Bez powrotu fr. 3 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz domowy
Posty: 82
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Bez powrotu fr. 3 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: MargotNoir » czw 12 lip 2018, 10:46

No dobrze, jak się powiedziało A i B, trzeba powiedzieć C. Oto kolejna (i chyba ostatnia już) wrzutka, tym razem składająca się z kilku fragmentów wybranych ze względu na to, co chcemy pokazać i sprawdzić.

Jest dość pokaźna. Nie znalazłam tu równie długiego wpisu, ale są wpisy długości porównywalnej, więc mam nadzieję, że to nie jest jakiś wielki nietakt.

Jeśli chodzi o kompozycję/tempo całości, to wiemy już mniej więcej, jakie jest Wasze zdanie. Mimo to, chciałybyśmy mieć komplet informacji, zanim podejmiemy jakieś decyzje, co dalej robić z tym projektem. Teraz zależy nam głównie na tym, by ocenie poddać realizację różnych nastrojów/typów scen oraz naświetlić postać Sorena.

Fragmenty są powycinane z istniejącego tekstu (w którym dzieją się rzeczy niekoniecznie związane z aspektami, które chcemy tutaj przetestować i skonsultować), a dziury zapełnię krótkim komentarzem, by można było bez problemu orientować się w zastanej sytuacji.

Pomiędzy scenkami opisanymi w poprzedniej wrzutce a tą wrzutką mamy odprawę, w czasie której wprowadzone zostają kolejne postaci, między innymi Erik Hemmingsen, Norweg, również oficer w stopniu kapitana i najlepszy przyjaciel Sorena, pełniący w czasie tego zadania funkcję jego zastępcy. Poznajemy też ormiańskiego sapera, Arama Krelliyana. Orientację może ułatwić informacja, że sześdzesięcioosobowy oddział, którym Soren dowodzi, składa się głównie z nieznanych mu ludzi, którzy nie znają się również nawzajem.

Jest też wyjaśnione, dlaczego mamy tu konie. W skrócie - konie są lepsze, bardziej wielozadaniowe, nie potrzebują dróg ani ton diesla, a jak złapią gumę albo przestaną być potrzebne, można je zjeść. Grupy nie da się przerzucić na teren działań samolotem, bo nie istnieją ani dość duże samoloty ani paliwa kopalne (a tym bardziej zaawansowany przemysł chemiczny, pozwalajacy uzyskać mieszanki), a bimber i frytura nie są na tyle wydajne, by zasilić długodystansowy samolot transportujący tony klamotów.

Nadmienione zostaje też, że nazwy pochodzące od nazw liter fonetycznego alfabetu NATO oznaczają poszczególne typy jednostek.

I generalnie jeszcze jedna uwaga. O ile tempo rozwoju akcji w tekście (to znaczy stosunek znudzenia czytelnika do ilości przeczytanych stron) jak najbardziej poddajemy krytyce i dyskusji, o tyle tempo następowania wydarzeń w samym timelinie ma być wręcz zaskakująco powolne. To ma znaczenie dla plot twistu.

Przepraszam za brak wcięć przed akapitami, edytor tutaj je zjada.


W tej części tekstu wulgaryzmy sypią się szuflami, płynie prawdziwy językowy rynsztok



KOŃCÓWKA ROZDZIAŁU 2

*** *** ***

W ostatnią noc przed wkroczeniem na teren działań wojennych dowódca zastał Arama siedzącego na pniu powalonego drzewa z dala od wspólnego ogniska, sam na sam ze sporą manierką. Sören usiadł okrakiem na tej samej kłodzie. Drgnął, gdy w ciemnościach poza kręgiem światła coś wielkiego poruszyło się z groźnym, głuchym sapnięciem.
– Bshtik, ile razy ci mówiłem? Nieładnie tak straszyć ludzi. – Aram zganił swojego niedźwiedzia, który podszedł bliżej i ziewnął, ukazując wnętrze potężnej paszczy. Zaraz potem saper zwrócił się do Hylandera:
– Musisz być bardziej pewny siebie, jeśli chcesz, żeby zwierzęta cię lubiły.
Sören nie wyczuł złośliwości w tej uwadze, jednak riposta przyszła niemal odruchowo:
– A ty musisz być mniej pewny siebie, jeśli chcesz, żeby ludzie cię lubili.
Aram wydawał się rozbawiony.
Touché – przyznał z lekkim, żartobliwym ukłonem.
Sören przechylił się nieco w bok. Chciał wychwycić jak najwięcej szczegółów wyrazu twarzy rozmówcy, na tyle, na ile to było możliwe w rozedrganym, złotawym blasku odległego ogniska. Zorientował się, że Krelliyan musiał pić w samotności już od dłuższego czasu. Gdyby okoliczności były inne, Hylander zapewne zostawiłby go w spokoju. Teraz wygrało jednak poczucie obowiązku, nakazujące wykorzystać każdą okazję, by poznać oddział, a zwłaszcza jego potencjalne słabe punkty. Walcząc z głosem sumienia, mówiącym, że nakłanianie kogoś w takiej sytuacji do zwierzeń jest chwytem poniżej pasa, dowódca postanowił spróbować dowiedzieć się czegoś więcej.
– Słuchaj – zaczął, lekko uderzając się dłońmi w uda. – Unikałeś mnie do tej pory, ale teraz najwyższy czas, żebyśmy sobie trochę pogadali.
– A co chcesz wiedzieć?
– Muszę wiedzieć, dlaczego się zgłosiłeś.
Ormianin skrzywił się.
– Każdy ma swoje powody... – odparł, patrząc wprost przed siebie.
– Tak, a ja jako dowódca muszę znać twoje.
Bshtik podczołgał się bliżej, by położyć głowę na kolanach Krelliyana z głębokim, dobiegającym z głębi jego jestestwa westchnieniem. Opiekun zmierzwił futro na jego głowie, mrucząc pod nosem coś w swoim dziwacznym języku. Sören nie mógł się powstrzymać. Nachylił się nieznacznie, by lepiej słyszeć tę osobliwą mieszaninę suchego szeleszczenia i delikatnych, dźwięcznych głosek, która przywodziła na myśl cykanie świerszcza.
Zdjąwszy rękawiczki, saper zagarnął garść śniegu i ubił z niej sporą, twardą kulę, którą podsunął Bshtikowi. Hylander znieruchomiał na widok ręki Ormianina znikającej w pysku niedźwiedzia. Nic sie jednak nie stało. Szczęki zwierzęcia poruszały się przez chwilę, po czym wypuściły dłoń człowieka nietkniętą, jedynie pokrytą gęstą śliną.
Aram, najwyraźniej nieświadomy zdumienia dowódcy, wytarł się świeżym śniegiem i wyjaśnił obojętnie.
– Jest młody. Jakby mógł, tylko by się wydurniał cały dzień, ale dzięki temu łatwo się uczy. Wiesz... Czasami mu zazdroszczę. Nie wie, co nas czeka. Myśli, że to wszystko to tylko wygłupy. Nawet się nie połapie, jak coś mu będzie grozić.
Hylander odchrząknął.
– A, tak. Moje powody. – Krelliyan dodał półgłosem jeszcze parę słów. Z jego tonu Sören domyślił się, że były to przekleństwa.
Saper wziął głęboki, powolny oddech. Zerknął na dowódcę, po czym utkwił wzrok w butelce, którą wbił w śnieg u swoich stóp.
– To nic takiego. Po prostu jestem dobry w tym, co robię.
– Czyli ci nie zależy? – Hylander nalegał.
– Jakby mi nie zależało, nie było by mnie tutaj.
Dowódca lekko przygryzł wnętrze policzka. Czuł, że mógłby się dowiedzieć o wiele więcej, gdyby tylko potrafił dotrzeć do upartego Ormianina.
Ku jego zaskoczeniu, po chwili milczenia Aram sam podjął przerwany wątek.
– No dobrze, niech będzie. – Czknął. Zmieszał się na moment, ale po chwili mówił dalej. – Po prostu trzeba zrobić to, co trzeba zrobić. Nie mam nikogo, nikt za mną płakać nie będzie, więc pomyślałem, że jeśli już ktoś ma iść i zginąć gdzieś na zadupiu, to lepiej, żebym to był ja niż jakiś dzieciak... – wyjaśnił sennie.
Musiał zauważyć lekki skurcz, który przebiegł przez twarz Sörena. Podsunął się nieco bliżej, przechylił, przekrzywiając głowę, by od dołu spojrzeć w twarz dowódcy i złowić jego wzrok.
– Nie lubisz, jak się o tym wspomina, co? - Usta Ormianina drgnęły lekko, jakby mężczyzna usiłował się nie roześmiać. – Co, myślisz, że nie wiem? Od razu, jak nas zobaczyłeś, pomyślałeś “Panowie, nie ma chuja, żeby to się udało”. Wydaje ci się, że tego po tobie nie widać? - Hylander poczuł ulgę, gdy saper przestał sondować go uważnym, choć nieco zamglonym spojrzeniem i z powrotem usiadł prosto. - Powiem ci, że w sumie to ci nie zazdroszczę, ale nie musisz się znowu aż tak napinać. Tak naprawdę przecież my też wiemy, że ta cała misja to jest pojedynek gołej dupy z batem. Nikt tu nie jest na tyle durny, żeby się łudzić, że to się uda... - Krelliyan zmartwiał, a potem ostrożne zerknął na dowódcę. - Ale jakby co, nie słyszałeś tego ode mnie - dodał konfidencjonalnie.
Dowódca poczuł, jak pod niepokojem i zaciekawieniem rozbłysła w nim irytacja. Szybko przygasła, wystarczyła jednak, by uczynić głos Sörena zimnym i nieprzyjemnym, gdy mężczyzna rzucił:
- Skoro nie wierzysz w powodzenie tego zadania, dlaczego się zgłosiłeś?
Krelliyan kiwnął się nieznacznie w tył i przód, jak dziecko przyłapane na kłamstwie.
- O rany no... Głupio by było chociaż nie spróbować. Nie wiem, jak ty, ale ja tak nie umiem. - Mruknął z urazą. Krótkim, niecierpliwym ruchem stóp wyrył w śniegu przed sobą podłużne ślady, a potem wziął głęboki oddech. Uspokajał się powoli. - Zresztą pomyśl. Tu są sami ochotnicy. Wiemy, na co się pisaliśmy. To wszystko pewnie źle się skończy, ale przecież nikt nie będzie winił ciebie. Nie przejmuj się.
– To nie takie proste.
– Dlaczego?
Hylander prychnął.
– To ja zadaję pytania.
Z niskim chichotem Krelliyan podniósł manierkę i zaoferował dowódcy. Hylander potrząsnął głową z wyrazem obrzydzenia, gdy tylko wyczuł słodkawą woń pędzonego z owoców samogonu. Nie miał zamiaru wchodzić z nim w żaden fizyczny kontakt.
Wymagania Arama najwyraźniej były nieco niższe. Ormianin pociągnął spory łyk, przez chwilę walczył ze sobą, by go przełknąć, po czym zaczął przeklinać pod nosem, usiłując zapanować nad oddechem.
– Powiedz – szepnął w końcu, patrząc na Hylandera spod oka. Bimber czynił jego głos tak ochrypłym, że Sören pogratulował sobie decyzji, by jednak nie przyjmować poczęstunku. – Coś za coś. Jeśli mam wykonywać twoje rozkazy, to muszę wiedzieć, kto je wydaje.
Zamiast odpowiadać, Hylander sięgnął do kieszeni. Gdy wyciągnął rękę przed Krelliyanem, rdzawym blaskiem zalśnił niklowany łańcuszek, na którym kołysała się chromowana, skręcana zawieszka zawierająca ampułkę z cyjankiem.
– Miej to zawsze przy sobie. Nie odbijamy jeńców – dowódca oznajmił beznamiętnie.
Aram zerknął na niego. Gdy wyciągnął otwartą dłoń, Hylander upuścił na nią metalowy cylinder i pozwolił, by ogniwka powoli wyślizgiwały się spomiędzy jego palców. Przyglądał się saperowi badawczo podczas, gdy ten przełożył łańcuszek przez głowę i bez sprawdzania zawartości wrzucił zawieszkę pod kurtkę.
– Dałem to dzisiaj pięćdziesięciu ośmiu ludziom. Nie wszyscy chcieli to przyjąć. Niektórzy są przesądni. Musiałem ich przekonać. I przekonałem – Po nakazie przyszło cichsze, choć nie mniej twarde wyjaśnienie: – Właśnie ktoś taki wydaje rozkazy.
Przez dłuższą chwilę Hylander starał się wytrzymać badawcze, uważne spojrzenie. Brwi Krelliyana zbiegły się lekko. Mężczyzna oddychał wolniej i głośniej, niż wcześniej. Sören nie potrafił nawet domyślić się, co to oznaczało. Wydawało mu się, że w oczach Arama zobaczył smutek i współczucie, ale odsunął od siebie tę myśl.
Obaj drgnęli, gdy niedźwiedź potrząsnął głową, przeciągnął się i ułożył na ziemi z głośnym sapnięciem. Krelliyan przesunął się w bok. Pochylił się nisko, by pogładzić kark zwierzęcia, a gdy się wyprostował, jego twarz nie wyrażała zupełnie nic.
– To powiesz mi, czy nie? – Dowódca nalegał. – Dlaczego tu jesteś?
– To jest zajebiście dobre pytanie... – Aram mruknął do siebie, wpatrzony w migotanie dogasających polan w ognisku. – Na pewno nie chcesz? – Ponownie podsunął manierkę Sörenowi. Teraz, gdy Hylander czuł, że może uda mu się czegoś dowiedzieć, przyjęcie jej nie wydawało się już tak złym pomysłem. Wiedział, że prawie wszystko da się wypić, jeśli wlewa się to prosto do gardła i nie pozwala, by alkohol wszedł w kontakt z językiem. Zrobił tak i tym razem, ale nawet stary, sprawdzony sposób nie wystarczył. Mimo woli, Sören wstrząsnął głową.
Problem nie leżał w mocy trunku, ale w smaku. Jak wszystkie pędzone przez południowców alkohole trącił acetonem i plastikiem, jednak tym razem Szwed nie był pewien, czy tym, co tak paliło mu gardło w ogóle był etanol.
Aram przez chwilę wyglądał na zaskoczonego, jednak wkrótce roześmiał się.
– Masz rację. Ja też nie przepadam. Czasami, wiesz, oghi pasuje do nastroju, ale ogólnie to straszne paskudztwo. – Uśmiechnął się nieco głupkowato. – Smakuje jak woda z mydłem...
Wziął manierkę z rąk Hylandera i cmoknął na Bshtika. Gdy udało mu się zwrócić uwagę niedźwiedzia, wlał resztę bimbru do wydobytej z kieszeni składanej silikonowej miski. Bshtik ochoczo zabrał się do chłeptania. Mniej więcej w połowie kichnął, otrząsnął się, ale nie dał za wygraną, dopóki nie wylizał wszystkiego do czysta. Po chwili z powrotem ułożył się do snu.
Dowódca obserwował spokojne, pewne ruchy Krelliyana, gdy ten przeczesywał palcami futro niedźwiedzia i bawił się jego uszami, uśmiechając się z rozczuleniem do zwierzęcia, które zachowywało się przy nim jak łagodny psiak. Ten widok w żaden sposób nie odpowiadał znanym Hylanderowi opowieściom na temat formacji specjalnego przeznaczenia, przypisanych do trzech ostatnich liter alfabetu.
– Ta twoja jednostka... – Sören zaczął ostrożnie. – Co to w ogóle jest?
– Diabły z Rozdroża. – Aram odparł obojętnie. Dopiero po chwili przekrzywił głowę, bacznie obserwując twarz dowódcy. – Wiesz, z Rozdroża, bo mamy taką jakby... subregionalną – zaciął się nieco na tym słowie – wspólnotę państw w trochę dziwnej sytuacji. Tu morze, tam morze, Ruscy, ciapaki, straszny pierdolnik... – machnął ręką. – No nic, nieważne. Jak o nas nie słyszałeś, to znaczy, że nie miałeś słyszeć.
Gdy się pochylił, kilka ciemnych kosmyków wysnuło mu się z kucyka. W mlecznym świetle księżyca rzucały na jego policzki wyraziste, meandrujące cienie.
– A swoją drogą czy to nie zabawne... – Saper ciągnął spokojnym, sennym tonem, w którym jednak pobrzmiewała gorycz. – Wiesz, jest taka legenda o herosie Amiranim, który ukradł bogom ogień i dał go ludziom, a przy okazji nauczył ich różnych rzeczy, żeby przestali żyć jak bydło, pokazał im, jak robić wino i takie tam. Dał im technikę, nauczył korzystać z rozumu... – Zastanowił się. – Znaczy chciał, a wyszło, jak wyszło. W każdym razie bogowie trochę się wpienili, że ktoś ich stworzonkom otworzył oczy i za karę przykuli gościa do Kazbeku. Właśnie tam, gdzie Diabły mają kwaterę główną. Faktycznie mało przyjemne miejsce. Wieje, grzeje, pizga, wiatry takie, że grad tam poziomo pada, a to wszystko na wulkanie... – Zawiesił głos. – Naprawdę mało przyjemne miejsce – mruknął ciszej, jakby do siebie.
Po chwili oderwał się od ponurych myśli lub wspomnień, które sprawiły, że jego brwi się zbiegły, a dolne powieki zadrgały.
– No nic, nieważne. – Potrząsnął głową. – W Biblii zresztą to samo, Bóg Adama wywalił z Raju za to, że przestał być kretynem bez pojęcia o czymkolwiek. Myślisz, że w tych wszystkich historiach bogowie to straszne skurwysyny, a wychodzi na to, że mają rację. Cokolwiek dasz ludzkości do ręki, od razu zaczyna sobie tym dłubać w oku. Sam zobacz. Prawojennym zachciało się zabawić w wynalazców, nie dość, że postrzelali do siebie atomówkami, jakby to był śrut, to jeszcze stworzyli te swoje sztuczne inteligencje, posłali je na wojnę i nie minął rok, jak rozpętało się takie piekło, że musieli zamknąć interes i spuścić sobie na głowy impuls, żeby to wszystko posłać do piachu.
Zgarbił się jeszcze bardziej.
– Teraz, po tylu latach tkwienia w epoce kamienia łupanego odkrywce wreszcie udaje się dotrzeć do czegoś sensownego i się z tym skomunikować. Teoretycznie moglibyśmy pójść po rozum do głowy, zacząć odbudowywać świat, sieć komunikacji, naukę, sposoby na dzielenie się wiedzą, a pierwsze, co centralnemu przychodzi do głowy, to wykorzystać te resztki elektroniki, żeby jeszcze bardziej spierdolić sprawę – syknął z niesmakiem. – Chyba nawet koniec świata niczego ludzi nie jest w stanie nauczyć.
Sören z początku nie wiedział, jak zareagować. Musiał przyznać, że choć już zrozumiał, iż po Krelliyanie można było spodziewać się niemal wszystkiego, i tak był skołowany. Nagła zmiana tonu Ormianina, od spokoju do pełnej jadu ironii zaniepokoiła Hylandera. Znów przysunął się nieco bliżej.
– Myślisz, że ludzie się nie zmieniają? Że nie ma nadziei?
Krelliyan skrzywił się. Ważył odpowiedź.
– Nie wiem – odparł spokojniej. – Może masz rację. Ich już nie ma, sami się wykończyli. I dobrze. Teraz my możemy próbować jakoś żyć. Chociaż, cholera jasna, ciągle ciągniemy tę ich wojnę. To się musi skończyć jak najszybciej, żeby w końcu inni mogli zacząć żyć normalnie. Teraz, tak jak jest... po prostu się nie da.
– Więc jednak masz powód.
Aram spojrzał na własne ręce. Milczał dość długo; w końcu postanowił coś. Gniewnie uniósł głowę.
– Mam, nie mam, nieważne. Chcę tu być i dam z siebie wszystko, nie zawiedziesz się. Sprawdź mnie, jak chcesz. Więcej nie musisz wiedzieć.
Sören przez chwilę przyglądał się saperowi z zadumą. Czuł, że ten wybuch powinien był go rozzłościć, ale tak się nie stało. Mężczyzna był zaintrygowany.
– Dobrze. Nie mów, jak nie chcesz – odpowiedział, czujnie wpatrując się w profil Arama. – I tak cię rozgryzę.
Krelliyan zamarł. Po chwili zaśmiał się pod nosem. Na jego usta wypłynął kwaśny uśmieszek.
– To najgorszy tekst na podryw, jaki w życiu słyszałem.
– Ja nie...
– Ależ tak. – Aram odwrócił się do rozmówcy. – Wiem, że tak. W porządku. – Wyciągnął rękę i po chwili wahania ścisnął lekko przedramię Sörena. – Spokojnie. Jeszcze będzie okazja.


ROZDZIAŁ 3

Siedząc po turecku pod niewysoką, pokręconą sosną, Hylander rozwinął mapę na kolanach. Stok, który wybrał, by rozejrzeć się po okolicy zapewniał idealne pole widzenia, ale i tak dowódca musiał się zastanowić nad przypisaniem brązowych, zielonych i błękitnych plamek na papierze do widoku, jaki się przed nim rozciągał. Przez ostatnie dni mapa stała się symbolem wszystkiego, czego nienawidził w tej okolicy: tysięcy zmiennych koryt strumieni, poszarpanej linii szczytów i następujących po sobie w nieskończoność kolejnych wzniesień. Zdobycie lub obejście każdego odsłaniało dokładnie ten sam widok: zamazane wysokimi lasami, piętrzące się jedna za drugą kurtyny niemal identycznych gór. Poza oczywistymi szlakami komunikacyjnymi wzdłuż większych rzek, kraina ta była tak dzika, że każdy przejaw ludzkiej aktywności musiał zwracać uwagę.
Oddział poruszał się nocami, w dzień kryjąc się po wykrotach i wąwozach. Żołnierze nadkładali drogi, wybierając strumienie lub kamieniste podłoże tak, by nie zostawiać śladów. Nie było mowy o rozpalaniu ognia. Nie rozbijano namiotów. Każda kolejna noc bez najprostszych barier, które przez tysiąclecia człowiek nauczył się stawiać między sobą, a naturą, upodobniała ich coraz bardziej do zwierząt, szukających schronienia i ciepła za wszelką cenę, zapominających o wszystkim innym. Nużący wysiłek, którego owoców nie było na razie widać sprawiał, że w ciszy, dzielącej od siebie ludzi, pęczniało trudne do opanowania rozdrażnienie. Nikt już nie tracił sił bez potrzeby nawet na mówienie. Codziennie kilkanaście osób trzymało straż. Pozostali szukali ciepła wśród koni, które chudły i słabły w oczach. Co wieczór żołnierze przeżywali te same chwile frustracji i wściekłości, usiłując zmusić ospałe ze zmęczenia zwierzęta do marszu.
Do tej pory oddział trzy razy stanął przez wyborem między nadkładaniem drogi a otwartą konfrontacją, i za każdym razem Hylander zarządzał odwrót. Wprawdzie mieli duże szanse rozprawienia się z niewielką grupą zwiadowców tak, by nikt nie przeżył i nie przekazał wiadomości o ich położeniu, ale dopóki istniał choć cień ryzyka, dowódca nie chciał nawet słyszeć o nawiązywaniu walki.
Zbliżali się właśnie do jednej z ostatnich, długich, porośniętych lasem dolin, wyznaczających koniec pogranicza. U jej wylotu znajdowała się dobrze obsadzona strażnica. Bez względu na to, ile czasu Hylander spędził, zastanawiając się nad różnymi możliwościami ominięcia strażnicy, wszystko wskazywało na to, że było to niewykonalne. Słabo widoczne, wrośnięte w ziemię umocnienia rozsiadły się wygodnie i szeroko pomiędzy skalnymi masywami, które tutaj, u kresu pasma górskiego były niższe, ale za to bardziej strome, poszarpane i niebezpieczne. Zbocza nad bazą eksponowały każdego jako idealny cel. Gniazda karabinów maszynowych znajdowały się na samych szczytach.
Hylander brał pod uwagę możliwość marszu na południe, prześlizgnięcia się przez długą dolinę przeoraną podziemnymi wybuchami i powrotu na trasę od strony nizin. Wraz z trójką zaufanych ludzi zmarnował dwa dni, przemykając w stronę tego miejsca. Jeden rzut oka na dolinę wystarczył, by dowódca natychmiast porzucił ten pomysł. Nawet zwierzęta omijały tamten teren. Tylko las próbował odzyskać to, co mu zabrano jeszcze na długo przed Wojną, gdy dolinę poprzecinały drogi i obsiadły niskie, bezkształtne budynki, których resztki widać było jeszcze na obrzeżach obszaru zmienionego w całkowite pustkowie. Na razie jednak przyroda przegrywała. Jej porażkę zwiastowały zdeformowane drzewa, brunatne plamy i bąbliste narośle na liściach krzewinek, nieśmiało podpełzających w stronę epicentrum. Tylko kilka kęp trawy o liściach zbrązowiałych i skręconych jak wyschła skóra sięgnęło po ziemię pośrodku dolinki. Wprawdzie promieniowanie było tolerowalne, ale skażenie produktami rozpadu o długim czasie półtrwania musiało być ogromne. Cez, stront i tryt były tym, przed czym prawdziwi ludzie od dziecka odczuwali niemal paniczny lęk. Po przejściu przez dolinę wszyscy wlekliby ten przeklęty brud za sobą i w sobie już do końca życia.
Gnany siłą nawyku, Hylander spojrzał w dół stoku. Widok nieco go uspokoił. W głębokim jarze, pod sklepieniem gałęzi gęsto rosnących jodeł i świerków jego oddział ukrył się na południowy odpoczynek. Nawet wiedząc o tym, dowódca nie umiał powiedzieć, gdzie dokładnie byli. Przez delikatny szum wiatru nie przebijał się nawet najcichszy odgłos pracy czy rozmowy. Konie, starannie wytrenowane i znajdujące się pod czujną opieką Litwinów także były spokojne i ciche.
Jego własny wierzchowiec spisywał się doskonale. Od rana Kanelbulle nie wydała nawet jednego chrapnięcia. Pasła się spokojnie, obgryzając ledwie rozwinięte listki na krzaczkach borówek.
Była ogromną, zimnokrwistą, bułaną klaczą; starą i spokojną, choć niepozbawioną pewnych dziwactw. Mimo to radziła sobie świetnie z trudami wojennego życia. Od dnia, w którym dostał na nią przydział, Hylander nie mógł się oprzeć wrażeniu, że próbowała się z nim zaprzyjaźnić, jakoś do niego dotrzeć. Wszelkie jej wysiłki – witanie go cichym parskaniem, skubanie jego szyi i rąk – spełzały na niczym. Mężczyzna wiedział, że gdzieś za jej spokojnymi, ciemnymi oczami kryła się dusza myślącego stworzenia, ale nie rozumiał zupełnie nic z tego, co chciało mu ono przekazać. Widział tylko nieprzewidywalną istotę z własną wolą, tak bardzo inną od logicznych, jednoznacznych maszyn, do których był przyzwyczajony.
– Hej, snygging, vad vill du ha från mig?* – przemówił miękko, gdy klacz przydreptała do niego i trąciła go pyskiem w policzek. Jej aksamitne, ciepłe chrapy zaczęły go łaskotać. Uśmiechnął się. Nie miał pojęcia, po co Kanelbulle to robiła, ani czy w ogóle obchodziło ją to, że się odzywał, ale po prostu lubił do niej mówić w swoim ojczystym języku. Przypominały mu się wtedy rodzinne strony.
Nagle klacz uniosła głowę i zarżała krótko. Sören usłyszał to samo, co ona. Po chodzie rozpoznał Hemmingsena. Usiadł prosto, czekając, aż zobaczy człowieka podchodzącego w górę zbocza.
– I jak? Zwiad coś widział? – spytał, gdy Erik szukał dla siebie miejsca na wygodnym i rozgrzanym w słońcu kamieniu.
– Nie. Wszędzie spokój. Jesteśmy tu sami.
– Dobrze wiedzieć...
– Właśnie, a skoro mamy chwilę spokoju, chciałem z tobą porozmawiać o dwóch sprawach.
Dowódca złożył mapę. Wsunąwszy ją do kieszeni raportówki, wstał, by rozprostować zdrętwiałe nogi.
– Jakich?
Nie patrzył na przyjaciela. W ciszy wczesnego popołudnia usłyszał lekkie, krótkie westchnienie.
– Może jednak przekazałbyś mi na stałe część zadań? – Hemmingsen zamilkł, ale po chwili podjął. – Możesz mi powierzyć jakąś podstawową organizację obozu, wymarszu, wybór kamuflażu chociażby, takie rzeczy...
Hylander omiótł wzrokiem splecione, parasolowate korony drzew poniżej. Mimo, że na pierwszy rzut oka wydawało się, że tworzyły niemal lite sklepienie, przez prześwity pomiędzy ciemnozielonymi gałęziami można było dostrzec łaty brudnego śniegu i szaro–beżową martwą, ściółkę. On i Erik również mieli pod stopami zeschłe igliwie i połamane gałązki. W miejscach, do których docierało więcej słonecznego światła dopiero zaczynały się zielenić pierwsze listki i łodygi roślin leśnego runa. Wciąż patrząc w dół, dowódca wyjaśnił:
– To nie jest takie proste. Dzisiaj już zaczęli rozkładać śnieżny i siatki, i sam zobacz. Śnieg leży tylko płatami, a na dole jest głównie suche igliwie. Byliby jak wielka biała plama. Teraz, jak ich przypilnowałem i dodali siatki do pustynnego, jest do przyjęcia. – Zmrużył oczy. Ciszej, na wpół do siebie dodał: – Płachty solarne też trzeba umieć rozkładać i wiedzieć, skąd je może być widać. Pod jednym kątem są ciemne, pod innym błyszczą jak psi nos...
Nie widział twarzy przyjaciela, jednak gdy ten odpowiedział, Sören po jego głosie poznał, że Norweg był zniechęcony i zirytowany.
– Dobrze, ale ja też mam oczy. Rozumiem, że nie znasz Korhonena i Ingisdottir, nie ufasz im, ale mnie znasz. Nie popełniam takich błędów.
Sören zaśmiał się pod nosem.
– Racja. Ty chyba w ogóle nie popełniasz błędów.
Odwrócił się w stronę Erika akurat na czas, by dostrzec, jak ten skrzywił się i pokręcił głową. Hylander powoli podszedł do niego, by usiąść obok na szarawym głazie. Przesunął dłonią po spodniach. Wyczuwszy igliwie w załamaniach i w szwach wokół kieszeni na udzie, zaczął je metodycznie wytrząsać.
Erik poczekał, aż Hylander skończy, nim odezwał się ponownie:
– Jestem twoim zastępcą, a praktycznie nic nie robię. Mam wrażenie, że... – Z początku pewny i spokojny głos mężczyzny przycichł i zamarł.
Sören spytał z napięciem:
– Masz wrażenie, że co?
– Że tracisz energię na bzdury. Chcesz wszystko kontrolować i przez to nie masz głowy do tego, co najważniejsze. Albo może chodzi o coś innego. Nie wiem.
– O czym ty mówisz?
– O tym, co teraz robisz. Jak długo zamierzasz się tu ukrywać? – Kapitan skrzyżował ręce na piersi, czekając na jakąś odpowiedź. Nie doczekał się żadnej. – Przecież wiem, że niczego specjalnego się nie spodziewałeś stąd zobaczyć. Po prostu nie chciałeś siedzieć z ludźmi. – Wyraz twarzy Erika nieco złagodniał. – Ale teraz powinieneś być z nami. Czeka nas pierwszy sprawdzian. Ustaliliśmy, że bierzemy tę strażnicę siłą i bardziej gotowi już nie będziemy. Kiedy wydasz rozkaz?
Hylander nadal nie odpowiadał. Hemmingsen nie przestawał naciskać.
– Co się z tobą dzieje?
– Wiem, że masz rację – W końcu Sören odparł niechętnie. – Ale cały czas patrzę na te dzieciaki i nie mogę przestać się zastanawiać, kto pierwszy... i jak. Szybko i spokojnie, czy... – Potrząsnął głową, by przegonić natrętne wspomnienia. – Jakoś mi się nie spieszy, żeby się dowiedzieć – dodał gorzko.
– Wiesz, że tego nie unikniesz. – W niemal nieruchomej twarzy Erika można było dostrzec przebłysk współczucia. – Nie wypełnimy zadania, jeśli będziemy się kryć po lasach. Każdy z nas to rozumie.
Sören poczuł dobrze znany ból, zagnieżdżony głęboko w jego kościach. W głowie znów zaczynało mu szumieć, a w mięśniach czuł to samo zimno i niemoc, co zawsze, ilekroć musiał działać wbrew sobie.
– Daj mi pomyśleć – wycedził. – I tak nic nie zrobimy przed zmierzchem. Jest jeszcze czas.
– Stary, musisz zacząć brać byka za rogi. Nie jesteśmy bandą dzieci. Jesteśmy żołnierzami, tak jak ty.
– Poważnie? – Sören prychnął. – A Kiestutis? Matti? Jens? Natalia? Lauma?
– Kiestutis jest tu z własnym ojcem, nie potrzeba mu drugiego. Matti rozbroiłby cię jedną ręką, nawet byś nie zauważył, kiedy. Natalia wygląda, jak wygląda, ale jest prawie w naszym wieku. Zresztą nawet... Wszyscy tutaj jesteśmy z jednostek specjalnych, do diabła. Są młodzi, bo wcześnie się zaciągnęli, a pozwolono im na to, bo widocznie są dobrzy. Nie ma tu dzieciaków wciśniętych w kamasze wczoraj.
– Chłopcy z Czerwonej Czwórki też nie byli żółtodziobami i zobacz, jak skończyli. – Hylander usiłował nie pozwolić, by emocje wzięły górę. Potarł twarz, przeczesał palcami włosy. Na moment zastygł, pochylony, z dłońmi splecionymi na karku i łokciami wspartymi o uda. – Ty nie wiesz, jak to jest. Oni cały czas tu są. Gdziekolwiek jestem, wystarczy, że zamknę oczy i znowu widzę to wszystko. - Wypostował się gwałtownie, zerknął na przyjaciela, a potem znów zapatrzył w szarawe igliwie u swoich stóp. - Mały Robbie jest najgorszy. Dałem słowo jego bratu, że będę go pilnować, i co? Gnojek miał dwadzieścia dwa lata, jak Matti. Zostawiłem go tam, a teraz on nie chce dać mi spokoju.
Erik poruszył się niespokojnie, jakby chciał przysunąć się bliżej i zabrakło mu odwagi.
– Mówiłeś, że nic nie pamiętasz.
– Bo nie pamiętam. – Sören głośno wypuścił powietrze przez zęby. Pytający wzrok przyjaciela sprawił, że mówił dalej zduszonym głosem: – Nie pamiętam wydarzeń. Nie pamiętam, żebym rozumiał, co się działo. Są tylko obrazy, dźwięki. Ułamki sekund. Krzyki. Smród. Nawet nie wiem, co z tego naprawdę widziałem. – Przełknął ślinę w nadziei, że uda mu się pokonać chłód ściskający go za gardło. – Wiesz, jest jedna rzecz... nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło. Mały Robbie i te jego białe włosy. Spływa po nich krew, lepią mu się do twarzy, zasłaniają oczy. Wyciągam rękę, odgarniam mu je, on patrzy na mnie jak na idiotę, a ja jestem na niego wściekły. Ciągle to widzę, chociaż wiem, że musiałem sobie to wyobrazić. Byłem dobre piętnaście metrów od niego, a potem już chyba zwiałem. Musiałem zwiać, skoro żyję.
Poczuł na szyi ciepły oddech Kanelbulle. Pieszczocie jej ruchliwych warg towarzyszyła seria cichych, uspokajających dźwięków. Dowódca wyciągnął rękę, by poklepać policzki klaczy, ale nie podniósł wzroku. Z zamyślenia wyrwał go głos przyjaciela:
Najważniejsze zrobiłeś. Wykonałeś zadanie.
Przecież wiesz, że nie.
Mężczyźni wymienili krótkie spojrzenia. Sören niemal natychmiast odwrócił wzrok.
Oddział wykonał swoje zadanie. Ja nie – wyjaśnił głucho.
Hemmingsen rozglądnął się bezradnie. Usiadł prosto z dłońmi opartymi o kolana, jakby chciał wstać, spojrzał jednak tylko w niebo, biorąc głęboki, ciężki oddech.
– Słuchaj... – Znów zgarbił się i zapatrzył przed siebie. – Nie powiem, że wiem, co czujesz. Nie wiem, czy umiem sobie nawet wyobrazić, ale rozumiem, dlaczego się wahasz. Naprawdę. Nie ma się czego wstydzić, ale nie możesz też pozwolić, żeby to tobą zawładnęło. Musisz działać mimo wszystko. Potrafisz to. Właśnie dlatego Grabovsky cię wybrał. Nie pomimo tego, co wtedy zrobiłeś. Właśnie przez to, co wtedy zrobiłeś.
– Jesteś pewien, że to dobry powód?
Po chwili pełnej napięcia ciszy Erik odparł, potrząsając głową:
– Nie, ale jestem pewien, że jesteś właściwym gościem do tej roboty. No już, chodź. – Lekko trącił Sörena pięścią w ramię. – Potrzebujemy cię.
– Za chwilę. – Hylander spuścił głowę. Cień opadł na jego ramiona, przyciskając go do ziemi, zmieniając jego krew w ołów. – Zaraz wrócę do obozu. Zbierz Borysa, Ensio i Lilję. Omówimy plan ataku.

* Hej, snygging, vad vill du ha från mig? (szw.) Cześć, ślicznotko. Czego chcesz ode mnie?

*** *** ***
Kolejne wydarzenia obejmują udany atak na strażnicę, ukrycie się w opuszczonym i niesplądrowanym do tamtej pory schronie przeciwatomowym "prawojennych", kolejne wyjaśnienia na temat tego, kim byli "prawojenni" i co dokładnie stało się w Dniu Bez Powrotu, a także zawiązanie dość dziwnej relacji między Sorenem a Aramem Krelliyanem.
W poniższych trzech fragmentach przedstawiamy zdobycie pierwszego właściwego celu, czyli centrum kontroli wyrzutni pocisków balistycznych przenoszących głowice nuklearne.
Mamy kolejne dwie postaci, czyli Ensio Korhonena, snajpera z Finlandii i Natalię Sikorę, sapera z Polski.
Na tym etapie nie musicie wiedzieć, o co chodzi z patykiem i sznurkiem.

*** *** ***

Hylander nie podcinał gardeł. Wykrwawienie trwało za długo, było zbyt ryzykowne. Stosował szybszy i czystszy sposób.
Nienawidził cichego trzasku, słyszanego za każdym razem. Nienawidził tego, jak przez drżenie wbijanego w kręgosłup noża czuć było spazm śmierci. Nienawidził tego, że nawet, jeśli robił to bardzo szybko, nadal czuł ciepło i fakturę tkanek, gdy ostrze przebijało sprężystą skórę i twardą chrząstkę, ocierało się o kości i rozrywało miękki, włóknisty rdzeń kręgowy. Nienawidził czuć na dłoni oddechu umierającego człowieka, ale tak trzeba było to robić. To był najskuteczniejszy sposób.
Jego grupa była już w całości w bazie, gdy odezwał się pierwszy strzał. W ułamku sekundy pękła napięta cisza; w korytarzach wybuchł chaos krzyków, nad które wybijały się pojedyncze, wstrząsające powietrzem niczym fala uderzeniowa wystrzały. Rozpoznawał broń swoich ludzi. Nie strzelali seriami, nie marnowali amunicji. Nie musieli. Było dobrze.
Sam poruszał się jak w transie. Przedarł się przez dwóch strażników, wciąż nie dobywając pistoletu rzucił ich na ziemię, kopnięciem ogłuszył jednego, którego dobił, gdy już wyrwał nóż z karku drugiego.
Okrzyk Svena oznaczał, że część załogi z poziomu zero, której nie dali rady zdjąć snajperzy pozostający na zewnątrz, zawróciła w stronę korytarzy. Sören rzutem oka ocenił, że pośredni poziom za nimi był już czysty. Sięgnął po karabin, przypadł do ściany i wbił wzrok w załom korytarza, zza którego mieli się wyłonić ludzie, których kroki już słyszał. Wziął jeden głębszy oddech. W skroniach i szyi czuł własny puls, mocny i dość szybki, ale jeszcze spokojny. Było dobrze.

*** *** ***

– Zdejmie ktoś tego jebańca, czy mam sobie tu herbatę zaparzyć i książkę poczytać? – Krzyk Arama ledwie przebił się przez dobiegający z górnych poziomów bazy ryk karabinów, zwielokrotniony echem w podziemnym, betonowym labiryncie.
– Sam sobie go zdejmuj! – Ensio odkrzyknął ze swojej kryjówki. – Skurwiel siedzi tam jak czopek w dupie. Nie ruszę go.
Saper zerknął ukradkiem na Natalię, ukrytą wraz z nim za załomem korytarza. Oboje zaciskali zęby ze zdenerwowania i zniecierpliwienia. Byli niecałe dziesięć metrów od swojego celu – stalowych grodzi, broniących przejścia na głębsze poziomy centrum kontroli wyrzutni pocisków balistycznych – ale nie mogli się przedrzeć przez ostrzał od strony odnogi korytarza, odchodzącej od głównego ciągu, po jego przeciwległej stronie. Korhonen był w sąsiednim korytarzu, tuż za nimi, jednak on również nie miał szans, by dosięgnąć strzelca bez pokonania skrawka przestrzeni znajdującej się w jego zasięgu.
– Jeszcze chwila, i w ogóle nie będzie po co tych grodzi rozwalać... – Saper warknął przez zęby. – Gdzie jest Wiera, jak jest potrzebna? – Głośno wciągnął powietrze. – Suka bliać!
Klapa kieszeni jego kurtki znalazła się za blisko wylotu korytarza. Koło jego ramienia rozbryznął się pióropusz pyłu i odłamków betonu. Pocisk, który je oderwał, wyrył w ścianie na przeciwko Arama i Natalii sporą dziurę.
– Chuj marnuje amunicję, żeby się z nami pobawić, raczej mu się prędko nie skończy... Nie ma na co czekać. – Krelliyan syknął do towarzyszki.
– A co innego możemy zrobić?
– Jeszcze nie wiem, ale coś.
Wyrwał pistolet z kabury. Na ułamek sekundy wychylił się, strzelił na oślep i rzucił się do tyłu, by znaleźć się poza zasięgiem strzelca, nim ten zdążył wycelować. Nad uchem Arama świsnęła kula. Pył, zdmuchnięty ze ściany, zapiekł go w oko.
Po chwili, której potrzebował, by się uspokoić, saper wydobył z kieszeni blaszane pudełko. Z bólem serca wysypał z niego tytoń. Ustawił gładkie, polerowane wieczko pod kątem, położył zaimprowizowane lusterko na podłodze i stopą przepchnął je w odsłoniętą część korytarza.
– O kurka wodna! – Natalia pisnęła, gdy pudełko, teraz przedziurawione pociskiem, pofrunęło wgłąb tunelu.
– Zdążyłaś?
– Widziałam. – Sikora skinęła głową – Elegancką dziurę wyrwało, tam ten beton musi być dość miękki. Tylko co nam to daje?
– To, że do samego korytarza nie wejdziesz, ale można podejść obok, bo żeby ostrzeliwać tą prostą ścianę u wylotu kutas musiałby się wychylić, a Ensio mu nie pozwoli. Jakbyśmy rozpiździli kawałek ściany, Ensio już by się do niego dobrał.
– Nie rzucisz tak granatu, to nie bumerang, poza tym na impaktowy to za mały dystans.
– No wiem, cholera jasna... – Aram, zamyślony i skupiony, patrzył wprost przed siebie, skubiąc dolną wargę. – Przydałby się lepki, z jakimś zastrzałem, albo najlepiej jakiś taki, żeby go wetknąć do tej dziury.
Mówił raczej do siebie, dlatego zdziwiła go rzeczowa, energiczna odpowiedź Sikory.
– Mogę ci zmontować, tylko nadal nie wiem, po co. Nie dostaniesz się tam za skarby świata. – Dziewczyna potrząsnęła głową.
Krelliyan ożywił się.
– A masz, co trzeba?
– Tak, mam patyk i sznurek. – Natalia odparła z całkowicie poważną miną. Po chwili uśmiechnęła się. – Plastik i zapalniki czterosekundowe też. Może być?
Ormianin przysunął się bliżej.
– To zrób mi z tego takie coś, żeby dało się łatwo wsadzić do dziury po kuli. Tak z cztery sztuki. Szybciutko.
Polka z oburzeniem nabrała powietrza i cała aż urosła, jakby zamierzała uraczyć kolegę po fachu dłuższą tyradą, jednak gdy przez niesiony korytarzami ryk odległej bitwy przebiło się kilka bliższych serii z automatu, zrezygnowała.
– Daj jakąś łuskę – poleciła rzeczowo. Obejrzała wręczony jej mosiężny cylinder, przeszukała kieszenie, ale nim skończyła jeszcze raz wbiła w Arama pełne dezaprobaty spojrzenie.
– A możesz mi łaskawie powiedzieć, co ty kombinujesz?
Zamiast odpowiadać, Aram nie wystawiając nawet głowy zza węgła strzelił kilka razy. Trafienia w beton odezwały się dźwięcznie.
Niemal jednocześnie rozległy się trzy strzały z karabinu – jeden, cichszy, z Hecklera Ensio, i dwa dochodzące z bocznego korytarza. Zaraz potem dało się słyszeć długie i soczyste:
– Perkele!*
Natalia, jakby czekała na to hasło, przestała wpatrywać się z niedowierzaniem w Arama. Szybko, lecz bez nerwów i sprawnie zmontowała zaimprowizowane granaty z kilku podłużnych zapalników czasowych, twardych lasek materiałów wybuchowych na polimerowym nośniku i odrobiny plastycznej mieszanki.
Krelliyan tymczasem zaczął w pośpiechu opróżniać kieszenie z narzędzi i krótkich, popakowanych w osobne zwoje kawałków różnego rodzaju lontu.
– Dobra, słuchaj – szepnął nerwowo, układając sprzęt przed młodą Polką. – Zamontuję mu tam te twoje cudeńka. Tu masz resztę zabawek do obrobienia grodzi. Dasz radę sama, jakby co? – Gdy Sikora niepewnie pokiwała głową, Ormianin klepnął ją w ramię. – Zuch dziewczyna. Oby tylko Ensio się połapał, co ma robić, ale to mądry chłopak.... – dodał po cichu.
Tymczasem dochodzące z górnych poziomów odgłosy walki z jednostajnego, odległego, zniekształconego echem huku zmieniały się w coraz wyraźniejsze wystrzały, jęki rannych i głuche uderzenia padających ciał. Krelliyan zaklął przez zaciśnięte zęby.
Wstał. Potrzebował chwili, by zebrać się na odwagę do opuszczenia kryjówki. Na ten widok Natalia zaczęła protestować.
– Przecież wychyliłeś się na pół sekundy i ten snajper prawie ci odstrzelił głowę. Chcesz tam lecieć pod ostrzałem?
– A czy ja wyglądam, jakbym chciał? – Aram syknął jadowicie.
Po kolejnej wymianie ognia, Korhonen zawołał ochryple:
– Ej, chłopaki, już ich trzech tam siedzi!
– To fajnie, bo już myślałem, że jeden czarodziej! – Aram ryknął, by przekrzyczeć wystrzały. Był nawet zadowolony, że narastająca w nim emocje mogły znaleźć ujście w tym okrzyku. – Kurwa, skąd oni się biorą?!
– Tadeusz musiał paść. Nie wiem, ile wytrzyma reszta. Naprawdę nie masz jak tych grodzi rozwalić, do kurwy nędzy?
Zamiast odpowiadać, Krelliyan spiął wszystkie mięśnie i zwrócił się do Sikory, starając się nie dać po sobie poznać, że był bliski paniki.
– Weź mnie chociaż trochę kryj, co?
– Mam lepszy pomysł. – Polka posłała mu urwisowski uśmieszek. Odbezpieczyła broń, zważyła w lewej dłoni grudkę plastiku, podrzuciła ją w stronę środka głównego korytarza, a muszką pistoletu, trzymanego w prawej ręce, śledziła łagodną parabolę, zatoczoną przez kolorowy cylinder. Gdy plastik zawisł w powietrzu na moment, odwróciła twarz i nacisnęła spust.
Nim huk przebrzmiał, a z bocznego korytarza odezwały się głosy zdezorientowanych i oślepionych na moment Azjatów, Aram był już po drugiej stronie ostrzeliwanego przez nich pola.
Kilka sekund później kawał ściany na rogu korytarza, za którą ukryli się strzelcy z załogi bazy runął wśród chmury pyłu.
Ensio musiał nieco się odsłonić, by wykorzystać tę szansę, ale zdążył. Trzy ciche świsty Hecklera odezwały się niemal natychmiast jeden po drugim. Aram podbiegł do leżących żołnierzy, ale jeden rzut oka wystarczył, by zorientować się, że nie musiał poprawiać strzałów Fina. Cała trójka była martwa.
Korhonen po chwili znalazł się przy nim.
– Ja pierdolę, ale akcja... – zawołał, zdyszany z nerwów. – Jesteś cały?
Aram nie odpowiedział. Szybko zmierzył Korhonena wzrokiem. Poza trupiobladym odcieniem skóry, Ensio wyglądał dobrze, choć połowa jego twarzy była zalana krwią.
Natalia, która również stanęła przy nich na ten widok wciągnęła głośniej powietrze. Jej drobne, różowe wargi pozostały rozchylone, gdy przyglądała się snajperowi z troską.
– Masz tu... coś. – Dyskretnym gestem Aram dotknął własnej kości policzkowej, patrząc znacząco na przyjaciela.
– Tak, dziurę po kuli. Wiem. – Ensio wzruszył ramionami. – Idę, przydam się tam na górze, a wy rozwalajcie, bo szkoda czasu. Za ile ich wam tu sprowadzić?
Ormianin przesunął ręką po chłodnym metalu grodzi, których stan po raz pierwszy mógł ocenić z bliska. Mrużąc oczy, czubkami palców zaczął delikatnie opukiwać zwietrzały beton i stal. Otaksował wzrokiem zawiasy oraz widoczne w szparze między drzwiami a ścianą pancerne sztaby, po czym oznajmił:
– Tak z pięć minut.
– Dobra, to będą za cztery. – Korhonen puścił mu oczko i odwrócił się na pięcie, by pobiec w górę korytarza na spotkanie reszty oddziału.


* (fin.) Kurwa!

*** *** ***


Na dolnych poziomach było zaledwie kilku członków załogi. Wybuch, który oderwał grodzie od kotw w ścianach zamroczył część z nich. Huk eksplozji zdławił odgłosy bitwy. Odezwało się jeszcze kilka strzałów i uderzeń, ale unieszkodliwienie i opanowanie dolnych poziomów było szybkie. Bardzo szybkie.
Nim rozwiał się gryzący zapach amoniaku i opadł śmierdzący stęchlizną pył, zapadła ogłuszająca cisza.
W tej ciszy Sören usłyszał jęk i mokry, nieprzyjemny dźwięk. Natychmiast odnalazł jego źródło.
Jeden z członków załogi, raniony wybuchem, przeżył. Leżał na brzuchu, w kałuży własnej krwi. Podciągnął się na jednej ręce, a drugą wyciągał w stronę nóg dowódcy. W jego oczach była niema prośba.
Hylander wbił wzrok w tę rękę, pokrytą strzępami na wpół spalonej skóry, na odsłonięte chrząstki knykci, białe na tle jasnoczerwonej tkanki, z której powoli sączyła się krew. Poszarpane mięśnie miejscami odsłaniały kości i ścięgna, lśniące wzorem podłużnych, białych żyłek.
Sören cofnął się o krok. Nie mógł pozwolić, by to coś go dotknęło.
Nieprzytomnie spojrzał na pistolet we własnej dłoni.
Krew i strzępy mózgu obryzgały ścianę. Okaleczona ręka opadła bezwładnie w brunatną kałużę.
Zahipnotyzowany widokiem, Hylander otrząsnął się dopiero, gdy poczuł za plecami czyjąś obecność, a na ramieniu ciężką, ciepłą dłoń. Po chwili usłyszał łagodny głos Svena.
– Sören, spokojnie. Jest dobrze. Jest dobrze. Chodźmy na górę. Potrzebują nas.

*** *** ***


Tutaj następuje narada, w czasie której między innymi zostaje postanowione, że Aram z racji swojego nieodpowiedzialnego zachowania nie weźmie udziału w dalszej części zadań, czyli rozbrajaniu głowic i niszczeniu bazy.

*** *** ***

Spod chmur wyrwał się krzyk białozora. Zarys ptaka na tle srebrzących się w słońcu, czesanych wiatrem zeschłych liści traw od czasu do czasu prześlizgiwał się między większymi plamami cienia, sunącymi po równinie. Ciepło sprawiało, że od ziemi bił zapach wiosny, jednak nad bazą nadal unosił się delikatny, ledwo wyczuwalny smród krwi i betonowego pyłu.
Palce dowódcy nerwowo pogładziły chwyt pistoletu. Po kilkudziesięciu godzinach nieprzerwanego wysiłku, przygotowań, walki i pracy nad organizacją zabezpieczenia zdobytego obiektu, Sörena dopadła niespodziewana bezczynność. Wolałby być teraz ze swoimi ludźmi, zająć się czymkolwiek, chociażby przeczesywaniem pola bitwy i usuwaniem śladów, zdradzających taktykę lub wyposażenie oddziału. Wiedział jednak, że jeśli jego plan miał się powieść, musiał być sam i nie mógł być zajęty.
Zbliżało się popołudnie. Saperzy kończyli już pracę przy pierwszym silosie, zawierającym pocisk przenoszący sześć niezależnych głowic. Do rozbrojenia pozostały jeszcze trzy. Hylander zaczynał się już zastanawiać, czy się nie pomylił w swojej ocenie sytuacji, ale wciąż czekał cierpliwie.
W końcu usłyszał za plecami sprężysty, nierówny, cywilny chód.
– Słuchaj, oni sobie nie poradzą. Strasznie się guzdrzą, w tym tempie będą się z tymi głowicami pierdolić do jesieni. Jestem tam potrzebny. – Jak zwykle Aram zaczął bez żadnego wstępu. Zatrzymał się metr od dowódcy. Milczał przez chwilę. Sören słyszał jego nerwowe prychnięcie i to, jak jego dłonie, opuszczone bezwładnie, opadły na uda.
– No dobrze, fajnie, pokazałeś, że masz władzę. Zadowolony? Mogę teraz iść im pomóc?
Hylander powoli odwrócił głowę w stronę sapera.
– Tu nie chodzi o to, czy mam władzę. Chodzi o to, żebyś coś zrozumiał.
– Niby co?
– Czyli nie zrozumiałeś.
Dowódca znów spojrzał na rozciągającą się przed nim pofalowaną równinę. Wziął głębszy oddech. Trudno byłoby o sytuację, w której czułby się mniej pewnie, jednak ze względu na swoich ludzi musiał przynajmniej spróbować wkroczyć na zupełnie mu nieznany teren.
– Pytałem kiedyś o twoje powody – zaczął ostrożnie. – Po wczoraj porozmawiałem trochę z Borysem, z Wierą, podpytałem ich o ciebie. – Pochylił się lekko z nerwowym uśmiechem. Potrzebował kilku sekund, by odważyć się w końcu spojrzeć na Arama. – Wiem, że próbujesz coś udowodnić. Nie wiem co i nie wiem, komu, ale to nie ma teraz znaczenia. Niezależnie od szczegółów, to nie jest dobry powód, żeby się znaleźć w takim miejscu.
Reakcją było dokładnie to, czego Hylander się spodziewał - gniewne parsknięcie i drwina.
– Teraz już chyba trochę za późno, żeby się mnie pozbyć. – Krelliyan zauważył kąśliwie.
Szwed wziął głęboki oddech. Miał nadzieję, że Aram nie dostrzegł lekkiego drżenia jego mięśni, gdy powoli wypuszczał powietrze.
– Nie bądź niepoważny – poprosił chłodno.
– To ty jesteś niepoważny. – Saper odgryzł się bez zastanowienia.
Hylander podszedł bliżej, tak, by Aram musiał zadzierać głowę lub się cofnąć, jeśli chciał patrzeć mu w oczy. Wiedział, że jego wzrost peszył Krelliyana i choć gdzieś w tyle głowy kołatała mu myśl, że nie powinien tego wykorzystywać, zignorował ją.
– Jak dotąd robiłeś wszystko, żeby udowodnić, że nie powinno ci się powierzać odpowiedzialnych zadań.
– Jasne! Trzeba je powierzyć staremu dziadowi, chemiczce, która może i ma wiedzę, ale łapska ma takie, że ja nie wiem w ogóle jak ona buty sznuruje, świętoszkowi, co tam pewnie padnie na kolana i będzie się modlił, żeby się samo rozbroiło, i małej dziewuszce.
– Ta dziewuszka uratowała ci życie. – Sören przypomniał oschle.
Saper rozłożył ręce.
– Po pierwsze, tego nie wiesz, miałem szansę się prześlizgnąć, a po drugie nawet jeśli, to jeszcze nie znaczy, że będzie umiała rozbroić głowice. Nigdy tego nie robiła.
– A ty to robiłeś? – Hylander zmierzył go wzrokiem z lekko uniesionymi brwiami.
– No nie, ale...
– Ale co?
Obaj zamilkli. Dowódca miał wrażenie, że mimo rozdrażnienia i zacietrzewienia, Aram wreszcie zaczynał się zastanawiać.
– Sam widzisz. Jak mam komuś takiemu pozwolić zajmować się taką bronią? – spytał spokojniej, w nadziei, że wreszcie uda mu się przebić przez butę i lekceważenie, by dotrzeć do Krelliyana.
Tym razem jednak na twarzy sapera odmalowało się autentyczne zdumienie.
– O co ci chodzi?
Sören zacisnął szczęki. Potrzebował chwili, by zastanowić się nad kolejnym krokiem.
– Jak ja mam do ciebie mówić, żebyś zrozumiał? – znów odezwał się gniewnie. – Zgłosiłeś się z najbardziej błahego powodu, jaki tylko mógłby komukolwiek przyjść do głowy. Nie powiedziałeś nikomu, że w ogóle się nie nadajesz, bo masz wadę wzroku, a wczoraj prawie się zabiłeś, bo nie wierzyłeś, że damy radę z was zdjąć tych ludzi, którzy się przedarli!
Zbyt późno zorientował się, że się zapędził. Trwające mgnienie oka zawahanie Arama wskazywało na to, że saper zauważył, co działo się z Sörenem; że na myśl o tym, co mogło się stać, pod chłodną, zaplanowaną surowością obudziła się prawdziwa wściekłość.
– Przecież, do kurwy nędzy, wy byliście na górze, Ensio nie dawał rady, co ja niby miałem zrobić?!
– Wykonywać aktualne rozkazy albo czekać na nowe. Nie wychylać się i czekać.
– Aż ktoś może by przyszedł ze wsparciem? Skąd miałem wiedzieć, że w ogóle ktoś się nami zainteresuje?!
– To jest chyba oczywiste. – Hylander z trudem zdławił w sobie furię. – Wziąłem udział w akcji między innymi po to, żeby panować nad sytuacją na bieżąco.
– No to średnio zapanowałeś. W ogóle mieliście nikogo do nas nie dopuścić!
– Dlatego od razu, jak padł Tadeusz, posłałem do was ludzi. Matti z Ianem byli dziesięć metrów od was. Gdybyś poczekał trzydzieści sekund, byłoby po sprawie.
– Gdyby te korytarze nie były tak śmiesznie ustawione, to nie musiałbym czekać nawet dwóch sekund, bo rozjebaliby mnie i Natalię na miejscu!
Tym razem Sören nie potrafił już ukryć wściekłości.
– Wiem! – Warknął, zaciskając zęby. – Cholera jasna, wiem!
– Aha, czyli to ty spierdoliłeś i teraz się wyżywasz na mnie.
Hylander stracił kontakt z rzeczywistością. Nie potrafiłby powiedzieć, jak długo to trwało. Gdy wrócił do siebie, z pozoru nic się nie zmieniło; nadal stał naprzeciwko Krelliyana, rozpalony i spięty, ale Aram cofnął się o krok. Patrzył na niego z mieszaniną lęku i współczucia.
– Jezu, Ren. Dobra... – zaczął pojednawczo. Uniósł otwartą rękę, jakby podchodził do rozjuszonego konia. – Chodzi mi o to, że ja też ci nie ufam. Siebie znam, a ciebie nie. Zawsze po prostu dostawałem zadanie, sam wymyślałem, jak je wykonać, sam pracowałem i było dobrze, a teraz nagle się okazuje, że mam słuchać jakiegoś żółtodzioba jak pies trąby. Ja tak nie działam.
– To zacznij. – Gdy Hylanderowi udało się odzyskać choć pozory równowagi, dodał: – Od tego może zależeć powodzenie całego przedsięwzięcia. W takich akcjach bezbłędna koordynacja jest kluczowa.
Saper rozejrzał się po równinie wokół nich, jakby spodziewał się stamtąd pomocy.
– A nie możemy jakoś, nie wiem, spotkać się w połowie drogi? – spytał łagodnie.
– Ale z czym ty chcesz kompromisu? Z rzeczywistością?
Aram zaniemówił. Przez dłuższą chwilę obserwował Sörena szeroko otwartymi oczyma, oddychając ciężko. Odwrócił się, jakby chciał odejść i chwilę stał tyłem do Hylandera, z dłońmi splecionymi na karku, aż w końcu zwrócił się doń gwałtownie.
– Jaką, kurwa, rzeczywistością?! Ty nie jesteś rzeczywistością! – Podszedł do Sörena tak blisko, że teraz Szwed czuł na szyi jego oddech. – Boże, jak ty masz najebane do bani... – syknął, wpatrując się z napięciem w oczy Sörena. Mimo, że był tak blisko, że Hylander widział najlżejsze drgnienie jego powiek, brwi i nozdrzy, dowódca nie był w stanie rozpoznać całej gamy emocji, które w momencie przewinęły się przez twarz Ormianina. Całą siłę woli musiał wkładać w to, by nie odwrócić wzroku i wytrzymać jego spojrzenie.
– Wiem, że jesteś w strasznie parszywej sytuacji i że chcesz dobrze. – Krelliyan wciąż był wściekły. – Nawet mi cię szkoda, ale, do kurwy nędzy, jesteś popierdolony jak ruska rymowanka! Ty się naprawdę zastanów nad sobą... – Odsunął się o krok. – Prędzej czy później i tak będziesz musiał odpuścić.
– Ale tu w ogóle nie chodzi o mnie.
– Na pewno?
Sören odwrócił się gwałtownie. Odszedł kilka kroków. Przeczesał palcami włosy. Wziąwszy parę głębszych oddechów, uspokoił się na tyle, by zebrać myśli. Z ociąganiem wrócił i spokojniej spojrzał na Krelliyana.
– Dobrze. Spróbujmy jeszcze raz.
Choć Sören nadal był roztrzęsiony, sama świadomość, że był już w stanie przynajmniej panować nad głosem pomagała mu stopniowo wracać do siebie.
– Teraz twierdzisz, że tamta czwórka nie radzi sobie bez ciebie. Gdybyś wczoraj zrobił to, co planowałeś, prawdopodobnie już byś nie żył i tamci musieliby sobie poradzić tak czy siak. Właśnie o to mi chodzi. Ja mogę wydawać rozkazy, ale zadanie jest wspólne. Za to, jak je wykonujesz odpowiadasz przed tymi ludźmi, nie przede mną. Ja muszę być stanowczy, bo w ten sposób ich chronię. Jakoś nikt inny nie ma z tym problemu, tylko ty.
Aram bezradnie pokręcił głową. Wydawało się, że zmalał i stracił energię.
– Dobra, nic z tego nie będzie – ocenił z rezygnacją. – Możemy o tym pogadać kiedy indziej? Popatrzę chociaż, gdzie rozmieścić ładunki, żeby ładnie zawalić górne poziomy.
– To zrobisz później. Teraz idź do Borysa i reszty, pomóż im z tymi głowicami. – Dowódca powiedział już niemal całkowicie spokojnie. Tym razem, gdy Krelliyan podniósł na niego wzrok, udało mu się nie odwrócić twarzy. – A co do... – Wydał cichy pomruk niezadowolenia, gdy uświadomił sobie, że to, co zamierzał powiedzieć nie przejdzie mu przez gardło. Spróbował ująć to inaczej. – Nie wiem, jakie miałeś zamiary, ale nie przychodź do mnie na seks przez parę dni.

***

Tu zasadniczo kończy się część pierwsza, jest jeszcze jedna krótka scenka, w której zaczyna się przymiarka do plot twistu, jednak to również w tym momencie nie jest istotne. W międzyczasie dowiadujemy się też, że aktualnym problemem jest pokonanie rzeki Jenisej.

Postaci wprowadzone wcześniej i obecne w ten scenie:
Ksenia Popowa - Rosjanka, lekarka
Hermanni Rantanen - stary snajper z Laponii
Adam i Anders Larsenowie - bracia, snajperzy z Norwegii.


ROZDZIAŁ 1

Wciąż wpatrywał się w swoją rękę. Nie, nie swoją. Nadal spoczywała na czymś miękkim i odrażającym tak, jak pamiętał, ale już nie była jego; nie poruszała się, nie drgnęło w niej nawet jedno ścięgno, chociaż z całych sił próbował nad nią zapanować, oderwać ją od tego brudu, odwrócić się, odejść... Musiał coś zrobić, pragnął tego całym sobą, coś w nim krzyczało, ale nie mogło sprawić, by ten głos przebił się na powierzchnię. Przerażenie, kruche jak warstewka lodu przy brzegu rzeki prysło pod naporem bezsilnej wściekłości. Poczuł w gardle palącą gorycz.
To coś jeszcze niedawno było martwe, szorstkie i płaskie, ale życie, wątłe i nikłe, zaczynało przesączać się przez powierzchnię, którą wciąż miał tuż pod opuszkami. Szarpnął się, gdy wyczuł ruch. Szybki, płytki, parzący oddech otarł się o jego nadgarstek. Smugi krzepnącej, zimnej, lepkiej krwi oplotły jego palce; wżerały się w jego skórę, by pozostawić tam ślad na zawsze. Próbował się uwolnić, ale nie mógł.
Potrząsnął głową, z całych sił zacisnął powieki, wziął kilka głębszych oddechów w nadziej, że uda mu się zepchnąć to wszystko głębiej, znaleźć miejsce, do którego mógłby uciec i nie zabierać tego widoku ze sobą. Wiedział, że się nie uda.
Gdy otworzył oczy, on wciąż tam był. Z bladej z bólu i strachu twarzy na Sörena patrzyły jasne jak lód oczy. Kryło się w nich pytanie, Mały Robbie coś mówił, czegoś nie chciał, czegoś nie rozumiał, ale Sören nawet nie próbował usłyszeć jego głosu. Wiedział, jakie słowo kryła przed nim cisza.
Nie mógł tylko pojąć, dlaczego był tak blisko. Wciąż widział, jak jego ręka, martwa i obca, dotyka czoła Małego Robbie'ego, odgarnia zlepione krwią włosy, poklepuje gorący policzek. Widocznie od tego nie można było uciec; musiał teraz oglądać to, czego udało mu się nie zobaczyć tamtego dnia, kiedy z daleka patrzył na ledwie widoczną w cieniu muru twarz młodego żołnierza. Wtedy mógł nie dostrzec, jak się zmieniła, gdy Robbie zrozumiał. Teraz musiał. Ten prosty, szczery, prawdziwy, ludzki strach pokonał odległość i czas. Oszczędził go wtedy, ale wracał, by pokazać mu, co zrobił. Jak bardzo tamten chłopak nie chciał umierać.
Mały Robbie odszedł, zapadł się w ciemność, jeszcze tylko przez chwilę widać było jego oczy, jasne, duże, pełne szamocącego się jak motyl przerażenia. Ręka zawisła w ciemności. Skóra, poprzecinana ostrymi pasmami cienia zaczęła pękać, zmieniać się w zwęglone strzępy, odsłaniać poszarpane mięśnie i ścięgna, gładkie i jasne, ukryte w tkance, z której powoli sączyła się gęsta, ciemna, martwa krew. Sören jeszcze raz zamknął oczy.

Wrócił do rzeczywistości. Z odrazą spojrzał na własne dłonie. Książka, którą chwilę wcześniej założył luźną, bawełnianą taśmą, była brudna. Śmierdziała słodkawo. Wytarty papier gromadził i przechowywał w sobie ślady tego wszystkiego, co przez lata przynosiły palce czytającego. Okładka dawno straciła właściwe barwy. Na arkuszu rozpadającej się tektury, pod łuszczącą się, pożółkłą folią widoczne były już tylko plamy, które kiedyś układały się w kształt ludzkiej twarzy.
Zdawał sobie sprawę, że dawno powinien był ten zeszycik wyrzucić lub spalić, nie mógł się jednak na to zdobyć. "Czas Apokalipsy" towarzyszył mu od lat. Hylander wracał do krótkiego, prostego tekstu wiele razy i za każdym razem rozumiał coraz więcej, choć czuł coraz mniej.
Wciąż na nowo, z nadzieją i lękiem szukał w sobie tej odrazy, która spęczniała w nim i zapiekła pod skórą, gdy po raz pierwszy trafił na scenę z talią kart. Zastanawiał się, kim musiał być dowódca, który w zabitych przez jego oddział ludziach widział tylko obiekt drwin; który honorował ich, przyznając punkty w konkursie na najbardziej spektakularną śmierć. Kiedyś go nienawidził. Teraz zaczynał coraz bardziej się bać, że mógłby go zrozumieć.
Ilekroć sam odszedł zbyt daleko od człowieczeństwa, czytał tę scenę, wyobrażał sobie ją, myślał o niej do bólu, aż znów poczuł w sobie drobne drzazgi wściekłości i obrzydzenia. Tym razem musiał szukać głęboko. Przeczuwał, że wciąż była w nim zdolność do odczuwania gniewu, ale drzemała głęboko pod zaskorupiałą warstwą znużenia.
Sören przeczesał palcami włosy. Dotknął własnego czoła, wsłuchał się w puls. Nie miał gorączki. Teraz, gdy udało mu się odpędzić natrętne myśli i nieco się wyciszyć, ręce nie trzęsły mu się już tak bardzo. Poza zmęczeniem nic mu nie dolegało, a jednak samo zmęczenie wystarczyło, by czuł się niemal bezsilny. Było jak sucha, gorąca pustka, pochłaniająca go od środka.
Na wyposażeniu komórki medycznej były środki pozwalające rozwiązać także tego typu problemy. Cowden proponował mu je wielokrotnie i za każdym razem Hylander odmawiał równie stanowczo.
Bał się, że gdyby wziął te leki, mógłby nie być sprawny i przytomny w razie niespodziewanej konieczności działania, dowodzenia lub walki.
Bał się, że mógłby się uzależnić.
Bał się, że za kilka miesięcy, kiedy będzie jeszcze gorzej, kiedy będzie ich potrzebował jeszcze bardziej, nie będzie już miał czym sobie pomóc.
Bał się, że koszmar, z którego za każdym razem budził się sparaliżowany i z karkiem lepkim od kwaśnego potu, śniłby mu się dalej.
Po raz kolejny dał za wygraną. Zastanawiając się, co zrobić z czasem, który pozostał do rana przypomniał sobie o swojej racji tytoniu, która od miesięcy marnowała się w kieszeni raportówki, przesiąkając zapachem skóry. Wydobywszy brezentowy woreczek, przetrząsnął torbę w poszukiwaniu czegoś, co nadawałoby się na bletki. Jego wybór padł na mapę zabraną centrum kontroli wyrzutni rakietowych. Była wydrukowana na cienkim pergaminowym papierze - Sören znał ten typ i wiedział, że tlił się równo i nie gorzkniał z czasem. Mapa była w idealnym stanie poza nielicznymi otworami po pinezkach. Dowódca podarł ją na równe, niewielkie prostokąty bez rozwijania. Przyglądnął się jej dokładnie jeszcze w bazie i wiedział, że nie było na niej niczego godnego uwagi.
Po niemal godzinie celowo powolnej pracy ocenił wynik. W polistyrenowej ładownicy tkwiło trzydzieści równo poukładanych, cienkich papierosów. Hylander wsunął ją do kieszeni, wsypał resztkę tytoniu z powrotem, starannie zwinął rozcięty brzeg materiału i zabezpieczywszy woreczek bawełnianą taśmą, włożył go do torby, zapiął zatrzaski, ubrał się i wyszedł z namiotu.
Ciepło i jasność go zaskoczyły. Księżyc w pełni stał wysoko. Nieznośnie biały, równy krążek odcinał się ostrą linią od granatu nieba, zalewając Ziemię światłem, wydobywającym z mroku wszystko, prócz barw. Niespokojny wiatr, który dowódca do tej pory tylko słyszał w łopotaniu tropiku, przetaczał się po równinie w długich, nabrzmiewających powoli i równie powoli cichnących podmuchach. Niósł ze sobą wilgoć, zapach błota i nadchodzącego deszczu. Nieliczne, ciężkie chmury sunęły nisko, przesłaniając gwiazdy i lśniący hipnotyzująco, kłębiasty, przecięty ciemniejszą rysą jak rozpadliną pas Drogi Mlecznej.
Zapowiedź nadchodzących zmian pęczniała w powietrzu, przesączała się przez skórę i wnikała w żyły. Sören uświadomił sobie, że nie był jedyną żywą istotą, która to czuła. Pierwsze dotarło do niego parskanie koni i niskie, spokojne nawoływanie Arturasa, Kiestutisa i innych. Wśród żołnierzy krążących między rozdrażnionymi zwierzętami rozpoznał Lilję po białych, rozwianych wiatrem włosach.
Gwałtowniejsze uderzenie wiatru wyrwało z nocnej ciszy ostre, krótkie, chrapliwe rżenie, a tuż potem odgłos kopyt uderzających w sprężystą od wilgoci ziemię. Sören spojrzał w tamtą stronę. Ponad grzbietami spokojniejszych koni dostrzegł żylastą szyję i suchą pierś Drakkara. Folblut uniósł się na zadnich nogach jeszcze kilka razy, nim stanowcze komendy Erika go uspokoiły.
Kolejny podmuch, leniwy i długi, przyniósł ze sobą słonawy zapach zwierzęcego futra. W ciemnej plamie o zamazanych konturach Sören dopatrzył się leżącego na boku niedźwiedzia, ciasno obejmującego ciemnowłosego człowieka.
Szwed przeszedł między dwoma namiotami ogólnymi. W jednym z nich na ścianie igrał krąg zimnego światła LEDowej latarki, ledwie odcinający się od chłodnego blasku księżyca. Namiot medyczny, stojący po drugiej stronie majdanu, był rozświetlony, a przez szczelinę między niezapiętymi połami tropiku Sören dostrzegł Cowdena, siedzącego na ziemi przy obłożonym skórami i polarowymi kocami posłaniu. Lekarz musiał go usłyszeć. Uniósł na dowódcę poważne, chmurne spojrzenie. Hylander odwrócił wzrok. Wiedział, co Anglik chciał mu przekazać.
Z początku wydawało się, że rana Mattiego, ugodzonego nożem w nogę w czasie akcji była lekka, ale z dnia na dzień chłopak, zamiast zdrowieć, tracił siły. Choć był jeszcze w stanie nie opóźniać marszu, każdej kolejnej nocy płacił za to coraz cięższymi napadami gorączki. Każdego kolejnego poranka on, Hylander, Cowden i Ksenia odbywali tę samą rozmowę i za każdym razem dowódca dawał młodemu żołnierzowi jeszcze jedną szansę. Bezduszność decyzji, którą Sören od siebie raz po raz odsuwał była tak absurdalna, że nawet do niego nie docierała. Wiedział, że powinien się bać, wściekać, czuć gorycz, ale zamiast tego wszystkiego widok czuwającego lekarza i rannego, rzucającego się niespokojnie pod licznymi okryciami wzbudzał w nim tylko zawroty głowy i poczucie odrealnienia, jakby był pijany.
Minął granicę obozu, wyznaczoną wbitymi w ziemię kołkami, przytrzymującymi napięty brezent nad składem amunicji i materiałów wybuchowych. Wydeptaną przez zwierzęta ścieżką u podnóża wysokiego na zaledwie kilka metrów, podłużnego wzniesienia skierował się w stronę, gdzie spodziewał się zastać jedną z kilku par wartowników, strzegących nocą reszty oddziału.
Nie wiedział, gdzie dokładnie ich szukać, jednak unoszący się w powietrzu zapach dymu wskazał mu kierunek. Hylander, czując narastającą wściekłość, zaczął wypatrywać pomarańczowego ognika, nic takiego jednak nie zobaczył. Minąwszy zakręt rozpadliny poczuł intensywniejszą woń tytoniu. Gdy wytężył wzrok, na tle suchej trawy dostrzegł sylwetki dwóch szczupłych, wysokich mężczyzn, a u ich stóp jeszcze dwie osoby, siedzące na ziemi. Larsenowie tak, jak to mieli w zwyczaju, palili na zmianę, gawędząc w międzyczasie z towarzyszami. Cały czas zasłaniali czubek tlącego się papierosa dłońmi, aby jego blask nawet na moment nie wymknął się spomiędzy ich palców.
Norwegowie na powitanie skinęli dowódcy głowami. Hermanni pomachał mu, a gdy się uśmiechnął, w ciemnej twarzy błysnęły jego duże, jakby końskie zęby. Ksenia, która wcześniej opierała skroń o jego ramię wzdrygnęła się i potrząsnęła głową. Hylander zorientował się, że niedawno się obudziła. W kilkunastu krokach znalazł się przy wartownikach.
- Co się tu dzieje? - w nerwowym szepcie słychać było ostre, karcące tony. - Anders, Hermanni, co wy tu robicie? Na warcie mieli stać Adam i Ksenia.
Starsi żołnierze nie wstawali. Rosjanka, zazwyczaj energiczna i stanowcza, posłała dowódcy jedynie pełne wyrzutu spojrzenie. Nawet w odbierającym światu kolory, chłodnym blasku Hylander mógł dostrzec cienie pod jej oczami.
- Pozwoliliśmy sobie zmodyfikować polecenie z uwagi na stan koleżanki. - Adam uniósł lekko brwi. Drugi z braci oddalił się o kilka kroków i schylił, by zgasić papieros o ziemię, a potem starannie rozerwać niedopałek na drobne, ciemne strzępy. Mimo to, do Sörena dotarł jego zduszony śmiech.
- Widzisz przecież. - Hermanni w opiekuńczym geście potarł ramię lekarki. - Dwie noce przesiedziała przy Mattim, paprze mu się ta noga paskudnie, biedaczka ma urwanie głowy, a ty jeszcze chcesz, żeby tu sterczała jak kołek po próżnicy.
Szwed zacisnął szczęki. Zwrócił się do bliźniaków:
- Nie mogliście wziąć kogoś innego? Specjalnie was rozdzielam, żebyście skupili się na zadaniu, a nie na rozmowach, ale jak widzę natura jest nie do pokonania.
- Istotnie, szefie. - Adam obnażył zęby w niezrozumiałym, nieco krzywym uśmiechu. - Natura nie pozwala na odstępstwa od pewnych reguł, ot, chociażby na utrzymanie czujności przy dłuższym braku snu. Jeśli wymagasz od swoich ludzi niemożliwego, musisz się pogodzić z tym, że tego nie zrobią.
Sören wbił w niego ostre spojrzenie. Spodziewał się wyczytać z twarzy Norwega drwinę lub złość, a zobaczył tylko lekkie rozbawienie. Pewność i swoboda, z jaką Adam przez dłuższą chwilę patrzył Hylanderowi w oczy zdradzały, że mógł nawet nie zdawać sobie sprawy z powagi swojego ataku.
Rantannen przerwał im:
- Daj już spokój, młody człowieku. Miała być na warcie, no i jest - wyjaśnił pojednawczo. - I miało być co najmniej dwóch wartowników. Wszystko się zgadza.
- Dobrze, a ty? - Hylander spytał spokojniej.
- Ja? - Lapończyk wzruszył ramionami. - Stary jestem. Starzy ludzie tyle nie śpią.
Anders tymczasem podniósł kuszę, którą trzymał opartą o nogę i ruszył wzdłuż pagórka w stronę rozciągającej się na wschód od obozu lekko pofalowanej wyżyny. Dowódca instynktownie powiódł za nim wzrokiem, by upewnić się, że wartownik nie wyłoni się ponad wzniesienie, pozwalając, by ktoś mógł dostrzec zarys sylwetki na tle nieba, ale snajper pilnował się bezbłędnie.
Mimo irytacji, Szwed musiał przyznać, że cała czwórka miała dużo racji. Jego ludzie poradzili sobie w osobliwej sytuacji, której sam zawinił, nie biorąc pod uwagę stanu żołnierzy. Cofnął się o krok.
Ksenia, która wcześniej usiłowała wygodniej się usadowić i rozmasowywała sobie kark, jeszcze raz obrzuciła Sörena pełnym krytycyzmu spojrzeniem.
- Ty za to chyba chcesz przedwcześnie osiwieć, co? - mruknęła ponuro. - Jutro sobie naprawdę poważnie porozmawiamy.
Szwed poruszył się niespokojnie.
- Nie mam czasu na takie rzeczy - odparł twardo.
- A na włóczenie się po nocach to masz? - Pochmurną twarz Popowej po chwili napiętej ciszy rozpogodził uśmiech. - Chodź, posiedź z nami, skoro już i tak jesteś na nogach.
Hylander po krótkim zawahaniu westchnął, zerknął na rozłożoną na ziemi kurtkę Hermanniego, która z racji swojej przeszłości chyba nie mogła już wyglądać gorzej, i usiadł na jej wolnym skrawku, tuż przy Kseni. Poczuł ciepło przyciskającego się do niego ciała, zapach zmęczenia i środków odkażających, a na policzku łaskotanie sztywnych, suchych włosów kobiety. Po raz kolejny zaczęło mu przeszkadzać to samo niedorzeczne wrażenie, które często miewał przy kobietach i ludziach z południa lub najdalszej północy - że był za duży, niezgrabny i dziwaczny, nie mieścił się w przestrzeni, którą wypadało mu zajmować tak, by nie zabierać jej pozostałym. Że przeszkadzał.
Jedynym wyjściem było skupić się na czymś innym. Przyszło mu to z łatwością. Problemy do omówienia, pytania, czekające na odpowiedzi, wątpliwości i niepodjęte jeszcze decyzje zawsze były przy nim, ukryte w gonitwie myśli, która od wielu dni nie ustawała nawet na chwilę.
- Ten czas też można wykorzystać - wyjaśnił obojętnie. - Chociażby teraz możemy porozmawiać, jeśli masz siłę. Potrzebuję twojej opinii jako lekarza.
Kobieta milczała. Hylander domyślił się, jakiego rodzaju pytania mogła się spodziewać, zamierzał jednak poradzić się w innej sprawie. Rozwiązanie, które do niedawna ignorował jako zbyt drastyczne, coraz częściej zaprzątało mu głowę. W porównaniu z niepewnością, ciągłymi zmianami trasy i chaosem wizja zdobycia ponurej, grobowej pewności była coraz bardziej kusząca.
- Zastanawiam się, czy nie iść przez Krasnojarsk - rzucił, patrząc wprost przed siebie.
Spodziewał się oburzenia, dopytywania, zdziwienia. Zza ramienia zwalistej Rosjanki usłyszał prychnięcie Hermanniego. Jedyną odpowiedzią Popowej było krótkie i stanowcze:
- Nie.
Anders tymczasem wrócił z obchodu. Larsenowie wymienili nerwowe spojrzenia, a potem łagodniejszy z braci pytająco zerknął na dowódcę.
Hylander odsunął się, by wydobyć papierosy z kieszeni na kolanie. Wsunął w usta końcówkę cienkiego skręta. Zaciągnął się raz, a zaraz potem opuścił rękę, by ukryć rdzawą iskrę pomiędzy ciałem a lekko podciągniętymi kolanami.
- To najbezpieczniejszy możliwy punkt przeprawy. Nikt nie pilnuje cmentarzysk. Możesz mi podać powód, dla którego mielibyśmy z tego nie skorzystać? - szepnął sucho.
Lekarka odwróciła się, by na niego spojrzeć. Gdy przeniosła ciężar ciała, jej kolano jeszcze mocniej wbiło się w udo Sörena.
- Mogę ci podać nawet dwa - oznajmiła, unosząc brwi. - Stront dziewięćdziesiąt i cez sto trzydzieści siedem. Ale ty doskonale o tym wiesz.
Hylander spojrzał w dół. Tytoń tlił się powoli. Za poszarpanym pierścieniem światła rósł stożek białawego popiołu. Mężczyzna zamierzał jeszcze raz się zaciągnąć, ale gorzkie pieczenie w ustach sprawiło, że na samą myśl poczuł mdłości. Z nieznacznym wzruszeniem ramion Ksenia zabrała mu skręta. Przez chwilę wpatrywała się w rozżarzone strzępy liści i papieru, jakby zastanawiając się, co zrobić, po czym sama zaczęła zaciągać się powoli, ale chciwie, jak ktoś, kto nie palił od dawna. Sören westchnął.
- Najprawdopodobniej skutki objawiłyby się po latach. Nie możemy sobie pozwolić na taką perspektywę. Musimy się skupić na zadaniu, tu i teraz...
- Skąd wiesz, kto ma jaką perspektywę? - Popowa skarciła go wzrokiem. Cały czas oddychała dymem, zaledwie na moment odsunęła papieros od ust, trzymając końcówkę między kciukiem a środkowym palcem, by wykorzystać jak najwięcej tytoniu.
Szwed wbił wzrok w ziemię.
- Przecież nie jesteście dziećmi.
Hermanni przechylił się, by zza ramienia Kseni posłać dowódcy ponure spojrzenie.
- Teraz to ty się zachowujesz jak dzieciak. A co, jeśli ktoś przeżyje, co? Ma siedzieć i czekać, aż mu zaczną krwawić dziąsła i wyłazić plamy? Co takiemu powiesz?
Brwi Sörena zbiegły się. Lekarka najwyraźniej nie spodziewała się odpowiedzi, bo nim mężczyzna zdążył się zastanowić, dodała, nie patrząc na niego, pochylona, rozcierając strzępki niedopałku o podeszwę własnego buta.
- Synku, - zaczęła ostro - codziennie wypruwam sobie żyły, żeby ta wyprawa was nie zeżarła. Jeśli komuś jest pisana kulka, to trudno, ale pozostali mają być zdrowi. Tak, żeby, jeśli wrócą, mieli najlepsze życie, jakie tylko można mieć. Zasługują na to.
Hylander z trudem zapanował nad sobą. Mimo starań, kącik jego ust uniósł się w kwaśnym grymasie.
- Naprawdę sądzisz, że ktokolwiek ma szansę wróci?
Ksenia wyprostowała się gwałtownie, ruchem głowy odrzuciła potargane, zniszczone włosy.
- Nieważne, co ja sądzę. - Jej oczy się zwęziły. - Nieważne, co ty sądzisz. Nie masz prawa odbierać innym nadziei.
Hermanni uniósł brwi. Przechyliwszy się bardziej, wsparł się na łokciu i półleżąc, przez moment obserwował dowódcę z zaciekawieniem.
- Zaszliśmy naprawdę daleko - zaczął z energią, drapiąc się w ucho. - Może w końcu pora uwierzyć w tych chłopców, co? Póki co idzie nam świetnie.
- To akurat się może zmienić w każdej chwili... - Adam mruknął pod nosem. Brat spiorunował go wzrokiem. Sören nie potrafił rozpoznać, czy drażniący dźwięk, który dobył się z gardła Rantanena był chichotem, czy kaszlem.
Anders z nikłym, przepraszającym uśmiechem spojrzał na Sörena, który odwrócił nieznacznie głowę i stwierdził kwaśno:
- On ma rację.
Norweg usiadł po turecku naprzeciwko niego. Położywszy karabin na kolanach, oparł łokcie o lufę.
- W porządku, to się może zmienić. - zaczął poważnie. - Musisz jednak przyznać, że jest różnica między ryzykiem, wkalkulowanym w tego typu działania, a stuprocentową pewnością. W czasie walki, dopóki myślisz jasno, zawsze możesz wybrać, jak wiele jesteś w stanie z siebie dać. Walczysz dla innych, ale twoje życie cały czas należy do ciebie, aż do końca. Nie widzisz różnicy?
- Szczerze mówiąc, nie. - Sören odparł bez zastanowienia. - Zresztą... mam wam przypomnieć, co każdy z nas przysięgał w dniu wcielenia do armii?
- Aha, czyli uważasz, że w ten sposób daliśmy tobie, jako naszemu obecnemu dowódcy, in blanco prawo do dysponowania nami? - Choć Adam zazwyczaj był dla wszystkich zagadką, tym razem nawet Sören potrafił rozpoznać w głosie snajpera drwinę. Przez chwilę patrzył na podkomendnego z doskonale obojętnym wyrazem twarzy. W końcu prychnął. Zgarbił się jeszcze bardziej.
- O czym my w ogóle rozmawiamy... - mruknął, zniechęcony. - Pół setki ludzi nie powinno mieć żadnego znaczenia. Stawką są miliony.
- Na pewno? - Hermanni spytał zaczepnie. - A nie po prostu ludzie? Życie?
Sören uniósł na niego spojrzenie.
- O czym ty mówisz? - spytał, mrużąc oczy.
Lapończyk powoli pokręcił głową.
- Dziesiątki, miliony, to się bardzo łatwo mówi, bo póki co to wszystko to są liczby. Umiałbyś pójść krok dalej?
Tym razem Popowa dała Sörenowi szansę odpowiedzieć Hermanniemu. Czekała kilka sekund, nim odchyliła się od dowódcy, by spojrzeć mu w twarz.
- Powiedz mi. - Podparła się rękoma z tyłu. - Skoro tak łatwo wyliczyć, co jest słuszne, a co nie, to dlaczego jeszcze nie zastrzeliłeś Mattiego?
Wróciło dziwaczne wrażenie odrealnienia. Ciało Sörena o czymś mu przypominało, ciężar w żołądku i pulsująca chłodem pustka pod żebrami do czegoś go popychały, przynaglały, ale nie potrafił już nawet określić, czy czuł złość, czy strach. Nie odpowiedział.
- Sam widzisz. - Lekarka wzruszyła ramionami. - Nie możesz liczyć wartości ludzi, jakby to były zapałki.
- Przecież tu nie o to chodzi...
- A może właśnie o to? - Anders rzucił dowódcy bystre spojrzenie. - Wiesz, ktoś kiedyś powiedział, że śmierć milionów to statystyka...
- Ale miał chociaż na tyle przyzwoitości, by przyznać, że śmierć jednostki to tragedia. - Jego bliźniak dokończył. Usiadł obok brata, pochylony w stronę Sörena. - Teraz wygląda na to, że ty chcesz zrobić statystykę z nas. Muszę przyznać, że to zupełnie nowy poziom szokującej praktyczności.
- Co ty usiłujesz powiedzieć? - Głos Sörena był tak słaby i bezbarwny, że sam ledwie go poznał.
Adam odpowiedział z powagą:
- Że nie tego się po tobie spodziewamy.
Zapadła cisza, którą zmąciło kilka zduszonych, rosyjskich przekleństw.
Hermanni cmoknął.
- Powiedzcie mu... - rzucił do Larsenów.
Anders, zazwyczaj beznamiętny i zdystansowany, teraz wciąż był tak samo poważny, ale mówił z pasją, jakiej Sören nie widział u niego jeszcze nigdy.
- To prawda. I mówię teraz jako jeden z wielu, którzy myślą tak samo. Jesteśmy tu z tobą, bo wiemy, jakim jesteś człowiekiem. Każdy na ciebie liczy.
- Mówiłem ci. - Rantannen przerwał mu. - Czubią się, boczą, ale za nikim innym nie pójdą.
Norweg nie zwrócił na niego uwagi.
- Naprawdę chcesz iść przez Krasnojarsk? - Anders wciąż był tak samo przejęty. - Być może to ma sens. Zastanów się. Jeśli wydasz taki rozkaz, my go wykonamy. My go wykonamy. Pomyśl o tym.
Hylander poczuł, że sztywnieje mu kark. Wstał. Odszedł kilka kroków, przez chwilę stał bez ruchu, lekko pochylony, przyciskając palcami skronie, nim opanował się na tyle, by wrócić do swoich ludzi.
- Cieszę się, że mogłem poznać waszą opinię. - Służbiście skinął głową Larsenom i Rantanenowi. - Kseniu, ciebie przepraszam i zwalniam z warty. - Przełknął ślinę. - Chodź - dodał bezbarwnym tonem. - Świta, ale zwijanie obozu trochę potrwa. Prześpisz się w moim namiocie, złożymy go na samym końcu, to zajmuje pięć minut.
Lekarka wstała z ociąganiem. Jeszcze raz zaklęła półgłosem, nim ruszyła za Sörenem w drogę powrotną.
Kiedy znaleźli się w obozie, Rosjanka zaglądnęła na chwilę do jednego z namiotów ogólnych, by zabrać swój śpiwór i ubrania. Hylander czekał na nią, a potem odprowadził do swojego. Z lekkim zażenowaniem uchylił wejście. Miał już odejść, gdy Ksenia znów się odezwała.
- Wiesz, tak sobie myślę... - Zrzuciła rozsznurowane buty i zostawiwszy dowódcę w przedsionku, weszła do otoczonej nylonową podpinką cześci sypialnej. - Ja chyba wiem, czemu to robisz. Znam to uczucie, uwierz mi. - Energicznym strzepnięciem rozwinęła śpiwór. Uklękła, by rozpiąć suwak. - Po prostu go nie zauważaj. Myśl tak, jakby tego wyjścia nie było.
Hylander ostro wypuścił powietrze. Chciał już odejść, doglądać pracy innych lub poświęcić trochę czasu sobie, pracy nad własnym ciałem, na którym nadal, mimo starań, nie mógł polegać tak, jak kiedyś. Nie lubił bezczynności, nawet krótkiej, zaczął więc od niechcenia porządkować i przygotowywać swój dobytek do zwijania obozu. Poczuł ukłucie irytacji, gdy spostrzegł, że zostawił raportówkę niezapiętą. Kiedy wsuwał do niej dziennik, jego dłoń otarła się o coś zimnego. Zły sam na siebie, że nie potrafił już nawet zapanować nad własną torbą, dokładniej owinął emblemat Korpusu Pacyfikacji irchą, po czym wepchnął go głębiej między papiery. Odgłos zapinanych zatrzasków zabrzmiał niepokojąco głośno w ciszy kończącej się nocy.
- Co masz na myśli? - Sören spytał niechętnie, kiedy Ksenia zawiesiła głos, najwyraźniej czekając na potwierdzenie, że jej słuchał.
- Chodzi o to, o czym się myśli, kiedy za dużo od ciebie zależy. Kiedy chcesz się poddać i zaczynasz szukać uzasadnienia. - Po szeleście tkanin i trzasku guzików Sören domyślił się, że zaczęła się przebierać. Mimo niemal doskonałych ciemności odruchowo odwrócił głowę.
- Często tak jest. Częściej, niż myślisz. Ja to czuję zawsze, kiedy mam w rękach kogoś naprawdę mocno poturbowanego. Czasami to jest trzeci, czwarty, piąty chłopak z rzędu do składania, ja już ledwo widzę, ale trzeba wyrywać z czasu każdą sekundę, więc biorę go na stół tak, że nawet nie mam chwili, żeby się zastanowić, czy to ma sens. Widzę, jak mi odpływa, raz po raz, trzymam go przy życiu pazurami, czasami to trwa godzinami, a ja nie mogę nawet mrugnąć. Pieką mnie oczy, ręce, kark, żołądek, a najgorsze jest to, że wiem, że chłopak nawet, jeśli przeżyje, to będzie się męczyć, że czekają go całe dni wycia z bólu, tygodnie gorączki, a po tym wszystkim i tak już nigdy nie będzie sobą... - Jej głos stał się zduszony i głębszy, gdy schyliła się, by zmienić spodnie. Wyprostowała się. Przez chwilę milczała, nim znów zaczęła mówić, tym razem spokojniej, wolniej, głosem, z którego na moment znikły nieprzyjemne, suche tony. - Nie masz pojęcia, jak często mi się zdarza chcieć, cholera, marzyć o tym, żeby już było po wszystkim, żeby chłopak mi odleciał za daleko, żebym mogła po prostu usiąść, wreszcie opuścić ręce i powiedzieć, że nic więcej nie da się zrobić. I nachodzi mnie wtedy taka myśl, że wystarczy jeden ruch, trochę za dużo ketaminy, albo, żeby mi się omsknął skalpel, i już. Cisza. Koniec. Nie będę musiała zaciskać zębów przy każdym szwie, żeby dobrze go założyć, żeby trafić, chociaż ręce się trzęsą jak cholera, chociaż nic nie widzę, nie będę musiała potem go doglądać, odpowiadać, jak spyta, kiedy znów będzie mógł chodzić, odpowiadać, kiedy będzie pytać, czy to musi tak boleć, patrzeć mu w oczy, kiedy wreszcie zrozumie... - Sztywna wełna zaszeleściła pod jej palcami, gdy wygładzała sweter. - Jeden ruch i tego wszystkiego nie ma. Łatwo sobie powiedzieć, że tak będzie lepiej dla mnie i dla tego dzieciaka. Tylko, że to nie jest ani rozsądek, ani litość. To czysty egoizm. - Podeszła tuż pod zetlałą, poszarzałą przegrodę. Sören czuł ciepło promieniujące od jej ciała, słyszał jej oddech. - I wiesz, dlaczego to kusi tak bardzo? Bo coś takiego można zrobić tylko raz. Już nigdy potem nie masz tego problemu. Raz się poddajesz, raz przestajesz być człowiekiem, potem już jest tylko statystyka. Nie ma powrotu.
Hylander przesunął dłońmi po twarzy. Palce stłumiły jego głos, kiedy wymamrotał z chłodną złością:
- Do diabła, dlaczego wy wszyscy... - urwał.
- Bo jesteśmy w tym razem. - Ksenia przypomniała z naciskiem.
Kiedy dowódca uczynił krok w stronę wyjścia, zawołała za nim:
- Szefie...
Nie zatrzymał się. Spróbowała jeszcze raz.
- Sören!
Dopiero wtedy zaczekał. Nie odwracał się.
- Możesz mi wreszcie powiedzieć, za co ty się chcesz ukarać? I dlaczego w ten sposób?
Nie odpowiedział. Spojrzał w niebo. Obóz wciąż spowijały ciemności, ale czarne sylwetki drzew i wzgórz na horyzoncie rysowały się już na tle rozjaśnionego świtem nieba.
Hylander poprawił zapięcie rękawów munduru, sprawdził kaburę i wygładził kołnierz. Kolejna noc się skończyła. Za dnia wszystko zawsze było prostsze.

*** *** ***

Następnej nocy Hylander nie miał już sił, by snuć się po obozie. Całe godziny przeleżał, drżąc z zimna, z odrazą wdychając kwaśny odór własnego potu. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywał się w pustkę przed sobą. Bał się nawet poruszyć.
Wiatr, który poprzedniej nocy wprowadził wszystkich w ożywienie i nastrój oczekiwania, rano przybrał jeszcze na sile, by przycichnąć przed wieczorem. Wraz z nim z południa nadpłynęło więcej chmur, a właściwie stojący wysoko, szary opar. Za dnia oddział poruszał się pod rozciągniętą od horyzontu po horyzont duszącą kopułą. W nocy, poza kręgami światła nielicznych lampek panowała niczym niezmącona czerń. Powietrze zastygło w bezruchu.
Hylander nie wiedział, jak długo to trwało, jak długo jeszcze musiał czekać na tę porę tuż przed świtem, kiedy ostre jak nóż zimno odwracało uwagę od wszystkiego poza bólem mięśni, kiedy w szarawym, martwym świetle zaczynało się dostrzegać zarysy rzeczywistości, kiedy czasami, wyczerpany bezczynnością, potrafił zapaść w sen. Jedynym dźwiękiem, popychającym czas do przodu, świadczącym o tym, że świat nie stał w miejscu, był jego własny oddech. Po prostu czekał.
Najgorsze było to, że musiał cały czas leżeć na wznak. Tylko wtedy potrafił zapomnieć o tym, kto był obok. Ilekroć Sören się odwracał, mimo ciemności widział bladą twarz wpatrzonego w niego z niedowierzaniem Małego Robbie’ego.


Added in 1 hour 43 minutes 29 seconds:
Teraz zauważyłam, że znowu zjadło półpauzy przy dialogach. Karygodne niedopatrzenie.



Tags:

Awatar użytkownika
Figiel
Pisarz domowy
Posty: 126
Rejestracja: śr 14 sie 2013, 11:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Bez powrotu fr. 3 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: Figiel » pt 13 lip 2018, 12:50

Margot, strasznie gadatliwe to Twoje wojsko:) Ale czytało się bardzo dobrze.

Świetny pomysł z niedźwiedziem. Czyżby następca Wojtka?
Podobała mi się akcja przy grodzi, moim zdaniem dynamiczna, z bardzo przyzwoitymi dialogami.
Kupuję postać Arama, jakoś mi z nim po drodze.

A Soren? No... Nie wiem.
W pierwszym fragmencie, po informajach odnośnie zdarzenia, które przywiodło go do szpitala, a szczególnie w rozmowie z Grabovskym, można odnieść wrażenie, że to twardy facet. Dla mnie, to młody żołnierz, który czuje swoją robotę. Niepokorny, bardzo pewny siebie. Wynikało to przede wszystkim ze sposobu, w jaki prowadził rozmowę z przełożonym, jak go naciskał i domagał się szczegółów planowanej akcji. To on był w tej potyczce górą i wręcz zmusił dowódcę do mówienia tego, co tamten chciał przemilczeć. Co wiecej Soren, manipulował sytuacją, stosował chwyty psychologiczne - mógłby usiąść, ale choć czuł się źle, nie siadał, bo oprócz tego, że nie chcił okazywać słabości, doskonale wiedział, że stojący ma zawsze przewagę nad siedzącym, a już na pewno, gdy góruje nad nim wzrostem. Z tego obrazu nie wyłania się zwykły, wzorowy żołnierz, który trzaska obcasami na każdy rozkaz. To facet, który wie co ma robić, wie jak osiągać cel i nie daje się wpuszczać w kanał ani nabierać na dystynkcyjne umizgi czy poklepywanie po ramieniu Chce konkretów i Grabovsky, mimo że jest jego przełożonym, nie ma z nim łatwo.

I z takim moim przekonaniem o Sorenie, pojechał bohater do rodziców.

A tam zaskoczenie, bo z samochodu wysiadł chłopiec, by nie rzec: dzieciak. Syn, który w obecności ojca zdania nie umie przytomnie skleić i wciąż ogląda się na jego reakcję. Za wszelką cenę stara się mówić obłymi zdaniami, jakby chciał uniknąć jakiejkolwiek konfrontacji. Coś tam niby własnego bąka, ale przywołany do porządku, znów staje się grzeczny. Ojciec go pyta, czy dobrze synów wychował, o Soren posłusznie odpowiada, że tak, choć z całej sceny aż krzyczy, że myśli co innego. Tata zwraca mu uwagę, że palenie obniża autorytet wśród podwładnych, a Soren, mimo że podwładnego w promieniu kilometra nie widać, posłusznie gasi papierosa. Wydaje się całkowicie zdominowany przez ojca, do matki ma stosunek raczej żaden. Jakoś, choć nie do końca, dogaduje się z młodszym pokoleniem.

W każdym razie w domu zgasł, zmalał, zgubił kręgosłup. Odniosłam wrażenie, że jest uzależniony od autorytetu ojca, ale przecież z drugiej strony wiem, że od autorytetów nie jest zależny "Pozdrów staruszka"- mówi Grabovsky. Zatem, panowie znają się i prawdopodobnie są mniej więcej w podobnym wieku (jakoś mi się tak założyło). Więc jeśli Soren jest zależny od autorytetu ojca - wojskowego, powinien być potulny przy dowódcy, a nie był. Kombinowałam sobie: może jest tak, że Soren "maleje" tylko w obecności rodzica i to on jest jego zasadniczym problemem, za to w militarnych aspektach znów nabierze sił i jakoś się z tym pierwotnym wizerunkiem sklei, a może nawet Soren "urośnie" już na zawsze i wróci do domu jako "duży".

Żeby była jasność: nie oczekuję, że bohater będzie jednowymiarowym monolitem, przeciwnie, dobrze, że się miota, bo to nadaje mu autentyczności.

Ale mam wrażenie, że im dalej w tekst, tym z facetem gorzej. Wiem, powieść drogi, wiem, musi ewoluować w stronę rozwoju. No i szukać. Tak, przeżył traumę i ma poczucie winy. Ale on wciąż oscyluje wokół chciejstwa i braku decyzyjności przy jednoczesnej chęci kontrolowania wszystkiego. Nawet myśli oraz motywacji swoich podwładnych, którzy zresztą to i owo mówią na jego temat. Soren jest wręcz zachowawczy do bólu, co widać w rozmowie z Aramem po akcji:

"Przecież, do kurwy nędzy, wy byliście na górze, Ensio nie dawał rady, co ja niby miałem zrobić?!
– Wykonywać aktualne rozkazy albo czekać na nowe. Nie wychylać się i czekać."

Tę zachowawczość, podobnie jak inne cechy da się pewnie wytłumaczyć. I pewnie Małym Robbim, choć od Sorena na razie nie można dowiedzieć się, co naprawdę wtedy zaszło. Zaczynam podejrzewać, że nie chodziło tylko o ucieczkę Sorena czy o samą śmierć młodego człowieka w walce. Soren jest obeznany ze śmiercią w boju, przecież stracił oddział a i sam umie sprawnie zadawać śmierć.
Prawdę mówiąc obserwując bohatera zaczynam zgadzać się z Aramem:

"Jaką, kurwa, rzeczywistością?! Ty nie jesteś rzeczywistością!
Wiem, że jesteś w strasznie parszywej sytuacji i że chcesz dobrze. – Krelliyan wciąż był wściekły. – Nawet mi cię szkoda, ale, do kurwy nędzy, jesteś popierdolony jak ruska rymowanka!"

W sumie, dobrze powiedziane:)

W każdym razie, na tle postaci pokazanych w tych fragmentach, Soren wydaje się bezbarwnym, wycofanym, introspektywnie zajętym sobą człowiekiem. Czasem mam wrażenie, że wręcz domaga się od wojny "ludzkiej twarzy", a czasem, że kompletnie nie czai, po co bierze udział w niej udział, zaś jego ludzie wiedzą to zdecydowanie lepiej i nieustannie muszą stawiać dowódcę do pionu. Oni zresztą w ogóle jakoś "demokartycznie", jak na wojsko, współpracują:) Ale może to specyfika grupy powołanej do jednej akcji.
Nie wiem też, co myśleć o sytuacjach, gdy w stanie silnego wzburzenia ( zauważyłam chyba dwa takie momenty) Soren jakby "odkleja się" od rzeczywistości. Ukrywa coś, może coś wypiera, a ciało go zdradza? Kółkiem wraca mi to do Robbiego, tym bardziej, że zdarza się wtedy, gdy padają słowa "klucze", które można do śmierci Robbiego odnieść.

Mam też pewien problem z tym:
MargotNoir pisze:Source of the post – To najgorszy tekst na podryw, jaki w życiu słyszałem.
– Ja nie...
– Ależ tak. – Aram odwrócił się do rozmówcy. – Wiem, że tak. W porządku. – Wyciągnął rękę i po chwili wahania ścisnął lekko przedramię Sörena. – Spokojnie. Jeszcze będzie okazja.

MargotNoir pisze:Source of the post A co do... – Wydał cichy pomruk niezadowolenia, gdy uświadomił sobie, że to, co zamierzał powiedzieć nie przejdzie mu przez gardło. Spróbował ująć to inaczej. – Nie wiem, jakie miałeś zamiary, ale nie przychodź do mnie na seks przez parę dni.

Te dwie kwestie zdają się łączyć ( albo się mylę) ale jeśli się nie mylę, to prawdopodobnie ma to też coś wspólnego ze stosunkiem Sorena do ojca. Ale mówię, gdybam, bo może oni po prostu jakimś kodem rozmawiają:)

Tyle na tym etapie. Na tym, bo do dyspozycji są tylko fragmenty, a to oznacza, że odczucia mogą zmieniać się wraz z kolejnymi odsłonami.



Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz domowy
Posty: 82
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Bez powrotu fr. 3 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: MargotNoir » sob 14 lip 2018, 13:55

Dziękuję za tak wnikliwy komentarz :) Aż przyjemnie poznaje się uwagi kogoś, kto czyta naprawdę uważnie i dostrzega to, co usiłowałyśmy w tekście pokazać i zasugerować.

Figiel pisze:
Świetny pomysł z niedźwiedziem. Czyżby następca Wojtka?

Trochę taki ukłon w stronę Polski, a trochę element realiów, które chciałyśmy naszkicować. Słusznie kojarzy się z II Wś. Podoba nam się tamten klimat walki "na ostatnich nogach", w której uciekano się do desperackich, czasami głupich pomysłów: granaty w pończochach, seryjnie produkowane koktajle Mołotowa, bomby ze szczurów, psy przeciwpancerne, gołębie, wojskowe muły czy wielbłądy i oczywiście Wojtek, który zaczynał jako maskotka, a okazał się całkiem przydatny.

Figiel pisze:Podobała mi się akcja przy grodzi, moim zdaniem dynamiczna, z bardzo przyzwoitymi dialogami.
Kupuję postać Arama, jakoś mi z nim po drodze.
Bardzo dziękujemy!

Figiel pisze:A Soren? No... Nie wiem.
W pierwszym fragmencie, po informacjach odnośnie zdarzenia, które przywiodło go do szpitala, a szczególnie w rozmowie z Grabovskym, można odnieść wrażenie, że to twardy facet. Dla mnie, to młody żołnierz, który czuje swoją robotę. Niepokorny, bardzo pewny siebie. Wynikało to przede wszystkim ze sposobu, w jaki prowadził rozmowę z przełożonym, jak go naciskał i domagał się szczegółów planowanej akcji. To on był w tej potyczce górą i wręcz zmusił dowódcę do mówienia tego, co tamten chciał przemilczeć. Co więcej Soren, manipulował sytuacją, stosował chwyty psychologiczne - mógłby usiąść, ale choć czuł się źle, nie siadał, bo oprócz tego, że nie chciał okazywać słabości, doskonale wiedział, że stojący ma zawsze przewagę nad siedzącym, a już na pewno, gdy góruje nad nim wzrostem. Z tego obrazu nie wyłania się zwykły, wzorowy żołnierz, który trzaska obcasami na każdy rozkaz. To facet, który wie co ma robić, wie jak osiągać cel i nie daje się wpuszczać w kanał ani nabierać na dystynkcyjne umizgi czy poklepywanie po ramieniu Chce konkretów i Grabovsky, mimo że jest jego przełożonym, nie ma z nim łatwo.

Szczerze mówiąc trochę nas zdziwiło takie odczytanie tej sceny. Intencja była nieco inna i może zgubiła się gdzieś pośród starania o przygotowanie gruntu pod plot twist.
Przede wszystkim zależało nam na pokazaniu, że mężczyźni się nie lubią i ta antypatia jest obustronna. Scena miała pokazywać, że Grabovski coś ukrywa (a Sorenowi wcale nie udaje się tego od niego wyciągnąć), a jego intencje są dalekie od czystych.
Soren nie siada, bo nie śmie - taki był przynajmniej zamysł. Stojący w rozmowie z przełożonym nie ma przewagi. Zdaje raport przed człowiekiem zajmującym wygodną pozycję i bezpiecznym, a sam jest wyeksponowany, obnażony, zajmuje trudną i niewygodną pozycję jak uczeń na dywaniku u dyrektora.
Bardzo fajna uwaga, że Soren to nie zwykły, wzorowy żołnierz. Potrafił się postawić, nie lubi nieuczciwości, ale w momencie rozmowy z Grabovskim miał dość łatwo się poddać i położyć uszy po sobie. Musimy się zastanowić nad tą sceną.

Figiel pisze:z samochodu wysiadł chłopiec, by nie rzec: dzieciak. Syn, który w obecności ojca zdania nie umie przytomnie skleić i wciąż ogląda się na jego reakcję.

Bardzo mnie cieszą te spostrzeżenia. O to chodziło :)

Figiel pisze:Więc jeśli Soren jest zależny od autorytetu ojca - wojskowego, powinien być potulny przy dowódcy, a nie był. Kombinowałam sobie: może jest tak, że Soren "maleje" tylko w obecności rodzica i to on jest jego zasadniczym problemem, za to w militarnych aspektach znów nabierze sił i jakoś się z tym pierwotnym wizerunkiem sklei.


Pisałam już, że scena z Grabovskim miała mieć zupełnie inny odbiór i coś z nią trzeba w takim razie podziałać. Mimo to, może też niekoniecznie trzeba Sorena czynić przy Grabovskim aż tak potulnym. Na pewno nie boi się go tak bardzo, jak ojca.


Figiel pisze:może nawet Soren "urośnie" już na zawsze i wróci do domu jako "duży".
Urośnie, ale do tego jeszcze długa droga.

Figiel pisze:Żeby była jasność: nie oczekuję, że bohater będzie jednowymiarowym monolitem, przeciwnie, dobrze, że się miota, bo to nadaje mu autentyczności.
Ale mam wrażenie, że im dalej w tekst, tym z facetem gorzej.

Zamysł - nie wiem, czy dobry - był taki, że z Sorenem nie startujemy tutaj z poziomu zero i idziemy w górę. Przez pierwsze rozdziały on upada jeszcze niżej, jest z nim coraz gorzej. Wciąż - jak napisałaś - stawiany do pionu przez swoich ludzi, a jednocześnie konfrontowany z zadaniami, których wynik odbiera jako swoją porażkę jest coraz bardziej pogubiony i rozdrażniony. Pogrąża się tak aż do trzech wydarzeń, które nim wstrząsną i dopiero one zmuszą go do tego, by tak naprawdę wybrać jakąś drogę i zastanowić się nad tym, kim on właściwie jest i czego chce.

Figiel pisze: Ale on wciąż oscyluje wokół chciejstwa i braku decyzyjności przy jednoczesnej chęci kontrolowania wszystkiego. Nawet myśli oraz motywacji swoich podwładnych, którzy zresztą to i owo mówią na jego temat. Soren jest wręcz zachowawczy do bólu, co widać w rozmowie z Aramem po akcji:

"Przecież, do kurwy nędzy, wy byliście na górze, Ensio nie dawał rady, co ja niby miałem zrobić?!
– Wykonywać aktualne rozkazy albo czekać na nowe. Nie wychylać się i czekać."

Figiel pisze: W każdym razie, na tle postaci pokazanych w tych fragmentach, Soren wydaje się bezbarwnym, wycofanym, introspektywnie zajętym sobą człowiekiem. Czasem mam wrażenie, że wręcz domaga się od wojny "ludzkiej twarzy", a czasem, że kompletnie nie czai, po co bierze udział w niej udział, zaś jego ludzie wiedzą to zdecydowanie lepiej i nieustannie muszą stawiać dowódcę do pionu.

Figiel pisze:Tę zachowawczość, podobnie jak inne cechy da się pewnie wytłumaczyć. I pewnie Małym Robbim, choć od Sorena na razie nie można dowiedzieć się, co naprawdę wtedy zaszło. Zaczynam podejrzewać, że nie chodziło tylko o ucieczkę Sorena czy o samą śmierć młodego człowieka w walce.


Znów bardzo celna obserwacja. Tak, Soren na tym etapie ma być trochę c*pą. Ze wszystkich określeń, na jakie wpadłyśmy najlepiej pasuje do niego "egocentryczny altruista". Gdyby sytuacja tego wymagała, nie wahałby się przed żadnym poświęceniem dla swoich ludzi, a jednocześnie po pierwsze łazi za nimi jak toksycznie przywiązana żona, a po drugie cały czas myśli o sobie i swoim cierpieniu, tapla się w depresyjnym błotku własnej traumy, całkowicie ślepy na to, co się dzieje dookoła.
To miotanie może się brać z faktu, że Soren na tym etapie musi się skonfrontować z czymś, co jest dla niego zagadką, a mianowicie swoją własną rolą w akcji z samego początku pierwszego rozdziału. Dla domyślnego czytelnika chyba nie jest już tajemnicą, że zaszło tam coś innego, niż Sorenowi się wydaje. Ma to związek z jego psychiką i samooceną, ale o tym na sam koniec.

Ciekawa jest też uwaga o "sklejeniu" postaci. Tutaj troszkę tak miało być - postać jest niespójna, bo w na tym etapie, na którym poznajemy Sorena, jest ich tak naprawdę dwóch:

„Soren w środku”, ukazujący się rzadko i w momentach, w których nie jest postawiony przed ważnym zadaniem, może się rozluźnić. Fajny, może niezbyt barwny i nietuzinkowy (na pewno nie tak, jak Aram), ale sympatyczny facet. Taki, w którym dobrze mieć kumpla, bo potrafi słuchać, jest uczciwy, lojalny i po prostu jest dobrym człowiekiem. Siedzi ukryty w „Sorenie zewnętrznym” z powodu lęku, niskiego poczucia własnej wartości i przekonania o braku kompetencji czy wręcz bezwartościowości.

„Soren zewnętrzny” to ktoś, kto był wzorowym studentem akademii wojskowej, zdarzyło mu się zostać bohaterem, a teraz chciałby być idealnym dowódcą, ale lęki i niepewność „Sorena w środku” sprawiają, że niestety wychodzi z tego despotyczny control freak, który jest jednocześnie niezdolny do podjęcia decyzji ze strachu przed odpowiedzialnością za kolejną porażkę. W to, że każda decyzja doprowadzi do porażki Soren praktycznie nie wątpi.

„Soren w środku” być może miałby większy (a raczej inny jakościowo, czyli bardziej pozytywny) wpływ na zachowanie „Sorena zewnętrznego”, gdyby nie jedna rzecz: on nie wie, kim jest. Nie rozumie, co się stało z Małym Robbie'em, jest przekonany, że zachował się karygodnie i zostawił swoich ludzi na pastwę losu, by ratować własną skórę. Jednocześnie czuje, że nigdy czegoś takiego by nie zrobił. Zamiast uczciwości, „fajności” i dobra, z „Sorena w środku” na zewnątrz przeciekają lęki i gorycz, bo „Soren w środku” na tym etapie jest przekonany, że jest śmieciem.


Figiel pisze:
Prawdę mówiąc obserwując bohatera zaczynam zgadzać się z Aramem:

"Jaką, kurwa, rzeczywistością?! Ty nie jesteś rzeczywistością!
Wiem, że jesteś w strasznie parszywej sytuacji i że chcesz dobrze. – Krelliyan wciąż był wściekły. – Nawet mi cię szkoda, ale, do kurwy nędzy, jesteś popierdolony jak ruska rymowanka!"

W sumie, dobrze powiedziane:)

Oj tak. Dzięki!


Figiel pisze:Oni zresztą w ogóle jakoś "demokartycznie", jak na wojsko, współpracują:) Ale może to specyfika grupy powołanej do jednej akcji.

Tu również trzeba troszkę się odnieść do plot twistu - wybór składu grupy nie jest przypadkowy. Nie zwracałam na to tutaj uwagi, bo wrzutka miała skupić się na postaci Sorena. W każdym razie to przede wszystkim specjaliści, na dodatek silnie zmotywowani i czerpiący tę motywację z własnych przekonań. Nie trzeba ich do niczego zmuszać ani mówić im, jak dokładnie mają wykonywać swoje zadania. Soren miał spełniać raczej rolę koordynatora.
Zresztą to, że Soren ich słucha miało być właśnie jednym z "przebłysków", które dobrze o nim świadczą i sprawiają, że nie zostaje spisany na straty (zarówno przez własnych ludzi, jako ich dowódca, jak i przez czytelnika, jako potencjalnie fajna postać).

Figiel pisze: Nie wiem też, co myśleć o sytuacjach, gdy w stanie silnego wzburzenia ( zauważyłam chyba dwa takie momenty) Soren jakby "odkleja się" od rzeczywistości. Ukrywa coś, może coś wypiera, a ciało go zdradza? Kółkiem wraca mi to do Robbiego, tym bardziej, że zdarza się wtedy, gdy padają słowa "klucze", które można do śmierci Robbiego odnieść.


Słuszne spostrzeżenie.

Tak naprawdę mamy tutaj dwie sprawy:

1) Poczucie derealizacji - jeden z objawów zarówno PTSD jak i zespołu lęku uogólnionego. Tak się składa, że Soren ma jedno i drugie. To momenty, w których nie potrafi nic poczuć, choć ma przeświadczenie, że powinien. Rzeczywistość wydaje mu się chorą farsą.

2) Momenty utraty świadomości - ciekawy objaw u niektórych dorosłych dzieci rodzin dysfunkcyjnych. Nie spotkałam się z jakimś wnikliwym opisem, ale taki objaw pojawia się czasami u osób uczonych tłumienia emocji. Osoby takie nie mają zdrowych mechanizmów kontrolowanego dawania ujścia uczuciom. Tłumią je do ostatniej chwili, a w stanie silnego wzburzenia przegrywają walkę i na moment emocje biorą górę całkowicie, aż do momentu, w którym na chwilę wyłącza się świadomość.

Zresztą jeśli chodzi o zaburzenia psychiczne, które chciałyśmy tutaj poeksplorować, to początek mógł być trochę nietrafiony i ryzykowny, bo fragment mówiący o bitwie i postrzale mocno skupia uwagę na PTSD.

Soren z pewnością ma PTSD, ale nie on jest tutaj głównym problemem. Najważniejszymi zaburzeniami, który bierzemy tutaj na warsztat, są zespół lęku uogólnionego i zespół dorosłego dziecka z rodziny dysfunkcyjnej.
W dużym skrócie mamy tutaj takie problemy, jak:
ciągłe poczucie niepokoju, napięcia emocjonalnego, 
smutek, 
drażliwość, 
problemy z koncentracją, 
poczucie pustki,
nadmierne zamartwianie się o przyszłość, 
wyczekiwanie negatywnych konsekwencji podejmowanych aktywności, 
poczucie wstydu, 
niskie poczucie własnej wartości, 
niskie poczucie kompetencji (przy częstym jednoczesnym odnoszeniu sukcesów w sferze zawodowej),
tendencja do unikania ryzyka związanego z rozwojem umiejętności, 
przekonanie o samowystarczalności,
obawa przed popełnieniem błędu (będąca powodem wycofania),
sztywność dotycząca interpretacji emocji i zachowań swoich i innych ludzi, 
Zawroty głowy, trudności z utrzymaniem równowagi lub zasłabnięcia.
Poczucie depersonalizacji lub derealizacji.
Lęk przed utratą kontroli, popadnięciem w obłęd lub zemdleniem.
Lęk przed śmiercią.
Przypływy zimna i gorąca.
Odczucia drętwienia i mrowienia.
Napięcia lub bóle mięśni.
Niepokój ruchowy i niemożność odprężenia się.
Uczucia wzmożonej czujności lub napięcia emocjonalnego.
Uczucie dławienia lub ucisku w gardle lub trudności z przełykaniem.
Tendencja do wygórowanego reagowania przestraszeniem na pomniejsze sytuacje zaskoczenia.
Trudności z koncentracją uwagi i uczucie pustki w głowie związane z niepokojem i obawami.
Stała drażliwość.
Trudności z zasypianiem związane z zamartwianiem się.


O napięciu mięśni i przypływach zimna i gorąca, a także sztywności interpretacji cudzych zachowań jeszcze nie było, ale będzie.

I żeby nie było – nie, nie piszemy na podstawie listy objawów z „Pani Domu” :) mamy temat nieźle przeresearchowany, a listę tutaj podajemy dla ułatwienia ewentualnej dyskusji.

Figiel pisze:Mam też pewien problem z tym:
MargotNoir pisze:Source of the post – To najgorszy tekst na podryw, jaki w życiu słyszałem.
– Ja nie...
– Ależ tak. – Aram odwrócił się do rozmówcy. – Wiem, że tak. W porządku. – Wyciągnął rękę i po chwili wahania ścisnął lekko przedramię Sörena. – Spokojnie. Jeszcze będzie okazja.

MargotNoir pisze:Source of the post A co do... – Wydał cichy pomruk niezadowolenia, gdy uświadomił sobie, że to, co zamierzał powiedzieć nie przejdzie mu przez gardło. Spróbował ująć to inaczej. – Nie wiem, jakie miałeś zamiary, ale nie przychodź do mnie na seks przez parę dni.

Te dwie kwestie zdają się łączyć ( albo się mylę) ale jeśli się nie mylę, to prawdopodobnie ma to też coś wspólnego ze stosunkiem Sorena do ojca. Ale mówię, gdybam, bo może oni po prostu jakimś kodem rozmawiają:)

Nie, nie rozmawiają kodem. Soren i Aram sypiają ze sobą. Na tym etapie są po prostu tak zwanymi f*ck buddies, chociaż Aram przez ułatwiony dostęp do Sorena i swoją bezpośredniość jako pierwszy do niego dociera i zaczyna drążyć, mając niebagatelny udział właśnie w tym finalnym "sklejeniu" dwóch Sorenów w jedną spójną całość.
W sumie zastanawia nas też, jaki jest odbiór takiego wątku.



Awatar użytkownika
Marzyciel
Szkolny pisarzyna
Posty: 41
Rejestracja: wt 13 mar 2018, 21:35
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Bez powrotu fr. 3 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: Marzyciel » ndz 15 lip 2018, 10:26

Moje ogólne wrażenie jest pozytywne, ale czegoś brakuje. Iskry, która napędza czytelnika do sięgnięcia po kolejny akapit. Przede wszystkim jest przegadane. Dialogi nudzą, a powinny albo napędzać fabułę, albo generować konflikty. Odnoszę się tu również do wcześniejszych fragmentów, czytałem komentarze, więc jestem świadomy, co chciałyście osiągnąć, pytanie tylko, czy grupa docelowa nie okaże się zbyt hermetyczna?
Bardzo podobał mi się opis z ataku na strażnicę. Czuć było dynamikę i rzeczoną iskrę.

MargotNoir pisze:Perkele!*

Podejrzewam, że dla większości tutaj tłumaczenie niepotrzebne. Czytało się „Pana lodowego ogrodu". :D


Flectere si nequeo superos, Acheronta movebo.

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz domowy
Posty: 82
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Bez powrotu fr. 3 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: MargotNoir » wt 17 lip 2018, 13:05

Marzyciel pisze:Odnoszę się tu również do wcześniejszych fragmentów, czytałem komentarze, więc jestem świadomy, co chciałyście osiągnąć, pytanie tylko, czy grupa docelowa nie okaże się zbyt hermetyczna?

Dziękuję ślicznie za uwagę i czas poświęcony na przekopanie ton tekstu i komentarzy zwłaszcza, że - jak piszesz - nie było to najbardziej porywające zajęcie świata. Bardzo cenna opinia i uwaga. Wygląda na to, że rzeczywiście grupa docelowa jest zbyt hermetyczna i za bardzo poleciałyśmy w stronę własnego gustu. Dobrze jest zobaczyć, jak to wygląda z zewnątrz.



Awatar użytkownika
Marzyciel
Szkolny pisarzyna
Posty: 41
Rejestracja: wt 13 mar 2018, 21:35
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Bez powrotu fr. 3 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: Marzyciel » śr 18 lip 2018, 18:27

Nie przepadam za książkami z dużą ilością dialogów, dlatego trochę mnie znudziło. Z powodu swojego uprzedzenia, sam mam problem z ich tworzeniem. Ostatnio staram się nadrobić zaległości, zaznaczam, specem nie jestem, ale widzę kilka błędów, z którymi sam się zmagam. Zupełnie niepotrzebnie starasz się wyjaśniać rzeczy oczywiste szastając przysłówkami. To spowalnia tempo, a niekiedy wprowadza zamęt.
MargotNoir pisze:Krelliyan skrzywił się. Ważył odpowiedź.
– Nie wiem – odparł spokojniej. – Może masz rację.

Krelliyan skrzywił się. Ważył odpowiedź.
– Nie wiem – odparł. – Może masz rację.
MargotNoir pisze:- Synku, - zaczęła ostro - codziennie wypruwam sobie żyły, żeby ta wyprawa was nie zeżarła.

- Synku! - zaczęła. - Codziennie wypruwam sobie żyły, żeby ta wyprawa was nie zeżarła.
- Synku! Codziennie wypruwam sobie żyły, żeby ta wyprawa was nie zeżarła.
MargotNoir pisze:Tym razem Sören nie potrafił już ukryć wściekłości.
– Wiem! – Warknął, zaciskając zęby. – Cholera jasna, wiem!

Wiadomo, że jest wściekły, pozwól czytelnikowi usłyszeć jakim tonem mówi, zamiast mu o tym napisać.

Tym razem Sören nie potrafił już ukryć wściekłości.
– Wiem! – Zacisnął zęby. – Cholera jasna, wiem!


MargotNoir pisze:Korhonen po chwili znalazł się przy nim.
– Ja pierdolę, ale akcja... – zawołał, zdyszany z nerwów. – Jesteś cały?

Tu jest trochę zamętu i to „zdyszany z nerwów” brzmi trochę śmiesznie.

Po chwili dołączył zdyszany Korhonen.
– Ja pierdolę, ale akcja... – zawołał. – Jesteś cały?


Flectere si nequeo superos, Acheronta movebo.


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości