


– Dzień dobry, panie prezesie. Kontaktuję się, ponieważ chciałabym zaproponować wsparcie marketingowe dla pana firmy.


– O, to doskonale. Wsparcie marketingowe, mówi pani?


– Tak, proszę pana. Chodzi o taką usługę…


– Usługę? – Pan po drugiej stronie wydawał się coraz bardziej zainteresowany.


– No tak, usługę… Nasza firma świadczy usługi w zakresie…


– A czy ta usługa – przerwał mi klient – jest, że się tak wyrażę… kompleksowa?


Przez chwilę milczałam, zastanawiając się, o co mu chodzi.


– Taaak – powiedziałam wreszcie niepewnie, uznając, że przygotowanie umowy, opracowanie projektu graficznego reklamy i dopasowanie jej do rozmiaru strony trzeba uznać za usługę kompleksową. – Myślę, że można tak to ująć.


– W takim razie, złotko… – Pan zniżył głos do szeptu. – Ja ci prześlę SMS-em adres, a ty do mnie przyjedziesz i porozmawiamy na miejscu o tej „kompleksowości” i „wsparciu”… Tylko będziesz musiała wejść tylnymi drzwiami, żeby żona nie widziała.


Niektórzy klienci bywają złośliwi. Ledwie kilka godzin temu rozmawiałam z panem będącym właścicielem firmy cateringowej. Wyłuszczyłam mu całą ofertę bardzo dokładnie, posługiwałam się językiem korzyści i generalnie gadałam przez prawie kwadrans… Zaschło mi w gardle, język stawał kołkiem, ale nie poddawałam się, zachęcana aprobującymi pomrukami ze strony rozmówcy: „mhm”, „tak”, „jak najbardziej”, „aha!”, „ciekawe”, „świetnie, świetnie”. Kiedy wreszcie dotarłam do końca tyrady i – pewna, że właśnie sprzedałam reklamę – z dumą napisałam notatkę handlową o lakonicznej treści „SUKCES”, zapytałam jeszcze podsumowująco:


– Czyli rozumiem, że jest pan zainteresowany wykupieniem u nas reklamy?


– Nie.


Trzask słuchawki.


Przez chwilę siedziałam otumaniona, wpatrując się w mrugający perfidnie po ostatnim „s” kursor. Potem, z bólem serca, wcisnęłam sześć razy Backspace i zapisałam zmiany.


Przypomniało mi się to przysłowie o dzieleniu skóry na niedźwiedziu…


Od dziś nienawidzę niedźwiedzi. Fałszywe sukinsyny.




10 listopada



Pan Paweł dał nam przykaz sprzedaży co najmniej jednej reklamy dziennie. Jest to zadanie o tyle trudne, że my właściwie nie mamy wpływu na liczbę ewentualnych umów – oczywiście, możemy „mówić językiem korzyści”, „odmalowywać wizje przed oczami” i „nawijać makaron na uszy”, ale nigdy nie możemy być pewni, że danego dnia trafi się zainteresowana osoba. Czasami każda rozmowa jest beznadziejna i przez całą dniówkę nie trafi się ani jeden potencjalny nabywca


Ja jestem jeszcze na okresie ochronnym, bo dopiero zaczęłam pracę, ale Ala, która podpisała umowę dwa miesiące temu, nie miała dziś ani jednej umowy. Około czternastej zaczęła się denerwować; po piętnastej brak efektów tak ją wyprowadził z równowagi, że zaczęła dygotać. Piętnaście po trzeciej rozpłakała się i pan Paweł zwolnił ją wcześniej do domu, bo i tak nie była w stanie rozmawiać przez telefon. Tak chlupotało jej w nosie, że klienci skarżyli się, że dzwoni do nich w trakcie ulewy.


Ala nie chciała opuścić firmy – zaparła się w drzwiach, wrzeszcząc jak opętana, że nie sprzedała ani jednej reklamy i jak teraz wyjdzie, to już nie będzie miała do czego wrócić, bo pan Paweł na pewno zwolni takiego nierentownego pracownika. Szef zapewnił ją stukrotnie, że nie musi się przejmować i ma jak zwykle przyjść do biura w poniedziałek i Ala wreszcie zamknęła za sobą drzwi – chociaż bardzo niechętnie.


Ta dziewczyna od początku wydawała mi się odrobinę neurotyczna.


Około szesnastej pokój numer dwa, w którym pracuję ja i Ala, miał ostatnią przerwę. Poszliśmy całą czwórką – ja, dwie dziewczyny, których imion jeszcze nie udało mi się zapamiętać oraz Adam – na korytarz, by rozprostować nogi i odetchnąć świeżym powietrzem.


No, z tym świeżym powietrzem to taki skrót myślowy. Konsultanci wykorzystują przerwy na papierosa. Wszyscy, co do jednego. Pali nawet poczciwa pani Krysia… Ba – ona chyba najwięcej. W trakcie piętnastominutowej przerwy potrafi wypalić cztery sztuki. Kopci jak smok. Kiedy po kwadransie zajmuje z powrotem boks, nad jej stanowiskiem unosi się szara chmura, a wszystko, co bierze do rąk, przesycone jest tytoniowym smrodem.


Chyba nie przyjmę od niej szalika.


Zwykle staram się nie wdychać dymu (wystarczy, że mój ojciec pali), ale po aferze z Alą poczułam potrzebę bliskości ze współtowarzyszami niedoli. Pożałowałam, kiedy tylko owionął mnie papierosowy smog. Rozkaszlałam się, a Adam uniósł brwi, więc mu wytłumaczyłam, że nie palę. Obrzucił mnie pobłażliwym spojrzeniem.


– Nie palisz? – zapytał z rozbawieniem. – Już niedługo. Tu wszyscy palą.


Uniosłam brwi.


– Ja nie – powiedziałam hardo.


Adam upuścił papierosa i przydeptał peta butem.


– Powiem ci coś, Anka – rzekł oficjalnym tonem. – Tutaj każdy, powtarzam: każdy pracownik po tygodniu, najwyżej dwóch, zaczyna robić dwie rzeczy. – Zawiesił efektownie głos. – Palić oraz rozsyłać CV.


Parsknęłam śmiechem. Nie ma to jak odrobina dramatyzmu na koniec dnia.


Zdziwiło mnie jedynie, że Adam, świadomy przecież, że żartuje, nawet się nie uśmiechnął.




DOPISEK



W pracy telemarketera absolutnie niezbędne są dwie rzeczy: dobry słuch i dobre słuchawki. Kiedy jedno albo drugie szwankuje, zwykle dochodzi do większej bądź mniejszej, ale jednak – tragedii.


Dodzwoniłam się do pewnego salonu kosmetycznego specjalizującego się w pielęgnacji i masażu stóp i dłoni. Zaproponowałam, jak zwykle, reklamę, ale właściciel nie był zainteresowany. Zapytał jednak, czy nie moglibyśmy zamiast tego napisać dla nich artykułu sponsorowanego o konkretnej tematyce. Pomna słów pana Pawła, że mamy robić wszystko, by zaspokoić potrzeby klienta, powiedziałam, że jak najbardziej, może być artykuł i nawet sama go napiszę, jeżeli pan się zgodzi. Pan wahał się.


– Ale czy pani sobie poradzi? – zapytał niepewnie.


– Oczywiście! – zawołałam, oburzona, że pan ośmiela się we mnie wątpić. – Proszę tylko powiedzieć, czego dokładnie ma dotyczyć ten artykuł!


Pan powiedział: technik pedicure’u, akupunktury stóp, a także…


Zamrugałam ze zdziwieniem.


– Przepraszam, mógłby pan powtórzyć?


Pan powtórzył.


Zamrugałam ze zdziwieniem ponownie – bardziej intensywnie.


Pan chyba wyczuł moją niepewność.


– A nie mówiłem! – krzyknął tryumfalnie do słuchawki. – To trudny temat. Nie da pani rady!


Poczułam, że go tracę (aż mi się przypomniały te wszystkie amerykańskie seriale medyczne, w których lekarze przekrzykują się na sali operacyjnej: „Tracimy go! Tracimy go!”, a potem się okazuje, że serce jednak podjęło pracę po kwadransie uciskania i rażenia prądem, zaś pacjent wybudza się z narkozy jak gdyby nigdy nic i kolejnego dnia odwiedza dyżurkę pielęgniarek i gabinet lekarski z pudełkiem czekoladek i dobrą whisky), więc wykrzyknęłam z uniesieniem, przypominając sobie pouczenia pana Pawła, że w sytuacji podbramkowej trzeba wykazać się pomysłowością i elastycznym myśleniem:


– Nie, nie! Proszę poczekać! Ma pan rację, ja nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, ale mam tutaj koleżankę, Kasię, która zna temat od podszewki… – Zdesperowana odsunęłam mikrofon od twarzy i dla podbicia wiarygodności, zdając sobie sprawę, nie pracuje z nami żadna Kasia, ryknęłam w głąb pomieszczenia: – KASIU, TY DALEJ STUDIUJESZ PROKTOLOGIĘ, NIE?!


Reszta współpracowników (nie wyłączając pana Pawła) spojrzała na mnie jak na szaleńca, ale nie przejęłam się tym. Byłam z siebie dumna, że dostosowałam się do instrukcji szefa i za wszelką cenę starałam się zadowolić klienta.


Jak wielkie było moje zdumienie, kiedy w słuchawce usłyszałam wycie. Ze śmiechu.


Pan potrzebował dłuższej chwili, żeby się uspokoić.


– Wie pani – powiedział wreszcie, parskając ciągle jak młody źrebak – ja naprawdę doceniam pani wysiłki, ale myślę, że w mojej branży nawet taka specjalistka jak pani Kasia nie pomoże… Bo widzi pani, mimo że zajmujemy się konkretną częścią ciała, to jednak nie tą. Dziękuję i do widzenia!


Trzask odkładanej słuchawki.


Dwie godziny później podczas przerwy wyszukałam w sieci ten salon. W opisie przeczytałam, że salon zatrudnia między innymi światowej klasy podologów.


W przyszłym tygodniu idę do laryngologa.




11 listopada, Święto Niepodległości



Boże, jak dobrze, że nie muszę dziś iść do pracy. Na samą myśl o rozmowach, które czekają mnie w poniedziałek, o tych wszystkich właścicielach firm, których będę musiała wyprowadzać z błędu, bo nie zrozumieli oferty, o panu Pawle wymagającym stuprocentowej koncentracji przez bite osiem godzin oraz o trzeszczących słuchawkach w ciasnym, ciemnym boksie robi mi się słabo.


Kiedy byłam w łazience, rzuciła mi się w oczy napoczęta paczka ojcowskich papierosów. Nagle, zupełnie niespodziewanie, naszła mnie niewytłumaczalna ochota na sięgnięcie po nią i poczęstowanie się.


Przypomniałam sobie, co poprzedniego dnia usłyszałam od Adama…


Już wiem, co będę robić w poniedziałek między kolejnymi połączeniami.


Szukać innej pracy.





~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Made, czyli: Madeleine, Magdalena Lipniak albo po prostu Madzia.

Chwałą jednych jest, że piszą dobrze, a innych, że się do tego nie zabierają.
Jean de La Bruyère

Awatar użytkownika
MargotNoir
Dusza pisarza
Posty: 479
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Specjalista [obyczajowe][całość][komedia]

Postautor: MargotNoir » ndz 25 lis 2018, 15:24

Jezu, nie...

Zaintrygowana tagami próbowałam wyszukać w tekście cokolwiek, co przypominałoby humor. Moje elfie oczy dostrzegły promowanie, wierszyk erotyczny, proktologia, hemoroidy, kompleksowa usługa... co tam jeszcze było? Aha, ulewa od chlupania w nosie.

Przy żadnym z tych tekstów nawet nie drgnęło mi jedno włókno mięśniowe w twarzy. Przy żadnym innym fragmencie zresztą też nie.

Humor rodem z kabaretu w TVP2, w którym przechodzony estradowy wycieruch po każdym zdaniu odczekuje kilka sekund, by widownia zorientowała się, że ma się w tym momencie zaśmiać. No cóż. Są takie kabarety, ludzie z tego żyją, więc target chyba istnieje.

Błędów nie widzę. Bardzo profesjonalnie napisany tekst. Język dopracowany. Jeśli nauczysz się tego na pamięć i poćwiczysz robienie przerw na śmiech z puszki, to moim zdaniem śmiało możesz jechać z tym do Mrągowa.



Awatar użytkownika
Przemek
Pisarz osiedlowy
Posty: 217
Rejestracja: czw 16 lis 2017, 03:22
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Specjalista [obyczajowe][całość][komedia]

Postautor: Przemek » ndz 25 lis 2018, 18:27

Dobre, uśmiałem się, czytanie szło gładko.
Mimo, iż tekst jest długi, wcale nie nudziłem się, a wręcz dobrze bawiłem. Było bardzo realistyczne - zdecydowanie wierzę, że ta praca tak wygląda. Teraz już inaczej spojrzę na pracowników callcenter. Właśnie do tego typu tekstów - satyryczno-komicznych masz dryg.

Pozdrawiam
Przemek


„Nie pozwól światu, by mógł mieć coś do ukrycia.
Pamiętaj, że każdy błąd prowadzi do prawdy, a prawda zawsze jest źrenicą życia.”

Awatar użytkownika
Kadah
Pisarz osiedlowy
Posty: 206
Rejestracja: ndz 09 wrz 2012, 18:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Specjalista [obyczajowe][całość][komedia]

Postautor: Kadah » pn 26 lis 2018, 18:19

MargotNoir pisze:Source of the post Błędów nie widzę. Bardzo profesjonalnie napisany tekst. Język dopracowany. Jeśli nauczysz się tego na pamięć i poćwiczysz robienie przerw na śmiech z puszki, to moim zdaniem śmiało możesz jechać z tym do Mrągowa.

Piękny widok, gdy Margot błyska brzytwą. :<3<3:
Tekst nie jest napisany źle. Przeszkadzają mi zdania, galopujące w nieskończoność i długie wtrącenia, ale to ja. De gustibus i tak dalej. Problem w tym, że "śmieszność" tekstu też mogę oceniać tylko przez pryzmat własnego gustu i powiem od razu – taki rodzaj humoru po prostu mnie nie bawi. Nie podobało mi się.


There is no God and we are his prophets.
The Road by Cormac McCarthy

Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3618
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Specjalista [obyczajowe][całość][komedia]

Postautor: Godhand » pn 26 lis 2018, 20:11

Ja króciutko.
Moja żona pracowała na słuchawce parę miesięcy. Większość tekstu wygląda wiarygodnie, właściwie zastanawia mnie tylko dlaczego Anka, jako nowa, nie ma wsparcia opiekuna grupy na czacie. Opiekun (w czasie rzeczywistym) podpowiada jak kierować rozmową, jak wybrnąć z nietypowych sytuacji itd.
Tekst jest czysty i schludny. Błędów nie widzę, a przynajmniej nic co rzucałoby się w oczy. Humor... Myślę, że po usunięciu wstawek o nosie i pomyłce w specjalnościach medycznych tekst zyskałby. Ale to tylko prywatne zdanie - moje poczucie humoru nie jest ani lepsze, ani ważniejsze od innych.

G.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2393
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Specjalista [obyczajowe][całość][komedia]

Postautor: Adrianna » pn 26 lis 2018, 23:20

Poprawnie napisane. Masz sprawne pióro, zdania są płynne, plastyczne. Mimo tego opowiadanie niestety mi się dłużyło i miejscami miałam wrażenie, że humor w tekście jest trochę "na siłę" (np. wspomniany już nos i proktolog). Najsłabiej, moim zdaniem, wypadł początek. Te wszystkie pogadanki o rodzajach kłamstw, te żarciki z rekrutacji, mam wrażenie, że za dużo czasu spędziły już na wszelkiego typu demotywatorach i memach, żeby się jeszcze w opowiadaniu obroniły. Nie są złe, ale wyeksploatowane - nużą.

Najbardziej podobał mi się fragment z 8 listopada - czyli cały ten "język korzyści". Moim zdaniem dobrze, lekko oddany. Może mnie bawił dlatego, że sama się czasem o tego typu "nowomowę" ocieram? Nawet jeśli tak - też ok. Żaden tekst nie jest uniwersalny.

Mam problem z postaciami. Jest ich sporo, a tak naprawdę mi się zlewają. I jakby ledwo co wspomniani współpracownicy narratorki mi się mieszali, to jeszcze bym machnęła ręką. Ale w jakiś sposób zlał mi się z nimi i szef i sama narratorka (niby ona ma dystans, niby ironicznie na to patrzy, ale ostatecznie jakoś nie zobaczyłam w niej nic charakterystycznego, co pomogłoby mi ją odróżnić od tła). Może przez to, że wszyscy odwalają jakieś absurdalne akcje? Szef gada jak głupi, jakaś kumpela z pracy prawie pada na zawał, ludzie nie rozumieją, co się do nich mówi, narratorka woła o proktologa itd... Gdzieś mi to wszystko utonęło w jednakim sosie...?

Ogólnie, tak jak generalnie nie jestem wrogiem pisania długiego, czasem nawet rozwlekłego, tak myślę, że odchudzenie zrobiłoby temu opowiadaniu dobrze. Niemniej, mimo mankamentów, przeczytało się nieźle i przez przedstawione realia trafiło do mnie.

Pozdrawiam,
Ada


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
Mat88
Kmiotek
Posty: 2
Rejestracja: pn 26 lis 2018, 14:15
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Specjalista [obyczajowe][całość][komedia]

Postautor: Mat88 » wt 27 lis 2018, 11:25

Made pisze:Source of the post a tak naprawdę kosztował trzysta złotych i na dodatek był zaledwie jednym z czterech kupionych tego dnia (po co męża denerwować?).


Wg mnie zdanie zupełnie niepotrzebne. Tak na prawdę każdy facet z góry wie, że był drogi :)



Awatar użytkownika
Bartosh16
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 2884
Rejestracja: śr 01 wrz 2010, 11:20
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: [To_be_determined]
Płeć: Mężczyzna

Specjalista [obyczajowe][całość][komedia]

Postautor: Bartosh16 » wt 27 lis 2018, 11:46

Ja tylko jedną rzecz - komedia to gatunek filmowy lub część dramatu, czyli formy literackiej. To nie jest komedia z przyczyn czysto technicznych.


"Racja jest jak dupa - każdy ma swoją" - Józef Piłsudski

Mój blog "Otwórz oczy"

Awatar użytkownika
łapserdak
Szkolny pisarzyna
Posty: 42
Rejestracja: wt 18 lis 2014, 13:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Specjalista [obyczajowe][całość][komedia]

Postautor: łapserdak » wt 27 lis 2018, 11:50

Inni komentujący nie zwrócili uwagi na błędy, więc ja może skupię się na technicznej stronie tekstu.

Made pisze:Source of the post Istnieje kilka różnych (1) rodzajów kłamstw. Są kłamstwa perfidne, wyjątkowo okropne, takie, (2) które mają za zadanie świadomie wprowadzić w błąd i (3) skrzywdzić drugą osobę. Są kłamstwa niewinne, z rodzaju tych, którymi żona uspokaja męża, kiedy mówi, że „ten sweterek kupiła za bezcen”, a tak naprawdę kosztował trzysta złotych i na dodatek był zaledwie jednym z czterech kupionych tego dnia (po co męża denerwować?) (4). Są wreszcie tak zwane niedopowiedzenia, czyli kłamstwa, które w sumie są prawdą, jednak przedstawioną w takim świetle, że owa prawdaz biegiem czasu okazuje się jakby... mniej prawdziwa.

W posługiwaniu się tymi ostatnimi prawdziwymi (5) ekspertami są dwa rodzaje (6) ludzi: rekrutujący i rekrutowani.

(1) - niepotrzebne słowo (skoro istnieje kilka rodzajów to wiadomo, że nie są takie same), imo lepiej unikać - szczególnie w pierwszym zdaniu.
(2) - zdanie domaga się przebudowy, bo sprawia wrażenie, jakbyś już w nim wymieniała wszystkie rodzaje kłamstw
(3) - "świadome wprowadzenie w błąd" jest z definicji cechą wszystkich kłamstw, a nie tylko tych perfidnych
(4) - ok, to już moje widzimisię, ale ciachnąłbym dodatkowe wyjaśnienie - imo jest niepotrzebne i oczywiste
(5) - powtórzenia
(6) - najpierw rodzaje kłamstw, chwilę później rodzaje ludzi - chyba nieco za dużo tej systematyki

Made pisze:Source of the post Z drugiej strony, rekruterzy nie ustępują poszukującym pracy ani na krok. Kilka dni temu spotkałam na mieście koleżankę, Marysię.

Przydałoby się słówko wyjaśnienia, że spotkanie koleżanki Marysi ma związek z rekruterami, bo teraz wygląda to tak, jakbyś po prostu zapomniała wstawić nowy akapit.

Made pisze:Source of the post Wyciągnął do mnie rękę i zaprosił na krzesło.

Przepraszam za głupie skojarzenia, ale Paweł już siedział na tym krześle? Zdanie do poprawy.

Made pisze:Source of the post Pokoje, w których pracowali konsultanci, nie były zbyt duże – w każdym naliczyłam ledwie dziesięć stanowisk komputerowych

Miliony Polaków mieszkają w blokach z wielkiej płyty. Powiedz im, że pokoje w których mieści się dziesięc stanowisk komputerowych nie są zbyt duże ;)

Made pisze:Source of the post Adam wydął wargę, nałożył z powrotem słuchawki i aktywował system, który zablokował na czas monologu szefa.

Nie, tak nie można pisać. Informacja, że chłopak zablokował system, jeżeli już się pojawia, to powinna być umieszczona wcześniej. Ale najlepiej, jakby jej wogóle nie było, bo kompletnie nic nie wnosi.

Made pisze:Source of the post Dwa dni temu pisałam, że w niedopowiedzeniach specjalizują się dwie grupy ludzi

Pomiędzy czwartym a ósmym listopada jest nieco więcej niż dwa dni :)

Made pisze:Source of the post – Dzień dobry. Czy rozmawiam z prezesem firmy Domowe Makarony sp. z o.o.?
Cisza. Cisza. Cisza.
– No wie pani… – rozlega się po drugiej stronie słuchawki niepewny głos. – Ja tu w sumie sam jestem, w domu swoim mam izdebkę wydzieloną na zagniatanie ciasta, taki maleńki kącik, od sześćdziesięciu lat ten biznes prowadzę, wśród sąsiadów głównie, a firmę zarejestrowałem, żeby po Bożemu było i zgodnie z przepisami… I wie pani, nikt nigdy mnie „prezesem” nie nazwał. „Kierownikiem” to jeszcze albo „szefem”, ale prezes…

Rozumiem, że cała historia jest przerysowana, ale w tym miejscu trochę za mocno rozminęłaś się z realiami. Po pierwsze: jeżeli facet działa na tak małą skalę, to jest skrajnie nieprawdopodobne, żeby miał spółkę z o.o. (raczej jednoosobową działalność albo spółkę cywilną, jeżeli ugniata wałkiem szwagra). Po drugie: na czele spółki z o.o. zwykle stoi prezes, więc gość musiałby się wcześniej spotkać z sytuacją, w której jest tak nazywany, szczególnie że... Po trzecie: prowadzi ten biznes od 60 lat? Czyli teraz jest po osiemdziesiątce? I prowadzi firmę od 1958? Przetrwał tyle czasu jako prywaciarz w PRL-u i wciąż ma jedną izdebkę na zagniatanie ciasta? Nie, no kompletnie się to kupy nie trzyma :)

Od tego miejsca przestałem zwracać uwagę na potknięcia, więc tylko ogólnie: początek nudnawy, dialogi z Marysią i Adamem niepotrzebne, imo za mocno bazujesz na stereotypach. Fragment z 8 listopada zdecydowanie najlepszy, wtedy się trochę wciągnąłem, ale tekst jako całość raczej mnie rozczarował. Może dlatego, że to nie jest mój typ humoru.


Skrócona instrukcja czytania postów: przed każdym zdaniem wstaw IMHO.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości