Bez powrotu fr. 2 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 369
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Bez powrotu fr. 2 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: MargotNoir » ndz 01 lip 2018, 23:52

Drugi z trzech fragmentów tekstu, które chciałabym tutaj zamieścić. Kontynuacja pierwszego rozdziału, rozpoczętego w poprzednim wpisie. Myślę, że po tym fragmencie będzie już jasne, z czym mniej więcej mamy do czynienia.

Starałam się, żeby tym razem żadne półpauzy w dialogach nie znikły. Jeśli jakąś przeoczyłam, to przepraszam.


Tekst zawiera minimalną ilość wulgaryzmów

Dom pułkownika Rikarda Einara Hylandera mieścił się w jednej z najlepiej zagospodarowanych dzielnic Nowego Sztokholmu. Dość blisko głównej arterii, by dotarcie do koszar Akademii i budynków szkoły kadetów było wygodne, ale dość daleko, by nie docierał tam codzienny zgiełk, pokrzykiwania przy musztrze i warkot silników transporterów, przetaczających się czasami od znajdującej się na północ od miasta bazy adaptacji w stronę traktu prowadzącego na północny wschód, do granicy między BritScanem a Balticą i EuRosją.
Całe miasto było spokojne, czyste i bezpieczne. Od przeszło dwudziestu lat rozwijało się nieopodal brzegów zatoki Botnickiej, między rzeką Dalalven a łagodnymi, pokrytymi lasem wzniesieniami. W miarę, jak ekosystemy otaczającego je regionu się stabilizowały, mieszkańcy zaczynali wierzyć, że być może tym razem miało pozostać tam na długo.
Tę wiarę można było dostrzec w pietyzmie, z jakim zasiedlający je szczęśliwcy o nie dbali. Betonowe płyty na ulicach były czyste i równo ułożone. Pęknięte w miarę możliwości wymieniano. Parterowe, pudełkowate budynki powoli przestawały przypominać bunkry. Coraz śmielej powiększano okna, niektóre domy nawet malowano lub otaczano ogródkami.
Sören ostatni raz w domu był dwa lata wcześniej. Teraz z mieszanymi uczuciami obserwował ulice miasta z prawojennego Land Rovera o lekkiej karoserii, składającej się niemal wyłącznie z metalowej ramy. Z jednej strony cieszyły go zmiany świadczące o tym, że dalekie od granicy i terenu działań serce kraju żyło coraz dostatniej i spokojniej. Z drugiej jego praktyczny zmysł buntował się przeciwko marnowaniu energii i zasobów na zbyteczne dodatki.
Wóz zatrzymał się przy zasiekach oddzielających część cywilną od rządowej. Hylander bez słowa podał papiery kierowcy, który przekazał je wartownikowi. Ten zaglądnął do środka, zasalutował i gestem wskazał, by jechali dalej. Gdy tylko samochód, przetoczywszy się przez wysoki próg zwalniający wjechał na szerokim placu manewrowy, Sören zaczął zapinać mundur.
– Tu mnie możesz wysadzić – zwrócił się do młodego kadeta, który prowadził Land Rovera. – Przejdę się.
– Nie no, to ja już pana odwiozę, panie majorze. – Rumiany chłopak zaoponował żywo. – To prawie po drodze, a potem by mnie prześwięcili, że panu kazałem piechotą gnać w taki ziąb i to jeszcze z tymi bagażami.
Sören uśmiechnął się słabo. Domyślał się, że chłopak musiał dopiero zaczynać naukę. Po kilku godzinach spędzonych na sporadycznych pogawędkach ze swoim kierowcą oficer uświadamiał sobie powoli, jak brakowało mu tej beztroski ludzi, którzy jeszcze nie przeszli całego szkolenia i nie poznali wojny. Od wielu miesięcy nie spotkał nikogo takiego.
Gdy znaleźli się pod domem Hylanderów, Sören niechętnie pożegnał kadeta i zabrał swoją torbę z paki samochodu. Przez chwilę stał na wprost jednolitej, betonowej ściany niskiego budynku, zdezorientowany i przygnębiony, jakby właśnie się obudził z przyjemnego snu i jeszcze nie mógł przypomnieć sobie, gdzie był. Już od lat uważał jednostkę za swój dom, a za swoje miejsce każdy zakątek Eurazji, w którym akurat się ona znalazła. Choć lubił Nowy Sztokholm za jego porządek i uporczywą, niesłabnącą w obliczu kryzysu energię, to widok tych konkretnych ścian, pokrytego połyskliwymi panelami słonecznymi dachu, stalowych drzwi i zakratowanych okien nie budził w nim prawie żadnych uczuć.
Drgnął dopiero, gdy zorientował się, że matka dostrzegła go przez okno. Poczekał, aż otworzy mu wrota do niskiego korytarza wejściowego. Uścisnął ją krótko i pozwolił się wciągnąć do środka, przez wewnętrzny dziedziniec, aż do drzwi prowadzących do części bloku zajmowanej przez Hylanderów.
– Jesteś już. – Kobieta przez chwilę mierzyła go wzrokiem, wycierając ręce w szary, płócienny fartuch. – Dobrze, że cię ojciec nie widział. Przyjdzie niedługo. Przecież wiesz, że znowu jest pomór rzepaku i trzeba oszczędzać paliwo, a ty się dajesz wozić samochodem.
Żołnierz nerwowo przeczesał palcami włosy.
– Daj spokój. Chłopak ze szkoły i tak jechał po Jonesa, żeby go zabrać na transport do centralnego i miał prawie po drodze. Inaczej bym się nie zgodził.
– Już dobrze. Chodź, pokaż się. – Pchnęła lekko jego plecy, by poprowadzić go w stronę kuchni, do której wpadało więcej światła przez szerokie okna od strony studni świetlnej w ich części budynku. – Rany boskie, jak ty wyglądasz... – Spojrzała na syna krytycznie.
Sören odruchowo cofnął się o krok. Choć usiłował dbać o siebie, by ukryć to, jak bardzo był wycieńczony trawiącą go wciąż gorączką i brakiem snu, zdał sobie sprawę, że matka musiała to zauważyć. Nie skarżył się, starał się trzymać prosto, zachowywać spokojnie i uśmiechać, ale podkrążone oczy, zapadnięte policzki i poszarzała, niezdrowa cera najwyraźniej mówiły same za siebie.
Po chwili wyraz twarzy kobiety złagodniał. Szorstką, spracowaną dłonią dotknęła policzka syna, po czym uścisnęła delikatnie jego palce, wysunięte ze stabilizatora barku.
– Upiekłam ciasto marchewkowe, ale ty to chyba będziesz musiał całe zjeść, żeby jakoś nabrać kolorów.
– Po moim trupie! – Od strony przejścia między kuchnią a izbą mieszkalną odezwał się pełen życia głos. Sören odwrócił się na pięcie, po raz pierwszy tego dnia szczerze uśmiechnięty. Nim zdążył się odezwać, starszy brat wciągnął go w mocny, niezdarny uścisk.
– No, młody, wreszcie się doczekałeś, co? – Mężczyzna odsunął Sörena na odległość ramienia, ale wciąż trzymał go za łokcie. – Jak dobrze pójdzie, to faktycznie prześcigniesz ojca.
Sören skrzywił się, jednak nawet ta uwaga nie popsuła mu humoru.
– Vik, co ty tu robisz?
– A, wiesz jak jest... – Viktor Hylander wzruszył nieznacznie ramionami. – Mama udaje, że nic się nie dzieje, ale jak się dowiedziała, że przyjeżdżasz, coś w nią wstąpiło. Potrzebowała kogoś do pomocy, żeby wszystko ogarnąć. Uruchomiła swoje kontakty i udało jej się załatwić pół świni, trochę sera i miodu poza przydziałem. Teraz będzie cię odkarmiać.
Stojąca za plecami Sörena kobieta mruknęła z dezaprobatą, ale nie przerywała.
– To wziąłem wolne od grzebania w śmieciach i jestem. – Viktor wyjaśnił z uśmiechem.
– Pozwolili ci?
Starszy z braci niezbale wzruszył ramionami.
– Od czasu do czasu pozwalają. Wiesz, żelastwo leży tam od lat. Za jeden dzień już się bardziej nie zepsuje.
Sören pokręcił głową z niedowierzaniem zmieszanym z zazdrością.
– Nieźle się ustawiłeś.
– Jest nieźle, dopóki jakiś ważniak nie przyjdzie i nie powie, że potrzebuje pięćdziesięciu granatników na już. – Viktor przewrócił oczyma, zaraz jednak spoważniał, a jego twarz stężała. – Nie patrz tak na mnie. Każdy robi, co może, nie tylko ty i Sigurd. Adaptacja drobnego sprzętu też jest ważna – dokończył z wyrzutem.
Młodszy z braci utkwił w twarzy starszego badawcze spojrzenie.
– Ja nic nie mówię... – zaoponował. Gdy jednak Viktor nie odpowiadał, Sören zmienił temat:
– Właśnie, a jak sobie teraz radzicie? Przesiedleńcy z utraconych terenów chyba są dużym obciążeniem.
Matka mężczyzn nerwowo wygładziła brzeg fartucha.
– Mówią, że na wschodzie jest gorzej, tam się osiedliła większość. Chociaż nie jest łatwo. Wszystkiego brakuje, nie spodziewaj się jakiejś wspaniałej gościny... – Jej spękane, blade usta zacisnęły się. – Ale radzimy sobie. Jak zawsze.
– Spokojnie, coś słodkiego się zawsze znajdzie. – Viktor znów się rozpogodził. – Świat się może walić, ale jak synek przyjeżdża, bułeczki z cynamonem muszą być. Szkoda, że nie widziałeś akcji, żeby zdobyć szafran na łucynki, jak Sigurd przyjechał na święta. Wtedy też się udało. Mama jest w tym naprawdę dobra.
Nim gość zdążył odpowiedzieć, zgrzyt zawiasów ciężkich wrót domu zwrócił uwagę wszystkich. Po chwili w drzwiach stanął postawny mężczyzna w granatowym, idealnie wyczyszczonym i odprasowanym mundurze wyjściowym, od którego odcinał się nieskazitelnie biały pas. Sören na ten widok drgnął nerwowo.
– Cześć, tato – przywitał się cicho.
– Witaj. No, nareszcie. – Mężczyzna lekko uniósł brwi, czubkiem kciuka dotykając pagonu na ramieniu syna, po czym szybkim ruchem poprawił wyłogi jego kurtki mundurowej, zmięte przez paski stabilizatora. – Gratuluję.
Rikard Hylander uścisnął mocno prawą dłoń syna i jakby od niechcenia poklepał go tuż nad łokciem. Mimo bólu, Sörenowi udało się nie cofnąć ręki.

*** *** ***

Rudowłosy chłopiec od dłuższej chwili wiercił się niespokojnie na kolanach matki. Anne westchnęła i podała dziecko mężowi. Viktor posadził sobie syna na jednym udzie i zaczął go zagadywać po cichu. Poza jego spokojnym szeptem i szczebiotem znudzonego dwulatka, jedynym dźwiękiem przerywającym ciszę był metaliczny odgłos sztućców uderzających o naczynia.
– Wiecie, Linda mówiła, że jednak nie przyjdzie w niedzielę. – Pułkownikowa odezwała się, przełknąwszy kolejną łyżkę zupy grzybowej. – Źle się czuje.
Viktor zerknął na nią z niepokojem.
– Przy pierwszym dziecku też była słaba, a potem wszystko było w porządku... – zawiesił głos i przeniósł spojrzenie na ojca.
Sören oderwał się od obserwowania umorusanej buzi bratanka, w której ten międlił z wysiłkiem kawałek skórki z chleba. Powiódł wzrokiem po twarzach krewnych zebranych przy wspólnej kolacji.
Rikard Hylander wyprostował się i odsunął nieco od stołu.
– Oczywiście, że tym razem też wszystko będzie w porządku – zawyrokował zdecydowanie. – U nas w rodzinie wszyscy są zdrowi i silni.
Chłopiec wyślizgnął się z objęć Viktora i pewnym, choć nadal zabawnie niezgrabnym krokiem powędrował wokół stołu, by zatrzymać się przy nodze Sörena. Spojrzał w górę. Mężczyzna nie mógł powstrzymać uśmiechu na widok pyzatych policzków, otwartej buzi i odstających uszu dziecka.
– Co ma wujcio na ręce? – Chłopczyk spytał, ostrożnie wyciągając palec w stronę stabilizatora z jasnoniebieskiego neoprenu, który od dawna przykuwał jego uwagę.
– Temblak. Wujek ma chore ramię. – Anne wyjaśniła łagodnie. Rzuciła okiem na synka, po czym zamknęła oczy i pogładziła się powoli po zaokrąglonym brzuchu. Gdy się zamyśliła, jej zmęczona, poszarzała twarz rozjaśniła się spokojnym urokiem.
– A dlaczego?
– Bo bił się z wrogiem. I wygrał. – Tym razem Rikard postanowił zaspokoić ciekawość dziecka.
– Wygrał? To czemu jest chory? – Mały Alex nie przestawał dopytywać.
Mężczyzna przechylił się, wyciągając rękę w stronę wnuka.
– Chodź tu, smyku. – Z szerokim uśmiechem podniósł chłopca, by posadzić go sobie na kolanach. Przytrzymując jedną ręką jego plecy, palcem drugiej dotknął jego klatki piersiowej.
– Tak nie wolno pytać – wyjaśnił energicznie. – Ważne, że wygrał. Czasami, żeby wygrać, robi się różne rzeczy, ale najważniejsze, żeby zwyciężyć. Zapamiętaj to, dobrze?
Alex nie wyglądał na przejętego lekcją. Skinął głową i pozwolił się odstawić z powrotem na podłogę, po czym z piskiem pognał w ślad za kotem Hylanderów, który był na tyle nieostrożny, by znaleźć się w zasięgu wzroku dwulatka.
Viktor musiał zauważyć zadumę, z jaką Sören śledził dziecko spojrzeniem.
– Co jest, młody? – spytał.
Młodszy z braci zauważył, że choć Viktor usiłował nadać swojemu głosowi beztroskie brzmienie, nie był spokojny.
– Nic. To takie dziwne, że on już mówi. Kiedy go ostatni raz widziałem, tylko leżał, ślinił się i gapił w sufit. Chyba prawie nie urósł, a taki już mądry.
– Jak to nie urósł?! – Ojciec rodziny Hylanderów obruszył się. – Chłopak rośnie jak na drożdżach. Aż miło patrzeć.
– Sam nie wiem, nadal jakiś taki mały...
Niespodziewanie, Rikard roześmiał się pogodnie.
– Ech, bo dla ciebie wszyscy są mali... – Spoważniał nieco, choć wciąż patrzył na syna z uśmiechem. – Pomyślałbyś o własnym dziecku, co?
– Tato, no jak, kiedy? – Sören jęknął z rezygnacją.
Viktor zaśmiał się nerwowo.
– Jak, to akurat chyba wiesz...
Ojciec posłał mu pełne dezaprobaty spojrzenie, po czym znów utkwił wzrok w Sörenie.
– To dobrze, że teraz wracasz na pogranicze, ale obowiązek mężczyzny to coś więcej. Zwłaszcza takiego, jak ty. Sigurdowi już dałem spokój, nie chce mieć dzieci, to trudno, nikt na tym nie straci. Jest dobrym żołnierzem i to wystarczy, ale ty? Popatrz tylko na siebie. Wysoki, silny, zdrowy, szybki. Przerosłeś nawet Leifa. Pod każdym względem, poza jednym. Z wszystkich moich synów na ciebie zawsze najbardziej liczyłem. Takie geny nie mogą się zmarnować. Możesz teraz walczyć sam, ale możesz też sprawić, że za dwadzieścia lat w armii będzie trzech takich, jak ty.
Wyciągnął rękę nad stołem w stronę żony; ta wsunęła swoją dłoń w jego i ze smutkiem spojrzała na młodszego syna.
Bracia porozumieli się ukradkowymi zerknięciami. Starszy musiał zrozumieć niemą prośbę młodszego. Zaśmiał się nieco sztucznie.
– Właśnie. Bary jak u łosia, nogi jak u jelenia, a łeb jak szpadel. Tato, on się po prostu boi, że będzie miał córkę i wyrośnie jej taka gęba, jak jego.
Mimo zdenerwowania, Sören parsknął śmiechem. Pułkownik nie ustępował.
– Synu, przecież nikt ci się nie każe żenić. Dobre geny są ważne. Każda kobieta chętnie urodzi takie dziecko.
Sören w momencie stracił humor.
– Tak? A kto je potem wychowa?! – rzucił ostro. – W porządku, nawet gdybym... Przecież ja tkwię cały czas na pograniczu, nie wiadomo, ile lat to jeszcze potrwa. Co by ze mnie miało takie dziecko? Miałbym zostawić jakąś dziewczynę samą z tym wszystkim, jak Niels Lindę?
Poczuł, że ściśnięte gardło nie pozwoli mu powiedzieć więcej tak, by w jego głosie nie było słychać bezsilnej złości. Nadal nie mógł wybaczyć szwagrowi, że ten zaciągnął się wiedząc już, że jego osiemnastoletnia wówczas żona spodziewała się dziecka.
– Linda zna swoje miejsce. – Pułkownikowa przypomniała, nerwowo wyrównując serwetkę koło swojego nakrycia. Sören spojrzał na jej drżące palce, sunące po zgrzebnym, spranym lnie. – Oboje spełniają swoje obowiązki. Czasami to znaczy, że nie można być razem.
Rikard zacisnął usta.
– Ja też swego czasu byłem w Korpusie Pacyfikacji, prawie cały czas poza domem, i czy was źle wychowałem?
Sören przez chwilę starał się wytrzymać spojrzenie ojca, ale przegrał.
– Nie... – przyznał głucho. – Dobrze nas wychowałeś.
Złość najstarszego Hylandera znalazła ujście w kilku głębokich, wysilonych oddechach.
– Ja wiem... – Pułkownik podjął spokojniej, pojednawczo. – Ty masz te swoje dziwne pomysły, nie wiem, po kim. Chyba po babci... – kwaśno spojrzał na żonę – ale najważniejsze zasady to ja ci wpoiłem. Trzymasz się ich. Widzę to. Czego więcej potrzeba?
Znów zapadła cisza.
Sören powoli odsunął talerz, z którego zdążył zjeść zaledwie kilka łyżek zupy. Kątem oka dostrzegł karcące spojrzenie matki. Sam zresztą czuł się nieswojo. Marnowanie żywności było w czasie kryzysu niedopuszczalne, ale nie potrafił się już dłużej zmuszać do jedzenia.
– A jak tam starszaki? Nadal na obozie? – zagaił po chwili.
– To ty nic nie wiesz? Przecież prosiłam, żeby ci przekazali... Ej, dziecko, dziecko... – Pułkownikowa pokręciła głową. – No, Viktor, pochwal się.
Zagadnięty westchnął krótko.
– Dziewczynki są na obozie. Lisa dopiero zaczyna, ale nieźle sobie radzi, zwłaszcza ze strzelaniem i orientacją w terenie. Co do Fridy, to już prawie skończyła podstawowe obronne. Dalej będzie się uczyć na technika hodowli albo ekografa. Uważa, że to teraz najważniejsze i chyba ma rację. Czas odkrywki i adaptacji się kończy, teraz najważniejsze to dobrze rozumieć, co się dzieje z ekosferą. Przyjadą na przepustkę pod koniec kwietnia, ale nie wiem, czy się z nimi zdążysz zobaczyć. Pięknie rosną.
– Ale powiedz o Hassem. – Matka wykonała ponaglający ruch dłońmi.
– A Hasse... – głos Viktora stał się o ton niższy – Chce iść do szkoły kadetów – mężczyzna przyznał niechętnie.
Sören prychnął cicho.
– Jeszcze jego tam brakuje...
– O co ci chodzi?! – Rikard Hylander wyprostował się groźnie.
– Na przykład o to, żeby przestać dzieciom tłuc do głów, że trzeba koniecznie iść do wojska! – Sören spojrzał na ojca z twardą, gorzką desperacją.
Jego matka westchnęła cicho i zaczęła w milczeniu zbierać naczynia. Anne, z początku spłoszona, wstała, by jej pomóc. Pułkownik oparł obie dłonie o stół.
– A kto ich będzie bronił, jeśli będzie nas zbyt mało?!
Sören zacisnął szczęki. Świadomość tego, co zrobił, dopiero zaczynała do niego docierać. Odruchowo zerknął w stronę Viktora, tym razem nie udało mu się jednak napotkać spojrzenia brata. Ten siedział bez ruchu, sztywno wyprostowany, oddychając powoli i ciężko, bezmyślnie zapatrzony w sztućce, które ściskał w dłoniach nienaturalnie mocno.
– Nie wiem. Może nikt nie będzie musiał. Przecież ta wojna się kiedyś skończy – żołnierz odparł ponuro.
– Wtedy można będzie zrezygnować z przymusowego poboru, ale armia zawsze będzie potrzebna, żeby utrzymać porządek w regionach. A co do ofensywy, to każdy liczy na to, że się skończy, ale zanim to nastąpi, właśnie teraz trzeba rzucić do walki wszystkie siły. Leif nie żyje, zginął jak bohater, ale jest o jednego dobrego żołnierza mniej. Powinieneś się cieszyć, że chociaż twój bratanek zajmie jego miejsce, skoro ty nie potrafisz nawet...
Viktor, który do tej pory tkwił na swoim miejscu, nagle zerwał się i groźnie przechylił nad stołem.
– Cholera jasna, czy ty się w ogóle słyszysz?! – krzyknął ojcu w twarz. – Mówisz o moim synu! Chciałem mu przekazać coś innego, jakoś pokazać, że można się przysłużyć Paktowi inaczej, niż dając się zarżnąć na stepach Azji, że można służyć pracą, wiedzą, ale ty jakimś cudem już wyprałeś mu mózg. Udało ci się! Idzie do tej pieprzonej szkoły, a potem w Akademii ty i twoi koledzy nadal będziecie mogli napychać mu głowę bzdurami, aż zrobicie z niego maszynę bez serca, jak z Leifa i z... – urwał. Drgnął, zacisnął szczęki, nie udało mu się jednak całkowicie zapanować nad odruchem. Soren poczuł chłód, gdy ich spojrzenia na moment się spotkały. – Do diabła! – Viktor warknął przez zęby. – Przez ciebie prawie straciłem brata. Jeśli stracę syna... – Zaciął się i dokończył gardłowo: – Jeśli stracę syna, nie wybaczę ci tego!
Nie czuł nawet, kiedy żona podbiegła do niego. Dopiero, gdy po raz trzeci powtórzyła jego imię, spojrzał na nią nieobecnym wzrokiem.
– Kochanie, pamiętasz, co mi obiecałeś? – Anne spytała łagodnie, trzymając go za rękę.
Viktor pokiwał głową. Powoli zaczynał wracać do siebie.
– Spokojnie. Chodźmy już. – Kobieta pogładziła jego ramię, po czym z przepraszającym uśmiechem zerknęła na teściową. – Przyjdę jutro pomóc w porządkach. Teraz już musimy iść.
Nieco niepewna, zostawiła Wiktora przy stole, a sama postarała się jak najszybciej odnaleźć Alexa i pozbierać ich płaszcze, wiszące przy wejściu. Wróciła po męża. Ciągnąc go pod ramię, wyprowadziła go z domu Hylanderów.
Sören nie ruszał się z miejsca. Czuł na sobie ciężkie, przenikające go jak chłodny wiatr spojrzenie ojca. Chciał podnieść głowę, powiedzieć jeszcze coś, ale nie mógł. Palce zdrowej ręki wplótł we włosy i zacisnął je w pięść. W końcu Rikard Hylander przerwał milczenie.
– Idź, połóż się. Jesteś zmęczony. Nie jesteś sobą... – wyszeptał nerwowo. – Ja cię znam. Ty tak nie myślisz. Nie jesteś teraz sobą...

*** *** ***

Wieczory o tej porze roku były najgorsze. Wraz z nadejściem wiosny rześki, zdrowy mróz ustąpił miejsca wpełzającemu pod skórę, przesiąkniętemu wilgocią zimnu. Hylander czuł je tym dotkliwiej, że wciąż, mimo upływu czterech tygodni, był prawie tak samo słaby, jak tuż po opuszczeniu kwater medycznych. Bark goił się dobrze, sprawność w ręce powoli wracała, jednak to nie wystarczyło, by uspokoić mężczyznę. Gorączka zagnieździła się gdzieś głęboko w nim, czasami ustępowała na całe godziny, by powrócić przed nocą, nie pozwolić mu spać ani jeść.
Mimo przejmującego chłodu, Sören nie potrafił jeszcze zmusić się do powrotu do domu. Od kilkudziesięciu minut stał na granicy plamy światła, rzucanego przez solarną lampę, oświetlającą nocą wewnętrzny dziedziniec bloku. Nie chciał się ruszyć nawet mimo tego, że wilgotny mur, o który się opierał, wysączał z jego ciała resztki ciepła.
Sięgnął po kolejny papieros. Jak zawsze wciągał dym ostrożnie i płytko, chcąc poczuć tylko deilkatne mrowienie. Zrobił to zaledwie kilka razy, nim przełożył tlącego się skręta do lewej dłoni, a prawą wyciągnął przed siebie. Palce już mu nie drżały. Ostrożnie spróbował unieść rękę, sięgnąć w tył, dotrzeć do dobrze już mu znanej granicy, za którą nagle odzywało się promieniujące na całe ramię rwanie. Przełamał ją, poszedł krok dalej, w skupieniu poruszał różnymi grupami mięśni usiłując wyczuć ten obcy, towarzyszący mu wszędzie byt, jakoś się z nim pogodzić, nauczyć się z nim żyć. Codziennie udawało mu się odrobinę przesuwać granicę, jednak powoli zaczynał się godzić z myślą, że już nigdy nie będzie wolny od zrywów szarpiącego bólu.
Wyprostował się na dźwięk otwieranych wrót. Na tle pomarańczowej poświaty, rozjaśniającej korytarz, zobaczył sylwetkę Rikarda. Z początku chciał zgasić i wyrzucić papieros, udało mu się jednak powstrzymać bezensowny odruch. Nie potrafił jednak zdobyć się na to, by palić dalej przy ojcu. Opuścił rękę.
Pułkownik uczynił kilka kroków w stronę syna, zatrzymał się w połowie drogi między wejściem do domu, a kryjówką Sörena w rogu dziedzińca.
– Mówiłem, żebyś tego nie robił – rzucił sztywno.
Młodszy z mężczyzn spojrzał w dół. Kiepsko skręcony, wypełniony wilgotnym tytoniem papieros w jego ręce po chwili zgasł sam. Sören kucnął, by wcisnąć go w wypełnioną piaskiem zakrętkę od słoika, obok kilku innych petów. Podniósłszy się, wygładził kurtkę i poprawił rękawy.
– Nie jestem uzależniony – odparł bez przekonania.
– Być może, ale podkomendny, który cię zobaczy z papierosem nie będzie tego wiedział.
Żołnierz spojrzał na ojca ponuro. Chciał się odezwać, przypomnieć, że przez ostatnie lata dużo się zmieniło, nie chciał jednak prowokować kolejnej wymiany zdań. Zamiast tego zaczął powoli iść w stronę drzwi. Gdy zrównał się z Rikardem, ten oznajmił przyciszonym głosem:
– Mama już się położyła. Spróbuj jej nie obudzić.
Sören zatrzymał się na moment. Spuścił wzrok, a potem znów ruszył, jeszcze bardziej niechętnie.
– Mówiłeś jej? – spytał.
– Że nie wracasz? – Rikard założył ręce za plecami. – Nie, i nie mam zamiaru. Niepotrzebnie by się denerwowała. Może jeszcze próbowałaby cię zatrzymać.
Żołnierz nieznacznie pokiwał głową.
– Dziękuję.
Po kolejnych kilku krokach to Rikard zatrzymał się tuż przed żółtawym łukiem, rozmytą granicą światła padającego z wewnętrznego korytarza.
– Zdajesz sobie sprawę, że to, co zrobiłeś było bardzo nieodpowiedzialne? – Jego głos był zaskakująco łagodny i cichy.
– Tak.
– W tym wieku nie powinieneś już popełniać takich błędów.
Sören przesunął ciężar ciała z nogi na nogę. Żwir pod jego stopami zachrzęścił krótko, mężczyzna chciał odejść, ale zatrzymała go ledwie zauważalna zmiana w postawie ojca. Pułkownik wyprostował się, lekko uniósł głowę. Rozmowa jeszcze nie była skończona.
– Wiem. Dziękuję, tato.
Obaj czekali jeszcze chwilę, nie patrząc na siebie, nim przekroczyli próg domu.

*** *** ***

Sören po raz kolejny rozejrzał się niespokojnie po kantynie. Zaczynał żałować, że pozwolił namówić się na ten wypad, bo choć od zawsze miał słabość do córki Leifa, teraz bratanica zaczynała go po prostu męczyć. Nie pasował do radosnych i głośnych dwudziestolatków, przekrzykujących się nawzajem i niemal całkowicie zagłuszających sączącą się z adaptera składankę nu–bluesowych szlagierów.
W samym ciemnym, śmierdzącym piwem i dymem papierosowym lokalu niewiele się zmieniło od czasów, gdy z kolegami z roku spędzał tam niemal każdy wolny wieczór. Nawet stolik do piłkarzyków i tarcza do rzutek były te same. Sören nie był pewien, czy w wysuszonej, zmęczonej, rozdrażnionej kobiecie stojącej za barem nie rozpoznał dziewczyny, która kiedyś rozpalała wyobraźnię dorastających podoficerów.
Na chwilę dał się ponieść wspomnieniom i przestał słuchać monologu bratanicy. Zastanawiał się, czy sam też tak bardzo się zmienił. Nie potrafił już sobie przypomnieć, jakim był człowiekiem, gdy kończył Akademię i zaczynał służbę z głową pełną wiary w to, co robił; gdy po serii wykładów orientujących politycznie szedł z kolegami z roku do kantyny i aż do godziny policyjnej rozprawiał nad kuflem cydru o historii, wartościach i prawach człowieka; czy wtedy też wszystko wydawało mu się tak ważne; czy w jego spojrzeniu wtedy też był ten sam ogień, a jego głos drżał przejęciem i oburzeniem tak samo, jak głos Astrid tego dnia.
– Ja po prostu tego nie rozumiem... Czego by nie robić, nigdy nie jest zadowolony. – Dziewczyna prychnęła gniewnie. Sören przyglądał jej się z ciężkim sercem. Gdy widzieli się ostatni raz, przypominała jeszcze matkę, radosną i pełną życia. Teraz, choć twarz Astrid nadal była trójkątna i drobna, w jej postawie i ruchach Sören zaczynał dostrzegać coraz więcej cech jej ojca: dumną, jakby gniewną pewność siebie, nieustępliwość i hardość. Po latach ćwiczeń miała szerokie ramiona i mocne nogi, a jej oczy pod jasnymi, gęstymi brwiami zaczynały coraz bardziej przypominać oczy Leifa. Choć od jego śmierci minęło niecałe pół roku, Astrid nie wyglądała na przygnębioną. Teraz jej rodziną byli wykładowcy i koledzy z Akademii. Od lat prawie nie widywała ojca. Sören nawet ją rozumiał.
– Ty wiesz, wujek, że on nawet podobno chciał przekonać Ransakkera, żeby mnie nie dopuścił do egzaminu z analizy strategii w Małych Wojnach? Za jedno opóźnienie w oddaniu pracy? Jak tata żył, to jeszcze jakoś było, ale teraz dziadek już naprawdę daje do pieca.
Sören przesunął kciukiem po brzegu metalowego kubka, z którego pił cydr. Dopiero teraz dostrzegł cieniutką smużkę przyschniętego brudu i odruchowo zaczął go ścierać, zastanawiając się nad odpowiedzią.
– Co ja ci mogę powiedzieć? Spróbuj się nie przejmować. Jeszcze tylko trzy semestry. Dasz radę – odparł, wpatrzony w pajęczynowaty wzór zarysowań i spękań w pokrywającej kubek emalii.
– Ale jak tu się nie przejmować? To straszny hipokryta. Sam na wykładach opowiada o zaletach i przydatności bojowej kobiet, a potem żyć mi nie daje. Innym laskom też.
– Przecież wykłada zgodnie z programem, a przekonania ma jakie ma.
– Ta... on i ta jego matematyka. – Astrid oparła się o obitą spękanym, ciemnozielonym skajem kanapę i założyła ręce. Krótko ścięte włosy spadły jej na czoło. Odrzuciła je ruchem głowy. – Jeden żołnierz teraz, pięciu za dwadzieścia lat. Tylko po co?
Sören przekrzywił głowę.
– Jak to po co?
Astrid na chwilę znieruchomiała, po czym wyprostowała się gwałtownie. Dokładnie to samo robił Leif, gdy był oburzony.
– Ciągle ta cała kołomyja, ciągle ta sama propaganda. Faceci do broni, kobiety do rodzenia dzieci, żeby za dwadzieścia lat miał kto nosić broń, żeby żyło nas coraz więcej... ale po co? Wiesz, tak patrzę na ciocię Anne, na ciocię Lindę, na mamę... Każdy mówi, że ma się wybór, ale ja nie wiem, czy one naprawdę tego chciały. Co one mają z życia? I po co robić nowe dzieci, które też nie będą mogły żyć tak, jak będą chciały? Gdzie w tym wszystkim czas na siebie?
– Nie jesteśmy od tego, żeby żyć dla siebie.
– A kto jest?
Nie znalazłszy odpowiedzi, Sören zamyślił się, pochylił i oparł łokcie o stół.
– Widzisz, wujek, to jest właśnie to. – Dziewczyna mówiła coraz głośniej. – Bo o co tak naprawdę my walczymy? Z jednej strony reżim komunistyczny, z drugiej państwo wyznaniowe, a tutaj my, niby tacy liberalni, prawnie prawie wszystko można, ale spróbuj tylko zrobić coś niesocjoekonomicznego, niezgodnego z wytycznymi i od razu jesteś na widelcu. W czym jesteśmy lepsi od takich allahuakbarów czy żółtków?
Słysząc te słowa, żołnierz prychnął cicho.
– W niczym. Chociaż oni raczej sobie nie zadają takich pytań. Zresztą... o co ci chodzi? Przecież chciałaś służyć.
– I nadal chcę. Wszystko jest lepsze, niż bycie matką i nikim więcej. W wojsku przynajmniej mogę być sobą, tylko, że właśnie za to cały czas dostaję po nosie. Dziadek nie jest jedyny. Pełno ludzi uważa, że kobieta lepiej się przysłuży ETO robiąc dzieci na zawołanie. Ale tak naprawdę to co to jest ten cały Pakt? Przecież są tylko ludzie. Jednostki. Wszystko inne to wymysł.
– W porządku, ale gdyby wszyscy tak myśleli, stałoby się z nami to, co z prawojennymi. Trzeba widzieć granice. Myśleć o innych. Znać swoje miejsce.
Astrid przewróciła oczyma.
– Ja myślę o innych. Nikt nie będzie szczęśliwszy, jak rzucę wojsko i zacznę robić nowe pokolenie małych Hylanderków. Będzie to widać w papierach, jakiś socjoinżynier pokiwa głową i tyle. Ja rozumiem: robić coś, co mi przyjdzie łatwo dla kogoś, komu by to przyszło z trudem. Nie marnować środków. Pracować uczciwie, żeby inni nie mieli problemu. Nie zabierać tego, co mi nie jest potrzebne. Zaoszczędzić komuś większego kłopotu, jeśli to dla mnie mniejszy kłopot. Z tym się zgadzam, bo to rzeczywiście wpływa na innych, ale czemu mam się poświęcać, żeby ktoś tam za dwadzieścia lat miał lepsze statystyki?
– To nie ty decydujesz, co wpływa na innych. – Sören odparł twardo.
– A dlaczego nie? Myślisz, że człowiek nie potrafi sam tego ocenić? Sam sobie wyznaczyć granic?
– Nie muszę myśleć. Świat już to sprawdził i skończyło się wojną nuklearną. Ktoś, kto naprawdę rozumie skutki swoich działań raczej by nie wcisnął czerwonego przycisku.
– I co, dlatego my teraz mamy żyć tak, jakby poza sztabem centralnym i socjoinżynierami nikt nic nie rozumiał? – Astrid spojrzała na niego hardo.
Sören westchnął. Przez chwilę rozglądał się niespokojnie; jego wzrok prześlizgiwał się nad spiętymi ramionami i jasnymi włosami bratanicy, jakby jej tam nie było.
– Przecież ty też nie zawsze przestrzegasz zasad. – Astrid nie ustępowała. – Myślisz, że nie wiem? Dziadek dziadkiem, ale przez ciebie też jestem na cenzurowanym u innych prowadzących.
Sören zerknął na dziewczynę niepewnie i dostrzegłszy jej wyczekujące, żywe spojrzenie wbił wzrok w porysowany blat stołu.
– Nie zrozum mnie źle, wujek. Ja tam uważam, że dobrze zrobiłeś, ale teraz cię nie rozumiem.
– To nie jest takie proste. Są zasady i zasady. Jesteś młoda, pożyjesz trochę, to zobaczysz.
Zamiast się obruszyć, niespodziewanie dla mężczyzny, Astrid posmutniała, a przez jej twarz przebiegł ledwo zauważalny skurcz. Przez chwilę przyglądała się Sörenowi zamyślona, aż w końcu spytała dziwnie poważnym tonem:
– Dlaczego w ogóle wstąpiłeś do Akademii?
Żołnierz wzruszył ramionami, wciąż wpatrzony w pokrywający laminat wzór nierównych, jasnych kółek pozostawionych przez kufle.
– Kiedyś było inaczej. Wtedy jeszcze chodziło głównie o zapewnienie pokoju w granicach regionów, o dokończenie spisu ludności, o pomoc przy przesiedleniach... Dopiero później zaczęła się koncentracja na pograniczu.
– I co?
– I nic. Dużo się zmieniło, ale nadal mamy swoje obowiązki. Trzeba je spełniać, bo inaczej wszystko się posypie. Sytuacja w regionach jest stabilna, ale nie wiesz, co tak naprawdę jest ważne, żeby utrzymać porządek. Sztab centralny wie, co robi. Trzeba mu zaufać.
Dziewczyna jęknęła przez zęby. Sören nie był pewien, czy więcej było w tym złości, czy zawodu.
– Teraz mówisz dokładnie jak dziadek...
Kiedyś takie słowa podziałałyby na niego jak policzek, ale teraz Sören ku własnemu zdumieniu nie poczuł nic.
– Czasami ma rację – odparł beznamiętnie.
Astrid milczała przez chwilę, opierając się o kanapę, rozluźniona i jakby bezsilna. Podjąwszy najwyraźniej jakąś decyzję wyprostowała się, jednym haustem dopiła ciepłe, zwietrzałe piwo i wstała.
– Chodźmy. Niedługo zamykają.
Narzuciła kurtkę i szła już do wyjścia, gdy Sören wreszcie zebrał się na odwagę, by się odezwać:
– Astrid, poczekaj. Posłuchaj mnie.
Dziewczyna znieruchomiała, ale nie odwróciła się.
– Nie wiem, może rzeczywiście jestem już starym nudziarzem. – Oficer zaczął pojednawczo. – Ale ty?
Wciąż miał przed sobą jej szerokie plecy i napięte ramiona. Widział, że odetchnęła ciężko. W końcu Astrid drgnęła. Odwróciła jedynie głowę, ale Sörenowi udało się napotkać spojrzenie jej jasnych oczu.
– Nigdy się nie zmieniaj – dokończył.
Wyszli z baru wraz z ostatnimi gośćmi. Część z nich tak, jak Astrid musiała na czas wrócić do koszar pobliskiej Akademii Podoficerów. Hylander pożegnał siostrzenicę krótkim, mocnym uściskiem. Oddaliła się razem z grupką kolegów. Szła pewnym, szerokim, sprężystym krokiem, tego wieczoru jakby lżejszym, niż wcześniej. Sören obserwował ją przez chwilę, aż znikła za ziemnym wałem zwieńczonym drutem kolczastym i weszła na skąpany w świetle jupiterów dziedziniec. Nie miał ochoty jeszcze wracać, choć wiedział, że musiał się pospieszyć. Godzina policyjna wprawdzie od kilku lat nie obowiązywała, ale nadal utrzymywał się zwyczaj, by wracać do domów przed dziesiątą, a każdy, kto po tej godzinie włóczył się po ulicach mógł się spodziewać bacznej obserwacji i sprawdzania dokumentów przez żandarmerię. Przed tym losem nie chronił nawet oficerski mundur.
Sören oparł się o chropowatą ścianę. Otoczona drucianym koszem żarówka nad drzwiami obitymi blachą rzucała jeszcze odrobinę ciepłego światła na chodnik, ale wiedział, że za chwilę miała zgasnąć. Zauważył między betonowymi płytami kilka zeschłych źdźbeł perzu, które musiały umknąć ludziom porządkującym ulice. Schylił się, by je wyrwać. Wąski zaułek między murem Akademii a niskim, betonowym barakiem, mieszczącym kantynę, kiepsko zaopatrzoną trafikę i urząd pocztowy był zadbany i schludny, choć w spękaniach chropowatego, jakby brudnego tynku, drobnych zaciekach pod blaszanym dachem Sören wyczuwał coś, czego nie czuł nigdy wcześniej, choć pamiętał, że niewiele się zmieniło. Wcześniej musiał jednak nie dostrzegać tych drobnych oznak rozkładu i starzenia, albo nie zwracał na nie uwagi. Teraz to wszystko wzbudzało w nim irytację; nikłą, choć trudną do zniesienia, bo ukrytą gdzieś w podświadomości, umykającą uwadze i uporczywą.
Nie oderwał go od niej nawet odgłos zbliżających się kroków – Sören od razu poznał cywila – ani widok szczupłej sylwetki wyłaniającej się zza rogu budynku.
– Vik? – Sören odezwał się. – Co ty tu robisz?
– Szukam cię. Mama mówiła, że tu będziesz.
Viktor zatrzymał się w odległości kilku kroków. Przestąpił z nogi na nogę, jakby onieśmielony, i potarł dłonią kark.
– To głupie – ciągnął ciszej. – Chciałem z tobą pogadać i dopiero teraz mi się zebrało. Jutro jedziesz, więc już nie będzie okazji. Masz chwilę?
Sören nie odpowiadał. Niepewność starszego brata nieco go zaskoczyła, choć gdzieś w sobie miał ziarno świadomości, że właściwie tego się spodziewał.
– Jasne, że mam.
– To chodź. Odprowadzę cię.
W milczeniu przebyli prawie cały odcinek drogi między piętrowymi budynkami szkoły. Wylegitymowali się strażnikom i weszli do dzielnicy cywilnej. Trupioblade, ostre światło LED–ów wydzierające z ciemności każdy zaułek między budynkami rządowymi zastąpiły nikłe, bladoniebieskie ogniki solarnych lamp. Słupy z megafonami były tutaj wyższe i rzadziej rozstawione. Dopiero, gdy oddalili się od zasieków, Viktor zaczął ostrożnie:
– Nie zdążysz już pogadać z Hassem...
Sören nie musiał nawet domyślać się, o czym miałby rozmawiać z bratankiem.
– Myślisz, że mnie by posłuchał? – spytał.
– Jeśli nie ciebie, to już nikogo. Wiesz... – Viktor urwał; przygryzł wargę i zatrzymał się. – To nie jest tak, że ja z zasady mam coś przeciwko armii. Wiesz przecież.
– Wiem.
– Tylko po prostu... – Viktor niespodziewanie spojrzał bratu prosto w oczy. Z jego twarzy Sören wyczytał prawie bezbłędnie ukrytą, palącą rozpacz. – Po prostu nie on.
– Wiem – Sören powtórzył.
– Może, jakbyś dał radę. – Mężczyzna odwrócił wzrok. Zerkał jeszcze na młodszego brata niepewnie. Mówił spokojnym, równym i bezbarwnym głosem jak zawsze wtedy, gdy najtrudniej mu było zapanować nad sobą. – Po pierwszym roku jeszcze można zrezygnować, przysięga jest na początku drugiego.
– Vik. – Sören zacisnął zęby. – Ja raczej, wiesz... – Odetchnął i zaśmiał się nerwowo. – Raczej już nie wpadnę na Midsommer.
Dopiero po chwili do Viktora dotarło znaczenie tych słów. Znów spojrzał na brata. Z głośnym wydechem opuścił ramiona.
– W coś ty się wpakował, młody?
– Wiesz, że nie mogę ci powiedzieć.
Viktor drgnął. Przez chwilę Sören miał wrażenie, że chciał go objąć, ale coś mu przeszkodziło. Po raz pierwszy widział brata tak bezsilnego i jakby przygasłego. W końcu obudziła się w nim jedna myśl, a właściwie dotarło do niego, że zamierzał zrobić to już od dawna.
– Chodź. Chciałbym ci coś dać.
Ruszyli w stronę domu. Sören tak, jak zawsze, gdy coś postanowił – szybko i pewnie. Viktor został trochę w tyle, ale dogonił brata przy ciężkiej bramie bloku mieszkalnego, prowadzącej na dziedziniec, na który wychodziły drzwi do pomieszczeń zajmowanych przez poszczególne rodziny. Sören ostrożnie przekręcił klucz w zamku. W domu panowała niemal zupełna cisza. Szczeliną pod drzwiami do pokoju dziennego, w którym sypiali państwo Hylanderowie sączyło się żółtawe światło. Mężczyźni minęli drzwi. Sören pchnął następne, prowadzące do niewielkiej komórki, w której zazwyczaj przechowano narzędzia i suszono pranie, a w której teraz stało przeznaczone dla niego łóżko polowe. Zapaliwszy światło, sięgnął po metalową kasetkę, stojącą na regale z surowej sosny. Rozwinął na łóżku wydobyty z niej kawałek płótna, w którym ukryte było kolejne zawiniątko z irchy.
– Jeszcze nie wiem, czy zostawię wam wszystkie – zerknął na brata badawczo. Tak, jak się spodziewał, Viktor był zdezorientowany. – Ale chciałbym, żebyś ty je miał. Albo oddał mamie jak już będzie po wszystkim.
Usiadł na rozchwianym meblu i gestem wskazał gościowi, by zrobił to samo. Po kolei brał do ręki medale zawieszone na gęsto tkanych, krótkich wstążkach.
– To za to ostatnie. – Niemal z niesmakiem spojrzał na srebrny krzyż z wygrawerowanym wieńcem laurowym. – Za to, że dałem się trafić. Zupełna głupota.
Odłożył go na bok z właściwą sobie ostrożnością i dokładnością, lecz w pośpiechu, tak samo, jak kolejny medal – gwiazdę na granatowej wstędze.
– Ten nawet nie wiem, dlaczego dostałem. "Za męstwo na polu walki". Zawsze tak samo po prostu robiłem swoje i pewnego dnia ktoś stwierdził, że jednak tym razem to było coś wyjątkowego. Tak samo, jak ten. – Dołożył do stosiku kolejne odznaczenie, podobne do poprzedniego, ale mniejsze.
– O, a ten sobie zostawię. "Za nienaganną postawę i aktywność przekraczającą oczekiwania". To z pierwszego roku służby w Korpusie Pacyfikacji. Pamiętasz, jak Golfsztrom miał przerwę, przyszła ta półroczna zima i trzeba było przypilnować dystrybucji pomocy humanitarnej. Dużo się wtedy nauczyłem. Też właściwie nie uważam, żebym zasłużył, ale to było miłe. – Palcem wskazał niewielki, jasny krążek. – Albo wiesz co? Weź go i pokaż Hassemu różnicę. – Na dwóch otwartych dłoniach zestawił ze sobą medale za pomoc cywilom i za błąd popełniony w czasie akcji. Jeden z nich był lekki, już prawie wytarty, wykonany z cyny, a szorstka, bawełniana, niegdyś szara wstążka teraz wydawała się niemal brązowa. Drugi, solidny i ciężki, lśnił tak samo, jak pas tkaniny, której intensywna czerwień miała symbolizować przelaną krew.
Zerknął na Viktora badawczo. To, co zobaczył, nieco go uspokoiło.
– Wiesz... – Chciał nadal patrzeć na brata, ale nie umiał. Wbił wzrok w rozłożone na łóżku kawałki metalu i barwne prostokąty materiału. – Za to, z czego jestem najbardziej dumny prawie mnie rozstrzelali. To też mu powiedz. Pokaż mu to wszystko i spytaj, czemu chce iść do szkoły kadetów. Jeśli odpowie, że dlatego, zrób wszystko, żeby mu to wybić z głowy.
– A ty? Dlaczego to robisz?
Sören potrząsnął głową. Nie potrafił odpowiedzieć.
– Weź je. – Zaczął nerwowo układać medale na płótnie, które potem starannie złożył i zamknął w kasetce. Na narzucie pozostał tylko mosiężny emblemat w kształcie złożonych, opiekuńczych dłoni; ten, który Sören odpruł od swojego beretu, noszonego w czasie służby w Korpusie Pacyfikacji. Sięgnął po niego ostrożnie, wytarł, zawinął w irchę, w ostatniej chwili zawahał się jednak. Zastygł, trzymając zawiniątko w dłoniach, opuszczonych bezradnie na uda.
– Co jest? – Viktor spytał przyciszonym głosem. – Nie bierzesz tego? Przecież zawsze go nosiłeś.
Palce, przytrzymujące emblemat, poruszyły się nerwowo. Sören rozglądnął się po pokoiku, odetchnął głębiej, jakby chciał jak najszybciej odegnać natrętne myśli.
– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Jak chcesz, mogę ci zostawić. Obojętne.
– Nie wygłupiaj się. Weź to. – Ramiona Viktora drgnęły, mężczyzna pochylił się nieco do przodu. Milczał przez chwilę, kilka razy zdawało się, że chciał coś powiedzieć, jednak wciąż rezygnował, aż w końcu powtórzył miękko: – Weź, mówię ci.



Awatar użytkownika
Navajero
Pisarz
Pisarz
Posty: 4889
Rejestracja: czw 20 gru 2007, 17:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Bez powrotu fr. 2 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: Navajero » pn 02 lip 2018, 06:01

Tekst nie jest zły, choć trafiają się niezręczności, jak na przykład palce wysunięte ze stabilizatora barku ( między stabilizatorem, a palcami jest jeszcze spory kawałek ręki), ale nie w tym problem. A przynajmniej nie tylko w tym. Gorzej, że motywy bohaterów przedstawione są dość łopatologicznie, a to mocno obniża jakość. Generalnie podstawowową wadą tego tekstu jest to, że sporo mu brakuje do poziomu druku. Z jednej strony, nie popełniasz jakichś drastycznych błędów, z drugiej, w tym co piszesz nie ma iskry, czegoś, co mogłoby zainteresować czytelnika. Nie ma autentyczności. Narrator przekazuje co się dzieje, ale nie wywołuje to specjalnych emocji. Konkludując: możesz pisać dalej, licząc na to, że za jakiś czas poprawisz warsztat, albo cofnąc się o krok, rozłożyć swoje pisanie na czynniki pierwsze i skoncentrować się na wprawkach tematycznych poprawiając każdy element z osobna: dialogi, opisy, konstrukcję fabuły, sposób przekazu itp. Rekomendowałbym tę drugą opcję, pierwsza prawie nigdy się nie sprawdza, ale to już Twój/ Wasz (?) wybór.


Panie, ten kto chce zarabiać na chleb pisząc książki, musi być pewny siebie jak książę, przebiegły jak dworzanin i odważny jak włamywacz."
dr Samuel Johnson

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 369
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Bez powrotu fr. 2 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: MargotNoir » pn 02 lip 2018, 06:55

Cześć! Dziękuję za szybką reakcję z samego rana.

Cóż, trochę spodziewałam się takiego ogólnego odbioru i przeczuwałam, że teks może nudzić. Mam jednak kilka pytań.

Navajero pisze:Source of the post poprawiając każdy element z osobna: dialogi, opisy, konstrukcję fabuły, sposób przekazu

Co do konstrukcji fabuły i sposobu przekazu to już chyba sprawa jednocześnie zbyt szeroka i zbyt indywidualna na dyskusję w tym temacie, ale w którą stronę proponowałbyś iść z dialogami? Co w nich przeszkadza?

Navajero pisze:Source of the post Narrator przekazuje co się dzieje, ale nie wywołuje to specjalnych emocji.

Muszę przyznać, że tej uwagi nie rozumiem. W jaki sposób to narracja miałaby wywoływać emocje? Wydawało mi się, że to opisywane wydarzenia powinny je wywoływać (czy tak się dzieje, to już inna sprawa), a narracja po prostu ich nie przesłaniać.

Navajero pisze:Source of the post Gorzej, że motywy bohaterów przedstawione są dość łopatologicznie

Cóż, jak widać ciężko trafić. Przy pierwszej wersji spora część najważniejszych motywów w ogóle nie została zauważona przez niektórych "testerów".

Co do stabilizatora barku, wszystko zależy od typu. Są i takie, z których wystają czubki palców. Trzeba było bardziej zrozumiale to opisać.

Rozumiem, że nie musisz mieć ochoty dłubać w całym tekście, niemniej jednak byłabym bardzo wdzięczna za rozwinięcie myśli i jakieś ogólne wskazówki.



Awatar użytkownika
Navajero
Pisarz
Pisarz
Posty: 4889
Rejestracja: czw 20 gru 2007, 17:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Bez powrotu fr. 2 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: Navajero » pn 02 lip 2018, 08:04

MargotNoir pisze:Co do konstrukcji fabuły i sposobu przekazu to już chyba sprawa jednocześnie zbyt szeroka i zbyt indywidualna na dyskusję w tym temacie, ale w którą stronę proponowałbyś iść z dialogami? Co w nich przeszkadza?

Z dialogami jest podobnie jak z konstrukcją fabuły - zbyt szeroki temat, żeby omawiać je tutaj szczegółowo. Co przeszkadza? Nic specjalnego, są poprawnie napisane. Tyle, że to za mało. Przypatrz się jak robią to inni: Chandler, Hammet, Bułhakow, Boy-Żeleński.
MargotNoir pisze:
Navajero pisze:Source of the post Narrator przekazuje co się dzieje, ale nie wywołuje to specjalnych emocji.

Muszę przyznać, że tej uwagi nie rozumiem. W jaki sposób to narracja miałaby wywoływać emocje? Wydawało mi się, że to opisywane wydarzenia powinny je wywoływać (czy tak się dzieje, to już inna sprawa), a narracja po prostu ich nie przesłaniać.

Nie. Istnieją różne sposoby narracji, innymi słowy to od narratora zależy jak przedstawi bohaterów, ich przeżycia czy konkretne wydarzenia. Narracja przezroczysta którą ( prawdopodobnie) masz na myśli, to tylko jedna z opcji. I znowu, trudno tłumaczyć to w detalach, tym bardziej, że nie jestem polonistą, czy literaturoznawcą, wiem co jest nie tak, ale rozważania teoretyczne to nie moja działka. Zobacz jak to robią inni. Zwróć uwagę na styl narracji chocby u Bułhakowa czy Reymonta. Albo Sienkiewicza. I porównaj ze swoim.
MargotNoir pisze:Co do stabilizatora barku, wszystko zależy od typu. Są i takie, z których wystają czubki palców. Trzeba było bardziej zrozumiale to opisać.

To chyba niezupełnie tak, są stablizatory barku i stabilizatory barku i ramienia, na sali jest lekarz ( Misieq), więc możesz zasięgnąć opinii fachowca, jednak nie w tym rzecz. W literaturze ważne jest stosowanie słów zgodnie z ich znaczeniem. Jeśli mówisz o barku, czytelnik wyobraża sobie określoną część ciała, to znaczy bark. A bark od palców dzieli spora odległość.
MargotNoir pisze:Rozumiem, że nie musisz mieć ochoty dłubać w całym tekście, niemniej jednak byłabym bardzo wdzięczna za rozwinięcie myśli i jakieś ogólne wskazówki.

Generalnie masz za słaby warsztat. Nie w ogóle słaby, jest na całkiem przyzwoitym poziomie, ale za słaby na to, aby tekst poszedł do druku. No, chyba, że będziesz miała szczeście wojenne, ale tak czy owak, nie wróżyłoby to specjalnej kariery literackiej. I o ile piszecie jeden tekst we dwie, to przestańcie. To jest dobre dla celów szkoleniowych, ale pisanie na poważnie jest czynnością indywidualną i intymną. Tu nie ma kumpli. Albo posiadasz warsztat i talent na opowiednim poziomie, albo nie. A wiem co mówię, bo swego czasu napisałem kilka tekstów w parze, a jeden nawet w tercecie :)


Panie, ten kto chce zarabiać na chleb pisząc książki, musi być pewny siebie jak książę, przebiegły jak dworzanin i odważny jak włamywacz."

dr Samuel Johnson

Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4276
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Bez powrotu fr. 2 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: Rubia » pn 02 lip 2018, 22:54

Dla mnie cały ten rozdział jest bardzo statyczny. Bohaterowie wyjaśniają sobie nawzajem swój stosunek do rzeczywistości i do własnych ról życiowych. Owszem, to jest potrzebne czytelnikowi i spotkanie rodzinne przy wspólnym stole stanowi doskonałą okazję, żeby przedstawić zróżnicowanie postaci. Nie tylko kim są, czym się zajmują, lecz również - jak reagują na świat, który ich otacza. Ale np. cała rozmowa Sorena z Astrid wydaje mi się zbędna. Nie ma żadnego uzasadnienia - poza takim ogółnożyciowym, że skoro on przyjechał do rodziny, to może się spotkać również z bratanicą - dla umieszczenia jej właśnie w tym miejscu. Ani to spotkanie nie posuwa akcji naprzód, ani nie buduje relacji między obojgiem: rozmawiają (a właściwie wymieniają poglądy), rozstają się, i tyle. Nie mam nic przeciwko samej Astrid, lecz to nie jest dobry sposób na wprowadzenie do akcji nowej osoby, zwłaszcza że sama akcja też jest nikła. Postać powinna pojawiać się dokładnie wtedy, kiedy jest potrzebna. Do czego była potrzebna Astrid w tym rozdziale? Lepiej wypadają relacje Sorena z Viktorem; prośba o to, by młodszy brat porozmawiał z Hassem i odmowa z domyślnym "coś się za tym kryje" wychodzą poza czystą wymianę informacji, ale - jak na moje wyczucie - tekst by wcałe nie stracił, gdyby był to epizod kończący rodzinną kolację, a wraz z nią cały rozdział.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 369
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Bez powrotu fr. 2 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: MargotNoir » wt 03 lip 2018, 08:30

Navajero, Z ciekawości sięgnełam po Hammeta i Chandlera, nie znałam ich wcześniej. Cóż, pouczająca obserwacja. Chyba zaczynam rozumieć, o co chodzi.

Rubia,

Również dziękuję za komentarz i uwagi.

Rubia pisze:Source of the post ani nie buduje relacji między obojgiem: rozmawiają (a właściwie wymieniają poglądy),
Ciekawa obserwacja jeśli chodzi o budowanie relacji, a raczej jego brak.

Postać powinna pojawiać się dokładnie wtedy, kiedy jest potrzebna. Do czego była potrzebna Astrid w tym rozdziale?

Dokładnie do tego, by porozmawiać z Sorenem. To trochę polemika z jego rozmową z ojcem. Zależało nam na tym, aby na samym początku dobrze pokazać poziom, z którego Soren wyrusza w swoją podróż i na ten obraz składają się trzy kolejne rozmowy. Miały pokazać go jako człowieka, który "wie, że dzwonią, ale nie wie w którym kościele": czasami potrafi stanąć okoniem, kiedy przeczuwa, że coś godzi w fundamenty jego moralności, ale nie potrafi ich nawet ubrać w słowa. Szybko ustępuje, ogólnie jest bierny i ma mało odwagi cywilnej. Nie jest jeszcze gotowy, żeby zbudować spójny i kompletny światopogląd, "coś mu świta", ale do dojrzałości daleka droga. Pojawiają się takie zdania jak "nie muszę myśleć", "my nie jesteśmy od tego, żeby żyć dla siebie" (przy czym postać nie potrafi odpowiedzieć na pytanie "a kto jest?"), "jak to po co?" (w odniesieniu do narzucanej społeczeństwu dość głupiej zasady). Widzi i docenia młodzieńczy zapał wynikający z tendencji do buntu i charakteryzującej wiele nastolatek skłonności do "filozofowania" z dużą pewnością siebie, nawet trochę go zazdrości, ale sam widzi, że gdzieś po drodze wytracił już ten impet. Jest zawieszony pomiędzy młodzieńczym, chaotycznym, emocjonalnym "wyszczekaniem" a asertywnością dojrzałego, pewnego swoich poglądów człowieka. To zawieszenie między dwoma etapami życia jest źródłem słabości, którą Soren interpretuje jako oznakę starczego uwiądu i kompletnego geriatrycznego zgrzybienia.

I znów wydawało mi się, że to w tekście widać, a okazuje się, że niekoniecznie. To bardzo cenna obserwacja.

Rozumiem jednak, że takie nagromadzenie statycznych rozmów może zniechęcać.

Cieszy mnie, że relację z Viktorem odebrałaś jako bardziej żywą (co pewnie nie było trudne w zestawieniu ze sztywną wymianą poglądów).



Awatar użytkownika
Navajero
Pisarz
Pisarz
Posty: 4889
Rejestracja: czw 20 gru 2007, 17:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Bez powrotu fr. 2 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: Navajero » wt 03 lip 2018, 08:43

MargotNoir pisze:Source of the post Navajero, Z ciekawości sięgnełam po Hammeta i Chandlera, nie znałam ich wcześniej. Cóż, pouczająca obserwacja. Chyba zaczynam rozumieć, o co chodzi.

To dobrze :)


Panie, ten kto chce zarabiać na chleb pisząc książki, musi być pewny siebie jak książę, przebiegły jak dworzanin i odważny jak włamywacz."

dr Samuel Johnson

Awatar użytkownika
Czarna Emma
Umysł pisarza
Posty: 748
Rejestracja: ndz 13 sie 2017, 16:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdzieś w Przedwojniu
Płeć: Kobieta

Bez powrotu fr. 2 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: Czarna Emma » wt 03 lip 2018, 13:04

Margot, przeczytałam. Sprawny język, ale jakoś mnie ten fragment nie wciągnął. Brak mu moim zdaniem iskry, tego "czegoś", co przykuje czytelnika na podłogi i sprawi, że doczyta do końca.
Ładne masz natomiast scenki rodzajowe. :)


obrazek
Kliknij obrazek, aby powiększyć

Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4276
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Bez powrotu fr. 2 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: Rubia » wt 03 lip 2018, 21:17

MargotNoir, ja o rolę Astrid pytałam trochę retorycznie... :) To, co piszesz o Sorenie, dałoby się znakomicie ująć w jego monologu wewnętrznym, np. nocą po spotkaniu rodzinnym. I nawet Astrid dałaby się w tym zmieścić, gdyby wcześniej dziadek (albo ktokolwiek inny) krytykował ją za postawę buntowniczą. Soren mógłby jej pozazdrościć tego buntu, myśląc równocześnie, że dla niego przeminął dobry czas na podobne manifestacje. Natomiast ich rozmowa... Wiesz, gdyby Astrid czegokolwiek chciała od Sorena, choćby czegoś w rodzaju protekcji, gdyż chciałaby trafić tam, gdzie on niegdyś służył, gdyby on musiał jej odmówić - coś by się zaczęło dziać między nimi, a spotkanie miałoby jakąś temperaturę. (Tak sobie szybko wymyśliłam, wiem, że trzy semestry przed końcem szkoły to nie jest dobra pora, żeby o tym myśleć, lecz chciałam znaleźć jakiś łącznik między obojgiem). Nie byłoby efektu gadających głów. Nawet (niesprawiedliwy) zarzut na koniec: jesteś dokładnie taki sam, jak twój ojciec! albo (niesłuszne) uogólnienie: bo wy chcielibyście tylko, żebym ja... skierowane wprost do Sorena, miałyby niebagatelne znaczenie dla nadania tempa rozmowie i stworzenia napięcia między interlokutorami. A to się bardzo liczy wówczas, kiedy rozmowy zastępują akcję.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 369
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Bez powrotu fr. 2 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: MargotNoir » wt 03 lip 2018, 21:50

Cóż, coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie potrafię czytelnie przekazać swoich intencji.

Tutaj problemem może być to, że tekst miał pokazać, jak bardzo patologiczną rodziną są Hylanderowie. Emocjonalnej, otwartej, szczerej komunikacji między nimi nie ma i nie może być. Wiemy już, jak Rikard traktuje własne dzieci, a z ust Viktora wiemy, że Leif, czyli ojciec Astrid, przekazał ten model dalej (stał się maszyną bez serca). W takich rodzinach wszystko odbywa się w półsłówkach, drobnych gestach - stąd tyle didaskaliów.

Takie infantylne, histeryczne wybuchy ("Jesteś dokładnie taki sam, jak twój ojciec!" "Bo wy chcielibyście tylko, żebym ja...") to, przynajmniej w moim odczuciu, zupełnie nie ten klimat. Astrid jest bardzo młoda, ale nie jest bezstresowo wychowanym wrażliwcem z liceum plastycznego, który wzrastał w akceptującym domu ze wspierającymi rodzicami. W jej świecie emocje to choroba. Wcześniej, kiedy Viktor traci przy ojcu głowę i wybucha, wszyscy zachowują się, jakby miał atak choroby psychicznej, odwracają wzrok, udają, że nic się nie stało, są zażenowani jego reakcją. Rikard nie chce do siebie dopuścić myśli, że Soren mógłby się z nim nie zgadzać i szybko wymyśla najprostsze usprawiedliwienie dla jego dziwnej, emocjonalnej reakcji - gorączkę i wyczerpanie. Astrid nie pozwoliłaby sobie na zrobienie sceny, nawet nie przyszłoby jej to do głowy. To kolejna rzecz, która wydawała mi się oczywista.

Sugerujesz też, o ile dobrze rozumiem, że w mięsnym, dobrym dialogu pomaga konflikt lub przynajmniej próba wywołania określonej reakcji.

Astrid chce czegoś - chce potwierdzenia. Chce się utwierdzić w przekonaniu, że pozostając na obranej przez siebie drodze ma szansę się spełnić, zachować tożsamość, realizować własne cele, służyć własnym ideałom. Chciałaby w Sorenie widzieć siebie za dziesięć lat. Spodziewa się zobaczyć wzór, kogoś, kto da jej siłę i nadzieję, a zamiast tego widzi biernego, zagubionego starego chłopczyka. Jest zawiedziona, rozczarowana, trochę wściekła, trochę załamana. Soren przyznaje się do słabości, prosi o wybaczenie i właściwie nie wiemy, czy je dostaje.

Jak rozumiem, tego tutaj nie widać. Kolejne pudło. Naprawdę ciekawie się poznaje Wasze opinie i odczucia. Jest to niezmiernie pouczające.

Co do wewnętrznego monologu... można i tak, chociaż póki jest szansa, że uda się inaczej, wolę unikać takich zabiegów. Kolejna kwestia do przemyślenia.



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4276
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Bez powrotu fr. 2 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: Rubia » wt 03 lip 2018, 22:29

MargotNoir, ja naprawdę nie wnikam w to, jaką postacią jest Astrid, w tym sensie, że ja jej za Ciebie nie napiszę i nie mam zamiaru dostosowywać jej do moich upodobań :) Nieważne, czy jest nieśmiała i wycofana, czy narzucająca się i histeryczna. Mi chodzi wyłącznie o to, żeby pomiędzy rozmawiającymi coś się zaczęło dziać w sensie emocjonalnym. Niechby to nawet były pretensje czy wyrzuty, ale cokolwiek. Zresztą, jak napisałam w pierwszym komentarzu do tego fragmentu - Astrid jest w nim właściwie zbędna. Ale skoro jest, to jej obecność mogłaby służyć czemuś innemu, niż kolejna wymiana informacji.
W prologu - bohaterowie wymieniają informacje.
W pierwszym rozdziale - również.
W drugim - nie robią nic innego. Też wymieniają.
Didaskalia mnie się podobają, opisy są zgrabne i sugestywne, mimo że przydałoby się trochę korekt.
I nie, wcale nie odbieram rodziny Hylanderów jako "głęboko patologicznej", chociaż zdziwiłam się, że matka powitała dawno niewidzianego syna stwierdzeniem, że ojciec byłby niezadowolony, gdyby zobaczył go przyjeżdżającego samochodem. Mogłaby się mimo wszystko ucieszyć, że dziecko wróciło. No, ale jednak przygotowała dobre jedzenie, więc może w ten sposób wyraża się jej czułość :wink:. Dominujący ojciec-wojskowy to jeszcze nie patologia, przynajmniej taką mam nadzieję.
Ale to, jacy są Twoi bohaterowie, to jedna sprawa. Inna natomiast, to sposób, w jaki ich prezentujesz czytelnikom. I tutaj ten nadmiar dyskursu wydaje mi się poważnym obciążeniem tekstu.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 369
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Bez powrotu fr. 2 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: MargotNoir » wt 03 lip 2018, 22:37

Rubia pisze:Source of the post Mi chodzi wyłącznie o to, żeby pomiędzy rozmawiającymi coś się zaczęło dziać w sensie emocjonalnym.

A mi chodzi właśnie o to, że byłam przekonana, że się dzieje i to bardzo dużo. Właśnie to miałam na myśli pisząc, że cała ta dyskusja pokazuje mi przede wszystkim, że nie potrafię przekazywać czytelnie swoich intencji.



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4276
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Bez powrotu fr. 2 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: Rubia » wt 03 lip 2018, 22:57

Wiesz, chyba minął czas dialogów z "Czarodziejskiej góry". Ale Nav podsunął Ci kilku autorów :)
A poza tym - przeczytaj na głos rozmowę Astrid z Sorenem. Wtedy łatwiej będzie Ci wyłapać, czym rózni się naturalna, żywa rozmowa od publicystyki rozpisanej na głosy.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Kruger
Umysł pisarza
Posty: 942
Rejestracja: śr 12 paź 2011, 09:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Bez powrotu fr. 2 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: Kruger » śr 04 lip 2018, 09:33

Ja się tak trochę wtrącę... Przyznaję, że samego tekstu nie przeczytałem, ale mam taką uwagę ogólną. Pewną myśl wyraził Navajero, z czym bardzo się zgadzam i chcę podkreślić.
Navajero pisze:Source of the post Z jednej strony, nie popełniasz jakichś drastycznych błędów, z drugiej, w tym co piszesz nie ma iskry, czegoś, co mogłoby zainteresować czytelnika. Nie ma autentyczności. Narrator przekazuje co się dzieje, ale nie wywołuje to specjalnych emocji. Konkludując: możesz pisać dalej, licząc na to, że za jakiś czas poprawisz warsztat, albo cofnąc się o krok, rozłożyć swoje pisanie na czynniki pierwsze i skoncentrować się na wprawkach tematycznych poprawiając każdy element z osobna: dialogi, opisy, konstrukcję fabuły, sposób przekazu itp. Rekomendowałbym tę drugą opcję, pierwsza prawie nigdy się nie sprawdza, ale to już Twój/ Wasz (?) wybór.

Obserwuję od dawna sporo przychodzących na Wery (i czasem na "mój" drugi portal) wannabe-pisarzy, którzy mają gotowe pomysły i chcą od razu przystąpić do realizacji. I już mogą pierwsze fragmenty/rozdziały pokazać.
Przeważnie od razu widać, że jest słabo. Człowiek oczytany niekoniecznie musi być "opisany" (w sensie łatwego wyrażania myśli w formie literackiej). I raczej rzadko jest. Wy macie bonus na starcie, jedna głowa jest po filologii, ale to też nie gwarantuje sukcesu bez oćwiczenia.
Wybór pierwszej drogi, o której pisał Navajero, to wybór niekoniecznie drogi krótszej, za to związanej z większą ilością frustracji. Bo czy da się ćwiczyć na kolejnych rodziałach to, czego dowiedzieliśmy się z uwag do rozdziałów poprzednich? Da się. Ale za pół książki gdy faktycznie wyrobisz (wyrobicie), MargotNoir, styl (itp.), może się okazać, że te pół książki jest do wyrzucenia. Że wymaga takiej horrendalnej ilości cięcia i poprawek, że trzeba zacząć pisać od początku. A to frustrujące.
Można też, jak sugeruje Navajero, pozostawić ten pomysł na powieść w spokoju (na razie) a poćwiczyć na krótszych formach. Na scenkach, miniaturach i opowiadaniach. Poćwiczyć konkretne elementy osobno lub razem. Pobawić się stylami, trickami, rodzajami narracji. Niech styl i warsztat się wykują w boju. I to jest IMHO najlepszy sposób.

Tutaj dojdę do powodu, dla którego dotąd nie czytałem tych fragmentów. W ogóle to mam do fragmentów niechęć. Na podstawie fragmentu ocenię styl, dialogi. Nie ocenię fabuły, jej konstrukcji, zamknięcia, domknięcia wątków pobocznych, konstrukcji bohaterów.
Dlatego do fragmentów sięgam niechętnie, a już szczególnie, jak wrzucają je nowi użytkownicy - nie wiem jeszcze co umiem, a już powieść piszę! Tak to widzę. Nie, nie jest zabronione wrzucanie fragmentów, ale IMHO jest kontrproduktywne, szczególnie w przypadku, gdy się dopiero zaczyna tę zabawę.
Przemyślcie to sobie Margot(s) Blanc et Noir. To nie musi być stracony czas. Ćwiczyć możecie przecież pisząc scenki czy opowiadania z uniwersum tworzonego w tej powieści. Mogą powstać jako opowiadania poboczne, ale może da się ich kiedyś użyć w powieści? Kto wie.



Awatar użytkownika
Sambor
Pisarz domowy
Posty: 59
Rejestracja: śr 26 lip 2017, 05:24
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Queensland
Płeć: Mężczyzna

Bez powrotu fr. 2 (quasi-powieść drogi w realiach postapo/dystopian future)

Postautor: Sambor » sob 07 lip 2018, 12:49

No więc mamy podchorążych (których tu nie widać) i kadetów. Podchorążowie są słuchaczami akademii wojskowej, kadeci, nastolatkowie, w najlepszym przypadku umundurowani uczniowie szkoły średniej. Kadeci nie są wojskiem.

Tu „kadet” (kadet czy podchorąży?) odwozi majora, jakby służbowo, samochodem służbowym (?). Jeśli kadet, to jest chłopcem i nie ma nawet prawa jazdy, jeśli podchorąży, słuchacz akademii, to nie pełni obowiązków kierowcy, nawet okazyjnie. Od tego jest kompania funkcyjna z różnymi zawodami.
Ich rozmowa odbiega daleko od obyczajów wojskowych. „Chłopak” nie zgadza się z tym, co major chce zrobić. No i ten stopień wojskowy Sörena, ojciec pułkownikiem on majorem. Obaj są starszymi oficerami. Pasuje tu bardziej porucznik lub podporucznik.

Podoficerowie nie są dorastający, są dorośli.

Major jest żołnierzem, ale nazywanie kogoś żołnierzem w takich zdaniach, jak u Ciebie, mogło by pasować bardziej do szeregowego. Można powiedzieć do majora: jesteś żołnierzem. On może powiedzieć: jestem żołnierzem. Mówienie, powtarzanie: żołnierz popatrzył, żołnierz odwrócił się, o majorze, jest lekceważące.
Przeczytałem cały tekst, także, dość pozytywne komentarze, ale dla mnie, nie jest on wystarczająco wygładzony. Trudno się to czyta.
Zwrócono mi uwagę, że nie piszę komentarzy do prac innych ludzi, no więc, to jest ten mój drugi komentarz.
Wybacz Margot, że na Ciebie trafiłem.




Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości