[W] Gdyby [obyczajowe][całość]

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Made
Szkolny pisarzyna
Posty: 42
Rejestracja: pn 06 sie 2018, 08:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

[W] Gdyby [obyczajowe][całość]

Postautor: Made » pt 02 lis 2018, 18:37

Wersja w Google Docs:
https://docs.google.com/document/d/1KxzPabL_BaU40ggEG976XDrm3NQwC25KsqJCWQMYKJE/edit

Wersja do ściągnięcia w PDF:
https://drive.google.com/open?id=1s0v68Tpf1MCYjqBhyxF33Da5HHDrqSfT

W skrócie
Często mówi się, że gdyby człowiek wiedział, że upadnie, to by sobie usiadł. Czasami jednak pewnych wydarzeń nie da się przewidzieć. Rodzice małej Katarzyny – zwanej pieszczotliwie Kati – pewnego dnia giną w wypadku samochodowym. Ta niespodziewana śmierć wywraca do góry nogami uporządkowane życie dziewczynki.

Fragment
Gdyby Kati wiedziała, że samochód się rozbije, nie pozwoliłaby rodzicom wsiąść do niego. (…) Rodzice, widząc, że córka bardzo ich potrzebuje (...), nie wsiedliby do samochodu i nie rozbiliby się. Albo wzięliby Kati ze sobą i zginęliby razem, we trójkę. Ale wybrali najgorszą opcje i teraz leżą martwi w rowie (...), a Kati śpi w swoim łóżeczku i śnią jej się bardzo złe sny.

Nota odautorska
Do napisania opowiadania zainspirowała mnie pewna piosenka (nie powiem jaka, bo się będziecie śmiać). Koncept leżał wiele, wiele miesięcy nieruszany, jako że całość wydawała mi się banalna i nudna. Ponieważ jednak wciąż podobała mi się idea (a bohaterów obdarzyłam sympatią), uznałam, że odświeżę całość poprzez niecodzienną formę… I tak powstał tekst, który macie przed sobą.


Gdyby


Magdalena Lipniak-Młyńczak



1.


Gdyby Kati wiedziała, że samochód się rozbije, nie pozwoliłaby rodzicom wsiąść do niego. Nie jest pewna, co by dokładnie zrobiła – może rzuciła się na chodnik przed domem i zaczęła bić pięściami w ziemię, płacząc i krzycząc? A może udałaby, że jest bardzo, bardzo chora, że ma katar i gorączkę, i ból głowy, i nawet biegunkę, zmuszając rodziców do pozostania w domu? Tata siedziałby przy jej łóżku i czytał bajki („Roszpunkę” i „Królewnę Śnieżkę” – jej ulubione), gładząc ją po włosach i szepcząc do ucha: „Moja Kasieńka, moja mała Kati”. To on wymyślił to przezwisko.


Mama w tym czasie grzałaby mleko na kuchence, słodząc je trzema łyżeczkami miodu (bo Kati lubi słodkie). Dziewczynka zaś pokasływałaby dla zachowania pozorów i może nawet namalowałaby sobie w łazience wielkie rumieńce szminką mamy – aby nie było wątpliwości, że ma gorączkę i bardzo cierpi.


Mogłaby też zwyczajnie poprosić rodziców, aby nie jechali. Mogłaby skłamać, że boi się ciemności, a Ania nigdy nie pamięta, żeby zostawić włączoną lampkę, kiedy się nią opiekuje. Ania jest bardzo miła i ma ładną twarz, i chętnie zajmuje się Kati, ale sama nie ma dzieci i czasami Kati nie rozumie. Nie wie, że przed pójściem spać trzeba najpierw sprawdzić, czy pod łóżkiem nie ma potworów, a w czasie czytania „Roszpunki” należy zrobić przerwę w chwili, gdy główna bohaterka traci włosy, żeby był czas na pogodzenie się z tragedią. Ania ma jeszcze wiele wad, ale Kati jest wyrozumiała i mimo to bardzo ją lubi. Pozwala jej nawet czesać swoje długie blond włosy i splatać je w kunsztowne warkocze. Wyobraża sobie wtedy, że sama jest Roszpunką.


Właściwie Kati nie skłamałaby, gdyby powiedziała, że boi się ciemności. Naprawdę się boi, ale udaje, że nie, bo nie chce uchodzić za tchórza. Tylko tchórze boją się ciemności, a dziewczynka z pewnością nie jest tchórzem – ma już pięć lat i jest prawie dorosła.


Rodzice, widząc, że córka bardzo ich potrzebuje (nawet mimo obecności Ani), nie wsiedliby do samochodu i nie rozbiliby się. Albo wzięliby Kati ze sobą i zginęliby razem, we trójkę. Ale wybrali najgorszą opcje i teraz leżą martwi w rowie, Ania siedzi w domu w pokoju podopiecznej i czyta grubą książkę bez obrazków, a Kati śpi w swoim łóżeczku i śnią jej się bardzo złe sny.


*


Gdyby Kati wiedziała… ale Kati nie wiedziała.



2.


Gdyby rodzice nie zginęli w wypadku, do domu Kati nie przyjechaliby panowie w mundurach i nie obudziliby jej w środku nocy. Kati jest z jednej strony zadowolona, że ją obudzili, bo śnił jej się okropny koszmar, w którym ogromne nożyce ścinały jej długie, jasne pukle i dziewczynka wcale nie chciała dłużej śnić. Z długiej strony jest zmęczona i marzy tylko o tym, by wracać do łóżka.


Kati nie wie, kto otworzył panom drzwi, ale domyśla się, że Ania. Dziewczynka jest już prawie dorosła i doskonale wie, że nie należy otwierać nieznajomym. Ania też powinna o tym wiedzieć, ale chyba się zagapiła. To pewnie dlatego stoi teraz na środku pokoju biała jak prześcieradło i usta jej drżą. W pewnej chwili wyciąga chusteczkę i ociera oczy, co Kati dostrzega mimo ogromnego zmęczenia.


Panowie są bardzo mili, a jeden z nich szpera po szafkach, wyjmuje rondel i podgrzewa dla Kati mleko. Kati chce powiedzieć, żeby dodał miodu (bo lubi słodkie), ale jest tak zmęczona, że wpada w płaczliwy nastrój i świat jej obojętnieje. Prawie nie zauważa, kiedy Ania przysuwa się do niej i ściska ją mocno, tak mocno, jakby chciała przelać w nią całą swoją dobroć.


Gdyby panowie nie przyjechali, Kati nie usłyszałaby tych wszystkich pytań. O ciocię albo wujka („Nie mam, proszę pana”), o babcię lub dziadka („Są w niebie, proszę pana”), czy zna jakichś znajomych rodziców albo koleżanki mamy („Nie znam, proszę z pana”), czy ma jakąś dalszą rodzinę, siostrę babci, a może kuzyna taty („Nie wiem, proszę pana”). Kati jest zła, bo pytania wydają jej się bezsensowne i chce zasugerować, żeby panowie zapytali mamę, która wszystko wie, albo tatę, choć jest roztrzepany, lub przynajmniej Anię, która buja ją w ramionach i robi doktorat, więc jest bardzo mądra – ale nie przerywa. Wie, że to niegrzecznie, w końcu ma już pięć lat i jest prawie dorosła.


Po mleku Kati robi się jeszcze bardziej senna i marzy tylko o tym, żeby wrócić do łóżka. Niemal nie czuje, jak Ania całuje ją w czoło i gładzi po włosach, a jeden z panów bierze ją na ręce i wynosi do samochodu. Gdyby poczuła, upomniałaby się o „Roszpunkę” i „Królewnę Śnieżkę”, bo to jej ulubione bajki i dziewczynka nigdzie się bez nich nie rusza. Ale drzwi się zamykają, a „Roszpunka” i „Królewna Śnieżka” zostają w domu.


*


Gdyby rodzice nie zginęli… ale rodzice zginęli.



3.


Gdyby Antoni Dragonowicz nie poszedł tego dnia na komisariat, nigdy nie poznałby Kati. A nie poszedłby, gdyby właśnie wtedy, tego feralnego dnia, nie zgubił portfela. A właściwie – gdyby nie został okradziony, o czym pan Antoni jest święcie przekonany. W końcu jest poważnym biznesmenem, powszechnie szanowanym i rozpoznawalnym, i często nosi przy sobie dużą gotówkę. Nigdy nie dał się przekonać do plastikowych pieniędzy, bo uwielbia zapach banknotów i czuje się pewniej, kiedy ich plik szeleści mu w kieszeni. Poza tym uważa, że lepiej stracić trochę gotówki niż kartę, za pomocą której sprytny złodziejaszek mógłby dobrać się do konta. Teraz jednak pan Antoni wierci się na niewygodnym krześle dla interesantów i wcale nie jest przekonany, czy nie powinien swoich poglądów zweryfikować.


Pan Antoni jest wściekły, bo siedzi na posterunku od kilku godzin i nikt nie bierze jego sprawy na poważnie. Policjanci rozkładają ręce i uśmiechają się pobłażliwie. Pytają, czy pan Antoni wyobraża sobie, że oni, policjanci, będą zajmować się szukaniem jego zguby (tak właśnie mówią – zguby – a przecież pan Antoni jest pewny, że portfel padł łupem złodzieja). Wzdychają i zasypują go pytaniami – jak mają znaleźć portfel, skoro interesant nie wie nawet, gdzie i kiedy go zgubił? W jaki sposób odkryją, że to jego własność, skoro w środku nie ma dokumentów, a sam portfel nie dość, że nie był podpisany (tak, jakby ktokolwiek o zdrowych zmysłach podpisywał portfel, prychnął w myślach pan Antoni), to na dodatek wygląda jak tysiące innych portfeli?


Pan Antoni bębni palcami w biurko, usiłując zachować spokój (w końcu jest poważnym biznesmenem i nie wypada mu wszczynać awantur) i myśli, że gdyby miał jakiegoś znajomego inspektora, portfel już znajdowałby się w jego kieszeni, czyli tam, gdzie jego miejsce, zaś on sam – w swoim mieszkaniu, zagłębiony w fotelu, z kieliszkiem wina w ręce. Ale pan Antoni jak na złość nie zna żadnego inspektora.


Mężczyna jest tak zdenerwowany, że niemal nie zauważa, kiedy do pokoju wchodzi dwóch policjantów. Dostrzega ich dopiero, gdy jeden z nich sadza na krześle stojącym pod ścianą małą dziewczynkę. Mała ma jasne włosy i okrągłą buzię i przypomina panu Antoniemu jego samego, kiedy był w jej wieku. Dziewczynka śpi na siedząco, a poruszony pan Antoni pyta, co robi dziecko o tak późnej porze na posterunku. Otrzymuje odpowiedź i czuje, że serce ściska mu się z żalu. Patrzy ze współczuciem na śpiącą dziewczynkę i stara się zrozumieć, dlaczego los bywa taki okrutny. Gdyby pan Antoni chodził do kościoła, zapamiętałby, że „niezbadane są wyroki Boskie”, ale pan Antoni jest ateistą i świat filtruje przez rozsądek. Dlatego nie może pojąć, że krzywdy są rozdzielane w sposób tak niesprawiedliwy. Mężczyzna otrząsa się z ponurych myśli. Policjant, z którym rozmawiał na temat zaginionego portfela, podsuwa mu do podpisania protokół z przesłuchania. Pan Antoni zwleka ze złożeniem podpisu, ciągle patrząc na dziewczynkę śpiącą na krześle pod ścianą. Nie może się powstrzymać i pyta o szczegóły wypadku, bo chociaż świat filtruje przez rozsądek i wie, że obce dziecko nie powinno go obchodzić, czuje, że musi wiedzieć. Policjant wzrusza ramionami i choć nie powinien, opowiada.



Gdyby Kati nie zasnęła, zauważyłaby, że mężczyźni patrzą na nią dziwnie szklanym wzrokiem i mają tak śmiesznie zmarszczone brwi, i usłyszałaby, co mówi pan w mundurze głosem tak cichym i łagodnym, jakiego zawsze używa mama, gdy śpiewa Kati kołysanki. Co prawda Kati i tak niewiele zrozumiałaby z jego przemowy, bo chociaż ma już pięć lat i jest prawie dorosła, nie wie, co znaczy „dachowanie”, „zgon na miejscu” czy „dom dziecka”. Ale Kati śpi z głową opartą o ścianę i śni jej się morze i plaża ze złotym piaskiem.


*


Gdyby pan Antoni nie poszedł… ale pan Antoni poszedł.



4.


Gdyby pan Antoni nie poznał Kati, nigdy nie stałby się panem Dragonem. Dziewczynka nazwała go tak pierwszego dnia, gdy się jej przedstawił, bo nie potrafiła wymówić długiego nazwiska. Panu Antoniemu spodobał się nowy przydomek i został panem Dragonem. Kazał sobie nawet wydrukować specjalną wizytówkę, na której widniało: „Pan Dragon. Antoni Dragonowicz”.


Mężczyzna nie wie, co go podkusiło, żeby pojechać do domu dziecka, do którego trafiła dziewczynka po śmierci rodziców. Wcześniej nie odczuwał potrzeby, by kierować swe kroki do takich miejsc. W młodości wielu jego znajomych angażowało się w wolontariat, pracowało w schroniskach dla zwierząt i domach opieki, ale jego taka działalność nigdy nie pociągała. Zdecydowanie wolał robić coś, co przynosiło zysk. Nie rozumiał, jaką satysfakcję może dać praca, z której nie ma pieniędzy.


Pan Antoni początkowo chciał ofiarować hojny datek na rzecz domu dziecka. Potem zapragnął zobaczyć jeszcze raz dziewczynkę, którą spotkał na komisariacie tego feralnego dnia, gdy ukradziono mu portfel. Gdy to już się stało, zaczął się z nią bawić. A potem przyjechał jeszcze raz, i jeszcze raz.


A potem został stałym gościem w domu dziecka.


Pan Antoni nie wie, jak to się stało, że obca dziewczynka z dnia na dzień stała się dla niego tak ważna, że zaczął poświęcać jej całe jedno popołudnie w tygodniu, co w świecie wielomilionowych kontraktów i eleganckich garniturów jest nie lada wyczynem.


Biznesmen zastanawia się czasem, co go ciągnie do tej małej, cherlawej istoty. Co sprawia, że co tydzień uparcie wsiada w samochód i przejeżdża osiemdziesiąt kilometrów tylko po to, żeby móc z nią przez chwilę pobyć? Dziewczynka, która sama siebie określa jako „Kati” (pan Antoni dopiero po długim, długim czasie zdołał wyciągnąć z niej, że tak po prostu nazywał ją tatuś, kiedy jeszcze żył), nie jest ani wyjątkowa, ani specjalnie utalentowana – nic w tym dziwnego, skoro ma dopiero pięć lat, a w tym wieku dzieci raczej się nie wyróżniają. Panu Antoniemu te małe osóbki zawsze kojarzyły się z czymś kłopotliwym i brudnym, do tego hałaśliwym i kosztowym. Dlatego właśnie sam nigdy nie zdecydował się na dzieci. Zresztą, i tak nie miał ani żony, ani nawet narzeczonej, żeby ewentualne dzieci stały się realną możliwością, a nie tylko wydumaną mrzonką.


Gdyby pan Antoni nie zainteresował się losem dziewczynki, nigdy nie zacząłby odwiedzać w księgarniach działów z bajkami dla dzieci. Wcześniej pan Antoni był częstym gościem księgarń – kupował mnóstwo książek, do pracy i nie tylko. Konsumował je jak Kati lody malinowe – jej ulubiony deser. Podczas ostatniej wizyty dziewczynka pochłonęła na jego oczach litr tego mroźnego przysmaku, a pan Antoni był zbyt zafascynowany tym widokiem, żeby jej przerwać. W drodze powrotnej do domu przez całe osiemdziesiąt kilometrów zastanawiał się, gdzie taka drobniutka istota o żołądku wielkości ziarenka grochu zmieściła wielkie pudło lodów. Kwestia ta dręczyła go przez caluśki tydzień – do czasu, gdy ponownie nie zawitał w domu dziecka. Otrzymał wtedy burę od wychowawczyni dziewczynki, która fuknęła z naganą, że po jego odwiedzinach Kati dostała zapalenia gardła.


Pan Antoni przestał więc przywozić Kati lody. Zamiast tego miał ze sobą zawsze misia albo lalkę – ale nie plastikową, tandetną, w sukience z błyszczącej tafty i różowych pantofelkach będących uosobieniem kiczu. Sprzedawczynie w sklepach z zabawkami wielokrotnie próbowały mu takie wcisnąć, a on bardzo się na takie zachowanie denerwował. Gdyby chodziło o jakiekolwiek inne dziecko, zapewne nie zwróciłby uwagi na jakość prezentu, jednak Kati zajęła jego w sercu specjalne miejsce i absolutnie nie zasługiwała na chińską chałturę.


W ten sposób poważny, stateczny biznesmen stał się ekspertem w zakresie wyboru szmacianych lalek.


Kati ubóstwiała pana Antoniego; czekała na jego pojawienie się jak psiak na powrót właściciela. W każdy piątek czatowała przy oknie, wyglądając przez nie z niecierpliwością. Kiedy samochód pana Antoniego stawał nareszcie na parkingu przed budynkiem sierocińca, a sam pan Antoni wysiadał z niego i przeciągał się, by rozruszać zastałe od długiego siedzenia kręgi – była do tego stopnia podekscytowana, że gdyby posiadała ogonek, merdałaby nim z taką werwą, że kręciłby w powietrzu młynki to w jedną, to w drugą stronę.


Na szczęście Kati nie posiadała ogonka (dziewczynka z ogonkiem wyglądałaby dość osobliwie), więc swój entuzjazm wyrażała w sposób typowy dla małych dziewczynek – rzucała się z radosnym piskiem do drzwi, przez które gramolił się już pan Antoni (lata już nie te i osiemdziesiąt kilometrów w jednej pozycji zdecydowanie dawały się we znaki jego kręgosłupowi) i dopadała do jego nóg, skacząc jak piłeczka.


Pana Antoniego niezmiennie wzruszała ta reakcja; po prawdzie, nikt nigdy nie cieszył się tak na jego widok. Nie miał rodziny, która witałaby go w ten sposób, a kontrahentom, z którymi podpisywał wielomilionowe kontrakty, raczej coś podobnego nie uchodziło.


Nim pan Antoni się obejrzał, wizyty u małej jasnowłosej sierotki stały się dla niego najważniejszym punktem w całym tygodniu – ważniejszym nawet niż czwartkowy lunch z kolegą z biura, Arkiem, który zawsze ogrywał pana Antoniego w snookera – i gdy tylko w kalendarzu zbliżał się piątek, mężczyzna stawał się rozkojarzony i nie mógł skupić myśli na pracy, bo duszą zabawiał już Kati najnowszą szmacianą lalą o burzy rudych włosów z muliny.


*


Gdyby pan Antoni nie poznał Kati... ale pan Antoni ją poznał.



5.


Gdyby wychowawczyni z domu dziecka nie wezwała pewnego ciepłego, choć pochmurnego październikowego dnia pana Antoniego na rozmowę, nigdy nie pomyślałby on o możliwości zaadoptowania Kati.


Pan Antoni siedzi nad licznymi dokumentami i próbując zrozumieć ich treść zachodzi w głowę, dlaczego to rozwiązanie nie przyszło mu samo do głowy.


Biznesmen odwiedzał Kati regularnie od wielu miesięcy; zżył się z dziewczynką, a ona zaczęła traktować go jak członka rodziny. Nie był, jak dotychczas, „panem Dragonem” – awansował na „wujka Dragona” (Kati potrafiła już wymówić prawidłowo jego skomplikowane dla małych ust nazwisko, bo przez prawie pół roku wydoroślała i zmądrzała, jednak uparcie nazywała swego gościa Dragonem i śmiała się przy tym jak szalona, a jej śmiech odbijał się od ścian i wypełniał pomieszczenia sierocińca niczym najpiękniejsza muzyka). Pan Antoni znał wszystkie sekrety dziewczynki i każdy zakamarek jej małej, dziewczęcej, pięcioletniej duszy, którą ona odsłaniała przed nim ostrożnie i powoli, acz systematycznie. Biznesmen przez niecałe sześć miesięcy dowiedział się bardzo wielu rzeczy. Że ulubioną bohaterką Kati jest Roszpunka, ale nie dlatego że ma takie piękne długie włosy (chociaż to też), lecz dlatego że zamknięto ją w wieży z dala od koleżanek, a ona mimo to czerpała z życia radość; że dziewczynka bardzo lubi place zabaw, ale najbardziej na świecie uwielbia huśtać się na huśtawce – kiedy jest wysoko w górze i wyobraża sobie, że jest ptakiem i zaraz uleci hen, wysoko; że zima jest bardzo przyjemna, bo można lepić bałwana i obrzucać się śnieżkami, ale wiosna jest fajniejsza, bo ogrody pachną wtedy prawie tak samo jak odświeżacze powietrza, jakie pani wychowawczyni kupuje do toalet, tylko ładniej i nie tak sztucznie; że ser żółty jest smaczny, za to jajecznica paskuda, bo zawsze ciągną się w niej śluzowate nitki, które wyglądają jak robaki; wreszcie – że absolutnie i niezaprzeczalnie, i kategorycznie, i nawet definitywnie – najciekawszym zajęciem na świecie jest odwiedzanie ludzi w ich domach, ponieważ wchodząc do domu, można dowiedzieć się o mieszkańcu wielu różnych rzeczy, jak choćby to, czy często sprząta albo czy zostawia rozsypane wszędzie klocki.


Pan Antoni obiecał Kati, że kiedyś zabierze ją do swojego domu i wtedy dziewczynka na własne oczy zobaczy jego najskrzętniej skrywane skarby i zbada wszystkie zakamarki. Przekona się też na własnej skórze, że podłogi pana Antoniego nie pokrywa warstwa klocków (pan Antoni wielokrotnie to dziewczynce powtarzał, ale ona pozostała nieufna i chyba mu nie uwierzyła).


Biznesmenowi nie przyszło do głowy, że ta obietnica kiedykolwiek mogła stać się czymś więcej niż tylko rzuconym w powietrze marzeniem bez pokrycia.


Pan Antoni nie ośmieliłby się wpuścić Kati do swojego domu; nie, żeby był jakimś wielkim bałaganiarzem albo przechowywał w kuchennej szufladzie niebezpieczne przedmioty. Mężczyzna był przykładnym obywatelem i w jego domu przy ulicy Sadowej 16 nie znajdowało się absolutnie nic nagannego. Niestety, nie było tam również nic wartego uwagi. Właściwie dom przy ulicy Sadowej 16 nie wyróżniał się spośród innych tak bardzo, jak to tylko możliwe.


Dom był duży, dwupoziomowy; na parterze znajdowały się dwa pokoje, kuchnia i łazienka, a do tego przestronny przedpokój (w takim przedpokoju zmieściłyby się dwie ogromne skrzynie z zabawkami; pan Antoni nigdy wcześniej nie myślał o nim w takich kategoriach – dopiero poznanie Kati sprawiło, że spojrzał na pewne sprawy z nieco innej perspektywy), zaś na górze – kolejna łazienka, strych i gabinet. Ten ostatni pokój pan Antoni nazywał gabinetem wyłącznie z własnej próżności – tak naprawdę nie może być gabinetem pomieszczenie, które stoi puste i właściwie nie spędza się tam wcale czasu, nie mówiąc już o pracy. Panu Antoniemu nie chciało się za każdym razem wchodzić po schodach, żeby móc zasiąść za biurkiem i wypełniać stosy bardzo ważnych dokumentów (był coraz starszy i wspinanie się na strome stopnie nie sprawiało mu przyjemności, a kręgosłup protestował przy tym stanowczo), szczególnie że to samo z powodzeniem był w stanie zrobić w dużym, jasnym salonie na dole.


Od czasu rozmowy z wychowawczynią domu dziecka pan Antoni częściej odwiedzał gabinet, ale w myślach nie nazywał go już gabinetem, bo pomieszczenie jawiło mu się jako idealny pokój dziecięcy.


Wlepiając oczy w spisane drobnym maczkiem stronice ustaw i regulaminów, listy zakazów i nakazów, reguł i wymagań, pan Antoni snuje szalenie przyjemne wizje, w których mała jasnowłosa dziewczynka biega po całym jego domu, wypełniając puste, smutne przestrzenie radosną, jazgoczącą obecnością. Panu Antoniemu robi się ciepło na sercu. Tak ciepło, że z jeszcze większą werwą przystępuje do studiowania przepisów. Zastanawia się przy tym, czy byłby w stanie spełnić te wszystkie wymogi, gdyby nie poznał Barbary.


Barbara dołączyła do jego zespołu dwa miesiące wcześniej; od razu wpadła mu w oko. Okazała się nie tylko kompetentną pracownicą, ale również inteligentną i uroczą kobietą. Do tego dawała wyraźne sygnały, że ona również jest nim zainteresowana. Dopóki pan Antoni był jej przełożonym, wstrzymywał się od jakichkolwiek prób nawiązania bliższej relacji (mężczyzna był nie tylko biznesmenem, ale również dżentelmenem i nigdy nie naraziłby kobiety na oskarżenia ze strony kolegów, że łączą ją niezdrowe stosunki z szefem), jednak gdy Barbara, wykazawszy się samodzielnością i talentem organizatorskim, awansowała na stanowisko równoważne jego własnemu, zasłona pozorów opadła i dwójkę ludzi połączyło uczucie.


Pan Antoni nazywał Barbarę żartobliwie „hajduczkiem”, a ona śmiała się wtedy, zabawnie zasłaniając usta. Mówiła, że to bardzo miłe i że pan Antoni jest tym, na którego czekała całe życie. Pan Antoni odpowiadał tym samym i jeszcze dodawał, że Barbara-hajduczek spadła mu z nieba.


Była to prawda. Pan Antoni nie miał pojęcia, że samotnemu mężczyźnie tak trudno jest adoptować dziecko. A jeśli na dodatek jest się samotnym mężczyzną, który całe dnie pracuje w wielkiej korporacji – bardziej bezlitosnej niż najsurowszy belfer, bo nie mającej zamiaru wypuszczać go ze swoich murów przed siedemnastą – zaś jego dom to miejsce piękne, ale puste – jest to prawie niemożliwe.


Pan Antoni szybko odkrył, że ma wszystko, ale to wszystko jest strasznie, okropnie niedorobione. Pieniądze – pełne konto, ale nie ma czasu ani przyczyny, by je wydawać. Znajomi – oczywiście, ale tylko do snookera albo do baru, ale już nie do siedzenia przy blasku kominka i wpatrywania się w milczeniu w ogień. Wielki dom – jak najbardziej, ale bez życia, bez codziennej krzątaniny, bez odurzającego zapachu bulgoczącego w garnku sosu do spaghetti, za to z całą chmarą drobinek kurzu, które kołują w powietrzu i przypominają migotliwe płatki śniegu, kiedy prześwieca przez nie promień słońca.


Prawda była taka, że pan Antoni nigdy nie byłby w stanie zaadoptować Kati, bo nikt o zdrowych zmysłach by mu Kati pod opiekę nie powierzył.


Obecność Barbary-hajduczka sprawiała, że kłopotliwe kwestie prezentowały się w zupełnie innym świetle. Dwie kochające się osoby mieszkające razem, dwie osoby, których sytuacja finansowa jest na tyle dobra, że jedna może zrezygnować z pracy i oddać się wychowaniu dziecka.


Dwie osoby w ogromnym domu z ogródkiem, który na razie jest bury i zaniedbany, ale przecież wystarczy odrobina pracy i dobrych chęci, by zamienić go w idealne miejsce do bezpiecznej i rozwijającej zabawy dla małej, ciekawskiej dziewczynki.


Pan Antoni nie ma wątpliwości, że razem z Barbarą będą w stanie stworzyć szczęśliwą rodzinę. Mając tę świadomość, uśmiecha się do siebie i ciągi cyferek oraz skomplikowane regulaminy przestają być takie przerażające.


*


Gdyby wychowawczyni z sierocińca nie wezwała go na rozmowę... ale wychowawczyni go wezwała.



6.


Gdyby pan Antoni nie ożenił się z Barbarą, nigdy nie poznałby jej prawdziwego oblicza.


– Ale ja to nie chcesz mieć dzieci? – pyta pan Antoni i jest bardzo, bardzo skonfundowany.


Barbara siedzi przy stole naprzeciwko niego i piłuje swoje długie, czerwone paznokcie. Lakier ma barwę krwi, a paznokcie małżonki przywodzą mężczyźnie na myśl szpony orła podczas polowania – dokładnie takie, jakie widział w jednym filmie przyrodniczym, który oglądali ostatnio razem z Kati i śmiali się do rozpuku z braku koordynacji ptaka nie potrafiącego trafić w mysz. A może miał po prostu słaby wzrok? Uwaga Kati, że orzeł powinien udać się do okulisty, poprawiła panu Antoniemu humor na resztę dnia.


Teraz natomiast pan Antoni humor ma zwarzony i nic nie rozumie z tego, co dzieje się wokół niego. Słucha słów Barbary, niby wie, co one oznaczają, ale jego umyśl nie chce przyjąć tego do wiadomości.


Jak to... bez dzieci?


– Zwyczajnie – odpowiada Barbara na pytanie, nie odrywając wzroku od paznokci; odkłada na bok pilniczek i przez chwilę podziwia swoją pracę, zdmuchując z dłoni resztki pyłu.


Pan Antoni mruga zdziwiony.


– Ale Kati... – szepcze, prosząc w duchu, by Barbara spojrzała mu w oczy, spojrzała i powiedziała, że to żart, głupi żart i że tak samo jak on pragnie adoptować Kati. Dziewczynka stałaby się ich małą córeczką, a oni – pełną, szczęśliwą rodziną.


Barbara wreszcie podnosi głowę.


– Nie chcę jej tu.


Pan Antoni czuje, jak serce pęka mu na setki, setki kawałków, jak wazon albo szyba, albo szklanka.


Było tak: pan Antoni poślubił Barbarę. Barbara była z tego powodu bardzo zadowolona – zapewniała go o swoim uczuciu, przytulała i szeptała czułe słówka: „Kochany, kochany...”. Pan Antoni również był dla niej czuły i kochali się bardzo, i ufali sobie – do tego stopnia, że pan Antoni zrezygnował z intercyzy oraz udostępnił małżonce wszystkie konta, jakie posiadał. Dał jej klucze do swojego domu i pozwolił zrobić remont, za który zapłacił z radością – w końcu miało to sprawić przyjemność jego ukochanej Barbarze-hajduczkowi. Pan Antoni miał, co prawda, pewne zastrzeżenia, kiedy Barbara postanowiła zająć pokój zwany przez niego gabinetem i zaadaptować go na garderobę, ale wreszcie uległ. „To miał być pokój dla Kati” – mówił, na początku stanowczo, potem coraz mniej pewnie, aż w końcu, widząc postępy prac, mijając każdego dnia tragarzy dźwigających na piętro wielkie pudła zawierające ubrania oraz elementy składowe szaf, gotowe do skręcenia, dał sobie spokój. Uznał, że dla Kati zorganizują jakiś inny pokój – wszak jego dom był ogromny i wszyscy świetnie by się w nim pomieścili, nawet gdyby pan Antoni i Barbara zamierzali adoptować nie tylko Kati, ale również trójkę innych dzieci.


Dom przy ulicy Sadowej 16 tętnił życiem, od kiedy wprowadziła się do niego Barbara. Wcześniej ściany straszyły pustką, teraz każdą wolną przestrzeń zajmowały obrazy i dzieła sztuki. Barbara miała słabość do piękna, była estetką, wobec czego z każdego kąta wyzierały śliczne bibeloty albo masywne posągi. Plecione z wikliny jelenie prężyły się dumnie koło kominka („To przecież zagrożenie pożarowe” – powiedział raz czy dwa pan Antoni, ale jego argument został natychmiast zbity gorącem uszminkowanych na intensywną czerwień warg składających pocałunek na jego własnych, wąskich i szarawych od papierosów), a małe amorki i porcelanowe słoniki stały rzędami na szafkach i regałach.


Barbara najbardziej lubiła kwiaty. Dom przy ulicy Sadowej 16 wypełnił się zapachem ciętych róż i konwalii, tulipanów i goździków, a także wielu innych kwiatów, których pan Antoni nie znał i które widział pierwszy raz w życiu. Kiedy mężczyzna parokrotnie pochwalił gust małżonki, mówiąc, że cieszy się, iż Kati będzie dorastać w pięknym, pachnącym otoczeniu, zawsze odpowiadało mu syknięcie, iż kwiaty są zbyt delikatne na obcowanie z brudnymi, wciskającymi się wszędzie dłońmi dziecka.


Pan Antoni przestał więc chwalił i tylko obserwował, cały czas dopełniając kolejnych formalności, zbierając dokumenty z urzędów i odwiedzając Kati, kiedy tylko mógł. Kati na jego widok ciągle podskakiwała z radości jak mała kauczukowa piłeczka, jednak nie była tak zadowolona, kiedy pan Dragon zjawił się raz czy dwa w sierocińcu razem z Barbarą-hajduczkiem. Spotkanie nie trwało zbyt długo, bo Barbarę nudziło układanie puzzli i tarzanie się po podłodze w indiańskim pióropuszu, a śpiewanie piosenek uznała za głupie. Kati zwierzyła się panu Dragonowi po wyjściu Barbary do samochodu, że nie lubi tej pani i poprosiła pana Antoniego, żeby więcej jej do niej nie przywoził.


Był to moment, kiedy serce pana Antoniego rozpadło się na kawałki po raz pierwszy.


Biznesmen postanowił jednak nie przejmować się zbytnio i dać działać czasowi. Czas leczy rany – mawiają. Był przekonany, że dziewczyny dogadają się i w ten sposób wszyscy we trójkę będą jedną wielką szczęśliwą rodziną. On i dwie kobiety, które kochał najbardziej na świecie – jedna jasnowłosa i ruchliwa, druga stateczna i majestatyczna.


Panu Antoniemu przed wprowadzką Barbary nigdy nie przyszłoby do głowy, że do domu można zapraszać tyle obcych osób. Cały czas przez posiadłość na ulicy Sadowej 16 przewijały się rzesze Basinkowych znajomych. Dom przy ulicy Sadowej 16 tętnił życiem, chociaż pan Antoni musiał przyznać, że takie „życie” nie było do końca tym, czego by oczekiwał. Nad towarzyskie spotkania przy kolorowych drinkach zdecydowanie preferował ciche, ciepłe wieczory przy kominku, z kubkiem parującego kakao i ukochaną osobą wtuloną w poły jego wyliniałego szlafroka. A jeszcze lepiej – gdyby ukochanych osób było dwie, jedna po prawej, druga po lewej stronie, każda ze swoją porcją kakao i sumiastymi wąsami z mlecznej pianki. Czyż Barbara nie wyglądałaby pociesznie w takiej wersji? Pan Antoni nie miał co do tego wątpliwości.


Kochał swojego hajduczka nad życie, mimo że hajduczek nie zgadzał się z nim w zdecydowanej większości kwestii, w jakich może nie zgadzać się małżeństwo.


A potem Barbara-hajduczek kategorycznie zakazała panu Antoniemu nazywania jej hajduczkiem i to był moment, kiedy serce pana Antoniego rozpadło się na kawałki po raz drugi.


– Naprawdę nie chcesz mieć dzieci?


Teraz był trzeci raz i pan Antoni czuł, że więcej razów nie zniesie.


Barbara patrzy na niego zimno, tak zimno, że pan Antoni czuje pod skórą igiełki lodu raniące mu nerwy.


– Nie wyrażam zgody na adopcję tego dziecka.


Panu Antoniemu zawalił się świat.


*


Gdyby pan Antoni się nie ożenił... ale pan Antoni się ożenił.



7.


Gdyby Kati nie kochała pana Antoniego całym swoim pięcioletnim (już prawie sześcioletnim!) serduszkiem, łatwiej pogodziłaby się z myślą, że nigdy z nim nie zamieszka.


Kati wciąż jest jednak małą, niezbyt rozumną dziewczynką i nie pojmuje, jak to możliwe, że pan Antoni kolejny raz nie zjawia się w sierocińcu. Czeka cierpliwie, jak co tydzień przesiadując na parapecie i wpatrując się w opustoszały parking; gdyby na chwilę przerwała obserwację i odwróciła głowę, zapewne dostrzegłaby współczujące spojrzenie pani wychowawczyni, która stoi – jak co tydzień – w progu pokoju i z rękami skrzyżowanymi na piersiach w milczeniu spogląda na znieruchomiałą dziewczynkę. Być może Kati odczytałaby z tego przepełnionego litością spojrzenia, że nie ma sensu czekać, że pan Antoni nie przyjdzie, mimo że obiecywał, iż będzie odwiedzał ją co tydzień, w każdy, każdy piątek, zawsze, zawsze wtedy, kiedy krótsza wskazówka zegarka wskaże szóstkę, a dłuższa – dwunastkę.


Kati zerka kontrolnie na zegar. Krótsza wskazówka już dawno rozminęła się z szóstką, a dłuższa pędzi po tarczy, zostawiając w tyle dwunastkę.


Dziewczynka mimo to czeka i kompletnie nic nie rozumie.


Pan Antoni nie zjawia się już od wielu, wielu tygodni. Kati jest już prawie dorosła, ale nie jest w stanie określić, ile dokładnie razy siedziała już na tym parapecie, czekając nadaremnie na przybycie ukochanego gościa. W wieku pięciu (prawie sześciu!) lat ma się inne sprawy na głowie. O wiele ważniejsze jest to, czy pluszaki ustawione są na półce w równym rzędzie, wszystkie z buzią skierowaną w stronę drzwi, albo to, czy na kolację będzie owsianka czy omlet. Dziewczynka o wiele bardziej woli owsiankę, bo omlet nieprzyjemnie pachnie – ale nigdy nie marudzi i nawet jak dostaje jajka, zjada je do końca, bo pan Antoni zawsze jej powtarzał, że musi dużo jeść, by być duża i mieć siłę na wnoszenie swoich bagaży do domu na ulicy Sadowej 16.


Teraz pana Antoniego już nie ma i od wielu, wielu tygodni Kati nie je kolacji, kiedy podają jajka. Nie ma już motywacji, bo nikt nie rozsiewa przed nią wizji pięknego domu przy ulicy Sadowej 16 – a pięciolatki (prawie sześciolatki!), mimo że są prawie dorosłe, miewają krótką pamięć.


Kati siedzi na parapecie jak na szpilkach i przygryza drobne wargi. Wierci się i z boku wygląda to tak, jakby bardzo chciało jej się siku podczas oglądania fascynującego filmu, ale nie może wyjść, bo właśnie zaczyna się kulminacyjna scena. Czy bohaterowie rozwiążą zagadkę? Czy odnajdą zaginiony skarb? Czy złodziej, który czyha na nich, ukryty w zaroślach, dopnie swego i przechwyci bezcenną skrzynię?


Gdyby wychowawczyni sierocińca miała nieco twardsze serce, już dawno powiedziałaby Kati, żeby ta przestała wyczekiwać, bo nie ma na co. Pani wychowawczyni jednak bardzo kocha dzieci i na widok tlącej się w dziewczynce nadziei kraje jej się serce. Za każdym razem obiecuje sobie, że w tym tygodniu porozmawia z podopieczną i za każdym razem boi się panicznie przeciąć tę delikatną jak puch dmuchawca nić wiary.


Lata pracy w sierocińcu uświadomiły pani wychowawczyni, że dziecięca wiara jest jak pajęcza przędza – z jednej strony cieniutka i ulotna, ale z drugiej wytrzymała i solidna.


Pani nie chciała, ach, jak bardzo nie chciała zniszczyć tej konstrukcji!


Gdyby nie zbieg okoliczności, wychowawczyni prawdopodobnie nigdy nie zdecydowałaby się przerwać ostatecznie tej bolesnej sytuacji. Jednak zbiegi okoliczności się zdarzają częściej, niż byśmy sobie tego życzyli i długopis, którym bawi się pani wychowawczyni i którego używa do wypełniania bardzo ważnej dokumentacji, wypada jej z ręki i ląduje na podłodze z hałasem o wiele większym, niż powinien spowodować upadający długopis.


Kati porusza się niespokojnie i odwraca głowę. Pani wychowawczyni płoni się jak pensjonarka i rzuca pierwsze pytanie, jakie przychodzi jej do głowy:


– Czekasz na coś?


Kobieta rumieni się jeszcze bardziej, bo pytanie jest nieznośnie głupie, ale Kati chyba tego nie zauważa, bo mimo że jest prawie dorosła i ma aż pięć (prawie sześć!) lat, nie jest jeszcze zbyt lotna w wyłapywaniu ludzkiego skrępowania.


– Czekam na pana Dragona – odpowiada więc z cudowną, dziecięcą ufnością, patrząc na panią wychowawczynię niebieskimi jak morze oczami. – Ma przyjść.


Te dwa słowa sprawiają, że w pani pęka jakaś niewidzialna tama i kobieta, nie mogąc znieść dłużej ciężaru, jaki nosi od wielu, wielu tygodni, mówi stanowczo:


– Nie przyjdzie.


A potem słowa płyną same i wychowawczyni – językiem, który jest w stanie zrozumieć prawie dorosła, ale wciąż mała dziewczynka – powtarza Kati to wszystko, co wiele, wiele tygodni temu usłyszała od pana Antoniego.


Nie mogę jej adoptować.


Z żoną postanowiliśmy, że jednak nie nadajemy się na rodziców.


Nie przyjadę więcej do sierocińca, żeby nie robić Kati niepotrzebnie nadziei.


Proszę ją ode mnie przeprosić.


Proszę jej przekazać tego pluszaka i powiedzieć, że zawsze będę o niej pamiętał.


Żółty królik z oklapniętym uszkiem i wielką marchewką w łapkach leży zapomniany w biurku pani wychowawczyni, która nie miała serca, żeby przekazać zabawkę obdarowanej.


Kati patrzy na panią ogromnymi, niebieskimi jak morze oczami, oczami ufnej pięciolatki, której powiedziano, że nie dostanie deseru mimo pochłonięcia całej porcji znienawidzonej wątróbki.


Pani czuje, jak na ten widok ściska jej się żołądek.


– Bardzo mi przykro – mówi cicho i są to jedynie słowa, które wychodzą z jej ust.


Kati w milczeniu schodzi z parapetu i przechodzi obok opiekunki, która obserwuje ją z troską. Udaje się do toalety, którą zamyka starannie od środka.


Pani wychowawczyni słyszy kliknięcie zamka, a zaraz po nim dochodzący z wnętrza pomieszczenia szloch.


*


Gdyby Kati tak nie kochała pana Dragona... ale Kati go kochała.



8.


Gdyby pan Dragon wiele, wiele lat wcześniej nie zniszczył w Kati wiary w ludzi, ta prawdopodobnie odnalazłaby w sobie wystarczająco silnej woli, by nie spróbować narkotyków.


– No dalej. – Do Kati dociera głos przyjaciółki, Gabrysi, głos ponaglający i pełen zniecierpliwienia. – Jesteś już dużą dziewczynką. Jesteś, prawda?


Kati wykonuje głową gest, który jest czymś pomiędzy potwierdzającym kiwnięciem i przeczącym kręceniem. Dziewczyna chce w jednym momencie podkreślić, że tak, jest duża, prawie dorosła, a także wyrazić swoją dezaprobatę wobec faktu nazwania ją „Kati”.


Dziewczyna nie używa już tego zdrobnienia. Bardzo nie lubi, kiedy ktoś się tak do niej zwraca. Oficjalnie mówi, że jest już za duża na tak infantylne miano, ale w głębi serca zdaje sobie sprawę, że wołać na nią w ten sposób w całym jej życiu miały prawo tylko dwie osoby. Pierwszą był jej ojciec, drugą – pan Dragon.


Obaj odeszli na zawsze. Pierwszego zabrała śmierć, drugi...


Kati tak naprawdę nigdy nie dowiedziała się, dlaczego pan Dragon nagle przestał przychodzić. Dlaczego nie wziął jej do siebie do domu, tak jak obiecał. Dziewczyna nie może wybaczyć panu Dragonowi, że złamał przysięgę, bo rodzice, kiedy jeszcze żyli, na każdym kroku powtarzali jej, że danego słowa łamać nie wolno. „To bardzo ważne” – mówiła mama, a tata kiwał głową i dodawał: „To kwestia honoru!”.


Kati była wtedy bardzo, bardzo mała i nie do końca rozumiała takie trudne słowa jak „honor”; ponadto przestrogi rodziców zacierały się przez lata spędzone w domu dziecka i przeistaczały powoli w jej pamięci w półprzezroczystą, trudną do uchwycenia chmurę złożoną z pojedynczych wyrazów, gestów i uśmiechów.


Dziewczyna bardzo chciałaby wiedzieć, dlaczego pan Dragon złamał przysięgę. Tak naprawdę było to jedyne pytanie, które zadałaby mu, gdyby ten nagle stanął przed nią w całej okazałości. Co było powodem tego, że ją zostawił? Znudziła mu się? Była niegrzeczna? A może pan Dragon znalazł sobie inną Kati, lepszą, ładniejszą i o bardziej niebieskich oczach?


Pani wychowawczyni próbowała jej to tłumaczyć. Wielokrotnie powtarzała zdania o „braku możliwości” i „trudnej sytuacji”. Albo „niewystarczających środkach”. Lub też „niesprzyjających warunkach lokalowych”.


Kiedy Kati miała pięć (prawie sześć!) lat, nic z tych wywodów nie rozumiała. Teraz, po osiągnięciu wieku młodzieńczego, dziewczyna – mimo że znała już znaczenie wszystkich padających z ust wychowawczyni słów – dalej nie pojmowała. Nie mówiąc o tym, że tłumaczenia pani wychowawczyni były mętne i – Kati była o tym przekonana – wcale nieprawdziwe.


Kochała pana Dragona, a on kochał ją. Co więc się stało? Czy można kogoś kochać, a potem zostawić go jak psa i nigdy go już nie odwiedzić?


A może pan Dragon nie kochał jej wcale i tylko ją okłamywał?


Pytania wracają do Kati jak bumerang, raniąc jej duszę i rosnąc w gardle jak gula. Dziewczyna nie chce więcej o tym myśleć. Przymyka powieki i przełyka głośno ślinę.


Wie, że Gabrysia obserwuje ją uważnie spod rudej grzywki.


– Masz już czternaście lat – mówi i uśmiecha się do Kati przyjaźnie. – Tutaj każdy w twoim wieku musi tego spróbować. Takie są zasady!


Kati otwiera powoli oczy i kieruje wzrok na blat stołu, przy którym siedzi. Tuż przed nią bieli się kreska drobnego proszku.


Dziewczyna wie, co należy z nią zrobić – widziała to wiele razy na filmach. Pochylić się i za pomocą zwiniętego w tutkę papierka wciągnąć proszek do nosa, głęboko, tak, aby doszedł aż do płuc.


Kati nie ma pojęcia, co to za substancja; heroina, amfetamina, haszysz – wszystkie te nazwy kojarzy, ale mieszają jej się, wirują w głowie, nie dając się uszeregować. Nigdy nie interesowała się takimi sprawami. Palenia spróbowała dwa lata temu tylko dlatego że wetknięto jej w drobną dłoń ćmiącego się papierosa, mówiąc: „Wciągaj”. Wódki posmakowała, bo siłą wlano jej w gardło kieliszek ze słowami: „Pij”. A teraz?


Wiedziała, że wykona polecenie Gabrysi bez sprzeciwu. Zawsze wykonywała. Gabrysia mieszkała w sierocińcu dłużej niż ona (mimo że Kati również nie była już nowicjuszką) i znała ten świat o wiele lepiej niż ktokolwiek inny.


Jeśli Gabrysia mówiła, że tak trzeba, to znaczyło, że nie było innej możliwości.


Być może sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby została adoptowana przez pana Dragona. Przede wszystkim w jego domu, pięknym, przestronnym domu z ogródkiem usytuowanym na ulicy Sadowej 16, nie byłoby Gabrysi. Ale nawet gdyby była albo gdyby pan Antoni nie wziął jej do siebie, ale za to wciąż ją odwiedzał, regularnie, jak wtedy, kiedy była prawie dorosła, ale ciągle mała – Kati miałaby na kogo czekać. Dziewczyna wiedziała, co z człowiekiem robią narkotyki; widziała w telewizji programy, w których występowały osoby uzależnione. Mówiły, że kiedy się wciągnie (albo zapali, albo wstrzyknie; Kati nie miała pojęcia, czym się to różniło i jakie narkotyki należało wciągać, a jakie wstrzykiwać), to potem człowiek nic nie pamięta i zapada się w taką jakby czarną dziurę.


Gdyby Kati miała świadomość, że niebawem przyjdzie do niej pan Dragon, nie mogłaby wziąć. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby nie zapamiętała nic z jego wizyty, bo była wtedy pod wpływem.


Jednak pana Dragona już nie było, więc Kati nie miała powodu, żeby nie spróbować. Nie czekała już na nic i nie miała nikogo, kto by jej przypominał, że narkotyki są złe i należy ich unikać.


Dziewczynie została tylko Gabrysia, która była najważniejszą osobą w domu dziecka i to, co powiedziała, było świętością.


Gdyby pan Dragon był w pobliżu, zapewne wytłumaczyłby jej, że Gabrysia nie stanowi żadnego autorytetu... ale pana Dragona nie było.


Kati pochyla się nad stołem i słuchając uważnie instrukcji przyjaciółki, wciąga biały proszek za pomocą papierowej rurki tak głęboko, jak to tylko możliwe.


Najpierw czuje pieczenie w przełyku i robi jej się niedobrze, a potem osuwa się na podłogę, atakowana przez rzeczywistość, która w jednej chwili ze zwyczajnej i przyjaznej staje się obca i straszna.


Kati nigdy jeszcze tak bardzo nie pragnęła śmierci. Wijąc się na podłodze myśli tylko o tym, że gdyby był przy niej pan Dragon, wszystko byłoby inaczej.


*


Gdyby pan Dragon nie zniszczył w niej wiary... ale pan Dragon ją zniszczył.



9.


Gdyby pan Dragon nie zaufał bezgranicznie i nie powierzył Barbarze wszystkich swoich oszczędności, prawdopodobnie nigdy by się już z Kati nie spotkali.


Było tak: kiedy Barbara, która nie była już hajduczkiem, a jedynie zimną żoną o niewyparzonym języku i trudnym charakterze, uzyskała dostęp do każdego z kont męża, zaadaptowała do swoich potrzeb wszystkie pomieszczenia w domu, a ogródek przerobiła na oranżerię i taras do przyjmowania gości, kiedy zagarnęła każdy skrawek świata pana Antoniego – spakowała jego walizki i wystawiwszy je za drzwi, wymieniła zamki, kiedy mąż był w pracy.


Pan Dragon był bardzo zdziwiony; kochał Barbarę, ale wyglądało na to, że ona jego nie. Nie można jednocześnie kogoś kochać i go okradać, prawda? Knuć za jego plecami i systematycznie odwiedzać urzędy, zmieniając zapisy w dokumentach tylko po to, żeby cała własność, każda rzecz w gromadzonym latami majątku należała się tobie? A potem wracać do domu i tulić się do osoby, której przysięgało się przed ołtarzem wierność i miłość, i uczciwość, i że cię nie opuszczę aż do śmierci, i szeptać jej do ucha z czułością „kocham cię”, wiedząc, że każdy z tych gestów tchnie obłudą?


Pan Antoni nigdy wcześniej nie znalazł się w podobnej sytuacji; jego relacje z kobietami ograniczały się do sporadycznych odwiedzin u matki. Mama jednak zmarła, kiedy pan Antoni miał dwadzieścia cztery lata i po odebraniu dyplomu zaczynał pracę w ogromnej korporacji. Lata wzmożonej nauki nie poszły na marne – mężczyzna nie marnował czasu i nie w głowie były mu randki albo kino, albo pocałunki składane ukradkiem na przymkniętych powiekach, kiedy uliczna latarnia gasła i okrywała zakochanych przyjaznym półmrokiem. Pan Antoni nie miewał dziewczyn, sympatii albo narzeczonych. Miewał za to zarwane nad książkami noce, objawy uzależnienia od kawy oraz egzaminy zdawane celująco w pierwszym terminie. Oraz propozycje intratnych staży w renomowanych firmach, podczas gdy koledzy z roku – ściskając w spoconej dłoni tandetną figurkę słonika podarowaną „na szczęście” przez drugą połówkę – tułali się od przedsiębiorstwa do przedsiębiorstwa, skamląc o możliwość zamiatania podłóg.


Matka nie nauczyła pana Antoniego obchodzenia się z kobietami; nie zdążyła. Nie chciała zakłócać jego ambitnej edukacji, a potem, kiedy wkroczył na równie ambitną ścieżkę kariery, uznała, że syn jest jeszcze młody i ma czas, i że kiedyś, wkrótce wyjawi mu sekrety relacji damsko-męskich.


Pan Antoni był młody i miał czas. Matka nie wzięła jedynie pod uwagę, że tego czasu nie miała ona.


Nie mogła wiedzieć, że podstępny rak zabierze ją, nim syn stanie na ślubnym kobiercu. Zresztą – jemu samemu wcale się nie spieszyło. Barbarę poznał wszak, kiedy jego pozycja w firmie była już ugruntowana, zarobki – stabilne, zaś on sam odznaczał się zdecydowanie większą ilością oleju w głowie niż za czasów studenckich.


Teraz, stojąc na zaniedbanym dworcu kolejowym oddalonym o pięćdziesiąt kilometrów od swojego domu na ulicy Sadowej 16 i mając za towarzyszy jedynie gołębie i kilkoro cuchnących meneli, pan Antoni wcale nie jest tego taki pewien.


Jak mógł dać się tak omotać? Jakim cudem doprowadził do sytuacji, w której stracił wszystko, co miał? Łącznie z firmą, którą Barbara przejęła, a jego samego wyrzuciła na bruk?


Pan Antoni – brudny, nieogolony, w trzydniowej, przepoconej koszuli – siada na dworcowej ławce w pobliżu jednego z pijaczków.


– Masz fajkę? – pyta żulik podchmielonym głosem.


Pan Antoni nie odpowiada; wzrusza jedynie ramionami. Co ma powiedzieć? Że nie ma nie tylko fajki, ale zupełnie, zupełnie nic?


I to dosłownie. Swój skromny dobytek w postaci wyładowanej ubraniami walizki zapakowanej tamtego feralnego dnia przez Barbarę stracił, kiedy zdecydował się wymienić zawartość bagażu na niedojedzonego kebaba.


Jeden niedojedzony kebab w zamian za dwie pary spodni od garnituru, elegancką marynarkę, czternaście sztuk bielizny bambusowej, trzy jedwabne krawaty – każdy w innym kolorze – oraz skórzany pasek w odcieniu indygo (pan Antoni lubił kolor indygo; Barbara – w czasach, kiedy jeszcze pozwalała się nazywać hajduczkiem – mówiła, że podkreśla barwę jego oczu i nie przytłacza go tak jak czarny. Początkowo pan Antoni nie bardzo wiedział, o czym w ogóle Barbara mówi, ale kiedy okazało się, że indygo to odcień niebieskiego, uznał go za swój i od tamtej pory nosił z dumą i radością). Mężczyzna, z którym pan Antoni dokonał wymiany – podstarzały pijaczyna w zbyt szerokiej, brudnej kurtce i wyraźnymi brakami w uzębieniu – oferował jeszcze pół nadgniłego banana, jeśli pan Antoni do zestawu dorzuci pantofle z bydlęcej skóry, które miał na nogach.


Pan Antoni nie zdecydował się ostatecznie na oddanie butów. Uznał, że zachowa tę odrobinę godności, która mu pozostała – mimo że żołądek skręcał mu się boleśnie, a kiszki grały żałobnego marsza, błagając, by schował godność w owe buty. Były biznesmen był dumny z tego, że nawet jeśli umrze z głodu, to przynajmniej nie na boso.


Żulik, nie doczekawszy się odpowiedzi, macha lekceważąco ręką i powraca do stanu marazmu, w którym tkwi przez większość dnia.


A pan Antoni zamyka oczy i czeka, sam nie wie na co.


Gdyby mężczyzna wiedział, że na tym samym dworcu, ledwie kilkadziesiąt metrów od niego, pod ścianą siedzi w kucki Kati, pewnie w pierwszej chwili zerwałby się na równe nogi i popędził w jej kierunku, tak jak ona to robiła, kiedy była małą, choć prawie dorosłą dziewczynką.


Kati już jednak w ogóle nie przypomina małej, choć prawie dorosłej dziewczynki. Co prawda jej oczy – wielkie i niebieskie jak morze – pozostały te same i pan Antoni z pewnością rozpoznałby ją po tych oczach, ale lata zażywania ciężkich narkotyków rozorały jej twarz i ta zniszczona, poszarzała skóra, te zapadnięte policzki i pożółkłe zęby odciągają uwagę obserwatora od tego, co ważne.


Gdyby Kati wiedziała, że na dworcu znajdującym się w odległości zaledwie kilkudziesięciu kilometrów od domu dziecka, z którego uciekła, spotka pana Dragona, zapewne wstałaby z klęczek i może nawet przerwała aplikowanie sobie kolejnej dawki heroiny.


Gdyby oboje rozpoznali się nawzajem – zaniedbany, ograbiony ze wszystkiego biznesmen i wychudzona, zniszczona przez narkotyki i brak wiary w ludzi dziewczyna – prawdopodobnie zadaliby sobie nawzajem mnóstwo pytań.


Kati dowiedziałaby się, co było prawdziwym powodem tego, że pan Dragon złamał dane jej słowo.


Pan Dragon przeprosiłby ją i powiedział, że jest mu potwornie przykro i że wybierając Barbarę popełnił największy błąd w swoim życiu.


Zapewne nie padliby sobie w ramiona. Nie wybaczyliby sobie. Nie zaczęli rozmawiać jak starzy dobrzy znajomi. Miłość wiele jest w stanie wybaczyć, ale nie odwróci biegu rzeczy.


Jednak gdyby się rozpoznali, mieliby szansę, by po raz ostatni powiedzieć sobie: „przepraszam”.


Nie rozpoznali się.


Kati kończy opróżniać strzykawkę, podnosi się i otrzepuje z dworcowego kurzu; na drżących nogach przemyka obok pana Antoniego, nierozpoznana i anonimowa. Pan Antoni siedzi dalej na brudnej, umazanej gołębimi odchodami ławce i usiłuje zapanować nad głodem.


Następnego dnia w głównym wydaniu informacji pojawia się wiadomość, że na dworcu centralnym w mieście X zginął tragicznie prawie pięćdziesięcioletni bezdomny mężczyzna po tym, jak rzucił się pod koła nadjeżdżającego pociągu, zaś młoda, najpewniej nieletnia narkomanka zaaplikowała sobie „złoty strzał”.


*


Gdyby pan Antoni nie zaufał Barbarze... ale pan Antoni zaufał.



10.


Gdyby tamtego feralnego dnia, wiele, wiele lat temu, rodzice Kati nie wsiedli do samochodu, powierzywszy córkę opiece robiącej doktorat Ani, życie kilkorga ludzi potoczyłoby się zupełnie, zupełnie inaczej.


Kati prawdopodobnie nigdy nie poznałaby pana Dragona. Mieszkałaby dalej z rodzicami i pewnie kończyła studia – koniecznie medyczne albo prawnicze, bo zawsze była rezolutna i mądra, nawet kiedy była jeszcze małą, choć prawie dorosłą dziewczynką.


Pan Dragon nigdy nie zostałby panem Dragonem i nie kazałby sobie wydrukować pliku wizytówek z takim przezwiskiem – pliku, który po jego odejściu z firmy wylądował w zsypie na biurowe odpadki. Byłby ciągle panem Antonim Dragonowiczem i zapewne nie zdecydowałby się na małżeństwo z Barbarą – które przede wszystkim miało zapewnić mu większe szanse na zaadoptowanie Kati, a w które w innej sytuacji, jako zadeklarowany kawaler, by się nie zaangażował.


Kati nie spróbowałaby nigdy narkotyków pod wpływem charyzmatycznej koleżanki z sierocińca, bo rodzice pilnowaliby, aby nie popadła w zdemoralizowane towarzystwo.


Firma pana Antoniego rozwijałaby się w najlepsze, a on sam spędzałby popołudnia na relaksujących partiach snookera, a wieczory – w łóżku z Barbarą, jednak nie żoną, a jedynie kochanką.


Kati ciągle byłaby ufna wobec ludzi i wierzyła głęboko, zupełnie jak w czasach beztroskiego dzieciństwa, że nikt jej nie chce skrzywdzić. Takie podejście pozwoliłoby jej znaleźć ułożonego, uczciwego chłopaka, który prędko stałby się jej narzeczonym.


Panu Antoniemu nigdy nie przyszłoby do głowy, by zmieniać coś w domu na Sadowej 16, który co prawda był pusty i surowy, ale czy naprawdę komukolwiek to przeszkadzało?


Gdyby rodzice Kati tamtego dnia nie wsiedli do samochodu, bardzo możliwe, że śmierć nie zabrałaby przedwcześnie czworga ludzi.


***


Gdyby rodzice nie wsiedli... ale rodzice wsiedli.



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Made, czyli: Madeleine, Magdalena Lipniak albo po prostu Madzia.

Chwałą jednych jest, że piszą dobrze, a innych, że się do tego nie zabierają.
Jean de La Bruyère

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 367
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Gdyby [obyczajowe][całość]

Postautor: MargotNoir » pt 02 lis 2018, 19:05

Ta zabawa w "gdyby nie..." szybko mi się znudziła. To jest dobry motyw na otwarcie opowiadania, ale nie na otwarcie każdego akapitu.

Przyznam, że historia z początku mnie zaintrygowała, ale po jakimś czasie dałam sobie spokój i drugą połowę tekstu tylko prześledziłam wzrokiem. Nie widzę większych błędów językowych, natomiast sama historia mocno mi nie leży.

Przede wszystkim jest potwornie jednoznaczna. Nie wiem, czy takie coś można tłumaczyć konwencją baśni, wszak nie ma tu niczego symbolicznego czy alegorycznego (chyba). Jest tylko obyczajówka, a obyczajówka powinna już być bardziej złożona, mniej przerysowana i choć odrobinę prawdopodobna.
A tu? Mamy pana Antoniego, który nie lubił dzieci i nagle zupełnie bez powodu zapragnął adoptować jakiegoś obcego dzieciaka, którego widział przez pół sekundy. "Sam nie wie, co go podkusiło" - takie tłumaczenie nie działa w obyczajówce. Magia kieruje ruchami postaci z baśni, ale jeśli piszesz obyczaj, poczynania postaci powinny mieć jakieś psychologiczne uzasadnienie.

Potem jeszcze gorzej - Antoni żeni się z lafiryndą, bo mimo sukcesów w biznesie nie myśli i nie zna się na ludziach... chociaż z drugiej strony zaczął chodzić do sierocińca nie wiedząc, czemu, więc może jednak naprawdę nie jest z tych, którzy używają mózgu. Tylko kto mu kręci ten biznes?

No i oczywiście zamiast jakiś niuansów, półcieni - bach, czarno-biały, prosty do bólu obraz. Zła pani Barbara jest Zła przez wielkie Zet i już. Nawet paznokcie ma czerwone. Po ślubie całkowicie zrywa maskę bo nie wie, że męża też warto mieć omotanego, a nie tak od razu wyskoczyć z pudełka w stylu villainów z kreskówek i w poślubny poranek pokazać się od najgorszej strony.

Potem jest tylko gorzej. Tragedia przez wielkie Te. Wszystko jest tak strasznie straszne, że aż się nie chce czytać. Nic nie zastanawia, nic nie zaskakuje.

Doczepię się też opisu feralnej nocy. Jaki policjant budzi w nocy pięcioletnie dziecko (będące pod opieką niani!) żeby to dziecko wypytywać o krewnych? Nawet, gdyby sam funkcjonariusz był imbecylem, to chyba mają na to jakieś procedury.

Językowo dobrze, choć bez rewelacji. Taki łatwy, lekki, powiedziałabym "biszkoptowy" styl wchodzi bezboleśnie, sam w sobie nie zwraca uwagi, ale też jej nie odwraca od treści. Idealnie nadawałaby się do opowiedzenia mądrej, ważnej, intrygującej historii - takiej, która stanowi wartość sama w sobie, a forma ma jej jedynie nie przesłaniać. Tutaj jednak z tą historią moim zdaniem trochę nie wyszło.



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4276
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

[W] Gdyby [obyczajowe][całość]

Postautor: Rubia » sob 03 lis 2018, 19:00

Jestem za, a nawet przeciw. Za, gdyż takie snucie alternatywnych wersji czyichś losów może być bardzo udaną zabawą literacką, skłaniającą do rozważań całkiem poważnych, nie tylko o roli przypadku w życiu.
A dlaczego jestem przeciw? Przede wszystkim dlatego, że nie zdecydowałaś się, czy to ma być baśń z gorzkim zakończeniem, czy opowiadanie obyczajowe. Troje bohaterów: Skrzywdzone Dziecko, Słaby Mężczyzna i Zła Kobieta to postacie rodem z baśni. I chociaż baśnie rozgrywają się zazwyczaj wszędzie i nigdzie, nic nie stoi na przeszkodzie, by postacie takie umieścić w realiach współczesnej codzienności.
Tyle, że wówczas obowiązują zasady realizmu - i psychologicznego, i sytuacyjnego.
W Twoim opowiadaniu wszystko w miarę sensownie układa się do momentu odrzucenia przez Barbarę pomysłu o adopcji. Co prawda, takie całkowite osamotnienie osieroconej dziewczynki, która nie ma kompletnie żadnych krewnych, w dzisiejszych warunkach wydaje się niesłychanie mało prawdopodobne, przyjmijmy jednak, że mogło się zdarzyć. Podobnie jak małżeństwo, w którym dominująca kobieta nie chce dzieci. Dalsze dzieje Kati można uznać za wiarygodne, nawet bez dość łopatologicznego podkreślania, jaki zawód przeżyła dziewczynka.
Natomiast jeśli chodzi o Antoniego - zasypałaś go lawiną nieszczęść, co wywołuje efekt wręcz groteskowy. Rozumiem, że nawet sprawny, dobrze funkcjonujący biznesmen może pewnego ranka obudzić się z wyczyszczonym kontem, jeśli żona miała do tego konta swobodny dostęp. Rozumiem wyrzucenie z domu. Ale przejęcie firmy, kiedy właściciel cały czas nią zarządza, nie został ubezwłasnowolniony ani nie wyjechał w dwuletnią podróż dookoła świata, nie pozostawiając adresu mailowego? Przejęcie domu, którego Antoni był właścicielem? Zrobiłaś z niego bezwolną pacynkę, która nie ma pojęcia, co się dzieje wokoło, a przecież miał to być "poważny biznesmen".
Do tego, Antoni jest zawieszony w takiej samej pustce, jak Kati. I o ile można to przyjąć w przypadku pięcioletniej dziewczynki, która nagle straciła rodziców, o tyle sytuacja staje się zupełnie nieprawdopodobna w przypadku sprawnie funkcjonującego faceta, prowadzącego własny biznes. Nawet Hiob siedzący na śmietnisku miał przyjaciół (że nie chciał ich słuchać, to inna sprawa. Ale miał).
Tutaj moje zawieszenie niewiary całkowicie przestało funkcjonować. Jedynie wymianę walizki porządnych, drogich ciuchów na nadjedzony kebab przyjęłam bez mrugnięcia okiem. Bo przynajmniej to można wytłumaczyć głęboką depresją.
No i właśnie. Przecież, żeby doprowadzić Antoniego do tej nocy na dworcu, wcale nie musiałaś używać takich silnych, przerysowanych środków, odbierających mu wiarygodność. Wystarczyłoby poczucie egzystencjalnej pustki, jałowości życia, zwątpienie w sens własnych działań, anhedonia - coś, co niekoniecznie kierowałoby myśli Twojego bohatera w stronę tamtej sytuacji sprzed lat, lecz dałoby się wytłumaczyć choćby przemęczeniem. Nadmiarem obowiązków. W ogóle - nadmiarem, spod którego nie widać żadnego braku. A na dworcu Antoni mógłby się znaleźć, jadąc w kolejną podróż biznesową. Albo szukając miejsca, w którym chciałby odpocząć i zastanowić się, co z nim właściwie nie tak.

Nieraz mniej spektakularne zabiegi wywołałyby lepszy skutek, niż te silne, przejaskrawione. Tak się zdarzyło, mam wrażenie, w przypadku tego opowiadania.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Made
Szkolny pisarzyna
Posty: 42
Rejestracja: pn 06 sie 2018, 08:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

[W] Gdyby [obyczajowe][całość]

Postautor: Made » wt 06 lis 2018, 10:46

Bardzo dziękuję za konstruktywne komentarze. Właściwie ze wszystkimi zarzutami się zgadzam, choć na niektóre rzeczy, na które zwrócono uwagę, nie wpadłam - dzięki temu tym bardziej uwagi są cenne.

Tekst został napisany w czasach, kiedy jeszcze sądziłam, że jak ma być "dramat", to powinien być dramat na całego.

Rubia pisze:Source of the post Natomiast jeśli chodzi o Antoniego - zasypałaś go lawiną nieszczęść, co wywołuje efekt wręcz groteskowy.


Trafne spostrzeżenie. Na przyszłość będę pamiętać, że przejaskrawienie w jakąkolwiek stronę nie jest dobrym pomysłem. Z tego co pamiętam, tekst pisałam z zamierzeniem, aby była to historia nieco naiwna, pisana w sposób dość infantylny, bo głównie z punktu widzenia kilkulatki. Widzę, że częściowo mi się udało, z czego się cieszę :). Miała to być taka współczesna baśń.

MargotNoir pisze:Source of the post Magia kieruje ruchami postaci z baśni, ale jeśli piszesz obyczaj, poczynania postaci powinny mieć jakieś psychologiczne uzasadnienie.


Racja. Jako obyczajówka przesadzone. Kolejne podejścia na pewno będą bardziej udane.
Dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Madeleine


Made, czyli: Madeleine, Magdalena Lipniak albo po prostu Madzia.

Chwałą jednych jest, że piszą dobrze, a innych, że się do tego nie zabierają.
Jean de La Bruyère


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: AndrzejQ i 3 gości