Aktualnie brak pomysłu na temat:(

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Aktualnie brak pomysłu na temat:(

Postautor: Mazer » czw 20 wrz 2007, 08:33

Po dwóch godzinach oporu w głównym korytarzu, zostaliśmy zepchnięci do ostatniej jaskini kompleksu. Cień szansy tlił się gdzieś w oddali. Problem jednak polegał na tym, że z prawie pół tysiąca wyszkolonych żołnierzy została nas garstka, ledwie szesnastu, szóstka magów, gdy na początku było ich dziesięć razy więcej i piątka kuszników, również namiastek ilości z rozpoczęcia bitwy. To zdecydowanie za mało na napierające siły Gładkoskórych. Każdy z nas o tym wiedział, lecz żaden nie odważył się powiedzieć tego głośno. Strach w naszych ustach oznaczałby śmierć od braci, śmierć haniebną, kalającą nazwisko całej rodziny na wieki. żaden nie przyznał się do lęku.

- Grush-Or!- krzyknąłem do siostrzeńca, stał po mej lewicy. Nawet na mnie nie spojrzał, mruknął cos jedynie- Damy im radę! Damy im radę!!! Bracia damy im radę!!!! AAAGGGHHHHHRRRR!!!

Jak jeden mąż z naszych gardeł wyleciał przerażający ryk, mrożąc strachem krew w żyłach. Ale nie naszą. Nasza krew była gorąca, wręcz gotująca się, to krew wroga już nie płynęła, nie tętniła życiem. We krwi przeciwnika panowała jedynie obawa i panika. Choć mieli nad nami znaczną przewagę, to i tak bali się podejść do nas na bliskość wystrzału bełtów. Zdawali sobie też niestety sprawę z tego, iż nasi magowie są już wyczerpani długim miotaniem pocisków, leczeniem rannych, że nie mają w sobie tyle energii, co kilka godzin temu. Wiedzieli o tym i dlatego trzymali się na optymalnej granicy zasięgu bełtów i śmiercionośnych pocisków magów.

- Co robimy? Będziemy tu czekali do usranej śmierci?!- ktoś rzucił pytanie z głębi- Wyjdźmy do nich, pokażmy na co nas stać!

- Oni doskonale wiedzą na co nas stać. Od wielu lat już o tym wiedzą i dopiero teraz się zebrali w sobie, dopiero teraz sprzymierzyli się w wojnie przeciw nam wszyscy razem, zakopali między sobą topór wojenny, a wykopali go nam...- nasz dowódca mówił spokojnie, bez nerwów, emanowało od niego opanowanie. Ja zdołałem dostrzec żyły na jego czole, jak pulsuje w nich krew, dostrzegłem tę złość, chęć wybiegnięcia naprzeciw nieprzyjacielowi i rozłupania kilkunastu czaszek. Dostrzegłem to- My możemy teraz jedynie się chować za skałami i czekać.

- Ale my nigdy się nie chowamy! To jest hańba!

- Teraz musimy, teraz...tylko teraz...Wiedzcie jednak, że gdy nadejdzie ta jedyna chwila, wybiegniemy!!! Staniemy ponownie do walki...!!!- ryczał coraz głośniej, przegonił spokojny ton i choć nieruchomo tkwił przyklejony do skały, to miażdżył powietrze swym głosem- Rozłupiemy ich, zgnieciemy w pył!!! Będą o nas śpiewać hymny!!! Jak w garstkę pokonaliśmy setki!!!- zamilkł. Nagle.

Echo niosło jego słowa aż do wyjścia. Widziałem, jak Gładkoskórzy spojrzeli na siebie, wzdrygnęli się. Choć odległość była znaczna, ujrzałem strach w ich oczach, wyczułem ten smród, bojaźń przed naszą siłą. Może i było nas za mało, by ich pokonać, ale było w nas dużo siły, by podłamać w nich chęć do kolejnych starć. Niech zobaczą, że nawet tak niewielu potrafi zabić tak wielu.

- Musimy ich wyczekać- mruknął do mnie Grush-Or- Spokojnie, bez pośpiechu, musimy...- siedzieliśmy na pierwszej linii. On trzymał w dłoniach kuszę, ja ciężki, dwuręczny miecz. Stanowiłem jego straż. Każdy ze strzelców musiał mieć przy sobie takiego obrońcę. W razie, gdyby przyszło do bezpośredniego starcia ochroniarz stanowił doskonałą zaporę i dawał możliwość ciągłego wypluwania bełtów.

Jaskinia była wysoka, szeroka, lecz nie miało to większego znaczenia. Mimo znacznej powierzchni, Gładkoskórzy nie mogli nas okrążyć, doskonale wiedzieli, że który by się nie zbliżył czekała go śmierć z bełtem w brzuchu, bądź spalenie ognistym pociskiem. My tkwiliśmy przytulenie do ściany, bezpieczni od tyłu, przyczajeni za skałami. Kryjówka jednak stwarzała jedynie iluzję schronienia, w razie masowego ataku, byliśmy bez większych szans. Gładkoskórzy jednak zbyt cenili swoje życie, by dopuścić się na nas szturmu. Gdyby zdecydowali się na taki krok, wielu spośród nich nie ujrzałoby już światła dziennego. A oni tak bardzo je kochali.

I tego właśnie w nich nigdy nie mogłem zrozumieć.

Ja też miłuję świat, moje życie jest dla mnie bardzo cenne, ale gdy wyruszam na wojnę, zdaję sobie sprawę z nadchodzącej śmierci. Z przejściem na tamten świat jestem już pogodzony w chwili, gdy chwytam miecz w dłoń. Broń w ręku oznacza walkę, a walka widmo śmierci, to jest dla mnie oczywiste, drugie wynika z pierwszego. Wolę zginąć niż okryć się hańbą ucieczki. A Gładkoskórzy? Oni przeciwnie. Co rasa, to inne obyczaje, trzeba to tolerować, oni nie rozumieją nas, my ich, życie po prostu...a życie rodzi wojny.

Czekamy. Oni naprzeciw nas. Strach, odwaga, chęć walki i ucieczki wypełniają grotę. Czasem świst lecące bełtu i trzask, gdy rozbija się o skałę, ewidentna oznaka, iż nie doleciał do celu, miękkiego ciało. Oni stoją wciąż w bezpiecznej odległości, poza naszym zasięgiem. Nikt nie podejmuje zdecydowanych kroków.

Spokojnie obserwuję otoczenie, może uda mi się odnaleźć jakiś sposób. My, skryci za skałami, oni niecałe dwie setki kroków przed nami, a pomiędzy pusta przestrzeń. Szlag! Nigdzie żadnych załamań, wnęk tylko gładkie ściany prowadzące wprost do głównego tunelu, gdzie rozegrała się parę godzin temu prawdziwa masakra. Mieliśmy w ogóle szczęście, że chociaż tutaj znalazło się tych kilka skał, za którymi mogliśmy schować nasze dupska. Nie będziemy jednak ich mogli chować wieczność.

Dopiero teraz, po baczniejszym przyglądnięciu się, zauważam, że około trzydzieści metrów ponad naszymi głowami zaczynają się półki skalne. Jest to co najmniej zaskakujące odkrycie. Byłem przekonany, iż ściany groty są gładkie, połyskujące blaskiem grudek platinetu aż do samego sufitu. Okazuje się, że półki biegną w głąb sali, prawdopodobnie aż do samego głównego korytarza. Dlaczego wcześniej ich nie zauważyłem? Teraz wszystko wygląda, jakby ktoś specjalnie wygładził zbocza do ściśle określonego poziomu, a dalej wydrążył wnęki. Co jest jeszcze wyżej, nie wiem, nie widzę w ciemnościach. Tu, na dole, panuje łagodny mrok, dzięki połyskującemu platinetowi.

- Też nad tym myślisz? Niestety...- dowódca zwrócił się do mnie szeptem, również obserwował półki. Zawsze służyłem mu radą w trudnych sytuacjach.

- Niestety są za wysoko, by się na nie wdrapać...ale gdyby tak wystrzelić tam bełty z linami? Może udałoby się jakoś tam dostać.

- Tak, tylko Gładkoskórzy nas dostrzegą.

- A jeśli magowie zrobią nam zasłonę?- do rozmowy wtrącił się syn mego nieżyjącego brata- Mogą przecież ciskać zaklęciami ognia w Gładkoskórych, żeby wywołać chaos, wtedy my szybko i cicho jakoś dostaniemy się na górę- mówił to z takim zapałem, że widziałem go już wspinającego się na ścianę. Był bardzo podobny do swego ojca, energiczny, chciał natychmiast działać, nie lubił czekać.

- To nie jest głupie. Hej, Garn-Okh-Ankh, podejdź tu- dowódca krzyknął do Naczelnego maga. Dziwne, że w ogóle jeszcze żył, Naczelni zawsze ginęli na początku bitwy, a on trzymała się do teraz. Cholerny szczęściarz- Jest plan, ryzykowny...

Garn-Okh-Ankh na przemian marszczył brwi, to znów chytrze się uśmiechał. Był jednym z tych magów, którzy musieli się dopiero wypowiedzieć otwarcie, by otoczenie wiedziało, co myślą, wcześniej nie było szansy na odkrycie ich myśli. Poza tym, o jego odmienności od innych, stanowił fakt, iż wolał otwartą walkę, nie lubił się chować za przednią armią, stawać gdzieś w środku i w bezpiecznym skupieniu mamrotać zaklęcia. Wychodził zawsze na przód, stawał na czele kolumny i walił pociskami na lewo i prawo, aż ziemia drżała. Powtarzał, że gdy widzi bezpośrednio wroga przed sobą, jego czary zyskują na sile. A przy tym ryk, jaki z siebie wydawał, to była moc prawdziwego Orka szamana. Dzięki takiemu zaangażowaniu szybko awansował na stopień Naczelnego.

- ...rozumiesz?

- Tak- przytaknął, ale natychmiast spojrzał na nas z wątpliwościami- Plan jest o tyle prosty w teorii, co trudny do wykonaniu.

- Wiem, ale wiem też, jacy są Gładkoskórzy- dowódca starał się przekonać maga do pomysłu- Oni są gotowi nas tu przetrzymać jeszcze pięć dni, a jeśli będzie trzeba to i dwa tygodnie. Myślą, że mamy dwa wyjścia, albo wezmą nas na głód i wtedy zaatakują, kiedy będziemy słabi, albo sądzą, że my pierwsi ich zaatakujemy, kiedy czekanie nam się znudzi i kiedy tylko wychyniemy zza skał wytłuką nas strzałami.

- Są przekonani, że Orkowie, umieją tylko machać mieczem- siostrzeniec syknął, zerknął w stronę wroga- a my potrafimy jeszcze kombinować- ledwie mógł usiedzieć na miejscu. Chęć pokazania do czego jesteśmy zdolni, pokazania im naszej prawdziwej mocy prawie go rozsadzała.

- Myślą, że mamy tylko dwa wyjścia, a my znaleźliśmy i trzecie.

- Cóż- westchnął Naczelny- Wiecie doskonale, że mi śmierć nie jest przyjemna, ale się jej nie boję, mimo wszystko kiedyś byłem taki jak wy, walczyłem bronią- wstrzymał oddech- Teraz jestem jednak magiem, zmieniłem się. Chcę żyć, chcę zobaczyć jeszcze niebo, trawę, chcę...z drugiej strony też chcę skopać dupska tym pachnącym czystością pchlarzom. Możecie na mnie liczyć, nie wiem, jak pozostali- zerknął ukradkiem na kompanów ze szkoły magii. Tkwili w skupieniu przy skałach, nie drgnęli nawet. Choć poczuli spojrzenie Garn-Okh-Ankh’a nie dali tego po sobie poznać- Muszę się z nimi naradzić.

Odszedł schylony. Ledwie mieścił się za szczytami głazów. Jego zielona peleryna, teraz osmolona ogniem walki, poszarpana, lekko powiewała niesiona przeciągiem jaskini, odsłaniając wielkie, umięśnione ciało, kolejną różnicę od pozostałych magów. Tamci, zawsze skupieni na poznawaniu coraz to nowych tajników magii, nie mieli czasu na pracę nad ciałem. Natomiast Garn-Okh-Ankh w młodości tkwił w szkole żołnierskiej, dopiero po kilku latach wybrał ścieżkę czarów. To mu pozwoliło stać się najpotężniejszym magiem również pod fizycznym względem.

Zebrali się teraz razem, cała szóstka. Garn-Okh-Ankh górował nad nimi, mógł swobodnie stanowić dla nich kolejną skałę. Kucnęli, płaszcz każdego opadł na ziemię, boki naciągnęli na ramiona, schowali głowy. Scalili się w całość, z której wystawały jedynie pojedyncze laski dzierżone w dłoniach, ich berła. Tkwili w takiej pozycjach kilka minut.

Ja w tym czasie rozmyślam nad tym, co nam da wejście na półki. Z jednej strony, będzie to element zaskoczenia, ale z drugiej, ile Gładkoskórzy mogą być oszołomieni takim zwrotem akcji? Ilu z nich zdołamy wybić, nim obudzą się z osłupienia? Z trzeciej, jeśli nie podejmiemy jakiegoś działania na pewno zginiemy, a tak przynajmniej mamy szansę na wyprawienie jeszcze kilku Gładkoskórych na tamtą stronę.

- Niechętnie na to przystanęli, ale zgadzają się, nie mamy innego wyjścia- Garn-Okh-Ankh przedstawił dowódcy zdanie reszty magów- Tylko jak to będzie wyglądało? Sami nie zdołamy ich powstrzymywać dłuższy czas, musimy mieć pomoc.

- Wy wyjdziecie za skały, zaczniecie miotać tym, co tylko wam w głowie siedzi, weźmiecie ze sobą kilku żołnierzy, dla ochrony, reszta będzie się wspinać. Tylko taki plan mam w głowie, to musi się udać, innego nie mamy.

- Hmmmm, lepszy taki, niż żaden. Kiedy zaczynamy?

- Natychmiast- zawyrokował siostrzeniec.

Tyle było gadania.

Byliśmy rozdzieleni w kilku grupkach, po trzech, czterech w każdej. Jedni siedzieli oparci plecami o skałę, inni naprzeciw, co chwila wystawiali głowy w nadziei na dostrzeżenie jakiejś skromnej przynajmniej szarży wroga, w nadziei na rozpłatanie paru czerepów.

Dowódca spokojnie chodził między żołnierzami, przekazywał im plan działania, bez pośpiechu, by Gładkoskórzy nie zorientowali się o naszych zamiarach, że coś kombinujemy. W obozie nie zaszła praktycznie żadna zmiana w zachowaniu, nadal panowało milczenie. Jedynie kąciki ust każdego Orka lekko uniosły się ku górze, skrywane w ruchach ciała podniecenie wybuchło w oczach, wręcz rozpaliło wszystkich do walki. Ale dalej siedzieliśmy, czekając na powrót dowódcy na swoje miejsce, aż da sygnał.

Po obejściu wszystkich, wrócił do mnie, mruknął coś do siebie i kiwnął głową. Nie umawialiśmy się na żaden gest, jednakże każdy nas wiedział, że właśnie nadeszła chwila. Magowie, wraz z kilkoma miecznikami, powstali, wyszli przed skały. Kroczyli z majestatem, dumnie uniesionymi głowami, wolno, pewni siebie. Zdawali sobie sprawę, że to może być ich ostatni pojedynek.

Stanęli w rzędzie, około dwóch metrów przed skałami. Gładkoskórzy nie zareagowali, prawdopodobnie sądzili, że to jakaś prowokacja, siedzieli spokojnie, oparci plecami o siebie. Dopiero, gdy z lasek magów zaczęła unosić się ognista poświata, znak czarowania, poczęli panikować. Wiedzieli doskonale, że nie dosięgną ich ogniste kule, ale i tak mieli pełno strachu w spodniach.

Garn-Okh-Ankh wyszedł na czoło kolumny, pierwszy rzucił pocisk, następni szybko poszli za jego przykładem, po kolei. Jako, że nie mieli w sobie już tyle energii, by rzucać czarami bez przerwy umówili się, że gdy jeden kończy, drugi zaczyna, na przemian. I tak, za jednym strzałem, leciał drugi, trzeci, czwarty. Po chwili do tego wszystkiego doszedł jeszcze przerażający ryk, wręcz skowyt zarzynanego zwierzęcia. Garn-Okh-Ankh rozpoczął swój śpiew bojowy. Nas napełnił odwagą, dopełnił nasze serca wolą walki aż po same brzegi, a Gładkoskórych wprawił w absolutne otępienie lękiem. Widziałem, jak ukradkiem zerkali ku górze, myśląc, że lada moment sufit groty się zawali, że ściany zaczną pękać. Widziałem, jak rzucali na siebie spojrzeniami, czekając który pierwszy zacznie uciekać, który pierwszy da sygnał do masowego wycofania się. A magowie odkrywali w sobie coraz to nowe pokłady siły i z coraz większą mocą ciskali płomieniami w ten pachnący czystością motłoch. Bojowe okrzyki przeniosły się także na żołnierzy, ochronę magów. Każdy z nich ryczał ze wściekłości, machał toporami, mieczami, pluł złością i chęcią walki. Wpadli w absolutny szał, nic ich teraz nie mogło powstrzymać, byli jak maszyny do zabijania, niechby tylko któryś się do nich zbliżył.

Gęsty dym zaczął wypełniać grotę. Dowódca uznał, że to najlepszy moment na działanie. Machnął ręką, pozwolił kusznikom wystrzelić bełty z linami. Spojrzałem na siostrzeńca. Ujrzałem w jego oczach wątpliwości. Wiedziałem, co myśli. Ten sam wyraz twarzy wiele razy malował się na obliczu jego ojca. Czuł w sobie moc, pragnął teraz stanąć w szeregu z magami i żołnierzami, pragnął walczyć. Ale wiedział, że nie może, doskonale zdawał sobie sprawę, że przeciwstawienie się rozkazowi dowódcy oznaczało jedno. Dlatego wycelował w brzeg półki skalnej i...

- AGGHHHHHRRRR...- padł na ziemię ze strzałą w szyi. Tuż obok niego padło jeszcze kilku z naszych.

Z przerażeniem przerzuciłem wzrok na półki. Byli tam Gładkoskórzy, widocznie oni wcześniej wpadli na ten sam pomysł co my. Byliśmy za wolni o tych kilka minut. Nie mogli otoczyć nas na ziemi, więc zrobili to z góry. Udawali, że siedzą, nie działają, a tak naprawdę podchodzili nas cichaczem.

- Podstępni pchlarze- dowódca syknął do mnie. Wyciągnął strzałę z ramienia. Rana tylko go rozwścieczyła. Spojrzał mi w oczy, nic nie powiedział, nie musiał- AAAAAAAAAAA!!!- do ryku Orków przed skałami doszedł jeszcze jego. Wyrzucił miecz przed siebie, zrzucił płaszcz i popędził do przodu. Nie patrzył na krew tryskającą z ramienia, nie czuł bólu, czuł jedynie wściekłość- Bracia! Do ataku!

Nie trzeba było powtarzać. Jak jedno ciało ruszyliśmy natychmiast na wroga. Ta garstka z wielkiego wojska, tych kilku wojowników z szalonym rykiem na ustach pędziło teraz na Gładkoskórych. żaden z nas nie zastanawiał się nad tym, że przed nami stoi przeważająca siła, że ponad naszymi głowami latają strzały i bełty. W głowach mieliśmy tylko obraz walki, w myślach już machaliśmy mieczami i toporami, już widzieliśmy spadające ciała Gładkoskórych. Po drodze dołączyli do nas jeszcze magowie i ich ochrona. Jedni z wyciem gnali, drudzy ciskali płomieniami. Maszyna Orków brnęła z mozołem, by zabijać.

Nigdy nie czułem takiej siły w sobie. Nigdy. Choć bitwa trwała już kilkanaście godzin, choć w momencie odpoczynku ledwie czułem ramiona i z trudnością podnosiłem broń, tak teraz, w chwili przypływu nienawiści, doznałem kojącego przypływu energii. Już nie widziałem ścian groty, nie czułem pędu powietrza na policzkach, nie słyszałem bojowego ryku braci. Byłem tylko ja, cisza i wróg. Nagle wszystko, co mało istotne zniknęło, utonęło w otoczeniu. Nagle skupiłem się wyłącznie na mym mieczu i tym, co miecz ma rąbać. To było, jakbym wszedł na marchewkowe pole i bez problemu wyrywał nać za nacią z ziemi. żaden Gładkoskóry nie stawiał oporu, ostrze gładko przecinało kolejne ciała, ciepła krew ozdabiała mą skórzaną zbroję, co chwila wlatywała mi do ust, czułem jej gorycz. Każdy kolejny cios, miast odbierać mi energii dodawał jej. To było właśnie to.

I nagle wszystko się skończyło.

Nagle upadłem na kolana, wypuściłem oręż i zaryłem twarzą w ziemię.

Nie bolało, poczułem jedynie dziwną miękkość trawy, jakbym spadł na łąkę. Otworzyłem jeszcze oczy i zobaczyłem setki nóg. Pomyślałem wtedy, że zadeptają biedne kwiatki. Opuściłem powieki. Ujrzałem ciemność.

I nie było już nic.



Awatar użytkownika
Ninetongues
Pisarz pokoleń
Posty: 1073
Rejestracja: ndz 28 maja 2006, 19:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Ninetongues » czw 20 wrz 2007, 09:25

Hy hy hy hy hy... Zadepczą biedne kwiatki... Ork martwiący się o kwiatki... He he he he...



[Przestaje rechotać]



Okej.

Generalnie nie jest strasznie. Coś się dzieje, jest jakiś koncept, zostajemy wrzuceni od razu w środek akcji... Jest w porządku.



Styl masz trochę toporny (toporny - chwytasz?). Od czasu do czasu wrzucasz takie zgrzyty jak

Autor pisze:bezpieczni od tyłu


A to kłuje w oczy.



Końcówka nieszczególna. Zwrot akcji i pogrom jest w OK ale te kwiatki mnie zdjęły. No i Kononowicz na sam koniec: "I nie będzie niczego".



Zmieniłbym cały ostatni akapit.



Pozdrawiam



Awatar użytkownika
Lan
Imperator
Imperator
Posty: 2867
Rejestracja: ndz 26 lut 2006, 11:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Lan » pt 21 wrz 2007, 09:56

Pomysł: 4-

ciekawie pomyślane. akcja przedstawiona od strony orków (sama kiedyś myślałam o takim zabiegu), jednak końcówka rzeczywiście chybiona.

No co wy, Warcrafta nie czytali? XD - Winky



Styl: 3=

miejscami toporny. poza tym nie budzi emocji, nie przekazuje nam ani odrobiny odczuć "skazanych" na porażkę orków.



Schematyczność: 4



Błędy: 3

(niestety nie mam czasu wypisać)



Ogólnie: 3

niestety przez styl i warsztat twój tekst do mnie nie przemówił, a pomysł był fajny. po przeczytaniu chciało mi się zaśpiewać "a miało być tak pięknie...". jest jednak na to rada - ćwicz!


"Rada dla pisarzy: w pewnej chwili trzeba przestać pisać. Nawet przed zaczęciem".

"Dwie siły potężnieją w świecie intelektu: precyzja i bełkot. Zadanie: nie należy dopuścić do narodzin hybrydy - precyzyjnego bełkotu".

- Nieśmiertelny S.J. Lec


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości