Bez powrotu (sfi-fi/fantastyka/postapo)

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 362
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Bez powrotu (sfi-fi/fantastyka/postapo)

Postautor: MargotNoir » ndz 24 cze 2018, 20:06

Miałam nie wstawiać, zanim nie rozgoszczę się na forum, ale BlancMargot już nie może się doczekać.

Początek dłuższego tekstu (proto-powieści?). Tutaj prezentuję prolog i fragment pierwszego rozdziału. Wiem, że to nie jest zalecana przez Was taktyka, ale już trudno, bijcie. To nie jest pierwszy napisany przeze mnie tekst, nie jest też pierwszym, napisanym przez BlancMargot, która jest koncepcyjną współautorką. Cóż, chyba więcej kajania tylko zdenerwuje, niż złagodzi obyczaje.

Tekst zawiera śladowe ilości wulgaryzmów i scen, które mogą zostać uznane za drastyczne.

Bez powrotu (tytuł roboczy, bo jest kwestionowalnie chwytliwy)

PROLOG
– Wy, młodzi, ciągle mylicie te dwie rzeczy. – Stary Lapończyk od niechcenia pogrzebał osmalonym patykiem w ognisku. Ułożył lekkie, wypalone i spękane, tlące się tylko miejscami polana, chcąc wydobyć z nich jeszcze odrobinę ciepła. Gdy mu się udało, rozsiadł się wygodniej, oparł patyk o złożoną na ziemi kulbakę, na której siedział, i zatarł ręce, by się ogrzać. – Nie świętujemy Upadku ani Ostatniej Wojny. Nikt nie świętuje. Dzisiaj pijemy za Dzień Bez Powrotu. Macie tam coś jeszcze?
Młody mężczyzna niechętnie wstał ze swego miejsca. Wydobył zza pazuchy piersiówkę, by wsunąć ją w wyciągniętą z oczekiwaniem dłoń starca. Pociągnąwszy niewielki łyk, Lapończyk podsunął wódkę siedzącej obok kobiecie. Ta potrząsnęła głową.
– Wiecie co? Tak się zastanawiam... - zaczęła sennie. – Dlaczego właściwie oni to zrobili? Jakoś mi się nie chce wierzyć, że dla nas.
Rozległ się cichy trzask, gdy jeden z ostatnich żywych, gwałtownych płomieni posłał w górę snop iskier. Kilkoro z ludzi śpiących w śpiworach i futrzanych posłaniach wokół ogniska poruszyło się niespokojnie.
Starzec w zadumie pokiwał głową.
– Dla nas, nie dla nas, co za różnica? To była jedyna dobra rzecz, jaką jeszcze mogli zrobić.
Młody mężczyzna strząsnął igliwie z ułożonej na pogniecionej karimacie owczej skóry, nim z powrotem usiadł na niej z kolanami podciągniętymi pod brodę.
– Co innego im zostało? – Wzruszył ramionami. – Ich czas się wypełnił. Tak, jak przepowiadano.
Stary Lapończyk zaśmiał się krótko i ochryple.
– A tam przepowiadano. – Machnął ręką. – Nie trzeba było proroka, żeby wiedzieć, że to wszystko pójdzie w diabły. Wymyślili sobie drugi świat, taki, w którym nic nie było prawdziwe, wszystko tworzyło się samo ze słów i obrazów, tak, jak sobie tego zażyczyli. Tam każdy mógł być duchem, a inni widzieli go takim, jakim chciał być widziany. Rozmawiali ze sobą przez szkło, cały świat widzieli przez szkło, a na tym szkle wyświetlały się obrazy, jakie tylko im się zamarzyły. To był świat pełen cudów, ale takie coś nie może trwać...
Kobieta skuliła się, szczelniej owinęła się termoizolacyjną płachtą. Z żalem zapatrzyła się w nikłe, senne płomienie.
– Kurde blaszka, akurat tego mi szkoda. Strasznie bym coś takiego chciała chociaż zobaczyć. – Westchnęła.
Starzec mocno i szybko potarł jej ramiona, by ją rozgrzać. W nocnej ciszy, ożywianej jedynie słabymi głosami rozmawiających, szelest spękanych rękawic, ocierających się o gruzełkowaty, syntetyczny rip-stop zabrzmiał niepokojąco głośno.
– No, niby masz rację, kruszyno. – Lapończyk uśmiechnął się kwaśno. – Kto by nie chciał tak żyć? Nie dziwota, że tak ich do niego ciągnęło. Ale widzisz, było tam też pełno kłamców. Potem kłamstwo wylazło z ich świata i zaczęło zjadać ten prawdziwy. Podobno niektórzy siedzieli w tym sztucznym tak mocno, że zapomnieli, że rzeczywistość się nie składa ze słów, że się nie zmieni tak, jak zechcą. To ich zabiło. Nie żadna wojna. Do końca Wojny dożyło ich podobno jeszcze dużo. Pochowali się w schronach i mieli tam jak w raju, albo jeszcze się trzymali starych miast. Dopiero po Dniu Bez Powrotu wymarli. Nie umieli żyć w prawdziwym świecie, a swojego już nie mieli... - Starzec zastanowił się, poskrobał po pokrytym sztywną szczeciną policzku. Pociągnął kolejny łyk wódki, nim oddał piersiówkę towarzyszowi. - Tak swoją drogą, to to twoje proroctwo coś chyba pokiełbasiło. O ile dobrze pamiętam, tęcza oznaczała przymierze, a nie to, że wszystko idzie w diabły, a tu proszę. Największa tęcza świata zabrała ze sobą do piachu ładne trzy miliardy ludzi.
Młody mężczyzna mruknął z niechęcią. Po chwili zastanowienia wyjaśnił jednak spokojnie, choć ponuro:
– Potop wygubił grzeszników. Przymierze go zakończyło.
Starzec uniósł brwi, powoli pokiwał głową na boki. Nim zdążył odpowiedzieć, kobieta odezwała się z przejęciem:
– Myślisz, że to naprawdę wyglądało tak, jak mówią? – Spojrzała w górę, na pasma zielonkawego światła, falujące leniwie na tle granatu nieba. – Już zwykłe zorze są super, a wtedy tyle atomów na raz wzbudziło... To musiało być niesamowite.
O, tak... – Lapończyk przytaknął z ciepłym uśmiechem. – Tęczowa bomba... – Westchnął, pokręcił głową. – Nie wiem, kto to tak nazwał. Podobno w ogóle tak nie wyglądało. Raczej jakby na raz zaczęły z nieba spadać wszystkie gwiazdy, drobne i kolorowe, albo jak deszcz iskier. Albo jak wielka, naprawdę wielka zorza we wszystkich kolorach. Rodzice opowiadali, że to był widok nie do zapomnienia. Mama była zła, bo babcia, to znaczy jej mama, zaganiała ją do domu, a ona strasznie chciała patrzeć.
Czemu do domu? - Młoda kobieta spytała z zaciekawieniem.
Znów rozległ się chrapliwy, suchy, cichy śmiech.
Czemu do domu... - Stary mężczyzna mruknął pod nosem. - Ciekawe, co ty byś zrobiła? - Zwrócił się do towarzyszki. - Przecież nie rozumieli, co się działo. Dziadkowie domyślali się, że to jakaś nowa broń, ale nie było jak dowiedzieć się, co ten widok znaczył. Wtedy było inaczej, niż teraz. Całą wiedzę mieli prawojenni, a nasi żyli spokojnie na uboczu, uprawiali ziemię, mnożyli zwierzęta. Sprawy prawojennych to nie były nasze sprawy. Jak przyszła Wojna, to podobno z początku nawet nie było tego czuć. Dzień mijał za dniem tak, jak zawsze, aż pewnego dnia świat prawojennych zaczął umierać. Mama mówiła, że dziadkowie oglądali wiadomości, słuchali radia, wiedzieli, że coś niedobrego zaczęło się dziać w Ameryce, Północnej Afryce i Korei, ale jak Wojna rozpętała się na dobre, to dowiedzieli się tylko o pierwszych rakietach transkontynentalnych, a potem wszystko powoli cichło. Radiostacje i stacje telewizyjne milkły jedna po drugiej. Sztuczny świat, wiecie, dziadkowie tam zaglądali, żeby się czegoś dowiedzieć, on jeszcze istniał, ale już był prawie martwy. Tylko w niektórych miejscach pojawiały się nowe słowa. Czasami udało się zdobyć jakieś wiadomości, ale było ich coraz mniej, coraz rzadziej. Za to przyroda się zmieniała. Kobiety roniły, bydło chorowało, ginęły renifery i ryby. Zaczęły przylatywać nieznane ptaki, a znane gdzieś się podziały. Niebo poszarzało. Słońce było zimne. Ostatnie lato przed Dniem Bez Powrotu trwało miesiąc. Ale jakoś się jeszcze dało żyć. Było ciężko, ale się dało. Ludzie mogli dalej hodować zwierzęta i próbować sobie radzić. Dopiero, kiedy pierwszą wioskę w naszej okolicy zniszczył nalot źle zaprogramowanych dronów, można się było zacząć bać. Mama mówiła, że to było najgorsze. Nie zima, nie głód, nie pomory, tylko właśnie te maszyny...
Lapończyk zamyślił się. Nachylił się, oparł dłonie o kij, który wbił w ziemię u swoich stóp.
- Widzicie, jak ktoś jest żywy, nawet najgorszy, ale żywy, wiesz, jak się przed nim bronić, bo wiesz, co może zrobić. Maszyny były całkiem nie do przewidzenia. Zupełnie zwariowały. Nawet prawojenni sobie z nimi nie mogli poradzić, a co dopiero ludzie. Gdyby nie one, wszystko byłoby dobrze. Prawojenni wcześniej bili się między sobą, a prawdziwym ludziom dali spokój. Zresztą nie potrzebowali nas. Mieli te sztuczne inteligencje, drony, boty, tak bardzo im ufali, że zanim je posłali do walki nawet im nie przyszło do głowy, że coś może pójść nie tak. Przez to musieli zginąć. Nieważne, czy wywołali impuls, żeby ratować nas, czy myśleli, że uda im się jeszcze uratować siebie. Ważne, że zniszczyli całą elektronikę, cały swój sztuczny świat. Ten prawdziwy zostawili nam. I za to dziś pijemy.
Gdy zamilkł, przez dłuższą chwilę jedynym dźwiękiem mącącym ciszę był syk dogasającego ognia. Łagodny podmuch wiatru nadciągnął z daleka. Wypalone ślady drobnych gałązek, białe, delikatne szkielety z popiołu zadrgały, a potem rozsypały się w pył. Gdzieś niedaleko parsknął przebudzony ze snu koń.
Młody mężczyzna wziął głębszy oddech. Z owczego runa obok swojej nogi wydłubał kilka zapomnianych, zeschłych igieł. Zaczął mówić cicho, a jednak po napięciu, nadającemu jego głosowi niskie, metaliczne brzmienie można było poznać, że nie był spokojny:
– „I ujrzałem: gdy otworzył pieczęć szóstą, stało się wielkie trzęsienie ziemi i słońce stało się czarne jak włosienny wór, a cały księżyc stał się jak krew. I gwiazdy spadły z nieba na ziemię, podobnie jak drzewo figowe wstrząsane silnym wiatrem zrzuca na ziemię swe niedojrzałe owoce. Niebo zostało usunięte jak księga, którą się zwija, a każda góra i wyspa z miejsc swych poruszone. A królowie ziemscy, wielmoże i wodzowie, bogacze i możni, i każdy niewolnik, i wolny ukryli się do jaskiń i górskich skał”. – Ożywił się. Wrzucił w ogień zmięte w palcach igły. – Nie wiem, jak możecie tego nie widzieć. Czas się wypełnia.
Drgnął, gdy za jego plecami rozległ się aksamitny, niski, dźwięczny, drgający na granicy słyszalności śmiech.
– A ty co, nadal czekasz na powtórne przyjście? – Jeden z ludzi, leżących w śpiworach pod gołym niebem kilka metrów od ogniska uniósł się na łokciu. Czerwonawy blask płomieni wydobył z ciemności błysk w jego zielonych, kocich oczach. – Nie no, ja nie mogę... Powiedz temu swojemu bogu, żeby sobie lepiej sprawił zegarek, bo trochę mu schodzi. Pieczęcie pootwierane, a Baranka jakoś ani widu, ani słychu.
– Ej! - Kobieta jęknęła z wyrzutem, odwróciwszy się do leżącego. – Nie podsłuchuj. Myśleliśmy, że wszyscy śpicie.
Człowiek czupurnie podrzucił głową.
Diabeł nigdy nie śpi... – Posłał towarzyszce zadziorny uśmiech, nim z powrotem oparł głowę o zwiniętą puchową kurtkę. Kobieta zaśmiała się perliście.
– Akurat – szepnęła do siebie.
Młody mężczyzna przy ognisku poruszył się niespokojnie, jakby chciał wstać, jednak w końcu usiadł wygodniej, pochylony nisko, z łokciami opartymi o kolana.
– Możesz drwić, ile chcesz. – Wolno pokręcił głową. - Obyś nie żałował. Wszystko stanie się w swoim czasie. Nie wiem, czy za naszego życia, ale jeśli tak, to nawet ty uwierzysz. Każdy, kto zobaczy, uwierzy.


ROZDZIAŁ 1

Wybuch wcisnął mu pył w oczy. Żwir, rzucony w jego stronę gorącym podmuchem zdarł naskórek z policzka. Gruz zabębnił o kamizelkę. Odłamek betonu uderzył o jego łydkę, zrywając strup ze świeżej rany; krew znów zaczęła się sączyć przez ubłoconą, poszarpaną tkaninę. Przygryzł wargi, by nie krzyknąć. Na chwilę zrobiło się ciemno.
Nim przyszedł do siebie, rozbrzmiała druga eksplozja - słabsza, ale bliżej. Błysk go oślepił. Z basowym hukiem zmieszał się czyiś krzyk. Poczuł żelazo i sól.
Odskoczył w bok. Przez piekącą, czerwoną mgłę zobaczył, jak jeden z jego ludzi, zalany krwią i wykręcony, zmienia się w martwe ciało. Podczołgał się do zwłok. Ukryty za nimi, mógł wreszcie zdjąć człowieka z granatnikiem, zanim ten przeładował broń. Gorączkowo liczył sekundy. Zdążył w ostatniej chwili. Dopiero, gdy to zrobił dotarło do niego, że wciąż leżał na brunatnym, mokrym, ciepłym piasku.
Chciał uciekać. Czuł to każdym nerwem, każdym mięśniem. Całe jego ciało drżało, wyrywało się, by być jak najdalej od płomieni. Wiedział, że gdyby to zrobił, byłoby po nim. Wciągnął powietrze przez zęby. Próbował zepchnąć jak najgłębiej tę kotłującą się w nim panikę, by móc zebrać myśli i znów ruszyć się, czołgając i kryjąc, aż znalazł się za masywnym wrakiem prawojennego czołgu.
Względnie bezpieczny za płytami z karborundu, rozerwanymi jakąś piekielną bronią – bronią, jakiej już nikt nie umiał produkować – miał wreszcie chwilę, by zebrać myśli. Przerażony jak ptak, był o włos od zerwania się do biegu. Miał jedną szansę, by dotrzeć do niskich, gęstych, przysypanych śniegiem krzewów kosodrzewiny, wśród których mógłby odnaleźć drogę z dala od miejsca bitwy. Nie mógł jej zmarnować, ale zanim spróbował, musiał uciszyć zamęt i tętniący ból w głowie.
Skupił się na kontrolowaniu oddechu. Panika wreszcie zaczęła spływać z niego, zostawiając za sobą jedynie zimny, twardy lęk, ukryty gdzieś głęboko w nim i przyprawiający mięśnie o bolesne skurcze. Mógł wreszcie myśleć. Ręką sprawdził kieszeń na piersi. Wciąż było tam to, po co przyszli. Omiótł wzrokiem otoczenie, by sprawdzić stan grupy. Pięciu z jego ludzi wciąż walczyło, bronili swoich pozycji z rozpaczą zagonionych w pułapkę zwierząt. Wśród nich zobaczył Małego Robbie’ego. Ciemna struga krwi na jasnych, lekkich jak babie lato włosach przykuła jego wzrok, uciszyła myśli.
Poczuł zupełny spokój. Zrozumiał, co musiał zrobić.
Jednak trzeba było biec. Wyschłe koryto rzeki między nimi a szansą na życie nie było szersze, niż trzydzieści metrów, a jednak przebycie go pod gradem pocisków graniczyło z cudem. Mimo to, nie było innego wyjścia.
Zanim opuścił swoje schronienie, musiał się upewnić, że nogi go nie zawiodą. Poczekał, aż nowa fala gorąca rozleje się po jego żyłach - być może już ostatnia, nim wycieńczenie i utrata krwi odbiorą mu siły. Napiął mięśnie i wstał. Musiał teraz dać z siebie wszystko. Skupił się na bólu, promieniującym z łydki, by mieć pewność, że mu nie ulegnie. Nagle, ogień wdarł się w jego ciało. Zapadła ciemność.


*** *** ***

Obudził się zdrętwiały i zimny, pokryty potem, który śmierdział adrenaliną. Ten sam koszmar powtarzał się znowu. Ten sam lodowaty lęk zaciskał palce na jego wnętrznościach i gardle. Sören nie mógł nawet krzyczeć.
Pamiętał tylko tyle - kryjówkę za zniszczonym czołgiem, postrzał, ból w kościach i pod skórą. Mimo to, udało mu się. Nie wiedział, jak, bo nikt inny nie przeżył misji. Nikt nie mógł mu powiedzieć, co zaszło. Domyślił się, że najwyraźniej wykonał zadanie i wrócił sam do punktu zbiórki, skąd został ewakuowany.
Ocknął się w już namiocie medycznym. Tyle rozumiał, choć przez kolejne dni dryfował między przytomnością a powracającym z gorączką piekłem wspomnień, aż któregoś ranka otrząsnął się, spojrzał przytomnie i rozpoznał ludzi wokół jego łóżka. Dziesięć dni później oceniono, że był już w stanie opuścić szpital i dołączyć do swojej jednostki. Sądził, że myśl o powrocie do znanego świata pomoże mu wepchnąć na właściwy tor także własny umysł, jednak tak się nie stało. Ostatnia noc przed opuszczeniem kwater medycznych nie była spokojniejsza, niż poprzednie.
Z nadzieją, że nikt nie widział, jak długo musiał walczyć o odzyskanie kontroli nad swoim ciałem, powoli przesunął dłońmi po twarzy, usiłując pozbyć się zawrotów głowy.
Namiot wciąż spowijały ciemności, nieco rozbielone pierwszymi oznakami świtu. Nie było sensu próbować znów zasnąć. Leżąc na wznak z szeroko otwartymi oczyma, żołnierz liczył minuty do rana, jak co noc do tej pory.
W miarę, jak zbliżał się dzień, coraz jaśniejsza poświata wydobywała z mroku kolejne szczegóły konstrukcji namiotu. Poza kilkoma prześwitami okiennymi, podwójne ściany były teraz nieprzezroczyste. Warstwa odbijająca podczerwień połyskiwała lekko. Sören wiedział, że zwinięcie jej, aby wpuścić promienie słońca i zamknąć je w środku oznaczało początek każdego dnia i moment, w którym można było spokojnie wstać i zachowywać się dowolnie głośno bez prowokowania karcących spojrzeń.
Nienawidził tego porządku dnia. Przez krótki okres, jaki spędził w części szpitala przeznaczonej dla najciężej rannych przyzwyczaił się do braku rytmu dnia i nocy. Teraz, gdy był powoli wypychany ku normalności, jego organizm buntował się przeciwko powrotowi do ustalonego rygoru. Tak przynajmniej lubił sobie tłumaczyć, dlaczego wciąż nie mógł spać mimo zmęczenia, które sprawiało, że prawie cały czas miał mdłości.
Nie mogąc się doczekać technika rearanżującego ściany, Sören ostrożnie usiadł na posłaniu i rozglądnął się.
Jego nowe ubrania i sprzęt były już na miejscu. Lśniące nowością ciężkie kamasze, luźne spodnie z licznymi kieszeniami i obcisła, połyskująca koszulka oraz bielizna odcinały się od szorstkości lnu i wełny, z jakich szyło się współczesne ubrania. Zwłaszcza wzmacniana dyneema, z której wykonana była torba na ekwipunek, przyciągała wzrok. Mimo, że w dotyku była idealnie gładka, Sören nie mógł pozbyć się wrażenia, że tkano ją w kształt małych, wklęsłych ostrosłupów.
Broń i amunicja też były prawojenne. Wyróżniały się matowym wykończeniem elementów z żywic i plastików oraz migotaniem kompozytu, lekką, elegancką konstrukcją i perfekcyjnie prostymi liniami laserowo wycinanych numerów seryjnych. Nie było sposobu, by pomylić je z czymkolwiek produkowanym po wojnie, kiedy świat popadł w obłęd. Współczesne skórzane sztylpy, flauszowy szynel, sweter z surowej wełny i kusza z kołczanem stalowych bełtów wyglądały dziwnie w zestawieniu z tym zimnym, seryjnie produkowanym sprzętem.
Żołnierz powoli sięgnął po największy karabin i położył go sobie na podołku. Kolba z ciepłego w dotyku tworzywa wydawała się miękka, ale nie ustępowała pod naciskiem. Futerał wykonany był z grafenowego aerożelu, który wyglądał jak dym zastygły w twardą, lekką substancję. Jedynym współczesnym dodatkiem była mosiężna plakietka z wybitymi literami układającymi się w napis "CPT S. R. Hylander 35B2 SF BritScan ETO".
Odłożywszy broń, mężczyzna pochylił się i potarł skronie. Przeklęte obrazy wciąż powracały. Nie potrafił ani ich zrozumieć, ani całkowicie zapomnieć. Wiedział że lęk, który zatarł w jego pamięci tamtą rzeź był jedynym, co sprawiło, że jeszcze potrafił trzymać się rzeczywistości. Ilekroć zamykał oczy, miał nadzieję, że wszystko okaże się koszmarem, jednak nowy sprzęt przypominał mu, że to jednak wydarzyło się naprawdę. Potrzebował nowych ubrań, bo stary mundur musiał być podarty i zakrwawiony, a stary karabin zapewne został gdzieś na polu bitwy. Jego ciało wciąż było obolałe i osłabione. Wiedział jednak, że żaden ból nie mógł odkupić jego winy. „Jedyny ocalały” znaczyło dla niego coś zupełnie innego, niż dla sanitariuszek i lekarzy, patrzących na niego jak na bohatera. Wiedział tylko, że on przeżył, a inni zginęli. Gdy ich wspominał, nie był pewien, czy czuł żal, czy zazdrość.
Czekał w odrętwieniu, wpatrzony w gładki brezent nad swoją głową, wsłuchując się w odgłosy kwater medycznych powoli budzących się do życia. Gdy mógł już wstać, ubrał się z ociąganiem, przypiął kaburę z Berettą i zostawił resztę rzeczy w stróżówce. Wiedział, że będzie musiał po nie wrócić, dokończyć formalności i oficjalnie się wypisać, ale dyżurny lekarz znał go na tyle, że nawet nie próbował go zatrzymać. W końcu Sören wyszedł z namiotu i mógł odetchnąć świeżym, mroźnym powietrzem. Przez niemal godzinę włóczył się bez celu po obozie, obserwując inżynierów i techników zajętych sprawdzaniem stanu całej baterii czołgów i transporterów, nim w końcu udał się do namiotu dowódcy.
Grabovsky przywitał go z osobliwą mieszaniną uznania i dystansu. Sören poczuł się nieswojo. Po chwili pojął, że sprawiał to jego własny wzrost. Czuł, że nie powinien górować nad dowódcą; że powinien móc się ukryć, zgarbić, zamiast stać na baczność, dumnie wyprostowany, tak, by każdy mógł z daleka widzieć człowieka, który nie miał ani jednego powodu do dumy.
– Spocznij, kapitanie. – Pułkownik wykonał niedbały gest ręką. Hylander zmienił postawę, ale nie rozluźnił ramion.
Grabovsky zmierzył go wzrokiem z wystudiowaną sympatią.
– I jak, synu, jak się czujesz?
– Godzinę temu opuściłem kwatery medyczne.
Dowódca roześmiał się cicho.
– Racja. Zapomniałem, że nie lubisz pieprzenia. – Zdjąwszy beret, cisnął go na służący za biurko składany stolik. – Chodzi o to, ile ci zajmie powrót do formy.
– Nie wiem. Może miesiąc... – żołnierz odpowiedział z ledwie zauważalnym wzruszeniem ramion.
– Dobrze. To dobrze.
Grabovsky usiadł okrakiem na brezentowym hamaku. Kaszlnął kilka razy, nim udało mu się zapalić skręta. Nieco odprężony po pierwszym zaciągnięciu się spojrzał z ciekawością w twarz Hylandera, ale coś, co w niej zobaczył sprawiło, że odwrócił wzrok i skupił się na ogniku tlącego się w jego palcach papierosa.
– Zbieramy ochotników na coś naprawdę dużego. Byłbyś jednym z pięciu ludzi, którzy dostaną własne kompanie. Sami goście z sił specjalnych, jajca ze stali, kuśki tak wielkie, że co rano muszą zdecydować, do której cholewy sobie włożyć. Zgłosiło się koło tysiąca ludzi. Potrzebujemy znacznie mniej, więc trochę powybrzydzaliśmy.
Dowódca uniósł wzrok. Wpatrując się badawczo w swojego podkomendnego, mówił nieco głośniej:
– Pomyśl. Bravo, Charlie, Delta, Echo. Nic poza tym. No, i paru Yankee. – Na widok lekkiego drgnienia brwi Hylandera, pułkownik ze znaczącą miną pokiwał głową. – Tak, tak. Dostałbyś najlepszych, jakich ziemia nosi. Major Sören Rikard Hylander. I co, jak to brzmi?
Wraz z ostatnim zdaniem dowódca uniósł podbródek. Rzucił Sörenowi pytające, żywe spojrzenie.
Hylander pozostał obojętny.
– Tak samo, jak każde inne imię i ranga, panie pułkowniku. Co miałbym zrobić?
Grabovsky westchnął.
– Widzisz, chłopcze, jest coś, co musimy zrobić dużo szybciej, niż myśleliśmy. Mamy szansę wyrwać się z patu, ale nawet, jeśli nasza linia posuwałby się tak szybko, jak to możliwe, nadal byłoby za późno. Potrzebujemy ludzi na tyłach. Daleko wgłąb ziemi wroga.
– Po co?
– Dostaniesz wszystko na papierze, jak się zgodzisz. Rozkazy, mapy, protokoły.
Sören zorientował się, że coraz trudniej mu było się skupić. Instynktownie rozglądnął się po wnętrzu namiotu w poszukiwaniu czegoś, na czym mógłby usiąść. Czuł, że zaczynał słabnąć, robiło mu się zimno i niedobrze. Choć w jego sytuacji nie byłoby niczego niewłaściwego w poproszeniu o pozwolenie na odpoczynek, nie zrobił tego.
– To jak będzie, synu? – Ton starszego mężczyzny nadal był przyjazny, choć zaczynała w nim pobrzmiewać niecierpliwość.
– Dlaczego pan pyta? Czy to nie jest rozkaz? – Hylander spytał, patrząc na dowódcę z ukosa.
Grabovsky prychnął.
– Rozkaz, nie rozkaz... od kiedy ci to robi różnicę?
Żołnierz wyprostował się, zaciskając szczęki.
– Wiem, wiem... – Grabovsky mówił dalej beztrosko. – Nie lubisz, jak się to wyciąga, ale widzisz, właśnie dlatego utknąłeś na kapitanie i nie idziesz dalej, a mógłbyś. Trzeci na roku, same sukcesy, prowadzenie się bez zarzutu, odwaga, oddanie, osobiste zaangażowanie, bla bla bla, i przez ten jeden mały wybryk masz teraz łatkę narwańca nie do opanowania. – Dowódca spoważniał. Rozglądnął się niespokojnie po namiocie, nim podjął ciszej: – Ja widzę, że teraz się pilnujesz, ale to tak nie działa. Wcześniej też chodziłeś jak w zegarku, a potem ni z tego ni z owego wywinąłeś taki numer. Wiesz, że ja jestem zawsze za tobą, ale nikt z góry już nie uwierzy, że czegoś znowu nie wymyślisz.
– Tam byli cywile – Hylander wycedził, niemal nie poruszając ustami.
– Wiem, i oficjalnie dlatego cię oczyszczono z zarzutów, chociaż powiem ci, że chyba nawet nie wiesz, jak było blisko, żeby cię wywlekli na majdan w opasce na oczach. Gdyby nie twój ojciec i to, że razem z sędzią zawsze byli cięci na Egelanda, cholera wie, jak by się to skończyło...
Grabovsky zamilkł na chwilę. Spojrzał na podkomendnego, zmarszczył brwi i przechylił głowę. Uśmiechnął się krzywo.
– Już nie bądź takim sztywniakiem. Kto jak kto, ale ja ci tego nie mogę mieć za złe. W końcu między innymi dzięki temu wygryzłem Egelanda. Ech, żałuję, że nie widziałem jego gęby, kiedy mu powiedziałeś, że nie jesteś jego najemnikiem.
Złość i wstyd paliły skórę Sörena. Dopiero po chwili był w stanie odpowiedzieć gardłowym głosem:
– Z całym szacunkiem, jeśli mogę odmówić, to odmawiam, o ile nie powie mi pan wszystkiego teraz.
Dowódca na chwilę zamilkł, unosząc brwi. Nie dał się zbić z tropu na długo. Po chwili uśmiechnął się szeroko i wycelował w pierś Sörena wciąż tlącym się papierosem, którego nie uniósł do ust od początku rozmowy.
– I właśnie dlatego cię lubię, chłopcze – przyznał żywo. – Wiedziałem, że mi się nadasz do tej roboty.
Mierzyli się wzrokiem przez chwilę – Hylander poważny i spięty, Grabovsky z uśmiechem, który wkrótce zgasł i przerodził się w dziwny grymas, jak gdyby niepewności.
Nim przerwał milczenie, pułkownik wrzucił niedopałek do stojącego u jego stóp słoika z wodą, w której pływało już sporo petów.
– Wiesz, że wszyscy mają za pewnik, że w Dniu Bez Powrotu impuls zniszczył całą elektronikę, prawda? – Spojrzał na swoje własne, duże dłonie. – Prawojenni zdetonowali głowice w stratosferze. Impuls przeszedł, ciach, jako w niebie, tak i na ziemi, wszystko poszło w diabły. Widzisz, problem polega na tym, że to nieprawda. Piąty jeździec apokalipsy zapomniał zejść do piekła. Trochę elektroniki przetrwało. Niedużo, i dopiero jakiś czas temu w czarne rejony mogła wejść odkrywka i dało się to odgrzebać, ale jest. Nie zgadniesz, co się zachowało najlepiej.
Zawiesił głos, jakby oczekiwał na pytanie, jednak odpowiedziało mu jedynie głuche milczenie. Sören zareagował dopiero, gdy Grabovsky, mrużąc oczy, naprowadził go:
– Impuls nie dosięgnął tego, co nie było aktywne ani podpięte do sieci i znajdowało się pod ziemią, w dobrze izolowanych pomieszczeniach.
Hylander drgnął. Choć nadal nic nie mówił, dowódca najwyraźniej zauważył jego zdziwienie.
– Tak, tak – ciągnął. – Systemy naprowadzania głowic nuklearnych. Wiesz, ja wiem, że to głupota, ale czasami myślę, że może faktycznie jest jakiś bóg, który całymi dniami tylko kombinuje, jakby tu jeszcze zrobić nas w chuja. Do niedawna myśleliśmy, że nie da się z nimi skomunikować i ich przeprogramować, ale powiedzmy, że są pewne postępy. Niestety, nie my byliśmy pierwsi.
Sören był pewien, że dobrze ukrył szok, ale dowódca musiał go dostrzec. Wskazał na stos skrzyń po amunicji.
– Masz, siadaj. – Odwrócił się w hamaku, by nadal być przodem do podkomendnego. – Trudno powiedzieć, ile to potrwa. Może całe lata, a może nie. W każdym razie zaczął się wyścig. Fanty, które przyniosłeś, bardzo się przydadzą, ale to nie wystarczy. Nie ma mowy o przegranej. Tego byśmy nie przeżyli.
– Co miałbym zrobić? – Kapitan spytał niepewnym, ochrypłym głosem.
Grabovsky odchrząknął.
– Widzisz, inżynierowie, odkrywka, wywiad, techniczni... to jest jeden sposób. Zostaje jeszcze stary dobry trotyl. Jeśli możemy fizycznie zniszczyć centra kontroli wyrzutni pocisków balistycznych albo rozbroić głowice, będziemy bezpieczni.
– Zepchnęli nas na zachód tak daleko, jak jeszcze nigdy. Są w ofensywie. Jak ktokolwiek w tych warunkach mógłby choćby prześlizgnąć się na ich teren, nie mówiąc o operowaniu na tyłach wroga?
Dowódca pokręcił głową.
– Jesteśmy zdesperowani, ale nie szaleni. Synu, wiele głów lepszych niż twoja obmyślało tą strategię przez wiele dni. Lepszej nie będzie.
Hylander przygryzł wargi. Od dnia bitwy trudno mu się było skupić i zebrać myśli, wciąż o czymś zapominał, coś mu się wymykało, coś odwracało jego uwagę. Teraz zauważył, że niedopałek papierosa Grabovsky'ego nie wpadł do wody, lecz osiadł na pływających po jej powierzchni petach i nie zgasł. Widok smużki dymu unoszącej się nad słoikiem był tak hipnotyzujący, że Sören długo próbował znaleźć słowa, by wyrazić to, co go zaniepokoiło. W końcu odezwał się:
– Po co unieszkodliwiać broń, której i tak pewnie nie użyją? Przecież już nie ma czego niszczyć. Miasto sztabowe zawsze można przenieść. Ze starych baz wynieśliśmy, co się dało. Przemysłu jako takiego nie ma. W co mieliby celować?
– Broń jądrowa zawsze jest dużym zagrożeniem. Trzeba ją zniszczyć.
– Naszą też? – Hylander spojrzał na Grabovsky'ego gniewnie. Przez chwilę pułkownik starał się wytrzymać ten wzrok z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. W końcu Sören opuścił głowę. Nachylił się i oparł łokcie o uda. W namiocie zapadła niemal całkowita cisza, gdy próbował ułożyć sobie w głowie to, co właśnie usłyszał. Wstał i znów spojrzał dowódcy w oczy.
– Właśnie straciłem piętnastu świetnych żołnierzy i dobrych ludzi. Jeśli mam poprowadzić kolejną grupę na pewną śmierć, to muszę wiedzieć, dlaczego.
– Cholera, zawsze musi być po twojemu, co? – Pułkownik mruknął pod nosem, zniechęcony. Lekko drżącymi rękoma zaczął zapalać drugi papieros, ale Hylander ponaglił go zanim mu się udało.
– Za pozwoleniem... Głowice. Dlaczego ktoś miałby je wystrzelić? Co mogliby zyskać?
Odpowiedź, która przyszła po chwili ciszy, zelektryzowała powietrze w namiocie, rozbrzmiewając pełnią swoich znaczeń.
– Lebensraum.
Hylander zmarszczył brwi.
– Tylko pomyśl. – Głos Grabovsky'ego był żywszy, choć Sören nie umiał powiedzieć, czy ożywiała go ekscytacja, czy zniecierpliwienie. – Właśnie dlatego wybuchła ostatnia wojna i właśnie dlatego ta nie może się skończyć. Ciągle jest ten sam problem. Populacja spadła do niecałego miliarda, ale nadal walczymy o miejsce do życia, czystą wodę, ziemię pod uprawy, powietrze, którym da się oddychać. Opad prawie się rozłożył, ale nawet, jak się rozłoży, nadal będzie problem, bo przyroda nieprędko się pozbiera. Ciągle coś wyskakuje, a to skażenie wód gruntowych, a to załamanie ekosystemu, a to coś spustynnieje, a to zmiana prądu morskiego, bo sobie wracają do dawnych tras po zimie nuklearnej... Wiesz przecież. Masz rację, przemysłu nie ma i nie będzie, dopóki ekosfera jest tak rozchwiana, że większość ludzi musi się zajmować rolnictwem, ale nadal jest o co się zabijać. Woda, muł i gówno, to są teraz najcenniejsze surowce. Ludzie muszą się dostosować i migrować. Teraz są ofiary, ale pewnego dnia staniemy na obu nogach i ziemia odzyska równowagę.
– Rozumiem, ale po co w tym wszystkim głowice?
– Żeby nas usunąć z tego równania.
– Nas? Czyli kogo? – Sören uniósł lekko podbródek. Był pewien, że Grabovsky'ego zaskoczy to pytanie, ale pułkownik tylko pokiwał głową z namysłem i wstał, podszedł do rozłożonego na kozłach stołu i rozwinął na nim brudną, wytartą od częstego używania mapę Eurazji.
Poza rzekami, jeziorami, górami i wąwozami ukazywała sieć czarnych, niebieskich i żółtych linii. Hylander znał ten wzór na pamięć. Stanowił on najważniejszy element każdej współczesnej mapy. Izoradiaty, czyli czarne, koncentryczne linie odchodzące od kropek niczym kręgi na wodzie wskazywały miejsca, w których promieniowanie nie opadło jeszcze do bezpiecznego poziomu. Niebieskie kreskowane plamy wyznaczały miejsca skażone metalami ciężkimi, zubożonym uranem i trytem. Kolor żółty oznaczał ślady skażenia bronią chemiczną. Niektóre rejony były wolne od tych wzorów, w innych tworzyły one gęstą sieć.
– Popatrz – Grabovsky wskazał na linię czerwonych kropek. W połączeniu z brązem, oznaczającym wysokie góry, oraz czernią, błękitem i żółcienią tworzyły niemal całkowicie ciągłą linię od morza Karskiego aż do Kaspijskiego. – Przechwyciliśmy te współrzędne jakiś czas temu, ale nie wiedzieliśmy, co mogą znaczyć, dopóki nie dowiedzieliśmy się, że żółtki biorą pod uwagę możliwość wystrzelenia głowic. Tylko pomyśl. Pewnie nadal mają te wielkie dziadostwa, które na raz przerzucają dwadzieścia, trzydzieści kilometrów piachu. Wokół pełno skażenia, potem góry, Wołga, tam już prawie jest ściana. Trzeba tylko zamknąć najszersze przejścia.
– Przecież to szaleństwo... – Hylander zaoponował niepewnie.
– A czy oni są normalni?
Sören wahał się przez chwilę. W końcu pochylił nieznacznie głowę. Grabovsky tymczasem zapalał się coraz bardziej.
– Pieprzone żółtki mają o co walczyć. – Uderzył pięścią w stół. – Wezmą sobie całe centralne równiny, czyste pastwiska i żyzną ziemię, a nas zamkną w tym pogorzelisku, między ruinami a lejami po bombach, które nadal świecą w ciemnościach. Teraz właśnie widzisz, czemu tak się zarzynali, żeby nas zepchnąć za Ural. Jeśli uderzą teraz, to po nas. Chcą, żebyśmy pozdychali na trupie Matki Europy.
Sören z powrotem opadł na skrzynkę po amunicji.
– Ale dlaczego ja? – spytał ciszej.
– Bo zrobiłeś to, co zrobiłeś, i jeszcze ci nie odwaliło. Wiesz, o co w tym wszystkim chodzi. – Dowódca wykonał szeroki gest, wskazując na skrzynki z bronią ułożone w stos przed namiotem, na krzątających się po majdanie techników i saperów. – Rozumiesz, że są sprawy ważniejsze, niż ludzie. Znam wielu gości, którzy mieliby umiejętności i jaja, ale tu trzeba czegoś więcej, i ty to masz. – Grabovsky podrapał się po nosie. – Wybieram ciebie, ale to nie jest rozkaz. Tam idą tylko ochotnicy. To ważne. To jak, zrobisz to?
Hylander bez słowa pokiwał głową.
– No, więc dobrze. – Dowódca ciężko opadł na swój hamak. – Teraz dostaniesz przepustkę, jedź do domu, wykuruj się. Pozdrów ode mnie staruszka. Wezwiemy cię, jak przyjdzie czas.



Awatar użytkownika
Begied21
Pisarz osiedlowy
Posty: 235
Rejestracja: pn 19 lut 2018, 22:56
OSTRZEŻENIA: 1
Płeć: Mężczyzna

Bez powrotu (sfi-fi/fantastyka/postapo)

Postautor: Begied21 » pn 25 cze 2018, 01:53

Na sam początek - pisarzem nie jestem, wiec te uwagi traktuj czysto opcjonalnie. Fragment przeczytałem praktycznie od razu widząc w tytule post-apo, taki sentyment bo lubię ten klimat :mrgreen:
Chociaż szczerze mówiac - poczatek nie przypadł mi do gustu, za duża klasyka. Widzę, że sama zagłada przypominała tą opisaną na kartach "Ostatniego Brzegu" Nevila Shute'a - jedynie Australia została ocalona przed radioaktywnym wichrem, jednak było to kwestią kilku miesięcy, a ludzie żyli ze świadomoscią nieuchronnego końca. Dobry, ciężki klimat. Fajny poczatek jest też w "Dziedzictwie Przodków" Surena Cormudiana z Uniwersum Metro 2033; ale to nieco mniejszy kaliber, chociaż wstep ciekawy (główną rolę gra motyw zazdrości, a potem jest wyciszenie akcji).
Ogólne wrażenia - scena z ogniskiem oddaje niezły klimat, mimo (jak na moje) typowego wyobrażenia końca świata i Apokalipsy św. Jana. Dalej też nie jest najlepiej - tajemnicza ucieczka, zamroczenie...
Dialogi powinny być bez kropek w większości, ale na pewno kropki są, jak narracja nie odnosi się do wypowiedzi bohatera (a tutaj jest tak w wielu przypadkach), więc nie wchodzę w temat bo moge się mylić.
MargotNoir pisze:Source of the post – A tam przepowiadano. – Machnął ręką. –

– A tam przepowiadano – machnął ręką –
MargotNoir pisze:Source of the post – Kurde blaszka, akurat tego mi szkoda. Strasznie bym coś takiego chciała chociaż zobaczyć. – Westchnęła.

– Kurde blaszka, akurat tego mi szkoda. Strasznie bym coś takiego chciała chociaż zobaczyć – westchnęła.

I dalej:

MargotNoir pisze:Source of the post taki, w którym nic nie było prawdziwe, wszystko tworzyło się samo ze słów i obrazów, tak, jak sobie tego zażyczyli. Tam każdy mógł być duchem, a inni widzieli go takim, jakim chciał być widziany. Rozmawiali ze sobą przez szkło, cały świat widzieli przez szkło, a na tym szkle

Szkło jest 3x i coś trzeba z tym zrobić - a tak ogólnie to ja bym prędzej dał poliacetylen; mozna z nim pokombinować, jako że ma włąściwości półprzewodnika (elektrony tworzące wiązanie podwójne umożliwiają przepływ pradu, czyli elektronów :wink: ). Ale stary Lapończyk moze nie wiedzieć nic - jest ok.
Gorzej, że za dużo "taki", "tak, jak" "takim - jakim". Daj gdzieś kropkę i dokonkretyzuj jedno "takim".
MargotNoir pisze:Source of the post Mama była zła, bo babcia, to znaczy jej mama, zaganiała ją do domu, a ona strasznie chciała patrzeć.

Efekt nawet jest, ale nie wiem czy to zdanie jest ok. Na wszelki wypadek dałbym tak:
Mama była zła, bo babcia - to znaczy jej mama - zaganiała ją do domu, a ona strasznie chciała patrzeć.
MargotNoir pisze:Source of the post Potem kłamstwo wylazło z ich świata i zaczęło zjadać ten prawdziwy. Podobno niektórzy siedzieli w tym sztucznym tak mocno, że zapomnieli, że rzeczywistość się nie składa ze słów, że się nie zmieni tak, jak zechcą.

Za dużo "że". Ja bym dał Potem kłamstwo wylazło z ich świata i zaczęło zjadać ten prawdziwy. Podobno niektórzy siedzieli w tym sztucznym tak mocno, że zapomnieli o rzeczywistości, która przecież nie składa się ze słów - a nade wszystko - nie zmieni się wedle ich życzenia. (ale to już sporo zmienia fragment)
MargotNoir pisze:Source of the post – Już zwykłe zorze są super, a wtedy tyle atomów na raz wzbudziło...

Jest ok jak najbardziej, sprawdziłem na Wikipedii i piszą tam własnie o wzbudzonych atomach - jednak dokładnie to wzbudzane są elektrony krążące po orbitalach atomowych (wokół jądra). Te z podpowłok niewalencyjnych, znajdujacych się w zrębie atomowym zapełniają puste miejsca na powłoce walencyjnej - gdy atom przechodzi ze stanu wzbudzonego w stan podstawowy (a elektron jakby "powraca" na swoje miejsce), emituje wiązkę światła, tyle że może być ona już w okreslonym spektrum, co obserwujemy jako barwę zieloną.
MargotNoir pisze:Source of the post – Tęczowa bomba... – Westchnął, pokręcił głową. - (dalsza cześć tekstu)

– Tęczowa bomba... – westchnął, kręcąc głową. - (dalej)
Tu kropka powinna być raczej, bo poszukałem przykładu w innej ksiażce, ale to "westchnął, pokręcił" głupio brzmi trochę. Ale nic takiego.
MargotNoir pisze:Source of the post Kobieta skuliła się, szczelniej owinęła się termoizolacyjną płachtą.

Kobieta skuliła się, uprzednio owinąwszy ciało termoizolacyjną płachtą. (szczerze mówiac - nie wiem czy moje zdanie jest poprawne, ale na pewno trzeba wywalić 2 razy "się")
MargotNoir pisze:Source of the post Starzec uniósł brwi, powoli pokiwał głową na boki.

Chyba za dużo -ał; starzec uniósł brwi, powoli kiwając głową na boki.
MargotNoir pisze:Source of the post Znów rozległ się chrapliwy, suchy, cichy śmiech.

Czyli jaki? :) Wywal resztę i zostaw 1 przymiotnik
MargotNoir pisze:Source of the post Wypalone ślady drobnych gałązek, białe, delikatne szkielety z popiołu zadrgały, a potem rozsypały się w pył. Gdzieś niedaleko parsknął przebudzony ze snu koń.

Chyba niedawno robiłaś ognisko - nieźle napisane. BTW - gdzie oni siedzą? Jak za kołem podbiegunowym, to mogą być tam konie? Nic nie znalazłem w temacie
MargotNoir pisze:Source of the post a jednak po napięciu, nadającemu jego głosowi niskie, metaliczne brzmienie można było poznać, że nie był spokojny:

Apokalipsa św. Jana w tej kwestii jest zwykle pretensjonalna - ale nie brzmi tutaj aż tak źle, niemniej jednak "niski, metaliczny głos" to bardziej Terminator 2 - a tutaj wypadałoby dać coś w stylu płomiennego kaznodziei
MargotNoir pisze:Source of the post Młody mężczyzna przy ognisku poruszył się niespokojnie, jakby chciał wstać, jednak w końcu usiadł wygodniej, pochylony nisko, z łokciami opartymi o kolana.

Młody mężczyzna przy ognisku poruszył się niespokojnie. Jakby chciał wstać; jednak swój ruch przeciągnął tylko do pewnego momentu, nie kontynuując go. Ostatecznie tylko usiadł wygodniej, pochyliwszy się nisko.
Ja bym dał tak - zrób dowolnie, ale inaczej bo masz: X,Y,Y,Y,Y. Te 4 cześci zdania są równocenne w znaczeniu długości - za dużo przecinków jak na moje.
MargotNoir pisze:Source of the post Dopiero, gdy to zrobił dotarło do niego, że wciąż leżał na brunatnym, mokrym, ciepłym piasku.

To jaki był ten piasek? :wink:
MargotNoir pisze:Source of the post Ciemna struga krwi na jasnych, lekkich jak babie lato włosach przykuła jego wzrok, uciszyła myśli.
Poczuł zupełny spokój. Zrozumiał, co musiał zrobić.

To pisała koleżanka artystyczna? :wink: Całkiem fajne, ale poleciałbym nawet głębiej
Zakrzepła krew utworzyła strugę na jasnych włosach, które rozczapierzone były jak nitki pajęczyny w babie lato; unoszone przez byle powiew wiatru, skrzące się w słońcu.
I na ten moment pole bitwy stało mu się obce - jakby znów był chłopcem biegajacym między drzewami pod koniec sierpnia. Olśniło go.
Source of the post Ocknął się w już namiocie medycznym. [/quote]
Już w: ale dałbym - Ocknął się dopiero w namioce medycznym.
MargotNoir pisze:Source of the post Daleko wgłąb ziemi wroga.

W głąb.
MargotNoir pisze:Source of the post Grabovsky z uśmiechem, który wkrótce zgasł i przerodził się w dziwny grymas, jak gdyby niepewności.

Dałbym "niepewny grymas" i tyle.
MargotNoir pisze:Source of the post Potrzebował nowych ubrań, bo stary mundur musiał być podarty i zakrwawiony, a stary karabin zapewne został gdzieś na polu bitwy.

2x "stary" - daj "zdezelowany" i tyle. Albo "używany karabin został gdzieś na pobojowisku"
MargotNoir pisze:Source of the post – Co miałbym zrobić? – Kapitan spytał niepewnym, ochrypłym głosem.

Niepewnym i ochrypłym? Daj jedno
MargotNoir pisze:Source of the post Hylander bez słowa pokiwał głową.

Dałbym: Hylander bez słowa skinął głową.

Pod koniec robi się już lepiej, intryga zaczyna się zagęszczać i w sumie jestem ciekawy, dokąd ona prowadzi :) Może jakieś jeszcze błędy są, ale juz ich nie wyłapałem, rzuciłem pobieżnie. Jest trochę za sucho, jakieś wojsko i trochę utrzymany ten klasyczny styl - dobry żołnierz, który nie słucha się rozkazów, pułkownik z ciętym jezykiem, ktoś kto recytuje Biblię, itd. Ale zobaczymy - wrzucajcie dalej i może coś się rozkręci.


Jak to mawia święta Ziuta - olej risercz, daj uczucia...

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 362
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Bez powrotu (sfi-fi/fantastyka/postapo)

Postautor: MargotNoir » pn 25 cze 2018, 07:43

Ooo, dziękuję za uwagę i szybką reakcję. Bardzo miło czytać pierwszy komentarz.

Begied21 pisze:Source of the post
Chociaż szczerze mówiac - poczatek nie przypadł mi do gustu, za duża klasyka.

Chodzi o konstrukcję świata opisanego/zaprezentowanego w prologu, czy klimat/styl?
Begied21 pisze:Ogólne wrażenia - scena z ogniskiem oddaje niezły klimat, mimo (jak na moje) typowego wyobrażenia końca świata i Apokalipsy św. Jana.
No tak, tutaj się spodziewałyśmy, że cytowanie Apokalipsy to nie jest świeży i oryginalny zabieg, ale strasznie kusiło, a zabieg ma swoje umotywowanie w tym, że ma wskazywać, iż cały tekst jest swego rodzaju przypowieścią.

Dialogi powinny być bez kropek w większości, ale na pewno kropki są, jak narracja nie odnosi się do wypowiedzi bohatera (a tutaj jest tak w wielu przypadkach), więc nie wchodzę w temat bo moge się mylić.

Rzeczywiście interpunkcja w dialogach do rewizji. Słuszna uwaga.

MargotNoir pisze:Source of the post taki, w którym nic nie było prawdziwe, wszystko tworzyło się samo ze słów i obrazów, tak, jak sobie tego zażyczyli. Tam każdy mógł być duchem, a inni widzieli go takim, jakim chciał być widziany. Rozmawiali ze sobą przez szkło, cały świat widzieli przez szkło, a na tym szkle


Szkło jest 3x i coś trzeba z tym zrobić - a tak ogólnie to ja bym prędzej dał poliacetylen; mozna z nim pokombinować, jako że ma włąściwości półprzewodnika (elektrony tworzące wiązanie podwójne umożliwiają przepływ pradu, czyli elektronów :wink: ). Ale stary Lapończyk moze nie wiedzieć nic - jest ok.
Gorzej, że za dużo "taki", "tak, jak" "takim - jakim". Daj gdzieś kropkę i dokonkretyzuj jedno "takim".

Ok, powtórzenia warto usuwać, chociaż może nie tak rygorystycznie w tekście wypowiadanym przez dziadka pochodzącego z wioski w Laponii, który w dodatku paple, co mu ślina na język przyniesie.
Co do szkła, ośmielę się nie zgodzić. Wstawienie poliacetylenu kusi ze względu na futurystyczny klimat, ale szkło w naszej kulturze rodzi pewne skojarzenia, a poliacetylen już nie. Szkło to bariera stwarzająca pozór braku bariery. To okno. Kruchy materiał, z którego "wykonuje się" marzenia (czy wręcz mrzonki), na którym tworzy się pozorne obrazy. Szkło to lustro. W tej opowieści zdecydowanie szkło. Poza tym... mówi dziadek z wioski w Laponii.

Mama była zła, bo babcia, to znaczy jej mama, zaganiała ją do domu, a ona strasznie chciała patrzeć.

Efekt nawet jest, ale nie wiem czy to zdanie jest ok. Na wszelki wypadek dałbym tak:
Mama była zła, bo babcia - to znaczy jej mama - zaganiała ją do domu, a ona strasznie chciała patrzeć.
Wstawianie myślników w dialogach może nie być najlepszym pomysłem. Łatwo mylą się z półpauzami, a wtedy "to znaczy jej mama" będzie wyglądać jak didaskalia.


MargotNoir pisze:Source of the post Potem kłamstwo wylazło z ich świata i zaczęło zjadać ten prawdziwy. Podobno niektórzy siedzieli w tym sztucznym tak mocno, że zapomnieli, że rzeczywistość się nie składa ze słów, że się nie zmieni tak, jak zechcą.

Za dużo "że".
Słuszna uwaga.
MargotNoir pisze:Source of the post – Już zwykłe zorze są super, a wtedy tyle atomów na raz wzbudziło...

Jest ok jak najbardziej, sprawdziłem na Wikipedii i piszą tam własnie o wzbudzonych atomach - jednak dokładnie to wzbudzane są elektrony krążące po orbitalach atomowych (wokół jądra). Te z podpowłok niewalencyjnych, znajdujacych się w zrębie atomowym zapełniają puste miejsca na powłoce walencyjnej - gdy atom przechodzi ze stanu wzbudzonego w stan podstawowy (a elektron jakby "powraca" na swoje miejsce), emituje wiązkę światła, tyle że może być ona już w okreslonym spektrum, co obserwujemy jako barwę zieloną.

Wiem, ale barwa światła zależy od pierwiastka, a zatem przez naturalne skojarzenie "atom" przychodzi na myśl szybciej.

MargotNoir pisze:Source of the post – Tęczowa bomba... – Westchnął, pokręcił głową. - (dalsza cześć tekstu)

– Tęczowa bomba... – westchnął, kręcąc głową. - (dalej)
Tu kropka powinna być raczej, bo poszukałem przykładu w innej ksiażce, ale to "westchnął, pokręcił" głupio brzmi trochę. Ale nic takiego.


Tutaj poruszamy całkiem poważny problem, przyznaję. Pisząc niektóre fragmenty mamy już w głowach sporą ilość tekstu istniejącego, w którym pojawiają się pewne konstrukcje i sformułowania. Głowa logiczna, czyli ja, ma paranoiczną obawę, że zdań opartych na imiesłowie współczesnym występuje wręcz za dużo, może przez to tutaj próbowałam tego uniknąć. Na pewno sprawa dla nas do przemyślenia.
MargotNoir pisze:Source of the post Kobieta skuliła się, szczelniej owinęła się termoizolacyjną płachtą.

Kobieta skuliła się, uprzednio owinąwszy ciało termoizolacyjną płachtą. (szczerze mówiac - nie wiem czy moje zdanie jest poprawne, ale na pewno trzeba wywalić 2 razy "się")
Słuszna uwaga.

MargotNoir pisze:Source of the post Starzec uniósł brwi, powoli pokiwał głową na boki.

Chyba za dużo -ał; starzec uniósł brwi, powoli kiwając głową na boki.
Coś warto zmienić, ale może nie "uniósł brwi, kiwając" bo coś takiego wyglądałoby dość głupio (ktoś jednocześnie robi miny i kiwa głową na boki - wygląda, jakby miał jakiś atak).

MargotNoir pisze:Source of the post Znów rozległ się chrapliwy, suchy, cichy śmiech.

Czyli jaki? :) Wywal resztę i zostaw 1 przymiotnik
Tak, zdecydowanie nadprzymiotnikoza. Dziękuję. Słuszna uwaga.
MargotNoir pisze:Source of the post Wypalone ślady drobnych gałązek, białe, delikatne szkielety z popiołu zadrgały, a potem rozsypały się w pył. Gdzieś niedaleko parsknął przebudzony ze snu koń.

Chyba niedawno robiłaś ognisko - nieźle napisane.
O, miło mi.
BTW - gdzie oni siedzą? Jak za kołem podbiegunowym, to mogą być tam konie? Nic nie znalazłem w temacie

Nie wiem, skąd pomysł, że za kołem podbiegunowym. Może przez zorze. Jednak przy dobrych wiatrach zorze może być widać i na Mazurach, a na szerokościach odpowiadających Skandynawii są obserwowalne bez problemu i też bez problemu można w takich miejscach mieć konie. A tak w ogóle, to akurat oni siedzą na Syberii, ale tego chyba czytelnik w tym momencie nie musi wiedzieć.
MargotNoir pisze:Source of the post a jednak po napięciu, nadającemu jego głosowi niskie, metaliczne brzmienie można było poznać, że nie był spokojny:

Apokalipsa św. Jana w tej kwestii jest zwykle pretensjonalna - ale nie brzmi tutaj aż tak źle, niemniej jednak "niski, metaliczny głos" to bardziej Terminator 2 - a tutaj wypadałoby dać coś w stylu płomiennego kaznodziei
Dobrze, wywalamy metaliczny, rzeczywiście brzmi głupio. Wolałybyśmy jednak, żeby postać pozostała opanowana i ukrywała emocje.
MargotNoir pisze:Source of the post Młody mężczyzna przy ognisku poruszył się niespokojnie, jakby chciał wstać, jednak w końcu usiadł wygodniej, pochylony nisko, z łokciami opartymi o kolana.

Młody mężczyzna przy ognisku poruszył się niespokojnie. Jakby chciał wstać; jednak swój ruch przeciągnął tylko do pewnego momentu, nie kontynuując go. Ostatecznie tylko usiadł wygodniej, pochyliwszy się nisko.
Ja bym dał tak - zrób dowolnie, ale inaczej bo masz: X,Y,Y,Y,Y. Te 4 cześci zdania są równocenne w znaczeniu długości - za dużo przecinków jak na moje.

Rzeczywiście za dużo podobnych konstrukcji jedna po drugiej - to wynika z fobii, o której już pisałam. Fragment do przeredagowania, chociaż bohater nie mógł usiąść, pochyliwszy się. Mógł się pochylić, usiadłszy.

MargotNoir pisze:Source of the post Dopiero, gdy to zrobił dotarło do niego, że wciąż leżał na brunatnym, mokrym, ciepłym piasku.

To jaki był ten piasek? :wink:

Brunatny, ciepły i mokry. Akurat tutaj wszystkie przymiotniki muszą zostać. Właściwie to mamy pytanie, czy ten fragment jest zrozumiały. Robiłyśmy małą sondę wśród znajomych i większość zorientowała się od razu, że chodzi o krew. Czy to jest czytelne?
MargotNoir pisze:Source of the post Ciemna struga krwi na jasnych, lekkich jak babie lato włosach przykuła jego wzrok, uciszyła myśli.
Poczuł zupełny spokój. Zrozumiał, co musiał zrobić.

To pisała koleżanka artystyczna? :wink: Całkiem fajne, ale poleciałbym nawet głębiej
Zakrzepła krew utworzyła strugę na jasnych włosach, które rozczapierzone były jak nitki pajęczyny w babie lato; unoszone przez byle powiew wiatru, skrzące się w słońcu.
I na ten moment pole bitwy stało mu się obce - jakby znów był chłopcem biegajacym między drzewami pod koniec sierpnia. Olśniło go.
Nie wiem, dziwnie to brzmi, zwłaszcza te "rozcapierzone".

Ocknął się w już namiocie medycznym.

Już w: ale dałbym - Ocknął się dopiero w namioce medycznym.
Racja.

MargotNoir pisze:Source of the post Daleko wgłąb ziemi wroga.

W głąb.

Rany, tak. Karygodny błąd.

MargotNoir pisze:Source of the post Grabovsky z uśmiechem, który wkrótce zgasł i przerodził się w dziwny grymas, jak gdyby niepewności.

Dałbym "niepewny grymas" i tyle.

Nie jestem pewna, czy niepewny grymas i grymas niepewności to to samo. Niepewny grymas - tak, jak niepewny ruch - oznacza minę niezbyt czytelną, zrobioną "nie do końca", powstrzymywaną; niepewność wynika z tego, że postać nie potrafi do końca rozpoznać, co czuje i czy na pewno czuje to, co zaczęła wyrażać. Grymas niepewności to mina wyrażająca niepewność.

MargotNoir pisze:Source of the post Potrzebował nowych ubrań, bo stary mundur musiał być podarty i zakrwawiony, a stary karabin zapewne został gdzieś na polu bitwy.

2x "stary" - daj "zdezelowany" i tyle. Albo "używany karabin został gdzieś na pobojowisku"

Tak, zmienić powtórzenia, ale raczej na "poprzedni" niż "zdezelowany". "Używany" też nieźle.
MargotNoir pisze:Source of the post – Co miałbym zrobić? – Kapitan spytał niepewnym, ochrypłym głosem.

Niepewnym i ochrypłym? Daj jedno.

Tak, nadprzymiotnikoza.
MargotNoir pisze:Source of the post Hylander bez słowa pokiwał głową.

Dałbym: Hylander bez słowa skinął głową.
Tak.

Pod koniec robi się już lepiej, intryga zaczyna się zagęszczać i w sumie jestem ciekawy, dokąd ona prowadzi :) Może jakieś jeszcze błędy są, ale juz ich nie wyłapałem, rzuciłem pobieżnie. Jest trochę za sucho, jakieś wojsko i trochę utrzymany ten klasyczny styl - dobry żołnierz, który nie słucha się rozkazów, pułkownik z ciętym jezykiem, ktoś kto recytuje Biblię, itd. Ale zobaczymy - wrzucajcie dalej i może coś się rozkręci.


Obawiamy się, że może się nie rozkręcić. Zahaczamy tutaj o zasadniczy problem tego tekstu, a mianowicie gatunek/grupę docelową.
Nie ma to być akcja i sensacja, raczej powieść drogi. Ciężar całego tekstu skupia się na psychologii, na poglądach bohaterów, jest dużo rozmów między nimi, trudnych decyzji, emocji. Zapewne jest większa szansa, że mogłoby to zainteresować kobiety (osoby, którym do tej pory się to podobało to właśnie kobiety).
Myślimy raczej o odbiorcach przyzwyczajonych do tekstów skupionych na psychologii i rozwoju postaci, którzy chcieliby wyjść ze swojej strefy komfortu i przeczytać znaną sobie historię odzianą w mundur i okraszoną wybuchami, niż o odbiorcach krwawej fantastyki, którzy chcieliby zakosztować zupełnie innej (i pewnie nielubianej przez siebie) treści w znanej estetyce.
Zastanawiamy się, czy taka treść podciągnięta pod estetykę militarno-postapokaliptyczną jest w stanie kogokolwiek zainteresować.



Awatar użytkownika
Aktegev
Dusza pisarza
Posty: 583
Rejestracja: pn 06 gru 2010, 21:28
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Poznań
Płeć: Kobieta

Bez powrotu (sfi-fi/fantastyka/postapo)

Postautor: Aktegev » pn 25 cze 2018, 11:20

Ogólnie jak dla mnie całkiem, całkiem. Wizja przyszłości z prologu wydała mi się ciekawa (choć coś, gdzieś umyka, ale o tym za chwilę). Trochę to pierwsze wrażenie popsuł późniejszy zwrot na militarystykę i postać wybrańca-straceńca, który na razie wygląda dość standardowo. Ale tu też sporo zależy od rozwinięcia – może to tylko zmyłka, a dalej będzie ostra jazda po bandzie i rozsadzanie schematów :)
Co do tego zgrzytu na początku.
MargotNoir pisze:Source of the post Rozmawiali ze sobą przez szkło, cały świat widzieli przez szkło, a na tym szkle wyświetlały się obrazy, jakie tylko im się zamarzyły.

To wygląda na opowieść o czasach, które minęły tak dawno, że są już mityczne i został po nich jedynie wybrakowany przekaz słowny. Za chwilę jeszcze dziadek tłumaczy znaczenie słowa babcia (to jak oni krótko żyją, że nie doczekują wnucząt?):
MargotNoir pisze:Source of the postMama była zła, bo babcia, to znaczy jej mama,

A potem przechodzi na monolog, gdzie padają słowa: wiadomości, radio, telewizja, rakiety transkontynentalne, drony... No, rozjechało mi się to trochę. Sadziłam, że to znacznie odleglejsza przyszłość, gdzie słowa komputer, telewizor, ekran nie mówią już nic, stąd to tłumaczenie o szkłach. Tym bardziej trudno uwierzyć, że reszta ludzi przy ogniu, by o tym nie wiedziała. Więc też idea takiego wprowadzenia (opowieść dla niewtajemniczonych) zaczyna trzeszczeć ;).

Zastanowiłabym się również nad ilością didaskaliów. Staracie się wszystko bardzo precyzyjnie dopowiadać, przez co dialogi są poprzecinane po kilka razy. To IMHO wprowadza lekki chaos. Część, głównie informacji o gestach, można z powodzeniem usunąć (dotyczy to również późniejszego dialogu między żołnierzami).

Rzuciło mi się w oczy jeszcze kilka rzeczy:
MargotNoir pisze:Source of the postjak jeden z jego ludzi, zalany krwią i wykręcony, zmienia się w martwe ciało.
Może prościej, ginie, umiera?

MargotNoir pisze:Source of the post Przerażony jak ptak, był o włos od zerwania się do biegu.
Przerażone ptaki zwykle odlatują, a nie są bliskie zerwania się do biegu (no, chyba że strusie lub pingwiny ;))

MargotNoir pisze:Source of the post Względnie bezpieczny za płytami z karborundu, rozerwanymi jakąś piekielną bronią
Ciężko mi sobie z wyobrazić, jak można być bezpiecznym za czymś rozerwanym.

MargotNoir pisze:Source of the post Żołnierz powoli sięgnął po największy karabin i położył go sobie na podołku.
Bo żołnierz był pensjonarką w wykrochmalonej sukni nocnej ;)
Takich stylistycznych niezręczności jest więcej np.:
MargotNoir pisze:Source of the post Zapomniałem, że nie lubisz pieprzenia. – Zdjąwszy beret,

MargotNoir pisze:Source of the post jajca ze stali, kuśki tak wielkie,
Kiedy dalej jest robienie w ch*ja i już nie razi.

Ogólnie można się zastanowić nad stylizacją języka i formami czasowników. Nie do końca składa mi się niby twardy, żołnierski język z narracją, w której jest: zdjąwszy, odwróciwszy, odłożywszy. A już na pewno unikałabym:
Begied21 pisze:Source of the post uprzednio owinąwszy ciało termoizolacyjną płachtą.

I jeszcze:
Begied21 pisze:Source of the post
MargotNoir pisze:– A tam przepowiadano. – Machnął ręką. –

– A tam przepowiadano – machnął ręką –
Nie. Jeśli machnięcie występowałoby w formie wtrącenia (zamiast przecinka), to owszem, ale w tekście intencja jest inna i odpowiedni do niej zapis.

Natomiast błędy w zapisie są tu:
MargotNoir pisze:Source of the post Czemu do domu? - Młoda kobieta spytała z zaciekawieniem.

MargotNoir pisze:Source of the post Nie wiem. Może miesiąc... – żołnierz odpowiedział z ledwie zauważalnym wzruszeniem ramion.

MargotNoir pisze:Source of the post – Dlaczego pan pyta? Czy to nie jest rozkaz? – Hylander spytał, patrząc na dowódcę z ukosa.

MargotNoir pisze:Source of the post – Wiem, wiem... – Grabovsky mówił dalej beztrosko.

MargotNoir pisze:Source of the post – Tam byli cywile – Hylander wycedził, niemal nie poruszając ustami.

MargotNoir pisze:Source of the post – Co miałbym zrobić? – Kapitan spytał niepewnym, ochrypłym głosem.

MargotNoir pisze:Source of the post – Cholera, zawsze musi być po twojemu, co? – Pułkownik mruknął pod nosem, zniechęcony.

MargotNoir pisze:Source of the post – Popatrz – Grabovsky wskazał na linię czerwonych kropek.

MargotNoir pisze:Source of the post – Przecież to szaleństwo... – Hylander zaoponował niepewnie.


Begied21 pisze:Source of the post
MargotNoir pisze:Młody mężczyzna przy ognisku poruszył się niespokojnie, jakby chciał wstać, jednak w końcu usiadł wygodniej, pochylony nisko, z łokciami opartymi o kolana.

Młody mężczyzna przy ognisku poruszył się niespokojnie. Jakby chciał wstać; jednak swój ruch przeciągnął tylko do pewnego momentu, nie kontynuując go. Ostatecznie tylko usiadł wygodniej, pochyliwszy się nisko.
I znów veto. Zwięzłość jest sednem dowcipu, a podkreślenie to już niemal potworek.

Begied21 pisze:Source of the post
MargotNoir pisze:Hylander bez słowa pokiwał głową.

Dałbym: Hylander bez słowa skinął głową.

Dla mnie jest różnica między pokiwaniem a skinięciem. Tu autorki powinny rozstrzygnąć, na czym im zależało.


"Kiedy autor powiada, że pracował w porywie natchnienia, kłamie." Umberto Eco

Miłek z Czarnego Lasu /film/

Awatar użytkownika
Figiel
Pisarz domowy
Posty: 164
Rejestracja: śr 14 sie 2013, 11:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Bez powrotu (sfi-fi/fantastyka/postapo)

Postautor: Figiel » pn 25 cze 2018, 13:10

Co prawda tematyka poza moim obszarem zainteresowań, ale myślę, że to naprawdę dobrze napisany kawałek. Zatrzymał mnie, wciągnął i zrodził apetyt na dalszą lekturę. Tekst "nie gna", raczej leniwie płynie i skupia się na detalach. To nie zarzut, bo właśnie te detale tworzą klimat i podkreślają rysy charkterologiczne bohaterów. Zastanawiam się tylko czy takie ich nagromadzenie w tekście nie spowoduje u czytelnika znużenia przebijaniem się przez półgesty, mrugnięcia powiek, zapatrzenie w smużkę dymu. Te elementy świetnie podkreślają co bohater i dlaczego mówi, jaki jest jego stosunek do rzeczywistości, ale z drugiej strony czynią dialog powolnym, odbierają mu dynamikę, choć na pewno znajdą się czytelnicy w tej powolności gustujący. Zaliczam się do tej grupy.
Parę drobiazgów zauważyłam, ale odnoszę wrażenie, że to "wypadki przy pracy", więc nie będę się trudzić podawaniem alternatywnych zapisów, czy podpowiadaniem zamienników słownych. Nie mam wątpliwości, że jeśli uznasz uwagę za zasadną, to świetnie będziesz wiedziała, co z tym zrobić.
MargotNoir pisze:Source of the post Gdy mu się udało, rozsiadł się wygodniej, oparł patyk o złożoną na ziemi kulbakę, na której siedział

Za dużo siadania.
MargotNoir pisze:Source of the post Tak swoją drogą, to to twoje proroctwo coś chyba pokiełbasiło.

"To to" zbiło mi się w Toto i myśli poleciały ku Dorotce i krainie Oz. Dodatkowo usłyszałam serię z karabinu.
Mam zatrzeżenia do słowa "pokiełbasiło". Rodzime to za bardzo, wszak od kiełbasy się wywodzi i gdyby to mówił Grabowsky, to ok, ale Lapończyk?
MargotNoir pisze:Source of the post Czemu do domu? - Młoda kobieta spytała z zaciekawieniem.
Znów rozległ się chrapliwy, suchy, cichy śmiech.
Czemu do domu... - Stary mężczyzna mruknął pod nosem. - Ciekawe, co ty byś zrobiła? -

To dialog. Zapisałabym go tradycyjnie.
MargotNoir pisze:Source of the post Człowiek czupurnie podrzucił głową.

Wiadomo. A i czupurność mi nie pasuje. Niby znaczeniowo w porządku, ale...
MargotNoir pisze:Source of the post Żołnierz powoli sięgnął po największy karabin i położył go sobie na podołku.

Zachowałabym podołki dla skromnych dziewcząt, składających tam dłonie, gdy nie wiedzą, co z nimi zrobić. Przy żołnierzu brzmi lekkim dysonansem.
MargotNoir pisze:Source of the post Czuł, że zaczyn słabnąć, robiło mu się zimno i niedobrze.

Konsekwencja czasu konsekwencją, ale zdecydowanie optuję za konstrukcją " Czuł, że zaczyna słabnąć..." Zrobiło mu się "niedobrze"? W sensie: "Karolku, nie jedz tyle słodyczy, bo zrobi ci się niedobrze"? To żołnierz, oficer. Moim zdaniem zasługuje przynajmniej na mdłości.
MargotNoir pisze:Source of the post Grabovsky zmierzył go wzrokiem z wystudiowaną sympatią.

Mam wątpliwości, czy sympatię we wzroku daje się wystudiować. Spojrzenie( ruchy gałek ocznych, rozszerzenie, zwężenie źrenic, mruganie) są odruchami bezwarunkowymi i bardziej mają charakter obnażający próby ukrycia właściwych emocji.
MargotNoir pisze:Source of the post Wiem, wiem... – Grabovsky mówił dalej beztrosko. – Nie lubisz, jak się to wyciąga, ale widzisz, właśnie dlatego utknąłeś na kapitanie i nie idziesz dalej, a mógłbyś. Trzeci na roku, same sukcesy, prowadzenie się bez zarzutu, odwaga, oddanie, osobiste zaangażowanie, bla bla bla, i przez ten jeden mały wybryk masz teraz łatkę narwańca nie do opanowania. – Dowódca spoważniał.

"Beztrosko" mi nie pasuje. Rozumiem, że chodziło lekki ton, bo sprawy, których mówią do beztroski raczej nie uprawniają. W tym kontekście również razi bla, bla bla. Myślę, że wojskowy raczej użył by tu stwierdzenia "i takie tam pierdoły".
MargotNoir pisze:Source of the post Fanty, które przyniosłeś, bardzo się przydadzą, ale to nie wystarczy.

"Fanty", idealne w ustach policjanta, ale nie wiem, czy mieszczą się w żargonie wojskowym.



Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 362
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Bez powrotu (sfi-fi/fantastyka/postapo)

Postautor: MargotNoir » pn 25 cze 2018, 20:42

Bardzo ogromnie dziękuję za wpisy. Niezmiernie miło widzieć, że ktoś tak uważnie wgryza się w tekst, zastanawia nad detalami, wyłapuje błędy i nieścisłości lub niezgrabne sformułowania.

Aktegev,

Chciałam się odnieść do kilku uwag nie dlatego, że nie zamierzam ich wziąć pod uwagę, a po to, żeby trochę się wytłumaczyć i ewentualnie jeszcze poddać je do zastanowienia.

Niejasność dotycząca tego, jak dawnym wydarzeniem dla bohaterów jest koniec świata: Tak, rzeczywiście kwestia mocno do przemyślenia. To znaczy wiemy, ile lat po apokalipsie dzieją się opisywane zdarzenia, ale nie wynika to jednoznacznie z prologu. Słabym punktem prologu jest chyba to, że został napisany z myślą o konkretnych postaciach, które pojawiają się później w tekście, zostały już jako-tako zbudowane, mają swoją manierę mówienia i swoje małe grzeszki. Grzeszkiem dziadka z Laponii jest to, że lubi uprawiać wioskową filozofię matuzalema, co to posiadł wszelką możliwą wiedzę. Innymi słowy lubi pier*... Pewnie użyłby tej samej metafory o rozmawianiu przez szkło nawet, gdyby żył w naszych czasach i odnosił się do używanych dzisiaj urządzeń mobilnych w rozmowie ze współczesnym młodzikiem. Słusznie wyłapałaś ten fragment. My jako autorki wiemy, jak wypowiada się postać, ale w tym momencie czytelnik tego nie wie i zastosowana przez dziadka metafora jest myląca. Na pewno coś na to spróbujemy zaradzić.

Jeśli chodzi o sam pomysł „opowieści dla niewtajemniczonych” to wyszłyśmy z założenia, że dla osoby dwudziesto- czy trzydziestokilkuletniej, nie zajmującej się hobbystycznie historią, niemającej dostępu do źródeł opowieść o wydarzeniach z czasów młodości jej dziadków czy pradziadków jak najbardziej jest interesująca. Wyobraźmy sobie studenta, który słucha opowieści o Powstaniu Warszawskim. Oczywiście zna jego przebieg z lekcji historii, ale może nie wiedzieć, jak w tej sytuacji próbowali się odnaleźć zwykli ludzie, jakie mieli najbardziej palące problemy, jak wyglądał ich dzień.

Może dałoby się uratować tę ekspozycję, gdyby troszkę podbarwić tekst prywatnymi wspomnieniami dziadka i jakimiś sensownymi pytaniami Młodych, wskazującymi, że słuchacze wiedzą z grubsza, co się działo, ale interesuje ich perspektywa opowiadającego?


Za chwilę jeszcze dziadek tłumaczy znaczenie słowa babcia (to jak oni krótko żyją, że nie doczekują wnucząt?):
Nawet nam nie przyszło do głów, że tak to można zrozumieć. Chodziło o to, że bohater najzwyczajniej w świecie chciał doprecyzować, że chodziło o jego babcię, a nie babcię mamy i to w dodatku babcię od strony matki, a nie ojca. Często takie uwagi wtrąca się w opowieści o rodzinie, ale rozumiemy - skoro ktoś to tak odebrał, to znaczy, że trzeba to zdanie przeredagować.

Rzuciło mi się w oczy jeszcze kilka rzeczy:
jak jeden z jego ludzi, zalany krwią i wykręcony, zmienia się w martwe ciało.

Może prościej, ginie, umiera?

Tu się chyba po prostu nie udało to, co było w zamyśle. Dziękuję za sygnał, że nie wyszło.
Chodziło o brutalizujący efekt zestawienia żywego człowieka z trupem. Na słowo „zginąć” raczej już wszyscy zobojętnieliśmy, a miało być coś w stylu:
„O k*wa, zaraz zginę, ja pier... O, Czesiek! Cześć, Czesiek” - BUM - „Czesiek to już nie Czesiek, to kupa mięsa. Za kupą mięsa można się schować; słabo chroni, ale zawsze... OK*WA zaraz zginę. Uff. Udało się. Co to jest to czerwone i ciepłe? Aha, to kawałek Cześka. No nic, bywa”.

Nie wyszło, trudno. Uwaga przyjęta.

Przerażony jak ptak, był o włos od zerwania się do biegu.

Przerażone ptaki zwykle odlatują, a nie są bliskie zerwania się do biegu (no, chyba że strusie lub pingwiny )

Był przerażony jak ptak, a nie bliski zerwania się do biegu jak ptak. Ale ok, może rzeczywiście to mało udane wtykanie poetyki, gdzie nie trzeba. Od razu czynię notatkę dla nas, bo takie momenty miały się jeszcze pojawiać i wymagają rewizji.
Względnie bezpieczny za płytami z karborundu, rozerwanymi jakąś piekielną bronią

Ciężko mi sobie z wyobrazić, jak można być bezpiecznym za czymś rozerwanym.
Akurat jak jest bardzo duże, to można.

Żołnierz powoli sięgnął po największy karabin i położył go sobie na podołku.

Bo żołnierz był pensjonarką w wykrochmalonej sukni nocnej
Ech, nieszczęsny podołek. Dzięki. Podołek wylatuje.

Takich stylistycznych niezręczności jest więcej np.:
Zapomniałem, że nie lubisz pieprzenia. – Zdjąwszy beret,
Muszę przyznać, że nie wiem, o co tu chodzi.
jajca ze stali, kuśki tak wielkie,

Kiedy dalej jest robienie w ch*ja i już nie razi.

Nie będę się kłócić, może być i k*as i fu*t, chociaż nie przyszło nam do (żadnej z) głów, że jedna postać powinna stosować zawsze przekleństwa z tej samej „półki cenowej” :)

Ogólnie można się zastanowić nad stylizacją języka i formami czasowników. Nie do końca składa mi się niby twardy, żołnierski język z narracją, w której jest: zdjąwszy, odwróciwszy, odłożywszy.
Ale dlaczego narracja miałaby być pisana twardym, żołnierskim językiem? Narracja to narracja, a każda z postaci ma swój styl wypowiedzi.
Dziękujemy też za uwagi dotyczące zapisu dialogów.

Figiel,


półgesty, mrugnięcia powiek, zapatrzenie w smużkę dymu.
Zauważyłaś :) To miłe. Tak, zdecydowanie narracja w zamierzeniu miała być pełna detali i powolna. Zdajemy sobie sprawę, że tekst momentami może się wlec i miło nam słyszeć, że są amatorzy takiego klimatu. W zamyśle reakcje, nastawienie i przeżycia postaci mają być najważniejsze, akcja (jak zostało zauważone) jest oparta na schemacie, który sam w sobie pewnie nie zaskoczy.
Jeśli chodzi o brak półpauz w dialogu w prologu to zaginęły przy wklejaniu i zauważyłyśmy to za późno, żeby edytować post. Dzięki za zwrócenie uwagi.
Kiełbaszenie faktycznie może być zbyt polskie.
Konsekwencja czasu konsekwencją, ale zdecydowanie optuję za konstrukcją " Czuł, że zaczyna słabnąć..."

Tak, tu znowu natykamy się na błąd wynikający z przyzwyczajenia do pisania po angielsku. Na pewno w pozostałej części jest tego pełno i czeka nas sporo pracy przy poprawianiu, ale rzeczywiście po polsku lepiej brzmi czas przeszły – że – czas teraźniejszy.
To żołnierz, oficer. Moim zdaniem zasługuje przynajmniej na mdłości.
:) Tak, zasługuje na mdłości :) nawet soczysty rzyg, ale o tym już nie będziemy pisać. Napracował się chłopak.
Racja, precz z podołkiem!

Mam wątpliwości, czy sympatię we wzroku daje się wystudiować. Spojrzenie( ruchy gałek ocznych, rozszerzenie, zwężenie źrenic, mruganie) są odruchami bezwarunkowymi i bardziej mają charakter obnażający próby ukrycia właściwych emocji.
Faktycznie, coś nie zagrało, to znaczy pomysł był taki, że wystudiowana sympatia była sobie po prostu (na twarzy, gdziekolwiek) i wystąpiła jednocześnie z mierzeniem wzrokiem. Warto to przemyśleć, bo uwaga co do samego wzroku rzeczywiście słuszna. Może mógł zmierzyć wzrokiem, a potem zrobić coś innego z wystudiowaną sympatią?

"Beztrosko" mi nie pasuje. Rozumiem, że chodziło lekki ton, bo sprawy, których mówią do beztroski raczej nie uprawniają. W tym kontekście również razi bla, bla bla. Myślę, że wojskowy raczej użył by tu stwierdzenia "i takie tam pierdoły".

Nad „beztroską” musimy się zastanowić, poszukać odpowiedniego słowa, żeby dobrze oddawałoby ton i nastawienie dowódcy, który celowo mówi z lekceważeniem o sprawach bardzo ważnych dla podkomendnego, a jednak zależy nam na unikaniu takich ewidentnie nacechowanych negatywnie określeń jak „lekceważący”, „drwiący”, „prześmiewczy”. Coś tu trzeba wymyślić, jeszcze nie wiem, co.
Blablabla na „pierdoły” rzeczywiście lepiej.
„Fanty” chyba i tak zostaną przemianowane. Rzecz przyniesiona przez Sörena ma być ważna w dalszej części akcji i chyba nie ma sensu bawić się w tajemniczość, można od razu wskazać, co to jest, zatem problem fantów znika.

Jeszcze raz ogromne dzięki za uwagi i poświęcony czas!



Awatar użytkownika
Aktegev
Dusza pisarza
Posty: 583
Rejestracja: pn 06 gru 2010, 21:28
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Poznań
Płeć: Kobieta

Bez powrotu (sfi-fi/fantastyka/postapo)

Postautor: Aktegev » wt 26 cze 2018, 09:20

MargotNoir pisze:Source of the post chciał doprecyzować, że chodziło o jego babcię, a nie babcię mamy i to w dodatku babcię od strony matki, a nie ojca.
A jakie znaczenie ma dla fabuły, która to babcia? ;) IMHO dla mnie było jasne bez dopowiedzenia.
MargotNoir pisze:Source of the post
Takich stylistycznych niezręczności jest więcej np.:

Zapomniałem, że nie lubisz pieprzenia. – Zdjąwszy beret,

Muszę przyznać, że nie wiem, o co tu chodzi.

Zestawienie p********a obok narratora, posługującego się formą uprzednią, tworzy kontrast - w moim subiektywnym odczuciu - groteskowy.


"Kiedy autor powiada, że pracował w porywie natchnienia, kłamie." Umberto Eco

Miłek z Czarnego Lasu /film/

Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4275
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Bez powrotu (sfi-fi/fantastyka/postapo)

Postautor: Rubia » wt 26 cze 2018, 14:23

Mnie cały czas zastanawia celowość Prologu w jego obecnej formie. Rozumiem, że w SF czy postapo wydaje się sensowne wprowadzenie czytelnika w realia czasu i świata, w jakim będzie rozgrywała się akcja, zwłaszcza kiedy wchodzimy w rzeczywistość po jakimś wielkim kataklizmie. Warto już na samym początku wiedzieć, przynajmniej w ogólnym zarysie, co ocalało, co przepadło, o co może toczyć się gra. Ale: w tym fragmencie mamy cztery osoby - starego Lapończyka, kobietę, młodego mężczyznę i drugiego mężczyznę, który na chwilę zabiera głos. Siedzą przy ognisku i opowiadają sobie o sprawach, które im wszystkim powinny być doskonale znane. Od razu wiadomo, że to jest zabieg nakierunkowany na czytelnika, ta opowieść ma charakter wyłącznie informacyjny, nie wynikają z niej żadne relacje pomiędzy tą czwórką. O rozmawiających nie wiemy zupełnie nic, nawet tyle, dlaczego razem znaleźli się w tym otoczeniu. Nie byłoby w tym może nic złego, zważywszy, że to dopiero wprowadzenie, gdyby nie fakt, że w rozdziale pierwszym te osoby znikają, akcja natomiast przenosi się gdzie indziej i do innego czasu. Słabo zróżnicowane postaci, typowe gadające głowy, nawet bez własnych imion, przepadają. Bardzo możliwe, że kiedyś powrócą i nabiorą bardziej wyrazistych kształtów, lecz, jak na razie, to są czterej spikerzy - komentatorzy. No, ładne jest i nastrojowe takie siedzenie sobie przy dogasającym ognisku, tyle, że z niego nic nie wynika. nie ma związku między nim a późniejszymi/wcześniejszymi wydarzeniami. I tak się zastanawiam: czy ci ludzie są tu w ogóle potrzebni? Przecież taki prolog informujący o realiach świata można napisać z punktu widzenia wszechwiedzącego narratora, który krótko przekaże czytelnikowi niezbędną wiedzę. Albo - jeśli chce się to zrobić bardziej ozdobnie - można nadać mu formę kronikarskich zapisków albo notatek prowadzonych przez kogoś, czyja wiedza okaże się potem istotna.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 362
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Bez powrotu (sfi-fi/fantastyka/postapo)

Postautor: MargotNoir » wt 26 cze 2018, 17:12

Rubia,
Dziękuję za uwagi, temat na pewno do przemyślenia, zwłaszcza, że jesteś już kolejną osobą, która ma uwagi dotyczące prologu.
Chciałam tylko jeszcze spytać o jedną rzecz. Uważasz, że akcja "przenosi się (...) do innego czasu".
W jakim sensie? Masz wrażenie, że prolog i pierwsze sceny pierwszego rozdziału dzielą miesiące, lata, pokolenia, stulecia? W Twoim rozumieniu to ta sama, czy już/jeszcze inna epoka? Niezależnie od odpowiedzi - skąd właśnie taki wniosek?



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4275
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Bez powrotu (sfi-fi/fantastyka/postapo)

Postautor: Rubia » wt 26 cze 2018, 21:54

MargotNoir pisze:Source of the post Uważasz, że akcja "przenosi się (...) do innego czasu".
W jakim sensie? Masz wrażenie, że prolog i pierwsze sceny pierwszego rozdziału dzielą miesiące, lata, pokolenia, stulecia? W Twoim rozumieniu to ta sama, czy już/jeszcze inna epoka? Niezależnie od odpowiedzi - skąd właśnie taki wniosek?

Pisząc o "innym czasie" miałam po prostu na myśli brak bezpośredniej kontynuacji pomiędzy prologiem a pierwszym rozdziałem. W prologu ludzie śpią wokół ogniska, na początku pierwszego rozdziału budzi się jakiś mężczyzna, ale nie ma nic wspólnego z tą pierwszą grupą. Nie jestem w stanie rozpoznać, ile konkretnie czasu dzieli te dwie części. W prologu ludzie nie mają imion, nie wiadomo, kim są, jaki cel ich łączy (poza takim ogólnym - żeby przeżyć). W dalszej części konkretów jest trochę więcej, lecz akcja rozwija się w dość dziwnym kierunku: żołnierz, który mógłby być głównym bohaterem, właśnie dostaje urlop
MargotNoir pisze:Source of the post – No, więc dobrze. – Dowódca ciężko opadł na swój hamak. – Teraz dostaniesz przepustkę, jedź do domu, wykuruj się. Pozdrów ode mnie staruszka. Wezwiemy cię, jak przyjdzie czas.

Może "staruszek" należy do tej grupy z prologu? Może będzie istniał jakiś osobowy łącznik między tymi dwiema opowieściami? Na razie jednak nie mam żadnych przesłanek, żeby tak wnioskować.
Właściwie mogłybyście podać jakieś daty (niechby nawet były liczone według tamtejszej rachuby) oraz miejsca, w których rozgrywa się akcja. Maja Lunde np. w Historii pszczół prowadzi opowieści z roku 1857, 2008 i 2098 rozgrywające się w trzech różnych miejscach, powieść przechodzi z historycznej w postapo, a jednak wątki łączą się ze sobą bardzo harmonijnie. Czytelnik naprawdę nie musi się wszystkiego domyślać, zwłaszcza w kompletnie fikcyjnej rzeczywistości warto mu podsunąć parę punktów orientacyjnych.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 362
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Bez powrotu (sfi-fi/fantastyka/postapo)

Postautor: MargotNoir » śr 27 cze 2018, 19:23

Rubia pisze:Source of the post Nie jestem w stanie rozpoznać, ile konkretnie czasu dzieli te dwie części.

Uff. Wystraszyłam się, że w coś w tekście sugeruje, że te zdarzenia dzieją się w innych epokach czy rzeczywistościach.

Co do reszty uwag - osobiście bardzo nie lubię tekstów rozpoczynających się od kartki z kroniki, notatki czy wprowadzenia w stylu "żółtych liter" z Gwiezdnych Wojen. Rzeczywście prolog jest problemem i to też się wiąże z tym, o czym już tu pisałam - to nie jest tekst, którego spodziewa się człowiek zachęcony hasłami "postapo" i "wojna". Na pewno pomoże zmiana tagów :)

Cały czas zastanawiamy się, jak przekształcić prolog tak, by klimat, problematyka, tematyka, tempo rozwoju opowieści i jej środek ciężkości od razu stały się jasne (albo chociaż domyślalne) dla kogoś, kto się z nią styka.
Muszę przyznać, że ta dyskusja jest niezwykle ciekawa. Po dość zróżnicowanych reakcjach tutaj widać już mniej-więcej, czego unikać i w którą stronę iść budując sam wstęp, żeby od razu pokazać, czego odbiorca może się spodziewać po dalszym ciągu.



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4275
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Bez powrotu (sfi-fi/fantastyka/postapo)

Postautor: Rubia » śr 27 cze 2018, 21:16

Dla mnie akurat tagi nie mają znaczenia :) Postapo nie lubię o tyle, że męczą mnie bezustanne walki w ruinach miast czy na ruinach cywilizacji. Myślę jednak, że rzecz nie w klasyfikacji gatunkowej. Zabierałam się do lektury bez nastawienia, że skoro jest to tekst należący do określonego gatunku, to musi spełniać takie, a nie inne wymagania. Najpoważniejszym mankamentem prologu w obecnej postaci wydaje mi się to, o czym już pisałam: są w nim cztery osoby, które we właściwym tekście znikają, a czytelnik nie ma powodu, żeby zaciekawić się, co się z nimi będzie działo, gdyż ani nie zostały na tyle zindywidualizowane, żeby przyciągnąć uwagę, ani nie zawiązała się tam żadna akcja.
Może po prostu wymyślcie prolog niefabularny, na tyle przejrzyście i zgrabnie napisany, żeby zainteresował czytelnika samą historią świata, który będzie miejscem wydarzeń.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Kareen
Pisarz osiedlowy
Posty: 222
Rejestracja: pt 28 paź 2016, 20:11
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: gdzieś nad morzem
Płeć: Kobieta

Bez powrotu (sfi-fi/fantastyka/postapo)

Postautor: Kareen » ndz 01 lip 2018, 20:06

Poprzednicy wymienili najważniejsze rzeczy, więc pozwoliłam sobie przeczytać tekst jak zwykły czytelnik czyta książkę, bez punktowania wszystkich zgrzytnięć i błędów.
Powiem tak: całość na plus. Jeśli dodasz kolejną część, to przeczytam.
A bardziej szczegółowo: pomimo, że raczej rzadko czytam książki postapo, to lubię takie klimaty np. w serialach, więc chętnie zajrzałam do Twojego tematu. Prolog mnie zniechęcił i trochę rozczarował, nawet nie dobrnęłam do jego końca wczoraj, ale dzisiaj wróciłam i dałam tekstowi szansę - na szczęście okazało się, że było warto dla I rozdziału. Ogólnie monolog dziadka z Laponii był dla mnie bardzo monotonny i rozumiem, że służył za jakieś wprowadzenie, przedstawienie tej wizji, ale totalnie tego nie kupuję i zastanawiam się, czy nie dałoby się przekazać tych informacji czytelnikowi w bardziej interesującej formie; poza tym prolog odstaje mi klimatem od rozdziału.
Co do rozdziału: na duży plus dla mnie jest opis bitwy na samym początku. Dużo czytałam opowiadań na forach, kiedyś też zdarzyło mi się skrobnąć scenę walki i z moich amatorskich doświadczeń wynika, że opisanie pola bitwy i samego przebiegu zdarzeń to nie jest łatwa sprawa, dużo osób robi to niezgrabnie, sztucznie, nie potrafi oddać emocji bohatera itd. Tobie się to udało - przypadł mi do gustu ten fragment.
Co do reszty oddziału - jest okej, główny bohater, pomimo że jeszcze niewiele o nim wiemy, jakoś instynktownie budzi moją sympatię, myślę, że polubię faceta. Może to dlatego, że jest krytyczny, nie uznaje się za bohatera no i to, że nie dał się wrobić w rozkazy, tylko dociekał o co chodzi. Widać, że on nie z tych głupich. :D
Końcówka - trochę już nudzi ta ich rozmowa i samo zakończenie rozdziału jakieś takie mało wyraziste.


Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 362
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Bez powrotu (sfi-fi/fantastyka/postapo)

Postautor: MargotNoir » ndz 01 lip 2018, 20:46

Super, bardzo dziękuję za wpis i opinię!

Cóż, widzę, że prolog budzi najwięcej negatywnych odczuć. Zastanawiam się, co by było, gdyby po prostu z niego zrezygnować?

W pierwotnym zamyśle tekst miał się właśnie zaczynać od opisu bitwy/snu o bitwie, ale z kolei pojawił się zarzut, że tekst w takiej formie jest niezrozumiały, frustrujący i nie wciąga. Pomyślałyśmy, że może rzeczywiście początek nie jest najwłaściwszy: Na dzień dobry dostajemy mgliste wspomnienie bezimiennego faceta z PTSD i pewnie jeszcze trochę przyćpanego warzonymi w domowych warunkach tańszymi zamiennikami stosowanych dzisiaj w medycynie opiatów. Rozmowa z dowódcą wprawdzie daje jakąś tam ekspozycję, ale pojawił się pomysł, żeby z samego początku jednak troszkę więcej wyjaśnić i zarysować wizję historii oraz tego, w jaki sposób ludzkość znalazła się w tak nieprzyjemnej sytuacji... ale z reakcji tutaj wynika, że wyszło tak sobie.

Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by obraz świata, w którym żyją opisywane postaci przewijał się przez późniejsze rozmowy i narrację, o ile czytelnik będzie miał cierpliwość, żeby zapamiętać takie porozrzucane strzępki informacji i poskładać je w jedną całość. Niestety poza prologiem (w jakiejkolwiek postaci) nie widzę żadnego miejsca, w którym mogłoby się znaleźć "ogólne wyjaśnienie wszystkiego". Takie coś wyglądałoby sztucznie. Cóż, sprawa jest otwarta.



Awatar użytkownika
Kareen
Pisarz osiedlowy
Posty: 222
Rejestracja: pt 28 paź 2016, 20:11
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: gdzieś nad morzem
Płeć: Kobieta

Bez powrotu (sfi-fi/fantastyka/postapo)

Postautor: Kareen » ndz 01 lip 2018, 21:47

Hmm, rozumiem Twoje rozkminy. Ja na Twoim miejscu chyba pisałabym dalej, starając się gdzieś tam wplatać opis sytuacji świata, dlaczego to się stało i ogólnie jak wygląda uniwersum, i tak będą wychodzić kolejne szczegóły podczas toczenia się akcji - naturalna kolej rzeczy. To nie zaszkodzi, a na pewno rozjaśni, bo szczerze ja i tak super dużo z tej monotonnej paplaniny starca nie zapamiętałam - jak jest za dużo informacji na raz, to też niedobrze, bo połowa wyleci z głowy. ;) Tym sposobem będziesz miała 2 w 1 - powoli będzie wyłaniać się obraz uniwersum podczas kolejnych rozdziałów, a wtedy prolog możesz zawsze w razie czego wyrzucić bądź zmodyfikować, na razie niech sobie jest, ja bym nie traciła na niego czasu w tej chwili. Taka moja luźna sugestia, a jak zrobisz, tak zrobisz. :)


Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: AndrzejQ i 8 gości