"Hayrik" fragment 2/3 (obyczajówka, post-apo, melodramat, spin-off, wprawka)

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 366
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Hayrik" fragment 2/3 (obyczajówka, post-apo, melodramat, spin-off, wprawka)

Postautor: MargotNoir » ndz 19 sie 2018, 14:00

Kolejna część wprawkowego spin-offu. Pierwszą znajdziecie tutaj. Tym razem stawiamy na innego narratora, inny nastrój i inny cel. Ćwiczymy, a zatem nie powinno być za dużo tego samego. Mimo postapokaliptycznego tagu należy ostrzec: jest bardzo obyczajowo, bardzo rodzinnie i bardzo melodramatycznie.

Wulgaryzmy nadal obecne.

HAYRIK

YEVA

Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się zrozumieć, czym jest miłość. Za każdym razem czuję ją inaczej. Czasami czyni mnie silniejszą, czasami ciągnie w dół. Z niektórymi drogimi mi ludźmi wiąże mnie rozsądek, z innymi niemal szaleństwo. Bywają rozstania, które mnie przerażają i takie, przy których czuję to samo, co oglądając zachód słońca – pewna powrotu tak samo, jak wieczorem jest się pewnym poranka. Możliwe, że po prostu miłości jest wiele. Tyle, ilu ludzi znamy.
Wiem, że kocham Arpi. Kochałam ją, zanim pierwszy raz wzięłam ją w ramiona. Już wtedy przeczuwałam, że będzie drobniutka, wiotka i delikatna, a w tym kruchym ciałku z czasem obudzi się niezłomny duch. Wyrosła na silną dziewczynę, ale bez tej ponurej, męczeńskiej odwagi, towarzyszącej niektórym. Jej odwaga jest jasna i pełna barw. Arpi się nie boi, bo we wszystkim potrafi odnaleźć powód do radości. Ilekroć dzieje się coś złego, prędzej się zdenerwuje, niż rozpłacze. Wie, że nie ma się czego bać, bo z jej pogodą ducha nie zazna nigdy prawdziwego smutku. Mimo to, często się o nią boję. Chciałabym jej przychylić nieba i nie ma takiej rzeczy, której bym dla niej nie zrobiła, a jednak ją podziwiam. Czasami się od niej uczę i serce mi rośnie, gdy widzę, że ona posłuchała i nauczyła się czegoś ode mnie. Każdy dzień może być dobry, gdy obie się o to staramy.
Kochałam rodziców. Bałam się, gdy przenieśli się do siostry i zostawili mnie na gospodarstwie. Zaprzątali mi myśli przez wiele miesięcy. Nie potrafiłam odgadnąć, czy czułam się winna, że przez mój ślub musieli odejść z rodzinnego domu, czy wściekła na nich, że mnie porzucili. Ta miłość jest ciemna i ciężka; realna, twarda jak zmęczenie po długim dniu pracy. Nigdy mnie nie opuszcza, chociaż czasami może bym tego chciała.
Teraz, po latach mam wrażenie, że gdyby jakaś młodziutka dziewczyna powiedziała mi, że kocha swojego narzeczonego, pomyślałabym, że to czcze gadanie. Wiem jednak, że naprawdę kochałam Gevorga. Byłam zakochana w jego czarnych oczach i słabym, smutnym uśmiechu, zawsze jakby skrytym w cieniu, ale oprócz tego było coś jeszcze. Gdyby los dał nam więcej czasu, nauczylibyśmy się siebie nawzajem. Potrafiłabym żyć tak, żeby jemu było lepiej i jestem pewna, że on postarałby się dla mnie. Nie z musu. Nie dlatego, że był moim mężem. Dlatego, że był dobrym człowiekiem.
Żałuję, że nie dotrwaliśmy oboje do chwili, w której dorośliśmy tak, żeby móc ze sobą szczerze porozmawiać. Naprawdę porozumieć się, wiedząc już, że różne słowa dla różnych ludzi mogą znaczyć coś innego i aby się poznać, trzeba z pieczołowitością mnicha oraz cierpliwością matki składać wspólne życie z maluteńkich cegiełek zdań, zgody i postanowień. Kiedy zginął, byliśmy jeszcze młodzi. Frunęliśmy na skrzydłach zakochania. Wtedy w tej miłości było wciąż więcej „ja” i „dla mnie” niż „nas”, chociaż to nie znaczy, by była mniej warta. Potrzebowaliśmy się nawzajem. Trochę dziecinnie, trochę rozpaczliwie, trochę naiwnie. Bardzo prawdziwie.
Dzień, w którym dotarło do mnie, że będę miała z nim dziecko był jednocześnie najszczęśliwszym i najstraszniejszym dniem mojego życia. Wiedziałam, jak pragnął zostać ojcem. Chciałam mu dać to szczęście, a jednak właśnie wtedy potrzebowałam go tak bardzo, że nawet nie pomyślałam, jak musiały go boleć moje łzy i moje błagania kiedy odchodził po raz kolejny. Nie obchodziło mnie, że przecież byłby przy mnie, gdyby tylko mógł. Nie obchodziło mnie, że odchodząc, zostawił w domu własne serce. Dziękuję losowi, bo Gevorg wracał do mnie jeszcze kilka razy, a kolejne pożegnania zatarły tamto. Gdyby było inaczej, musiałabym żyć ze świadomością, że umierał przerażony i rozdarty, nienawidząc mnie i siebie. Siebie za to, że mnie zawiódł. Mnie za to, jak bardzo chciałam go zatrzymać przy sobie.
Jeśli chodzi o Arama, nigdy go nie potrzebowałam, choć zrobił dla nas bardzo dużo. Najwięcej dla Arpi. Cieszyłam się, gdy przyjeżdżał, bo widziałam, jak wiele potrafił ją nauczyć i jaka była dumna. Biegła wtedy radośnie bawić się z innymi dziećmi wiedząc, że gdy przyjdzie czas, by wracać do domu, wyślę go po nią i pozostałe dziewczynki zobaczą, kto się nią opiekuje.
Trudno mi teraz ocenić, czy był moim przyjacielem. O pewnych sprawach w ogóle nie rozmawialiśmy. On krył przede mną cały brud wojny, który nosił w sobie, a ja nie chciałam go obarczać moją codzienną walką z losem, z suszą, gradem, wilkami, niesprawiedliwie naliczanym kontyngentem i podłymi sąsiadami. Dni, które u nas spędzał miały być świętem. Chociaż nie ustawała wtedy praca, staraliśmy się, by nie obciążał ich smutek. Oboje przeczuwaliśmy, że czasami musieliśmy udawać. Przez to nigdy tak naprawdę nigdy do końca nie mieliśmy się poznać, ale tak było lepiej. W ciemne zimowe noce, kiedy nieśmiały mróz podpełzał pod krąg ciepła wokół pieca; w długie letnie dni, kiedy słońce paliło ziemię na popiół i usypiało wszelkie, życie radość z chwil spędzanych we trójkę była najlepszym, co mogło się nam zdarzyć.
Nie potrzebowałam go. Nie było między nami ani odrobiny tej panicznej chciwości, co między mną a Gevorgiem, ani tych gorzkich więzów, co między mną a rodzicami. Nie szalałam z niepokoju o niego tak, jak o Arpi. Nie wiem, czy go kochałam. Chyba nie. A może, jeśli prawdą jest to, co mówią – że miłość nie szuka swego – może jednak właśnie jego kochałam naprawdę.
To uczucie, czymkolwiek ono było, spłynęło na mnie nagle wtedy, gdy pierwszy raz zobaczyłam w nim człowieka. Wcześniej był postacią z moich opowieści i wspomnień. Po części śmiałym dżygitem o zielonych oczach, ognistym kochankiem, którego zazdrościły mi przyjaciółki. Po części bohaterem, którego nie musiałam się wstydzić przed mężczyznami z mojej rodziny. Szwagier, który miał w sercu to samo dobro, co mój Gevorg, ale mniej cierpliwości, długo nie chciał się pogodzić z moim kolejnym małżeństwem. Aram jednak został w jego oczach uczciwym i godnym mnie człowiekiem, chociaż wtedy żyliśmy bez ślubu. Po części był czarującym leniem i łasuchem, kiedy z rozczuleniem sprzątałam po jego wyjeździe ślady jego obecności obiecując sobie, że następnym razem już go porządnie zbesztam. Po części pociesznym głuptasem, kiedy usiłował porozumieć się z Arpi nie mając pojęcia, jak rozmawia się z dziećmi. Po części najlepszym, co mogło ją spotkać, bo nie umiejąc inaczej traktował ją tak, jak tego potrzebowała. Sprawdzał ją, uczył się jej, obserwował.
Gdy była mała, cieszył się jak berbeć, ilekroć go zrozumiała i odpowiedziała z sensem, jakby tkwiła w tym jakaś magia. Później szanował jej zdanie, choć nie pozwalał, by sobie zaszkodziła. Uczył ją, ale jej nie kształcił. Nie wpajał jej żadnych zasad, bo mimo wszystko nie dał sobie nigdy do tego prawa. Nie był jej ojcem, a w moim domu był gościem. Domyślałam się, że dzięki temu chciał tu przyjeżdżać. Nie musiał się niczym martwić, a ja chętnie dawałam mu krótkie chwile odpoczynku. Chyba dlatego bardzo długo nie docierało do mnie, że mógłby potrzebować czegoś innego, niż cień drzew w sadzie, miękkie łóżko z pachnącym ziołami siennikiem, dobrze przyprawione mięso i chłodne wino. Nie sądziłam, by mógłby mi dać coś poza wspólnymi nocami, drobnymi naprawami w domu, czy pracami wymagającymi męskiej ręki. Prócz tego czasami zajmował się Arpi, żebym ja mogła pojechać załatwić sprawy w sztabie okręgowym albo sprzedać zwierzęta. Kilka razy pokazał się ze mną na dożynkach i obchodach rocznicy Dnia Bez Powrotu tak, aby każdy, kto chciałby mnie skrzywdzić wiedział, że nie byłam sama, bo należałam do mężczyzny.
Nie bałam się zostawiać mojego słoneczka pod jego opieką. Cokolwiek mogłoby się stać, z nim była może nawet bezpieczniejsza, niż ze mną. Trzeba jednak przyznać – Aram nie widział nic złego w rozbitym kolanie, guzie na czole ani wybitym mlecznym zębie, a ja godzinami próbowałam mu wytłumaczyć, że nie szkolił żołnierza, tylko dziecko. W końcu udało mu się mnie przekonać, że jeśli nasz skarb miałaby dzięki temu kiedyś uniknąć śmierci lub znacznie gorszego losu, było warto. Wciąż się denerwowałam, nie powstrzymywałam go już jednak, kiedy ćwiczył ją w zapasach, pokazywał, jak uciekać przed kimś, kto ma broń, jak obchodzić się ze strzelbą.
Tamtego dnia już od rana wiedziałam, że razem coś knuli. Ilekroć mieli plan, o którym nie zamierzali mi mówić, potrafili się chyłkiem porozumieć. Nieważne, jak dobrze bym ich pilnowała. Oboje zresztą naiwnie sądzili, że niczego nie przeczuwałam, a ja po prostu nie potrafiłam dowiedzieć się, co dokładnie planowali. Co do tego, że coś chodziło im po głowach nie miałam żadnych wątpliwości. Oboje mieli ten sam ognik w oczach, tę samą iskrę ciekawości.
Kiedy zaprzęgałam Gniadą i wprowadzałam koźlęta do transporterów, widziałam, jak szli w stronę pagórka za sadem. Aram niósł worek z piaskiem i strzelbę, a Arpi wlokła za sobą kuszę. Nie była duża, a jednak moja córcia nie potrafiła jej nieść normalnie. Co chwilę się potykała, kiedy kolba podskakiwała na nierównościach, a potem opadała, uderzając ją o pięty. Gdy poruszający gałęziami moreli wiatr ucichł na chwilę, usłyszałam, jak Aram przypominał, dziwnie poważnie i stanowczo jak na niego:
– Ale pamiętaj, masz mnie cały czas trzymać za szlufki. Jedną i drugą ręką. Jak chociaż na chwilę przestanę czuć obie, wracamy do domu. Bez dyskusji. Dobrze?
Arpi pokiwała głową z zapałem. Widziałam, jaka była przejęta, chyba nawet nieco wystraszona. Zdziwiłam się, bo ani kusza, ani strzelba nie były na tyle niebezpieczne, by aż tak się denerwować. Poza tym, ani do jednego, ani do drugiego nie potrzebowaliby kulochwytu. Poprzedniego dnia widziałam, jak Aram uczył Arpi robić gilzy z gumowymi kulkami tylko po to, by nauczyć ją przygotowywać i czyścić broń, ćwiczyć postawę i składanie się do strzału.
Zanim zniknęli między drzewami, wiedziałam już, o co im chodziło.
– Arpi! Aram! – krzyknęłam za nimi. – Chodźcie tu natychmiast!
Moja córeczka rzuciła kuszę na ziemię tam, gdzie stała i pognała do mnie, podskakując lekko, kiedy zbiegała z górki. Aram nie od razu się odwrócił. Pacnął się w czoło. Widziałam, jak uniosły się jego ramiona, kiedy westchnął. W końcu jednak i on zawrócił w moją stronę. Poczekałam, aż będzie na tyle blisko, bym nie musiała krzyczeć. Arpi w tym czasie przybiegła już do mnie i stała przy mojej nodze. Usiłowała udawać skruszoną, chociaż już wtedy musiała sobie zdawać sprawę, że kłamanie wychodziło jej jeszcze gorzej, niż Aramowi.
– Co wy sobie wyobrażacie?! – Kiedy się odezwałam, Aram przez chwilę wydawał się rozbawiony. Stracił jednak pewność siebie, gdy spojrzałam na niego ostro. – Oszalałeś?! Nie będziesz mi dziecka uczył strzelać z karabinku. Ona ma pięć lat!
Rozglądnął się, spłoszony i bezradny. Chwilę potem widziałam już, jak zbierał siły, by spojrzeć na mnie tym swoim przymilnym, rozbrajającym wzrokiem.
– Ale Yevuś...
Powstrzymałam się, by nie ulec.
– Nie.
– Mamo...
– Nie!
Przez chwilę on i ja staliśmy w milczeniu naprzeciwko siebie. Kątem oka widziałam, jak Arpi odwracała głowę, zerkając od dołu to na mnie, to na niego. W końcu Aram oparł strzelbę o nogę i rozłożył ręce.
– No przecież za dwa lata i tak pójdzie na obóz. Dostanie jakąś trefną plujkę z lufą krzywą jak świński... – zdążył ugryźć się w język, kiedy spiorunowałam go wzrokiem – ogon, a tak, przynajmniej będzie miała jakieś podstawy.
– Ale tam będzie się uczyć pod okiem profesjonalistów! – Zorientowałam się, co palnęłam, kiedy Aram spojrzał na mnie trochę z wyrzutem, a trochę z rozbawieniem. Przeniosłam wzrok na moją córcię. Patrzyła na mnie z lekko rozchyloną buzią, jak zawsze wtedy, kiedy była przejęta. Usiłowałam ją tego oduczyć i wcześniej nawet się udawało, ale tym razem emocje widocznie wzięły górę.
Nigdy nie pozwoliłabym na to, gdybym nie była pewna, że Aram nie dopuści, by Arpi cokolwiek złego się stało. Obawiałam się jednak, by strzelanie nie przypadło jej do gustu. Już wcześniej chłopięce zabawy podobały jej się aż za bardzo, a Aram wcale nie pomagał sprawić, żeby się trochę uspokoiła i wyciszyła.
Zorientowałam się, że i tak nie miałam jak ich powstrzymać. Nie mogłam zabrać karabinku, bo nie był mój, a nawet, gdyby Aram na to pozwolił mogłabym mieć kłopoty przy kontroli. Z drobnych przewinień zazwyczaj udawało mi się wykręcić, ale pokazywanie się z bronią samopowtarzalną poza własnym gospodarstwem było poważnym przestępstwem.
– No dobrze – opuściłam ręce. Zostawiłam ich tego popołudnia z ciężkim sercem, całą drogę później rozmyślałam o tym, co wyczyniali pod moją nieobecność.
Po powrocie zastałam Arama siedzącego na skrzyni w sieni. Kończył reperować przetak. Rano jeszcze mówiłam mu, żeby tego nie robił, ale widocznie potrzebował zająć czymś ręce. Nie wyszedł mi na powitanie.
– Gdzie Arpi? – spytałam, zanim jeszcze zdążyłam zająć się zwierzętami.
Aram uśmiechnął się pod nosem.
– U siebie. Obiera fasolę. – Głową wskazał strych. – Obraziła się na mnie.
Odłożył robotę i wolnym krokiem ruszył w moją stronę. Wziął ode mnie lejce. Widziałam, że chciał odprowadzić wóz i oporządzić konia. Zatrzymałam go jeszcze.
– O co?
– A, takie tam. – Wzruszył ramionami. – Tak w ogóle to nie przestrasz się, jak ją zobaczysz.
Był spokojny, więc i ja się nie obawiałam. Zamiast tego poczułam złość.
– Co jej zrobiłeś?!
– Nie ja. Odrzut. Mówiłem, że lepiej, żeby spróbowała przy mnie, to później już jej nic nie zaskoczy.
W tym jednym miał rację. Trudno było się dać czymkolwiek zaskoczyć, jeśli się go znało.
Aram poklepał Gniadą po szyi i zaczął się do niej przymilać, usiłując unikać mojego wzroku.
Odwróciłam się, słysząc tupot bosych stópek. Moje maleństwo jak zawsze przywitało mnie z radosnym piskiem. Podniosłam ją, a ona rzuciła mi się na szyję. Dopiero, kiedy ją odsunęłam, zobaczyłam sinofioletową śliwę na jej brodzie i długie na dobre dwa centymetry pionowe rozcięcie.
– Cześć, mamo! – Arpi z dumą uniosła głowę. Patrzyła mi prosto w oczy. – Zobacz, miałam chrzest bojowy!
Dziwnie sepleniła, ale dopiero, kiedy uśmiechnęła się od ucha do ucha krew się we mnie zagotowała. Arpi nie miała obu dolnych jedynek.
Zorientowałam się, że w międzyczasie Aram zdążył wyprząc konia i po cichu wycofać się razem z nim, by zaszyć się w stajni. Czasami nie miałam już do niego sił.
Odstawiłam Arpi na ziemię i kucnęłam, by spojrzeć jej w twarz. Ujęłam jej policzki w dłonie. Nawet wtedy nie przestała się uśmiechać.
– Słoneczko, posłuchaj mnie. Zabraniam ci strzelać z karabinku, dopóki nie pojedziesz na obóz. Rozumiesz? – Posmutniała i rozglądnęła się, a zaraz potem przyszczypała dolną wargę. Już zastanawiała się, jakimi słowami mi odpowiedzieć, żeby mogła robić to, co zechce bez złamania obietnicy. – Kochanie, popatrz na mnie. – Przechyliłam się, żeby ściągnąć jej wzrok. – Nie kręć. Zobacz, to naprawdę nie jest zabawa dla dziewczynek. To w ogóle nie jest zabawa. Dzisiaj sobie wybiłaś dwa ząbki, a mogło się stać coś gorszego.
Rozpromieniła się.
– To mleczaki. Odrosną.
Na moment zacisnęłam szczękę.
– Kto ci tak powiedział?
– Tata. Mówi, że jak był mały też sobie tak wybił zęby.
Po raz kolejny musiałam przełknąć żal, nie dać po sobie nic poznać. Pociągnęłam moją córcię za sobą. Usiadłam pod rozgrzaną w słońcu ścianą domu na szorstkich, szarych kamieniach. Posadziłam sobie Arpi na kolanach.
To było w tym czasie, kiedy ona już przestawała mówić do Arama po imieniu i zawsze, gdy miała się do niego zwrócić, robiła dziwne wykręty. Musiała przeczuwać, że coś było nie w porządku, ale ja nie miałam pojęcia, co działo się w jej małej główce. Wiedziałam tylko, że jeśli kiedyś przy Aramie wyrwie się jej to słowo, więcej go nie zobaczymy.
– Słoneczko, tłumaczyłam ci to już. – Pogłaskałam ją po włosach. – To nie jest twój tata.
Nabrała pełną buzię powietrza, jednak, kiedy się odezwała, mówiła cicho i nieśmiało.
– Ale Iveta mówi, że rodzice wcale nie muszą być ożenieni... Jej tata też się nazywa inaczej, niż mama. I też przyjeżdża tylko czasami – zaczęła się rozpędzać. – I Nunik i Sedy też.
Przytuliłam ją mocniej. Nie ona pierwsza zauważyła, co się działo z naszym światem, choć dla niej to musiało być zwyczajne. Nie znała innej rzeczywistości – takiej, w której mąż i żona mieszkają razem, razem wychowują swoje dzieci i uprawiają swoją ziemię. Tak było jeszcze, kiedy ja byłam mała. Wielu chłopców odchodziło do zawodowej armii. Pozostali przechodzili szkolenie, jednak wzywano ich pod broń czasami i na krótko. Zazwyczaj służyli gdzieś blisko domu, a pogranicze nie było wtedy jeszcze terenem ciągłych działań. Było po prostu pograniczem, niespokojnym i niebezpiecznym, ale zrozumiałym. Wiedziałam tyle, że obecność wojsk była potrzebna do utrzymania porządku. Poszczególne potyczki czasami dzieliły od siebie całe tygodnie. Mimo, że kolejne lata oddalające nas od Upadku powinny były przywracać pokój, z roku na rok było coraz gorzej. Coraz więcej młodych ludzi opuszczało domy. Niektórzy zgłaszali się na ochotnika, a gdy ich zabrakło, los decydował, kto miał dostać powołanie. Coraz częściej mężczyźni odchodzili na całe lata i chociaż nie przechodzili do zawodowej armii, żyli tak, jak zawodowi żołnierze. Tak było z Gevorgiem. Tak było z mężami moich przyjaciółek. Wsie pustoszały. W domach zostawało coraz więcej wdów i kobiet widujących swoich mężów nie częściej, niż ja widywałam Arama. Kiedy Arpi się urodziła, u nas i w Garnarich było już więcej takich rozszarpanych rodzin, niż prawdziwych. Zanim zaczęła dorastać, w naszym okręgu nie mieszkał na stałe już prawie żaden mężczyzna zdolny do noszenia broni.
Moja córcia tak naprawdę nie poznała Gevorga. Ostatni raz widziała go, gdy miała osiem miesięcy. Znała Arama, a w naszym świecie wiecznie czekających żon i córek to było normalne, że mężczyzna, wracający z pogranicza od czasu do czasu, by zatroszczyć się o rodzinę był mężem i ojcem. Przewidziałam, że tak pomyśli. Próbowałam jej to wyjaśnić, ale bywała uparta jak osioł i sprytna jak wiewiórka.
– Posłuchaj mnie, kochanie. – Pocałowałam czubek jej głowy. Głaskałam powoli jej ramionka i plecy. – Kiedy się urodziłaś, moim mężem był Gevorg Minassian. Dlatego nazywasz się Arpi Minassian. Jesteś jego córeczką. Bardzo się cieszył, kiedy się urodziłaś. Nosił cię na rękach, spał na podłodze przy twojej kołysce, żebyś się nie bała. Opowiadał ci bajki, chociaż byłaś jeszcze za malutka, żeby rozumieć. Bardzo cię kochał. Nie przyjeżdża już, bo zginął na wojnie. Bronił nas przed złymi ludźmi. Nie możemy o nim zapomnieć. – Wtuliłam twarz w jej włosy. Próbowałam zaczerpnąć oddech najwolniej, jak umiałam, żeby Arpi się nie zorientowała, jak mocno się starałam, by głos mi się nie zatrząsł. – Aram przyjeżdża, bo się nami opiekuje... – Spróbowałam znowu mówić, gdy się opanowałam. – Iveta ma rację. Czasami rodzice nie są małżeństwem, ale Aram naprawdę nie jest twoim tatą. Nie nazywaj go tak nigdy. Mów do niego po prostu Aram, dobrze?
Mruknęła pod nosem z niechęcią. Wiedziałam, że i tak zrobi po swojemu. Miałam tylko nadzieję, że minie jeszcze trochę czasu, zanim odważy się tak do niego zwrócić, a do tego momentu może zrozumie trochę więcej, albo ja znajdę słowa, by jej to lepiej wyjaśnić.
– A tak w ogóle... – Postanowiłam odciągnąć ją od zastanawiania się nad tym wszystkim. – Mówił, że byłaś na niego zła. Dlaczego?
Gdy tylko jej o tym przypomniałam, Arpi prychnęła gniewnie i skrzyżowała ręce. Prawie podskoczyła w miejscu na moich kolanach, żeby jakoś dać ujście złości, widocznie opanowującej ją na nowo.
– Nie chciał mi pokazać, jak naprawdę strzelają żołnierze. Cały czas udawał, że nie umie. – Odwróciła się, by spojrzeć na mnie trochę ze złością, a trochę pytająco, jakby chciała się upewnić, że miała rację. – Robiliśmy konkurs i chciał, żebym wygrała. Przecież wiem, że udawał. Tylko dzieciom się daje wygrać, a my mieliśmy trenować na poważnie. Prawda, że już mogę trenować na poważnie?
Roześmiałam się, odgarniając jej włosy z czoła.
– Ale tylko z kuszą i strzelbą. Obiecaj mi to, dobrze?
Nie wiem, dlaczego wtedy przytuliła się do mnie tak mocno. Długo kołysałam ją w ramionach. Momentami miałam wrażenie, jakby posmutniała, ale to pewnie dlatego, że bolała ją ta broda i przypomniała sobie o tym, gdy inne sprawy przestały jej zaprzątać głowę. Zresztą jak zwykle nie trzeba jej było wiele, by zmienić nastrój. Po chwili wyrwała mi się i ze śmiechem pognała za ważką, unoszącą się nad strumieniem przy domu. Przewróciła się, oczywiście otarła sobie kolano o żwir na podjeździe, otrzepała się i biegła dalej, nawet tego nie zauważywszy.
Prawie zapomniałam o tym, o czym mi powiedziała. Dopiero wieczorem, gdy Arpi już spała, a my z Aramem siedzieliśmy pod ścianą na matach, patrząc, jak księżyc przeglądał się w strumieniu i ciesząc się chłodem, przypomniałam sobie tę rozmowę i postanowiłam trochę się podroczyć.
– Arpi mówiła, że dzisiaj się nie popisałeś... – Odsunęłam się, żeby spojrzeć z boku na twarz Arama.
Drgnął, jakbym przypomniała mu o czymś nieprzyjemnym, a potem powoli przechylił głowę do tyłu, by oprzeć ją o ścianę.
– No tak. – Uśmiechnął się słabo. – Dałem wora.
Czekałam przez chwilę, ale nie mówił nic więcej. Odwróciłam się, by nalać nam wina.
– Wiem... – zaczęłam, podając mu czarkę. – Zrugałam was za tą zabawę, ona naprawdę się nie powinna zajmować takimi rzeczami, ale może zrobisz jej jakiś pokaz? Wiesz, jak ona lubi, jak robisz różne sztuczki. Bez tego będzie jutro chodzić struta cały dzień.
Wypił kilka łyków, a potem zastygł, patrząc w dół, wodząc kciukami po brzegu czarki.
– No nie bardzo – odparł.
– Ale dlaczego? – Zabrałam mu ją, by odstawić ją na ziemię. Przysunęłam się, wciskając między jego bok i kolana, by musiał na mnie spojrzeć. Odwzajemnił mój uśmiech, ale potrząsnął głową.
– Nie, naprawdę nie.
– Ale dlaczego? – Powtórzyłam, naśladując ton Arpi, gdy zasypywała go pytaniami. Roześmiał się i połaskotał mnie w szyję.
– Yevuś, nie proś mnie. Mówię, że nie.
Mimo wesołości wyczułam w nim napięcie. Usiadłam prosto.
– Co się stało? – spytałam już zwyczajnie.
– Nic. Jest dużo pracy, miałem ci zarżnąć barana, nie zdążymy z tym wszystkim, a pojutrze muszę jechać.
Od razu poznałam, że kłamał.
– Przecież widzę, że coś się dzieje. Posmutniałeś. O co chodzi?
Jeszcze przez chwilę wpatrywał się w strumień, a potem jakby się ocknął.
– Gdzie tam posmutniałem... – Nabrał werwy. – Nic nie posmutniałem. – Zanim zdążyłam zrobić unik, chwycił mnie za biodra, uniósł i posadził sobie między nogami. Pisnełam, a potem złapałam się za usta, żeby nie budzić Arpi. Zaklęłam, bo stopą przewróciłam czarkę z winem. – Chodź tu. Nikt nie może być smutny, kiedy ma takie widoki. – Lekko ścisnął moją pierś, a potem objął mój brzuch. Czułam na policzku i skroni jego brodę, wiedziałam, że naprawdę zaglądał mi w dekolt.
Poruszyłam ramionami, by głębiej zapaść się w niego i wygodniej ułożyć. Wzięłam głębszy oddech, on też. Wesołość przeszła w rozmarzenie. Tak przynajmniej myślałam, tak czułam, kiedy ogarnęły mnie jego ciepło i zapach. On jednak po prostu się zamyślił, walczył ze sobą. Zawahał się jeszcze kilka razy. Zaczynał mówić i urywał po sylabie, nim w końcu zrzucił z siebie to, co go gniotło:
– Chyba faktycznie ci nigdy nie mówiłem. Ja naprawdę fatalnie strzelam. Nie jest mi to jakoś szczególnie potrzebne, ot tam sobie czasami do obrony. – Czułam, jak wzruszył ramionami. – Ale wiesz, głównie robię co innego. To nie jest aż takie ważne.
– Ale co? Nie umiesz? – Były jeszcze we mnie resztki wesołości. Zgasły natychmiast, gdy usłyszałam:
– Nie. – Wziął oddech. Jego broda otarła się o moją szyję, kiedy rozglądnął się, jakby szukał pomocy w niebie i księżycu, aż w końcu przyznał tak głucho i bez serca, jakby mówił w obcym języku. – Tracę wzrok.
Zamarł. Czekał bez ruchu, przerażony i zimny. Chwila, w której mogłam sięgnąć w niego, dotknąć wszystkiego, co przede mną chował nadeszła jak powiew wiatru, poruszający czubkami drzew, pęczniejący w nich delikatnym podzwanianiem najdrobniejszych listków, ale nie docierający do ziemi. Pozwoliłam, by minęła. Aram otrząsnął się.
– To znaczy nie, że tam od razu ślepnę jakoś całkiem... – Poprawił się pospiesznie. – Po prostu mam jakąś dziwaczną wadę. Zawsze miałem, tylko mi się pogłębia. Na komisji to te literki jeszcze widziałem całkiem nieźle, tylko niektórzy oprócz tego tam sobie mogli z paruset metrów policzyć listki na drzewie, a ja nie. Teraz to bardziej chodzi o to, że nie wiem, czy to drzewo, czy... – prychnął cicho – Nie no, drzewo jeszcze poznam. Ale wszystko, co jest daleko widzę krzywe i tak, jakby się cały czas ruszało. W każdym razie dawno nie próbowałem, no i dzisiaj się okazało, że jest trochę gorzej, niż myślałem. Ze strzelaniem. Ale to nic. To mi nie jest potrzebne.
Mogłam sobie wyobrazić wyraz jego twarzy: odrobinę rezygnacji, leciutki skurcz, jakby czekał na cios, i ślad powstrzymywanego śmiechu. Arama zawsze bawiły jego własne porażki, a tym razem to, że kłamał było tak oczywiste, jak jeszcze nigdy. Doskonale wiedział, że mu nie uwierzę.
Musiałam się zastanowić, czy naprawdę chciałam o tym rozmawiać. Aram zdążył odsunąć mnie lekko, by sięgnąć po wino. Zorientował się, że nie miał sobie do czego nalać, więc z pomrukiem zniechęcenia odstawił dzban na miejsce.
– Ale skoro tak... – Z powrotem opadłam na jego ramię. Jeszcze przez moment walczyłam ze sobą. – Skoro tak, to może możesz dostać zwolnienie?
Jego oddech na moment ucichł.
– Nie no... Nie, no coś ty.
Domyśliłam się, czego Aram się obawiał. Odwróciłam się. Leżałam wsparta policzkiem o jego bark, patrząc od dołu na jego twarz. Zerknął na mnie niepewnie, a potem znów zapatrzył się przed siebie.
– Przecież mi nie chodzi o to, żebyś został z nami. Wiem, że nie chcesz. Ja też chyba nie chcę. – Mimo żalu, nie powstrzymałam uśmiechu, kiedy dostrzegłam, jak ulga walczyła w nim z oburzeniem. Właśnie taki był. Mogłabym ścierpieć, gdyby zabrano mi jego pomoc, gdyby więcej się ze mną kochał, ale za nic nie oddałabym tych chwil, kiedy mogłam obserwować, jak targały nim takie uczucia. Nie mogłam pojąć, jak mógł być pogodzony ze sobą i pozbawiony wszelkiej skłonności do obłudy, a jednocześnie tak próżny. To zresztą była tylko jedna z wielu mieszkających w nim sprzeczności. Nie umiałam go zrozumieć i właśnie dlatego tak lubiłam mu się przyglądać. Czasami był jak dziecko.
– Mówię, że mógłbyś zrobić to po prostu dla siebie. – Poczułam się pewniej, zaledwie wyjaśniłam, że nie chodziło mi o mnie. – Przecież nie mogą cię tam trzymać. Mógłbyś ułożyć sobie życie.
– Ale ja mam poukładane życie.
Coś ścisnęło mnie za serce. Wystraszyłam się, nie wiem, czy jego, czy o niego. W jednej chwili było mi go żal i poczułam się, jakby był mi zupełnie obcy. Odsunęłam się powoli, by znów usiąść obok niego.
Chciałam się odezwać, przerwać ciszę, ale nie wiedziałam, co mogłabym powiedzieć. To jedno zdanie było jak lampa zapalona w jaskini, w miejscu, do którego nigdy wcześniej się nie dotarło. Nie wiedziałam, co myśleć. Musiałam w spokoju oglądnąć wszystko, co ukazało się moim oczom.
Gevorg, jego brat, sąsiedzi, ci wszyscy, którzy nie odeszli ze swoich domów jako czternastoletni chłopcy wciąż żyli wśród nas, byli jednymi z nas. Czekały na nich ich domy, matki, narzeczone, żony i dzieci; ich zwierzęta, ubrania, książki, fajki, ulubione miejsca w ogrodach i drzewa, które zasadzili, nim odeszli. Byli daleko, ale ich życie tkwiło tutaj, jak kamień między korzeniami, ukryte i uśpione, by zacząć się, gdy wreszcie dostaną zwolnienie. Czekali na ten dzień z nadzieją, wiedząc, że mają do czego wracać.
Aram był jednym z chłopców odchodzących, kiedy mieli już ciała młodzieńców, ale jeszcze umysły dzieci. O nich się zapominało. Licząc w myślach mieszkańców wioski ich się pomijało. Czasami przyjeżdżali jako goście, ale w domach, w których kiedyś mieszkali żaden nie miał już swojego kąta, siennika ani swojego kubka na wodę. Sądziłam, że oni też śnili o tym, by wrócić, jeśli po latach przestaną być potrzebni. By zacząć od nowa, odnaleźć swoje drzewa w opuszczonych sadach i spróbować jeszcze kogoś pokochać. Nigdy nie pomyślałabym, że to, co robili można było nazwać życiem. Nie umiałam sobie nawet wyobrazić, jak można było mierzyć się z każdym kolejnym dniem, nie widząc przed sobą nic poza wojną. Jak można było nie mieć domu ani nadziei, że kiedykolwiek będzie się miało dom.
– Jak ty tak możesz... – szepnęłam. Zawahałam się, ale Aram nie odsunął się, gdy przygładziłam palcami jego włosy i odgarnęłam zbłąkany kosmyk z jego skroni.
Westchnął nerwowo.
– O rany, niepotrzebnie to tak ująłem. Nie jest źle. Naprawdę.
– Ja nie mówię o tym. – Moja dłoń zsunęła się na jego ramię. – Masz szansę się uwolnić. Dlaczego tego nie zrobisz?
Spojrzał na mnie, jakby nie rozumiał, o czym mówiłam.
– To nie jest tak. – Zwiesił głowę. – Ja... – Oparł ręce o podciągnięte kolana. – Ja mogę przestać w każdej chwili. Nasz szef... – Spojrzał na mnie, na pagórki na tle gasnącego nieba na zachodzie, na rodzące się nad naszymi głowami gwiazdy, a potem znów przed siebie. – Nie powinienem ci tego mówić, ale nasz szef każdemu pozwala odejść bez problemu. Mówi, że ma gdzieś ludzi, którzy nie są pewni, czy chcą to robić. To znaczy nie ma ich gdzieś. To nie jest tak, że oni są jakoś wykluczeni. Po prostu, jak nie chcesz, to nie walczysz. I już. A ja naprawdę chcę. Jestem potrzebny.
– Przecież są inni na twoje miejsce. – Znów przygładziłam jego włosy. Kciukiem przesunęłam po brzegu jego ucha. – Zrobiłeś już swoje. Wśród ludzi też byłbyś potrzebny.
Spojrzał na mnie półprzytomnie.
– Ale do czego? Jestem saperem. W cywilu nie trzeba saperów. Mógłbym najwyżej przejść z działań zbrojnych do odkrywki, ale to bez sensu. Trochę wiem, jak to wygląda. Strasznie nudni ludzie przy tym pracują. Poza tym w ogóle o co ci chodzi? – Zirytował się niespodziewanie. – Przecież jest dobrze. Sama mówiłaś, że tak jest dobrze.
– Mnie tak, ale chodzi mi o ciebie. – Uspokoiłam go dotykiem. Gładziłam jego ramię, dopóki nie rozluźnił się i nie opadł w tył, by znów oprzeć się o ścianę. – Może przez to, że przychodzisz i odchodzisz widzę, jak się zmieniasz. – Mówiłam łagodnie, jeszcze nie do końca pewna, czy chciałam zabrnąć aż tak daleko. – Za każdym razem wraca ciebie coraz mniej. To cię zabija. Zastanów się chociaż.
Przygryzł kostkę wskazującego palca. Przez chwilę skubał dolną wargę, nim spytał:
– Ale czy ja się robię jakiś dziwny? – Zaczął ostro. Poniósł go pełen pośpiechu i napięcia, gardłowy ton, ten sam, w który wpadał, ilekroć się denerwował. Opanował się, dokończył niepewnie i cicho. – Bo jeśli tak, i jeśli nie chcesz, żebym przyjeżdżał, bo się boisz, że mi odwali albo coś, to mogę nie przyjeżdżać. Nie ma problemu.
Poczułam się, jakby uderzył mnie pięścią w brzuch.
– Nie robisz się dziwny – odparłam ciężko. – Wiesz, że możesz tu przyjeżdżać, kiedy zechcesz. – Spróbowałam się uśmiechnąć mimo żalu i o dziwo ten uśmiech odbił się we mnie, jakbym sama potrafiła nim siebie uspokoić i rozjaśnić. Przełamał moją złość na Arama, a gdy to się stało, zrozumiałam, co tak naprawdę czułam. Nie chciałam tego, nie życzyłam sobie tego, a jednak spłynął na mnie jego ból.
Pomyślałam, wtedy, jakie to dziwne, że na bliskich mówi się tsavd tanem*, prosząc los, by całe zło, jakie miało ich spotkać, zamiast tego spotkało nas. Wtedy dla mnie i niego to było za mało. Nie umiałam zabrać Aramowi jego bólu. Nie chciał się nim ze mną podzielić. Może czuł, że mojej siły nie wystarczyłoby na nas oboje, a może po prostu taki był. Nie chciał mi go oddać, a mimo to go poczułam i od tamtej nocy nosiłam w sobie przez lata.
– Pomyślałam, że może chcesz po prostu mieć gdzieś swoje miejsce – szepnęłam.
Przechylił głowę najpierw w jedną, potem w drugą stronę, jakby się zastanawiał, jednak gdy odpowiedział, w jego głosie nie było wahania:
– Tam jest moje miejsce.
Pojęłam, dlaczego imiona tamtych chłopców wymieniało się tak, jakby byli już martwi; dlaczego ich wizyty były jak przybycie obcych z bardzo daleka. O nich nie mówiło się, że wracają do domu. Nie byli kamieniami, tkwiącymi w plątaninie korzeni, tylko śladem po wyrwanym okruchu skały, pustką, która szybko zarastała. Znikała bez śladu.
Milczałam, a on, sądząc chyba, że go nie zrozumiałam dodał:
– Zawsze tam będzie moje miejsce.
Znów dotknęłam jego włosów.
– Aż nic z ciebie nie zostanie? – spytałam, łowiąc w zapadającej ciemności kontur jego twarzy.
– Tak. Jeśli będzie trzeba, to tak.


*tsavd tanem nieprzetłumaczalne ormiańskie pieszczotliwe określenie dla bliskiej osoby, oznaczające mniej więcej „wezmę twój ból”.

*** *** ***

Pamiętam jak dziś pierwszy z tych wieczorów, kiedy Aram przyjechał od strony naszych, nie od pogranicza. Było ich tylko kilka, a wszystkie wżarły się we mnie, weszły pod skórę. Wszystkie coś znaczyły.
Zazwyczaj wpadał do nas po drodze do swojej jednostki na dzień, dwa. Był zmęczony, ale zadowolony. Rozgrzany jeszcze tym ogniem, który ogarnia ludzi tam na południu, pozwala szybciej zapomnieć o stracie i sprawia, że mimo wszystko chcą tam wracać. Kiedy przyjeżdżał specjalnie do nas, zostawał na dłużej i był inny. Zimny i wysuszony jak glina, którą za długo się wypalało. Chociaż do Yeghnajur prowadziła tylko jedna droga, za każdym razem potrafiłam rozpoznać, czy Aram jechał z południa, czy z północy. Zawsze, nieważne, skąd przybywał, czułam ulgę na jego widok, a jednak, chociaż nigdy nikomu o tym nie powiedziałam, bałam się tych wieczorów. Tych pierwszych godzin ciszy, kiedy nic nie mogłam zrobić, a on nie pozwalał się nawet do siebie zbliżyć.
Tak naprawdę mówił cały czas, ale właśnie wtedy cisza była najbardziej przejmująca. Kiedy chciał o czymś ze mną porozmawiać, podzielić się, spytać o radę, opowiedzieć mi o sprawach mniej lub bardziej ważnych, bliskich, złych albo dobrych, mówił mniej. Potrafił słuchać. W te wieczory mówił prawie cały czas o wszystkim, co było jemu i mnie całkowicie obojętne.
Wtedy też tak było. Przyjechał na nowym, przepięknym, srebrzystym koniu i przez pół wieczoru opowiadał o tym, skąd go miał, o tym, że sam go ujeżdżał i czego go nauczył. Ani słowem nie wspomniał o bliźnie na skroni. Zdziwiłam się, że ściął włosy, ale wyraz jego twarzy, gdy tylko to zobaczyłam, powiedział mi, bym lepiej nie pytała.
Przed zmrokiem bawił się z Arpi tak, jak zwykle. Gonili się po sadzie, a potem w kuchni ona dokuczała mu, pokazując swoje warkocze, sięgające jej już do połowy pleców. Uśmiechał się, śmiał z jej żartów, ale patrzył gdzieś za nią i nad nią, jakby wciąż w oddali widział coś, od czego nie potrafił oderwać wzroku.
Nie musiałam wtedy nawet mówić, że nie możemy się kochać. On i tak ledwie mnie dotknął. Położyliśmy się razem, ale ubrani.
Najdziwniejsze było to, jak oboje próbowaliśmy udawać, że śpimy. Nie wiem, ile godzin przeleżeliśmy w ciszy, aż poczułam, jak porusza się jego ręka, którą obejmował mnie w pasie. Pogłaskał mój brzuch, wtulił twarz w mój kark. Nie pocałował mnie.
Odwróciłam się, by na niego spojrzeć.
– Co się stało? – szepnęłam, kładąc dłoń na jego policzku.
Przesunął się wyżej, żeby przyciągnąć mnie do siebie.
– Nie przejmuj się. Po prostu muszę odpocząć. Przepraszam.
– Przecież możesz mi powiedzieć.
Odsunęłam się, kiedy przewrócił się na plecy, a potem położyłam mu głowę na piersi. Wplótł palce w moje włosy, ale nie bawił się nimi tak, jak zwykle. Jego dłoń była ciężka, bez ruchu, jak martwa.
Długo leżeliśmy, milcząc, ale przynajmniej już nie udając. Myślałam, że zrezygnował, zapomniał, a jednak w końcu wziął głębszy oddech i powiedział jedno słowo, które zapadło we mnie jak kamień, ale naprawdę ciążyć zaczęło dopiero, gdy zrozumiałam, dlaczego je wybrał. Po tym, co go spotkało mógłby o sobie pomyśleć i powiedzieć wiele, ale nie to jedno, rzucone ciężkim, ciemnym szeptem:
– Zawiodłem.
Chciałam zrozumieć. Wiedziałam, że być może pytając otwieram drzwi, które chciał za sobą zamknąć, jednak potrzebowałam tej odpowiedzi. Jeśli nawet nie po to, by mu pomóc, to chociażby po to, by wiedzieć, kto mieszkał pod moim dachem i opiekował się moim dzieckiem.
– Ktoś przez ciebie zginął?
Odetchnął, jakby poczuł ulgę, a ja wiedziałam, że to dlatego, że nie trafiłam. Nie potrafił kłamać. Zawsze cieszył się, jeśli nie musiał.
Po miękkim chrobocie poznałam, jak zaczął bawić się brzegiem kołdry. Chciałam odszukać jego dłoń sunąc palcami po przedramieniu i właśnie wtedy, poza dobrze mi znanym, równym, chłodnym, stwardniałym przez lata śladem po oparzeniu wyczułam inny – miękki, szeroki i gładki. Świeża skóra była tam jeszcze delikatna. Ostrożnie oplotłam palcami jego nadgarstek, a Aram na mgnienie oka spiął się i najeżył. Uniosłam się na łokciach, wyplątałam z jego objęć i gdy ta dłoń, którą obejmował moją głowę zsuwała się bezwładnie na łóżko, wargami wyczułam nad nią taką samą bliznę.
Ostro wciągnęłam powietrze. Zrozumiał, że się domyśliłam. Natychmiast się odsunął, usiadł, wyrwał mi rękę, którą chciałam przytrzymać.
Patrzyłam na niego otępiała, a on skrzyżował ręce, obejmując dłońmi ramiona. Nie widziałam innych śladów, ale on musiał je wciąż czuć na sobie, pamiętać o nich. Mogłam się domyślić, gdzie były po tym, jak chciał je przede mną ukryć.
– Chińczycy czy Turcy? – spytałam tylko.
– Turcy – odpowiedział głucho. – Z chińskiej bym się nie wydostał.
– Byłeś sam?
Spojrzał na mnie sennie, jakby nie do końca rozumiał, w końcu jednak przytaknął.
Na myśl o tym, co mogłam później usłyszeć serce we mnie zamarło, a jednak musiałam wiedzieć. Nie byłam nawet pewna, czy uda mi się znaleźć właściwe słowa, a mimo to zaczęłam:
– Czy zrobiłeś coś... czy kogoś... – zacięłam się. – Jak się wydostałeś?
Opadł z powrotem na łóżko. Uśmiechnął się słabo.
– Nie. Uczciwie uciekłem.
– Więc o co chodzi?
– O nic... – Zawahał się. – O to, że... – Przeczesał włosy palcami. – Po prostu myślałem, że... że będzie inaczej.
Widziałam, jak słowa, które chciał wypowiedzieć zamiast tego prawie wyrywały mu się z piersi, a mimo to nie potrafił ich z siebie wydobyć. Znów przytuliłam się do niego, ucałowałam jego szyję. Czekałam.
– Chodzi o to, że... – Wciąż walczył ze sobą. Nauczyłam się już, że łatwiej było mu mówić, jeśli na niego nie patrzyłam. Wsunęłam dłoń pod jego koszulkę, przez chwilę gładziłam pręgę włosów na jego brzuchu.
– Chodzi o to, że po prostu myślałem, że jestem silniejszy. – Przez materiał ujął mój nadgarstek. Zatrzymałam się. On zamknął oczy i przyznał prawie bezgłośnie. – Gdyby nie to, że od początku miałem plan, jak stamtąd prysnąć, gdyby nie to, że mogłem przynajmniej próbować... nie wiem, co bym zrobił. Naprawdę nie wiem.
– Ale przecież... – zamilkłam. Chciałam powiedzieć 'nic się nie stało', jednak wystraszyłam się samej myśli o tym, jak mógł zareagować. Nie wiedziałam, co się stało. Tego nauczyłam się jeszcze od Gevorga. Od przyjaciółek wiedziałam, że ich mężowie też tacy są. Ukrywają przed nami swoją pracę, a my nie śmiemy pytać i nie chcemy wiedzieć, do czego się posuwają. Niezależnie od tego, czy wracają zwycięscy czy pokonani zawsze są tak samo zmęczeni i milczący. Pamiętałam dzień, w którym Gevorg rzucił mi w twarz wieść o wygranej kampanii, jakby to nam wszystkim, czekającym na swoich obrońców miał za złe, że musiał walczyć. To dla nas, żon czekających w domu, liczyło się zwycięstwo. W naszych mężach na zawsze pozostawało to, co je poprzedzało.
Nie mogłam powiedzieć Aramowi, że nic się nie stało.
Trwałam w ciszy, nie wiedząc, co robić, przyglądając się w świetle księżyca jego twarzy, spalonej słońcem, ale dziwnie bladej, pozbawionej krwi, jakby był chory. Szarpnął się, gdy zbliżyłam dłoń, by odgarnąć mu włosy z czoła, a ja nie rozumiałam nawet, skąd wiedział, że chciałam go dotknąć.
Jeden, jedyny raz głośniej zaczerpnął oddech. Poza tym, nieruchomego powietrza nie zmącił żaden inny dźwięk.
W tej ciszy usłyszałam zza ściany urywane łkanie. Chciałam wstać, jednak Aram był pierwszy. Usiadł gwałtownie, spięty, najeżony, całkowicie przytomny. Znieruchomiał na moment, jakby sam siebie musiał powstrzymywać i spojrzał na mnie.
– Trzeba do niej iść – stwierdził. Gdy zaczęłam się podnosić, położył rękę na moim ramieniu. – Mogę?
Nie od razu zrozumiałam, dlaczego chciał to zrobić, ale przytaknęłam. Słyszałam, jak wychodził do kuchni, a potem rozmawiał z Arpi. Przez kamienie falami przypływał do mnie jego głos: równy i łagodny, lecz niepokojący jak pomruk odległej burzy. Momentami wynurzał się nadeń jasny, ptasi świergot mojego słoneczka. Przestała płakać, choć kiedy Aram wrócił, niosąc ją zawiniętą w kocyk, pod którym spała, w jej oczach i głosie były jeszcze echa łez.
Usiadł na brzegu łóżka. Dopiero wtedy wypuścił ją, pozwalając, by jak rybka wysunęła się z jego ramion w moje. Przytuliła się do mnie z całych sił.
– Miała zły sen – Aram wyjaśnił. Słyszałam, że był zmęczony i zaniepokojony, ale tylko do chwili, w której wpadł na jakiś pomysł. Zawsze potrafiłam to rozpoznać. Aram jak nikt inny potrafił grzebać przeszłość, by nigdy do niej nie wracać, a jednak nie umiał ukryć tego, co właśnie się z nim działo. Uśmiechnął się słabo. Zmierzwił włosy na głowie Arpi, a ja znów poczułam to samo ukłucie strachu, które mnie męczyło ilekroć widziałam ją z nim. Miałam ją na co dzień, nie wszystko zauważałam i dopiero, gdy czasami brał ją na ręce albo prowadził, kiedy dotykał jej głowy uświadamiałam sobie, jaka była drobniuteńka i chudziutka. Bałam się jak niczego na świecie, by nie chorowała Pocieszałam się, że był tak wysoki i silnie zbudowany, że nawet zdrowe dziecko musiało się przy nim wydawać malutkie, a jednak nie potrafiłam przegnać tych myśli.
Nie pozwolił mi długo się gnębić. Wierzchem dwóch palców przesunął po policzku Arpi. Ona z początku przywarła do mnie ciaśniej, odwróciła się jednak, gdy zawołał ją z czułością.
– Arpi... Arpi, chodź. Powiem ci coś.
– Co takiego? – Usiadła. Pozwoliła mu posadzić się sobie na kolanach.
– Tak sobie myślę – Aram zaczął gawędziarsko – że ten kot jednak wcale nie zjadł tej jaszczurki.
Widziałam, jak jej buzia wygina się w podkówkę na wspomnienie koszmaru. Już miałam wziąć ją do siebie. Już układały mi się na języku słowa, którymi miałam zrugać Arama za to, że jej o nim przypomniał, a jednak Arpi nie rozpłakała się. Z początku słabo i nieśmiało, ale jednak odwzajemniła uśmiech Arama.
– Nie zjadł?
– Nie. – Ujął jej ramiona dłońmi. Była tak maleńka, że jego palce stykały się na jej obojczykach. – Nie wiedział, że jaszczurki potrafią jedną bardzo ważną rzecz i dzięki temu trudno je złapać.
Oczy Arpi od razu otwarły się szerzej. Odwróciła się do niego.
– Naprawdę?
– Naprawdę. Chcesz wiedzieć, co takiego potrafią?
– Tak!
Znów odwrócił ją tyłem do siebie. Przyciągnął ją do swojego brzucha, otoczył ramionami. Mówił tak cicho, że nawet leżąc tuż obok ledwie go słyszałam, a Arpi aż mrużyła oczy, by nie uronić ani słowa.
– Jaszczurki, kiedy ktoś próbuje im zrobić krzywdę, potrafią się nagle zrobić bardzo miękkie, wiesz? Jakby były zrobione z wody. Trudno jest złapać wodę, prawda?
Uśmiechnęła się. Pokiwała głową na tyle, na ile jej pozwalał jego ciasny uścisk. Zaczynałam się domyślać, co chciał zrobić, a mimo to z niepokojem patrzyłam, jak jedną ręką otoczył ją jeszcze ciaśniej, a drugą zaczynał już układać jej stawy i kości, tłumacząc, co robi.
– Na przykład przednia łapka jaszczurki. Widzisz, może się wygiąć prawie całkiem w drugą stronę. Albo może złożyć pazurki tak, że jej łapka jest całkiem mała. Zobacz. – Kciukiem i środkowym palcem otoczył jej nadgarstek. Poczekał, aż Arpi rozluźni dłoń, rozmasowywał ją jeszcze przez chwilę, a potem przeciągnął ją między własnymi palcami. Arpi roześmiała się. – A teraz spróbuj kciukiem dotknąć małego palca – polecił. Zrobiła to, a on jeszcze raz ją schwycił. Tym razem nie udało jej się uwolnić. – Widzisz? Tak się nie da. Masz twarde mięśnie, jeśli za bardzo się starasz. Trzeba być całkiem mięciutkim. A teraz nie próbuj specjalnie składać palców. – Poczekał, a gdy nie zrozumiała, wolną ręką jeszcze raz rozmasował jej dłoń. – Czujesz? Jesteś mięciutka? – spytał, dotykając po kolei każdego knykcia. Pokiwała głową i sama bez wysiłku mu się wyrwała. – Bardzo dobrze. A chcesz zobaczyć jeszcze inne sztuczki?
– Aram, jutro. Proszę... – Przesunęłam ręką po jego plecach. Spojrzeli na mnie w jednej chwili, oboje tak samo uśmiechnięci i tak samo ukryci w cieniu niepokoju, który jeszcze ich nie opuścił.
– Jeszcze tylko jedna rzecz – Aram zawiesił głos.
Arpi podskoczyła na jego kolanach.
– Mamo, tylko jedna!
Przez chwilę tłumaczył jej coś na ucho, wbijając kciuki po kolei w barki i ramiona, unosząc jej ręce, odciągając na boki. Wyglądało, jakby bawił się lalką, a jednak w każdym kolejnym przesunięciu jej kości, widocznych pod cieniutką skórą, było coraz więcej z ruchów zwierzęcia. W końcu wstał, wziął ją na ręce i kazał jej zeskoczyć na łóżko. Zaczęła dobrze. Prawie się udało, on jednak chwycił ją w ostatniej chwili i znów przyciągnął do siebie. Zaczęła się wić, kopać i piszczeć. Zerwałam, bo wydawało mi się, że to z bólu, zrozumiałam jednak, że ją to bawiło. Śmiała się cały czas, kiedy on coraz mocniej wykręcał jej stawy i co chwilę z powrotem zagarniał, jeśli zdołała choć w połowie wydostać się z klatki jego rąk. W końcu przyciągnął ją mocno do piersi.
– Jak woda – mruknął z ustami przyciśniętymi do jej głowy. – Musisz mi wypłynąć z rąk jak woda. Nie staraj się za bardzo. Musisz się starać tylko tyle, ile trzeba. Musisz być mięciutka i trochę pofalować. O, właśnie – zawołał żywiej, gdy zaczęła go słuchać. – Właśnie tak.
Rozpromienił się, gdy udało jej się wysupłać do końca. Niemal bezwładnie opadła na łóżko i tylko w ostatniej chwili podparła się rękoma, by podejść do mnie na czworakach. Nic nie mówiła, tylko wpatrywała się we mnie z dumą i radością.
Aram położył się obok mnie, ale odsunął nieznacznie, gdy Arpi wcisnęła się między nas; czułam tylko jego nogę przy swojej.
Musiałam się zmusić do uśmiechu.
– Hej, hej! – Odgarnęłam jej włosy za ucho. – Pamiętasz, co mówiłyśmy o spaniu z mamą? Jesteś już duża. Masz swój kącik. Misio Hovisio na ciebie czeka.
– Misio Hovisio też już jest duży. Może spać sam – odparła bez wahania. Słyszałam, jak Aram próbował powstrzymać chichot.
Też się uśmiechnęłam, choć usiłowałam wyglądać poważnie.
– Nie. Tak nie można. Każdy śpi w swoim łóżku. Musi być porządek.
– To czemu tata czasami śpi z tobą, a czasami w stajence?
Aram skamieniał.
Nie wiem, jakim sposobem ona to pamiętała. To zdarzyło się tylko raz, właśnie po tym, jak ona pierwszy raz nazwała go tatą. Sądził, że to ja ją do tego przyzwyczajałam. Kłóciliśmy wtedy się prawie całe popołudnie i kiedy wieczorem Aram nie przyszedł do domu, a z samego rana odjechał sądziłam, że już nie wróci. On jednak zjawił się dwa miesiące później jak gdyby nigdy nic. Bałam się nawet, że zapomniał, a wtedy chyba sama musiałabym go prosić, żeby naprawdę znikł nam obu z oczu. On jednak w ciepły, lipcowy wieczór, gdy Arpi już spała, długo siedział ze mną pod drzewem w sadzie. Nie chciał się kłaść, wypiliśmy trochę wina i w końcu wydusił z siebie to, co zamierzał powiedzieć.
Prosił mnie tylko, bym pamiętała, że on nie może z nami zostać. Że cokolwiek by się nie wydarzyło, jego miejsce zawsze będzie na pograniczu, z jednostką. Że nigdy nie będzie mój. Że nigdy nie będzie dla mnie rodziną, nigdy nie weźmiemy ślubu. Że nigdy nie będzie mi wierny.
Spytał, czy tego właśnie chciałam, a ja odparłam, że już dawno przestałam chcieć czegokolwiek. Objął mnie, siedzieliśmy tak prawie do północy i właśnie wtedy zrozumiałam, dlaczego tak bardzo uciekał. Od tego czasu nie wracaliśmy do tematu. Arpi chyba to wyczuła. Mówiła do niego po prostu 'ty'. Czasami się zapominała w rozmowach ze mną, nie pytała jednak o nic, a ja czułam ulgę każdego dnia, w którym nie musiałam jeszcze niczego jej tłumaczyć.
Nie sądziłam, by to wspomnienie mogło rozdrażnić mnie aż tak, a jednak nie potrafiłam być spokojna.
– Arpine Minassian, proszę natychmiast...
Aram przerwał mi.
– Bo tata nie pilnował porządku – wyjaśnił. – Teraz bardzo się stara. – Uniósł się lekko. Nad głową Arpi posłał mi gorzkie, pełne bólu spojrzenie. – Ale zawsze jest łatwiej, jak inni też się starają, prawda? – Odwrócił ją do siebie, by spojrzeć jej w oczy. Gdy pokiwała głową, usiadł i pociągnął ją za sobą. – Chodź. Pokażesz mi, jaka jesteś grzeczna, żebym też się bardziej starał, co?
Zaczął już zawijać ją w okrycia, kiedy jej jasna główka wychynęła jeszcze spod luźno splecionej, szorstkiej wełny.
– Tato? – Arpi spytała senie.
– Tak, gwiazdko?
– A opowiesz mi jeszcze bajkę?
– A jaką?
– Może o jaszczurce? – Zachichotała.
Widziałam, jak przygryzł wargi i uniósł brwi. Zaśmiałam się pod nosem, zastanawiając się, co takiego wymyśli. Kiedy jednak zniknęli za drzwiami, wesołość rozwiała się. Czekałam długo. Nie zauważyłam, jak Aram wszedł do pokoju, bo kiedy chciał, potrafił chodzić cicho, niczym duch. Dopiero jego ciężar i ciepło powiedziały mi, że wrócił.
– Jesteś pewien, że to potrzebne? – spytałam szeptem.
Przewrócił się na plecy. Przeczesał palcami włosy.
– Nie wiem. – Na moment zacisnął zęby. – Nie wiem. Dwa lata temu powiedziałbym ci, że nigdy w życiu nie przekroczą Araksu, a teraz? Nie wiem. Nic już nie wiem.
Przesunęłam dłonią po jego brzuchu, znów złożyłam głowę na jego piersi. Jego ciało było cieplejsze, niż zazwyczaj, ale w jego głosie czaił się chłód.
– Już dobrze. – Ucałowałam jego mostek przez koszulę. – Dziękuję.
– Mogłabyś mi dziękować, gdybym potrafił sprawić, że to się jej nigdy nie przyda... – Przez chwilę walczył ze sobą. Odsunął mnie, usiadł, przygryzł dłoń. – Kurwa – warknął. – Kurwa mać. Przepraszam. Ja pierdolę...
Chciałam go objąć, jednak po drgnieniu jego ramion poznałam, że by mi nie pozwolił. Mogłam tylko prosić łagodnie:
– Chodź już. Połóż się... – To przeklęte słowo niemal wyrwało mi się z ust, a jednak powstrzymałam się. – Aram, proszę – dokończyłam cicho.
Ciężko opadł na poduszkę. Nie wiem, czy tamtej nocy zasnął choć na chwilę, bo mnie nad ranem zmorzył sen. Gdy się obudziłam, był obok, ale nie spał.
Wiem, że gdybym wtedy powiedziała do niego to, co zamierzałam, straciłabym go na zawsze.



Awatar użytkownika
szopen
Pisarz pokoleń
Posty: 1058
Rejestracja: śr 25 kwie 2012, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

"Hayrik" fragment 2/3 (obyczajówka, post-apo, melodramat, spin-off, wprawka)

Postautor: szopen » ndz 19 sie 2018, 18:32

Margot, mam straszny problem z Twoim tekstem, bo obiektywnie rzecz biorąc, napisany jest dobrze i właściwie nie ma się do czego czepiać, albo co poprawiać. Natomiast mnie strasznie męczy styl - potoczysty, nieśpieszny, koncentrujący się na emocjach i relacjach. I dlatego nie byłem w stanie przebrnąć całości, chociaż bardzo chciałem. Nie dlatego, powtarzam, bo jest źle napisane, albo bo ma złą technikę. Po prostu cały początek mnie okropnie wynudził. Na pociechę dodam, że początek czarnoksiężnika z archipelagu też mnie strasznie wynudził i musiałem się sporo zabierać, by się wciągnąć. Na dodatek czytanie na ekranie męczy znacznie bardziej, niż na papierze.

Ale chciałem podkreślić, że nie traktuję swojego znużenia Twoim tekstem jako znaku, że źle piszesz. Masz dobry świat, zarysowanych boahterów, porządną technikę. Tyle, że nie wszystkim taki styl podpasuje i ja akurat jestem jednym z tych, którym nie podpasował.

MargotNoir pisze:Source of the post Z niektórymi drogimi mi ludźmi wiąże mnie rozsądek

"Mii mi" mi nie brzmi

MargotNoir pisze:Source of the post . A może, jeśli prawdą jest to, co mówią – że miłość nie szuka swego – może jednak właśnie jego kochałam naprawdę.


Nie rozumiem?

MargotNoir pisze:Source of the post Aram nie od razu się odwrócił. Pacnął się w czoło. Widziałam, jak uniosły się jego ramiona, kiedy westchnął.

Się razy trzy, mnie osobiście to przeszkadza

MargotNoir pisze:Source of the post umiałam, żeby Arpi się nie zorientowała, jak mocno się starałam, by głos mi się nie zatrząsł. – Aram przyjeżdża, bo się nami opiekuje... – Spróbowałam znowu mówić, gdy się opanowałam.

A tu nawet więcej.



Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 366
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Hayrik" fragment 2/3 (obyczajówka, post-apo, melodramat, spin-off, wprawka)

Postautor: MargotNoir » ndz 19 sie 2018, 18:40

szopen, Super, dzięki! Zawsze cenne są szczere opinie ludzi, którym tekst nie spasował i którzy przyznają, dlaczego :)

Co do powtórzeń... O matko, tekst leżakował chyba kilka miesięcy, dziś jeszcze przeszedł ostatnie czyszczenie, a tyle się tego zaplątało. Dzięki za spostrzegawczość!



Awatar użytkownika
gebilis
Umysł pisarza
Posty: 983
Rejestracja: sob 28 sie 2010, 15:07
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

"Hayrik" fragment 2/3 (obyczajówka, post-apo, melodramat, spin-off, wprawka)

Postautor: gebilis » ndz 19 sie 2018, 21:53

MargotNoir pisze:Source of the post Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się zrozumieć, czym jest miłość. Za każdym razem czuję ją inaczej. Czasami czyni mnie silniejszą, czasami ciągnie w dół. Z niektórymi drogimi mi ludźmi wiąże mnie rozsądek, z innymi niemal szaleństwo. Bywają rozstania, które mnie przerażają i takie, przy których czuję to samo, co oglądając zachód słońca – pewna powrotu tak samo, jak wieczorem jest się pewnym poranka. Możliwe, że po prostu miłości jest wiele. Tyle, ilu ludzi znamy

Komp mi dzisiaj pada, więc nie dam rady odnieść się do całego tekstu (robię w tej materii kolejne podejście 00 ) a i długi tekst więc i tak nie przewałkuję go w całości. Jednak mała uwaga : Powyższy cytat wyłowiłam specjalnie. Ten tekst - to takie ble, ble w obyczajówkach i romansach, gdy autor nie wie od czego zacząć. Piszesz, że to ćwiczenie : więc zapamiętaj, nigdy nie moralizuj czytelnikowi na początku, bo zwykle czytelnik czyta początek i koniec- by ocenić czy warto to coś przeczytać - a taki tekst odrzuci od razu, choćby nie wiem jak pieknie było w środku, raczej początek zniechęci od razu.
MargotNoir pisze:Source of the post Wie, że nie ma się czego bać, bo z jej pogodą ducha nie zazna nigdy prawdziwego smutku. Mimo to, często się o nią boję.

Narrator to ty, czy ona? Bo tu się wszystko miesza. I watpię by wiedziała, że skoro jest optymistką, to smutku nie zazna = wyprostuj te zdania bo to lelum polelum.
A ciąg dalszy dodam, gdy komp zacznie być posłuszny :D .

Added in 2 hours 59 minutes 2 seconds:
No, poczytałam sobie - jeszcze nie wszystko, ale dobre to to. Naprawdę dobre... Jak przeczytam to wtedy coś wyskrobię (przeczytałam ponad połowę :roll:) - dalszy ciąg, za chwilę, albo jutro :mrgreen: :mrgreen:


Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 366
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Hayrik" fragment 2/3 (obyczajówka, post-apo, melodramat, spin-off, wprawka)

Postautor: MargotNoir » ndz 19 sie 2018, 22:06

Dzięki ogromne. Zawsze takie kobyły wychodzą i za nic nie chcą być krótsze. Tym bardziej dzięki za poświęcony czas i wszelkie uwagi :)



Awatar użytkownika
gebilis
Umysł pisarza
Posty: 983
Rejestracja: sob 28 sie 2010, 15:07
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

"Hayrik" fragment 2/3 (obyczajówka, post-apo, melodramat, spin-off, wprawka)

Postautor: gebilis » pn 20 sie 2018, 02:02

MargotNoir pisze:Source of the post Przygryzł kostkę wskazującego palca. Przez chwilę skubał dolną wargę, nim spytał:

Albo jedno, albo drugie. Razem trochę bez sensu...
No dobrnęłam do końca części pierwszej. I powiem tak - wstęp do zmiany, dalej podtrzymuję to co powiedziałam. Nie można czytelnikowi narzucać swego punktu widzenia - to powinno wynikać z treści, a nie z narzuconej wizji autora. Po drugie, po wstępie jest monolog. Ktoś mający czas przeczyta go, ale ktoś niecierpliwy prześledzi go wzrokiem - i - zgubi wątek. Dlatego należy monolog przepleść scenkami rodzajowymi, bo ojciec - żołnierz w tym momencie wypada jak przecinek a nie pełnowartościowa postać. Niby dalej jest w tekście o nim, ale tak jakoś mało przekonująco. Mimo uwag = tekst reprezentuje sobą wysoki poziom i aż się chce go czytać, jednak kilka rzeczy jest do poprawki, by był czytelniejszy :P
C.D.N. :D

Added in 53 minutes 36 seconds:
Przeczytałam, więcej uwag nie mam, poza jedną, chcę poznać zakończenie - albo dalszy ciąg jak jest. :)


Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz

Awatar użytkownika
Begied21
Pisarz osiedlowy
Posty: 235
Rejestracja: pn 19 lut 2018, 22:56
OSTRZEŻENIA: 1
Płeć: Mężczyzna

"Hayrik" fragment 2/3 (obyczajówka, post-apo, melodramat, spin-off, wprawka)

Postautor: Begied21 » wt 21 sie 2018, 17:33

MargotNoir, szczerze mówiąc, dla mnie ten tekst jest znacznie lepszy niż "Bez powrotu" - pierwszą cześć przeczytałem szybko (była wciągająca), tutaj musiałem trochę przeskakiwać początek, ale myślę, że to chyba najtrudniejsza pułapka czyhająca na pisarza - jako "opowiadacz historii" znacznie łatwiej i naturalniej pisać o tym, co było, a czytelnik chce wartkiej akcji lub dynamicznych zmian świata przedstawionego. Potem jest nieźle, tylko właśnie to, co pisał szopen, - strasznie obyczajowo i czytelnikowi obeznanemu w innych klimatach ciężko się czyta(co nie znaczy w żadnym razie, że jest na słabym poziomie). Dalej właście coś się dzieje - na plus dialogi oraz sytuacja z karabinkiem, a także zakończenie pozostawiajace niepewność. Tak poza tym, to po przeczytaniu kilku Twoich tekstów ów świat przedstawiony zyskuje na wartości - dosyć ciekawa kombinacja współczesnych struktur wojskowych z "lekkim, bezmutantowym" apo. Ten pierwszy tekst sugerował coś oklepanego, wręcz przewidywalnego, a okazało się zupełnie inaczej. Tekst zrobił na mnie pozytywne wrażenie, mimo, iż nie jestem "obyczajowcem" :)
Dodatkowe plusy to rozbudowana atrybucja dialogowa, która dobrze wyjaśnia sytuację...ja gdzieś słyszałem, żeby ją skracać maksymalnie, a to chyba nie jest właśnie najlepsza droga. Czy ja wiem, czy to takie rozwlekłe - chyba niee. Jesli się dłuży to w inteligentny sposób - z dodanymi szczegółami wpływajacymi na odbiór kawałka :)

MargotNoir pisze:Source of the post Jego ciało było cieplejsze, niż zazwyczaj, ale w jego głosie czaił się chłód.

Ogólnie raczej nie jestem kimś, kogo warto byłoby słuchać w temacie błędów zdaniowych, ale tu chyba jest coś nie tak :)


Jak to mawia święta Ziuta - olej risercz, daj uczucia...

Awatar użytkownika
Figiel
Pisarz domowy
Posty: 164
Rejestracja: śr 14 sie 2013, 11:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

"Hayrik" fragment 2/3 (obyczajówka, post-apo, melodramat, spin-off, wprawka)

Postautor: Figiel » wt 21 sie 2018, 20:21

Kupuję tę część opowiadania, choć odsłony rodzinne, to nie moja bajka, ale z czystej sympatii do Arama oglądam sobie jego różne twarze. Będzie, jak zwykle, o bohaterach:
Na początek o Yevie - na razie wysoko ponad poziom przeciętnej kobiety ( w świecie post-apo) nie wychodzi. Przynajmniej w sensie zachowań niebanalnych, choć przyciąga wrażliwością, ciepłem i mądrością kobiety młodej, ale już doświadczonej, a na dodatek posiadającej dobry wgląd we własne/ cudze uczucia i pragnącej zwykłej normalności. Liczę na nią w części trzeciej, może pokaże bardziej stanowczy rys.

Bardzo podoba mi się pogłębianie głównej postaci - ogląd jej charakteru i osobowości przez różne osoby. Zazwyczaj bohater jest taki, czy inny, z jakimiś tam odchyleniami ku wartościom skrajnym, ale dość jednoznaczny, jeśli chodzi o rdzeń osobowości. Aram jako postać jednoznaczny nie jest - raz widzimy wesołka luzaka, raz mężczyznę, który próbuje trzymać się wybranej drogi, z drugiej strony mężczyznę, który choć nie daje po sobie tego poznać, jest w konflikcie z własnymi pragnieniami. Na poziomie zachowań, Aram z jednej strony bardzo pewny siebie, z drugiej, jakby trochę spłoszony, onieśmielony w obcym, wolnym od żołnierki świecie.

Bardzo podobają mi się sceny z udziałem Arpi, są napisane bardzo obrazowo, naturalnie, zachowania są poziomem zgodne z wiekiem małej i naprawdę widzę ją - żywą, inteligentną, śmiałą osóbkę. W mojej wyobraźni ma roziskrzone oczy, kilka piegów i niesforne włosy, wymykające się z każdego uczesania.
Ujął mnie sposób poprowadzenia sceny, w której Aram uczy małą przydatnych technik ( że też się nie może powstrzymać:)) Świetny pomysł z wykorzystaniem jaszczurki, one potrafią nawet więcej. Ale poza tym, czego właściwie Aram uczy dziewczynkę? Wymykania się, ucieczki, na wszelki wypadek. Niby słusznie, bo świat w którym żyją nie jest bezpieczny, ale czy uczyłby ją tego samego, gdyby nie własne doświadczenia, z którymi przyjechał domu? Czasem odnoszę wrażenie, że bohater "zawłaszcza sobą" rzeczywistość bliskich.
Nie wiem, być może mam spaczone poczucie humoru, ale przy tym się uśmiałam:
MargotNoir pisze:Source of the post – Gdzie Arpi? – spytałam, zanim jeszcze zdążyłam zająć się zwierzętami.
Aram uśmiechnął się pod nosem.
– U siebie. Obiera fasolę. – Głową wskazał strych. – Obraziła się na mnie.
Odłożył robotę i wolnym krokiem ruszył w moją stronę. Wziął ode mnie lejce. Widziałam, że chciał odprowadzić wóz i oporządzić konia. Zatrzymałam go jeszcze.
– O co?
– A, takie tam. – Wzruszył ramionami. – Tak w ogóle to nie przestrasz się, jak ją zobaczysz.

Kontrast między najzwyklejszym "obiera fasolę" a "tylko się nie przestrasz" rozbawił mnie - dwoje dzieci nabroiło, starsze musi się przyznać i robi to z bagatelizującym zdarzenie wdziękiem i jedną nogą na progu, jakby co.
Yeva dostrzega tę "dziecięcą" stronę natury Arama, nawet o niej mówi. Zastanawiam się czy potrzebny jest tak oczywisty przekaz, bo przecież czytelnik też widzi. Ale może potrzebny, by go utwierdzić w przekonaniu, że dobrze widzi, bo postać złożona, i kto podejrzewałby twardego faceta o niedojrzałość oraz lęk przed zwyczajnością?
O wadzie wzroku nie wspomnę, bo aż się boję, że go rozłoży na łopatki.

Miałam podobny kłopot, jak przedmówcy - trudno jest przebić się przez bloki tekstu, tym bardziej na ekranie i wbrew chęciom wzrok zaczyna skakać po akapitach. Trzeba się naprawdę skupić, wiedząc, że tekst pomimo objętości nie szafuje słowami ot, tak.
Poza tym uważam, że ten fragment, to kawał dobrej roboty.



Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 366
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Hayrik" fragment 2/3 (obyczajówka, post-apo, melodramat, spin-off, wprawka)

Postautor: MargotNoir » sob 25 sie 2018, 22:01

gebilis pisze:Source of the post No dobrnęłam do końca części pierwszej. I powiem tak - wstęp do zmiany, dalej podtrzymuję to co powiedziałam. Nie można czytelnikowi narzucać swego punktu widzenia - to powinno wynikać z treści, a nie z narzuconej wizji autora. Po drugie, po wstępie jest monolog.

To mnie troszkę zmyliło.
Sądziłam, że "wstęp" to pierwszy blok tekstu, czyli wspomnienia Arpi. Piszesz, że po wstępie jest monolog - chodzi zatem o monolog Arama, czy Arpi, a wstępem są uwagi wstępne? Czy piszesz teraz o części 1 czy o tej?

Ogólnie zgadzam się, że tutaj Yeva na początku faktycznie trochę leje wodę i sadzi frazesy.

Begied21 pisze:Source of the post tutaj musiałem trochę przeskakiwać początek, ale myślę, że to chyba najtrudniejsza pułapka czyhająca na pisarza - jako "opowiadacz historii" znacznie łatwiej i naturalniej pisać o tym, co było, a czytelnik chce wartkiej akcji lub dynamicznych zmian świata przedstawionego.
Przyznaję bez bicia - nie umiałam zacząć.

gebilis pisze:Source of the post Dlatego należy monolog przepleść scenkami rodzajowymi, bo ojciec - żołnierz w tym momencie wypada jak przecinek a nie pełnowartościowa postać.

Sama często piszę to innym, a tu proszę... Dzięki :)

Begied21 pisze:Source of the post Ten pierwszy tekst sugerował coś oklepanego, wręcz przewidywalnego, a okazało się zupełnie inaczej.

Wybacz, że męczę, ale zależy mi na każdej opinii - mógłbyś napisać, co to było to "coś oklepanego, wręcz przewidywalnego" i, jeśli masz cierpliwość, co mniej więcej było "czerwonymi lampkami" wskazującymi, że dalej będzie znowu-to-samo? Domyślam się, ale byłoby super, gdyby ktoś z zewnątrz jeszcze pomógł się tej myśli skrystalizować.

Begied21 pisze:Source of the post Dodatkowe plusy to rozbudowana atrybucja dialogowa, która dobrze wyjaśnia sytuację...ja gdzieś słyszałem, żeby ją skracać maksymalnie, a to chyba nie jest właśnie najlepsza droga.

Cieszę się, że się podobało :) Naprawdę. Też często słyszę, że trzeba skracać, a ja osobiście takich tekstów nie lubię. Widocznie się nie znam, ale nie lubię i już. Czytając chcę poczuć, gdzie postać jest, co robi, zobaczyć jej mowę ciała. W samej wypowiedzi da się zawrzeć dużo emocji, ale nie wszystkie i dlatego faktycznie tych "didaskaliów" jest sporo. Cieszę się, że się podobało.

Begied21 pisze:Source of the post Tekst zrobił na mnie pozytywne wrażenie, mimo, iż nie jestem "obyczajowcem"


Tym bardziej mi miło.

Figiel pisze:Source of the post Kupuję tę część opowiadania, choć odsłony rodzinne, to nie moja bajka, ale z czystej sympatii do Arama oglądam sobie jego różne twarze


Skubaniec potrafi manipulować, nawet skłaniać do czytania tekstów zupełnie nie z Twojej bajki.

Figiel pisze:Source of the post Na początek o Yevie - na razie wysoko ponad poziom przeciętnej kobiety ( w świecie post-apo) nie wychodzi.

Może to brzmieć trochę jak obrona w stylu "wiem, że jest źle, ale mi się tak podoba i koniec", czyli praktycznie żadna to linia obrony. A może się uda? Spróbujmy.

Popatrzmy na Yevę z "wewnątrz" tamtego świata, z punktu widzenia głównego bohatera. Aram potrzebuje odpoczynku od swojej pracy, w jednostce ma dość barwnych postaci z charakterem, ślizgających się po granicy szaleństwa. Dla odmiany potrzebuje kobiety dość silnej, by nie wisiała na nim, nie prosiła go o kolejne powroty i dość bystrej, by było z nią o czym pogawędzić, ale na pewno nie na tyle wyjątkowej, by się w niej zakochać. Z jego punktu widzenia dobrze, że Yeva jest zwykła. Aram ma namiastkę domu - takiego z dziecinnych marzeń, które siłą rzeczy są schematyczne i proste.

Z punktu widzenia czytelnika, autora i historii: Yeva też nie musi być bardzo wyrazistą postacią. W każdym razie nie taki był zamysł. To miała być historia o miłości, ale nie między Aramem a Yevą. Tytuł jest wskazówką. "Iskrzyć" miało tutaj zupełnie gdzie indziej.

Figiel pisze:Source of the post W mojej wyobraźni ma roziskrzone oczy, kilka piegów i niesforne włosy, wymykające się z każdego uczesania.

Naprawdę bardzo miło się czyta takie uwagi. Za każdym razem pojawia się "Yesss, udało się!"

Figiel pisze:Source of the post Zazwyczaj bohater jest taki, czy inny, z jakimiś tam odchyleniami ku wartościom skrajnym, ale dość jednoznaczny, jeśli chodzi o rdzeń osobowości.

No właśnie zawsze pojawia się obawa, czy postać całkowicie się nie rozjedzie, nie wymknie spod kontroli. Dlatego też cały czas tak paranoicznie dopytujemy "ale jaki on jest w tej scenie", "jak to czytelnik rozumie", "jaki obraz się pojawia", żeby się nie okazało, że zamiast wielowymiarowego i pogłębionego portretu jednego człowieka zrobił się kompletny chaos. Ugh, trudne to. A pomoc jest nieoceniona.
Figiel pisze:Source of the post który choć nie daje po sobie tego poznać, jest w konflikcie z własnymi pragnieniami.

No i właśnie pojawia się w tym momencie pokusa niecnego wykorzystania dobroci komentatora. Mogłabyś rozwiną tę myśl?

Figiel pisze:Source of the post Niby słusznie, bo świat w którym żyją nie jest bezpieczny, ale czy uczyłby ją tego samego, gdyby nie własne doświadczenia, z którymi przyjechał domu? Czasem odnoszę wrażenie, że bohater "zawłaszcza sobą" rzeczywistość bliskich.

To źle czy dobrze?

Ogólnie (tutaj znowu wyprzedzamy trochę fakty) zamysł był taki, by pokazać Arama jako człowieka, którego obiektywna ocena własnych działań i przewidywanie ich długofalowych skutków nieco przerastają.

Ma techniczny umysł, ale on działa tylko przy pracy z konkretnym, dobrze znanym sprzętem. Gość nie potrafi przenieść tej umiejętności na świat "makroskopowy". Na dodatek Aram działa zawsze bardzo szybko, widzi tylko "tu i teraz" (co, jak słusznie zauważyłaś, ma ogromny wpływ na jego relacje z ludźmi).
Zazwyczaj od pomysłu do wcielenia go w czyn mijają milisekundy. Po drodze nie pojawiają się żadne "punkty kontrolne", jak chociażby pytania, czy to ma sens. Stąd blizna po oparzeniu, stąd ścięcie włosów. Stąd taka a nie inna reakcja na koszmar Arpi. Aram działa tak, jak czuje w danej chwili. Sam zaraz potem przyznaje, że nie wie, czy to miało sens. Na pewno też stąd bierze się zaobserwowane przez Ciebie "włażenie na głowę". Pomysły Arama wypływają bezpośrednio z jego uczuć i potrzeb. Nie są poddawane żadnej kontroli, jak choćby zadaniu sobie pytania, jak odbierają je inni i jak wygląda sytuacja z ich punktu widzenia.

Figiel pisze:Source of the post Yeva dostrzega tę "dziecięcą" stronę natury Arama, nawet o niej mówi. Zastanawiam się czy potrzebny jest tak oczywisty przekaz, bo przecież czytelnik też widzi. Ale może potrzebny, by go utwierdzić w przekonaniu, że dobrze widzi, bo postać złożona, i kto podejrzewałby twardego faceta o niedojrzałość oraz lęk przed zwyczajnością?

O, to też zawsze jest problem - jak sprawić, by pewne motywy były widoczne, a jednocześnie nie przewałkowane na wylot. Może faktycznie Yeva daje oczywistością prosto między oczy.
Figiel pisze:Source of the post O wadzie wzroku nie wspomnę, bo aż się boję, że go rozłoży na łopatki.

Ciągle się zastanawiamy, czy to nie przegięcie.
"Przeciw" są dwa argumenty. Po pierwsze wiarygodność (ale wada się pogłębia, więc na początku kariery mogła spokojnie pozostać niewykryta, a im dalej w las, tym bardziej w pracy Aramowi przydają się wiedza, doświadczenie i zdolności manualne, a coraz mniej dalekowzroczność). Po drugie "mężczyzna zakochany w micie o własnej wszechmocy stopniowo traci wzrok co zmusza go do konfrontacji z mitem o własnej wszechmocy" to cliche takie, że aż boli.
"Za" z kolej przemawia to, że motyw w osobliwy sposób pasuje do rozbieganej po całym spektrum i trudnej do uchwycenia natury Arama. Z jednej strony uwydatnia tendencję do bezmyślnego stawania okoniem nawet, jeśli przeciwnikiem są prawa natury, z drugiej daje mu możliwość stopniowego godzenia się ze samym sobą i szukania źródeł siły w czymś innym, niż bycie świetnym technicznie żołnierzem. Poza tym taki motyw powolnego odsuwania się od dawnego, wyidealizowanego siebie jest niesamowicie potrzebny do posplatania ze sobą wszystkich motywów, pragnień i emocji, które mają powodować głównymi bohaterami w "głównym tekście" (który jest teraz w kompletnej rozsypce).

Figiel pisze:Source of the post Kontrast między najzwyklejszym "obiera fasolę" a "tylko się nie przestrasz" rozbawił mnie - dwoje dzieci nabroiło, starsze musi się przyznać i robi to z bagatelizującym zdarzenie wdziękiem i jedną nogą na progu, jakby co.

:)

Figiel pisze:Source of the post Miałam podobny kłopot, jak przedmówcy - trudno jest przebić się przez bloki tekstu, tym bardziej na ekranie i wbrew chęciom wzrok zaczyna skakać po akapitach.

Bloki tekstu i lanie wody rzeczywiście można było ukrócić.

Jeszcze raz serdecznie dziękuję za opinie i polecam się cierpliwości nagabywanych o kolejne wyjaśnienia.



Awatar użytkownika
gebilis
Umysł pisarza
Posty: 983
Rejestracja: sob 28 sie 2010, 15:07
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

"Hayrik" fragment 2/3 (obyczajówka, post-apo, melodramat, spin-off, wprawka)

Postautor: gebilis » ndz 26 sie 2018, 09:33

Ponieważ czasami włącza mi się myślenie skrótowe (o czym sama zapominam :) ) moje komentarze nie są w pełni jasne, przepraszam. Więc od nowa: Ponieważ cz. 1 została dość dobrze rozłożona na czynniki pierwsze, ja dodam tylko moje wtrącenia = Zaczynać tekst od monologu to zabójstwo dla dalszej części - gdyby jeszcze ten monolog był krótszy, przeplatany wspomnieniami obrazami, to może być, ale u ciebie to monolit bez cienia oddechu na zastanowienie. Lecisz z tekstem pokazując coś, co jednak nie jest odbiciem myśli Arpi, a raczej jej przemówieniem i tu tekst bardzo traci.
Aram - facet to facet, on nie rozczula się nad słowem , on wali prosto z mostu co mu leży na sercu lub w duszy gra. A u ciebie? Ględzi, rozmyśla i co gorsze zwierza się. Tak jak mówili moi przedmówcy: facet mówi zdaniami krótkimi ale pełnymi treści, on nie myśli co by było gdyby... i tym się różni jego wypowiedź od wypowiedzi kobiety.
"On sam raczej w to nie wierzy, tylko tak sobie ględzi, pewnie żeby się wydawać bardziej interesującym, chociaż faktycznie czasami ciężko się nie zacząć zastanawiać." - Tak by żaden facet się nie wypowiedział możesz mi wierzyć.
Albo to: "U nas też bywa ciepło, ale zawsze jest jakieś drzewko, górka dająca cień, strumyk, jeziorko albo kępka trawy, a tam nic, wbij zęby w ścianę, piach i kamulce jak okiem sięgnąć, ja nie wiem, jak ludzie mogą tak żyć." - usłyszałaś takie zdanie lub podobne od jakiegoś faceta? Albo to "bo już nie mogłem się doczekać pierwszej nocy na normalnej, miękkiej ziemi i okazji, żeby wreszcie naprawdę zmarznąć, " - facet marzący o miękkiej ziemi...
Czyli - facet, to zdania krótkie, dosadne, nawet przekleństwa - ale te podkreślają emocje, a nie są same w sobie ozdobnikiem w lawinie innych słów.
Cz.2 Jak wspomniałam wcześniej - wstęp do bani. Nic nie mówiący i do rozbija jedność z tekstem nr 1. Potem znów monolog - za dużo tych monologów - rozpraszają czytającego a nic nie wnoszą do treści - poza streszczeniem - a to powinno być opowiedziane = powinno działać na wyobraźnię czytelnika, a nie zakłócać jego tok myślenia. I ojciec żołnierz - jego cień a nie on sam snuje się po tej opowieści. On jest, ale taki nikły jakby go nigdy nie było. Nie ważne, że dziecko go nie pamięta (choć dość dużo fragmentów o nim napisane), to jednak jego postać powinna przewijać się w treści by ubarwić opowiadanie - a nie pojawiać się i znikać, jak jakiś przerywnik.
I podsumowując: tekst bardzo dobry, jednak wymaga jeszcze pracy i losy bohaterów wciągnęły mnie tak bardzo, że chcę poznać ich dalsze losy (to znaczy to co autorka o nich wymyśli :) ) Tekst wart zachodu, jednak wymaga jeszcze przekształceń. Ale jest dobrze :!:
Ostatnio zmieniony ndz 26 sie 2018, 09:58 przez P.Yonk, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: dubel


Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość