Niewidzialny młyn

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Niewidzialny młyn

Postautor: maciekzolnowski » pt 09 lis 2018, 16:08

Na Płaskowyżu Głubczyckim znajdowało się ongiś niewielkie sioło, przysiółek właściwie, którego nazwy nie pomnę. Pociąg Kolei Podsudeckiej, kursujący regularnie z Racławic do Głubczyc, zatrzymywał się w nim nieraz. Potem linię nagle zamknięto, bez wyraźnej przyczyny, a gęsty, świerkowy las porósł okolicę i samo torowisko, a raczej to, co z niego pozostało. Mój Boże, jak szybko uległ dewastacji i zdziczeniu teren niepielęgnowany, opuszczony przez człowieka! Jak w oka mgnieniu opanowała go nieokiełznana i na swój sposób agresywna przyroda! Ciekawe, ilu spośród obecnych racławiczan i głubczyczan zna upiorną legendę o niewidzialnym miejscu. A było to tak…
Przed wiekami w siole znajdował się młyn, który obsługiwał co najmniej dwie wsie. Ród młynarski był bogobojny i liczny, a dzieci chowały się zdrowe i silne. I tylko prawdziwy pech mógł to zmienić. Lecz – jak to w bajkach bywa – wszystko, nawet to, co najgorsze, zdarzyć się może. I oto któregoś razu rozpoczęła się niesamowita zaraza, która zaczęła stopniowo i systematycznie pustoszyć ową śląską krainę, a przyszła z Północy. Przechodziła od zwierząt na ludzi i z dorosłych na dzieci. Tak, zwłaszcza dzieci okazały się być mało odporne na mór. I nigdy już dżuma nie była tak straszliwą, tak nieodpartą. A jej oznaką widomą była szkarada krwi, wśród objawów zaś należałoby wymienić przede wszystkim ostre bóle, nagły zawrót głowy i obfity wyciek potów, poprzedzający śmierć raptowną.
Nastała jesień – pierwsza jesień od czasu, gdy pojawił się przeklęta zaraza. Ciężkie, wilgotne mgły-ciemnice i mgły-baranki coraz częściej omglały okoliczne pagórki płaskowyżu i gubiły się w wonnym i szumiącym jakoś złowrogo lesie. Słoneczny glans przez wiele dni nie raczył dobłysnąć na tafli Wilczych Stawów, a słońce nie mogło i chyba nawet nie chciało przebić się przez nisko wiszące chmury. I wszystkim się zdawało, że zima będzie długa i sroga.
Ukląkł wtenczas stary młynarz Maćko, przeczuwając to, co najgorsze, przed skromną kapliczką na rozstaju dróg, w pobliżu lasów i pól przepastnych, a wkoło – nic, tylko głusza. I pogrążył w żarliwej modlitwie i do Wszechmocnego zwrócił się tymi słowy:
– Panie! Wysłuchaj mych błagalnych próśb. Zabierz mnie do siebie, jeśli łaska, ale dziatwę pozostaw tutaj na ziemi. A niechaj żyje a choćby i sto lat!
To rzekłszy, powstał, ażeby móc się oddalić i do domu na kolację przed zmrokiem zdążyć. A wokół było pusto i wilgotno jak w najgłębszej i najczarniejszej piekielnej jamie. Niby pusto, a jednak miało się dziwne wrażenie, że coś czai się w pobliżu w zielonkawej gęstwinie wśród sosen i świerków. I wtenczas wyrósł przed nim nieforemny i dziwaczny stwór jakiś szkaradny, z ogonem i brodą długaśną, trochę przypominający starca.
– A coś ty za męciołak jeden i czego chcesz? – rzucił wyraźnie zaskoczony niecodziennym towarzystwem młynarz.
– Nie lękajcie się, Maciejka. Chciałbym z tobą porozmawiać.
I dziadyga mu przedstawił swój punkt widzenia na najbardziej palące i teologiczne sprawy, po czym dobąknął:
– Widzisz, Bóg chrześcijan tobie nie dopomoże, familii twej Maciejowej przed zarazą nie uchroni.
Zadumał się praporuszyciel kół młyńskich i chciał po kolei zaprzeczać, w odpowiedzi na argumenty leśnego dziadka, ale przypomniał sobie wnet, iż nie dalej jak siedem lat temu, wtenczas, kiedy w całym powiecie klęska urodzaju oraz susza była, dobry Bóg ani palcem nie kiwnął dla rolniczych plonów ratowania. A jak jednej głuchej i bezzębnej niewieście chłop się gdzieś zagubił, a następnie w sąsiedniej wsi odgubił, i na dodatek nie sam, to Wszechmocny – skądinąd kawaler – ani pisnął o tym i pary z gęby nie puścił, choć dobrze wiedział, do której to zguba zawitała dziewki, i do którego łoża zębatej, piersiatej i słyszatej tam wlazła. Tak, bez cienia wątpliwości Bóg był – w najgorszym razie – wrednym knotem, a w najlepszym – leniwym nicponiem.
– To co mam czynić? Odpowiedz! – wywrzeszczał już zdesperowany.
– Przed wiekami żyli na tych ziemiach prawdziwi Słowianie, mężni i dumni ze swych guseł. Później wszystko się zmieniło na rzecz ciemnogrodu. Europa, panie, psia mać! To dopiero jest ciemnogród bez żadnej tradycji i zdrowego rozsądku, a więc i bez przyszłości. Biesiulki, takie, jak ja, w większości wybito, wytępiono niczym szkodniki jakieś. Ale to temat na inną okazyję. Powiem ci teraz, co się stanie. Ty jeden, Maciejka, wraz z rodziną zostaniesz ocalony, musisz tylko oddać mi pokłon. I po bólu! Widzisz, jakie to proste?!
Zawahał się na taką bluźnierczą propozycję pan życiodajnych ziaren przemielonych na mąkę, lecz kiedy wyobraził sobie cudną swą żoneczkę i dzieciatki-trupiatki na łożu śmierci, cierpiących największe możliwe katusze, oblanych siódmymi potami i okrutnie pokrwawionych, natychmiast wyzbył się wszelkich wątpliwości. Padł na kolana i oddał plugawemu biesowi pokłon, głośno przy tym łkając.
Ale kiedy wrócił do domu, dopiero wtenczas okazało się, że ma prawdziwy powód do płaczu. Na miejscu nie zastał bowiem kompletnie nic. A kiedy spojrzał na swą pierś, ręce oraz nogi, zrozumiał, że wszystko, co kochał, stało się niematerialne i znikło zupełnie.
– A więc bies mówił prawdę. Toż to podświat najprawdziwszy! – mruknął pod nosem, którego notabene nie potrafił dostrzec ani dotknąć. – Zaraza nie sforsuje bram mego folwarku, którego przecież nie ma, nie przekroczy bura suka wrót, których przekroczyć się nie da.
Minęło wiele, wiele lat i wieśniacy z okolicznych wsi zdążyli zapomnieć o – jak sami mówili – pochłoniętym przez mgłę lub też zapadniętym pod ziemię i obróconym w nicość siole. Pamięć ludzka to doprawdy dziwne cudło – potrafi rozwiać się w jednej chwili niczym kupka pożółkłych listków na polach bezkrzewia. W żyznej nad Osobłogą dolince wybudowano wkrótce nowoczesny młyn, zaorano ugory, obsiano je zbożem, a krowy, owce i kozy wyszły na pastwiska – i tak życie z wolna, z mała, niby przebiśniegi po zimnie, zaczęło pojawiać się to tu, to tam na wyniszczonych zarazą terenach.
Tymczasem mieszkańcom niewidocznego młyna, którzy sami również byli niewidzialni, zaczęło już brakować lekarstw, żywności i zboża na mąkę. Złaknieni towarzystwa innych, umierali z żalu i osamotnienia – i to mimo faktu, iż sami byli w pewnym sensie nieobecni.

Nastała któraś już z rzędu jesień. I ciężkie, wilgotne mgły coraz częściej oplatały okoliczne pagórki Płaskowyżu Głubczyckiego i gubiły się w wonnej i z cicha szemrającej kniei. Słoneczko nie mogło przez wiele dzionków przebić się przez nisko wiszące chmury.
W takiej oto scenerii ukląkł ponownie stary młynarz przed skromną kapliczką nadrzewną na rozstaju dróg, w pobliżu borów i pól przepastnych, i zanurzył się w żarliwej modlitwie i przemówił tymi słowami:
– Panie mój! Wybacz mi, bo zgrzeszyłem. Wysłuchaj przeto gorących mych próśb. I zabierz mnie do siebie, jeśli jest taka wola twoja. Ale niechaj ma rodzina żyje normalnie! Niech nikt nie umiera z tęsknoty, samotności, głodu, chłodu czy braku lekarstw!
Słysząc to, Pan Bóg ulitował się nad skruszonym młynarzem i uczynił naustronione i nie w pełni doumarłe gospodarstwo na powrót widzialnym, a wieść o cudownym wydarzeniu obiegła świat lotem błyskawicy. Nareszcie Maćki mogły się nasycić, a i do woli nagadać z sąsiadami i od dawna niewidzianymi krewniakami.
Od tamtej pory tłumy nieprzebrane odwiedzały młyn każdego dnia, uniemożliwiając tym samym jego mieszkańcom w miarę normalne w nim funkcjonowanie. Przybywali nawet skośnoocy Azjaci z cesarstwa zamorskiego – Kraju Kwitnącej Wiśni, by się ciekawie pogapić, a oczy swe nasycić.
Aż wreszcie miarka się przebrała i Maćko – senior zdegustowanej paranteli – powiedział razu jednego: „hola, dość tego”. I w tajemnicy przed wszystkimi, w ciągu zaledwie dwóch dzionków, młynarzowe plemię się spakowało, zabrało najpotrzebniejszy dobytek, rozebrało do cna cały przysiółek, tak, że nic z niego nie pozostało, i powędrowało gdzieś hen wysoko w góry, kierując się ku Sudetom. A ludzie z czasem uznali doumrzony młyn za miejsce nawiedzone i zaprzestali w ogóle tam przyłazić.



Awatar użytkownika
Słowik
Zarodek pisarza
Posty: 11
Rejestracja: wt 14 sie 2018, 08:26
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Niewidzialny młyn

Postautor: Słowik » ndz 11 lis 2018, 10:08

Bardzo przyjemny w czytaniu tekst.

Sposób narracji jaki wybrałeś mnie nie powalił, a nawet uczynił opowieść nudną, choć historia miała potencjał. Rozumiem stylizacje na legendę/bajkę i można widzieć w takim pisaniu jakiś pożytek, ale ja nie jestem jedną z tych osób, bo w takim przypadku jak ten, czytelnik nie zostanie wciągnięty do tekstu. Najwyżej po przeczytaniu stwierdzi, że ładnie napisane.

I tu przejdę do pozytywnej strony, czyli warsztatu. Gratuluję Ci umiejętności, które, przynajmniej na mnie, zrobiły wrażenie. Dobrze radzisz sobie z językiem, a wybrany sposób narracji z pewnością pomógł Ci nabrać wiatru w skrzydła.

Tak więc pisz, pisz jak najwięcej i powodzenia, bo ludzi, którzy umieją to co robią, trzeba dopingować.



Awatar użytkownika
Skylord
Pisarz domowy
Posty: 90
Rejestracja: śr 22 cze 2016, 11:27
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Szkocja
Płeć: Mężczyzna

Niewidzialny młyn

Postautor: Skylord » ndz 11 lis 2018, 13:49

Słowik pisze:Source of the post bo ludzi, którzy umieją to co robią, trzeba dopingować.

a resztę do gułagu hehehe, taki żarcik :)

A co do tekstu. Ogólnie spodobało mi się, zaczęło się ciekawie, ale... skończyło jakoś tak nijak,
maciekzolnowski pisze:Source of the post Lecz – jak to w bajkach bywa – wszystko, nawet to, co najgorsze, zdarzyć się może.
słowo bajka mnie trochę odstrasza, zaraz kojarzy mi się z opowiadaniem nieprawdziwym i wyssanym z palca, wiadomo pewnie wszystkie takie są, jednak przy braku tej informacji zawsze mogę sobie wyobrazić, że może kiedyś coś jednak takiego się wydarzyło.

maciekzolnowski pisze:Source of the post a przyszła z Północy.
to z małej litery będzie raczej, chodzi o kierunek nie nazwę własną,
maciekzolnowski pisze:Source of the post Zadumał się praporuszyciel kół młyńskich
upiększenia są tak błyszczące, aż mnie w oczy rażą jak je czytam ;) lekko przesadzone jak dla mnie,
maciekzolnowski pisze:Source of the post A kiedy spojrzał na swą pierś, ręce oraz nogi, zrozumiał, że wszystko, co kochał, stało się niematerialne i znikło zupełnie.

i dalej...
maciekzolnowski pisze:Source of the post Tymczasem mieszkańcom niewidocznego młyna, którzy sami również byli niewidzialni, zaczęło już brakować lekarstw, żywności i zboża na mąkę. Złaknieni towarzystwa innych, umierali z żalu i osamotnienia – i to mimo faktu, iż sami byli w pewnym sensie nieobecni.

jakoś nie widzę w tym sensu... a tak serio jak oni byli niewidzialni i nic nie widzieli to kto wiedział że umarli? Wydaje mi się, że brakuje tutaj troszkę kilku dodatkowych informacji.
maciekzolnowski pisze:Source of the post I po bólu! Widzisz, jakie to proste?!
Zawahał się na taką

tutaj brakło myślnika po skończonym dialogu,
maciekzolnowski pisze:Source of the post A ludzie z czasem uznali doumrzony młyn za miejsce nawiedzone i zaprzestali w ogóle tam przyłazić.

przyłazić nie pasuje tutaj, kojarzy mi się to jakoś z włóczęgami, może bardziej zachodzić? doumrzony - co to za słowo? wujek google nie znalazł, stylizacja stylizacją, ale nie przesadzajmy
No i to zakończenie, ludzie tam walą do nich z całego świata, dzień w dzień, a ci cichaczem spakowali się i sruuu uciekli w góry.
Normalnie bajka :)
No i skoro to bajka - to jaki z niej płynie morał?
Dzięki za podzielenie się o/



Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1380
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Niewidzialny młyn

Postautor: Gorgiasz » ndz 11 lis 2018, 15:44

Poczytać można, ale budzi trochę wątpliwości. I niewiele z tego tekstu wynika. Końcówka zwłaszcza zaplątana i nielogiczna. Język i styl dobrze harmonizują z charakterem opowieści.

Jak w oka mgnieniu opanowała go nieokiełznana i na swój sposób agresywna przyroda!

„okamgnieniu”

Przed wiekami w siole znajdował się młyn, który obsługiwał co najmniej dwie wsie.

Napisałbym „stał młyn”. Użyte określenie nie pasuje do klimatu. Poza tym dalej mamy za dużo „się” (też należałoby coś z nimi zrobić”) oraz za dużo „i”.

Lecz – jak to w bajkach bywa – wszystko, nawet to, co najgorsze, zdarzyć się może.

Przed chwilą pisałeś, o legendzie. Bajka a legenda – to jednak różnica. I opis dżumy to tak niezbyt dla dzieci się nadaje i nie nosi bajkowego charakteru.

Tak, zwłaszcza dzieci okazały się być mało odporne na mór.

Napisałbym:Tak, zwłaszcza dzieci okazały się mało odporne na mór.

A jej oznaką widomą była szkarada krwi, wśród objawów zaś należałoby wymienić przede wszystkim ostre bóle, nagły zawrót głowy i obfity wyciek potów, poprzedzający śmierć raptowną.

Sugeruję poczytać, jak wyglądają objawy dżumy. Można w Wiki chociażby, albo (lepiej) u Alberta Camus'a. Bo to, co napisałeś, to nie dość, że jest lapidarne i schematyczne, to jeszcze nie ujmuje tego, co najistotniejsze.
A sformułowanie „wśród objawów zaś należałoby wymienić przede wszystkim” jest co najmniej chybione. Tak można pisać na wypracowanie w pierwszych klasach szkoły podstawowej.

i gubiły się w wonnym i szumiącym jakoś złowrogo lesie

Usunąłbym „jakoś”.

„omglały”, „męciołak”, dobąknął”, „praporuszyciel”, odgubił” - podobają mi się tego rodzaju wprowadzone (a może i wymyślone) przez Ciebie określenia.

Widzisz, jakie to proste?!

Usunąłbym wykrzyknik. Sprawia wrażenie, że biesiulek krzyczy na niego, a krzykiem trudno kogoś przekonać.

– A więc bies mówił prawdę. Toż to podświat najprawdziwszy! – mruknął pod nosem, którego notabene nie potrafił dostrzec ani dotknąć. – Zaraza nie sforsuje bram mego folwarku, którego przecież nie ma, nie przekroczy bura suka wrót, których przekroczyć się nie da.

Reakcja zupełnie niezrozumiała. Zamiast zdziwienia, przerażenia, rozpaczy, mamy dyskurs filozoficzny.

Zaraza nie sforsuje bram mego folwarku,

i obróconym w nicość siole.

To co zniknęło? Folwark czy sioło? To też nie to samo.

Tymczasem mieszkańcom niewidocznego młyna, którzy sami również byli niewidzialni, zaczęło już brakować lekarstw, żywności i zboża na mąkę.

W dawniejszych czasach, to lekarstwa nie były w powszednim użyciu i nie zaliczały się do artykułów pierwsze potrzeby. I od nich zaczynasz wyliczankę?

senior zdegustowanej paranteli

Nie rozumiem, co oznacza w tym miejscu to sformułowanie.

I w tajemnicy przed wszystkimi, w ciągu zaledwie dwóch dzionków, młynarzowe plemię się spakowało, zabrało najpotrzebniejszy dobytek, rozebrało do cna cały przysiółek,

W ciągu dwóch dni rozwalili cały przysiółek? To chyba musieli mieć ciężki sprzęt.

A ludzie z czasem uznali doumrzony młyn

No przecież go rozwalili – więc go nie było.



Awatar użytkownika
KamPie
Zarodek pisarza
Posty: 19
Rejestracja: sob 10 lis 2018, 10:59
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Niewidzialny młyn

Postautor: KamPie » pn 12 lis 2018, 11:36

Niezłe. Stylizacja na plus, choć jakby tekst był bardziej obszerny, czytelnik po jakimś czasie odczułby znużenie. W tym przypadku jest okej.
Mam wrażenie, że motyw z odkupieniem win u chrześcijańskiego Boga jest potraktowany nieco po macoszemu. Stary młynarz przychodzi, składa rączki do modlitwy a staruszek w niebiosach od tak oddala wszelkie zmartwienia? Według mnie można było się tu pokusić o coś większego, niż wybraniec, który odczuwa pokorę przed grzmiącym Panem.

Tekst jak najbardziej na plus. Jak nie jestem fanem takiej formy i czasów w jakich został obsadzony tekst, tak ten tutaj sprawił mi przyjemność ;)


Karty przeszłości każdy tasuje, jak mu pasuje. ~ S.King, Ręka Mistrza

Awatar użytkownika
Made
Szkolny pisarzyna
Posty: 42
Rejestracja: pn 06 sie 2018, 08:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Niewidzialny młyn

Postautor: Made » pt 16 lis 2018, 12:22

Podoba mi się. Naprawdę mi się podoba. Bardzo przyjemne podanie, legenda… nie wiem za bardzo, jak to określić. Taka przypowieść, trochę bajka w ludowych klimatach. To jest fajne - i jeszcze to, co zauważyli moi poprzednicy.

Gorgiasz pisze:Source of the post Język i styl dobrze harmonizują z charakterem opowieści.


KamPie pisze:Source of the post Stylizacja na plus, choć jakby tekst był bardziej obszerny, czytelnik po jakimś czasie odczułby znużenie. W tym przypadku jest okej.


Język i styl faktycznie “robią” ten tekst. Dzięki nim jest on spójny z tematyką i czyta się to całkiem do rzeczy. Może tylko trochę mnie mierziły pewne drobne błędy, a raczej tendencje autora do udziwniania na siłę, np. w celu uniknięcia powtórzeń (nie wiem, po co, w języku polskim to NAPRAWDĘ nie jest aż taka zbrodnia jak np. w angielskim).

maciekzolnowski pisze:Source of the post Zawahał się na taką bluźnierczą propozycję pan życiodajnych ziaren przemielonych na mąkę (...)


O, na przykład tutaj. Złapałam się za głowę na taką karkołomną omownię; one może i są dobre, ale kurczę, nie w takiej kuriozalnej formie. To strasznie dziwnie i śmiesznie brzmi, ten cały “pan ziaren”... “Młynarz”, nawet powtórzony trzeci raz w tym samym akapicie, wg mnie byłby mniejszym złem niż uskutecznianie tego typu dziwactw - nie wiem, jak zapatrują się na tę sprawę inni forumowicze.

Gorgiasz pisze:Source of the post I niewiele z tego tekstu wynika. Końcówka zwłaszcza zaplątana i nielogiczna.


Również ta nieszczęsna końcówka rzuciła mi się w oczy. Odnoszę wrażenie, że niekoniecznie miałeś na nią pomysł. Nosiłeś się z zamiarem napisania tekstu w estetyce ludowego podania, fajnie, udało się - i przyszedł moment, gdy wypadało to zakończyć i nagle ups, Houston, mamy problem. Jak z tego wybrnąć? No, powiem Ci - na pewno nie tak :). Zakończenie jest mdłe i po prawdzie zapomniałam o nim natychmiast po przeczytaniu komentarzy - czyli pięć minut później. Fakt, że nie pozostaje w pamięci ani trochę dłużej, nie za dobrze o nim świadczy (ewentualnie o mojej pamięci).

Uważam, że losy młynarza i jego rodziny mogły potoczyć się inaczej - albo bardziej szczęśliwie, albo bardziej dramatycznie. W takiej formie trochę mi się to wszystko gryzie. Zrozumiałam tę całą sytuację tak: diabeł obiecał młynarzowi, że jeśli ten mu odda pokłon, pomór ominie jego dziatki, żonę, dom… Okej, jasne. Młynarz to uczynił i bies dotrzymał słowa na swój diabelski sposób: sprawił, że młyn “przestał istnieć”. Jego mieszkańcy byli w izolacji od innych… No i właśnie - wspominasz, że cierpieli nie tylko z powodu samotności, ale też głodu. Zaczęłam się zastanawiać - zaraz! Dlaczego diabeł nie odebrał im również “ludzkich” potrzeb? Obiecywał, że śmierć młynarza nie dosięgnie, otoczył ich “ochronną” mgłą, rozwiał ich obraz w świadomości ludzi… A tutaj co? Cierpią głód, bo nie mogą nabyć żywności! Coś tu jest nie tak. Skoro stali się jakby “iluzją”, której nawet nikt nie dostrzega, to powinni nią być na każdej płaszczyźnie. Myślę, że katusze psychiczne (wspomniane osamotnienie, tęsknota za normalnym światem itp.) byłyby o wiele bardziej na miejscu niż fizyczne. W końcu to był bies - pierwsze mógł przedłużać w nieskończoność, a jeśli oni po prostu pomarliby z głodu, jaką on miałby z tego “radość”?

Słowik pisze:Source of the post Dobrze radzisz sobie z językiem, a wybrany sposób narracji z pewnością pomógł Ci nabrać wiatru w skrzydła.


Zgadzam się. Bardzo ładna stylizacja. Ciekawa narracja. Nie ma się do czego przyczepić (może poza miejscami, gdzie trochę przeginasz, ale nie ma ich dużo). Język pozwala wczuć się w klimat całości i nawet jeśli taka narracja nie każdemu będzie odpowiadać, to na pewno każdy powinien przyznać, że harmonizuje ona z tematyką i tym, co autor chciał przekazać. Brak dysonansu między tematyką i sposobem, w jaki jest prowadzona akcja to połowa sukcesu (wiem, bo mnie to również wytknięto - słusznie - więc tym bardziej uważam, że ta spójność jest istotna).

Skylord pisze:Source of the post No i skoro to bajka - to jaki z niej płynie morał?


A czy bajka zawsze musi mieć morał? (To nie jest pytanie kpiarskie ani prowokacyjne, ani negujące - po prostu jestem ciekawa, bo nie znam się za bardzo na bajkach. Jeśli bajka, by być bajką, musi mieć morał, to czym jest “takie coś” jak opowiadanie wyżej? Bajkowy klimat, postaci, styl… ale nie bajka. Czyli co?)

KamPie pisze:Source of the post Mam wrażenie, że motyw z odkupieniem win u chrześcijańskiego Boga jest potraktowany nieco po macoszemu.


Chyba rzeczywiście można to było zrobić lepiej. Takie zachowanie Boga (błyskawiczne wybaczenie / odkupienie win przez młynarza) nie było zbyt pouczające, prawda? Czego nasz młynarczyk się nauczył? Że jak się spaprze i wyrzeknie Boga, to wystarczy odmówić paciorek i już po sprawie. Nie wspominasz zresztą, żeby to cudowne odmienienie losu skłoniło młynarza do jakiejś refleksji, nie stał się dzięki temu lepszy dla ludzi. Nawet go zaczęli irytować, bo wziął się spakował, żonę pod pachę i chodu :D. Nie jestem pewna, czy takie było Twoje zamierzenie?

Ogólnie jednak podoba mi się ten tekst o takim “etnograficznym” charakterze :). Nieczęsto się takie spotyka, a wiadomo, że to, co rzadkie, jest cenne.

Pozdrawiam,
Madeleine


Made, czyli: Madeleine, Magdalena Lipniak albo po prostu Madzia.

Chwałą jednych jest, że piszą dobrze, a innych, że się do tego nie zabierają.
Jean de La Bruyère

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Niewidzialny młyn

Postautor: maciekzolnowski » pn 19 lis 2018, 22:15

Dzięki, stukrotne dzięki! No, to teraz mam pracę poprawkową na... tydzień, a może i dwa. I dobrze, sam tego chciałem. Za parę dni tekst pojawi się nieco bardziej doszlifowany. Obiecuję to sobie! :)



Awatar użytkownika
Gregory
Kmiotek
Posty: 9
Rejestracja: wt 20 lis 2018, 20:12
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Niewidzialny młyn

Postautor: Gregory » wt 20 lis 2018, 21:56

Podoba mi się sposób prowadzenia narracji, czuć klimat. Poza tym, mieszkam niedaleko Głubczyc i można powiedzieć , że ten fakt wzmocnił doznania wynikające z czytania twego tekstu



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Niewidzialny młyn

Postautor: maciekzolnowski » wt 20 lis 2018, 22:25

A, to miło mi, znasz na pewno tę starą trakcję z Racławic do Głubczyc, prowadzącą zresztą nawet i jeszcze dalej - w kierunku Baborowa. Pozdrawiam! :)



Awatar użytkownika
JacekG
Szkolny pisarzyna
Posty: 33
Rejestracja: wt 04 gru 2018, 22:18
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Niewidzialny młyn

Postautor: JacekG » sob 08 gru 2018, 20:35

Cześć. Napisałeś coś bardzo takiego sympatycznego, czyli " chłop się gdzieś zagubił, a następnie w sąsiedniej wsi odgubił " . Lubię tego rodzaju zabawy słowem, oczywiście to moja prywatna opinia, bo wielu się chętnie czepi tego " odgubił " . Bombardujesz i tym i tamtym i tu i tam i wtedy i teraz :D Swoista inwazja spójnika. Przejmować się poza zwróceniem uwagi na to nie musisz, bo sam jestem starym koślawcem interpunkcyjnym, słuchaczem playlist typu " zrypałeś odstęp, czemu nie używasz dywizu? ". Cała treść, czy opowieść, dała mi dobry klimat. Brakło nieco dramaturgii, ale górę Ślęzę ( Bóg wie czemu ) zdążyłem sobie wyobrazić. Pozdrawiam!



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Niewidzialny młyn

Postautor: maciekzolnowski » pn 10 gru 2018, 19:47

Dzięki, Jaceku G.

Pięknie to wyraziłeś, tak, że aż mnie ujęło to Twoje ujęcie: "Bombardujesz i tym i tamtym i tu i tam i wtedy i teraz. Swoista inwazja spójnika". Dobrze, że spójniki nie zabijają: ani w krwawy, ani nawet w taki bezkrwawy sposób.
Ach, ta Ślęża! Raz tam tylko byłem. Ale i o niej coś napiszemy, a co tam! :)

Pozdrawiam,
Maćko




Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość