Kto otrzyma brązowy medal?
Bitwa nr 19: B v E TRWA!

Temat: Bitwa, która wygrała sama siebie

Ilość ocen na ten moment: 4.
Przyjmowanie ocen trwa do 21.08.2018 godz. 23:59.

[WW] Dychotomia (post-apo)

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Begied21
Pisarz domowy
Posty: 166
Rejestracja: pn 19 lut 2018, 22:56
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

[WW] Dychotomia (post-apo)

Postautor: Begied21 » pn 30 lip 2018, 02:24

Dychotomia

Czytałem dziś paszkwil, który rozlepiono w IV Dystrykcie. Kończy się tak: „Szatan mnie nazywa nowotworem w pępku, Wszą Nieskończoności - zwą mnie dawne bogi.”
„Gyubal Wahazar” – Stanisław Ignacy Witkiewicz



Niech na moim grobie zakwitną astry i białe lilie, jeszcze sprzed Zamroczenia! Niech urosną jako stalaktyty nieba na żyznej krwi naszych dziewic; niech zamkną farmy ziemniaków i każą hołocie wyjść przed szereg! Koła mojego rydwanu zmiażdżą ich czerepy, a ich krzyki słyszeć będą wszystkie moje pokolenia! Tego dnia bowiem zrzuciłem z siebie Szatę Popiołów, która okryła moje królestwo, okruch ziemskiego raju. Mój dawny bunt teraz jest jedyną władzą. Któż z tych pachołków się sprzeciwi! Hajda na koń, niech gna! Niechaj wyciągają kadzidła, niechaj palą wszystko co ziemskie. Wraz ze mną spłonie kolor! Stałem się płomieniem gorąca, lichtarzem nienawiści przyobleczonym w miłość.


Tak oto mogę umierać spokojnie, gdyż za życia stałem się Wszystkim - i Wszystko jest we mnie splecione.


***

Tego dnia niebo przypominało stal łodzi podwodnych – oderwane stratusy wyglądały niczym fragmenty ogromnej tarczy. Zamilkł nawet wiatr; jeszcze wczoraj dmący i porywisty, dziś już tylko muskał skórę przechodniów. Okoliczne budynki zdawały się pływać w przezroczystej mgle, zaś granatowy wieżowiec w kształcie ćwiartki piramidy sprawiał wrażenie zwielokrotnionego. Jak gdyby z każdego okna wyzierało czyjeś czujne spojrzenie. I taka właśnie aura przesądziła o spóźnieniu Marcina Forezego do pracy. Pospiesznie nałożył na siebie wodoodporny fartuch. „Niczym cerata” – rzuciło mu się w oczy.


Już od samego wejścia czekała na niego sterta blach do umycia. Góra brudnych naczyń była dziełem kucharzy, uwijających się po kuchni niczym wielkie, białe mrówki. Każdy kąt tej wielkiej sali precyzyjnie zaplanowano. I znalazło się tam też miejsce dla Marcina. Na zmywaku.


- Cześć – zaczął Forezy, gdy tylko wszedł na kuchnię.


- Cześć, cześć – odparło mu echo jego własnych słów. Każdy pochłonięty był typową dla siebie czynnością – siekaniem czerwonej papryki w równiuteńką kostkę, lub dopieszczaniem liści sałaty położonych już na talerzu, kreśląc fantazyjne wzorki sosami.


Nastrój udzielił się wszystkim; monotonny, przewlekły spokój. Nie wróżyło to najkrótszego popołudnia.


Wyjmując telefon z kieszeni dresów, spojrzał wpierw na Messengera. Trzy wiadomości od Aleksandra „Itryny” Itrynowicza. Napisał, że wpadnie o czternastej z jakąś nową dziewczyną. „A niech wpada. Ciekawe tylko, czy wejdą jako klienci, czy tylnym wejściem. Oby to drugie.” – pomyślał.


Zobaczył ich po chwili – siedzieli przy dwuosobowym stoliku, praktycznie przy samym kontuarze. Rzucił mu porozumiewawczy uśmiech, lecz Itryna był zbyt zajęty by odpowiedzieć. Zabawiał tamtą dziewczynę. „Wysoka i szczupła. I w czarnych obcasach. Wypacykowana. Gdyby tylko wiedziała…! Ale się nie dowie.” Pod dłuższej chwili Aleksander dostrzegł ostrzegając sylwetkę Marcina we wnęce. Forezy wykonał ruch ręką ku sobie – jego kolega dobrze wiedział, co to oznaczało. Zaproszenie. Musiał jednak wejść od zaplecza. Nie mogli rozmawiać przy kontuarze, miejscu wydawania potraw.


- Idę na przerwę.


- Dobra, dobra…się uwijaj!


Pognał niewielkim korytarzykiem, biegnącym tuż obok obydwu wind. Przyjazny uśmiech ochroniarza dodał mu nieco otuchy.


- Elo, stary – usłyszał jeszcze przez otwierające się drzwi.


- Siema – odparł Forezy. Dziewczyna trzymała się blisko Itryny, a teraz jeszcze zmniejszyła dystans. „Rozpoznaje przybysza. Widać, że przezorna. Chce wiedzieć, czy tamten nie zadaje się z frajerami.” – pomyślał natychmiast.


Powiało chłodem. Wiatr nabrał na sile. Cała trójka schowała się nieco w głąb wiaty, zajmując miejsce przy betonowym filarze.


- Kamila jestem – podała mu dłoń. Dostrzegł wiśniowoczerwony lakier na jej paznokciach.


- Marcin.


„Wyglądała, jakby miała się ukłonić. Klasycznie, w typie Itryny. Skoro na tyle szanuje jego znajomych – to co dopiero jego.” – pomyślał Forezy.


- Olek mówił mi, że długo już tutaj… - nie dokończyła. Syreny huknęły niczym grom z jasnego nieba. Marcinem wstrząsnęło na moment, Kamila zatkała uszy; jej chłopak tylko obrócił głowę w stronę dźwięku.


- Kurwa! Miałeś rację!


- Co się dzieee.. – syreny znowu zajęczały. Kamila oparła głowę o filar, skrywając twarz za gęstwiną czarnych włosów. Itry złapał ją za rękę. Forezy przed oczami miał wielki, migający na czerwono komunikat. „Ogłaszam alarm dla miasta Warszawa! Ogłaszam alarm dla miasta Bydgoszczy! A więc tak to kiedyś było! Kurwa, co teraz!”


- Dawaj! Idziemy do ciebie! – wrzasnął Itryna.


- Musimy przebiec most! Szybko! – dodał Marcin. Ruszyli natychmiast, gdy jeszcze cześć napotkanych osób zadzierała wysoko głowy, oczekując zagrożenia właśnie z tamtej strony.


Grupki młodych kobiet stały zdezorientowane najdłużej. W końcu ukonstytuował się kierunek ruchu – wzdłuż mostu. Na szczęście tamci byli już w połowie drogi. Zbliżali się teraz do najbardziej zatłoczonego węzła komunikacyjnego.


Ludzie masowo wylegli z kamienic; panował rozgardiasz nie do opisania. Wszystko pulsowało, jakby wiedząc, że to ostatnia chwila przed śmiercią. Zwierzęta potrafią wyczuć trzęsienie ziemi na kilkanaście godzin wcześniej – być może jednak epicentrum emocji ludzkiej położone jest nieco niżej i reaguje tylko na silne wstrząsy. Być może. Każdy z osobna dobrze wiedział, że to jest właśnie to. Że tak. I w ten, a nie inny sposób. Nie było z czym – ani z kim – się spierać.


Tłum napierał jak bezkształtna masa, gnając bezmyślnie przed siebie. Matki niosły na rękach swoje dzieci, próbując uchronić je przed nawałą. Samotne staruszki nie miały szans. Marcin wyprzedził na moment Olka – między nimi znajdował się Hindus w białej koszuli. Forezy odwrócił się na moment. Akurat, gdy Kamili podwinęła się noga. „Za wysokie obcasy.” – pomyślał. Itry nieświadomie rozluźnił uchwyt, chcąc zachować balans, a jego dziewczyna utonęła w tłumie. Pod nogami.


- Kamilaaa! Kamilaa! – przez chwilę stał jak niewzruszony, zupełnie jakby stracił wrażliwość na ból. Szturchały go łokcie, a on stał jak skała.


- Uciekaj! Nie stój – krzyknął Forezy.


Tyle, że Aleksander dostrzegł już plamę krwi na chodniku.


***

Marcin krążył po niewielkiej, ceglanej piwnicy – tymczasem Itryna, siedzący na krzywo ociosanym pniaku, trzymał głowę w dłoniach. Nie chciało mu się nawet wyjmować siekiery wbitej w drewno.


- Trzy maski przeciwgazowe i sześćdziesiąt filtropochłaniaczy, w tym czterdzieści osiem z demobilu… - wyliczał Forezy.


- Z demobilu! Przecież tu chodzi o promieniowanie!


- Jeden nowy kosztuje prawie stówę! Dorzuciłeś tylko czterysta! A teraz mamy ich więcej.


- Kurwa, nie przypominaj! Ona mogła żyć – zakończył surowo Itry.


- Nie mogła. To nie twoja wina. Gdyby cię pociągnęła za sobą, to…


- I chuj! Miało być nas trzech, a jest dwóch! No i w końcu to z nią planowałem, a nie z jakąś inną! – przypomniał sobie o niej. I o jej długich nogach. Gorycz wykrzywiała mu twarz.


- Uspokój się. Musimy przeliczyć zapasy. Ogarnąć piwnicę. Zatkać wszystkie szczeliny przy oknie. Wyliczyć zapotrzebowanie kaloryczne. Najważniejszy będzie ten dzień – po ilości milisiwertów poznam, czy uderzyli prosto w nas – pierwszy raz od niepamiętnych czasów Marcin pocieszał Olka. To zdrobnienie zupełnie nie pasowało do jego charakteru. Sam zazwyczaj używał ksywki. Raczej „Itry” niż „Itryna” – w trudnych sytuacjach prowadził grupę, a teraz sam był w kompletnej rozsypce. „Wcale się mu nie dziwię” – pomyślał Marcin.


- A wiatr?


- Oby wiało na wschód – mówiąc to, spoglądał nerwowo na podwórze przez okienko podpiwniczenia. „Jakbym oglądał zaćmienie Słońca przez zadymione szkiełko. I wciąż czuć spaleniznę. Cudem uciekliśmy.”


- Ten plan to ja wymyśliłem z nudów, ale teraz… może się udać. Pamiętasz? Uwzględniłem w nim ciebie.


- Tak. Ale to zbyt szalone – nawet nie zadał sobie trudu, by spojrzeć na kolegę.


- Jeżeli zawieje na wschód, to mamy szanse odwiedzić wszystkie te miejsca. Mam tylko podstawowy sprzęt. A to nie jest coś, za co ludzie się w tej chwili zabiją. Pomyśl długoterminowo.


- Chyba rozumiem… - podniósł wzrok. Przez moment Marcin zobaczył ogromną pustkę, która natychmiast wypełniła się żarem.


- Odczekamy kilka dni i ruszymy. Ale zobacz na to. – Szybko rozgarnął stertę obałków drewna. Trzy ołowiane pokrywy ujrzały światło dnia. Albo raczej latarki.


- Pół metra głębokości, w środku też wyłożone. Może to zadziała.


- Kurwa, stary…


- Nie podoba się?


– Podoba. – przytaknął z podziwem.


***

- Mackaaa diabłaaa… mackaaa diabłaaa… - obok bełkoczącego mężczyzny leżącego pod białym regałem z szufladami znaleźli kilka pustych blistrów. Forezy natychmiast podniósł z ziemi jeden.


- Dekstrometorfan i kodeina. Nic mu nie będzie, ale odkleił się mocno…


- Kurwa! To pierwsza nasza apteka, a już mamy jakiegoś ćpuna! Wszystko wzięli przed nami! – wykrzyknął Itry, szturchając butem jegomościa. – Patrz na te czerwone poliki, jaki szczęśliwy, kurwa!


„Faktycznie, nie tak miało to wyglądać.” – pomyślał Forezy, oblatując wzrokiem całą aptekę. Ostatecznie zatrzymał go na zakapturzonej postaci.


- Barssso ewentualne...


- Wygląda na doświadczonego. Zgarnijmy co się da, posiedzę z nim na zapleczu, a ty ruszaj po resztę.


- Czemu ja?


- A co, ja? Ty im spuścisz wpierdol, a mnie rozsmarują. I masz dobrą gadkę.


- Dobra. Ale przycisz go trochę.


I rzeczywiście – brał wszystko, co tylko się dało. Leki na cukrzycę i astmę, insulinówki. Antybiotyki oraz leki przeciwzakrzepowe. Preparaty z pseudoefedryną – w której pokładał największe nadzieje. Antydepresanty, mocniejsze opioidy. Benzodiazepiny. Aż szary plecak stał się wypchany po brzegi – ostatnie pudełko z Acatarem upchał po kieszeniach. A tymczasem znaleziony towarzysz zasnął. „I niech śpi” – pomyślał, sprawdzając mu tętno na szyi. Z kodeiną żartów nie było.


***

Gdy wstał, miasto spowijała ciemność. Na ulicach wciąż było pełno trupów – Forezy cieszył się z posiadania MP5 z nowoczesnym filtrem; Itry zresztą także. Nowy stał pod chropowatą ścianą – widząc swoje odbicie w pleksiglasie masek swoich wybawców. Owalną twarz z podkrążonymi oczami i pokaźną łysiną.


- Zrozumiałeś nas? Tak albo nie, kurwa!


- Taaa…


Itryna zdzielił go prosto w mordę; Forezy zrobił krok do tyłu.


- Znam Mienara! Jełopa! Kwilego! Wiem, gdzie trzymają cały towar. Wiesz stary, kryyyształ… - oczy prawie wyszły mu z orbit.


- Zaprowadzisz nas tam – skwitował Itryna, przysuwając się w stronę nowego.


„Dzisiaj na pewno nie zdążymy tam pójść. Ale musimy się spieszyć z takim łakomym kąskiem.” – podsumował Marcin.


- Chce mieć spokój i… - tamten wystartował z żądaniami, patrząc się błagalnie w Marcina. Ten nie spuścił wzroku.


- Kurwa! Na razie ograniczysz trochę! Spokój będziesz miał – ale jak będziesz kombinował, to cię zajebiemy! – rozkazał Itryna. „Ma dar przekonywania, niewątpliwie” – pomyślał Forezy.


- Taaa… - dostał po raz trzeci w ten sam polik. – Tak jest, kierowniku!


Wyszli z bladej apteki na szarugę dogasającego dnia.


***

- Dobranoc.


- Dobranoc – Marcin zgasił wątłe światełko latarki. Piwnica pogrążyła się w kompletnych ciemnościach. Tylko jednej nocy słyszeli jakiś krzyk, który zgasł tak szybko, jak tylko się pojawił. „Rach-ciach i po sprawie. W każdym razie – daleko, a jak zginął to nie wiadomo. Polowanie się zaczęło. Cała nadzieja teraz w Itrynie” – stwierdził w duchu. Zaciągnął blachę z ołowiu, pozostawiając niewielki otwór do oddychania i udał się spać. Aleksander zbudzi go za kilka godzin na zmianę warty.


A we śnie odwiedziła go niska, kształtna blondynka o długich włosach. I uśmiechu tak łatwo gasnącym jak zapałka i prawdziwym jak samotność. To z nią tyle rozmawiał – i do niej wtedy przyjechał. Poranek zawitał nagle; w przyspieszeniu, jakby wymuszony. Nawet we dwoje nie byli w stanie stawić mu czoła – spóźnienie na autobus tylko przedłużyło nieuniknioną rozłąkę, która zaczęła się z chwilą otwarcia oczu.. A dwa miesiące później zobaczył, że dostała od kogoś kwiaty. Nie pytał o nic. Ona jest ze snu, a ubrana w codzienność – i choć te klasyki bywają wyświechtane, to jednak – dla mnie zrzuca ją, kiedy robi się cieeemno…


***

- Tutaj? Przeszliśmy chyba na Stary Fordon! – krople potu spływały po twarzy Itryny.


Najchętniej zdjąłby maskę i otarł czoło rękawem – ale nie mógł. Tym bardziej, ze miał na sobie przemalowaną na szaro OP-1. W tym miejscu licznik Geigera zaczął już groźnie popiskiwać; nawet nowy członek triady miał na sobie wysłużoną MC-1 wyposażoną w filtr z demobilu.


Ogromna Wisła płynąca między szczątkami stalowego mostu na Toruń przypominała postrzępioną szarfę. Sylwetki ogromnych żurawi majaczyły w oddali. Zmierzch kładł się powoli, lecz nieubłaganie; dodatkowo wzmocniony przez tumany pyłu z wybuchu, krążące po atmosferze. Rzeka wezbrała. Zniknęły piaskowe łachy, woda zmyła kontury dzikich plaż. „Ciekawe, czy nią też płyną trupy. Raczej nie. Wszyscy zginęli, albo siedzą zabunkrowani” – skwitował w duchu.


- Za tą starą jednopiętrową kamienicą po lewej jest pełno garaży. Chyba poznam, który to.


- Ty kurwa, po tych garażach mogą się kręcić jacyś! – Itry zacisnął nowemu dłoń na szyi. – Z jego bandy, rozumiesz?!


- N…nie! S…siwego w…widziałem z jakąś Karyną t-t..amtego dnia! C…co oni mieli robić!


- W to wierzę – mruknął Marcin. Aleksander rozluźnił uchwyt – tamten zatoczył się przez moment, prawie upadając na żwir. Szybko przebiegli ulicą, po czym przywarli do ściany mniejszej kamienicy. Idąc piaszczystą drogą, dotarli do pola z pięcioma rzędami blaszanych garaży.


- Pierwszy na środku, zaraz jak idziesz od stalowej furtki – wymamrotał tamten. „Może to strach – a może radiacja. Przecież nie miał na sobie niczego, jak go znaleźliśmy.” – pomyślał Marcin.


Stanęli tuż przed wejściem. Nie wyróżniało się niczym spośród pozostałych. Te same drewniane drzwi; ten sam wielki skobel i toporne zamknięcie. Itry wyjął brzeszczot, zabierając się za piłowanie metalowej kłódki. Na sam widok opiłków Forezemu przypomniała się żelazista woń, jaka towarzyszyła pracy z pilnikiem – mimo, iż filtropochłaniacz spisywał się znakomicie.


Obydwaj natychmiast wydobyli latarki z kieszeni. Snopy światła rozjaśniły pomieszczenie, gdy nowy zamykał drzwi. Widok, jaki im się ukazał, przerósł najśmielsze oczekiwania – oprócz dwóch ogromnych toreb z białymi kryształkami znaleźli także zestaw do destylacji oraz ampułę ze szkła borokrzemowego. I oczywiście – mały palnik na kartusze gazowe. W granatowej torbie leżała pokaźna ilość gotówki, zdywersyfikowana na różne waluty.


- To jest kry… kryszzztał!


- Co ty nie powiesz – rzucił Marcin, gasząc swoją latarkę.


Marcin z Aleksandrem wytrząsnęli z torby pieniądze – gdy wpakowali do niej wszystkie znaleziska, tylko zyskała na wartości.


***

Forezy siedział skulony pod zabarykadowanym oknem. Nasłuchiwał. Oprócz kroków usłyszał również głosy – zarówno męskie, jak i kobiece. Nowy towarzysz broni leżał w bezruchu, trzymając za bluzą nabitego czarnoprochowca. Itryna również nie odważył poruszyć się choćby o krok. Stał tuż nieopodal uchylonych drzwi, trzymając w dłoni znaleźnego Glocka 18 z pełnym magazynkiem.


- Jazda jazda, biała gwiazda! Ktoś tu może, kurwa, być! – usłyszeli pierwszy, chropowaty głos.


- Ba!


„ A więc dwóch. Za pewni siebie” – skwitował Forezy. Aleksander machnął lewym łokciem, dając sygnał do wyjścia. Wychylił się pierwszy zza osłony, strzelając prosto w napastników. Wszystkie trzy kulki dosięgnęły celu. Narko dał susa niczym lis, kładąc się na ziemi, tuż obok nóg Itryny. Wypalił z czarnoprochowca w trzeciego, gdy tamten chciał zejść ze schodów na piwniczny grunt. Marcin wychynął niczym błyskawica ze swojej kryjówki – przebiegł korytarzykiem i puścił seryjkę trzech pocisków w górę schodów. Czwarty dostał jednym z nich w brzuch, upadając bezwładnie na podłogę.


- Poddajemy się! Nie strzelać! – chór głosów krzyczał z góry.


„Widzieli śmierć swojego.” – wydedukował Marcin.


- Siedem kulek... – wysyczał Aleksander.


Gdy Marcin wychylił się zza futryny głównych drzwi, cała reszta stała potulnie z rękoma spuszczonymi w dół. Ósemka kobiet i dziesiątka mężczyzn. Wszyscy jednakowo zmaltretowani, tylko jeden z nich miał na sobie pełnoprawny kombinezon i kamizelkę taktyczną – reszta odziana była w ciuchy sprzed wybuchu wojny; a jedna ruda dziewczyna miała na sobie gruby, wełniany koc. Spoglądała zadziornie; przez moment Forezy pomyślał, iż to ona tak naprawdę nimi rządzi.


- Ty jesteś przywódca? – tamta nie spuszczała wzroku z Itryny.


„Jakby wiedziała, co zaraz zrobię. I co zrobi potem Itry.”


- Ja.


- To patrz – wymierzył w niego spluwę i strzelił mu prosto w czoło. Ruda zasłoniła uszy – z tym kocem, przez chwilę wyglądała na wielkiego nietoperza. Natychmiast zwiesiła głowę i opatuliła się szczelniej. „Prawie jak Kamila Itryny” – pomyślał. Nie chodziło tutaj o tą ognistą czerwień paznokci, gdyż ta ruda pachniała raczej wodą ognistą. Ale właśnie o ten tajemniczy, rzadko spotykany błysk w oku. Takie Forezy omijał szerokim łukiem – widział ich wewnątrzcząsteczkowe naprężenie, które rozciągało charakter na cztery strony świata i kusiło do popełniania wszelakich czynów lubieżnych. A jednak nie było w nich żadnej tajemnicy – były jedynie kobiecym odpowiednikiem siły poskramiającej mężczyznę; mimo, iż jaśniały blaskiem tysiąca słońc, to niewiele kryła ich jasnota.


Rozejrzał się po tłumie – kilkoro tamtejszych ludzi miało jakąś wartość bojową, choć aż czterech było uzbrojonych jedynie w noże. Metal cicho zastukał o drewno kamienicznej podłogi. Forezy z ledwością powstrzymał się od wskazania jej palcem. Kontynuował mowę.


„Upuściła nóż. Gorąca, że aż parzy.”


- Od dzisiaj przechodzicie pod naszą władzę. Jeżeli któryś…albo któraś… – wypatrzył w tłumie blondynkę i skierował na nią wzrok - …spróbuje jakichkolwiek sztuczek, to podzieli los waszego byłego przywódcy. U nas nie ma takiego tchórzostwa – wskazał dłonią na trupa tamtego.


- To samo dotyczy zatajenia informacji. Zrozumiano?


- Ej! Jeszzz…e ja! – rzucił z tyłu Narko. Tłum spojrzał się na niego ze zdziwieniem; nawet ruda przybrała marsową minę. „Bądź co bądź, zabił im jednego. A teraz – już nam.” – zauważył Marcin.


Kobiety padły im do nóg i zaczęły całować po stopach. Cała reszta także upadła na kolana, tylko jeden z grupy wzniósł w górę strzelbę zmarłego dowódcy i kręcił nią młynka, ciesząc się niczym dziecko. Prawie zarył kolbą strzelby w zbitek szarych skrzynek na listy. Sufit nad wyjściem z piwnicy był bardzo niski i odpadał. Płaty tynku zwaliły się na uszankę najwyższego z bandy.


„Moje miasto. Co oni zrobili z moim miastem…” – mówiąc to, Forezy wciąż spoglądał na niepozorną blondynkę.


***

- Kocham cię! Kocham – szeptała mu do ucha Ziareczka. Miała siedemnaście lat i odbiegała wyglądem od jego byłej dziewczyny. Właściwie, to była dość wysoka – wręcz wychudzona – i miała krótkie włosy. Ale zadrapała jego ramiona aż do krwi, jak ucieleśnienie dzikiego żywiołu. Piękne, jak okręt pod pełnymi żaglami, jak konie w galopie… – chciał śpiewać. Nie znała. Całość nie trwała jakoś długo – obrócił się na drugi bok i zasnął.


A jego sen nabierał kolorytu, tym razem dostrzegł jeszcze więcej detali niż poprzednio. Jej pełne, wyszminkowane usta, które zostawiały ślad pomadki na kieliszku. Butelkę wódki, opróżniającą się w trymiga. I zapach rozjuszonej miłości, przesiąkającej wszystko; nie biorącej jeńców. I jej głos miarowy, i naturalność zaklętą w ruchach – jakby przecież znali się już całe życie, a słowa były tylko balastem, przeszkadzającym w prawdziwej rozmowie. Bo przecież można było w milczeniu się narodzić i w milczeniu umrzeć, albo chociaż rozstać. A ta wyrozumiałość – jakby ona swoimi wielkimi oczami świdrowała jego życie na wylot, gdy on znał ją całą tylko do pewnego momentu. Jakby mieli jedną, wspólną przeszłość. I nawet ich słowa przyoblekały się w dziwną lukrzastość; Ania, kochanie i zawsze.

***

Narko praktycznie zawsze przyprowadzał ze sobą przynajmniej jednego człowieka; przed wyprawą zaprawiał się solidnym niuchnięciem kryształu – jednak znacznie więcej, go sprzedawał, zanim jeszcze Itry z Forezym rozpoczęli produkcje prawdziwej metamfetaminy. Tyle że sam niewiele pożył – pewnego dnia Marcin znalazł go w piwnicy, śpiącego snem wiecznym. Przerzucił się z kodeiny na morfinę. Nie wytrzymywał naprężenia rosnącego imperium – zabił go nałóg i niechęć do życia.


Dwójka młodzieńców stopniowo opanowywała nowe dzielnice – takie jak Bartodzieje i Fordon. Spoufalali się z mieszkańcami; gdy ktoś był zbyt oporny, bądź wzorem lokalnej dresiarni odznaczał się zbyt niskim ilorazem inteligencji, by pojąć wszechbydgoską koncepcję postapokaliptycznego państwa natychmiast zmieniano mu przekonania. Siłą. Nigdy potem już nie narzekał.


Śmiałka przystępującego do państewka Itryny oraz Forezego kusiły łatwe łupy – chęć wyrwania się z dotychczasowej biedy i obietnica awanturniczego życia. O Aleksandrze krążyły już legendy. Rzekomo miał nadziewać schwytanych żołnierzy na pal i urządzać masowe orgie; nikt jednak nie wracał po przekroczeniu granicy imperium obojga młodzików. Starszy Radca Bydgoszczy – rezydujący w strzeżonych podziemiach ratusza - wyznaczył za jego głowę kwartalny przydział pożywienia.


- Mój trup będzie miał więcej kalorii niż całe wasze zapasy, nie zgadzam się! – z takim okrzykiem na ustach Itryna zabijał któregoś z „łowców nagród”.


Metodycznie wykańczali kilkuosobowe patrole; nawet gdy cała załoga miała na sobie kamizelki kuloodporne. Itryna miał ogień w oczach, zaś Forezy zimną rękę – i choć za jego czerep wyznaczono tylko dwa miesiące wiktu i opierunku, to wcale nie był mniej groźny od Aleksandra. Do syntez wykorzystywał pozornie zbędne odczynniki; starczy tu wspomnieć o nitroetanie oraz aldehydzie benzoesowym. W podziemnym mieście roiło się od narkotyków wszelkiej maści. Nawet na terenie Ufortyfikowanego Grodu (ścisłej części Nowej Bydgoszczy), w którym do poruszania się miedzy piwnicami wymagane były podbite przez Radcę dokumenty znalazło się kilkunastu ludzi Koacerwatu, gdyż tak właśnie nazywano imperium rozbudowane przez dwójkę młokosów – władców lewobrzeżnej części grodu nad Brdą. Pod ich kuratelą ludziom żyło się dostatnio. Zyski ze sprzedaży towaru przeznaczano na generatory prądu, umożliwiające oświetlenie pól ziemniaków i czosnku. Polowali na szczury, które zwabiane były zręcznym mechanizmem do jednego pomieszczenia. Nie pogardzano także łowieniem ryb. Jednak tylko żyjących blisko dna, lub możliwie roślinożernych; jak płoć, leszcz bądź karaś. W Nowej Bydgoszczy mówiono, że Koacerwanci majaczą z niedożywienia i choroby popromiennej, a ich dzieci umierają; albo są pięciopalczaste, czy też skrzydlate. Na zarzuty odpowiadano śmiechem i wzmożonymi egzekucjami nowomiejskich szpiegów. Sami przywódcy nie zasłaniali się nimbem elity. Często można było zauważyć Marcina, przechadzającego się korytarzykami Koacerwy i pałaszującego z radością gotowanego leszcza. Nagminnym zwyczajem mieszkańców było wypluwanie ości za siebie.


- Przepraszam! – rzucił do młodzieńca, polerującego kolbę od kbks-u.


Tamten natychmiast stanął na baczność. Wyglądał na rozpalonego gorączką; żar w jego oczach budził przerażenie. W tych czasach piętnastolatek na wojnie był zjawiskiem zupełnie normalnym.


„W Powstaniu Warszawskim walczyli młodsi.” – skonstatował Marcin. Mimo to, starsze osoby niechętnie patrzyły się na bitnych młodziaków. Nie było jednak innego wyjścia – od pogłosek o nowobydgoskich atakach włos się jeżył na głowie.


- Jestem gotów jutro umrzeć za Koacerwat! – zasalutował dłonią, poznając z oddali głos Forezego.


- Spokojnie, spokojnie – Forezy położył mu dłoń na ramieniu – Jutro to oni umrą za Nową Bydgoszcz. Mierz celnie, i nie daj się trafić!


Chłopak skinął głową i zabrał się za czyszczenie karabinka; młodzieniec wyglądał na nie więcej, niż na piętnaście lat. Starszy mężczyzna stojący nieopodal sprawdzał umocowanie przyrządów celowniczych.


- Upilnuje go pan?


- Ta… gdyby to się zawsze dało – odparł, skupiony na robocie. – Ale muszę! – dodał.


Dołączył do Itry, odchodząc w ciemniejsza odnogę piwnicy. Posłańcy w OP-1 krążyli pomiędzy podziemnymi kompleksami, przenosząc wiadomości.


- Są wieści? – spytał Marcin. Jego przyjaciel miał Beryla zawieszonego na plecach. Forezy uzbrojony był w klasyczny karabin snajperski.


Klapa studzienki kanalizacyjnej nad głową Itryny zachrobotała. Przez chwilę zobaczył ubłocone, wojskowe trepy, zaś potem całą sylwetkę zwiadowcy. Odsunął się nieznacznie.


- KI jeden melduje o wzmożonym ruchu przy granicy wody. Ich snajperzy rozpoczęli ostrzał. Mają SWD. Zginął Mienojew… - ostatnie zdanie nieco wydłużył.


- Kurwa! Skąd go… – zaklął Itryna. – Wiesz co to znaczy, nie?


- Wiem. Oni już atakują. A my o wszystkim wiemy. Chyba, że…


- Jeśli teraz zostawimy Przyrzecze i ulicę za Starym wolne, a to jest podpucha – to już po nas.


- Mamy ludzi w środku. Wytrzymają.


- To oznacza oblężenie. Do tego czasu…


- Kurwa!


Zamilkli wszyscy; sytuacja była patowa. W grę wchodził wóz, albo przewóz. Marcin krążył po niewielkim pokoiku. „Zupełnie jak wtedy, w tamtej piwnicy. Jak spojrzałem przez okno i pocieszałem Olka, samemu nie wierząc w ten plan. A teraz jedna decyzja zaważy o życiu i śmierci tysięcy osób. O zwycięstwie…lub przegranej.” – pomyślał Marcin.


Znów metalowa pokrywa zachrzęszczała. Do środka wpadł zdyszany zwiadowca w oliwkowym płaszczu przeciwdeszczowym. „Sekcja Rzeczna” – stwierdził Marcin.


- Melduje KI-a5. Ogromny pochód ze strony Osowej Góry, Flisów i Czyżkówka.


- To nasze tereny! I w dodatku, ogromne!


- I prawdopodobnie wejdą na nie za moment – dodał zwiadowca, przejęty śmiertelną powagą sytuacji.


- Cholera! Niech ci z Bartodziejów wyrusza jak najszybciej, omijając tory tramwajowe koło rzeki. Może zajmie im to dłużej, ale Nowa Bydgoszcz nie może o tym wiedzieć. Załatw kogoś z szybkim zwiadem… - odczekał chwilę. - Linia graniczna ma być stale doglądana!


Marcin złapał się za głowę. Czuł jak pulsuje w niej przyszłość; jak zawierucha wojny wciąga go do środka. Widział niezliczone możliwości. „ Jeżeli przejdą Jachcicami na Myślęcinek, uderzając na nas centralnie z tyłu… Powinniśmy mieć tam ludzi z Sekcji Rzecznej” – kalkulował.


- Kurwa! – zaklął ostatni raz Itryna.


„Zawsze klnie, jak się wkurwia” – pomyślał Forezy.


- Idziemy.


***

Ostrzeliwali się na Długiej. Starszy Radca dysponował miażdżącą przewagą wojsk, choć być może to dlatego, że zaciągnął nawet dziesięciolatków. Etyka prowadzenia wojny była mu obca. Takie dzieciaki szły grupami strzelając bezwiednie z broni krótkiej; a osłaniał ich grad pocisków wystrzeliwanych przez starszych nowobydgoszcańskich strzelców, dzięki czemu taktyka ta przynosiła efekty; tym bardziej, że żołnierze Koacerwatu często przerywali ogień, widząc tak młodocianych strzelców pod swoimi lufami.


Na kilka godzin udało się odeprzeć znacząco natarcie – dzięki decyzji sztabu o rozdzieleniu przydziału metamfetaminy wśród wojska; mimo iż sam Forezy się temu sprzeciwiał. Nie było jednak innej drogi; wszak sposób ten ochoczo stosowano w Trzeciej Rzeszy.


A teraz znajdowali się w opuszczonym sklepie odzieżowym. Na podłodze wciąż walały się białe fragmenty ciała manekinów; ręce, nogi, uda.


- Pierdolę – wycedził Marcin, rzucając własnej roboty koktajl Mołotowa. Był doprawiony termitem – mieszanką aluminiowych opiłków i rdzy; w stosunku trzech do jednego.


Marcin i Aleksander znajdowali się w dole uliczki; atakujący mieli znacznie dogodniejsza pozycję. Mogli spaść na obrońców niczym grad, stoczyć się jak wicher. I to robili. Beryl Aleksandra nie nadążał z przeładowywaniem. Wylot lufy zdawał się nigdy nie gasnąć; mięsnie Itryny płonęły żywym ogniem, a oko Marcina zaczęło zawodzić, gdyż całą poprzednią dobę ostrzeliwał się w rzecznych gęstwinach.


- Jeszcze jeden! – góra uliczki zalśniła białym płomieniem. Ciemne sylwetki pierzchły natychmiast.


- No to co… - Itryna puścił seryjkę w żołnierzy nadbiegających tuż od przecznicy. Padli trupem na miejscu; jednak cały rozgardiasz tylko nabierał na swej sile. Wiedzieli, że są w pułapce. Na każdego zdjętego wojownika Nowej Bydgoszczy pojawiało się dwóch, albo trzech kolejnych. Wciąż słyszeli miarowe kroki…zbyt głośne, by dobiegały z góry ulicy!


- Padnij! – wrzasnął Marcin, chowając się za czarną szafkę.


Itryna posłuchał, rzucając jeszcze swój ostatni koktajl–samoróbkę. Nawet zza osłony dostrzegli nikłą, czerwonawą łunę.


- Wyłazić! Wiem, ze tu jesteście! – ten głos mógł należeć tylko do jednej osoby. Odłamki szkła zgrzytały mu pod stopami.


„Starszy Radca Nowej Bydgoszczy. We własnej osobie.” – pomyślał Forezy.


- Kurwa, to ten spaślak – wyszeptał Itryna. Był w stanie maksymalnej gotowości; Marcin widział, jak pulsowały mu skronie.


„Nie jest sam.” – jeszcze raz zawirowały mu przed oczami wszystkie możliwe kombinacje, będące jednym wielkim ujściem rzeki czasu. Cały plan kończył się w tym momencie – zupełnie tak, jak przed laty skończyło się normalne życie, a zaczęła walka o przetrwanie.


Itryna wstał pierwszy, zaraz za nim Marcin. W odległości kilku metrów od siebie ujrzeli Radcę; czterdziestoletniego, łysawego mężczyznę w grubym, skórzanym płaszczu. Celował do nich z rewolweru. Podobnie jak postawny młodzieniec obok swojego przywódcy w dziurawym OP-1. Podwójna moc przekonywania.


„Nie najlepiej mają się w Nowej Bydgoszczy” – stwierdził Forezy.


Aleksander wyglądał na kompletnie rozbitego; wodził oczami po wszystkich stronach pomieszczenia, rozpaczliwie szukając wyjścia z sytuacji. Cisza narastała. Marcin dobrze wiedział, że ulica Przesmyk jest obstawiona. I gdy tylko spróbuje jakiegokolwiek ruchu, nowomiejscy żołnierze rzucą się na nich od strony witryny sklepowej. Ucieczka wchodziła w rachubę; lecz tamci strzeliliby im w plecy. Dochodziło jeszcze wsparcie z góry – choć w tych ciemnościach być może udałoby im się zbiec. „Ale ten Przesmyk! Gra niewarta świeczki” – kalkulował Marcin.


- Mam dla was propozycję – zaczął. – Wy zostaniecie moimi chemikami, a w zamian ja… - kopnął rękę manekina. Upadła Itrynie pod nogami. -…może, być może… - kontynuował.


„Gra na czas. Chce powiedzieć coś więcej.”- domyślił się Forezy.


-…zatrzymam was przy życiu. Co o tym myślicie…hę? – dodał agresywnie, wybałuszając oczy. Jego cyngiel stał nieruchomo jak skała, kierując lufę pistoletu na Marcina.


„Trzeba zająć się tym drągalem” – stwierdził.


- Czyli jednak coś bierzesz – Marcin podjął rękawicę.


- Lecznicze dawki metamfetaminy, maksymalnie dziesięć miligramów. No i zwykłą amfetaminę, a w przerwach metylofenidat. W tle różne pochodne diazepamu.


„Pokaźna lista” – dodał w myślach, przygotowując się do udzielenia dyplomatycznej odpowiedzi.


- Kurwa, jak ty chodzisz! He, he... – odparł. Pot ściekał Forezemu z czoła; Itryna także wyglądał na mocno zaprawionego.


- Stul pysk! Inaczej… - nowobydgoski przywódca zrobił krok w tył z rewolwerem.


- Mam w plecaku za regałem trochę mety. Zobacz na niego – wskazał palcem Aleksandra. – Jest w chuj naćpany – dokończył to zupełnie bez emocji, patrząc prosto w oczy Itrynie.


- Kurwo! – wysyczał. Nie wziął pod uwagę zwyczajnej zdrady.


Starszy Radca Nowej Bydgoszczy zacierał ręce. Nawet jego cyngiel pozwolił sobie na nikły uśmiech.


- Idź…heee! Ale wciągasz pierwszy. Kiedyś widziałem taki serial, i tam… - Radca promieniał szczęściem. Aleksander zaciskał zęby w amoku, dopiero gdy Marcin zniknął za regałem, uspokoił się nieco.


„Gdańska 31. Łużycka 118. Długa – Przesmyk.” – pomyślał Forezy, wyjmując woreczek strunowy z bocznej kieszeni plecaka.


- Chcesz? – pomachał ręką zza regału.


- Ta… co jest! Michał!


Wzrok cyngla obrócił się w stronę Marcina, gdy ten kliknął na niewielki przycisk podpięty do kabla, zasilający cewkę przekaźnika. Pod wpływem pola magnetycznego zwarł się styk; został załączony układ detonacyjny. Cienki drucik pod wpływem prądu o natężeniu dwóch amperów rozgrzał się do czerwoności, detonując niewielką ilość trotylu, umożliwiającego eksplozję azotanu amonu nasączonego benzyną.


Wybuchło tuż obok. Eksplozja rozsadzała bębenki w uszach. Sufit chwiał się w posadach. Metalowe resztki lampy upadły na ladę, gdzie niegdyś stała kasa. A po chwili dał się słyszeć rumor gruzu, opadającego na resztki ulicy Przesmyk. Wsparcie nie miało szansy przybyć.


Aleksander w okamgnieniu wyjął swojego czarnoprochowca z kabury przy pasie. Jednym strzałem w podbródek zdjął najemnika, który upadł skrwawiony na posadzkę. Radca strzelał na oślep przez regał; pierwsza kula przeszła pod ramieniem Marcina, druga zrobiła dziurę w sklejce nieopodal Forezowej nogi.


Gdy nowomiejski przywódca połapał się, że został jeszcze Itry, było już za późno. Forezy zobaczył, jak jego przyjaciel odciąga kurek, tyle że nowobydgosczanin kierował już swoją broń na pierś Itryny.


Wystarczyło jedno trafienie. Na podłogę w przerażeniu osunął się łysawy, grubiutki przywódca.


- No…wa Byyy…dhoszcz… - zacharczał w agonii.


- Koacerwat, kurwo! – Itry splunął mu w twarz. „A zatem wszystko sprowadzało się jedynie do czasu, do cennych milisekund. Miałem nadzieję, że tak będzie. Lecz tego nie wiedziałem” – pomyślał Marcin.


Tamten już nie odpowiedział.


- Spierdalamy! Jeszcze tamci! – krzyknął Forezy. Czekała ich chyba najbardziej ryzykowna część. Na sekundę musieli wyjść na odsłoniętą ulicę, praktycznie pod lufy. Alejka cały czas schodziła w dół, zakręcając. Pośpiech był tutaj kluczem. „Jeżeli zamiast tych dzieciaków są już profesjonalni strzelcy, to będzie źle” – skwitował Marcin.


Wybiegli natychmiast. Jako pierwszy zrobił to Itryna. Marcin przepuścił kolegę przodem. Na ich szczęście, salwa ognia zerwała się dopiero, gdy nowobydgoscy byli już w dole uliczki – zapewne wyobrażali sobie inne rozstrzygnięcie sytuacji w sklepie. Sekundy cenniejsze od złota. Jednak wciąż dwójka przyjaciół miała pościg na karku.


- Szybciej kurwa, szybciej! Nie skręcamy w prawo, musimy odbić w lewo i się cofnąć! Inaczej wyjdziemy na Nowy Rynek, a to są ich tereny! – dodał zadyszany.


Gdy kule zaświszczały, tamci biegli już kolejną przecznicą.


„Udało się. Udało.” – cieszył się Marcin. I gdy biegli wzdłuż rzeki, to noc zapadała się w niego. Pasma prądów i wiry na wodzie układały się w blond jej włosów; a ciemność stała się mrokiem jej źrenic. Otoczenie rozpływało się na kształt mirażu. Mamiło ułudą i obiecywało nieskończoność. Łapała go chciwie za rękę, nie puszczając nawet na moment. Wtedy myślał, że to była miłość; jednak całe zdarzenie okazało się końcem. Pożegnaniem marzeń. Nawet nie chciała mieć z nim zdjęcia.


„Finał. To zupełnie, jak teraz.” – pomyślał Marcin.


***

Wraz z grupą kilku zwiadowców w zgniłozielonych kamuflażach – zaufanych ludzi z Oddziału Rzecznego – przypatrywali się czarnemu prostokątowi Brdy. Z ostatniego piętra bydgoskiej spichrzy dawne centrum miasta widać było jak na dłoni; ulice rozświetlały ogniki pożarów po koktajlach Mołotowa. Ranni krzyczeli. Włóczyły się pochody jeńców, prowadzonych przez postacie z latarkami.


- Wygraliśmy. Wszyscy się poddają.


- To co się stało w odzieżowym…


- Przejdziecie do historii!


- Jesteście historią!


„Jesteśmy historią, która nas osądzi.” – pomyślał Forezy. Choć już dobiegały opowieści o prawdziwym życiu w Nowej Bydgoszczy i Ufortyfikowanym Grodzie, który wyciskał biedotę jak cytrynę – to wciąż nic nie pozostało z oczekiwanej euforii zwycięstwa. Jedynie mdła, przewidywalna satysfakcja. Nawet pustka w oczach Itryny przypominała już jakąś życiodajną zawieruchę; kłębiły się tam myśli o nowym ustroju i możliwościach. Oraz oczywiście – o nowych kobietach. „Z tamtą rudą ciągle darł koty. A potem i tak do niego wracała.” – skwitował Marcin. Ciągle miał za kobietę Ziarkę, która cierpliwie znosiła jego pytania i niedelikatną oziębłość na pewne sprawy – pomimo intensywnych i częstych zbliżeń. Dawał jej do jedzenia najtłustsze ryby. Kazał zapuścić włosy i założyć okulary z czarnymi oprawkami – lecz bez szkieł. Były same dla krótkowidzów, a Ziarka przecież widziała wszystko dobrze. Nie śmiała protestować; i choć po Koacerwacie znalazłoby się kilka niższych dziewczyn o foremniejszych kształtach, to w Ziarce było coś milcząco smutnego. Marcin nigdy nie wiedział czy ona płacze; ani czy bardzo dręczą ją myśli samorzutnie napływające do głowy.


***

- Osiem baterii zeszło na ten komunistyczny radiomagnetofon!


- Rok już żyjemy w Koacerwacie!


Był Radca stary i zginął
Szans nie miał z naszym Itryną…!


- Kielicha! – zakrzyknął główny zainteresowany. Forezy wyglądał na nadgryzionego zębem czasu; jakby kołowrót historii zniszczył jego precyzyjny, wewnętrzny mechanizm. Często zamykał swój pokój i ślęczał nad starymi mapami; wynajdywał rozmaite teorie o szlakach rzecznych. Chciał szukać innych ocalałych – ponadto zaczął interesować się syntezą rozmaitych medykamentów; Ziarka musiała znosić jego psychodeliczne wizje oprócz codziennych mankamentów zdruzgotanego charakteru. Z kolei Itryna miał się świetnie – cały czas gratulował Marcinowi udanej akcji w odzieżowym. W czasie wolnym odwiedzał wszystkie korytarze piwnic. Wypytywał mieszkańców, jak się żyje. Doglądał egzekucji złodziei. Jednym słowem – królował.


- Polej – Forezy wychylił zawartość kieliszka jednym haustem. – Wyjdziemy na chwilę – szturchnął Ziarkę w ramię. Poszła za nim. Powietrze było gęste od smażonej ryby; rzadki był to zapach w Koacerwacie, gdyż zwykle leszcze bądź liny gotowano. Z archaicznego głośnika dobiegały znajome nuty. Gdy tylko zamknięte drewniane drzwi wygłuszyły gwar biesiady, wyjął z kieszeni lufkę nabitą żółtobiałym proszkiem.


- DMT. Dimetylotryptamina. Zaraz odlecę – zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, wykrzesał ogień z zapalniczki benzynowej. Płomień delikatnie muskał szkło. Przyłożył jeden koniec lufki do ust; zaciągnął się haustem dymu.


- Nie! – zdzieliła go z otwartej dłoni.


- Ty…! – nie dokończył. Oddał jej z pięści; zatoczyła się i upadła pod szafką. Ciekła jej krew z nosa.


Szykował się do drugiego ciosu, jednak substancja zaczęła wchłaniać się przez płuca. Stracił kontakt.


- No jeszcze… jeszcze! – wrzasnęła, wstając powoli. Z czerwonych jak u angory oczu kapały jej gęste łzy. Leciały ciurkiem.[/akapit]

- Czemu ty mi to…?


- Bo cię kocham, Aniu. Aniuleczko. A ty poszłaś z nim do kina i przyjęłaś jego kwiaty – wypalił ni stąd, ni z owąd. Z kompletnym spokojem, jakby Ziareczki wcale tam nie było.


Przed oczami miał geometryczne fraktale, kryjące niezrozumiałe tajemnice. Świat rozbuchał się strukturą, która zaplatała go niczym misterna pajęczyna. Widział siatkę promieniującej energii; jej węzły i rozbuchane półkule, wykreślone ogromnym astrolabium na morzu nicości. Twarz jego kobiety odzyskała tamtą młodzieńczość rysów; okulary zyskały na szybkach, a oczy na nienawiści.


- Nie jestem Ania! Zrozum to! Idioto! Śmieciu! Zniszczyłeś mi życie, a wciąż o niej… i o niej! – wybuchła.


Im dłużej patrzył się w Ziarkę, tym mocniej przypominał sobie Anię.


- Dlaczego musisz być taka zimna. Teraz możesz odpowiedzieć przecież… Aniu – wpatrywał się w Ziarkę jak w cielę. Tą na moment sparaliżowało.


Każda cześć iluzorycznej twarzy była samoistnym elementem; całość mieniła się paletą emocji, kipiała słowami – od których przechodziła gęsia skórka.


- Zostaw! Zostaw!


- Przecież nie musisz mnie zostawiać.


- Zostawię! Zostawię! – szarpała za poły jego munduru; tego samego, w którym wysadził Przesmyk.


- Musiałaś spojrzeć za daleko, he-he! Jak zobaczyłaś, ze ktoś może być tak samo samotny, jak ty, to…!


Kolory zadźwięczały smutkiem; jakby znowu do niego mówiła te same suche słowa bez wyrazu, kończyła zdania kropkami. Zagasiła szuflą palenisko żaru.


- Idź już! Idź!


- Wygodnie było otoczyć się ciepełkiem kłamstwa! Wyrzuć ze zbioru zmienne nieznaczące! Ha-ha! Ale ty nie żyjesz! A ja istnieję i mówię prawdę. Jestem prawdą!


Na moment znów zobaczył znajomą piwnicę. I Ziarkę.


- Nie żyję! Nie żyję! – otrząsnęła się po chwili, mimowolnie przyjmując rolę. - Ania nie żyje!


Wstał z kolan.


- Bo ty nie wiesz, czym jest ten smutek! Niby go chciałaś pod maską jakiejś otorbielonej wesołości! Samotność spływa po tobie jak woda po kamieniu!


- To mnie kochaj! Ukochaj swoją Ziarunię!


Wizja mieszała mu się z niedowładną rzeczywistością; fraktale paliły żywym ogniem. Geometryczna, Aniowa twarz smagała niczym bat po nagiej skórze. Mimo to, zmilczał. I znów te kwiaty. Kolczaste róże. Oziębłość, od której pękało serce; jakby poprzednie chwile zmieniła w pył.


- Ty kurwo…! – rzucił się na nią. Ta uchyliła się przed ciosem, sięgając po rozgrzaną patelnię znad paleniska. Ujęła ją w obie ręce, zapalczywie waląc go po głowie – jakby kończył się świat. Nie przestawała ani na moment.


- E….e… - charczał. – Ziareczka!


Natychmiast przestała; objęła go, gdy osuwał się ociężały. Jakby uleciało z niego życie. Przywarła do niego, tuląc i całując – ale było już za późno na cokolwiek.


Całowała w usta, w policzek. W czółko. I gładziła po głowie.


Nie odwzajemnił żadnego z gestów. Wbijała mu paznokcie w skórę, polała się krew – ale przecież nie żył.


Tak samo, jak Ania.


***

Korowód postaci, okutanych w płacze i koce, wyruszył punktualnie o dwunastej. Jednorodne, nieprzeniknione niebo nie wpuszczało nawet promyka nadziei. Kilka kobiet szlochało – i zapewne robiłaby to Ziareczka; lecz ona już zbyt wiele się nacierpiała. Siedziała przy Forezym, aż nastał ranek, a gdy zdała sobie sprawę ze stanu Marcina, to poszła do swojej części piwnicy, odganiając wypytujących żołnierzy i nigdy już nie wróciła. Powiesiła się na kablu.


Tego dnia zawiało od wschodu; toteż większość z tłumu miała na sobie rozmaite maski przeciwgazowe z filtrami własnej produkcji. Ruszyli pochodem wzdłuż nabrzeża Brdy. Itryna koniecznie chciał pochować przyjaciela na płonącej tratwie; miało to swoje wymiary praktyczne oprócz rytualnych, gdyż po okolicznych wsiach grasowały bandy kanibali, wysysające nawet szpik z kości. Zjedzenie ludzkiego mięsa było najsilniejszym z narkotyków, który uzależniał już od pierwszej dawki – oznaczało to bowiem złamanie najsilniejszego ze społecznych zakazów. A samotność wynikła z przekroczenia ostatecznych granic jest najstraszniejsza i najbardziej upadlająca. Jednakże sposób taki mógłby wywołać kontrowersje w Koacerwacie, co też nadmienili zwiadowcy z Oddziału Rzecznego.


Zdecydowano się więc na wykopanie maksymalnie głębokiego dołu. Muzyka grała w międzyczasie. Klasyczna, powolna ballada – cała procesja wyglądała na zatrzymaną w miejscu. Jak osobny element z innego świata; kontrastujący z wszechobecną szarugą i grzęzawiskiem.


Forezego ubrano w klasyczną WZ 93; na Ziarkę narzucono grubą OP-1, przykrywającą zaczerwienienie na szyi. Czwórka grabarzy niosła trumnę. Naprędce skonstruowano mechanizm bloczkowy; zamknięto wieko. Aleksander należał do pochodu niosącego Marcina; zaś ciało Ziarki układały na linach same kobiety. Gromadziły się chóralnie, wylewając przy tym łzy. Widziały w niej idealną żonę; w Forezym zaś idealnego męża.


„Gdyby tylko… gdyby tylko wiedziały!” – pomyślał Itryna. Jeszcze raz chciał spojrzeć na zjeżdżająca w dół trumnę; zbliżył się tuż do krawędzi. Przez moment mignęły mu wszystkie chwile. Kamila. Piwnica. Wypad na garaże. I morze innych kobiet. Ostatnia uczta. W utrzymaniu równowagi przeszkodził mu jakiś kamyk. Albo kępa mokrej trawy stanęła na jego drodze. Bez krzyku runął jak długi w otchłań.


***

Staruszek o jednej nodze chwycił za koła swojego wózka, podjeżdżając bliżej ogniska. „Pięknie płonie. Jak za dawnych lat, gdy jeszcze…” – urwał myślotok, widząc nadbiegającą gromadkę dzieci.


- Dziadku! Dziadku! Opowiedz nam o Foretrynie! Jak to się skończyło?


- Foretryna! – zawtórowała umorusana ziemią dziewczynka idąca z przeciwnej odnogi tunelu. Usiadła na metalowej beczce i obróciła głowę w stronę dziadka.


- Otóż… - zaczął, a wszystkie dzieci usłuchały w milczeniu. – Nie było żadnego Foretryny! Po pierwsze, primo… to był Marcin Forezy i Aleksander Itrynowicz! Dwoje ludzi, takich jak wy! No, może…


- Aaa… - rozdziawili buzię chłopcy, nie dając dokończyć bajarzowi.


- A pani Forezowa i Itrynowa też była? – zapytała dziarsko dziewczynka.


- Pań Itrynowych wiele było; a historia o pani Forezowej jest smutna.


- Ooo…


- Na pewno znacie historię o pogrzebie, jak to Itryna pożegnał swojego przyjaciela i zajrzał we wieko trumny…


- Znaaaamy…


- Tak. To właśnie Itryna zajrzał do dołu z trumną, potykając się o maleńki kamyczek. I wpadł do ogromnej jamy, a ekipa tysiąca żołnierzy nie znalazła…


- Ale że oni razem…?


- Wykluczone! Koacerwat był państwem konserwatywnym – przez moment to zakazano nawet kobietom noszenia dekoltu. A zresztą, i tak zimno było.


- Co to dee..kolt? – dopytała dziewczynka.


- To takie… - staruszek nieznacznie się zaczerwienił – Mniejsza o to. To niespotykany przypadek – i drugiego chyba takiego nie będziemy mieli, chyba, że pewnego dnia na świecie znajdzie się dziecko Forezego. Jakiekolwiek, niech nawet nie będzie to sprzed Zamroczenia – choć takie byłoby najlepsze. Jeden władca nie mógł rządzić bez drugiego. I do dzisiaj nie wiadomo, czy to Forezy wciągnął Itrynę, czy Itryna sam skoczył w czeluści, by nie stać się nigdy krwawym tyranem. Choć gorycz już ścigała Marcina, i ja tak myślę… że to ta gorycz go zabiła.


- Pani Forezowa! Pani Forezowa! Co z nią?


- Ona miała serce z lodowca, a żyła jeszcze w ciepłocie! Gdy Forezy nie był jeszcze ani władcą, ani nie wojował, to go odrzuciła. Zwyczajna zdrada.


- Ooo…


- Dziadku, a może gdyby nie pani Forezowa, to Forezy nie zostałby półkrólem?


- Oj tak, tak być może.


- Bez Itryny by nic nie znaczył!


- A czy Itryna by coś znaczył bez niego? To była niespotykana nigdzie dychotomia, i myślę, że dzięki temu mieliśmy takie piękne dni.


- A gdzie są? Gdzie są teraz, dziadziu?


- Itryna z pewnością zabija wysłanników Radnego i włóczy się, poznając nowe kobiety. A Forezowa po śmierci wróciła do Forezego i się kochają jak nigdy, jak tamtej pamiętnej nocy. Są na dnie każdej fali radiowej, na każdym orbitalu atomu i wypędzają złe milisiwerty z wiatru.


- Dziwne.


- To tak jak życie. Będziecie starsi, to się dowiecie. Do spania!


Ale sam staruszek nie mógł jeszcze usnąć, nawet gdy dobrą godzinę wpatrywał się w żar ogniska. „Czy aby na pewno im dobrze powiedziałem? Przecież życie wcale nie jest takie szczęśliwe. A to najgorsze – uwierzyć w bajki, legendy…literaturę! Cholera – ale Itryna przecież nie mógł wpaść sam z siebie do tego grobu…” – mamrocząc, zapadł w głęboki sen.






No i oczywiście – na potrzeby literackie wykorzystano fragmenty należące do innych utworów – „Ona jest ze snu” IRA i „Baśka” – Wilki :)


"Uganiał się za jakimiś babami, wymyślał coraz to nowe życiowe teorie i w końcu patykiem wybił sobie oko!…"
Stanisław Ignacy Witkiewicz

t

Tags:

Awatar użytkownika
Krążownik
Kmiotek
Posty: 6
Rejestracja: śr 18 lip 2018, 11:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Dychotomia (post-apo)

Postautor: Krążownik » wt 31 lip 2018, 12:28

To moja pierwsza opinia tutaj, więc nie traktuj mnie jak jakiegoś autorytetu. Samodzielnie zdecyduj czy mam rację, czy może się mylę.

Starałem się doczytać do końca, nie udało mi się. Piszesz trochę chaotycznie i miejscami niezrozumiale. Sam wiesz, co masz na myśli, ale czytelnik może nie mieć pojęcia. Kwintesencja to np.
Do syntez wykorzystywał pozornie zbędne odczynniki; starczy tu wspomnieć o nitroetanie oraz aldehydzie benzoesowym.

Preparaty z pseudoefedryną – w której pokładał największe nadzieje.

Dlaczego pokładał w niej nadzieje? Jako szary informatyk nie mam pojęcia, o co ci chodzi.
Maski z demobilu.
Na pewno chcesz, żeby ktoś przestał czytać opowiadanie i zaczął googlować? Może lepiej wyjaśnić, o co chodzi?

Miejscami odniosłem wrażenie, że jednak sam nie wiesz, o czym piszesz np.
„Prawie jak Kamila Itryny” – pomyślał. Nie chodziło tutaj o tą ognistą czerwień paznokci, gdyż ta ruda pachniała raczej wodą ognistą. Ale właśnie o ten tajemniczy, rzadko spotykany błysk w oku.


To pewnie przez to, że zbyt często starasz się stosować zasadę Show, Don't Tell (o ile się nie mylę). Spróbuj pomyśleć o tym w ten sposób, co zrobi na Tobie większe wrażenie: przekleństwo kogoś, kto ciągle nadużywa bluzgów czy kogoś, kto prawie nie przeklina?

Co do historii: nie mam pojęcia, co się stało. Skąd wzięło się promieniowanie? Atomówka? Wybuchła jakaś elektrownia? Oba przypadki są całkiem spektakularne. Nie opisujesz "efektów specjalnych" żadnego trzęsienia ziemi, grzybów atomowych, kuli ognia, nic. W przypadku bomby bohaterowie nie odczuwają strachu, że może spaść kolejna. Przynajmniej do tego nie doczytałem. To było w Polsce czy u naszych sąsiadów? Trwa może jakaś wojna?

Lubię historie tego typu, ale brakowało mi "powodu", żeby czytać dalej. Mało obchodzą mnie losy bohaterów, bo słabo ich poznałem. Nie wiem, co się stało, ale odnoszę wrażenie, że narrator mi tego nie zdradzi.

Poniżej odnoszę się do kilku konkretnych fragmentów.

Tak oto mogę umierać spokojnie, gdyż za życia stałem się Wszystkim - i Wszystko jest we mnie splecione.

Tego dnia niebo przypominało stal łodzi podwodnych – oderwane stratusy wyglądały niczym fragmenty ogromnej tarczy.

1. Osobiście uważam, że półpauza wygląda bardziej estetycznie niż dywiz (i nawet lepiej niż pauza). Nie mam nic przeciwko temu drugiemu, chodzi mi spójność. Stosuj jedno albo drugie.
2. Okrętów podwodnych.

Okoliczne budynki zdawały się pływać w przezroczystej mgle, zaś granatowy wieżowiec w kształcie ćwiartki piramidy sprawiał wrażenie zwielokrotnionego.

Odniosłem wrażenie, że właśnie w tym momencie zabiłeś podniosłą narrację, ale nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. To chyba przez opis wieżowca. Zdanie można spokojnie podzielić na dwa.

I taka właśnie aura przesądziła o spóźnieniu Marcina Forezego do pracy. Pospiesznie nałożył na siebie wodoodporny fartuch. „Niczym cerata” – rzuciło mu się w oczy.

1. Czytając szybko, można pomyśleć, że to ta aura była niczym cerata. Drugie zdanie do nowego akapitu.
2. "Jak cerata" – pomyślał. Wydaje mi się o wiele lepszą opcją, cokolwiek próbujesz przekazać. Zobacz: "Ubieram worek na śmieci, znowu..." coś takiego ma już jakiś konkretniejszy przekaz.
3. Imho to trochę dziwne, że Marcin tam pracuje i dopiero teraz cerata rzuciła mu się w oczy, zupełnie jakby dopiero zaczynał.

Już od samego wejścia czekała na niego sterta blach do umycia.

Początek imo paskudny, może: "Dopiero wszedł", "Ledwo się przebrał(zarzucił na siebie ceratę?)", "Nawet nie zaczął zmiany"?

- Cześć – zaczął Forezy, gdy tylko wszedł na kuchnię.

Imo lepiej wszedł do kuchni.

- Cześć, cześć – odparło mu echo jego własnych słów. Każdy pochłonięty był typową dla siebie czynnością – siekaniem czerwonej papryki w równiuteńką kostkę, lub dopieszczaniem liści sałaty położonych już na talerzu, kreśląc fantazyjne wzorki sosami.

1. Skoro odparło mu echo własnych słów, to raczej można je pominąć – wiadomo, jak brzmią.
2. Może: typową dla siebie pracą/każdy wykonywał swoje obowiązki.
3. Nie mam pojęcia, jak to wygląda w kuchni, ale opisujesz chyba tylko to, co robili kucharze. Nie ma tam np. jakichś kelnerów, którzy przychodzą po gotowe dania? Znaczy, jeśli "Każdy pochłonięty był typową dla siebie czynnością" i są tam tylko kucharze, to raczej naturalniej byłoby napisać, że byli zajęci gotowaniem.

Wyjmując telefon z kieszeni dresów, spojrzał wpierw na Messengera. Trzy wiadomości od Aleksandra „Itryny” Itrynowicza. Napisał, że wpadnie o czternastej z jakąś nową dziewczyną. „A niech wpada. Ciekawe tylko, czy wejdą jako klienci, czy tylnym wejściem. Oby to drugie.” – pomyślał.

1. Wyjmując telefon, spojrzał najpierw na Messengera? Chyba najpierw go wyjął, a później spojrzał...
2. Marcin jest zwalony masą garów do zmywania. Dlaczego się obija zamiast pracować? Może warto to zaznaczyć np. Marcin miał tak dużo roboty, że aż sprawdził na telefonie facebooka/Messengera (jakoś słabo mi to wyszło).
3. W tym momencie byłem pewien, że owa dziewczyna będzie tam pracować...

Zobaczył ich po chwili – siedzieli przy dwuosobowym stoliku, praktycznie przy samym kontuarze.

1. Powtórzenie.
2. Imho "praktycznie" tutaj nic nie wnosi. Porównaj zdanie powyżej do tego: Zobaczył ich po chwili – siedzieli przy dwuosobowym stoliku obok kontuaru.

Zabawiał tamtą dziewczynę. „Wysoka i szczupła. I w czarnych obcasach. Wypacykowana. Gdyby tylko wiedziała…! Ale się nie dowie.”

1. Miało być: Wysoka i szczupła. I w czarnych obcasach. Wypacykowana. "Gdyby tylko wiedziała…! Ale się nie dowie".?
2. Kropkę stawiamy poza cudzysłowem.

Przyjazny uśmiech ochroniarza dodał mu nieco otuchy.

Czyli Marcin ma jakieś złe przeczucia? Jako czytelnik nie mam pojęcia jakie ani dlaczego. Nawet nie jestem pewien, czy na pewno coś go dręczy.

Dalej wspomnę tylko o tym, co uznałem za wyjątkowo dziwne.



Forezy przed oczami miał wielki, migający na czerwono komunikat.

Skąd on się tam wziął, ten komunikat? To w jego telefonie? Na jakimś telebimie, co zwykle wyświetlał reklamy?

Syreny huknęły niczym grom z jasnego nieba.

Mógłbyś napisać, jaki to był sygnał, bo np. ja nie mam pojęcia, co się dokładnie stało.

- Musimy przebiec most!

Przez.

Ruszyli natychmiast, gdy jeszcze cześć napotkanych osób zadzierała wysoko głowy, oczekując zagrożenia właśnie z tamtej strony.

Dlaczego z tamtej strony? Sygnał to jednak był alarm powietrzny?

Ludzie masowo wylegli z kamienic; panował rozgardiasz nie do opisania.

1. Rozgardiasz jakoś mi nie pasuje. Dałbym np. chaos, bezład.
2. Imo jeśli narrator trzecioosobowy mówi, że coś było nie do opisania, to trochę, jakby autor przyznawał się do swojej niekompetencji. Jest wiele rzeczy, o których mógłbyś tu wspomnieć np. o tym, że nikt nie prowadził ewakuacji; ktoś próbował, ale nikt nie zwrócił na to uwagi; etc.

Wszystko pulsowało, jakby wiedząc, że to ostatnia chwila przed śmiercią. Zwierzęta potrafią wyczuć trzęsienie ziemi na kilkanaście godzin wcześniej – być może jednak epicentrum emocji ludzkiej położone jest nieco niżej i reaguje tylko na silne wstrząsy. Być może. Każdy z osobna dobrze wiedział, że to jest właśnie to. Że tak. I w ten, a nie inny sposób. Nie było z czym – ani z kim – się spierać.

1. Nie bardzo rozumiem, co próbujesz powiedzieć.
2. Epicentrum emocji ludzkiej? Chodzi o coś w rodzaju instynktu?
3. W większości przypadków ludzie reagują na głupoty, którzy inni wypisują w internetach.

Tłum napierał jak bezkształtna masa, gnając bezmyślnie przed siebie. Matki niosły na rękach swoje dzieci, próbując uchronić je przed nawałą. Samotne staruszki nie miały szans.

1. Dokąd zmierzają i dlaczego? Myślałem, że przez most chcą przejść. Jest tam jakiś bunkier albo schron? Napisałeś wcześniej, że tam ukonstytuował się kierunek ucieczki.
2. Staruszki nie mają szans wobec nawały – nie potrafią ochronić się przed stratowaniem? Czy ogólnie nie mają szans na przeżycie?

- Uciekaj! Nie stój – krzyknął Forezy.

"Nie stój" brzmi dziwnie, może: Rusz się!

Nie notowałem przez chwilę.



„ A więc dwóch. Za pewni siebie”

Zbyt.

Wychylił się pierwszy zza osłony, strzelając prosto w napastników. Wszystkie trzy kulki dosięgnęły celu. Narko dał susa niczym lis, kładąc się na ziemi, tuż obok nóg Itryny. Wypalił z czarnoprochowca w trzeciego, gdy tamten chciał zejść ze schodów na piwniczny grunt.

Nie bardzo rozumiem, w jednego strzelał czy w trzech i trafił każdego? Bo przecież ten Narko wypalił w "trzeciego". Jeśli się nie mylę, to czarnoprochowce są ogłuszająco głośne, można by to zaznaczyć, bo jakoś cicha ta potyczka.

Nie chodziło tutaj o tą ognistą czerwień paznokci, gdyż ta ruda pachniała raczej wodą ognistą. Ale właśnie o ten tajemniczy, rzadko spotykany błysk w oku.

???

Metal cicho zastukał o drewno kamienicznej podłogi. Forezy z ledwością powstrzymał się od wskazania jej palcem. Kontynuował mowę.
„Upuściła nóż. Gorąca, że aż parzy.”

???

Do syntez wykorzystywał pozornie zbędne odczynniki; starczy tu wspomnieć o nitroetanie oraz aldehydzie benzoesowym.

Na pewno wystarczy? Osobiście nie mam zielonego pojęcia, o co chodzi. Niektórzy mogliby nawet pomyśleć, że sobie z nich kpisz.

Nawet na terenie Ufortyfikowanego Grodu (ścisłej części Nowej Bydgoszczy), w którym do poruszania się miedzy piwnicami wymagane były podbite przez Radcę dokumenty znalazło się kilkunastu ludzi Koacerwatu, gdyż tak właśnie nazywano imperium rozbudowane przez dwójkę młokosów – władców lewobrzeżnej części grodu nad Brdą.

Potwór i przecinków brakuje, imo zdanie do przeróbki.

Moim zdaniem musisz doszlifować warsztat.
Na Twoim miejscu do następnego opowiadania zabrałbym się tak:
1. Ograniczyć ilość tekstu do maksymalnie 1/4 tego powyżej.
2. Dopracować każdy akapit z osobna aż do granic Twoich możliwości.
3. Odłożyć opowiadanie na jakiś czas w kąt, zająć się czymś innym.
4. Przeczytać je ponownie, twoja ocena powinna się bardziej obiektywna, a mniejszą ilość tekstu będzie łatwiej ogarnąć.
5. Powtarzać kroki od 2., do czasu, aż czytając historię ponownie, będziesz z nią zachwycony.

Mam nadzieję, że pomogłem chociaż trochę.
Powodzenia z następnym!



Awatar użytkownika
Begied21
Pisarz domowy
Posty: 166
Rejestracja: pn 19 lut 2018, 22:56
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Dychotomia (post-apo)

Postautor: Begied21 » wt 31 lip 2018, 17:53

Krążownik pisze:Source of the post Starałem się doczytać do końca, nie udało mi się. Piszesz trochę chaotycznie i miejscami niezrozumiale. Sam wiesz, co masz na myśli, ale czytelnik może nie mieć pojęcia. Kwintesencja to np.

Do syntez wykorzystywał pozornie zbędne odczynniki; starczy tu wspomnieć o nitroetanie oraz aldehydzie benzoesowym.

Preparaty z pseudoefedryną – w której pokładał największe nadzieje.


Kwestia z maskami jest wyjaśniona - tamten jest delikatnie mówiąc, zły na Forezego, że są z demobilu. Co do tego pierwszego - faktycznie, może i nawet za dużo. Ale chyba każdy wie, ze z pseudoefedryny można bardzo łatwo zrobić metamfetaminę (Breaking Bad) - ten sposób wykorzystywał Jessie zanim poznał Waltera White'a :)
Słyszałem też, że dużo szczegółów poprawia obraz sytuacji i konkretyzuje temat opowiadania.
Krążownik pisze:Source of the post Miejscami odniosłem wrażenie, że jednak sam nie wiesz, o czym piszesz np.
„Prawie jak Kamila Itryny” – pomyślał. Nie chodziło tutaj o tą ognistą czerwień paznokci, gdyż ta ruda pachniała raczej wodą ognistą. Ale właśnie o ten tajemniczy, rzadko spotykany błysk w oku.

Nie no - i dalej jest przecież wyjaśnione... Chociaż może faktycznie to zdanie jakoś słabo brzmi.

Krążownik pisze:Source of the post To pewnie przez to, że zbyt często starasz się stosować zasadę Show, Don't Tell (o ile się nie mylę). Spróbuj pomyśleć o tym w ten sposób, co zrobi na Tobie większe wrażenie: przekleństwo kogoś, kto ciągle nadużywa bluzgów czy kogoś, kto prawie nie przeklina?

W sensie miałem napisać, że się uśmiechała? Albo oblizała usta, czy coś w ten deseń? W sumie faktycznie (a co do tej zasady, to ja ciagle mam wrażenie że i tak za dużo mówię, a za mało pokazuję) :)
Co do historii: nie mam pojęcia, co się stało. Skąd wzięło się promieniowanie? Atomówka? Wybuchła jakaś elektrownia? Oba przypadki są całkiem spektakularne. Nie opisujesz "efektów specjalnych" żadnego trzęsienia ziemi, grzybów atomowych, kuli ognia, nic. W przypadku bomby bohaterowie nie odczuwają strachu, że może spaść kolejna. Przynajmniej do tego nie doczytałem. To było w Polsce czy u naszych sąsiadów? Trwa może jakaś wojna?[/quote]
Szczerze? Olałem temat. Nie wiem w sumie, czy to aż takie ważne - większość ksiażek o post-apo na pierwszych stronach opisuje szczegółowo tzw. Dzień Zagłady - a rozmowa w piwnicy niewiele wyjaśnia? Jakby zobaczyli grzyby atomowe, to mogłoby być cienko z nimi...postawiłem na realizm, dlatego Forezy gada o "wietrze ze wschodu" (choć w sumie aż przypomina mi się Cezary Baryka :P) - jak wiadomo najważniejsze jest to, gdzie zawieje (choćby przypadek Czarnobyla). Hmm. Ale możesz faktycznie mieć rację i za mało opisałem.

Krążownik pisze:Source of the post Lubię historie tego typu, ale brakowało mi "powodu", żeby czytać dalej. Mało obchodzą mnie losy bohaterów, bo słabo ich poznałem. Nie wiem, co się stało, ale odnoszę wrażenie, że narrator mi tego nie zdradzi.

Zdradzi :P Po prostu nie chciałem się koncentrowac na tej apokalipsie - może błędnie, gdyż, wbrew pozorom, tutaj jest tylko tłem :)

Krążownik pisze:Source of the post
1. Osobiście uważam, że półpauza wygląda bardziej estetycznie niż dywiz (i nawet lepiej niż pauza). Nie mam nic przeciwko temu drugiemu, chodzi mi spójność. Stosuj jedno albo drugie.
2. Okrętów podwodnych.

1. Dobra
2. Ale okrętów podwodnych? W sumie - że chmury wygładały jak "ławica okrętów podwodnych" - nie tak źle.
Krążownik pisze:Source of the post
Odniosłem wrażenie, że właśnie w tym momencie zabiłeś podniosłą narrację, ale nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. To chyba przez opis wieżowca. Zdanie można spokojnie podzielić na dwa.

Chciałem dać jakieś dłuższe zdania dla "zagęszczenia"
Krążownik pisze:Source of the post I taka właśnie aura przesądziła o spóźnieniu Marcina Forezego do pracy. Pospiesznie nałożył na siebie wodoodporny fartuch. „Niczym cerata” – rzuciło mu się w oczy.

1. Czytając szybko, można pomyśleć, że to ta aura była niczym cerata. Drugie zdanie do nowego akapitu.
2. "Jak cerata" – pomyślał. Wydaje mi się o wiele lepszą opcją, cokolwiek próbujesz przekazać. Zobacz: "Ubieram worek na śmieci, znowu..." coś takiego ma już jakiś konkretniejszy przekaz.
3. Imho to trochę dziwne, że Marcin tam pracuje i dopiero teraz cerata rzuciła mu się w oczy, zupełnie jakby dopiero zaczynał.
Chciałem powiązać gęste niebo z gestą ceratą :P Szkoda, że nie wyszło.
Krążownik pisze:Source of the post
Początek imo paskudny, może: "Dopiero wszedł", "Ledwo się przebrał(zarzucił na siebie ceratę?)", "Nawet nie zaczął zmiany"?

Czemu to jest takie słabe? Rozumiem - szału nie robi, ale dla mnie zdanie jak zdanie.
Krążownik pisze:Source of the post
Imo lepiej wszedł do kuchni.

Mi wejście "na" kuchnię kojarzy się właśnie bardziej pracowniczo - a do kuchni to jakby do siebie. Ale racja - można było tak napisać.

Krążownik pisze:Source of the post - Cześć, cześć – odparło mu echo jego własnych słów. Każdy pochłonięty był typową dla siebie czynnością – siekaniem czerwonej papryki w równiuteńką kostkę, lub dopieszczaniem liści sałaty położonych już na talerzu, kreśląc fantazyjne wzorki sosami.

1. Skoro odparło mu echo własnych słów, to raczej można je pominąć – wiadomo, jak brzmią.
2. Może: typową dla siebie pracą/każdy wykonywał swoje obowiązki.
3. Nie mam pojęcia, jak to wygląda w kuchni, ale opisujesz chyba tylko to, co robili kucharze. Nie ma tam np. jakichś kelnerów, którzy przychodzą po gotowe dania? Znaczy, jeśli "Każdy pochłonięty był typową dla siebie czynnością" i są tam tylko kucharze, to raczej naturalniej byłoby napisać, że byli zajęci gotowaniem.
1. Ale wtedy to by znaczyło, że nikt mu nie odpowiedział...
2. No w sumie
3. Chciałem trochę doszczegółowić (kelnerzy są za kontuarem)
Krążownik pisze:Source of the post
1. Wyjmując telefon, spojrzał najpierw na Messengera? Chyba najpierw go wyjął, a później spojrzał...
2. Marcin jest zwalony masą garów do zmywania. Dlaczego się obija zamiast pracować? Może warto to zaznaczyć np. Marcin miał tak dużo roboty, że aż sprawdził na telefonie facebooka/Messengera (jakoś słabo mi to wyszło).
3. W tym momencie byłem pewien, że owa dziewczyna będzie tam pracować...

1. Racja - za szybko.
2. Hmm :) Coś w tym jest.
3. Ale nie będzie :)
Krążownik pisze:Source of the post
1. Powtórzenie.
2. Imho "praktycznie" tutaj nic nie wnosi. Porównaj zdanie powyżej do tego: Zobaczył ich po chwili – siedzieli przy dwuosobowym stoliku obok kontuaru.

Nie no - racja.
Krążownik pisze:Source of the post
2. Kropkę stawiamy poza cudzysłowem.

Fatycznie :)

Przyjazny uśmiech ochroniarza dodał mu nieco otuchy.

Czyli Marcin ma jakieś złe przeczucia? Jako czytelnik nie mam pojęcia jakie ani dlaczego. Nawet nie jestem pewien, czy na pewno coś go dręczy.

Dalej wspomnę tylko o tym, co uznałem za wyjątkowo dziwne.



Krążownik pisze:Source of the postForezy przed oczami miał wielki, migający na czerwono komunikat.

Skąd on się tam wziął, ten komunikat? To w jego telefonie? Na jakimś telebimie, co zwykle wyświetlał reklamy?[/quote]
No przypomniało mu się - w głowie miał :)

Krążownik pisze:Source of the postSyreny huknęły niczym grom z jasnego nieba.
Mógłbyś napisać, jaki to był sygnał, bo np. ja nie mam pojęcia, co się dokładnie stało.

Jeszcze o tym pisać? Noramlny, syrenowy taki :)
Krążownik pisze:Source of the post
Dlaczego z tamtej strony? Sygnał to jednak był alarm powietrzny?

No tak - chodzi o rakiety.
Krążownik pisze:Source of the post
1. Rozgardiasz jakoś mi nie pasuje. Dałbym np. chaos, bezład.
2. Imo jeśli narrator trzecioosobowy mówi, że coś było nie do opisania, to trochę, jakby autor przyznawał się do swojej niekompetencji. Jest wiele rzeczy, o których mógłbyś tu wspomnieć np. o tym, że nikt nie prowadził ewakuacji; ktoś próbował, ale nikt nie zwrócił na to uwagi; etc.
Niby racja - ale potem to trochę opisałem, że się przeciskali.

Krążownik pisze:Source of the post
1. Nie bardzo rozumiem, co próbujesz powiedzieć.
2. Epicentrum emocji ludzkiej? Chodzi o coś w rodzaju instynktu?
3. W większości przypadków ludzie reagują na głupoty, którzy inni wypisują w internetach.

1. No chciałem opisać innymi słowami ten cały rozgardiasz i ową apokalipsę...
2. No mozna też to tak nazwać
3. Ale w porównaniu ze zwierzętami, o których jest mowa zdanie wcześniej to jednak człowiek wymaga silniejszego wstrząsu niż takie np. wibrysy kota :)

Tłum napierał jak bezkształtna masa, gnając bezmyślnie przed siebie. Matki niosły na rękach swoje dzieci, próbując uchronić je przed nawałą. Samotne staruszki nie miały szans.

1. Dokąd zmierzają i dlaczego? Myślałem, że przez most chcą przejść. Jest tam jakiś bunkier albo schron? Napisałeś wcześniej, że tam ukonstytuował się kierunek ucieczki.
2. Staruszki nie mają szans wobec nawały – nie potrafią ochronić się przed stratowaniem? Czy ogólnie nie mają szans na przeżycie?
1. Szczerze - chyba nie. Ale taka sytuacja jest prawdopodobna - nie dawałem nigdzie bunkra, właśnie dla lepszego efektu - tłum biegnie i nie wie gdzie (myslę, że taka sytuacja jest dosyć prawdopoodbna w mieście i po jazgocie syren)
Krążownik pisze:Source of the post
"Nie stój" brzmi dziwnie, może: Rusz się!

Faktycznie.
Krążownik pisze:Source of the post
Zbyt.

Też prawda.

Krążownik pisze:Source of the post
Nie bardzo rozumiem, w jednego strzelał czy w trzech i trafił każdego? Bo przecież ten Narko wypalił w "trzeciego". Jeśli się nie mylę, to czarnoprochowce są ogłuszająco głośne, można by to zaznaczyć, bo jakoś cicha ta potyczka.

No był pierwszy, drugi i trzeci :) Dwóch było w korytarzu piwnicy - i 3 kulki zastrzeliły tych 2, a trzeci dopiero wychodził i Narko był "na snajpera" - osłaniał wejście, żeby zastrzelić wychodzącego...ale skoro muszę to pisać to fakt, być może za mało powiedziane. I fakt - są naprawdę głośne, więc w sumie możnaby to dodać.

Nie chodziło tutaj o tą ognistą czerwień paznokci, gdyż ta ruda pachniała raczej wodą ognistą. Ale właśnie o ten tajemniczy, rzadko spotykany błysk w oku.


No ale co ja tu mogę więcej napisać? "Błysk w oku" jest często używany.

Metal cicho zastukał o drewno kamienicznej podłogi. Forezy z ledwością powstrzymał się od wskazania jej palcem. Kontynuował mowę.
„Upuściła nóż. Gorąca, że aż parzy.”

???
To ma na celu opisywać tamtą dziewczynę i łączy się z poprzednim zdaniem.

Hmm. Dzięki za opinię - faktycznie, to przydługie zdanie też nie ma przecinka, a to niedobrze. Mimo wszystko - nawet jak w moim odczuciu utwór literacki jest wybitnie wujowy, to czytam do końca. A zakończenie na pewno rzuciłoby wiele światła na pewne sprawy (no i wiedziałbym jak wyszła najważniejsza akcja i podsumowanie). Masz rację z wieloma niedopowiedzeniami, choć dałem je celowo (i sa potem wyjaśniane). Tutaj najwazniejszy był plan, który zawiązuje się w momencie śmierci Kamili Aleksandra "Itryny" itrynowicza - oraz jego dalsze konsekwencje dla dwójki bohaterów, a niekoniecznie kulisy katastrofy i życie po apokalipsie.


"Uganiał się za jakimiś babami, wymyślał coraz to nowe życiowe teorie i w końcu patykiem wybił sobie oko!…"
Stanisław Ignacy Witkiewicz

t

Awatar użytkownika
P.Yonk
WModerator
WModerator
Posty: 537
Rejestracja: sob 17 cze 2017, 20:08
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Dychotomia (post-apo)

Postautor: P.Yonk » wt 31 lip 2018, 21:41

Begied21 pisze:Source of the post Niech na moim grobie zakwitną astry [...] Wszystko jest we mnie splecione.
Nic, od początku do końca tych dwóch akapitów, nie zrozumiałem. Ale powiedzmy, że to taki poetycki wstęp. Potem się wyjaśni, lub nie, ale miało być patetycznie - choć miejscami dziwnie, koślawo ("hajda na koń") - prawie się udało. Taki miks patosu i czegoś zabawnego, jakoby patos w krzywym zwierciadle... Idziem dalej.
Begied21 pisze:Source of the post[...] stal łodzi podwodnych
- rozumiem, że chodziło o kolor, w takim razie czym się różni kolor stali łodzi podwodnych, od stali okrętów, albo kutrów, albotego mostu. Bo przecież nie rozmawiamy o kolorze farby.
Begied21 pisze:Source of the post oderwane stratusy wyglądały niczym fragmenty ogromnej tarczy
Oderwane od czego. Tarczy jakiej: strzeleckiej, rycerskiej?
Begied21 pisze:Source of the post „Niczym cerata” – rzuciło mu się w oczy.
To on tam pierwszy raz w pracy? Dopiero zauważył, że fartuch wygląda jak cerata?
Begied21 pisze:Source of the post Nie wróżyło to najkrótszego popołudnia.
To zdanie jest jakieś nieporęczne. Myślę, że słowo "krótkiego" z powodzeniem zastąpiło by użyte "najkrótszego". Być może sztampowe "Zapowiadało się długie popołudnie" brzmiałoby jeszcze lepiej. Ale ja się nie znam. Mi by pasowało. :P
Begied21 pisze:Source of the post Pod dłuższej chwili Aleksander dostrzegł ostrzegając sylwetkę Marcina we wnęce.
...uuuu - przeczytaj to na głos.
Begied21 pisze:Source of the post „Ogłaszam alarm dla miasta Warszawa! Ogłaszam alarm dla miasta Bydgoszczy! A więc tak to kiedyś było! Kurwa, co teraz!”
Odjechany ten komunikat.

Przepraszam Begied21, ciężko mi dalej czytać. Jest ogólnie chaos. Nie wiem po co są niektóre sceny (na początku z restauracją) - spokojnie mogłoby się bez nich obejść, fabuła by nie ucierpiała. Dalej nie doczytałem. Przepraszam. Nie dam rady.

Pewnie mam to samo, tzn - mam w głowie opowiadanie, zaczynam pisać i ja wiem o co chodzi w każdej scenie, ale potem okazuje się, że czytający nie wiedzą, bo ja te obrazy mam w głowie, a te kilka napisanych słów tylko w mojej głowie je wyzwala. Z jednej strony wyjadacze radzą wierzyć czytelnikom, a z drugiej strony okazuje się, że jednak myśli trzeba składniej wykładać :D
Od złej strony do tego podchodzimy.


"Im więcej ćwiczę, tym więcej mam szczęścia"

Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 935
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Dychotomia (post-apo)

Postautor: Misieq79 » śr 01 sie 2018, 10:08

Dobra, to tradycyjnie najpierw dłobiazgi.

Begied21 pisze:Source of the post granatowy wieżowiec w kształcie ćwiartki piramidy sprawiał wrażenie zwielokrotnionego. Jak gdyby z każdego okna wyzierało czyjeś czujne spojrzenie.

"jak gdyby" sugeruje łączność tych zdań a nie widzę związku

Begied21 pisze:Source of the post „Niczym cerata” – rzuciło mu się w oczy.

Skoro rzuciło się w oczy, rozumiem że to był napis na fartuchu, si?

Begied21 pisze:Source of the post Wyjmując telefon z kieszeni dresów, spojrzał wpierw na Messengera.

Nie wiem jak w Twoim rejonie, ale u mnie ubranie to "dres" w l.poj a "dresy" to łysi obwoźni sprzedawcy wp****lu.

Begied21 pisze:Source of the post Pod dłuższej chwili Aleksander dostrzegł ostrzegając sylwetkę Marcina we wnęce.

To pozwoliłem sobie wrzucić w babolarium.

Begied21 pisze:Source of the post „Wysoka i szczupła. I w czarnych obcasach. Wypacykowana. Gdyby tylko wiedziała…! Ale się nie dowie.”
1) wysoka, szczupła, obcasy - bez cudzysłowu, to są widoczne atrybuty. 2) my też się nie dowiemy.
Generalnie oceny Kamili przez Marcina - OK, wnikliwe, ale czemu służą fabularnie?

Begied21 pisze:Source of the post Syreny huknęły niczym grom z jasnego nieba.

IMO złe porównanie, zupełnie inna dynamika dźwięku. Przy gromie masz mocny początek i zanikający pogłos, przy syrenach - narasta, a potem jest stały i dłuższy.
I tez nie rozumiem o co chodzi z migającym czerwonym napisem, jeśli pijesz do 1939 to żadnego migającego napisu nie było.

Begied21 pisze:Source of the post - Kamilaaa! Kamilaa! – przez chwilę stał jak niewzruszony, zupełnie jakby stracił wrażliwość na ból. Szturchały go łokcie, a on stał jak skała.
- Uciekaj! Nie stój – krzyknął Forezy.
Tyle, że Aleksander dostrzegł już plamę krwi na chodniku.

Ten opis, pardą, ssie. Bezkształtna masa pochłania staruszki, Kamilę, Hindusa, a Ola tylko szturcha łokciami? I jak dostrzegł plamę krwi w szalejącym tłumie? Zwłaszcza, że chyba stratowano więcej niż 5 osób (Kamilę, Hindusa i 3 staruszki).

Begied21 pisze:Source of the post - I chuj! Miało być nas trzech, a jest dwóch! No i w końcu to z nią planowałem, a nie z jakąś inną!
1) chyba troje 2) a gdzie baba dla Marcina? Swoja szosą, Olo i Marcin to przyjaciele od dawna, a wychodzi że "planował" z dopiero co poznaną laską. Ciut mnie to zgrzyta.

Begied21 pisze:Source of the post ostatnie pudełko z Acatarem upchał po kieszeniach.

Jedno pudełko, więc w kieszeni. Albo pudełkA - wtedy po kieszeniach.

Begied21 pisze:Source of the post Na ulicach wciąż było pełno trupów – Forezy cieszył się z posiadania MP5 z nowoczesnym filtrem; Itry zresztą także.

I tu się rozbija o wyjaśnienie skrótów. Ja trochę wiedzy o sprzęcie liznąłem, ale pierwsze skojarzenie MP5 to Heckler&Koch. A z filtrem - chyba Ekstramocne :P Wychodzi jakby z wielką radochą wystrzelali całą ulicę z pistoletów maszynowych. Z filtrem.

Begied21 pisze:Source of the post Itryna zdzielił go prosto w mordę; Forezy zrobił krok do tyłu.
- Znam Mienara! Jełopa! Kwilego! Wiem, gdzie trzymają cały towar. Wiesz stary, kryyyształ… - oczy prawie wyszły mu z orbit.

Wychodzi że to Forezy zarobił gonga i zaczął sypać :D

Begied21 pisze:Source of the post W tym miejscu licznik Geigera zaczął już groźnie popiskiwać; nawet nowy członek triady miał na sobie wysłużoną MC-1 wyposażoną w filtr z demobilu.

Autorze, czy mnie się wydaje czy oni chronią się przed promieniowaniem za pomocą masek p/gazowych?

Begied21 pisze:Source of the post - Ty jesteś przywódca? – tamta nie spuszczała wzroku z Itryny.
„Jakby wiedziała, co zaraz zrobię. I co zrobi potem Itry.”
- Ja.
- To patrz – wymierzył w niego spluwę i strzelił mu prosto w czoło.

Tu se gubisz podmiot. Domyślam się że chodzi o wyróżniającego się delikwenta, ale przeczytaj to.

Begied21 pisze:Source of the post Kobiety padły im do nóg i zaczęły całować po stopach. Cała reszta także upadła na kolana, tylko jeden z grupy wzniósł w górę strzelbę zmarłego dowódcy i kręcił nią młynka, ciesząc się niczym dziecko.

Hmmm a ile czasu minęło od TEOTWAWKI?

Begied21 pisze:Source of the post puścił seryjkę trzech pocisków w górę schodów. Czwarty dostał jednym z nich w brzuch, upadając bezwładnie na podłogę.
Przeczytaj to. Wychodzi, że czwarty pocisk dostał schodem w brzuch :P

Begied21 pisze:Source of the post Tamten natychmiast stanął na baczność. Wyglądał na rozpalonego gorączką; żar w jego oczach budził przerażenie. W tych czasach piętnastolatek na wojnie był zjawiskiem zupełnie normalnym.
(...)i za chwilę: Chłopak skinął głową i zabrał się za czyszczenie karabinka; młodzieniec wyglądał na nie więcej, niż na piętnaście lat. Starszy mężczyzna stojący nieopodal sprawdzał umocowanie przyrządów celowniczych.
na chuchu to powtórzenie?

Begied21 pisze:Source of the post Beryl Aleksandra nie nadążał z przeładowywaniem.

To też trafiło do babolarium.
Poza tym, masz tu refa - ile można wystrzelić z kałasza (co prawda to AK-47, ale sądze ze z berylem będzie podobnie)
https://www.youtube.com/watch?v=xlL-uRkJ0yA long story short - po 265 strzałach wygięło rurę gazową. Na drugim filmiku pociągnął dłużej - ale najpierw zapaliły się drewniane okładziny :D

Nieno, dalej nie zdzierżę. Podobały mi się dwie sceny - apteka i zejście Marcina. Reszta - groch z kapustą. Poza tym, chyba wrzuciłeś surowiznę.
Uogólniając, powtórzę to co Rubia wczoraj na esbeku pisała, nigdzie nie wiadomo co, jak i dlaczego. Dlaczego chłopak ze zmywaka i preppers z bożej łaski zostali królami, dlaczego w chyba krótkim okresie zrobiło się full postapo. Nie pokazujesz tego, a odpowiedź "bo tak" nikogo nie zadowoli. Skąd broń, skąd posłuch, skąd wiedza.
OK, idzie wojna, wysiada prąd, gaz, ciepło i internet. Ale chyba nie odparowało całej policji i wojska. Najpierw ruszą ekipy od kryzysu, a dopiero potem zacznie się sypać. I potem powstaną grupy trzymające władzę. Zapewne oparte właśnie na byłych resortach siłowych, a nie dwóch chłopaczkach co obrobili aptekę.
Poza tym trochę nieszczęśliwie wybrałeś Bydgoszcz, gdyż w tym miejscu WTSHTF karty będą rozdawać raczej ci panowie (i panie):
https://pl.wikipedia.org/wiki/1_Pomorsk ... ogistyczna

Co do struktury - zrobiłeś pierwszego "Wiedźmina". Z 12-godzinnego serialu wziąłeś półtorej godziny różnych scen i wmawiasz że to film. I, niestety, króluje chaos, zwłaszcza w scenach akcji.

Co do ochrony przed promieniowaniem za pomocą maski p/gaz (z filtrem!) - tyż nie odrobiłeś lekcji.

To jest po prostu marne, sorry. Bier sprzątacza, niech to zmiecie na szufelkę i podłoży pod Trinity.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.

Awatar użytkownika
Krążownik
Kmiotek
Posty: 6
Rejestracja: śr 18 lip 2018, 11:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[W] Dychotomia (post-apo)

Postautor: Krążownik » śr 01 sie 2018, 11:12

Begied21,
Nie chodziło tutaj o tą ognistą czerwień paznokci, gdyż ta ruda pachniała raczej wodą ognistą
. Możliwe, że to tylko ja, ale w ogóle nie łapię tego zestawienia koloru paznokci z zapachem...

Szczerze? Olałem temat. Nie wiem w sumie, czy to aż takie ważne - większość ksiażek o post-apo na pierwszych stronach opisuje szczegółowo tzw. Dzień Zagłady - a rozmowa w piwnicy niewiele wyjaśnia? Jakby zobaczyli grzyby atomowe, to mogłoby być cienko z nimi...postawiłem na realizm, dlatego Forezy gada o "wietrze ze wschodu" (choć w sumie aż przypomina mi się Cezary Baryka :P) - jak wiadomo najważniejsze jest to, gdzie zawieje (choćby przypadek Czarnobyla). Hmm. Ale możesz faktycznie mieć rację i za mało opisałem.

Rozumiem, w takim wypadku opis zagłady wydaje się trochę zbędny.

2. Ale okrętów podwodnych? W sumie - że chmury wygładały jak "ławica okrętów podwodnych" - nie tak źle.

Boże, w wynikach z Google tyle osób pisze "łódź podwodna", że sam już nie wiem, ale raczej powinno być okręt. Pozwolę sobie zacytować wikipedię (wiem, słabe źródło, lepszego będziesz musiał poszukać na własną rękę):
Okręt podwodny a łódź podwodna

W niektórych językach indoeuropejskich spotyka się albo rzeczowniki odprzymiotnikowe (na przykład ang. submarine, chorw. podmornica, hiszp. submarino, wł. sottomarino), albo terminy, które dosłownie na polski przełożyć by można jako „łódź podwodna” (ros. podwodnaja łodka, подводная лодка, niem. Unterseeboot).

Obecnie w języku polskim na określenie tej klasy jednostek stosuje się oficjalnie termin okręt podwodny. Początkowo w nomenklaturze obowiązywało wprawdzie określenie łódź podwodna[132], jednak 23 września 1936 roku nastąpiła urzędowa zmiana nomenklatury – przemianowano wówczas Dywizjon Łodzi Podwodnych na Dywizjon Okrętów Podwodnych[133]. Określenie łódź podwodna ma obecnie charakter potoczny[134] i jest archaizmem[133].


Czemu to jest takie słabe? Rozumiem - szału nie robi, ale dla mnie zdanie jak zdanie.

Moim zdaniem "Już od samego wejścia" brzmi nie po polsku.

1. Skoro odparło mu echo własnych słów, to raczej można je pominąć – wiadomo, jak brzmią.
(...)
1. Ale wtedy to by znaczyło, że nikt mu nie odpowiedział...

Racja! Przepraszam. W oryginale jest ten sam błąd. Napisałeś, że to echo mu odparło... Czegoś brakuje. Zobacz:
"- Cześć, cześć – koledzy odparli mu niczym echo."

No przypomniało mu się - w głowie miał :)

Czyli powinno być, że w głowie miał nie przed oczami. Reszta to porównanie, np: Przypomniał mu się komunikat, który widział tamtego dnia "(...)". Wspomnienie było bardzo wyraźne. Jakby pulsujący czerwienią tekst pojawił się przed jego oczami.

Jeszcze o tym pisać? Noramlny, syrenowy taki

Jest więcej niż jeden sygnał alarmowy i mają różne znaczenia... Googluj.

1. No chciałem opisać innymi słowami ten cały rozgardiasz i ową apokalipsę...
2. No mozna też to tak nazwać
3. Ale w porównaniu ze zwierzętami, o których jest mowa zdanie wcześniej to jednak człowiek wymaga silniejszego wstrząsu niż takie np. wibrysy kota :)
(...)
1. Szczerze - chyba nie. Ale taka sytuacja jest prawdopodobna - nie dawałem nigdzie bunkra, właśnie dla lepszego efektu - tłum biegnie i nie wie gdzie (myslę, że taka sytuacja jest dosyć prawdopoodbna w mieście i po jazgocie syren)

Wiem o co chodzi, fakt może nie potrzebnie się czepiam, ale:
Ludzie reagują raczej na to, co widzą: prędzej będą uciekać w stronę przeciwną do tej, z której nadchodzi zagrożenie. Jeśli nie wiadomo skąd, prawdopodobnie zamkną się na cztery spusty w swoich mieszkaniach. Zakładam, że skoro istnieje Messenger, to istnieje również Internet. Rzeczy, które mogły się tam pojawić to chyba najlepsze źródło opisanej paniki. Co więcej mogła się tam znaleźć informacja na temat tego, co naprawdę się dzieje albo jakieś przypuszczenia/trolle. A i jeśli Marcin ma telefon, to powinien dostać sms z komunikatem alarmowym. Może zadzwoniła do niego mama albo on chciał zadzwonić do niej? Rodzina się o siebie martwi.
Chociaż faktycznie nie mam pojęcia, jak naprawdę zachowaliby się ludzie w obliczu prawdziwej zagłady.



Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz domowy
Posty: 131
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[W] Dychotomia (post-apo)

Postautor: MargotNoir » pt 03 sie 2018, 20:59

Begied21,

Wybacz, że będę Cię cytować bez HTMLA. Chyba bym umarła, gdybym musiała przeklejać nawiasy za każdym razem.

Długo zabierałam się do tego tekstu. Budził od początku skrajne emocje. Z jednej strony jest w nim coś, co mnie nieodparcie pociąga. Coś, co mnie natychmiast urzekło, zaintrygowało - klimat, humor, absurd. Z drugiej strony... no właśnie.

Od razu przeproszę za to, co muszę zrobić. Ja wiem, że ten tekst zmasakrowałam, wręcz zgwałciłam, przewróciłam na podłogę razem z krzesłem i podeptałam mu twarz. Przepraszam za okrucieństwo. Włączył mi się sarkazm, bo tekst mnie tak rozjuszył, że nie byłam w stanie dopuścić do steru tej bardziej słodkiej i przymilnej części mojej natury. Wk*łam się. Wk*wiłam się, bo zmarnowałeś kawał dobrego pomysłu.

Zrobiłam to właśnie dlatego, że zaczął mi się podobać. Jest pomysł, jest jakaś sytuacja, premise, postaci, nastrój. Oryginalność. Niebanalne postaci (przynajmniej o ile dobrze je rozumiem). Po prostu nie mogę Ci wybaczyć, że fajną historię tak spektakularnie źle opisałeś.
Z tego tekstu da się zrobić coś naprawdę wciągającego i ciekawego, tylko trzeba go napisać po prostu poprawnie i jeszcze mocno przemyśleć.

No, to jedziemy:

Niech na moim grobie zakwitną astry i białe lilie, jeszcze sprzed Zamroczenia! Niech urosną jako stalaktyty nieba na żyznej krwi naszych dziewic;

Stalagmity. Jeśli nadal mówimy o liliach.

niech zamkną farmy ziemniaków

Dlaczego lilie mają zamykać farmy ziemniaków?

Dałbyś nowy akapit i byłoby wiadomo, że chodzi ogólnie o ludzi, o zawołanie „niech cośtam się stanie”, ale w tym momencie niestety ziemniaki konkurują z astrami i liliami.

i każą hołocie wyjść przed szereg!

Jeśli cała hołota wyjdzie przed szereg, to nikt nie będzie przed szeregiem. Przed szereg może wyjść maksymalnie kilka osób.

Koła mojego rydwanu zmiażdżą ich czerepy, a ich krzyki słyszeć będą wszystkie moje pokolenia!
Co to są moje pokolenia? Kto tu jest "podmiotem lirycznym"? Ludzkość?

Tego dnia bowiem zrzuciłem z siebie Szatę Popiołów, która okryła moje królestwo, okruch ziemskiego raju. Mój dawny bunt teraz jest jedyną władzą. Któż z tych pachołków się sprzeciwi!

Tu pytajnik.

Hajda na koń, niech gna!


Któż?

Niechaj wyciągają kadzidła, niechaj palą wszystko co ziemskie. Wraz ze mną spłonie kolor! Stałem się płomieniem gorąca, lichtarzem nienawiści przyobleczonym w miłość.

Me gusta.


Tak oto mogę umierać spokojnie, gdyż za życia stałem się Wszystkim - i Wszystko jest we mnie splecione.

Me gusta mucho.


***

Tego dnia niebo przypominało stal łodzi podwodnych

Było ponitowane, obrośniete pąklami, beczkowato wygięte?


– oderwane stratusy wyglądały niczym fragmenty ogromnej tarczy.

To nadal to samo porównanie, jak sugeruje interpunkcja? Jeśli tak, to skąd tarcze na łodzi podwodnej? A jeśli nie, to nowe porównanie warto umieścić w nowym zdaniu.

Zamilkł nawet wiatr; jeszcze wczoraj dmący i porywisty, dziś już tylko muskał skórę przechodniów.

Poprzedniego dnia. Tego dnia. Nie wczoraj i dzisiaj.

Okoliczne budynki zdawały się pływać w przezroczystej mgle, zaś granatowy wieżowiec w kształcie ćwiartki piramidy sprawiał wrażenie zwielokrotnionego. Jak gdyby z każdego okna wyzierało czyjeś czujne spojrzenie.

Jeśli budynek odbija się w lustrzanej mgle, albo jego hologram jest przez nią wyświetlany, to nagle w oknach widać nieistniejących ludzi?


Tu nowy akapit:

I taka właśnie aura przesądziła o spóźnieniu Marcina Forezego do pracy. Pospiesznie nałożył na siebie wodoodporny fartuch. „Niczym cerata” – rzuciło mu się w oczy.

Jest w pracy pierwszy raz i pierwszy raz widzi swój fartuch?

Już od samego wejścia czekała na niego sterta blach do umycia. Góra brudnych naczyń była dziełem kucharzy, uwijających się po kuchni niczym wielkie, białe mrówki. Każdy kąt tej wielkiej sali precyzyjnie zaplanowano. I znalazło się tam też miejsce dla Marcina. Na zmywaku.


Miłe, zgrabne, zabawne.


- Cześć – zaczął Forezy, gdy tylko wszedł na kuchnię.



Ja wiem, że bycie "na czymś" zamiast "w czymś" to pracowniczy żargon, ale może zostawmy żargon postaciom, bo narrator póki co wypowiadał się dość literacko.

- Cześć, cześć – odparło mu echo jego własnych słów. Każdy pochłonięty był typową dla siebie czynnością – siekaniem czerwonej papryki w równiuteńką kostkę, lub dopieszczaniem liści sałaty położonych już na talerzu, kreśląc fantazyjne wzorki sosami.

Wychodzi, że każdy, niezależnie, od tego, co robił, jednocześnie kreślił fantazyjne wzorki sosami.


Nastrój udzielił się wszystkim; monotonny, przewlekły spokój. Nie wróżyło to najkrótszego popołudnia.

Przewlekły spokój nie bardzo.


Wyjmując telefon z kieszeni dresów, spojrzał wpierw na Messengera.

Wyjąwszy. Chyba, że miał oczy na nodze lub ręce.

Trzy wiadomości od Aleksandra „Itryny” Itrynowicza. Napisał, że wpadnie o czternastej z jakąś nową dziewczyną. „A niech wpada. Ciekawe tylko, czy wejdą jako klienci, czy tylnym wejściem. Oby to drugie.” – pomyślał.


Pokazujemy stosunek bohatera do kumpla :) bardzo zgrabne.


Zobaczył ich po chwili – siedzieli przy dwuosobowym stoliku, praktycznie przy samym kontuarze. Rzucił mu porozumiewawczy uśmiech,

Kto komu? Rozumiem, ze jeden z tych "onych" to główny bohater, bedacy podmiotem domyślnym w większości zdań, ale ten drugi on to kto? Kontuar, stolik czy może oni, co siedzieli przy stoliku i nagle stracili liczbę mnogą?

lecz Itryna był zbyt zajęty by odpowiedzieć.

Ja wiem, że to odpowiedź na moje pytanie, ale to, że zdanie da się zrozumieć to jedno,a poprawność to drugie. Wystarczy małe przemeblowanie, a unikamy błędu gramatycznego bez konieczności ryzykowania powtórzeń:

Rzucił itrynie ... lecz ten był zbyt zajęty.

Zabawiał tamtą dziewczynę. „Wysoka i szczupła. I w czarnych obcasach.”

Facet nie musi tego wiedzieć, ale obcasy zazwyczaj są czarne.

"Wypacykowana. Gdyby tylko wiedziała…! Ale się nie dowie.” I czytelnik też już się nie dowie. Po co ten foreshadowing niczego?


Pod dłuższej chwili Aleksander dostrzegł ostrzegając sylwetkę Marcina we wnęce.


Co?

Forezy wykonał ruch ręką ku sobie – jego kolega dobrze wiedział, co to oznaczało. Zaproszenie.

Zazwyczaj taki gest oznacza zaproszenie.

- Idę na przerwę.

- Dobra, dobra…się uwijaj!


Może jakieś didaskalia?


- Elo, stary – usłyszał jeszcze przez otwierające się drzwi.

- Siema – odparł Forezy.


Może jednak Forezy usłyszał, a potem odparł już bez nazwania podmiotu? Teraz jest dziwnie.

Dziewczyna trzymała się blisko Itryny, a teraz jeszcze zmniejszyła dystans. „Rozpoznaje przybysza. Widać, że przezorna. Chce wiedzieć, czy tamten nie zadaje się z frajerami.” – pomyślał natychmiast.

Może robi rozpoznanie przybysza? Bada przybysza? "Rozpoznaje przybysza" sugeruje, że dziewczyna i Marcin się wcześniej znali.


Powiało chłodem. Wiatr nabrał na sile.


Przybrał.

„Wyglądała, jakby miała się ukłonić. Klasycznie, w typie Itryny. Skoro na tyle szanuje jego znajomych – to co dopiero jego.” – pomyślał Forezy.


Kurcze, skoro mamy tyle przemyśleń Forezego, może warto uczynić go narratorem albo chociaż dać narratorowi trzecioosobowemu dostęp do jego świadomości? Takie cytowanie myśli mnie nie przekonuje.

- Olek mówił mi, że długo już tutaj… - nie dokończyła. Syreny huknęły niczym grom z jasnego nieba.


Nie. Alarmy w budynkach odzywają się nagle, ale tradycyjne syreny, nadal używane, z tego co wiem, przez służby publiczne do ostrzegania "na wolnym powietrzu" przez chwilę się rozkręcają. Ich dźwięk może budzić strach, bo zwiastuje realne zagrożenie, ale trudno się ich przestraszyć w sensie zaskoczenia.

jej chłopak tylko obrócił głowę w stronę dźwięku.


Źródła dźwięku.


Przed oczami miał wielki, migający na czerwono komunikat. „Ogłaszam alarm dla miasta Warszawa! Ogłaszam alarm dla miasta Bydgoszczy! A więc tak to kiedyś było! Kurwa, co teraz!”


Grają w grę, w której autorzy tekstów mieli poczucie humoru? Skąd wziął się komunikat? Lata w powietrzu? Istnieje w głowie Forezego, w jego wspomnieniach? Czemu zawiera wulgaryzmy?


Grupki młodych kobiet stały zdezorientowane najdłużej.

Może jednak kobiety były zdezorientowane, a nie grupki?

W końcu ukonstytuował się kierunek ruchu – wzdłuż mostu.


Ciężko się poruszać w poprzek mostu.



Ludzie masowo wylegli z kamienic; panował rozgardiasz nie do opisania.

Ten styl pasuje do komedi.


Wszystko pulsowało, jakby wiedząc, że to ostatnia chwila przed śmiercią. Zwierzęta potrafią wyczuć trzęsienie ziemi na kilkanaście godzin wcześniej – być może jednak epicentrum emocji ludzkiej położone jest nieco niżej i reaguje tylko na silne wstrząsy
.

Epicentrum emocji?
Ale epicentrum emocji to betka. Ważniejsze jest jedno absolutnie kluczowe pytanie:

Czy tłum wie więcej, niż czytelnik?

Itryna i Forezy coś wiedzą. Ich działania mają sens. Padają słowa "o kurwa, miałeś rację". Panowie wiedzą coś, czym, jako autor postanowiłeś się nie dzielić z czytelnikiem. Nad sensownością tego zabiegu można się zastanawiać, ale rozumiem. Trzyma w napięciu.

Ale co z tłumem? Czemu biegają? Wiedzą, co się dzieje? Z tekstu wynika, że nie, a jednak zaczynają nagle biegać tam i siam. Same syreny nie sieją takiej paniki. O co tym ludziom w ogóle chodzi?

Akurat, gdy Kamili podwinęła się noga. „Za wysokie obcasy.” – pomyślał. Itry nieświadomie rozluźnił uchwyt, chcąc zachować balans, a jego dziewczyna utonęła w tłumie. Pod nogami.

- Kamilaaa! Kamilaa! – przez chwilę stał jak niewzruszony, zupełnie jakby stracił wrażliwość na ból. Szturchały go łokcie, a on stał jak skała.

- Uciekaj! Nie stój – krzyknął Forezy.

Tyle, że Aleksander dostrzegł już plamę krwi na chodniku.


Fajna wizja. Mocna, wstrząsająca. Tylko, że wynika z tego, że Aleksander miał posturę Dwayne'a Johnsona i Hafþóra Júlíusa Björnssona razem wziętych. Tłum napiera i tratuje, a on stoi i się gapi.

***

Marcin krążył po niewielkiej, ceglanej piwnicy – tymczasem Itryna, siedzący na krzywo ociosanym pniaku, trzymał głowę w dłoniach. Nie chciało mu się nawet wyjmować siekiery wbitej w drewno.

Może się czepiam, ale po co ktoś miałby w ogóle ociosywać gnotek? To jeden z najczęściej wymienianych sprzętów w gospodarstwie, w życiu nie widziałam ociosanego gnotka. Ale dobra, to już jest czepianie się.


- Trzy maski przeciwgazowe i sześćdziesiąt filtropochłaniaczy, w tym czterdzieści osiem z demobilu… - wyliczał Forezy.
- Z demobilu! Przecież tu chodzi o promieniowanie!


Bo filtropochłaniacze nie z demobilu ekranują promieniowanie. Prawa fizyki dotyczą tylko tych z demobilu.

- Jeden nowy kosztuje prawie stówę! Dorzuciłeś tylko czterysta! A teraz mamy ich więcej.
- Kurwa, nie przypominaj! Ona mogła żyć – zakończył surowo Itry.
- Nie mogła. To nie twoja wina. Gdyby cię pociągnęła za sobą, to…


Fajne. Wychodzi, że z Marcina jest kawał ch*ja. Nie pomyślał tylko o tym, że za ten tekst mógłby zarobić w twarz od gościa o posturze The Rocka i The Mountaina razem wziętych.

- I chuj! Miało być nas trzech, a jest dwóch! No i w końcu to z nią planowałem, a nie z jakąś inną! – przypomniał sobie o niej. I o jej długich nogach. Gorycz wykrzywiała mu twarz.


Ej Ej Ej. Po pierwsze, troje, nie trzech, chyba, że wybranka Aleksandra była z Tajlandii. Po drugie narrator do tej pory siedział na ramieniu Marcina. Czemu nagle wskoczył do głowy Aleksandra?

- Uspokój się. Musimy przeliczyć zapasy. Ogarnąć piwnicę. Zatkać wszystkie szczeliny przy oknie. Wyliczyć zapotrzebowanie kaloryczne. Najważniejszy będzie ten dzień – po ilości milisiwertów poznam, czy uderzyli prosto w nas
...
„Jakbym oglądał zaćmienie Słońca przez zadymione szkiełko. I wciąż czuć spaleniznę. Cudem uciekliśmy.”


Czekaj. To już walnęło, czy nie? Jeśli już, to czemu zatykanie szczelin jest na liście priorytetów poniżej sprzątania piwnicy?

Marcin zobaczył ogromną pustkę, która natychmiast wypełniła się żarem.
...ołowiane pokrywy ujrzały światło dnia. Albo raczej latarki.
Pół metra głębokości, w środku też wyłożone. Może to zadziała.


Skoro już walnęło, to czemu jeszcze tam nie siedzą?



***

- Mackaaa diabłaaa… mackaaa diabłaaa… - obok bełkoczącego mężczyzny leżącego pod białym regałem z szufladami znaleźli kilka pustych blistrów. Forezy natychmiast podniósł z ziemi jeden.
- Dekstrometorfan i kodeina. Nic mu nie będzie, ale odkleił się mocno…
Kurwa! To pierwsza nasza apteka, a już mamy jakiegoś ćpuna! Wszystko wzięli przed nami! – wykrzyknął Itry, szturchając butem jegomościa. – Patrz na te czerwone poliki, jaki szczęśliwy, kurwa!


Fajne przejście. Dobry klimat. Me gusta.

- Barssso ewentualne...
- Wygląda na doświadczonego. Zgarnijmy co się da, posiedzę z nim na zapleczu, a ty ruszaj po resztę.
- Czemu ja?
- A co, ja? Ty im spuścisz wpierdol, a mnie rozsmarują. I masz dobrą gadkę.
- Dobra. Ale przycisz go trochę.


Kto co mówi? Didaskalia, błagam! Jedyna wskazówka tutaj jest taka, że po leki idzie Aleksander jako mąż słusznej postury, zdolny do spuszczenia wp*dolu. Tylko, że wtedy znowu skacze nam narrator.

I rzeczywiście – brał wszystko, co tylko się dało. Leki na cukrzycę i astmę, insulinówki.

Ale wiesz, że insulinówki to po prostu mililitrowe strzykawki, prawda? Wymienianie sprzętu jednym tchem z lekami trochę dziwi.

ostatnie pudełko z Acatarem upchał po kieszeniach.

Nie. Upychać po kieszeniach można kilka rzeczy, bo to znaczy, że rozmieszcza się je w różnych kieszeniach.

A tymczasem znaleziony towarzysz zasnął. „I niech śpi” – pomyślał, sprawdzając mu tętno na szyi. Z kodeiną żartów nie było.


Boże święty, kto pomyślał? Myślałam, że zrezygnowano już z nienazywania podmiotu, bo skończyły się sceny, w których uczestniczyła tylko jedna postać, a tu znowu.

***

Gdy wstał, miasto spowijała ciemność. Na ulicach wciąż było pełno trupów – Forezy cieszył się z posiadania MP5 z nowoczesnym filtrem; Itry zresztą także. Nowy stał pod chropowatą ścianą – widząc swoje odbicie w pleksiglasie masek swoich wybawców. Owalną twarz z podkrążonymi oczami i pokaźną łysiną.

Zastanów się nad wyborem narratora. Naprawdę.
Jeśli narrator jest ściśle związany z jedną postacią - na tyle ściśle, że nie nazywamy tej postaci, bo zawsze jest podmiotem domyślnym - to nie wie, co widzą i myślą inne postaci. Albo masz narratora wszechwiedzącego, a wtedy postaci nazywasz w zdaniach, które ich dotyczą i traktujesz mniej więcej po równo w narracji (co nie ma wpływu na "główność" bohatera, bo o niej decydują wtedy inne czynniki), albo przyklejasz narratora do jednej postaci, możesz prowadzić narrację nieco bardziej introspektywnie, ale wtedy to dotyczy przeżyć jednej postaci.

- Zrozumiałeś nas? Tak albo nie, kurwa!
- Taaa…
Itryna zdzielił go prosto w mordę; Forezy zrobił krok do tyłu.
- Znam Mienara! Jełopa! Kwilego! Wiem, gdzie trzymają cały towar. Wiesz stary, kryyyształ… - oczy prawie wyszły mu z orbit.
- Zaprowadzisz nas tam – skwitował Itryna, przysuwając się w stronę nowego.


Co kto mówi?

„Dzisiaj na pewno nie zdążymy tam pójść. Ale musimy się spieszyć z takim łakomym kąskiem.” – podsumował Marcin.

Powiedział to czy pomyślał?
BTW z Marcina jest naprawdę kawał ch*ja. Podoba mi się.


- Chce mieć spokój i… - tamten wystartował z żądaniami, patrząc się błagalnie w Marcina. Ten nie spuścił wzroku.

Patrząc się? Ała!


- Kurwa! Na razie ograniczysz trochę! Spokój będziesz miał – ale jak będziesz kombinował, to cię zajebiemy! – rozkazał Itryna. „Ma dar przekonywania, niewątpliwie” – pomyślał Forezy.

Interpunkcja.


- Taaa… - dostał po raz trzeci w ten sam polik. – Tak jest, kierowniku!

Forezy dostał w polik?

Wyszli z bladej apteki na szarugę dogasającego dnia.

A nie szarówkę?

***

- Dobranoc.
- Dobranoc


Kolesie klną jak szewcy, torturują ćpuna i można odnieść wrażenie, że ta cała apokalipsa im się podoba, ale mówią sobie ładnie "dobranoc". Prawie, jak mój dwumetrowy komandos, któremu zrobiło się niedobrze i który składał ręce na podołku :)

A we śnie odwiedziła go niska, kształtna blondynka o długich włosach. I uśmiechu tak łatwo gasnącym jak zapałka i prawdziwym jak samotność. To z nią tyle rozmawiał – i do niej wtedy przyjechał. Poranek zawitał nagle; w przyspieszeniu, jakby wymuszony. Nawet we dwoje nie byli w stanie stawić mu czoła – spóźnienie na autobus tylko przedłużyło nieuniknioną rozłąkę, która zaczęła się z chwilą otwarcia oczu.. A dwa miesiące później zobaczył, że dostała od kogoś kwiaty. Nie pytał o nic. Ona jest ze snu, a ubrana w codzienność – i choć te klasyki bywają wyświechtane, to jednak – dla mnie zrzuca ją, kiedy robi się cieeemno…


Całość ładna. Niepotrzeeeebnie przeciągaaasz, to wygląda infantylnie.
Podoba mi się jednak opis. Mam tylko problem z tym spóźnieniem na autobus, a konkretnie tym, czy wiesz, co to jest rozłąka. Jeśli dziewczyna rano (a zatem przy rozstaniu) spóźniła się na autobus, to odjechała później, czyli z bohaterem spędziła więcej czasu. Jeśli to od niej odjeżdżał on, to wychodzi na to samo Przedłużyło to pożegnanie, a skróciło rozłąkę.

***


Najchętniej zdjąłby maskę i otarł czoło rękawem – ale nie mógł. Tym bardziej, ze miał na sobie przemalowaną na szaro OP-1. W tym miejscu licznik Geigera zaczął już groźnie popiskiwać; nawet nowy członek triady miał na sobie wysłużoną MC-1 wyposażoną w filtr z demobilu.


Fajne. Klimatyczne. Jest tylko jedna uwaga. Skoro już piszesz o doznaniach związanych z chodzeniem w masce i zmęczeniem, to napisz coś też o doznaniach, jakie wywołuje chodzenie w OP-1. Można to wyguglać, ale po co przerywać lekturę, skoro możesz w niej jednym zdaniem przemycić informację na temat tego, co to takiego?

Nie chodzi o to, żebyś to łopatologicznie wyjaśniał jak kompletnemu ignorantowi. Każdy, kto miał PO wie mniej więcej, jak wygląda taki kombinezon, ale chyba tylko pasjonaci pamiętają nazwę. Odwołaj się do tej wiedzy z liceum, napisz o uwierających ściągaczach, o dźwięku, jaki wydaje materiał, o spoconych plecach. To wystarczy, by większość nawet naiwnych czytelników przypomniała sobie PO i pomyślała „A, to o to chodzi! Już kumam!”

Warto się też zastanowić, co konkretnie jest zagrożeniem. Widziałam, że w komentarzach pisałeś, że nie ma znaczenia, co się stało, ale jednak przy takim wchodzeniu w szczegóły jednak ma. Inne są skutki katastrofy elektrowni. Inne są skutki wybuchów różnego rodzaju bomb i to zależnie od miejsca detonacji. Opisujesz ochronę przed opadem, a jednocześnie piszesz o promieniowaniu. To jak to jest? Co tam się dzieje? Mają Geigera, fajnie, a co z dozymetrami? Tak sobie chodzą po tym łejstlendzie, czy jednak liczą jakieś dawki, czas przebywania poza schronem, takie tam?

Ogromna Wisła płynąca między szczątkami stalowego mostu na Toruń przypominała postrzępioną szarfę. Sylwetki ogromnych żurawi majaczyły w oddali. Zmierzch kładł się powoli, lecz nieubłaganie; dodatkowo wzmocniony przez tumany pyłu z wybuchu, krążące po atmosferze. Rzeka wezbrała. Zniknęły piaskowe łachy, woda zmyła kontury dzikich plaż. „Ciekawe, czy nią też płyną trupy. Raczej nie. Wszyscy zginęli, albo siedzą zabunkrowani” – skwitował w duchu.

Wszyscy zginęli, więc nie ma trupów. Logiczne.

- Za tą starą jednopiętrową kamienicą po lewej jest pełno garaży. Chyba poznam, który to.
- Ty kurwa, po tych garażach mogą się kręcić jacyś! – Itry zacisnął nowemu dłoń na szyi. – Z jego bandy, rozumiesz?!
- N…nie! S…siwego w…widziałem z jakąś Karyną t-t..amtego dnia! C…co oni mieli robić!


Cooooo ktoooo móóóóówi?

- W to wierzę – mruknął Marcin. Aleksander rozluźnił uchwyt – tamten zatoczył się przez moment, prawie upadając na żwir.

Kto to jest tamten?

- Pierwszy na środku, zaraz jak idziesz od stalowej furtki – wymamrotał tamten. „Może to strach – a może radiacja. Przecież nie miał na sobie niczego, jak go znaleźliśmy.” – pomyślał Marcin.

O, a jednak. Chociaż tak sobie myślę, że przed radiacją OP-1 jednak nie chroni.

Stanęli tuż przed wejściem. Nie wyróżniało się niczym spośród pozostałych. Te same drewniane drzwi; ten sam wielki skobel i toporne zamknięcie. Itry wyjął brzeszczot, zabierając się za piłowanie metalowej kłódki.


By zabrać się. A potem zabrał się. Uważaj na imiesłowy.

Na sam widok opiłków Forezemu przypomniała się żelazista woń, jaka towarzyszyła pracy z pilnikiem – mimo, iż filtropochłaniacz spisywał się znakomicie.

Spoko, to jest fajne.


- To jest kry… kryszzztał!
- Co ty nie powiesz – rzucił Marcin, gasząc swoją latarkę.


You had my curiosity, now you have my attention.


Marcin z Aleksandrem wytrząsnęli z torby pieniądze –


Zaczyna się fajnie, bo swoim zachowaniem postaci pokazują, jak bezwartościowe są pieniądze.

gdy wpakowali do niej wszystkie znaleziska, tylko zyskała na wartości.

Banał. Niepotrzebny zupełnie, no chyba, że bałeś się, że komuś umknie ten smaczek. Smaczki jednak są po to, by umykały, jeśli się nie uważa. Captain Obvious psuje zabawę.

***

Forezy siedział skulony pod zabarykadowanym oknem. Nasłuchiwał. Oprócz kroków usłyszał również głosy – zarówno męskie, jak i kobiece. Nowy towarzysz broni leżał w bezruchu, trzymając za bluzą nabitego czarnoprochowca.

Nabity czarnoprochowiec. Broń nie jest żywa.


„ A więc dwóch. Za pewni siebie” – skwitował Forezy. Aleksander machnął lewym łokciem, dając sygnał do wyjścia.

Dziwny ten sygnał. Wyobraziłeś sobie ten gest? Wygląda komicznie, jakby biedak tańczył kujawiaka.


Wychylił się pierwszy zza osłony, strzelając prosto w napastników. Wszystkie trzy kulki dosięgnęły celu.

Kulki? Nie, żargon zostawiamy postaciom.


Narko dał susa niczym lis, kładąc się na ziemi, tuż obok nóg Itryny. Wypalił z czarnoprochowca w trzeciego, gdy tamten chciał zejść ze schodów na piwniczny grunt.


Piwniczny grunt?
Narko to ćpun? Fajnie, że nadałeś mu ksywę bez informowania o tym czytelnika.

Marcin wychynął niczym błyskawica ze swojej kryjówki –


Wychynanie to raczej nieznaczny ruch. Trochę, jakby ktoś szeptał głosem niczym grom albo skradał się niczym burza.


przebiegł korytarzykiem i puścił seryjkę trzech pocisków w górę schodów.

Serię z glocka?

Czwarty dostał jednym z nich w brzuch, upadając bezwładnie na podłogę.

Czyli się potknął i przewrócił, a trafiony został przy okazji, jak już upadał. A to niezguła. Dobrze mu tak.

Poza tym, jakim cudem Marcinowi udało się tak długo przeżyć i jeszcze zostać czymś w rodzaju dowódcy, skoro kompletnie nie umie w taktykę? Wyskoczył sobie z kryjówki sądząc, że ma do czynienia z dwójką kiboli, nagle z d*y mamy czterech i jeszcze jakiś chórek. Facet powinien przemyśleć swoje zagrania albo zbadać sobie słuch.

- Poddajemy się! Nie strzelać! – chór głosów krzyczał z góry.

Poważnie?

„Widzieli śmierć swojego.” – wydedukował Marcin.

No poważnie?

- Siedem kulek... – wysyczał Aleksander.
I macka diabła. Jo ho ho, i butelka rumu.

Pewnie chodzi o to, że Dwayne jest zły, bo marnują amunicję, ale to się staje jasne przy trzecim czytaniu. Teraz zdanie brzmi, jakby facet bredził.
Wystarczyłoby „Siedem kulek jak psu w dupę” i już sprawa się wyjaśnia.

Gdy Marcin wychylił się zza futryny głównych drzwi, cała reszta stała potulnie z rękoma spuszczonymi w dół. Ósemka kobiet i dziesiątka mężczyzn. Wszyscy jednakowo zmaltretowani, tylko jeden z nich miał na sobie pełnoprawny kombinezon i kamizelkę taktyczną

Brzmi, jakby posiadanie kamizelki było alternatywą bycia zmaltretowanym. Zdanie w stylu "Wszyscy pili kompot, tylko jeden był blondynem".

– reszta odziana była w ciuchy sprzed wybuchu wojny;

Jakiej wojny? Gangów? Państw? O co chodzi?
No i w co mieli być odziani? Po Apokalipsie nagle powstały masowo zakłady włókiennicze i szwalnie, produkujące zupełnie nowy rodzaj odzieży?
Może chodzi po prostu o cywilne ubrania?

- Ty jesteś przywódca? – tamta nie spuszczała wzroku z Itryny.

Co kto mówi? Ratunku!


„Jakby wiedziała, co zaraz zrobię. I co zrobi potem Itry.”
Bez sensu.

- Ja.
- To patrz – wymierzył w niego spluwę i strzelił mu prosto w czoło.


Foreza zabił Itrynę? A to kawał ch*ja.

Ruda zasłoniła uszy

Czemu uszy? Było już po wystrzale.

– z tym kocem, przez chwilę wyglądała na wielkiego nietoperza.

Ok, to akurat fajna groteska.

Natychmiast zwiesiła głowę i opatuliła się szczelniej. „Prawie jak Kamila Itryny” – pomyślał. Nie chodziło tutaj o tą ognistą czerwień paznokci, gdyż ta ruda pachniała raczej wodą ognistą.

Nie, nie, nie. Przekombinowane. Bez sensu. Wymuszone. Nieśmieszne.


Ale właśnie o ten tajemniczy, rzadko spotykany błysk w oku. Takie Forezy omijał szerokim łukiem – widział ich wewnątrzcząsteczkowe naprężenie, które rozciągało charakter na cztery strony świata i kusiło do popełniania wszelakich czynów lubieżnych.

Co?

A jednak nie było w nich żadnej tajemnicy – były jedynie kobiecym odpowiednikiem siły poskramiającej mężczyznę; mimo, iż jaśniały blaskiem tysiąca słońc, to niewiele kryła ich jasnota.


Jasnota to taka roślina. O tym, co wychodzi ze Słońca mówimy jasność.

Rozejrzał się po tłumie – kilkoro tamtejszych ludzi miało jakąś wartość bojową, choć aż czterech było uzbrojonych jedynie w noże.


Od kiedy wartość bojowa zależy od tego, co się aktualnie trzyma w ręce?

Metal cicho zastukał o drewno kamienicznej podłogi. Forezy z ledwością powstrzymał się od wskazania jej palcem. Kontynuował mowę.

Wskazania palcem podłogi? Po co?


„Upuściła nóż. Gorąca, że aż parzy.”


Co?

- Od dzisiaj przechodzicie pod naszą władzę. Jeżeli któryś…albo któraś… – wypatrzył w tłumie blondynkę i skierował na nią wzrok - …spróbuje jakichkolwiek sztuczek, to podzieli los waszego byłego przywódcy. U nas nie ma takiego tchórzostwa – wskazał dłonią na trupa tamtego.

To kogo on w końcu zabił?

- To samo dotyczy zatajenia informacji. Zrozumiano?
- Ej! Jeszzz…e ja! – rzucił z tyłu Narko. Tłum spojrzał się na niego ze zdziwieniem; nawet ruda przybrała marsową minę. „Bądź co bądź, zabił im jednego. A teraz – już nam.” – zauważył Marcin.


Co się dzieje? O co chodzi? Po co ćpun coś mówi? Do kogo? Kto komu zabił jednego?

Kobiety padły im do nóg i zaczęły całować po stopach.

A zrobiły to albowiem wiedzą, że Foreza jest głównym bohaterem i trzeba go lubić, czy o co chodzi?

tylko jeden z grupy wzniósł w górę strzelbę zmarłego dowódcy i kręcił nią młynka, ciesząc się niczym dziecko. Prawie zarył kolbą strzelby w zbitek szarych skrzynek na listy. Sufit nad wyjściem z piwnicy był bardzo niski i odpadał. Płaty tynku zwaliły się na uszankę najwyższego z bandy.

Fajna wizja.

„Moje miasto. Co oni zrobili z moim miastem…” – mówiąc to, Forezy wciąż spoglądał na niepozorną blondynkę.

Nagle się okazuje, że ten kawał ch*ja to jakiś lokalny patriota i fan Czesława Niemena? W ogóle o jego postaci więcej napiszę w podsumowaniu, bo mam na ten temat sporo do powiedzenia.


***

- Kocham cię! Kocham – szeptała mu do ucha Ziareczka. Miała siedemnaście lat i odbiegała wyglądem od jego byłej dziewczyny. Właściwie, to była dość wysoka – wręcz wychudzona – i miała krótkie włosy. Ale zadrapała jego ramiona aż do krwi, jak ucieleśnienie dzikiego żywiołu.

Jak wygląda rozbiór logiczny tych zdań? Nie wyglądała, jak jego była, ale zadrapała jego ramiona? Była chuda, ale zadrapała ramiona? Co tu robi to "ale"? Dlaczego brak podobieństwa do konkretnej osoby ma wykluczać drapanie ramion? Dlaczego to, że chuda laska drapie ma dziwić?
"Był Węgrem, a mimo to nosił skarpetki", "Lubił śledzie, ale czasami grywał w polo", "Umiał grać na ukulele, a jednak nigdy nie pił kawy bez cukru".

A jego sen nabierał kolorytu, tym razem dostrzegł jeszcze więcej detali niż poprzednio.
Sen dostrzegł. Teraz już nie oszukasz, podmiotem jest sen.

Jej pełne, wyszminkowane usta, które zostawiały ślad pomadki na kieliszku. Butelkę wódki, opróżniającą się w trymiga.

W trymiga słabe. To kolokwializm.

I zapach rozjuszonej miłości, przesiąkającej wszystko; nie biorącej jeńców.

Dobre, ale bez "nie biorącej jeńców".


I jej głos miarowy, i naturalność zaklętą w ruchach – jakby przecież znali się już całe życie, a słowa były tylko balastem, przeszkadzającym w prawdziwej rozmowie. Bo przecież można było w milczeniu się narodzić i w milczeniu umrzeć, albo chociaż rozstać. A ta wyrozumiałość – jakby ona swoimi wielkimi oczami świdrowała jego życie na wylot, gdy on znał ją całą tylko do pewnego momentu. Jakby mieli jedną, wspólną przeszłość.


Dobre.

I nawet ich słowa przyoblekały się w dziwną lukrzastość; Ania, kochanie i zawsze.


Lukrzasość razi.

***

Narko praktycznie zawsze przyprowadzał ze sobą przynajmniej jednego człowieka; przed wyprawą zaprawiał się solidnym niuchnięciem kryształu – jednak znacznie więcej, go sprzedawał, zanim jeszcze Itry z Forezym rozpoczęli produkcje prawdziwej metamfetaminy.

Interpunkcja.
Hura, Itryna żyje!


Tyle że sam niewiele pożył – pewnego dnia Marcin znalazł go w piwnicy, śpiącego snem wiecznym. Przerzucił się z kodeiny na morfinę. Nie wytrzymywał naprężenia rosnącego imperium – zabił go nałóg i niechęć do życia.


Fajne. Nie genialne, ale miłe.

Dwójka młodzieńców stopniowo opanowywała nowe dzielnice – takie jak Bartodzieje i Fordon. Spoufalali się z mieszkańcami; gdy ktoś był zbyt oporny, bądź wzorem lokalnej dresiarni odznaczał się zbyt niskim ilorazem inteligencji, by pojąć wszechbydgoską koncepcję postapokaliptycznego państwa natychmiast zmieniano mu przekonania. Siłą. Nigdy potem już nie narzekał.


Jakoś mało mnie to przekonuje. Wiem, że to wizja, którą może nie do końca należy traktować poważnie, ale mimo wszystko... Dwóch fanów Sabatonu, prepersów z jednym pistoletem i jedna pukawką nagle opanowuje miasto? Co na to gangsterzy, kibole, policjanci, wojskowi, strażacy, ktokolwiek, kto miał dostęp do prawdziwej broni i wie how to battle albo how to survival?


Śmiałka przystępującego do państewka Itryny oraz Forezego kusiły łatwe łupy – chęć wyrwania się z dotychczasowej biedy i obietnica awanturniczego życia.


Po apokalipsie awanturnicze życie jakoś nie kusi, wiesz?

O Aleksandrze krążyły już legendy. Rzekomo miał nadziewać schwytanych żołnierzy na pal


Czyli naprawdę miał chłopina krzepę.


i urządzać masowe orgie; nikt jednak nie wracał po przekroczeniu granicy imperium obojga młodzików. Starszy Radca Bydgoszczy – rezydujący w strzeżonych podziemiach ratusza - wyznaczył za jego głowę kwartalny przydział pożywienia.

Teraz nagle mamy Radcę. Jaka jest jego pozycja w porównaniu do dwójki dilerów mety? On reprezentuje jakiś rząd tymczasowy, ma do dyspozycji broń, ludzi, zasoby, mapy, wiedzę, czy to taki sam amator jak Foreza?

- Mój trup będzie miał więcej kalorii niż całe wasze zapasy, nie zgadzam się! – z takim okrzykiem na ustach Itryna zabijał któregoś z „łowców nagród”.


Długo mu schodziło to zabijanie, skoro zdążył tyle się nagadać.


Metodycznie wykańczali kilkuosobowe patrole;

Kto wykańczali?

nawet gdy cała załoga miała na sobie kamizelki kuloodporne. Itryna miał ogień w oczach, zaś Forezy zimną rękę

I tą zimną ręką przebijał kamizelki kuloodporne?

– i choć za jego czerep wyznaczono tylko dwa miesiące wiktu i opierunku,

Jesteś pewien, że opierunku? Może jednak sprawdzisz, co to znaczy.

Nawet na terenie Ufortyfikowanego Grodu (ścisłej części Nowej Bydgoszczy), w którym do poruszania się miedzy piwnicami wymagane były podbite przez Radcę dokumenty znalazło się kilkunastu ludzi Koacerwatu, gdyż tak właśnie nazywano imperium rozbudowane przez dwójkę młokosów – władców lewobrzeżnej części grodu nad Brdą. Pod ich kuratelą ludziom żyło się dostatnio.

Pod kuratelą tych ludzi, co byli na terenie ufortyfikowanego grodu? Tak wynika z tekstu.

Zyski ze sprzedaży towaru przeznaczano na generatory prądu, umożliwiające oświetlenie pól ziemniaków i czosnku.

Ziemniaki i czosnek. Jakie to polskie. Wunderbar!

Ale czekaj, stop. STOP.

Od kogo kupowali te generatory? Najpierw opisujesz sytuację, w której Foreza i Dwayne są niemal ostatnimi ludźmi na ziemi i rozdają karty, bo mają pepeszę i parę masek gazowych, a potem znajdują metę w garażu. Potem się okazuje, że jest jakiś sędziwy mąż, strzegący grodu ze swojej norki. Teraz się okazuje, że jest normalny handel? Od kogo oni te generatory kupili? Od tych ludzi, którzy chcieli ich zabić?

Nagle bez żadnego powodu czy wprowadzenia zmienia nam się wizja świata. Mamy nagle zupełnie inne realia. Ja wiem, że jakaś tam stabilizacja sytuacji i centralizacja władzy to naturalne procesy, ale może jednak chociaż się zająkniesz na ten temat?

I o wiele ważniejsze pytanie: gdzie są rodzice?

Dlaczego dwóch nieuzbrojonych szczawi terroryzuje pół miasta podczas, gdy w drugiej połowie jest jakiś tam rząd, sztab kryzysowy, ludzie z bronią, byli policjanci, wojskowi, trenerzy fitness, strażacy, mistrzowie judo, ktokolwiek, kto bez trudu ukróciłby samowolę Forezy? Byłam w stanie uwierzyć w jego wszechmoc, dopóki w grę wchodziły pogubione dzieciaki i ćpuny, ale teraz okazuje się, że jednak coś tam ze świata się ostało.
Dlaczego Radca wysyła pojedynczych łowców głów, zamiast sklecić naprędce (choćby i z kiboli) jakiś oddział SWAT, który rozniósłby chłopaków w pył? Ich jest dwóch. Nie mają swoich ludzi. Mogą terroryzować siedemnastolatki Glockiem, ale w starciu z kimkolwiek, kto zna się na rzeczy są bezsilni. Ich "poddanymi" są ćpuny, ludzie fizycznie wyniszczeni i psychicznie zdezelowani. Nie są żadnym przeciwnikiem.

W Nowej Bydgoszczy mówiono, że Koacerwanci majaczą z niedożywienia i choroby popromiennej, a ich dzieci umierają; albo są pięciopalczaste, czy też skrzydlate.


Ej, apokalipsa miała miejsce jakieś dwa tygodnie wcześniej. Mutacja polegająca na posiadaniu innej liczby palców chyba jeszcze nie zdążyła się stać na tyle powszechna, że pięciopalczastość dziwi.


Na zarzuty odpowiadano śmiechem i wzmożonymi egzekucjami nowomiejskich szpiegów. Sami przywódcy nie zasłaniali się nimbem elity. Często można było zauważyć Marcina, przechadzającego się korytarzykami Koacerwy i pałaszującego z radością gotowanego leszcza. Nagminnym zwyczajem mieszkańców było wypluwanie ości za siebie.


Niby fajna wizja, ale, jak już mówiłam, jeśli chcesz mieć wiarygodnego bohatera, który buduje sobie osiedlowe imperium, to musisz pokazać go jako kogoś, kto jest do tego zdolny.
Nimb elity jest słaby.


- Przepraszam! – rzucił do młodzieńca, polerującego kolbę od kbks-u.


Kto? Za co przepraszał?

Tamten natychmiast stanął na baczność. Wyglądał na rozpalonego gorączką; żar w jego oczach budził przerażenie. W tych czasach piętnastolatek na wojnie był zjawiskiem zupełnie normalnym.

Mam wrażenie, że od apokalipsy minęły jakieś dwa miesiące. Trochę za mało na "te czasy".
Poza tym - jaka wojna? Dwóch gości pędzi koks w piwnicy i wdaje się w potyczki z osiedlowymi gangsta kibolami.


„W Powstaniu Warszawskim walczyli młodsi.” – skonstatował Marcin. Mimo to, starsze osoby niechętnie patrzyły się na bitnych młodziaków. Nie było jednak innego wyjścia – od pogłosek o nowobydgoskich atakach włos się jeżył na głowie.


Wiedziałam, że będzie mowa o powstaniu. Wiedziałam.


Jestem gotów jutro umrzeć za Koacerwat! – zasalutował dłonią, poznając z oddali głos Forezego.

Pierwsza sprawa:
Z jakiej oddali? Jeśli Foreza przepraszał młodego za to, że go opluł ością, a jego głos dobiegał z oddali to znaczy, że Foreza jest mistrzem plucia na odległość?
Druga sprawa:
Młody ma osobliwą odmianę zespołu Tourette'a?
Wiem, że narkotyki, halucynacje z niedożywienia i choroba popromienna, ale zachowanie młodego jest nienormalne nawet, jak na te warunki.
Trzecia sprawa:
Czym miał zasalutować, jeśli nie dłonią?

- Spokojnie, spokojnie – Forezy położył mu dłoń na ramieniu – Jutro to oni umrą za Nową Bydgoszcz. Mierz celnie, i nie daj się trafić!

To miała być kiepska mowa, prawda?

Chłopak skinął głową i zabrał się za czyszczenie karabinka;

Karabinku

młodzieniec wyglądał na nie więcej, niż na piętnaście lat. Starszy mężczyzna stojący nieopodal sprawdzał umocowanie przyrządów celowniczych.


Chwilę temu napisałeś, że miał piętnaście lat, więc to normalne, że wyglądał na piętnaście lat.

- Upilnuje go pan?
- Ta… gdyby to się zawsze dało – odparł, skupiony na robocie. – Ale muszę! – dodał.


A skąd nagle w Forezie to miękkie serce? Czemu go obchodzi los jakiegoś piętnastolatka?
No i skąd Żwirek i Metomorek nagle mają kabekaesy i pietnastolatków? Czegoś brakuje. Bez żadnego wyjaśnienia przeskoczyli w zupełnie nową sytuację.

- Są wieści? – spytał Marcin. Jego przyjaciel miał Beryla zawieszonego na plecach. Forezy uzbrojony był w klasyczny karabin snajperski.


Co to jest klasyczny karabin snajperski? Rzucasz skrótami co krok, rzuć i tu. Chociaż nazwą producenta.

Klapa studzienki kanalizacyjnej nad głową Itryny zachrobotała. Przez chwilę zobaczył ubłocone, wojskowe trepy, zaś potem całą sylwetkę zwiadowcy. Odsunął się nieznacznie.



- Kurwa! – zaklął ostatni raz Itryna.
„Zawsze klnie, jak się wkurwia” – pomyślał Forezy.
- Idziemy.



Ogólnie fajna scena, nawet bardzo, wartka i w ogóle, tylko, że mocno nie na miejscu. Najpierw masz The Walking Dead, ludzi w proszku, brudne, zagubione dzieci, ćpuny, The Rocka siejącego terror w jakimś plemieniu, ludzi w kocach i ogólne bezhołowie, a potem nagle cyk - okazuje się, że to coś na kształt regularnego wojska i już nawet nie klną i nie mówią jak patologia, tylko mają ładny wojskowy żargon. Jak? Skąd? Wygląda, jakby Ci się znudziła konwencja TWD i jakbyś nagle chciał w to wrzucić Najemników albo Drużynę A.
Sama scena jest dobra, kupuję ją, ale warto ją jakoś uprawdopodpbnić, jakoś na nią czytelnika przygotować.

***

Ostrzeliwali się na Długiej. Starszy Radca dysponował miażdżącą przewagą wojsk, choć być może to dlatego, że zaciągnął nawet dziesięciolatków. Etyka prowadzenia wojny była mu obca.

A Foreza to może jest bardzo etyczny?


Takie dzieciaki szły grupami strzelając bezwiednie z broni krótkiej; a osłaniał ich grad pocisków wystrzeliwanych przez starszych nowobydgoszcańskich strzelców, dzięki czemu taktyka ta przynosiła efekty; tym bardziej, że żołnierze Koacerwatu często przerywali ogień, widząc tak młodocianych strzelców pod swoimi lufami.


Nie rozumiem tej taktyki, ale OK. Rodzi się ważniejsze pytanie: jak można strzelać bezwiednie? Nie miałam w życiu w ręce broni palnej, tylko różnego rodzaju wiatrówki, jednak wiem, że nawet one potrafią kopnąć tak, że się to poczuje. Nie da się strzelać bezwiednie nawet z pistoletu na wodę.


Na kilka godzin udało się odeprzeć znacząco natarcie – dzięki decyzji sztabu o rozdzieleniu przydziału metamfetaminy wśród wojska; mimo iż sam Forezy się temu sprzeciwiał. Nie było jednak innej drogi; wszak spsposób ten ochoczo stosowano w Trzeciej Rzeszy.

Teraz już mamy sztab. No proszę.


A teraz znajdowali się w opuszczonym sklepie odzieżowym. Na podłodze wciąż walały się białe fragmenty ciała manekinów; ręce, nogi, uda.

Kto to są oni?

Beryl Aleksandra nie nadążał z przeładowywaniem.

Sam się przeładowywał?

- No to co… - Itryna puścił seryjkę w żołnierzy nadbiegających tuż od przecznicy.


Seryjkę...

Padli trupem na miejscu;


Bo byli zrobieni z morskiej piany? Biegli szykiem tancerek kankana tak, że ani jeden nie był schowany za drugim i dało się ich od razu wystrzelać jak kaczki?

jednak cały rozgardiasz tylko nabierał na swej sile.

Przybierał.
No i rozgardiasz trochę nie licuje.


- Wyłazić! Wiem, ze tu jesteście! – ten głos mógł należeć tylko do jednej osoby. Odłamki szkła zgrzytały mu pod stopami.

Głosowi odłamki szkła chrzęściły pod stopami?

Cały plan kończył się w tym momencie – zupełnie tak, jak przed laty skończyło się normalne życie, a zaczęła walka o przetrwanie.

Oj, nie nazwałbym tego walką o przetrwanie. Wszystko póki co wskazuje na to, że jedynym, co Foreza miał do stracenia, gdyby na samym początku podporządkował się Radcy, było jego ego.

Itryna wstał pierwszy, zaraz za nim Marcin. W odległości kilku metrów od siebie ujrzeli Radcę; czterdziestoletniego, łysawego mężczyznę w grubym, skórzanym płaszczu. Celował do nich z rewolweru. Podobnie jak postawny młodzieniec obok swojego przywódcy w dziurawym OP-1. Podwójna moc przekonywania.

Skórzany płaszcz? Rewolwer? Co, teraz wplatamy tu western? Kto to jest, Van Hellsing?



Aleksander wyglądał na kompletnie rozbitego; wodził oczami po wszystkich stronach pomieszczenia, rozpaczliwie szukając wyjścia z sytuacji. Cisza narastała. Marcin dobrze wiedział, że ulica Przesmyk jest obstawiona. I gdy tylko spróbuje jakiegokolwiek ruchu, nowomiejscy żołnierze rzucą się na nich od strony witryny sklepowej. Ucieczka wchodziła w rachubę; lecz tamci strzeliliby im w plecy. Dochodziło jeszcze wsparcie z góry – choć w tych ciemnościach być może udałoby im się zbiec. „Ale ten Przesmyk! Gra niewarta świeczki” – kalkulował Marcin.


Fajne. Dynamiczne.


-…zatrzymam was przy życiu. Co o tym myślicie…hę? – dodał agresywnie, wybałuszając oczy. Jego cyngiel stał nieruchomo jak skała, kierując lufę pistoletu na Marcina.


Określanie przyd*pasa cynglem to nienajszczęśliwsze rozwiązanie w momencie, gdy mamy informacje, że Radca w ręce trzyma coś, co ma cyngiel. Moja pierwsza wizja była bardzo karkołomna.

„Trzeba zająć się tym drągalem” – stwierdził.


Kto? Jezus Maria, kto?

- Czyli jednak coś bierzesz – Marcin podjął rękawicę.
- Lecznicze dawki metamfetaminy, maksymalnie dziesięć miligramów. No i zwykłą amfetaminę, a w przerwach metylofenidat. W tle różne pochodne diazepamu.
„Pokaźna lista” – dodał w myślach, przygotowując się do udzielenia dyplomatycznej odpowiedzi.
- Kurwa, jak ty chodzisz! He, he... – odparł. Pot ściekał Forezemu z czoła; Itryna także wyglądał na mocno zaprawionego.


Poddaję się. Do tej pory w większości scen na upartego mogłam się domyślić, kto co mówi i czepiałam się braku didaskaliow dla porządku. Tutaj już naprawdę jest kompletna kaszanka.

- Stul pysk! Inaczej… - nowobydgoski przywódca zrobił krok w tył z rewolwerem.
- Mam w plecaku za regałem trochę mety. Zobacz na niego – wskazał palcem Aleksandra. – Jest w chuj naćpany – dokończył to zupełnie bez emocji, patrząc prosto w oczy Itrynie.
- Kurwo! – wysyczał. Nie wziął pod uwagę zwyczajnej zdrady.


Ktooooooooooo?


Wzrok cyngla obrócił się w stronę Marcina,

Coś tu nie bangla. Nie wiem, czy wzrok może się obracać.

gdy ten kliknął na niewielki przycisk podpięty do kabla, zasilający cewkę przekaźnika. Pod wpływem pola magnetycznego zwarł się styk; został załączony układ detonacyjny. Cienki drucik pod wpływem prądu o natężeniu dwóch amperów rozgrzał się do czerwoności, detonując niewielką ilość trotylu, umożliwiającego eksplozję azotanu amonu nasączonego benzyną.


O, fajnie. To znaczy trochę niepotrzebne wyjaśnienie, jak działa bridgewire. Nie jestem pewna, czy nie byłby tu potrzeby booster. Trotyl to secondary explosive. Nie wiem, czy mniej stabilny, niż ANFO. Sprawdzałeś, czy da się go tak zdetonować? Pytam szczerze. Nie wiem, a mam wątpliwości, bo moja nikła wiedza w połączeniu z szybkim guglaniem mówią, że nie.


Sufit chwiał się w posadach.

Sufit nie ma posad.

Aleksander w okamgnieniu wyjął swojego czarnoprochowca z kabury przy pasie. Jednym strzałem w podbródek zdjął najemnika, który upadł skrwawiony na posadzkę.

Czemu on nadal posługuje się czarnoprochowcem, skoro chłopcy mają już do dyspozycji prawie że Black Hawki?

Radca strzelał na oślep przez regał; pierwsza kula przeszła pod ramieniem Marcina, druga zrobiła dziurę w sklejce nieopodal Forezowej nogi.

Po co radca tam szedł, skoro jest takim leszczem?


- No…wa Byyy…dhoszcz… - zacharczał w agonii.


Serio? Egoista, tchórz i ćpun, a teraz nagle mu się zebrało na szaleńczy patriotyzm?

- Koacerwat, kurwo! – Itry splunął mu w twarz.

Y... to samo?

„A zatem wszystko sprowadzało się jedynie do czasu, do cennych milisekund. Miałem nadzieję, że tak będzie. Lecz tego nie wiedziałem” – pomyślał Marcin.

Nagle budzi się w nim filozof?

- Spierdalamy! Jeszcze tamci! – krzyknął Forezy. Czekała ich chyba najbardziej ryzykowna część. Na sekundę musieli wyjść na odsłoniętą ulicę, praktycznie pod lufy. Alejka cały czas schodziła w dół, zakręcając. Pośpiech był tutaj kluczem. „Jeżeli zamiast tych dzieciaków są już profesjonalni strzelcy, to będzie źle” – skwitował Marcin.


Czyli jednak istnieją profesjonalni strzelcy.

Wybiegli natychmiast. Jako pierwszy zrobił to Itryna. Marcin przepuścił kolegę przodem.


Jaki szarmancki.

„Udało się. Udało.” – cieszył się Marcin. I gdy biegli wzdłuż rzeki, to noc zapadała się w niego. Pasma prądów i wiry na wodzie układały się w blond jej włosów; a ciemność stała się mrokiem jej źrenic. Otoczenie rozpływało się na kształt mirażu. Mamiło ułudą i obiecywało nieskończoność. Łapała go chciwie za rękę, nie puszczając nawet na moment. Wtedy myślał, że to była miłość; jednak całe zdarzenie okazało się końcem. Pożegnaniem marzeń. Nawet nie chciała mieć z nim zdjęcia.


Biegnie, gonią go ludzie, strzelają do niego, zaraz dostanie w papę od The Rocka/The Mountaina za zdradę, ale zatrzymuje się, rozmarza i myśli "O, ta rzeka wygląda zupełnie, jak moja była". A podobno dilerzy sami nie biorą...


***

Wraz z grupą kilku zwiadowców w zgniłozielonych kamuflażach

Kamuflaż to wzór. Jest niepoliczalny. Po angielsku stosuje się słowo "camo" jako nazwę rodzaju wzoru jak i munduru o tym wzorze, ale po polsku raczej nie.

Poza tym mogłeś już dać nazwę, jak chociaż woodland czy cokolwiek, co jest zrozumiałe. To akurat fajnie by pasowało, bo czytelnik, nawet spotykając się pierwszy raz z ta nazwą, domyśliłby się o co chodzi. Lepiej dać nazwę własną tu, gdzie można ją rozszyfrować bez googlania, a zastąpić nazwy własne ogólnymi określeniami tam, gdzie trudniej się domyślić, o co chodzi.

– zaufanych ludzi z Oddziału Rzecznego – przypatrywali się czarnemu prostokątowi Brdy.

To rzeka może być prostokątna?

Z ostatniego piętra bydgoskiej spichrzy


W Bydgoszczy jest ta spichrza?


- Wygraliśmy. Wszyscy się poddają.
- To co się stało w odzieżowym…
- Przejdziecie do historii!
- Jesteście historią!
„Jesteśmy historią, która nas osądzi.”


Ale to co, zabili jednego łysego szeryfa i już koniec wojny?


wciąż nic nie pozostało z oczekiwanej euforii zwycięstwa. Jedynie mdła, przewidywalna satysfakcja. Nawet pustka w oczach Itryny przypominała już jakąś życiodajną zawieruchę; kłębiły się tam myśli o nowym ustroju i możliwościach. Oraz oczywiście – o nowych kobietach. „Z tamtą rudą ciągle darł koty. A potem i tak do niego wracała.” – skwitował Marcin. Ciągle miał za kobietę Ziarkę, która cierpliwie znosiła jego pytania i niedelikatną oziębłość na pewne sprawy – pomimo intensywnych i częstych zbliżeń. Dawał jej do jedzenia najtłustsze ryby. Kazał zapuścić włosy i założyć okulary z czarnymi oprawkami – lecz bez szkieł. Były same dla krótkowidzów, a Ziarka przecież widziała wszystko dobrze. Nie śmiała protestować; i choć po Koacerwacie znalazłoby się kilka niższych dziewczyn o foremniejszych kształtach, to w Ziarce było coś milcząco smutnego. Marcin nigdy nie wiedział czy ona płacze; ani czy bardzo dręczą ją myśli samorzutnie napływające do głowy.

To też mi się podoba.

***


- Kielicha! – zakrzyknął główny zainteresowany. Forezy wyglądał na nadgryzionego zębem czasu; jakby kołowrót historii zniszczył jego precyzyjny, wewnętrzny mechanizm.

To on kiedykolwiek miał coś takiego? Odebrałam go raczej jako patrio-nerda, chłopaczka marzącego o tym, żeby wpaść w tryby historii i wykazać się odwagą, jak bohaterowie, o których śpiewa Sabaton, a jednocześnie zbyt zajętego przesiadywaniem na forach dla miłośników historii i militariów, żeby chociaż iść na siłownię. Przetrwał dzikim fuksem tylko dlatego, że jego kumpel ma siłę prasy hydraulicznej i inteligencję tejże.

Często zamykał swój pokój i ślęczał nad starymi mapami; wynajdywał rozmaite teorie o szlakach rzecznych. Chciał szukać innych ocalałych


No właśnie. Ważne pytanie. Co się stało? Z całego świata przetrwała tylko Bydgoszcz? Gdzie jest NATO, Czerwony Krzyż, gdzie ONZ, reptilianie, Rockefellerowie, siły specjalne Gruzji, rosyjska mafia, ojcowie Paulini, speleolodzy, spawacze podwodni, piraci, mnisi buddyjscy i książę Monako? Świat zniszczyła akurat taka katastrofa, że przetrwali tylko blokersi? Naprawdę nie przeżył nikt z ludzi potencjalnie mogących sobie poradzić z kryzysem lub wykorzystać swoją przewagę do zapanowania nad światem, nikt z ludzi mających odpowiedni sprzęt, umiejętności i wiedzę? Przeżyli ludzie pokroju Ziarki, Żwirka i Metomorka? Do nich należy teraz świat?


ponadto zaczął interesować się syntezą rozmaitych medykamentów; Ziarka musiała znosić jego psychodeliczne wizje oprócz codziennych mankamentów zdruzgotanego charakteru.


Trochę nie wiem, czym ten charakter miałby być zdruzgotany. Ale, jak już pisałam, o tym później.

Z kolei Itryna miał się świetnie – cały czas gratulował Marcinowi udanej akcji w odzieżowym. W czasie wolnym odwiedzał wszystkie korytarze piwnic. Wypytywał mieszkańców, jak się żyje. Doglądał egzekucji złodziei. Jednym słowem – królował.

Me gusta.

Powietrze było gęste od smażonej ryby;

Może jednak zapachu? W powietrzu gęstym od ryby szybko by umarli.

wykrzesał ogień z zapalniczki benzynowej. Płomień delikatnie muskał szkło. Przyłożył jeden koniec lufki do ust; zaciągnął się haustem dymu.


Ładny opis. Podoba mnie się.

Szykował się do drugiego ciosu, jednak substancja zaczęła wchłaniać się przez płuca. Stracił kontakt.

A wtyczki nie stracił? Kontakt z czym?

No jeszcze… jeszcze! – wrzasnęła, wstając powoli. Z czerwonych jak u angory oczu kapały jej gęste łzy.


Ale królik angorski ma czerwone tęczówki, nie spojówki/białka. Kiepskie porównanie.

Leciały ciurkiem.

Kolokwializm. Nie licuje.


Przed oczami miał geometryczne fraktale, kryjące niezrozumiałe tajemnice. Świat rozbuchał się strukturą, która zaplatała go niczym misterna pajęczyna. Widział siatkę promieniującej energii; jej węzły i rozbuchane półkule, wykreślone ogromnym astrolabium na morzu nicości.


Fajne. Dobre.

okulary zyskały na szybkach

Nie za dobrze to brzmi.

wpatrywał się w Ziarkę jak w cielę.

Jak w cielę?



Każda cześć iluzorycznej twarzy była samoistnym elementem; całość mieniła się paletą emocji, kipiała słowami – od których przechodziła gęsia skórka.


Dobre.

Musiałaś spojrzeć za daleko, he-he!


Bez „he he”. Opisz śmiech w didaskaliach.


Kolory zadźwięczały smutkiem; jakby znowu do niego mówiła te same suche słowa bez wyrazu, kończyła zdania kropkami.

Dobre.


Bo ty nie wiesz, czym jest ten smutek! Niby go chciałaś pod maską jakiejś otorbielonej wesołości! Samotność spływa po tobie jak woda po kamieniu!


Konkretnie mu odbiło :)

Wizja mieszała mu się z niedowładną rzeczywistością; fraktale paliły żywym ogniem. Geometryczna, Aniowa twarz smagała niczym bat po nagiej skórze. Mimo to, zmilczał. I znów te kwiaty. Kolczaste róże. Oziębłość, od której pękało serce; jakby poprzednie chwile zmieniła w pył.

Dobre.



E….e… - charczał.

No nie, to e..e.. jest komiczne, a chyba takie nie miało być. W ogóle najlepiej zrezygnować z onomatopei. Wyglądają po prostu źle.


Natychmiast przestała; objęła go, gdy osuwał się ociężały. Jakby uleciało z niego życie. Przywarła do niego, tuląc i całując – ale było już za późno na cokolwiek.
Całowała w usta, w policzek. W czółko. I gładziła po głowie.
Nie odwzajemnił żadnego z gestów. Wbijała mu paznokcie w skórę, polała się krew – ale przecież nie żył.


Ogólnie dobra scena sama w sobie, ale znów brakuje przygotowania do niej. Trochę tak, jakbyś musiał odbębnić jakiś stały element dramatu. „Przywódca nie wytrzymał presji i zwariował”. No dobrze, to zrozumiałe, to się zdarza, ale czemu nie pokazałeś JAK zwariował, jak powoli wariował? Mamy dzieciaka, który zmywając gary marzy o wielkości, trafia mu się ta wielkość, chłopak czuje się, jak ryba w wodzie, potem mamy jeden smutny cytat, który ma chyba sugerować, że w chłopaku odzywa się jakieś sumienie i... to już? Zwariował, bo tak zazwyczaj jest w tego typu tekstach?


***

Korowód postaci, okutanych w płacze i koce, wyruszył punktualnie o dwunastej.


Płaszcze i koce czy płacze i koce?


Jednorodne, nieprzeniknione niebo nie wpuszczało nawet promyka nadziei.

Ojojoj. Złe.

Kilka kobiet szlochało – i zapewne robiłaby to Ziareczka; lecz ona już zbyt wiele się nacierpiała.

O tym cierpieniu też nic nie ma. Dramat dodany na siłę, nic nas na to nie przygotowało. Ziareczka pojawiła się w dwóch króciutkich scenach. W sumie nie wiemy o niej nic poza tym, że została nałożnicą faceta, który – to dość jasne – raczej nie poświęcał jej należnej uwagi. Tylko, że to znów cliche. Tego się domyślamy, bo tak to zazwyczaj wygląda w tego typu tekstach i historiach. Nie widzimy cierpiącej Ziareczki, nie wiemy nic o jakichś indywidualnych cechach tego dramatu. Ot, ześwirowany przywódca powinien mieć burzliwą relację, bo tak. Pokażmy typowy początek i typowy koniec, po co czytelnikowi jakaś psychologia, jakiś przebieg tej historii, jakieś emocje, jakieś konkrety, coś, co wyróżniałoby tę historię, czyniło ją mniej szkicową i mniej składaną z gotowych klocków?


Zjedzenie ludzkiego mięsa było najsilniejszym z narkotyków, który uzależniał już od pierwszej dawki – oznaczało to bowiem złamanie najsilniejszego ze społecznych zakazów. A samotność wynikła z przekroczenia ostatecznych granic jest najstraszniejsza i najbardziej upadlająca.

Fajne przemyślenia, ale wrzuciłeś je trochę na siłę.



Forezego ubrano w klasyczną WZ 93;

Znów piszesz o czymś, co każdy doskonale zna, ale nazwy już można nie pamiętać. Wystarczyłoby wpleść odrobinę dodatkowych, sprytnie zakamuflowanych informacji i znów wyobraźnia sama podsunęłaby właściwy obraz. Samo rzucanie nazwami niewiele daje.


Gromadziły się chóralnie, wylewając przy tym łzy.

Sformułowanie jak z ludowej opowieści. Wiem, miało być tribalnie i ludowo, ale jakoś razi.

W utrzymaniu równowagi przeszkodził mu jakiś kamyk. Albo kępa mokrej trawy stanęła na jego drodze. Bez krzyku runął jak długi w otchłań.

O, i to jest dobre. Zakończenie świetne.


***

- A pani Forezowa i Itrynowa też była? – zapytała dziarsko dziewczynka.

Nie jestem pewna, czy dziecko tak by to ujęło.

A czy Itryna by coś znaczył bez niego? To była niespotykana nigdzie dychotomia, i myślę, że dzięki temu mieliśmy takie piękne dni.

Aaa. To o to idzie z tytułem. Chociaż nie, nadal nie wiem. Dychotomia to podział na dwie wzajemnie uzupełniające się części. Żwirek i Metomorek... nie wiem, czy się tak uzupełniali. Nie byli przeciwieństwami. Aleksander był ociężałym intelektualnie brutalem , a Foreza był tylko nieco inteligentniejszym brutalem. Jakiejś specjalnej przyjaźni między nimi też nie widać. Ot, los połączył dwóch chłopaków, jeden miał więcej pary w rękach, drugi mniej skrupułów i udało im się sklecić jakąś tymczasową komunę na terenie paru osiedli w Bydgoszczy, by przez jakiś czas żyć stosunkowo wygodnie.

„Cholera – ale Itryna przecież nie mógł wpaść sam z siebie do tego grobu…” – mamrocząc, zapadł w głęboki sen.

Zakończenie jest po prostu wspaniałe. Boskie.


Dobra, teraz całość.

Najbardziej zainteresowały mnie dwa aspekty.

Pierwszy to swojskość. O nim nie będę się rozpisywać, bo sprawa jest jasna. Lokalny konflikt i lokalna skala radzenia sobie z nim, ziemniaki, demobil, proste chłopaki z osiedla, schron u dziadka w piwnicy.

Drugi to właśnie postaci, Tylko, że mam wrażenie, że w którymś momencie trochę się pogubiłeś.

Z początku są perfekcyjnie spójne i porywają autentycznością. Jak już pisałam – spotykamy dwóch zwyczajnych oportunistów, chłopaków, jakich pełno włóczy się po konwentach, koncertach Sabbatonu i po knajpach udostępniających Neuroshimę. Wybili się dzięki temu, że mieli szczęście i żadnych skrupułów.

I jako tacy nawet nieźle sobie radzili. Potem zaczyna nam jednak podpełzać zupełnie inna skala. Skala absolutna. Dramatyczna. Skala wielkiego ludzkiego dramatu przez duże De. Z Krzysia w bojówkach i czarnej koszulce zupełnie bez powodu robi się skrzyżowanie Fidela Castro z Piłsudzkim, Basajewem, Prometeuszem i kij wie, czym tam jeszcze. I jestem w stanie uwierzyć w taką przemianę, w to, że ciężar dowodzenia taka grupą ludzi pozwala zafascynowanemu militariami nerdowi dojrzeć, budzi w nim ludzkie uczucia, wyciąga go z mentalnego nastolęctwa, tylko, że Ty opuszczasz najważniejszy aspekt tej przemiany: to, jak ona się dokonała. Umknął Ci najbardziej interesujący motyw. Mamy początek, hyc i zupełnie coś innego. Nic nie przygotowuje tej zmiany, nie pokazujesz w początkowym Forezie żadnej cechy, która mogłaby wypączkować w ten dramat. Dwa razy wypsnęła mu się jakaś pseudorefleksyjna sentencja, która do niego tak nie pasowała, że brzmiała jak mentalny bełt.

Gdzieś tam majaczy jakaś była dziewczyna, ale co, gdzie, jak, po co? Co z Ziareczką? Wątek romansowy jest kompletnie na odwal się. Skoro nie miałeś zamiaru go rozwijać i czynić ludzkim, charakterystycznym, "poczuwalnym", to po co w ogóle go wplatałeś?

Aleksander też jakoś nam się nie popisuje. Jest świadkiem okropnej śmierci swojej dziewczyny... i w sumie nic. Mają z Forezą spięcie przy Radcy i jakoś tak... nic. Jest brutalem i cynicznym du*cyngielem, ludzie go nie lubią i... no ok, być może wpychają go do grobu, tego nie wiemy, ale poza tym też jakoś tak... nic.

Całość wygląda tak, jakbyś miał w głowie jakąś naprawdę dobrą historię i po prostu zapomniał ją opisać.

I teraz najważniejsze. Mimo przygniatającej krytyki z mojej strony muszę to podkreślić wielkimi literami: TEKST MI SIĘ PODOBAŁ. Czytałam z przyjemnością, wciągnął mnie, przemówił do wyobraźni. Jednak to dopiero rys, szkic. Jeśli mam dawać jakieś rady, to moja jest taka: przepisz to, co jest z uwzględnieniem koniecznych poprawek, a potem dopisz tak z drugie tyle. Pokaż przemianę – zarówno ustroju, jak i postaci. Pokaż czytelnikowi to wszystko, co masz w głowie, co dotyczy tych chłopaków, ich dorastania, emocji, życia, relacji.

I jeszcze raz, żeby nie umknęło:

PODOBAŁO MI SIĘ.

No nie da się inaczej. Zatwierdzam jako weryfikację. M79



Awatar użytkownika
Begied21
Pisarz domowy
Posty: 166
Rejestracja: pn 19 lut 2018, 22:56
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

[WW] Dychotomia (post-apo)

Postautor: Begied21 » pt 10 sie 2018, 04:14

Dzięki za szczegółową ocenę - przeczytałem całość kilka razy i trochę się uśmiałem z dobrego komentarza i swoich jawnie rażących w oczy błędów :) Zgadzam się bezapelacyjnie z wszystkimi uwagami, co do których nie zamieściłem odnośnika :)
MargotNoir pisze:Source of the post Kurcze, skoro mamy tyle przemyśleń Forezego, może warto uczynić go narratorem albo chociaż dać narratorowi trzecioosobowemu dostęp do jego świadomości? Takie cytowanie myśli mnie nie przekonuje.

No to jest skomplikowana sprawa i oczywiście masz rację. Wiadomo, że wyszło, jak wyszło ale potem faktycznie trochę zmieniłem perspektywę narratora - jakoś mi się tak zrobiło, że najwięcej myśli miał Marcin i trochę dołożyłem Itrynie. W dodatku weszła też stylistyka "Diuny" Herberta - nie wiem, czy zauważyłaś (ja się bałem,ze ten tekst z rzeką czasu może być uznany aż nadto za zerżnięty; z pamięci wiem jedynie, iż on opisywał jasnowidzenie jako unoszenie się na grzbiecie fali - rzecz jasna,opis wyszedł mu znacznie bardziej sugestywnie). I postanowiłem skorzystać z tego sposobu zapisu myśli (który jest raczej często używany). I chyba wiem, co nie wyszło - przecież w "Diunie" mamy cały czas rozgrywkę między kilkoma pełnowymiarowymi postaciami, które są premiowane w odpowiedni sposób (tzn - nie ma jednoznaczności wygranej dobrego, dzięki czemu fajnie się to czyta, choć autor daje czasem az nazbyt wyraźne wskazówki, no i te wstepniaki na początku rozdziałów). A mi wyszło tak z 1,75 postaci - Marcin, pół tej dziewczyny i chyba ćwierć Aleksandra... Czyli jedyną słuszną opcją byłaby ta narracja "sterowana" z mową pozornie zależną i lekkim wnikaniem w głowę Marcina.
Znowu ta uwaga o Prometeuszu i Piłsudskim jest jak najbardziej trafna - o to w sumie chodziło (i stąd cytat na początku z "Gyubala Wahazara", gdzie mamy do czynienia właśnie z noo... dyktatorem w sumie).
MargotNoir pisze:Source of the post Czy tłum wie więcej, niż czytelnik?

Itryna i Forezy coś wiedzą. Ich działania mają sens. Padają słowa "o kurwa, miałeś rację". Panowie wiedzą coś, czym, jako autor postanowiłeś się nie dzielić z czytelnikiem. Nad sensownością tego zabiegu można się zastanawiać, ale rozumiem. Trzyma w napięciu.

Ale co z tłumem? Czemu biegają? Wiedzą, co się dzieje? Z tekstu wynika, że nie, a jednak zaczynają nagle biegać tam i siam. Same syreny nie sieją takiej paniki. O co tym ludziom w ogóle chodzi?


Racja - w sumie ten schemat trochę przekalkowałem z "Do światła" Diakowa czytanego daaawno temu, a i chyba w samym "Metro 2033" jest coś takiego. No chodziło o to, że ten tłum pędzi i nie wiadomo dokąd - tyle że w Rosji metro jest przeciwatomowe i to wszystko ma jakiś głębszy sens. Ale w każdym razie znowu racja - to nie trzyma się kupy, bo chyba w Bydgoszczy nie ma nawet porządnych schronów. Miałem trochę czasu na przemyslenie tego wszystkiego i chyba dam jakieś losowe, wymyślone miasteczko do 50 tys ludzi - bedę miał spokój z 1-szą Brygadą Logistyczną - tam będzie większe prawdopodobieństwo jakiś lokalnych watażków (których tutaj nawet nie dałem, co z teraźniejszej perspektywy jest serio głupie). No i rzecz jasna - mniej osób, a w małych mieścinach jest społeczeństwo starzejące się... Czyli:
a) Dam informację, że w miejscowości X jest schron i biegną do niego (szczegóły typu Itryna wielkości niedźwiedzia/ akcja z Hindusem zostaną poprawione)
b) Policja i straż pożarna zginie na samym początku (BTW - te wydarzenia z Radcą miały być tak z 3 lata potem...oczywiscie tego też nie zaznaczyłem. Trzeba będzie dodać daty - myślę, że to może nawet wzbogacić klimat.)
c) Zapasy "kryształu" wystarczą na owych pospolitych bandytów i dorzucę jedną scenę/dwie sceny pacyfikacji niepokornej bandy na szczeblu pomiędzy trójką osób a wielkim państwem
MargotNoir pisze:Source of the post Czekaj. To już walnęło, czy nie? Jeśli już, to czemu zatykanie szczelin jest na liście priorytetów poniżej sprzątania piwnicy?
MargotNoir pisze: Założyłem sytuację (której nie opisałem...), że bomby jednak nie spadł na Bydgoszcz, a na Warszawę, Kraków i Gdańsk. Dodatkowo w pierwszych dniach wiatr wiał właśnie na wschód, przez co mocno groźne dla zdrowia promieniowanie panowało tylko przez 3-5 lat. Zakładam, że dzień po mamy tak jak 20 lat po wybuchu w Moskwie, albo i nawet jeszcze lepiej (musiałem to jakoś dostosować, bo nie mamy takiego fajnego metra jak nasi sąsiedzi ze wschodu - mogę wrzucić do wymyślonego miasteczka tajne poniemieckie kanały, czy coś w tym stylu, ale z radiacją wolałbym poluzować nieco sprawę)
Source of the post Jasnota to taka roślina. O tym, co wychodzi ze Słońca mówimy jasność.

A jednak - niekoniecznie i nawet trafiłem (ale fakt, można by dać normalną jasność). A o roślinie pierwsze słyszę - w sumie warto się czegoś nowego dowiedzieć :)
https://pl.wiktionary.org/wiki/jasnota
MargotNoir pisze:Source of the post Niby fajna wizja, ale, jak już mówiłam, jeśli chcesz mieć wiarygodnego bohatera, który buduje sobie osiedlowe imperium, to musisz pokazać go jako kogoś, kto jest do tego zdolny.
Nimb elity jest słaby.

Ponoć w sumie dobrze jest unikać dłuższych opisów i wyjaśniania sytuacji (chociaż wcześniej była akcja). Czyli jak to rozbuduje i dodam płynniejsze przejście (tą jedną/dwie sceny) to będzie dobrze?
MargotNoir pisze:Source of the post Fajne przemyślenia, ale wrzuciłeś je trochę na siłę.

Tutaj w żaden sposób nie moge zaprzeczyć (kawałek o rudej i wodzie ognistej także był wepchnięty...) :roll:
MargotNoir pisze:Source of the post Biegnie, gonią go ludzie, strzelają do niego, zaraz dostanie w papę od The Rocka/The Mountaina za zdradę, ale zatrzymuje się, rozmarza i myśli "O, ta rzeka wygląda zupełnie, jak moja była". A podobno dilerzy sami nie biorą...

Ale ta zdrada była pozorowana, zeby odwrócić uwagę Radcy i umożliwić detonację. (znowu - chyba powinienem to jakoś wyjasnić...) Trotyl też dałem z pamięci - pomyslałem, że jak jest wiele grup nitrowych, to musi być względnie wybuchowe, a jednak faktycznie, nie nadaje się na detonator - Wikipedia podaje azydek ołowiu albo piorunian rtęci (chyba daliby radę jakoś to załatwić)
MargotNoir pisze:Source of the post Serię z glocka?

Jak najbardziej może być - właśnie trójstrzałowa
https://www.youtube.com/watch?v=sC1CKApoc_U
MargotNoir pisze:Source of the post W Bydgoszczy jest ta spichrza?

Jest :)
MargotNoir pisze:Source of the post To on kiedykolwiek miał coś takiego? Odebrałam go raczej jako patrio-nerda, chłopaczka marzącego o tym, żeby wpaść w tryby historii i wykazać się odwagą, jak bohaterowie, o których śpiewa Sabaton, a jednocześnie zbyt zajętego przesiadywaniem na forach dla miłośników historii i militariów, żeby chociaż iść na siłownię. Przetrwał dzikim fuksem tylko dlatego, że jego kumpel ma siłę prasy hydraulicznej i inteligencję tejże.

I to jest właśnie to - wbrew pozorom on nie miałbyć jakimś ch...em, tylko wymyślił sobie w głowie plan i konsekwentnie go realizował (były sprzyjajace okoliczności gdyż Kamila zginęła, dzięki czemu Itryna był zainteresowany przejmowaniem władzy). Ale te wyjaśnienia to już tak na luzie sobie pisze - doskonale rozumiem to, że za mało zwyczajnie powiedziałem w opowiadaniu. Swoją drogą - dobry tekst Ci wyszedł (jak wiele innych w tej weryfikacji) :D

MargotNoir pisze:Source of the post Po apokalipsie awanturnicze życie jakoś nie kusi, wiesz?

Niekoniecznie - to nieodłączny element wszelakiej postapo. Choćby i klasyk - "Metro 2033". Chyba w każdej tego typu ksiażce znaleźli się zapaleńcy którzy wychodzili na powierzchnię/szli na jakąś wyprawę. Ale znowu... gdybym napisał, że Radca terroryzuje ludzi i jest bieda, to wtedy awanturnicze zycie jakoś miałoby sens (ale nie zawsze, gdyż duża cześć mieszkańców Nowej Bydgoszczy rzeczywiście przyjeła by bierną postawę). A tego tu oczywiście brak- stąd w sumie się nie dziwię, że można dojść do takich wniosków (tym bardziej że Forezy z Itryną wyglądają bardziej na tych, co klepią biedę).
MargotNoir pisze:Source of the post Podoba mi się jednak opis. Mam tylko problem z tym spóźnieniem na autobus, a konkretnie tym, czy wiesz, co to jest rozłąka. Jeśli dziewczyna rano (a zatem przy rozstaniu) spóźniła się na autobus, to odjechała później, czyli z bohaterem spędziła więcej czasu. Jeśli to od niej odjeżdżał on, to wychodzi na to samo Przedłużyło to pożegnanie, a skróciło rozłąkę.

Tam jest, że rozłąka rozpoczęła się z chwilą otwarcia oczu - czyli spóźnienie na autobus tylko ją przedłużyło, skoro rozpoczęła się już wtedy - jakby inny punkt odniesienia :) Ale może za bardzo zagmatwałem - rozumiem. Bo rzecz jasna, gdyby nie było tego "z chwilą otwarcia oczu", to całość jest źle i rozłąka uległaby skróceniu.

MargotNoir pisze:Source of the post Konkretnie mu odbiło :)

Kurde, to miało być trochę mądre :P A przemowa Forezego nie miała być aż taka zła, choć lekki patos chyba nie zaszkodzi...

I tak jak powiedziałem na wstępie - jak czegoś nie skomentowałem, to się zgadzam. Czyli musiałbym zwyczajnie dorzucić więcej tekstu, pousuwać zgrzytające fragmenty - da się spokojnie zauważyć, że wrzuciłem za dużo wątków, a zbyt płytko je opisałem i to było dość głupie :roll: W każdym razie, wielkie dzięki za tak szczegółową analizę takiego hmm, no, tekstu - wezmę te uwagi do serca i postaram się to poprawić :)


"Uganiał się za jakimiś babami, wymyślał coraz to nowe życiowe teorie i w końcu patykiem wybił sobie oko!…"
Stanisław Ignacy Witkiewicz

t

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz domowy
Posty: 131
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[WW] Dychotomia (post-apo)

Postautor: MargotNoir » ndz 12 sie 2018, 09:14

Cześć!

Miło słyszeć, że mimo wszystko nie knujesz teraz zamachu na mnie :)

Begied21 pisze:Source of the post Wiadomo, że wyszło, jak wyszło ale potem faktycznie trochę zmieniłem perspektywę narratora - jakoś mi się tak zrobiło, że najwięcej myśli miał Marcin i trochę dołożyłem Itrynie. W dodatku weszła też stylistyka "Diuny" Herberta - nie wiem, czy zauważyłaś (ja się bałem,ze ten tekst z rzeką czasu może być uznany aż nadto za zerżnięty; z pamięci wiem jedynie, iż on opisywał jasnowidzenie jako unoszenie się na grzbiecie fali - rzecz jasna,opis wyszedł mu znacznie bardziej sugestywnie). I postanowiłem skorzystać z tego sposobu zapisu myśli



Begied21 pisze:Source of the post Czyli jedyną słuszną opcją byłaby ta narracja "sterowana" z mową pozornie zależną i lekkim wnikaniem w głowę Marcina.


Co do narratora myślę, że to jest coś, o czym warto zadecydować na samym początku. Działać może każdy chwyt, byle narracja nie była myląca. Narrator może opisywać przedstawiane sceny bardzo filmowo, to znaczy opisywać tylko to, co zobaczyłaby osoba obserwująca je z zewnątrz. Wtedy myśli postaci zapisane w cudzysłowie i kursywą się przydają, ale może mogłoby być ich więcej, aby taki element wzbogacania narracji stał się spodziewany i "normalny". Oczywiście narrator może też zdawać relację bezpośrednio z głowy postaci. To, czy w takim przypadku dodatkowe wzbogacanie tekstu w mowę niezależną pochodzącą z tejże głowy ma sens to kwestia do rozważenia.

Moim zdaniem fajnie działa zabieg, który polega na tym, że w każdej scenie ustalamy jedną postać, do której myśli narrator ma dostęp. Jeśli tekst ma traktować Marcina i Aleksandra na równi, to spokojnie można wnikać w głowę raz jednego, raz drugiego, ale na przestrzeni danej sceny tylko w jednego z nich. Czy zrobi to poprzez mowę niezależną, czy zależną, czy też mieszankę tych dwóch sposobów jest już dyskusji.

Trochę przerysowane przykłady:

W moim osobistym odczuciu dwie najlepsze wersje:

Puchatek zaglądnął przez okno do chatki Prosiaczka. W pokoju Prosiaczek właśnie uprawiał seks z Tygryskiem. "A to skur*syn i dzi*ka" - pomyślał Puchatek.

Puchatek zaglądnął przez okno do chatki Prosiaczka. W pokoju Prosiaczek właśnie uprawiał seks z Tygryskiem. Puchatek wściekł się. Nie rozumiał, jak ten świniak mógł mu zrobić coś takiego.

Tu miks, którego ja osobiście nie lubię, ale jest zrozumiały:

Puchatek zaglądnął przez okno do chatki Prosiaczka. W pokoju Prosiaczek właśnie uprawiał seks z Tygryskiem. Puchatek wściekł się. Nie rozumiał, jak ten świniak mógł mu zrobić coś takiego. "A to skur*syn i dzi*ka" - pomyślał.

Tu coś, co w prostym przykładzie daje się łyknąć, ale w dłuższym tekście męczy i wprowadza zamęt:
Puchatek zaglądnął przez okno do chatki Prosiaczka. W pokoju Prosiaczek właśnie uprawiał seks z Tygryskiem. Prosiaczek był przerażony. Już czuł te wszystkie klapsy, które wymierzy mu upaprana miodem łapka. Wiedział, że Puchatek nie wybaczy mu zdrady. "A to skur*syn i dzi*ka" - pomyślał Puchatek.

Begied21 pisze:Source of the post chyba w Bydgoszczy nie ma nawet porządnych schronów. Miałem trochę czasu na przemyslenie tego wszystkiego i chyba dam jakieś losowe, wymyślone miasteczko do 50 tys ludzi - bedę miał spokój z 1-szą Brygadą Logistyczną - tam będzie większe prawdopodobieństwo jakiś lokalnych watażków


A może Wałbrzych? Albo nienazwane miasto, opisane tak, by sugerować, że to Wałbrzych? Poniemieckie tunele, jest miejsce na stworzenie całego królestwa pod ziemią.

Begied21 pisze:Source of the post
a) Dam informację, że w miejscowości X jest schron i biegną do niego (szczegóły typu Itryna wielkości niedźwiedzia/ akcja z Hindusem zostaną poprawione)

Na pewno pomoże.

Begied21 pisze:Source of the post
b) Policja i straż pożarna zginie na samym początku

Nie wiem, czy to już nie za duża ingerencja w Twój pomysł, ale pomyślałam, że można opisać, co stało się z służbami publicznymi. W sumie jest to dość naturalne - spieszą na pomoc, wystawiają się na największe niebezpieczeństwo i sami giną. Od razu wskazywałoby to, jakiego pokroju ludzie przeżyli i jakich graczy możemy się spodziewać w dalszym rozwoju wypadków.

Begied21 pisze:Source of the post
(BTW - te wydarzenia z Radcą miały być tak z 3 lata potem...oczywiscie tego też nie zaznaczyłem. Trzeba będzie dodać daty - myślę, że to może nawet wzbogacić klimat.)

No tak, upływu tych trzech lat nic nie sugerowało.
Czas można zaznaczyć datami (dodaje to fajnego, militarnego klimatu), a można też opisać, jak zmienia się świat (właśnie to zwiewanie opadu w ciągu paru tygodni, potem ustępowanie promieniowania... może nawet - chociaż to już pewnie było robione wiele razy - spróbować się pokusić o wzmianki na temat zmian w przyrodzie w czasie zimy nuklearnej. Z początku jest jeszcze trochę roślin, ekosystemy jakoś się kręcą, potem łańcuch pokarmowy zaczyna zanikać "od dołu", a po paru latach przez pył znowu zaczyna przenikać dość słońca, żeby jakieś nasiona mogły kiełkować. To od razu pokaże, że historia rozgrywa się na przestrzeni lat).

Begied21 pisze:Source of the post
c) Zapasy "kryształu" wystarczą na owych pospolitych bandytów i dorzucę jedną scenę/dwie sceny pacyfikacji niepokornej bandy na szczeblu pomiędzy trójką osób a wielkim państwem


O, świetny pomysł. To okazja, żeby za jednym zamachem pokazać ewolucję postaci i systemu, w którym funkcjonują. To, jak coraz lepiej radzą sobie militarnie, a coraz gorzej - psychicznie. Tak, żeby finalną katastrofę coś jednak zapowiadało.


Begied21 pisze:Source of the post I to jest właśnie to - wbrew pozorom on nie miałbyć jakimś ch...em, tylko wymyślił sobie w głowie plan i konsekwentnie go realizował

Reakcja na śmierć Kamili chyba rzutuje na cały późniejszy odbiór postaci. Rozumiem, że znał ją 30 sekund i nie ma powodu, żeby sam ją opłakiwał, ale powinien był chociaż uszanować żałobę Itryny, a nie wyskakiwać z "Ej, ale spoko w sumie, że zginęła, nie?". Chyba, żeby jakoś zbudować klimat, w którym napięcie sięga zenitu, Marcin tak się denerwuje, że po prostu nie kontroluje już swoich reakcji i mówi, co myśli. W tych scenach nie czuć żadnej paniki chłopaków, napięcia, które usprawiedliwiałoby taką utratę samokontroli i wychodzi na to, że Forezy chciał całkiem świadomie i celowo dos*ać koledze.

Begied21 pisze:Source of the post Niekoniecznie - to nieodłączny element wszelakiej postapo

No dobra, tutaj przyznam, że myślałam bardziej o ludziach, niż literaturze. Jeśli to nieodłączny element wszelkiej postapo, to pozostaje mi ustąpić.

Begied21 pisze:Source of the post Ale może za bardzo zagmatwałem - rozumiem. Bo rzecz jasna, gdyby nie było tego "z chwilą otwarcia oczu", to całość jest źle i rozłąka uległaby skróceniu.

Tak, to zdanie chyba bardziej komplikuje, niż pomaga. Może myślę o tym za bardzo konkretnie.

Begied21 pisze:Source of the post Czyli musiałbym zwyczajnie dorzucić więcej tekstu, pousuwać zgrzytające fragmenty - da się spokojnie zauważyć, że wrzuciłem za dużo wątków, a zbyt płytko je opisałem i to było dość głupie


Moim zdaniem taki "premise" to spokojnie materiał na dłuższy, złożony tekst.

Zobacz, co już mamy:
- Ewolucja Marcina od prepersa do dyktatora w sensie militarnym
- Ewolucja Marcina od... hmm, powiedzmy, że pozbawionego empatii chłopaka do rozumiejącego swoją rolę przywódcy, który załamuje się pod ciężarem odpowiedzialności, z której zdaje sobie sprawę
- Ewolucja Marcina od fajnego chłopaka, zakochanego w swojej byłej, do przemocowego psychola, wykorzystującego nieletnią (i w dodatku zdającego sobie sprawę z krzywdy, jaką jej wyrządza, ale zbyt skupionego na byciu Piłsudzkim, żeby przejmować się własnym życiem prywatnym).
- Powstawanie postapokaliptycznych mikro państewek i centralizacja władzy. I wiem, że to już było, ale było na gruncie fantastycznych światów albo innych państw. Nie było tego (z tego, co wiem) ani w Bydgoszczy, ani w Wałbrzychu, ani w żadnym anonimowym polskim miasteczku. Właśnie tą swojskością można sporo ugrać.
- Dramat Ziareczki, który spokojnie może rozgrywać się w tle i być "muśnięty", ale pokazywać wycinki prawdziwszej, bardziej poczuwalnej historii.
- Itryna. Mam wrażenie, że tutaj cała opowieść miała pokazywać, jak chłopcy się "rozjeżdżają". Marcin się załamuje, Itryna króluje. Dlaczego? Bo jest za mało inteligentny, żeby zrozumieć swoją rolę? Za mało wrażliwy, żeby poczuć konsekwencje? Wydaje się, że z początku to Marcin jest mniej uczuciowy i mniej empatyczny, a to właśnie on się załamuje, podczas, gdy Itryna świetnie czuje się w roli herszta bandy. I to znowu jest wątek do uwypuklenia, wystarczy trochę poszlifować, żeby stał się spójny i zrozumiały. O ile dobrze odbieram zamysł, to uważam, że jest bardzo ciekawy.




Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości