Czerwony dach świata (II) - (S/F)

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Piro
Zarodek pisarza
Posty: 20
Rejestracja: wt 24 kwie 2018, 16:02
OSTRZEŻENIA: 1
Lokalizacja: Kraków
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Czerwony dach świata (II) - (S/F)

Postautor: Piro » śr 13 cze 2018, 19:48

Witam.
Troszkę się rzeczy zmieniło, książka poszła do korekty (na razie w wersji angielskiej).
Polskiej "surowicy" wrzucam do rozdziału 13, co daje ok. 30% pierwszego tomu.
Porada *Juliahof*, żeby ładować najpierw w jednym języku była genialna. Faktycznie megałatwo się tłumaczy samego siebie w większej objętości, a nie duka po kilka linijek. Głupi byłem.
Ogólnie dzięki za pomoc - wiem już, że chcą ją wydać, także juppi, zabawa w pisanie po godzinach może okazać się nawet dochodowa.
Wrzucam 1-13 rozdział pierwszego tomu, po polsku, bez korekty - no i już zdradzi to, jak wygląda sytuacja naszego Kyle'a :)
Jeszcze raz dzięki wielkie za pomoc i komentarze.

Added in 2 minutes :
Kyle

1.

Rozległa przestrzeń oazy pełnej zieleni, otoczona przebijającą pomiędzy drzewami piaskową, równomierną tkaniną wyczesanych w fale wydm i zachodzące słońce tworzyły tak uroczą kompozycję, że Kyle zaczął żałować, że nie jest profesjonalnym malarzem. Albo chociaż osobą z odrobiną talentu, takim ziomkiem, który siedział kiedyś przed nim na wykładach i non stop rysował zupełnie realistyczne rysunki. Może niekoniecznie były to panoramy, ale cóż w głowie mogło siedzieć studentowi na wykładzie nudnym jak tapeta w motylki. Wiadomo, nie wszystkie są ciekawe, najbardziej człowiek wkręca się w te tematy, które sam lubi. Sam szkicował kiedyś, ale amatorsko, w liceum, ale potem zapał umarł – tyle, że coś tam umiejętności zostało. Tu przydałby się sprzęt. A aparat rozładowany. Skąd tu można wziąć prąd? Pewnie że mają, w ośrodku, za płotem. No tak, ale czy wtyczka będzie pasować… Takie jak u nas są przy lampie w łazience, niby do golarki. Więc i bez przejściówki się da. Ech, problemy pierwszego świata...a właściwie trzeciego – zaśmiał się sam do siebie - Schowam tego trupa do kieszeni, żeby w piachu tu nie został. Właściwie to pora się zbierać, dziś już więcej opalenizny nie nabiorę. Zresztą blada cera źle się opala, nie uwierzą, gdzie byłem. Ale jest tu pięknie, przepięknie i już się nie odzobaczy. Za to między innymi cenimy mózg – za wspomnienia. Bez wątpienia mózg to wspaniała maszyna. W ogóle cała neurochemia jest bajeczna. Ten cwany mechanizm białek c-Fos i Zif268, tyle lat studiów i badań nad nimi, aby je przełamać i kontrolować…
Kolejne neuroprzekaźniki zadziałały i mózg Kyle’a powiedział mu, że za dużo myśli o mózgu, a więc i o pracy, a co gorsza nadmiernie rozumie, jak ten przekaz jest realizowany, a w ogóle to rekurencja, żeby jakimś rodzajem białek myśleć o nich samych. Przynajmniej jakieś splątanie. Zboczenie zawodowe w całej okazałości? Może ja już jestem psychiczny? Jestem na urlopie urlopie urlopie - Powtórzył tak dla zabawy - urlop – utrwali się może, ba, dotrze ze zrozumieniem, bo po tylu latach pracy na uniwerku i w laboratoriach przerywanej wyjazdami na sympozja takie słowo „urlop” to takie trochę nierzeczywiste. Ha, białka działajcie, pora chyba na wspierającą was kawę. Taką wieczorną. I poczytamy sobie potem jakąś fajną książkę, taką nie o chemii.

Podniósł się, zabrał ze sobą ręcznik, dmuchaną poduchę i klapki i korzystając z faktu, że piasek jeszcze był przyzwoicie ciepły poszedł boso obrzeżem zielonej wyspy, tam, gdzie już żółte, półpłynne morze kwarcu zyskuje organiczne spoiwo, twardnieje i staje się piaszczystą glebą, w której oparcie znajdują korzenie pierwszych drzew i zmartwychwstanek.
Nie była to oczywiście najkrótsza droga do ośrodka wakacyjnego, ale z pewnością przyjemniejsza, niż prowadzący akurat z zachodu przez centrum do ośrodka zakurzony trakt między sadybami pasterzy i miejscowych cwaniaczków, zawsze gotowych na dorobienie sobie na banalnych do rozpoznania turystach. One dollar nation czekało w postaci mistrzów sztuki sprzedaży, negocjacji i nagabywania oraz przeważnie stojących za ich plecami skromnych adeptów sztuk powyższych, potrafiących zręcznie wyciągnąć z ręki dolara albo niekiedy z kieszeni nawet cały portfel i oddalić się w tempie bohaterów kreskówek. Niby wieczorami znikali w swoich domostwach i namiotach, ale ponieważ konstrukcja tych ostatnich bazowała na drewnianych palikach i żerdziach, na których narzucono koce, płócienne i skórzane płachty – to gdy się przechodziło słyszeli to i niekiedy zaczepiali jeszcze.

Był może w połowie drogi. Powiało chłodem, więc ręcznik narzucił na plecy. Słońce jeszcze było widać, ale z zachodu pojawił się podmuch wiatru silniejszy, niż można było się spodziewać o tej godzinie. Niebo w okamgnieniu zmatowiało; rozbłysk, potem skrzenie na widnokręgu, dosłownie jakby w kineskopie przepalała się lampa. Burza piaskowa? „Well, that escalated quickly” - zaśmieszkował mózg, ale bez przekonania. Widać kawy białkom brakuje. Spokojnie jeszcze zdążę, ale spanie przy otwartym oknie nie wchodzi w rachubę. Kyle przyśpieszył kroku, ale odniósł wrażenie, że stoi w miejscu. Nogi nie dają rady. Nie rusza się. Świat się nie rusza. Wszystko się zatrzymało. Zatrzymało. Zet.
Dla mózgu światło zgasło a usta i nos w nagłym uderzeniu gorąca wypełniły się pyłem. Zachłysnął się i zasłonił twarz. I potem nicość.


2.

W totalnej ciemności zamajaczył rozmazany punkt światła. Kyle dusił się, jednocześnie patrząc w ten punkt. Plama taka. Punkt na koniec. Poruszały się w nim jakby płatki, może to płatki róż, może to tak właśnie ma wyglądać. Światło i płatki róż.
Nagle puściła blokada, płuca zaciągnęły powietrze, pełne prochu i Kyle zakaszlał i prawa ręka sama sięgnęła do twarzy.
Ale ona była poza ciałem! Nie mogę sięgnąć do ust. Moja ręka jest poza ciałem! Panika, trochę. Czekaj, zasłaniam nią niebiańskie światło i róże…Myślę. Otwór zasłaniam, otwór. Otwór. Myślę. Jestem w worku. W worku jest dziura. Myślę. Myślę. Rękę mam w innym worku. Albo kombinezonie. Myślę. Pewnie ochronnym kombinezonie, to musiało być jakieś doświadczenie i coś nie poszło. Tak.
Kyle spróbował skupić się na tym, co widzi w dziurze. Wirujący pył – to on był płatkami róż. Perspektywa, światło, jasne. Czy można zobaczyć rękę? Można, szary worek, może czarny bardziej. Ręka jest w środku. Pył posypał się przez otwór. Cholera. Zamykam oczy. Myślę. Też jestem w czarnym worku, on ma rękawy, takie tuby i tam mam rękę. Prawą. Lewą mam?!? Panika trochę, ale mam, szeleści jak się rusza palcami, ale trochę, jej nie da się nią zasłonić dziurę. Nie mogę nią ruszyć – palce są a ręki jakby nie było. Przygnieciona albo coś niedobrze z nią. Niedobrze, teraz ją czuję, boli. Ogólnie niedobrze. Nie panikuj. Znajdą cię przecież za chwilę, świata nie wysadziłeś. Pauza. Może to worek na trupa? Panika!... Panika mniej – worek na trupa nie ma rękawów. Ma zamek. I solidny taki jest a nie foliowy. Może jednak strój ochronny jakiś. Nie pamiętam takiego stroju, nie pamiętam, żebyśmy mieli w instytucie. Myślę. Ale może to amnezja chwilowa, tak, tak, na pewno amnezja.

Dopchał powierzchnię dziury prawą ręką – najpierw do oka – szaro, gdzieś po prawej źródło światła ale go nie widać. Do ust – zdecydowana poprawa powietrza – zresztą jak się zastanowić, to czuł to już wcześniej, że właśnie ta dziura zapewnia mu najlepsze powietrze, a może zresztą i całe – ale mózg był zajęty czym innym i panika musiała trochę przejść w zimną kalkulację, żeby dziura w worku została doceniona. Dobra dziura. Wepchał koniec worka osłaniającego rękę do ust i szarpnął. Poszło łatwo, zgrzyta ten piach w zębach, kolejna dziura na trzy palce, tylko ten pył – natychmiast wzniósł się w powietrze z szarpanej folii i zaatakował oczy i płuca. Ale nic to – chwila kaszlu i już prawa ręka ma palce i możemy się w końcu z tego worka urodzić. Częściowo. Na razie głowa.

Kyle rozdarł dziurę równie łatwo, jak i sporządził poprzednią. Obrócił się w lewo, na bok, żeby zobaczyć co z lewą ręką i zorientował się przy tym, że jego worek wcale nie miał takiej banalnej konstrukcji. Tak, była to folia, ale miała na oko ze trzy cienkie warstwy, a wraz z nim wewnątrz znajdowała się forma łóżka, taka dość wąska leżanka. Przynajmniej na tyle, na ile mógł to ocenić, to od góry jej kształt przypominał nosze z kółkami, takie z karetek pogotowia. Brytfanka taka. Na człowieka. Musiała konkretnie zamortyzować upadek, przecież jest miękka. Fuks.

Potrzeba spokoju. Spokoju. Lewa ręka jest przyciśnięta czymś. Palcami daje się ruszać. Raz-dwa-trzy-cztery-kciuk – ile to radości – mam palce u rąk. Jednymi mogę ruszać, a drugie widzę. Czym ona jest do cholery przyciśnięta jak nic na niej nie leży? Wepchajmy tam prawą. Mokro. Niedobrze. Krew pewnie. Popatrzmy… Krew! Kapnęła mi prawie do oka. Niedobrze. Macamy raz jeszcze – nabita na pręt, tu blisko, dużo powyżej łokcia. Wołać pomocy? Ależ oczywiście, należy wołać pomocy!

– Pomocy!

Pierwsza próba krzyku wyszła mizernie, Kyle zaczął mocno kaszleć, a jako że część adrenaliny zeszła już, to poczuł, jak bardzo ta jego lewa ręka jest jego. Potem już wołanie poszło lepiej. Jeżeli celem miałoby być zapewnienie ciągłości echa przez kilkanaście minut – to nawet doskonale. Przestał, gdy ból powodowany przez nabieranie w płuca powietrza i wynikający z tego ruch nie zaczął być większy, niż nadzieja, że ktokolwiek nadejdzie z pomocą.

Szlag nagły, czy ten pręt przechodzi mi przez rękę na wylot? Obadajmy to - chwila prawdy – no nie, ale coś tam jest, ręki nie wepcham bo ból jest nieznośny, czekaj, przecież to jest na zewnątrz tego worka, na zewnątrz to jest, to gruz zwyczajny, beton, cegła, nie widzę bo ten worek zasłania i musiałbym go podrzeć, a to boli, ale czuję to w ręce. Da się ruszyć? Da się. DA SIĘ. Odsunąłem.

Zupełnie spory okruch betonu stoczył się w dół, przekonując do tej wycieczki pomniejszych pobratymców; zabębniły po jakiejś blasze i pokurzyły trochę, ot górska młodzieżowa wycieczka schodząca ze szczytu. Zanim Kyle podjął próbę uwolnienia ręki, jego workowaty tobogan podjął ją za niego i rozchwiany jego ruchami zsunął się o jakiś metr na zasypaną prochem i gruzem podłogę. Chwila krzyku i po bólu – ale jak już tego wrzasku nie usłyszeli to chyba ostatecznie nikogo tu nie ma.

Kyle podniósł się do pozycji siedzącej, z nogami cały czas w worku, trzymając się za krwawiącą rękę (co wcale wygodnie nie było) rozejrzał się półprzytomnie. Faktycznie, musiała nastąpić konkretna katastrofa, Gruzu wszędzie było zupełnie sporo. U góry nad głową – dziurę zablokował kawał betonu i jakieś metalowo – przeźroczyste, przypominające może w pierwszym skojarzeniu awangardowe pralki, a raczej ich strzępy. Parę blach pewnie od nich spadło w ogóle na podłogę. Dalej wokół już wszystko całe - betonowe ściany, jakieś symbole, częściowo działające światło w sufitach i wciąż obecny posmak betonowego kurzu. I żadnych drzwi, za to kilka korytarzy. Coś jakby podziemia, ale nie mógł przypomnieć sobie takich w instytucie. Więc szpital.

Dużo szczęścia, że żyję. Przecież ja chyba spadłem do jakiejś piwnicy. I czemu byłem w worku na noszach? Awaria w szpitalu? Czemu byłem w szpitalu? I co ja właściwie robiłem, że trafiłem do szpitala?

A co ja w ogóle mam na sobie? Przecież to coś jak trykotowa piżama obcisła, jak na kolarza i jeszcze jakieś opaski, druty z nich wyłażą urwane. Może też dobrze, że obcisła, bo krew przytamowała. A co to do cholery jest? Wenflon? No wenflon, wenflon, przez materiał wbity. No ciekawe, jak żyłę znaleźli... Dobra, czyli szpital na 100%. Na coś jestem chory. Właściwie, każdy jest na coś chory, są tylko nieprzebadani. Głupkuję, mam dziurę w ręce, krew się leje, wenflon w drugiej ręce, nie wiem co się dzieje. Jakiś punkt zaczepienia chcę. A tu próżnia i pył kosmiczny. Te opaski, uciski takie. O, mam nawet napis, pod brodą, popaprałem krwią, cholera. Kyle. Kyle tu jest napisane. Teraz jakoś tak do wszystkich po imieniu, nawet kawę zamawiasz i wołają „Kyle” jak im się nieopatrznie przy zamówieniu imię poda. Głupi zwyczaj. A nie nawet, nie Kyle, tylko zero zero i V. Przekreślone. Zdyszałem się, tak w ogóle. Ale też i odprężenie takie dziwne.

Kyle położył się płasko i powolnymi ruchami wypełzł z dolnej części worka, zapewniając sobie jednocześnie masaż pleców betonowym żwirem. Nogi okazały się być całe, białe i w białych skarpetkach, dosłownie wyglądających jak takie „fluffy” na zmarznięte stópki chorych córek. Nawet zapewniały jakąś ochronę przed ostrymi okruchami betonu – przynajmniej wstępna próba zrobienia paru kroków wypadła pomyślnie.
Popatrzył na worek i nosze. Raczej musiało być to łóżko szpitalne będące częścią bardziej skomplikowanej maszyny – już samo to, co wystawało z worka miało z boku jakieś przyciski czy sensory, martwe bo martwe ale ewidentnie wyświetlacze i coś, co przypominało gniazda światłowodowe w starych sprzętach Technicsa. Ale to kiedyś grało.

No a teraz chyba pora znaleźć drogę do wyjścia z tej imprezy – pomyślał.
Nieświadomie puścił lewą rękę i prawą odchylił worek – niewątpliwie najlepszy szpital, bo najbardziej nowoczesna aparatura – skonstatował. No ta to już się nie przyda, ale w ogólności. Krew nie lała się nawet za bardzo, widać pręt nie trafił w żadne większe naczynie. Nogi – całe chyba, ta śmieszna piżama nawet nie zadraśnięta. Ręce – wiadomo, poszyją, wyleczą, nawet ruszać lewą mogę, tyle że boli i może znowu się ta jucha puścić, lepiej nie, a właściwie to mogę tą opaskę o tu przesunąć do góry trochę to zaciśnie ranę. Zabolało, zaszumiało nie ma rany już. Przynajmniej nie widać. No widać krew, widać, ale się nie leje tylko co? Kapie? Też nie, sączy się – o nasącza opaskę i piżamę ale nieznacznie. Pewnie lekarz to poogląda za chwilę.

Schody – w każdej piwnicy są schody. No wiadomo, że winda jest, nierzadko towarowa, albo i właściwie zawsze jest towarowa do piwnicy w szpitalach bo tam się trzyma ciężkie rzeczy. Ale działa jak każda winda. Mogę i windą pojechać, pewnie jestem na minus jeden albo cholera wie minus ile, ale gdzieś będą schody i pewnie winda. Nogi działają, niepotłuczone, cud właściwie, będzie co opowiadać. Żeby tylko drzwi nie przeoczyć, czasami w piwnicach nie dają tabliczek na drzwiach a na schody to mogą być takie przeciwpożarowe, nie będzie widać, że tam akurat są schody.

Kyle przeszedł dobrych kilkaset kroków, z kilkoma postojami na odpoczynek, znajdując nawet nieciągłości w ścianach w postaci jakichś zamkniętych szaf czy schowków, ale drzwi nie było. Korytarz lekko skręcał w lewo i kończył się czymś w rodzaju salki, ale pustej, bez nawet jednego mebla. Pył wypadku dotarł i tutaj, tak że na podłodze widać było, skąd przyszedł i jak działają zawirowania na krawędziach wlotu do komory – obszary turbulencji zaznaczyły się nieco innym kolorem na generalnie jaśniejszej, jastrychowej i pokrytej jakąś jasnoszarą, ale odstającą od koloru surowego betonu ścian.

Nic, tylko studentów przyprowadzić – oczywiście nie moich, wystarczy, że rozumieją dyfrakcję. Ale Roy by się ucieszył – taki uroczy praktyczny przykład wtrysku w makroskali. No może nie paliwa, ale pyłu betonowego. Studenci lubią takie rzeczy. Wtrysk pyłu betonowego – zabawne.

Dobra, mam inne zmartwienia – gdzie są drzwi. Tu nigdzie nie ma drzwi. Nigdzie. Mógłbym nawet znaczyć, jak Tomek Sawyer te miejsca gdzie już byłem, ale tu są do cholery tylko trzy korytarze i pamiętam je, widzę w pyle swoje ślady, nigdzie nie ma wyjścia… A może ja jestem w fundamentach? Cholera wie, może są w fundamentach takie próżnie, miejsca, które pozostają całkowicie zamknięte, bez wejścia? I nie będzie powietrza, dlatego tak się męczę, bo jest mało powietrza, coraz mniej…

Panika trochę, ale myślmy racjonalnie – to po co oświetlenie? Przecież skoro nikt tu nie przychodzi? I skąd tu mimo wszystko powietrze? Źle się pewnie oddycha, bo zmordowałem płuca pyłem, chodząc też go wzruszam. Choć może klatka schodowa czy winda były tam, gdzie gruzowisko? Jestem odcięty, ale przecież wiedzą chyba, że zaginąłem, odkopią.

Wrócił do gruzowiska i zaczął uważnie przyglądać się elementom blokującym wyjście. Okruchy były bardzo porowate. Wyłażąc na gruzy poszarpał trochę metalowe elementy „pralek” odskakując na wypadek lawiny, ale dość szybko skonstatował, że nic to nie da. Za cały efekt uzyskał jedną ni to gałkę, ni to pokrętło, może o parocentymetrowej średnicy – bo tylko do udało się urwać, wyłażąc na gruzowisko i szarpiąc odstające elementy. Była w świetle z sufitu wydała się jasnozielona, bardzo lekka, postanowił schować ją sobie ot tak, przy czym zauważył, że nie ma kieszeni – kulka trafiła więc do skarpety na nodze.

Potężne kawały betonu zablokowały wyjście a aparatura podziałała trochę jak uszczelka – miażdżona podopychała kilkumetrową dziurę, którą niewątpliwie Kyle teleportował się tu z wyższego piętra. Fakt, że nie został zmiażdżony zawdzięczał tylko temu, że główny kawał betonu lecący za nim nie zmieścił się w dziurę ani też nie zdołał jej rozerwać i poszerzyć. Pokrzyczał jeszcze chwilę, ale jedynym efektem było zgaśnięcie w tym czasie jednej z bardziej oddalonych lamp korytarza. Poszedł tam, ale oczywiście nikogo nie było. Zbieg okoliczności, ot tak, dla podniesienia ciśnienia. Z ciężkim oddechem wrócił więc do gruzowiska i bez pomysłu siadł na noszach, które, choć niesamowicie ciężkie, przewlókł kawałek dalej w głąb, kalkulując, że ekipa ratownicza może doprowadzić do zawalenia się „pralek” a przede wszystkim ogromnej bryły betonu – a mierzyć się z nią nie chciał.

W kompletnej ciszy, po około godzinie usłyszał wreszcie jakieś głosy.

Podbiegł do rumowiska, wsłuchując się w dźwięki inne, niż własnego oddechu i zgrzytu pyłu pod nogami. Dźwięk przenosił się przez aparaturę, gdzieś uchowała się jakaś nieszczelność i ludzie rozmawiający na górnych kondygnacjach byli ledwo bo ledwo, ale słyszalni. Już miał zacząć krzyczeć do tych, którzy go szukali, ale na chwilę skupił się na tym, o czym rozmawiali i na czymś jeszcze dziwniejszym – braku wcześniej jakichkolwiek dźwięków kopania czy maszyn.

Przez dłuższy czas była cisza. Cichsze mamrotanie, jakby kilka różnych głosów, ale dało się z tego wyłowić tylko pojedyncze wyrazy. I nagle zdanie podniesionym głosem.

– Musimy go odzyskać, albo mieć pewność, że alis jest martwy

3.

Narastający szurgot w gruzowisku upewnił go, że próbują się do niego przekopać. Słychać było głosy pracujących, ale nierozróżnialne, tłumione przez gruzowisko. Prosta kalkulacja człowieka oczekującego ratunku w wypadku tu nie bardzo miała możliwość zastosowania i w głowie Kyle’a kłębiły się myśli, czy zbliża się ratunek, czy kłopoty.
Najpierw pojawiła się myśl, żeby wołać o pomoc. Ale z drugiej strony – gruzowisko nie było aż tak wielkie, żeby trzeba było ukierunkować ekipę ratowniczą krzykami. Tego jest może pięć na pięć metrów. Co tu „ukierunkowywać”? To trochę jak na wyburzeniu – miarowo wynoszą materiał, aż wreszcie dotrą tu na dół. Oni tam na górze doskonale wiedzą gdzie idą. I po co. Tylko czy to dobrze, czy źle?
Ostatecznie zwyciężyła ostrożność. Powoli i możliwie bez hałasu odgruzował i wyciągnął z osypiska swoje „legowisko”. Poszło nad podziw łatwo i leżanka z czarno-szarym workiem, zasypanym pyłem powędrowała do kąta przy gruzie. Mogła służyć jako chwilowa osłona.
Tak strasznie mało pamiętam. No wiem, to pewnie od wypadku i uderzenia, na pewno pamięć wróci (na pewno?). Wróci, wróci. Jak nie sama, to jest medycyna. A teraz mnie odkopują. Ale czemu mają się upewnić, że „Alis” jest martwy? Przecież jestem Kyle. Kyle, a nie Alis...są już blisko. Może rozwalić naświetlacze? W ciemnościach nie będzie im tak łatwo, jak mają złe zamiary, a moje oczy zawczasu przygotują się do braku światła… Głupiś, czym je rozwalisz? Są ze cztery metry nad podłogą, nawet nie wiadomo co to za pokrywa je zamyka. Kamieniami będziesz rzucał? Nie da rady...
Przekopują się. Słychać – mają już blisko. Już się pył sypie. Klną jak swoi, choć akcent dziwny. To pewnie studenci. Tak, prosta gadka, jak mają cel, to czynią cuda. Studenci na 100%. No na 80. Po naszemu mówią…
Położył się na gruzowisku w rogu pomieszczenia gdzie wcześniej zawlókł leżankę – wlazł pod nią, wygodnie nie było, ale osłona wydawała się najlepsza z możliwych. Przeszło mu przez myśl, żeby wleźć do podartego czarnego wora będącego częścią leżanki, ale potem pomyślał, że najpierw będą go tam szukać, więc może chowając się za samą leżanką pozna ich zamiary choćby chwilę wcześniej, zanim pojawi się kontakt wzrokowy.
Przeszli, przekopali się - nie widział ich, ale to było czytelne – wynieśli na tyle drobniejszego gruzu, żeby przecisnąć się pod większymi okruchami betonu. Chrzęst, pospolite przekleństwa, cisza. Rozglądają się. No trudno, żeby nie zauważyli tego wyrka z czarnym workiem. Zauważyli.

– Jest tu kto?

Odpowiedzieć czy nie? Przecież i tak mnie znajdą… Ale może zanim wpadną na to, że się chowam, powiedzą coś więcej. Powiedzą? Szurgot kamieni. Wlazł kolejny pewnie. Drugi albo i trzeci – to mają przewagę… Zresztą, przecież mogą mieć broń, jaką ja mam przewagę nawet jeden na jeden...Adrenalina.

– Zasypało go bo głupi nie jest, przecież by odezwał się, jak żyje. Cholera, Andy, po nim jest. Takie głazy miażdżą każdego na papkę.
– Patrz, ta ich biokomora tu leży….
– Biostatyczna.
Chwila ciszy. Długa, jakaś na 12 uderzeń serca.
– Nie graj profesora. Cwaniakujesz. Powtarzasz jak papuga. Wiem przecież, jak oni to nazywają. Sam słyszałem, jak Crixby to skracał. Z dwadzieścia takich nosiłem.
Dziesięć uderzeń serca.
– Flak pusty, żywy chyba wylazł?
Chyba zrozumieli, że z worka mógł wyjść tylko sam. Ale przecież umrzeć potem każdy może. Choćby z wykrwawienia...
– Patrz bracie, jest tu, rękę widać.
Kyle poczuł, jak przebijają go szpilki strachu. Ruszyć się? Udawać trupa? Zaatakować pchając konstrukcję leżanki na nich?
Udawać trupa.
Nagle więcej światła. Odwalili leżankę, mają mnie na widelcu…
– Ron, przecież to blady.
– Czekaj, ma łańcuszek na szyi, oni wszyscy mają.
Szarpnął silnie i zerwał łańcuszek.
Cisza, kolejna długa cisza, w której próbował oddychać tak, żeby nie oddychać. Zamknięte powieki (a może lepiej otworzyć choć trochę, podglądnąć? - niee, zobaczą, że żyję).
– Nie kumam tego kodu, zresztą to nie jest ich nieśmiertelnik, to raczej ozdoba.
– Od razu blady, pyłem opieprzony… Za mały zresztą.
– Może i tak. My ojców zasypywaliśmy marchewką, nie znam takiego pyłu.
– Bierzesz ten łańcuszek? Pewnie i tak będziesz musiał go zdać.
Cisza. Patrzą. Na pewno myślą co zrobić, tylko ja nie wiem, co oni myślą…Dobra, jestem trupem.
– Krew mu się leje konkretnie. Dawaj bandanę. On żyje, pewnie przytomność stracił. Przetrzyj mu twarz, zobaczysz sam. To ten ich beton.
Udawanie trupa stało się ciężkie. Ruszenie rany spowodowało odruch, którego Kyle nie mógł powstrzymać. Ból nie do zniesienia. Zmartwychwstał z tego bólu.
– Hej, ty żyjesz, /przecieranie twarzy jakąś szmatą/, no otwórz oczy, będzie dobrze, uratujemy cię.
I słowa z tła – … faktycznie to nasz, co on tu … robi?
To zajęło może kilka sekund, ale do Kyle’a dotarło, że udawanie trupa nic już nie da i może nawet nie ma sensu. Tylko jak się odezwać? Debilny mózg karmiony adrenaliną zaproponował wstępnie „witajcie Ziemianie” ale to było wyraźne przeciążenie styków.
– dzięki za ratunek… - wymamrotał cicho, nawet nie udając słabego czy umierającego. Tak jakoś wyszło, słabo, jak gdy pierwszy raz po zrobieniu prawka zatrzymują cię gliny.
– No witaj wśród żywych, ziomek. Ron, on żyje, nie blady tylko tak oblepiony pyłem. Ich beton jest biały, no mają co chcą na tych swoich złożach. Patrz na jego twarz. To ten z ich doświadczeń, oni te numery mają. A00… Możesz się ruszać?
Oczy Kyle’a dostosowały się z powrotem do światła i dwoje ludzi, najbardziej przypominających strojem i wyglądem poczciwych, obielonych betonowym pyłem budowlańców, z których jeden prymitywnie opatrzył jego ranę przestało być źródłem nieustalonego zagrożenia a stało się chwilowo jedynym źródłem informacji. To jest moment, kiedy trzeba zadać jedno, podstawowe pytanie. Lub dwa. Wiązane.
– Panowie, co się stało i gdzie ja jestem?

4.

Stojący nieco z tyłu, większy i czerwony na twarzy gość popatrzył pozornie tępo, mierząc Kyle’a wzrokiem. Widać było, że waży odpowiedź i że jest tu szefem – młodszy i mniejszy w żółtym kasku sam popatrzył na niego wyczekująco.
W tym momencie z góry, gdzieś przez przeryty tunel dało się słyszeć – „masz coś, Ron?”.
– Nic jeszcze, ale chyba już blisko – odpowiedział natychmiast ten większy, po czym podszedł kilka kroków bliżej Kyle’a i powiedział ściszonym głosem:
– Kiedy cię porwali? Robili ci coś?
Chaos w głowie Kyle’a musiał odpowiadać tornadu na Haiti. W końcu urodziło mu się takie coś:
– Nie wiem co tu robię. Nie wiem co się stało. Nie wiem jak się tu znalazłem i co tu robię.
– Powtarzasz się. Łeb ci sprali. Masz ślady?
– Jakie ślady?
– Na brzuchu.
Zawahał się. Nic nie rozumiał. Niezdarnie zaczął podnosić obcisłą koszulkę, gdy mniejszy z nich podszedł szybko i szarpnął ją mocno do góry. Nawet nie zabolało. Za daleko od ręki.
– Nie ma blizn. Świeżak.
– Skąd jesteś? Ze wschodniej czy zachodniej?
Coraz bardziej przeradzało to się w egzamin, na który student przyszedł zupełnie nieprzygotowany. Tak właśnie się czuł. Za chwilę zapytają o odległość do Plutona…
– Panowie, nie mam pojęcia. Jestem znad rzeki Delaware, z Wilmington, nauczycielem jestem na uczelni.
– Z kim tam gadacie? – studzienny głos dobiegł z dziury. Ron pokazał reszcie, że ma być cicho i odkrzyknął – a z kim mamy? Dwóch nas tu jest, kopiemy sir, dychnąć musieliśmy, to gadaliśmy.
Mniejszy konfidencjonalnym głosem zapytał:
– szefie, skoro jeszcze szram nie ma, to oni go rozprują dopiero? Albo będą na nim doświadczenia prowadzić, jak na mnie?
Ron westchnął ciężko – sam dla nich pracujesz, wypiłeś wtedy za dużo i tyle. Nie było doświadczeń, sam żeś sobie łeb rozbił. Zresztą co by ci z czaszki wyjęli? Wodę i muł? Tego mają pełno w rzece.
Andy jednak myślał trzeźwo.
– Skoro im zależy, szefie, to go pod nóż chcą - a on jest jednym z nas, to przecież nie zostawimy swojego.
Ron, twardy z twarzy, jakoś zmiękł i jego fizys zrobiła się bardziej owalna.
– no tak. Po tobie będzie, jak ci tam. (- Kyle…) Kyle…. Kyle? No to od nas nie jesteś, znam wszystkich po wschodniej stronie do drugiej przeprawy i nikomu tak nie odwaliło, żeby nazwać dziecko „Kyle”.
Po chwili niezręcznej ciszy Andy postanowił przedstawić swoją koncepcję:
– w gruzie go wynieśmy, są przecież te wanny gotowe na górze…
– ma to sens, Andy, ale nie w pierwszej i nie w drugiej, mogą przeszukać a ja mam dzieci.
Ron zwrócił się do Kyle’a – wyniesiemy cię w gruzie, nie udusisz się, to tylko chwila, szmatą zasłonisz usta – ale współpracuj. Musimy cię zasypać; weź folię, przykryjesz się, da ci to trochę powietrza. Trzecia kastra...Andy, ciąg tu je. Po jednej. Biegaj.
Andy polazł tunelem do góry, wzniecając konkretne tumany pyłu. Ron nachylił się do Kyle’a:
– Jesteś z zachodu drogi? Czy z miasta może?
Nie miało sensu odpowiadać. Oni nie rozumieli nic, Kyle nie rozumiał nic. Milczał, próbując poukładać to zwariowane puzzle w jakąś całość.
– Jakim cudem dźwigniecie te skrzynie z betonem tylko we dwóch? I jeszcze ze mną w środku?
Dało się słyszeć powracającego Andy’ego. Musieli mieć gdzieś te pojemniki zawczasu przygotowane. Obsypany na świeżo betonowym brokatem przyniósł plastikową podłużną kastrę, a nawet po bliższej analizie dwie – jedną włożoną w drugą.
– poszli, szefie – zakomunikował.
– to nawet lepiej, wolę już ich kamery od nich samych. - Ron zwrócił się następnie do Kyle’a - to skąd jesteś?
– z Wilmington – powiedział niepewnie – tak przynajmniej sobie przypominam.
– to musi być blisko miasta, bo tu w okolicy nie ma nic takiego – skomentował Andy a Ron kiwnął głową, a po chwili kalkulacji kontynuował poprzedni wywód:
– za bramę i tak nie wyjdziesz ze skarpy, gdzie wysypiemy gruz. Andy zostanie na wysypisku do rana, ty wyjdziesz ze mną z jego chipem. Nawet gdyby go tam znaleźli to powie, że przysnął ze zmęczenia. Nie połapią się, a rano i tak wracam tu do roboty, Andy będzie na miejscu. Najwyżej im się na bramie nie zgodzi to swojego opierniczą.
– Ten chip to jakaś karta, taki identyfikator?
Ron żachnął się:
- musisz być jednak z daleka. Nie, jest wszczepiany pod skórę na szyi za uchem. Prawym konkretnie.
Rozdzielił kastry, wyjmując jedną z drugiej, ciągnąc za oburęczne uchwyty, które miały na końcach, będące również jedne w drugich. Nieźle do siebie pasowały, aż tak nieźle, że zasysane pomiędzy dna skorup powietrze utrudniło wyraźnie tą gwałtowną czynność, wytwarzając przy tym krótki świst. Optymalizacja, jak w FEMA – pomyślał przez moment, ale już wrócił na główny tor:
– to jak Andy da mi swój?
Ron rozglądnął się, jakby betonowe ściany miały oczy. A może po prostu przewrócił oczyma w odruchu dezaprobaty?
– on już dawno swój w uchu nosi. Wydłubał. Maszynki i tak go widzą jakby był w ciele. Pokaż mu, Andy.
Mniejszy zdjął kask, wyjął z ucha maleńki woreczek z materiału, oblepiony cały woskowiną i podetknął pod nos Kyle’owi. Ten wzdrygnął się i wymamrotał:
– jasne wszystko. Mam to mieć w uchu?
– jasne, że w uchu, w prawym. Porządnie wepchaj, żeby ci się nie wysunęło, tego nie można zgubić. Jak zgubisz, to jesteś bezimienny. Andy naprawdę ci ufa, dając ci swój.
– Nie lepiej, żebym dostał go, jak już wyniesiecie mnie stąd?
– Nie ma znaczenia, a jedna rzecz do pamiętania mniej.
Ron kiwnął dłonią i Andy oddał żółtawy woreczek. Minę zrobił przy tym taką, jakby rozstawał się z jakimś mocarnym pierścieniem, od którego zależał jego dalszy byt. Kyle wepchał woreczek do ucha – było w nim coś podłużnego i twardego co w połączeniu ze szmacianą otoczką i innymi dodatkami oczywiście zatkało mu je całkowicie. Dość zrozumiałe wydało się teraz, dlaczego wcześniej koledzy od rozbiórek byli tacy głośni – zapewne chip Rona był również w jego uchu.

– dobra, właź do wanny – zarządził Ron, a domyślny Andy już wlókł folię z kanki, w której poprzednio leżał Kyle. Nawet nie tą czarną – zdarł powłokę legowiska i ona również była foliowa i prawie całkiem przezroczysta.
Wie więcej, niż może się wydawać – od razu wiedział, że ta folia tam jest, a ja jej nie zauważyłem, a przecież miałem całość w rękach – pomyślał Kyle, gramoląc się do plastikowej wanny i uważając na ranioną rękę. Nie było to wcale trudne i pomyślał sobie, że nabrał już sił. Przedziurawioną rękę miał konkretnie zawiązaną na ranie płócienną szmatą i krwawienie kompletnie ustało. Miejsca wystarczyło na pozycję embrionalną, bokiem, z chorą ręką dociśniętą do chłodnego dna. Usta i nos zasłonił naciągniętym rękawem podkoszulka zdrowej ręki. Andy położył na nim folię i z satysfakcją stwierdził – szefie, ogarnie!
– Niech będzie, skocz po jeszcze jedną i jakieś szufle – Andy natychmiast powędrował do przekopu.
– Ron, mam pytanie. Po co właściwie już leżę pozwijany w tej wanience, jak sam powiedziałeś, że wcześniej wyniesiecie inne, z gruzem?
Ron nie odpowiedział tylko zabrał się za ładowanie drugiej z kastr. Nie miał łopaty, więc po prostu położył pojemnik na podłodze bokiem, dopchał do gruzu i szybkimi ruchami nagarniał co większe okruchy betonu i szło to bardzo szybko. Mniej więcej jak już była w połowie pełna, pył postanowił polatać sobie konkretniej i wyraźnie podrażniony jego programem artystycznym Ron przerwał robotę, zrobił ze dwa kroki do tyłu, do czystszego powietrza i zebrał się na odpowiedź:
– Muszę mieć pewność, że się nie ruszasz i jesteś cierpliwy. Wiem, że cię boli, ale nie ma wyjścia – kamery są wszędzie i musisz być pod gruzem. Nie jest taki ciężki. Co więcej, nawet jakby w nim grzebali, to masz nawet nie pisnąć – bo wtedy nie tylko po tobie ale i po nas. Ale lepiej, żebyś już przyzwyczajał się do tego, co masz zrobić.
Kyle zdawał sobie sprawy z drugiego dna tej wyczekanej odpowiedzi. Zaufali mu, wierzą, że jest jednym z nich, wiedzą, że jego los jest mocno niepewny, jeżeli odnajdzie go ktoś inny. Dużo ryzykują.
Andy wrócił z szuflami i praca poszła szybciej. Druga kastra szybko się zapełniła i obie następnie zostały wyniesione. Co prawda z pozycji embrionalnej w plastikowej trumnie nie dało się zobaczyć, jak kastry powędrowały na górę – obydwie zostały wyniesione szybko.
Mają parę w łapach – pomyślał - Szczególnie nie doceniałem tego małego, Andy’ego. Mały, ale mocarz. Może i ze mną w środku nie pójdzie im tak źle?
Trwało to jakiś czas, kiedy wrócili. Kyle z drżeniem serca czekał, aż któryś się odezwie, aby utwierdzić się w przekonaniu, że to nie ktoś inny.
– Dobra, pooddychaj głęboko, bo musimy zasypywać. Powietrze powinno dochodzić, damy więcej grubego. Gotowy? Jedziemy, sypać będziemy delikatnie, nie bój się.
Szufle zaszurały po wylewce i okruchy zasypały ciało, przykryte folią.

5.

W ciemnościach i w pyle, wstrząsany jak pasażer tramwaju we Wołczańsku, Kyle wędrował przez nieznane – najpierw do góry przez otwór, kiedy to jeszcze wstrzymywał oddech - a potem, po poprawkach w ułożeniu betonowego maskowania i gdy już zaczął ostrożnie oddychać – długim korytarzem w którym było silne echo, windą z tak mocnym oświetleniem, że widział światło przez zamknięte oczy. Nikt ich nie zatrzymywał, nie dało się słyszeć żadnych głosów poza sapaniem i zdawkową wymianą zdań dwojga ciężko pracujących ludzi. Potem echo korytarzy zanikło i kroki niosących przestały być słyszalne. Byli już na zewnątrz.
Po może kilku minutach kastra została położona na ziemi.
– będziemy cię wysypywać, słuchaj i rób, co mówię, słyszysz?
Kyle potwierdził, choć nie był pewien, czy jego głos był dostatecznie słyszalny.

Wanna została przewrócona bokiem i zawartość, wraz z Kyle’m wylądowała na ziemi. Ból trochę przypomniał o ranie, ale adrenalina zanosiła jakiekolwiek poważniejsze cierpienie.
– wysypaliśmy cię obok gruzu, na piasek. Widać to tu z kamer, zasłania cię kastra. Szybko przesuń się niżej, w dół po piasku, już!
Kyle nie kazał Ronowi czekać i natychmiast przeczołgał się niżej, tak, że prawie przestał widzieć kastrę, a Ron nie przestawał bardzo szybko mówić, jednocześnie podnosząc pojemnik w powietrze i wytrząsając z niego resztki. Widać było, że przez symulowaną dokładność pracy kupują czas.
– my musimy jeszcze pracować, ale powiemy, że nie da się dziś skończyć bez sprzętu udarowego, i większej ilości ludzi co zresztą jest prawdą. Siedź tu poniżej krawędzi, czekaj, będziemy jeszcze kilka razy przynosić gruz, ale wysypiemy go nie na ciebie, tylko obok; dalej za chwilę, łap wodę.
Złapał. Poszli.
Kyle przetarł oczy i popatrzył na otwartą przestrzeń i otworzył butelkę i pociągnął długiego łyka. Fuj, cukrzona smakowa woda. Ale zawsze to energia. Po dalszych paru haustach skupił się na widoku. Przed nim otwierała się dolina szeroka na kilka kilometrów. Przeciwległe zbocze było strome i skaliste, w rudym kolorze z czarnymi zaciekami, z doskonale widoczną strukturą skał, bowiem chylące się ku zachodowi słońce oświetlało je na prawie całej powierzchni. Po prawej stronie kamienne wysypisko zasłaniało widok, natomiast po lewej piasek powoli zmieniał kolor z rdzawego na czarny, w miarę jak zbocze opadało w dół. Dno doliny również było ciemne, porośnięte czymś podobnym do tui, ale słabe doświetlenie ograniczało możliwości oceny. Nie było zimno, ale jak to przy zachodzie dało się odczuć, że noc będzie chłodna. Dopił resztę.
Muszę być gdzieś daleko od oazy, ale też na pustyni – pomyślał – najprędzej zostałem porwany. Porwany i uwięziony. Tylko dlaczego przetrzymywany w worku? Dla narządów? A może faktycznie dla narządów – przecież to się trzyma kupy, budynek z którego mnie wynieśli był duży i nowoczesny. Szpital. Winda była z mocnym światłem. Tak, mają tu ukryty szpital przeszczepiający narządy. Dawców porywają. Logika... No a przecież Andy mówił coś o doświadczeniach prowadzonych na nim. Pewnie mu nerkę zabrali, ale żyć może dalej. I pracuje dla oprawców, aby pozwolono mu żyć…
W ciszy dało się słyszeć coraz głośniejszą rozmowę. Rozpoznał niski głos Rona i uspokoił się – to chłopaki. Gdy zobaczył ich na brzegu skarpy, poczuł się nieco spokojniej. Realizujemy plan.
Plan ucieczki.
– przyniesiemy jeszcze jedną porcję i musisz wtedy ubrać błyskawicznie ubranie Andy,ego. On niby spadnie z brzegu, tu do ciebie. Spodnie na szelkach rzucę ci ja, pamiętaj o kasku i butach.
– Andy będzie goły siedział całą noc?
Poszli, Ron niewątpliwie słyszał, ale zignorował jego pytanie.
Nie mam butów, mam skarpetki. Będą pasować jego? Za małe to będzie tragedia, za duże to już prościej, jakoś poczłapię. Muszą mieć jakieś rozwiązanie na to, żeby Andy przetrzymał noc, może mają jakąś zapasową odzież. Albo da mi roboczą a gdzieś mają szatnię – to prawdopodobne, gdzieś musi być szatnia i łaźnia.
Łyknął jeszcze parę razy i prawie zobaczył dno. Obejrzał butelkę – to była szklana tradycyjna butelka z korkiem z uszczelką, zamykana klamką, rozszerzająca się ku dołowi, z ciemnego szkła. Kolory umarły wraz z zachodem i w półciemnościach niewiele dało się już zobaczyć. Na pewno nie miała etykiety.
Usłyszał, jak się zbliżają. Przygotował się wewnętrznie do działania. Nagle do mózgu do tarło , że słyszy Rona, sapanie Andy’ego i cichszy daleko trzeci głos. Nie byli sami.
– jak to możliwe, że nie było go w kapsule, przecież sam z niej nie wyszedł.
To nie był Ron, to był ktoś obcy. Mówił cicho ale mocnym, władczym tonem.
– Sir, myśmy sami myśleli, że wylazł, ale folia była dużo bardziej porwana, wyrwało go z łóżka i na sto procent jest tam.
– nie pomyliliście go z gruzem?
Ron zdobył się na taką szczerość głosu, jaką mogą mieć tylko zakłamani politycy - pomylić człowieka albo jego strzępy z gruzem? Sir, przecież to jest krew, trup też swoje waży, na zsypie zacząłby śmierdzieć. Logiczne, że do utylizacji. Sam Sir popatrzy, że nic takiego nie ma – powiedział mocno podniesionym i oburzonym głosem.
Domyślił się bez trudu, że to ostatnie zdanie było tak naprawdę adresowane do niego. Kyle przeczołgał się bardziej w prawo, gdzie skarpa stawała się bardziej stroma i miała nawis z włochatej trawy, walczącej zaciekle o zatrzymanie erozji zbocza.
Doszli do brzegu, zapadła cisza, zakłócana tylko posapywaniem Andy’ego.
– no dobra, ile zrobicie jeszcze dziś? Znajdźcie chociaż kawałek ciała, nie musicie go wykopywać, ale chcę mieć pewność.
– Litości szefie, robię tu od rana, już jestem zmęczony bardzo, jutro przyjdziemy większym zespołem, wezmę brata, kilku uprawnionych kolegów, ogarniemy sprawę raz dwa, jak dacie nam młoty pneumatyczne. Żona pewnie się denerwuje. Naprawdę to co mówię ma sens bo sami nawet robiąc całą noc i do jutra tego nie zrobimy.
– Dobra, Ron, wysyp to i kończcie.
– Nie, jeszcze jeden raz, bo mamy nagarnięte trochę to jutro łatwiej będzie zacząć.
W uszach przełożonego, zapewne kierownika, zabrzmiało to dobrze, bo już nieco łagodniejszym tonem powiedział:
– podoba mi się taka postawa. Działajcie.
Oddalili się. Oczywiście dla Kyle’a jasne było, dlaczego Ron tak to rozegrał. Nie chciał świadków przy podmiance. Nawet kamery nie powinny tego widzieć.
Zapadła już prawie całkowita ciemność, światło odbijało się tylko od samej krawędzi przeciwległego zbocza.
Ostatnią kastrę przynieśli tak naprawdę pustą, niby coś z niej wysypali, Andy zsunął się ze zbocza.
– Nie musisz się śpieszyć – i tak już nic nie widzą, jak i my zresztą – zakomunikował z góry Ron, podając na dół zawiniątko ze spodniami.
– Kieszenie do przodu, zamki macaj, rzepy – Andy pomocnie starał się przyśpieszyć ubieranie ogrodniczek. Włożył zdrową rękę do rękawa bluzy i do mózgu dotarło uderzenie bólu. Wenflon. Zapomniał o nim, wyrwał rękę z rękawa i szarpnął za jego wystający koniec, wyrywając go z żyły w odruchu złości i odrzucił.
Bluza robocza pasowała w sam raz, choć spodnie były przyduże, a za krótkie. Za to buty – niczym własne. Tyle szczęścia w tym wszystkim.
– Nie zamarzniesz Andy? Noc pewnie będzie chłodna, choć to lato…
– Lato, lato, nie zamarznę, mam drugie ubranie na sobie, to w którym przychodzę do pracy. Nic mi nie będzie, zasypię się piaskiem trochę.
– Dzięki i trzymaj się – wyszeptał Kyle, ubierając kask i gramoląc się na brzeg skarpy. Zamarł.
Przed nimi był oddalony może o pięćset metrów ogromny mur, oświetlony wzdłuż ścian jak Carcasonne, tyle że światłem idealnie białym. Nie, nie była to stara twierdza. Raczej sprawiało to wrażenie futurystycznej konstrukcji obronnej, odlanej z betonu. Ściana załamywała się po lewej stronie może w odległości kilometra i ciągu dalszego można się było tylko domyślać ciągu dalszego, po prawej natomiast nikła swoimi światłami w oddali. Stali tak, jak małe okruchy wobec ogromu tej oddalonej ściany.
– To idziemy, późno już, nie zgubiłeś chyba chipa? - Ron ruszył jakby nigdy nic w kierunku betonowego giganta.
– Gdzie ja jestem? Co to za miejsce? Przecież tu nie ma żadnego przejścia.
– Nie czas na gadki, jak do tej pory nie wiesz gdzie jesteś, to masz amnezję jak ta-lala. Im więcej będę teraz gadał, tym mniej będziesz uważał co masz robić. Więc zamknij się i skup się. Robisz co mówię.
Doszli prawie pod mur i dopiero wtedy dało się wyczuć jego wysokość – był jak ściana wielkiego wąwozu, który zaraz robią parkiem narodowym – tyle że z betonu. Był ogromny, tak że reflektory prawdopodobnie na wysięgnikach, oświetlające go ze szczytu były tylko punktami światła w przestrzeni. Dwieście metrów od muru weszli na metalowy krąg. Zatrzymali się.
Ron pogmerał w kieszeni i krąg drgnął i zaczął opuszczać się i dosłownie po chwili zatrzymał się tak, że dało się z niego wejść do wąskiego, oświetlonego korytarza. Ruszyli nim, a krąg na powrót podniósł się. Do korytarza dołączył drugi, potem trzeci podobny i zrobiło się szerzej. Galeria przeszła w którymś momencie przez pasma filarów, które jak można było się domyślić dźwigały mur. Wszędzie były metalowe zasuwy, natomiast właściwie żadnych włączników, kontrolek czy światełek.
A dalej już był rodzaj dworca – stały na nim dwa wagony, a przynajmniej pojazdy na kołach i prawie typowych szynach, właściwie przypominające szklane wydmuszki. Dojście możliwe było tylko do jednego, drugi odgrodzony był barierami i siatką do sufitu. Pierwsza klasa – przebiegło Kyle’owi na myśl.
Przed wejściem do wagonu była bramka – taka sama optycznie, jak na lotniskach. Ron pchnął Kyle’a pierwszego szepcąc mu – naturalnie, spokojnie – przeszedł spokojnie, nie stało się nic, nic nie wydało dźwięku. Zaraz potem przeszedł Ron – jak tylko jego postać pojawiła się w bramce, to maszyneria wydała niski ton i zapaliło się jaśniejsze światło.
– Co jest, Ron? Nie dość, że kończysz w nocy ostatni to coś wynosisz?
– idź do wagonu, usiądź i śpij – zdążył powiedzieć Ron, po czym obrócił się do nadchodzącej osoby. Kyle wszedł do wagonu i usiadł, patrząc przez przymrużone oczy.
Osobnik w szarym stroju, przypominającym taki do biegania i o osobliwej bladej karnacji wyszedł gdzieś z boku sali.
Ron zaczął nerwową przegrzebkę po kieszeniach i w końcu ta centralna w jego ogrodniczkach urodziła z siebie złoty łańcuszek. Na ile Kyle mógł to ocenić z takiej odległości i przy sztucznym świetle – Ron zbladł jak papier, przebił nawet swojego interlokutora.
– Sir, znalazłem w wykopie, wsadziłem w kieszeń, żeby potem oddać. Zabłyszczało w gruzie to wsadziłem w portki i robiłem dalej bo sir Crixby naglił. Noc się zrobiła, nie przebrałem już spodni, zapomniałem o tym łańcuszku. Naprawdę, niech Sir mi wierzy… Już oczywiście oddaję i stokrotnie przepraszam.
– Dobrze, już dobrze. Z Andy’m robiłeś?
– Z Andym, jak zawsze, też pada z nóg.

Ciśnienie u Kyle’a chyba zamknęło skalę sfigmomanometru. Żeby tylko nie cofnięto mnie do kontroli – pomyślał – tylko nie do kontroli...

– Pierwszy raz go widzę … w białych skarpetkach - zaśmiał się kontroler i zakomenderował Ronowi - Przejdź drugi raz – ale bramka tym razem nie zareagowała.
– Dobrze, do jutra – blady obrócił się na pięcie i poszedł z powrotem do swoich drzwi, a Ron mocno roztrzęsiony wszedł do wagonu i sapiąc usiadł naprzeciwko Kyle’a. Drzwi zasunęły się i szklana bombka pojechała w czerń tunelu, zostawiając za sobą swoją odgrodzoną siostrę, złoty łańcuszek Kyle’a i dziwny betonowy świat.

6.

Po może kilku minutach jazdy w całkowitych ciemnościach i dotkliwym echu ścian kula wychynęła na powierzchnię – ciemną ale z wyraźnie gasnącymi ognikami słońca na horyzoncie. Odbijało się już od niewidocznych wprost zbocz, ale zawsze trochę światła przesmyknęło się jakimiś szczelinami. Ciężko było ocenić prędkość wagonu, bo teraz już poruszał się prawie bezgłośnie i z niewielkim szumem powietrza, co przy takim kształcie wcale dziwne nie było. Jedno, co było odczuwalne wyraźnie, to jazda przeważnie w dół.
Minęło dalsze dwudzieścia – trzydzieści minut i kapsuła zajechała na stację, kończąc swój bieg poprzez oparcie się o dziesiątki podobnych kapsuł, stojących na podłużnym peronie. Wokół było sporo lamp, wiszących na rozciągniętych linach (których póki co nie było widać, ale można było łatwo się domyślić). Ten dziwny dworzec dziwnej kolei był na pierwszy rzut oka połączeniem rozwiązań dawnych i najnowocześniejszych. Było już po dziesiątej wieczorem – tak przynajmniej pokazywał spory elektroniczny wyświetlacz przy peronie. Drzwi otwarły się bezgłośnie.
Steampunkowy świat – pomyślał Kyle, który już jakiś dłuższy czas temu po dobitnym myślowym przemówieniu sam do siebie postanowił, że najpierw zgromadzi jak najwięcej informacji, a potem będzie się nimi denerwował. Nie znał żadnego takiego miejsca na Ziemi, ale kto był we wszystkich miejscach? Nikt. Ilość adrenaliny wyprodukowanej dziś wystarczyłaby do odtrucia dużego chińskiego miasta po ukąszeniu żmij.
– szybko, gonimy marszrutkę, to ostatnia.
Zawinęli się z peronu szybko i pobiegli w dół po schodach, ale nie trzeba było. Pojazd dopiero zajechał po paru minutach pod skarpę, na której stał peron. Wsiedli jako jedyni. Maszyna, mogąca pomieścić może kilkunastu ludzi ruszyła cicho, dało się wyczuć, że jest elektryczna. Byli sami, poza kierowcą, który wykonując ostatni kurs mknął bardzo szybko, niekiedy krzaki uderzały o okna bo droga była wąska. Ron nie zapłacił za przejazd – zapewne miał coś w rodzaju „miesięcznego”, podobnie jak Andy – albo może chodziło tu o zupełnie inne zasady? Ale to już Kyle’a nie obchodziło, zaczął się wyłączać. Uciekł, uciekł pewnie spod noża. Zmęczenie wygrywało z adrenaliną, zastygł na piankowym fotelu i zwyczajnie czekał, co wydarzy się dalej. A wydarzyło się coś, co zabrzmiało, jak ulubiona melodia.
– Dziś prześpisz się u mnie, mam pokój wolny pod schodami, a jutro pomyślimy – powiedział Ron – ziemniaki lubisz? Bo dziś będą w mundurkach. Moja czeka.
– Lubię, oczywiście, że lubię – Kyle na samą myśl o ziemniakach poczuł konkretny głód. Właściwie sam nie wiedział, czy jest śpiący, czy głodny. No ale ilu ludziom zdarza się taka akcja, żeby być porwanym na narządy i uratowanym prosto spod noża?
Wjechali do miasta – przynajmniej tak to wyglądało. Ulica, przecinana przez przecznice, oświetlenie podobne jak to na dworcu – rozciągnięte na drutach – które tym razem wyraźnie było widać, poprzyczepiane do słupów i co wyższych domów. I żółtawe światło latarni.
– Dobra, Ron, do jutra – powiedział kierowca, otwierając drzwi – rozumiem, że Andy dojdzie sobie sam i nie muszę lecieć całego kręgu do końca? Jest już późno, muszę zdać maszynę.
– No jasne, że dojdzie – przytaknął Ron, Kyle kiwnął głową i wysiedli. Busik zamknął drzwi, nawrócił i odjechał wytwarzając piszczący dźwięk. Tyrystory.
Ulica główna była betonowa, a przynajmniej takie dawała odczucie pod butem, jak się po niej szło. Miała dylatacje co kilka metrów, zasypane piachem, co w efekcie składało się na wrażenie, że droga ułożona jest z wielkich płyt. Nie było też chodników, ani drzew wzdłuż. Weszli w boczną uliczkę, utwardzonej ubitą ziemią z kamieniem, wąskiej i ciemnej, choć przy niknącym ulicznym oświetleniu głównej arterii widać było drzewka i tuje na podwórkach. Część domów była pojedyncza, część stykała się ze sobą, jedno z zabudowań postawionych prostopadle do drogi miało chyba ze trzy kondygnacje.
Weszli w końcu do jednej z furtek małego domku o płaskim jak wszystkie inne dachu i drzwi otwarły się, zanim do nich doszli. Stała w nich niewysoka kobieta, wyraźnie zaniepokojona obecnością obcej osoby i późniejszym niż zwykle powrotem męża. Zanim Kyle zdążył się przedstawić czy choćby pomyśleć o jakiejś autoprezentacji, Ron powiedział sucho:
– to Kyle, uratowaliśmy go od bladych, będzie spał dziś u nas.
– dobrze, że wróciłeś, czemu w ubraniu roboczym? Dobry wieczór panie Kyle, och, pan jest cały pokrwawiony…
– To nic, proszę pani, może wystarczy poprawić opatrunek, dobry wieczór i tak w ogóle to przepraszam za najście.
– Wejdźmy może i gadajmy w środku, nie wszyscy muszą od razu wiedzieć, że przyszedłem z gościem, jeszcze stamtąd - Ron wyraźnie nie miał ochoty stać dalej w drzwiach. Weszli do środka.
– I proszę cię Susan, żebyś tam żadnej tam nie opowiadała nic – rzucił do żony – spać będziesz tu w tej komórce – zwrócił się do Kyle’a - nie mam nic lepszego – pokazał małe pomieszczenie zabudowane pod schodami – Andy sypia tu jak posiedzi u nas i popije sobie, bo do domu by nie trafił. Obrócimy siennik to będzie jak nowy. Pomóż, zrobimy od razu.
– Doskonale, doskonale, nie mam żadnych oczekiwań, super miejsce, budzi fajne skojarzenia z dzieciństwa – powiedział Kyle, wywracając siennik. Faktycznie od spodu był prawie jak nowy, w widoczną kratę, gry od góry raczej jednokolorowy, w kolorze spracowanego Andy’ego.
– zapraszam na kolację – odezwała się z tyłu Susan - odgrzewane niestety…
To były najlepsze ziemniaki w mundurkach, jakie Kyle jadł. Może i wynikało to z głodu, może też z chęci pochwalenia gospodyni, żony kogoś, kto wyciągnął go z zagrożenia – są naprawdę wspaniałe – skomentował, aby zacząć rozmowę, po czym zapytał:
– powiedzcie mi państwo coś więcej o tej okolicy, bo faktycznie chyba w wypadku utraciłem pamięć. Ostatnie co pamiętam, to oazę, w której byłem na krótkich wakacjach. Nie wiem nawet, jak daleko teraz od niej jestem.
Zapadła cisza. W końcu przerwała ją Susan:
– wie pan, z pewnością ta oaza jest daleko, bo nie ma tu nic o takiej nazwie aż do pierwszej przeprawy. A ja w ogóle pochodzę zza pierwszej przeprawy i nigdy o niczym takim się w domu nie mówiło. Może syn by coś wiedział, on jest w drugiej, dużo tam podróżuje, taką ma pracę – więc najprędzej on. Ale będzie w domu tutaj dopiero za dwa miesiące. Przewinę panu opatrunek.
Rana wcale nie wyglądała źle, prawdopodobnie bardziej wysiłek związany z ucieczką wymusił jeszcze kilka umiarkowanych krwawień, ale przewinięta w czyste bandaże i tetrową wielką białą pieluchę ręka z pewnością była lepiej zabezpieczona, a krążenie w niej poprawiło się natychmiast, powodując okrutne szczypanie w palcach.
Senność zakradała się od pleców, ale Kyle kalkulował następne pytanie…
– a jak w ogóle nazywa się to miasteczko czy wieś?
– to Vanguard. A pan skąd pochodzi?
– z Wilmington, to jest w Delaware w Stanach Zjednoczonych.
Ron stwierdził kategorycznie – niczego takiego tu nie ma, nawet na zachodnim brzegu. Daję za to głowę - musisz być z miasta.
– Na swój sposób to ja jestem z miasta, Wilmington to miasto zupełnie sporych rozmiarów. Przecież to się da łatwo sprawdzić, jak się mamy do siebie. Wystarczy jakaś mapa, albo globus, w końcu mój dom jest na innym kontynencie. Albo najprościej internet. Macie państwo internet?
Podczas grobowej ciszy, jaka zapadła po tym pytaniu twarz Rona poszarzała, a on sam przygiął się nieco i zgarbił, jak gdyby pod ciężarem niewidzialnego koromysła. I to chyba z ołowiem w wiadrach.
– pójdźmy spać – powiedział wreszcie – nie może się światło tak po nocy świecić, wszyscy to widzą, po co wzbudzać ciekawość.
Kyle, wyczuwszy niezręczną, choć niezrozumiałą sytuację i nie chcąc już komplikować jej pytaniami o łazienkę powiedział po prostu – dobranoc – i odwiesiwszy spodnie i bluzę na krzesło, które przestawił sobie od stołu – położył się i przykrył kocem, znalezionym w kącie. Ostatnią myślą było, że raczej nawet nie myjąc się nie pogorszy stabilnego już stanu higienicznego tego siennika.
Sen nadszedł szybko.

7.

Wciąż silny prąd rzeki i rosnąca jej głębokość, miejscami nawet wymuszająca pływanie spowodowała, że Kyle postanowił maszerować przy brzegu. Wędrówka w dół spływu w górach ma to do siebie, że rzeka nabiera mocy i z płytkiego, hałaśliwego górskiego potoku wraz z każdym kolejnym dopływem przeradza się w masywną i szeroko rozlaną wodę, której środkiem koryta wciąż śpieszno do morza. Nie da się wtedy maszerować nurtem i jeżeli nie chcemy zostawić śladów a jednocześnie nie utonąć – to boczne rozlania są w sam raz. Niekiedy tylko nadlewki z mułu w niektórych miejscach powodują zatrzymanie wędrówki, połączoną niekiedy z wyrywaniem buta z błota – ale te Kyle nauczył się szybko odróżniać od twardego podłoża. Tylko stopy marzną, bo górska woda, jak każdy wie – jest konkretnie zimna.
Ile to już czasu idę? Myślę, że ze trzy godziny. Czy będą szukać aż tak daleko? Może będą – na pewno wezmą psy. Psi węch jest prawie doskonały. W wodzie nie działa, ale oczywiście będą szukać, gdzie wyszedłem z rzeki. Per saldo przydałoby się, żeby było dużo ludzi w miejscu, gdzie wyjdę. Wtedy ślady zapachowe przestaną być tak oczywiste. Osobna sprawa, że mam ciuchy Andy’ego, w tym jego buty. To w końcu zostawię ślady swoje, czy Andy’ego?
Obrócił się za siebie, ale dość ciężko było oszacować odległość do wielkich wrót w szarej ścianie, spod której wypływała rzeka. Wciąż były wyraźnie widoczne, a nawet z takiej perspektywy wyglądały jeszcze potężniej i groźniej. Zamykały dolinę jak wielki, betonowy zwornik rozpięty pomiędzy skałami piętrzącymi się z obydwu stron. To stamtąd przypływały pomniejsze potoki, zasilające główną rzekę. Dziesięć kilometrów? Skąd mam wiedzieć, jaki wysoki jest mur – już raczej czas marszu prędzej wymierzy odległość. Pewne jest, że w wodzie po kolana idzie się znacznie wolniej, niż po trakcie. Połowę wolniej?
Dotarł do ostrogi rzecznej, usypanej niewątpliwie ludzką ręką. Była dość wysoka i niewiele wchodziła w prąd rzeki – natomiast dość daleko w suchy ląd, który jednak nosił wyraźne ślady okresowej działalności wody. Muszą tu mieć niezłe opady od czasu do czasu, jak woda tak wzbiera – pomyślał - Albo może ta wielka ściana to także zapora i niekiedy spuszczane są większe ilości wody?
Na wszelki wypadek, jednak opłynął ją, unikając dotykania brzeżnych kamieni. Zaraz za ostrogą widok zmienił się dość znacznie – na brzeg wyciągnięte były malutkie łodzie, dzieciaki bawiły się na łasze piasku, naniesionej przez zawirowania za ostrogą w czasie większych stanów wody. Nieco dalej nad rzeką rozpinał się most z kamiennymi podporami, ale drewnianą konstrukcją głównego przęsła. Sporo ludzi przechodziło po nim w obie strony.
Spina wioskę w całość – pomyślał – to widać po ruchu. Chociaż wydaje się zbyt delikatny, żeby jeździły po nim pojazdy. Te na pewno przejeżdżają brodem – chyba, że mają tu dalej kolejny most.
Kyle mijając dzieci pomachał im, ale nie spowodował tym żadnej ich reakcji. Były zbyt zajęte rysowaniem na piasku obrazków i grą w wyścigi jaszczurek. Przeszedł w poprzek rzeki pod mostem – musiał być tu kiedyś bród, a może dalej funkcjonuje? – pomyślał. Na samym środku wciąż było tak płytko, że nawet nie sięgało do kolan. Wyszedł z wody na lewym brzegu. - Jak oni pływają tymi łodziami, jak tu tak płytko? - pomyślał.
Ciężko było z perspektywy doliny rzeki ocenić, jak wygląda miejscowość, do której dotarł – widać było dachy zabudowań, oraz nietypowo konstrukcyjnie rozwiązane chaty, z rodzajem balkonów i werand na palach. Te stały nad samą rzeką. Więcej można było dowiedzieć się po ubiorach ludzi – zapracowani mieszkańcy w żadnym razie nie wyglądali na bogatych farmerów, a raczej na biedotę, przy czym o ile stroje mężczyzn były w miarę współczesne, o tyle te kobiece przypominały bardziej takie z dawnych lat.
Dalej trochę, na kolejnej ostrodze siedzieli wędkarze. Byli ściśnięci tak blisko siebie, że aż dziwne, że nie poplątali żyłek. Klęli nieco, ryba nie brała. Gdy tylko się zbliżył, jeden z nich zawołał:
- hej, Kyle, jak się masz?
To był Andy. Miał spore wędzisko, dłuższe niż inni.
- Hej Andy, jak tam po robocie? - rzucił Andy niepewnie; nic innego nie przyszło mu do głowy.
- Ron cię szukał – odpowiedział Andy – poza tym to po robocie jak zawsze – ryby łowię, choć nie biorą. Tyle mojego.
- Gdzie go znajdę?
- Przecież łowi też, popatrz sam – odparł nieco zafrasowany Andy – powinieneś go z łatwością wypatrzeć.
Kyle popatrzył po wędkarzach, ale na lewym brzegu nie było nikogo podobnego do Rona, natomiast na prawym – jak najbardziej. To musiał być on.
Nie skorzystał z mostu, tylko wiedząc, że rzeka tu jest płytka przeszedł brodząc na drugą stronę, do Rona.
- Hej Ron, co tam u ciebie? - zagaił.
- nienerwowo, przynajmniej teraz.
- wiem co masz na myśli – Kyle nie do końca był pewien, czy może poruszyć temat ucieczki z twierdzy przy innych wędkarzach, ale Ron przejrzał to i zwięźle uciął spekulacje
– oni wiedzą. Wspólnie naradzaliśmy się, co powinniśmy zrobić dalej. I co ty powinieneś.
- Mam wciąż rzeczy Andy’ego, może powinienem je oddać?
- Jemu już nie są potrzebne, zwolnili go.
- Przeze mnie?
Ron milczał. Kyle spojrzał na drugą stronę rzeki, na Andy’ego, ale ten nie patrzył w tą stronę, skupiony na spławiku, ściąganym przez leniwy w tym miejscu nurt wody.
- Co mam teraz zrobić? Będą mnie tutaj szukać?
- Myślę, że będą cię szukać tu i dalej - uważam, że powinieneś iść dalej wzdłuż rzeki – powiedział Ron. - Tyle możemy ci pomóc, że jak tu przyjdą, powiemy im, że cię tu nie było i że jak tu dojdziesz, to im doniesiemy. Będą cię też szukać w górę rzeki, to podzieli ich siły. Obyś znalazł miejsce, gdzie możesz ukryć się na dłużej, a ludzie będą życzliwi.
- Jest w tym sens. Idę dalej. Tam dalej też są ludzie?
Twarz Rona pociemniała nagle, aż stał się niepodobny do tego człowieka, jakiego Kyle znał. Odezwał się matowym, wyzbytym z modulacji głosem:
- nie możemy ci więcej pomóc. To jest decyzja starszyzny. Jesteś człowiekiem, ale nie jesteś jednym z nas. Nie wiem, czy tam są ludzie. Pewnie są, widzimy czasami dymy z ich ognisk i kominów. Idź dalej, może tam ci pomogą. Nie chcemy dalszych kłopotów. Pomogliśmy ci i tak już za dużo. ZA DUŻO.
Kyle spuścił głowę i bez słowa ruszył dalej, po brzegu. Za jego plecami zaczęła trzeszczeć niemiłosiernie i rozpadać się przeciążona kładka. Ktoś krzyknął przerażony, a przęsło mostu runęło do wody z hukiem.
Ten huk go obudził.

8.

Wtargnęli o 6 rano, wywalając drzwi i rozbiegli po domu. Oczywiście natychmiast znaleźli gospodarzy, którzy półprzytomnie coś odpowiadali na pytania jednego z agentów, natomiast inni prowadzili przeszukanie.
Nietrudno było się domyśleć, kogo szukają. Jeden poszedł na stryszek po schodach nad głową Kyle’a, który wlazł pod siennik i wcisnął się do rogu dosłownie kilka sekund przed tym, jak drzwi do jego pomieszczenia pod schodami otwarły się i mocna latarka omiotła wnętrze. Kyle widział już oczyma duszy, jak zwyczajnie widzą, że ktoś jest pod materacem i wywlekają go stamtąd. Materac poruszył się. W tym momencie, z zamkniętymi oczyma i zaciśniętymi do białości kłykci pięściami miał w głowie tylko kołatające marzenie, aby go nie zauważyli.
Z powrotem zrobiło się ciemno i światło wpadało tylko przez szczeliny w deskach schodów i szybkę w drzwiach. Fuks niewiarygodny. A więc jakimś cudem udało się – pomyślał Kyle – przynajmniej teraz się udało. Z hukiem podkutych butów po schodach zeszedł ten, który przeszukiwał stryszek. Coś tam zameldował do osoby przesłuchującej Rona i jego żonę – zapewne szefa tej porannej wycieczki. Wyszli oprócz tego ostatniego, którego głos słychać było z sąsiedniego pomieszczenia. Możliwe, że przeszukiwali ogródek, albo domy sąsiadów. Kyle zamienił się w słuch. Kamiennym głosem dowódca mówił do Rona:
- skoro kaniula znajdowała się na wysypisku, to ktoś ją wyjął z ciała i ktoś ją wyniósł. Musiała by leżeć w gruzie, jeżeli to wy ją wynieśliście, a ten człowiek zbiegł w chwili waszej nieuwagi. To jeszcze jestem w stanie zrozumieć. Ale co tam robiła flaszka z napojem, niewątpliwie z jego odciskami palców?
- wziął którąś z naszych, stały na górze wykopu przy kastrach
- i pobiegł z nią na wysypisko, żeby się ukryć?
- tak myślę, Sir, przecież tam nie ma innej drogi.
- i jak wyszedł za perymetr? Nie widać go w żadnej z kamer.
- nie mam pojęcia, Sir
- Panie Ronald, proszę przestać rżnąć głupa. Zaufaliśmy panu, kierując do tej, jakże odpowiedzialnej roboty. I co mamy w zamian? Skąd pan wziął łańcuszek?
Ron milczał
- zerwał go pan z ciała, ciało było żywe, wynieśliście je z gruzem? A może to była zapłata poszukiwanego za pomoc w ucieczce? Połaszczyliście się na złoto, choć dobrze wiadomo, że handel nim jest nielegalny.
Ron milczał nadal. Czekał na cios.
- Pan Andrew Reschke dziwnym trafem był na wysypisku bez ubrania roboczego, które znikło. A nadzorca, który odebrał panu łańcuszek, widział pańskiego wieloletniego kolegę, jak wyjeżdża z panem. To znaczy – poszukiwanego, ubranego w strój roboczy pana Reschke. Mamy to na kamerach. Twierdzi, że wydał mu się podejrzany, wyraźnie wyższy od Andy’ego, którego widywał od dawna. Tu raczej nasza rozmowa w temacie ucieczki poszukiwanego się kończy. To wy zrealizowaliście tę ucieczkę. I może nawet byłoby wszystko dobrze dla was, o ile wróciłby pan do pracy dziś, ze strojem roboczym dla pana Reschke. Rzecz w tym, że po tym, jak pojawiła się sprawa łańcuszka, przeszukaliśmy wysypisko.
Gdzie on jest?
- poszedł w pola. Powiedziałem mu, że tu na niego doniosą i musi spać gdzieś po stodołach.
- spał tu? Widziała go pani?
- widziałam. Opatrzyłam mu ranę, a potem tak jak mówi mąż – poszedł. Daliśmy mu na odchodne ziemniaków, żeby coś zjadł.
- dalej ma na sobie strój Reschke?
- tak, zresztą co miałam mu dać, jak sami za wiele nie mamy.
Agent zamilkł. Rozważał sytuację i zebrane informacje.
- Zabieramy was.
- (szlochanie). Rozkradną wszystko!
- To co zrobiliście, to przestępstwo. Nie rozkradną, zresztą martwcie się raczej o siebie. Jason, zostajesz tu, jakby wrócił, staraj nie rzucać się w oczy, zmienimy cię po południu. Panowie, bierzemy ich!
Po chwili hałasów zapadła cisza. Potem niknący chrzęst opon po żwirze upewnił Kyle’a, że oddalili się na dobre.

Słuchał z sercem na ramieniu. Młody strażnik połaził po mieszkaniu, nie wytwarzając zbyt dużego hałasu, jako, że podłoga była raczej twarda. Odwiedził chyba wszystkie pomieszczenia, raczej bez celu, po czym wyszedł na pierwsze pięć stopni schodków na stryszek (co pewnie pozwoliło mu zobaczyć, co tam jest i odpuścić) – ogólnie snuł się po chacie, albo siedział w fotelu i dopiero po około godzinie wyszedł na zewnątrz.
Kyle wypełzł spod schodów, ale drzwi nie domknął (jako, że były niedomknięte wcześniej) i kuląc się wyglądnął przez okna po prawej od swojego schronienia – tworzyły rodzaj ni to living roomu, ni to zabudowanej werandy – nie zauważył tego wcześniej, gdy tu przyszedł. Nikogo nie było. Strażnik gdzieś zniknął, poszedł na tył domu do przydomowej działki – inaczej byłby zwyczajnie widoczny.
Wziął ze stołu butelkę wody, łyknął kilka haustów i wyszedł przez wejściowe drzwi – po lewej była graciarnia desek, opon i zardzewiałych kawałków maszyn. Sięgała pod płot sąsiada, gęsto obsadzony tujami. W tym momencie można było pójść na uliczkę przed domem, lub do ogrodu – gdzie zapewne znajdował się strażnik. Pozornie kalkulacja była prosta – ale na nieznanej ulicy w mieście stawał się łatwym celem. Butelką z nim raczej nie wygra – pewnie ma paralizator albo poważniejszą broń. Postanowił skierować się do ogródka – wyjrzał za brzeg werandy. Nikogo nie było. Powoli, czujnie doszedł wzdłuż ściany domu do narożnika od strony ogrodu.
Strażnik siedział oparty o ścianę domu. Wydawał się spać – oczy miał zamknięte. Było to pozornie bez sensu, bo przecież wygodniej mógł pospać na fotelu w domu, tym bardziej, że za domem był już cień i ciągnęło chłodem, ale Kyle wykalkulował, że strażnik ma w tym swój cel. Skoro przecież nie ma zbiega w mieście, gdzie na pewno łatwiej jest go szukać – to uciekł w pola. A gdyby chciał wrócić – to pozornie śpiący strażnik zmyli go i gdy już wejdzie do domu, będzie po nim.
Kyle cofnął się nieco i popatrzył na ogród. Opadał coraz stromiej zboczem pokrytym rodzajem sadu, z wydeptanymi między drzewami ziemnymi ścieżkami pracowitego ogrodnika. Nasady drzew, jak również widocznych sadzonek otaczały pierścienie przypominające plastikową rurę – większe i mniejsze, właściwie proporcjonalne do rozmiaru rośliny. Ciężko było zgadnąć, czemu miały służyć.
Po lewej stronie przy ogrodzeniu przez pierwszych kilkanaście metrów był wykopany rów, a właściwie ślady po nim, bo był już bardzo zasypany piaskiem i częściowo liśćmi. Ciągnął się w dół sadu, coraz płytszy, aż do zupełnego zaniku. Widać było, że nie ma już żadnego zastosowania,choć można było domniemywać, że wykopany jest ludzką ręką. Kyle wlazł do niego będąc jeszcze całkowicie zasłoniętym przed strażnikiem krawędzią domu. Doskonale sypki piasek ułatwił zadanie. Zasypał nogi mieszanką liści i piachu. Następnie rzucił z całej siły butelką w kierunku przodu domu, a sam starał się zniknąć pod piaskiem jak pustynna jaszczurka.
Na nic to się nie zdało. Głuche uderzenie butelki o podłoże przed domem nijak nie przełożyło się na reakcję strażnika. Był za daleko, osłonięty całym budynkiem, być może drzemiący – aby plan zadziałał, potrzeba było coś głośniejszego. Kosztem tej próby była utracona butelka z wodą. Kyle zaczął rozglądać się w pozycji siedzącej za czymkolwiek, czym jeszcze mógłby rzucić. Kamień, wygrzebany spod ogrodzenia – tym razem w boczne okno. Co prawda było ono bardzo blisko jego grajdołka i ryzyko wykrycia było duże, ale łudził się, że być może zaalarmowany hałasem strażnik wejdzie do domu, a to bardzo pomogłoby w ucieczce w pola.
Szyba strzeliła planowo a strażnik oprzytomniał i ruszył biegiem wokół domu. Kyle zakopał się w piasku, na ile zdążył, ale młody wojak był zbyt zaaferowany tłuczoną szybą, żeby zauważyć przypominający człowieka bez nóg zakopany w piasku flak.
Jak tylko strażnik wbiegł za węgieł i udał się do wejściowych drzwi, Kyle natychmiast zerwał się i zaczął biec w dół ogródka. Teraz to nie miało dla niego znaczenia, ale widział, że jest to głównie sad – biegł pod drzewami, niekiedy schylając głowę, bo gałęzie tworzyły rodzaj bramy. Za sobą słyszał krzyk strażnika. Zobaczył go zapewne przez szybę i wybiegł, aby go złapać. Ścigał go i był przynajmniej na podstawie dźwięku coraz bliżej. Gałęzie waliły Kyle’a po twarzy jakby sprzysięgły się przeciwko uciekinierowi.
Biegł kilka minut i nagle ogród się skończył. Na końcu był mały płotek, może mający pół metra. Przeskoczył go w pełnym biegu ale po dalszych stu metrach zawahał się, bowiem dalej zbocze wyraźnie gwałtownie opadało w dół i w tym momencie poczuł na swoim ramieniu silny chwyt ścigającego go strażnika.
Wykorzystując rozpęd ofiary Jason przewrócił ściganego twarzą do ziemi.
- Leż i nie ruszaj się – wydyszał i sięgnął po komunikator, obchodząc go dookoła, tak aby odciąć drogę ucieczki. Coś tam zaraportował, sapiąc - logiczne, że pewnie potwierdził złapanie zbiega, choć Kyle tego nie słyszał. Rzucił się jak ryba wyjęta z wody i chwycił obydwoma rękami za but strażnika i szarpnął do siebie. Zadziałało – Jason runął na plecy a Kyle, dusząc się od kurzu zerwał się na nogi i przeskoczył jego ciało po czym runął w dół zbocza nie widząc nic oczyma zasypanymi pyłem.
Słysząc wrzask pokonanego za plecami, pompowany adrenaliną biegł dalej, przecierając oczy, po coraz większym nachyleniu. W pewnym momencie nie dał rady zapanować nad tym – jego nogi biegły już same. Było za stromo. Potknął się w końcu, ale zamiast upaść - runął w dół.

9.

Ocknął się po chwili.
Ponad głową miał dwudziestometrową skarpę okraszoną potężnym nawisem traw. Nie było tam widać ani Jasona, ani w ogóle czegokolwiek poza roślinnością. Miał jednak wrażenie ruchu – z góry osypywał się pył. Spojrzał w drugą stronę – na ogromną otwartą przestrzeń, biegnącą w dal i w dół aż do mgieł poniżej, pokrytą ni to trawą ni mchami – niebieskawy pofalowany dywan i miejscami przebijające przezeń kamienie. Całość była krawędzią płaskowyżu biegnącego ku nizinom.
Nie potrafił ocenić, ile czasu minęło, ale raczej dalej było stosunkowo wcześnie, bo Słońce dalej pięło się w górę i robiło się przyjemnie ciepło. Obejrzał swoje przeharowane dłonie i spodnie podarte na kolanach. Zrobił kilka głębszych wdechów, aby przekonać się, czy żebra ma całe. Upadek musiał być dość szczęśliwy, bo pomimo znacznej wysokości, dzięki dużemu nachyleniu i amortyzacji podłoża stoczył się w dół, nie doznając poważniejszych kontuzji – przynajmniej tyle dało się ustalić na szybko.
Jedno było czytelne – doskonale wiedzą, gdzie spadł i tu będą szukać. Zresztą zostawił po sobie tyle śladów, że nie potrzeba było geniuszu angielskiej Miss, żeby go namierzyć. Jednak siedzenie na zboczu, będąc wystawionym na strzał czy nawet obserwację to gorzej, niż schowanie się pod skarpą. Może o jeden punkt gorzej. W skali na dziesięć. Nie, jeden na sto.
Zdobądźmy zatem choć ten jeden punkt – wstał i powoli wspiął się po nieco miękkiej powierzchni, którą co kilka kroków ciężkimi butami Andy’ego mimowolnie przebijał. Pod spodem były kamyki i piach. Pod skarpą usiadł na chwilę.
- cholera, jak przydałaby się teraz ta butelka z wodą. Ale musiałbym ją mieć w kieszeni uciekając. Ale nie ma kieszeni…
Popatrzył jeszcze na podłoże, urwał kępkę roślin i przyglądnął się jej z bliska. Porosty. Zwyczajna płucnica. Dość zaskakujące, jak na region geograficzny, ale te symbionty potrafią dokonywać cudów.
Po namyśle ruszył na południe, oddalając się od twierdzy. Co prawda domyślą się bez trudu, że jak przeżył, to tam poszedł, ale w kierunku północnym zbliżałby się do miejsc, gdzie już doskonale wiedziano by, co z nim zrobić.
Przeważnie szedł w górę, bo tak ukształtował się teren pod nawisem. Miejscami nie szło to wcale łatwo i trzeba było oddalać się od krawędzi idąc w dół skarpy i wspinać się powtórnie, bowiem urwiska i przełamania skał przecinały drogę, tworząc ściany i sypkie piargi. Jednak jedno z urwisk okazało się na tyle przyjazne w nachyleniu, że tworząc rodzaj drabiny, pozwoliło Kyle’owi wychynąć ostrożnie na powierzchnię terenu u góry.
Była całkowicie pusta i pokryta trawą, piachem i porostami. Pojedyncze większe kamienie zakłócały ją tylko nieznacznie. Nie tworzyła już nachylonej powierzchni, tylko półpustynię. Do granicy horyzontu nie widać było żadnych większych wzniesień. Monotonny krajobraz urozmaicały zapadnięte połacie piachu, żywo przypominające bunkry w polu golfowym.
Wyszedł na powierzchnię i ruszył skośnie na południowy zachód, oddalając się od skarpy. Doskonale zdawał sobie sprawę ze śladów, które zostawiał. Nie było nawet co się łudzić – jak pościg zacznie się od miejsca, gdzie spadł ze skarpy – to dokładnie dotrą tutaj i dalej, gdziekolwiek pójdzie. Dawało to takie uczucie beznadziejności, szczególnie jak było się pieszym przeciwko maszynom. Ce est la vie – cóż innego zostało? Walczymy.
Może po kilometrze Kyle zauważył, że horyzont bardzo się przybliżył, a po następnym – okazał się być zardzewiałą konstrukcją mającą postać dwóch połączonych i powierconych dużymi okrągłymi otworami kilkucentymetrowej grubości listew o rozstawie może metra, wysokich na dobry łokieć i połączonych metalowym ażurem leżącym na ziemi, miejscami przysypanym piachem. Tworzyły falującą jak sinusoida wstęgę biegnącą z północy na południe.
Niewątpliwie dzieło człowieka – pomyślał. Oddalił się trochę od tej liniowej budowli idąc na południe i ciągle oglądając się za siebie. I słusznie – na horyzoncie pojawiła się pogoń.
Kyle zaczął biec do najbliższego większego kamienia i częściowo zakopał się w piasek, który gromadził się, wyprażany przez Słońce, od strony południowej głazu.
Nie była to pogoń szybka. Zbliżała się jak na zwolnionym filmie, najpierw celując w jego kierunku, a potem nawet oddalając się.
- nie wiedzą, gdzie jestem – ucieszył się. Przyglądał się dalej tej nieporadnej obławie, gotowy na reakcję w każdym momencie.
W końcu zrozumiałe się stało, że to nie pogoń, tylko obiekt, jadący po znanej mu już konstrukcji z metalu. Długą chwilę naczekał się jeszcze, aż w odległości paruset metrów pojazdy minęły go i nieprędko pojechały dalej, w nieznane. Były to szare kuwety, rozmiarów może czterech kubików, w liczbie kilkunastu, otwarte w jego stronę, całkowicie puste, ciągnione przez zwartej konstrukcji klocek na kołach. Ten ostatni nie miał żadnych świateł a na boku - niewiele mówiący numer. Wyglądały na bezzałogowe. Nie wytwarzały żadnego słyszalnego hałasu i przypominały kolejkę w parku dla dzieci. Poruszały się zresztą niewiele szybciej, może jakieś 20 kilometrów na godzinę.
Na horyzoncie zamajaczyła kolejna taka kawalkada i Kyle pomyślał, że może kolejka odegra rolę rzeki, bo jego ślady urwą się, gdy wsiądzie do wagonika. Jako alternatywę miał dalszą pieszą wędrówkę, a ta, z racji pozostawianych śladów musiałaby wcześniej czy później zakończyć się byciem złapanym. Podszedł do szyn i położył się na ziemi. Czekał cierpliwie, aż pojazd prowadzący minie go i po ostatecznej ocenie, że nie może mieć on załogi zerwał się i zaczął biec wzdłuż ich toru. Operacja okazała się być łatwiejszą, niż myślał – wskoczył do przedostatniego wagonika jak szczupak. Pod jego ciężarem i energią skoku jakiś zamek w wagoniku trzasnął, odchylając pojemnik tak, jakby zawartość miała być wysypywana. Kyle mało nie wypadł. Zawisł na krawędzi łapiąc balans i gdy tylko poczuł, że złapał równowagę, przetoczył do wewnętrznej ściany. Nagle pojemnik obrócił się do pionu i zablokował w tej pozycji.
Zbieg chwilowo zniknął z pola widzenia potencjalnego pościgu, leżąc na dnie skrzyni, która majestatycznie płynęła wraz z innymi metalową, falującą rzeką.

10.

Monotonna podróż bez hałasu i wibracji spowodowała, że szybko nadeszło odprężenie i Kyle, leżąc na plecach zaczął zastanawiać się co go czeka. Skołatane nerwy uspokoiły się, a leżakujące teraz, bolące od wysiłku i wspinaczki mięśnie z aprobatą lekko drżały. W słońcu było nawet nie tak bardzo gorąco a ściana wagonu dawała nieco cienia, jednak pragnienie doskwierało coraz bardziej.
Dziwna kolejka pewnie jedzie do jakiegoś miasta albo, co bardziej prawdopodobne – do zakładu przemysłowego, bo przecież typowa kolej nie posługuje się takimi małymi wagonami i prędkościami na poziomie roweru. Niepokojąca jest ta jej prędkość. Wskoczyć łatwo, ale dogonią ją. Nie mogę podróżować nią za długo, a przecież wysiadanie na pustyni bez wody to pewna śmierć. Z dwojga złego lepiej może pojechać dalej.
W pewnym momencie dało się odczuć wstrząsy, silnie kontrastujące z dotychczasowym zachowaniem wagoników. Kyle wyjrzał ostrożnie.
Przejeżdżali przez rodzaj stacji. Zaroiło się nagle od torów, rozdzielały i łączyły się ze sobą, a na części z nich stały identycznie wyglądające składy, różniące się tylko długością i tym, że kilka miało wagony z dachem ponad paką, a pozostałe były takie same jak ten, w którym jechał. Zdarzały się też takie z dwoma urządzeniami napędowymi – jednym z przodu i jednym z tyłu. Wszystkie widoczne wnętrza pojemników były puste, czasami tylko zawierały trochę ziemi albo piasku. Ten, którym jechał, przejechał pomiędzy nimi jednym z wolnych torów, bez zmiany tempa wybrał zwrotnicę w lewo i zaraz potem trzykrotnie w prawo i pojechał dalej. Teraz dopiero widać było, że szyny rozchodzą się gwiaździście. Trzy tory pobiegły bardziej na wschód, jeden nieco na zachód, a całkiem prawy zakręcił i pobiegł do widocznej niedaleko ciemnej ogromnej powierzchni, z tej odległości przypominającej pas lotniska.
Ciekawsza była konstatacja, że na całej tej stacji czy rozdzielni nie było nikogo, wszystko działo się automatycznie.
Gdy już obiekty stacji znikły z pola widzenia położył się z powrotem na dnie aby nie wystawiać się na nagrzewanie i zmniejszyć wysiłek organizmu do minimum. Słońce było już bardzo wysoko i nie było już cienia. Pierwotnie pomyślał o tym, że lepiej będzie stać i być chłodzonym przez pęd powietrza, ale przeważyła myśl, że łatwo go będzie zauważyć nawet z dużej odległości. Przysypiając nieco dobre pół godziny medytował nad swoim losem, kiedy to dumanie przerwała mu kolejna wibracja. Wyglądnął. Była to zbliżona rozmiarami i wyglądem „stacja” i znowu nie było nikogo z obsługi, a pojazd kilkukrotnie zmienił tor na zwrotnicach i odjechał jedną z wielu rozchodzących się w wielu kierunkach szarf metalu. Różnica była tylko taka, że kilka torów ginęło w piasku i wyglądały na nieużywane bocznice. Na zachodzie ciemna szarfa gigantycznego lotniska czy drogi była tym razem znacznie dalej, ale ponieważ biegła w dolinie i byli od niej wyżej, to widać było jej ogrom. Ciągnęła się z północy na południe dokąd sięgnął wzrok i była teraz silnie nagrzana przez słońce, bo powietrze nad nią falowało jak oszalałe.
Scenariusz przejeżdżania przez zwrotnice powtórzył się jeszcze dwa razy w równych odstępach czasu, ale Kyle nie podnosił się nawet, bo czuł się coraz słabiej i jedyne, o czym był w stanie myśleć, to pragnienie i chęć jego ugaszenia. Odczuwał też głód.
Gdy Słońce świeciło już w zenicie, uczucie równomiernego ruchu ustało i zamieniło się w poszarpywanie. Pojazdy zaczęły zwalniać. Wyjrzenie z podgrzanego wagonu było bardzo dużym wysiłkiem i Kyle musiał naprawdę zmobilizować się, aby łapiąc burtę podciągnąć się i zaglądnąć, co jest na zewnątrz. Zanim cokolwiek zobaczył, powiało chłodem i dosłownie kilka sekund później zrobiło się ciemno – wagoniki wtoczyły się do wnętrza zadaszonego obiektu. Zanim oczy zaadaptowały się do tej nagłej zmiany jasności, cały skład zakończył jazdę poprzez przybicie do ogranicznika kończącego tor. Na siły umęczonego ucieczką, gorącem i pragnieniem człowieka to było za dużo – palce nie utrzymały krawędzi i Kyle padł na dno.

Z uczuciem wody w ustach i na twarzy ocknął się po jakimś czasie. Przełknął odruchowo. Woda. Rozglądnął się - siedział, a właściwie wpół leżał na fotelu w klasycznie umeblowanym pokoju. Na półkach stały książki, w środku pomieszczenia królowało sporawe biurko z bankierską lampą, zawalone papierami, a za nim okno, przez które widać było zachód słońca. Natomiast po prawej drzwi na solidnej framudze oraz w zasięgu ręki przy samym fotelu - mały stolik ze stojącą na nim karafką wody, napełnioną do połowy szklanką, cukiernicą i otwartym słoikiem czegoś, co przypominało puree. Tuż obok, po drugiej stronie stolika siedział starszy już mocno mężczyzna i przypatrywał się Kyle’owi. Ten, choć osłabiony, szarpnął się w poczuciu zagrożenia, a mężczyzna natychmiast, uspokajającym tonem powiedział:
- proszę się nie denerwować. Wszystko jest dobrze, proszę się napić więcej. Już poiliśmy pana. Jest już pan w stanie dalej samemu?
Kyle po namyśle powoli chwycił za szklankę i wypił jej zawartość, patrząc mężczyźnie w oczy, po czym odstawił ją na stolik. Ten wziął karafkę i ponownie napełnił szklankę.
- najlepiej to od razu proszę wypić więcej, jeszcze ze trzy, cztery. Jest pan odwodniony i przypieczony przez słońce. Mamy też jedzenie.
Wypił faktycznie cztery szklanki wody, całą karafkę, po czym mężczyzna wręczył mu słoik i łyżeczkę:
- ręce już się nie trzęsą panu, jak przedtem. Mówiłem, że będzie dobrze. Nie musi pan o nic pytać. Proszę zjeść, taka szybka energia, dżem. Wieloowocowy.
Pierwsze łyżeczki zostały zjedzone ostrożnie, potem reszta pochłonięta dość szybko zadziałała i Kyle poczuł się dużo, dużo lepiej. Posiedział jeszcze chwilę w milczeniu, patrząc tępo w okno na zapadający zmierzch. Percepcja powoli wróciła do normy i zauważył, że jest bosy. Przeciągnął rękami po ubraniu – było inne.
- spieszę z wyjaśnieniem – odezwał się mężczyzna – Jak chłodziliśmy pana wodą i poiliśmy to stara odzież poodklejała się od ran i zaczął pan krwawić. Opatrzyliśmy pana. Ciężko było część zdjąć i przecięliśmy ją, to zmieniliśmy te strzępy na zwyczajną odzież roboczą. Stopy też ma pan pokrwawione i pokaleczone więc na razie lepiej im bez butów. Nic nie zginęło – pański nastawnik, który miał pan w skarpecie jest tu – pokazał na cukiernicę, po czym otworzył ją i wyjął zapomnianą już gałkę, urwaną z aparatury w „twierdzy”. Widok tego małego przedmiotu natychmiast przywołał wspomnienia dotychczasowych wydarzeń, tak, że Kyle wzdrygnął się. Zebrał myśli i z natłoku kotłujących się w głowie pytań wybrał pierwsze dwa, najbardziej oczywiste:
- Co to za miejsce? Kim pan jest i dlaczego mi pomaga?

11.


Starszy mężczyzna wstał i przesunął fotel tak, aby być bardziej en face do rekonwalescenta. Wziął karafkę, odstawił ją na biurko, a z niego z kolei zabrał kolejną, pełną i drugą szklankę. Nalał sobie wody i usiadł.
- Wiem, że bardzo wiele chciałby pan wiedzieć, a nie ukrywam, że i ja chciałbym dowiedzieć się sporo o panu. Pozwoli pan, że się przedstawię, moje nazwisko Natanson. Henryk Natanson. Jestem naukowcem na emeryturze i prowadzę sporą farmę. Trafił pan do mnie zapewne przypadkiem – przyjechał pan kolejką przegrzany przez słońce i znaleźli pana w niej moi pracownicy, gdy chcieli ją po południu załadować. Ocucili pana, przenieśli tutaj, zapewne ma pan udar czy coś podobnego. Pewnie przedstawi mi się pan za moment, ale zaskoczę pana - ja prawie na pewno wiem, kim pan jest. Wieści rozchodzą się szybko, a ten mały przedmiot – wskazał na gałkę – upewnił mnie w moich przypuszczeniach. Pan Kyle, jak mniemam?
Kyle chciał zadać pytanie, ale dźwięk swojego imienia w ustach nieznanego człowieka w niewiadomym miejscu zabrzmiał ni to jak wyrok, ni jak zbawienie. Zabrzmiał zaskakująco. Milczał chwilę.
- tak, Kyle.
- uciekł pan z laboratorium? Jakim cudem? Niesamowite, że dotarł pan aż tutaj i nie pojmano pana – jesteśmy dobre 100 kilometrów od niego.
- zawaliło się. Coś tam runęło i wtedy się wydostałem, a dokładnie – pomogli mi przyjaciele. Niestety zostali aresztowani.
- na pewno dopóki pana nie złapią to nic im nie zrobią, bo zawsze mogą próbować zwabić pana obietnicą zwrócenia im wolności. Daleko stąd wsiadł pan do kolejki?
- nie wiem, jak daleko, ale do południa jechałem już parę godzin, a potem znalazłem się tutaj.
- no to ładnie panu przygrzało – wykrzywił usta Henryk – i tak ma pan organizm ze stali, że po takich perypetiach jeszcze pan przetrwał i taką wędzarnię. Trzy godziny to będzie jakieś 70 kilometrów, czyli niezbyt daleko od Vanguard. Gonili pana, strzelali?
- tam właśnie nocowałem, kiedy wpadli, uciekłem im a do torów dotarłem z przygodami piechotą, ale nikt nie strzelał ani mnie nie gonił.
- wyraźnie chcą pana żywcem. Proszę wybaczyć taką drastyczną opinię, ale powinno się wydawać, że wystarczy, żeby był pan martwy i już są bezpieczni. Ale jednak skoro jeszcze tego nie zrobili, to z jakiegoś powodu, którego jeszcze nie rozumiem, potrzebują jednak pańską głowę w postaci żywej.
Henryk zamilkł i zamyślił się, a Kyle poczuł dreszcz przebiegający mu po kręgosłupie. Sam postanowił zadać pytania:
- Do czego służy kolejka?
- Do wożenia plonów do fabryk w Vanguard i też do Expectance II, czyli tam mniej więcej, skąd pan uciekł. Tylko pełne jadą nocą, a puste wracają za dnia. Oczywiście też ładują im tam akumulatory. Niektóre mają panele solarne nad wagonami, co osłoniłoby pana, ale pechowo akurat na takie pan nie trafił.
Zza drzwi dobiegły odgłosy sapania i do pomieszczenia bez pukania wszedł niski, zażywny człowiek. Kyle zapadł się w sobie ze strachu, ale Henryk uspokoił go ruchem ręki.
- Szefie, gotowe, załadowane, odprawiać?
Henryk odparł szybko – oczywiście, w końcu i tak już jesteśmy spóźnieni. Domyte? Pobrudzone.
- Mi nie trzeba dwa razy powtarzać, domyte detergentem dokładnie po czym pobrudzone idealnie. Nie dojdą.
- Co załadowaliście?
- Logiczne, że ziemniaki. Przecież nie chłodnicze. Zdrowia panu życzę – zwrócił się do Kyle’a.
- Dobrze już, dobrze, dzięki, pan Kyle dochodzi do siebie – uśmiechnął się Henryk i gestem pokazał pracownikowi, aby poszedł – kibicują panu – powiedział do Kyle’a -Stąd nikt pana nie sypnie.
- Co robią w twierdzy? Co to za ludzie?
- och, to akurat bardzo ciekawe, abstrahując od ich postaw moralnych. To nie jest twierdza. Ona tylko tak odstraszająco wygląda widziana z tej strony płaskowyżu. W rzeczywistości to kolonia tych, którzy pana więzili. A oni sami to jakby lepsza generacja ludzi – przynajmniej za takich się uważają. Było to już kiedyś i nie wyszło, ale historia lubi się powtarzać. Tutejsi nazywają ich żargonowo bladymi, bo mają małą pigmentację skóry oraz też oczywiście mało wystawiają się na działanie słońca – przy czym ono im szkodzi daleko bardziej jak nam, nawykłym do pracy na zewnątrz. Pamięta pan może, kiedy pana porwali?
Kyle zamyślił się. Pustka była odpowiedzią – nie pamiętam nic. Amnezja. Pewnie od uderzenia głową wtedy, jak się zawaliło to laboratorium. Nawet nie wiem, co ja tam robiłem.
- fizycznie to zgaduję, że nic pan nie robił. Pańskie ciało jest jak nowe, no może poza ranami w związku z ucieczką – Henryk wyraźnie wiedział coś, co wiedzieć chciał i Kyle – ale pracować to pan pracował. Głową. A amnezja nie wynika z uderzenia, tylko z wyprogramowania części informacji, przede wszystkim wspomnień, z pańskiej głowy, takiego naukowca, potrzebnej….
- KIM ja jestem? - przerwał mu Kyle, unosząc się – pan to wie. Czemu nie mogę tego usłyszeć? Ukrywa pan to przede mną.
- Można tak uznać, ale nie robię tego, bo chcę panu zaszkodzić, ale odwrotnie – chcę pana uratować, bo myślę, że i nas pan może uratować. Skoro nie wie pan, kim pan jest i gdzie pan jest, to prawda może być trudna. I nawet nie musi mi pan wierzyć, choć ja kłamać nie będę. Nie wiem, czy jest pan na nią gotowy.
- jestem gotowy
- dobrze. Jest pan biochemikiem, prawda? Ma pan siłę wstać?
- oczywiście – Kyle zerwał się – co mam zrobić?
- na środkowej półce, od okna stoją dwa tomy wyraźnie grubsze niż inne. To encyklopedia. Proszę siebie odnaleźć.
Kyle bez zadawania dalszych pytań podszedł do okna, wyjął z półki właściwy tom, wrócił na fotel i zaczął szukać. Papier był dziwny, niesamowicie cienki i jednocześnie przypominał w dotyku kanadyjskie banknoty. Nie spodziewał się znaleźć swojej osoby, ale jednak była o nim notka. Choć właściwie nie do końca jednak była o nim – albowiem poza imieniem i nazwiskiem i główną dyscypliną naukową, którą się parał, zgadzała się tylko data urodzenia i parę faktów z młodości. Na zamieszczonym małym zdjęciu portretowym był brodaty facet w kitlu. Encyklopedyczny Kyle dysponował potężnym artykułem na swój temat. Lektura zajęła chwilę. Była to historia pełna sukcesów, odkryć, chwały i osiągnięć geniuszu i popchnięcia nauki do przodu o milowy krok, ba może nawet kilka - przez jednego człowieka, ale niestety bez happy endu.
Brodacz zginął w niewyjaśnionych do końca okolicznościach po siedemdziesiątce. I to jeszcze w mocno awangardowym miejscu i dacie.
Kyle podniósł głowę znad encyklopedii i wpatrzył się w twarz Henryka. Rysowało się na niej zaniepokojenie zmieszane z ciekawością.
- to przecież jakieś chore science-fiction – wydusił z siebie Kyle - Przecież ja mam czterdzieści lat i nigdy nie miałem brody. Dopisaliście do mojej daty urodzenia i kilku powszechnie znanych faktów z mojego życia głupawy ciąg dalszy. Dobry dowcip, tylko gdzie jest kamera?
- proszę się nie denerwować. Uprzedzałem, że może pan nie być gotowy na prawdę. Ale jak się pan uspokoi, to chcę pokazać coś jeszcze..
- ależ ja jestem spokojny, cholernie spokojny!
Henryk wstał i wyszedł przez drzwi, wołając Kyle’a za sobą. Przeszli razem do korytarza i stamtąd do pokoju z tarasem. Gospodarz wyjął z skrzyneczki spory, walcowaty instrument i wyszedł na zewnątrz, gdzie panowała już ciemność i tylko czerwień ostatnich promieni słonecznych na zachodzie pokazywała, gdzie się udała najbliższa z gwiazd. Nad głową widoczne było niebo ze znanymi gwiazdozbiorami. Podeszli do poręczy.
- Najprościej może będzie – zaczął Henryk – jak ja to panu pokażę. Tu w rogu poręczy jest mocowanie, a tutaj – rozłożył trzymany w ręce walec w całkiem pokaźny teleskop z krótkim prętem, pasującym do mocowania – tutaj jest przyzwoity refraktor. Proszę popatrzeć na jasną gwiazdę wyraźnie po prawej od miejsca, gdzie zaszło Słońce, niewiele nad horyzontem.
Wręczywszy teleskop czekał w napięciu. Kyle zamocował teleskop w uchwycie, schylił się mocno aby zajrzeć w obiektyw, wycelował z pomocą lunetki i doregulował ostrość głównego szkła.
Trwało to dłuższą chwilę; w końcu wyprostował się, oparł rękami o poręcz i zamknął oczy. Artykuł z encyklopedii nagle zyskał kilka nowych zgodnych punktów. W głowie czuł tętnienie i słyszał szum własnej krwi.
To była Ziemia.

Added in 1 hour 41 minutes 6 seconds:
Niestety nie mogę dokleić dwóch dalszych rozdziałów bo znikają. Trudno.


Alkohol nie rozwiąże wszystkich Twoich problemów. Z drugiej strony - mleko też ich nie rozwiąże...

Awatar użytkownika
ithilhin
Pisarz
Pisarz
Posty: 4313
Rejestracja: pt 23 sie 2013, 11:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Płock
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Czerwony dach świata (II) - (S/F)

Postautor: ithilhin » śr 13 cze 2018, 21:31

Piro pisze:Source of the post Niestety nie mogę dokleić dwóch dalszych rozdziałów bo znikają. Trudno.


Proponuję przeczytać regulamin i PW od moderatora. Znajdziesz tam wyjaśnienie tego cudu. :/


gosia

me@Szortal
Thig crioch air an saoghal, ach mairidh gaol is ceòl.

Awatar użytkownika
Piro
Zarodek pisarza
Posty: 20
Rejestracja: wt 24 kwie 2018, 16:02
OSTRZEŻENIA: 1
Lokalizacja: Kraków
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Czerwony dach świata (II) - (S/F)

Postautor: Piro » śr 13 cze 2018, 21:41

W sensie od Ciebie?
Przeczytałem.
Głupie to o tyle, że forum nie akceptuje wklejek większych, niż 10000 znaków. To chciałem 12 i 13 rozdział wkleić osobno.
Trudno, obraźcie się. Bo macie zasady.

Added in 44 seconds:
Piro pisze:Source of the post W sensie od Ciebie?
Przeczytałem.
Głupie to o tyle, że forum nie akceptuje wklejek większych, niż 10000 znaków. To chciałem 12 i 13 rozdział wkleić osobno.
Trudno, obraźcie się. Bo macie zasady. No to nie wkleję.


Added in 1 minute 2 seconds:
W sensie od Ciebie?
Przeczytałem.
Głupie to o tyle, że forum nie akceptuje wklejek większych, niż 10000 znaków. To chciałem 12 i 13 rozdział wkleić osobno.
Trudno, obraźcie się. Bo macie zasady. No i nie wkleję, bo jak.


Alkohol nie rozwiąże wszystkich Twoich problemów. Z drugiej strony - mleko też ich nie rozwiąże...

Awatar użytkownika
Kruger
Dusza pisarza
Posty: 610
Rejestracja: śr 12 paź 2011, 09:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Czerwony dach świata (II) - (S/F)

Postautor: Kruger » czw 14 cze 2018, 07:58

Prawdę mówiąc, nie wiem po co. Skoro chcą wydać, to po co tu umieszczać? Ewentualnymi błędami zajmie się redakcja.



Awatar użytkownika
Navajero
Pisarz
Pisarz
Posty: 4331
Rejestracja: czw 20 gru 2007, 17:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Czerwony dach świata (II) - (S/F)

Postautor: Navajero » czw 14 cze 2018, 08:38

Też nie bardzo rozumiem.


Panie, ten kto chce zarabiać na chleb pisząc książki, musi być pewny siebie jak książę, przebiegły jak dworzanin i odważny jak włamywacz."
dr Samuel Johnson

Awatar użytkownika
martar
Szkolny pisarzyna
Posty: 35
Rejestracja: czw 05 paź 2017, 21:44
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Sosnowiec
Płeć: Kobieta

Czerwony dach świata (II) - (S/F)

Postautor: martar » czw 14 cze 2018, 11:44

Mogę zapytać, ile znaków ma całość?



Awatar użytkownika
BollyBoss
Pisarz domowy
Posty: 106
Rejestracja: pn 10 lip 2017, 14:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Czerwony dach świata (II) - (S/F)

Postautor: BollyBoss » czw 14 cze 2018, 16:10

Ciąg dalszy tego bełkotu o czyimś mózgu, który jest osobnym bytem? Wydają AłtorKasię, to pewnie i to ktoś wyda.


Chętnie pomogę przy researchu z dziedziny psychologii.


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości