Bitwa nr 13: Małgorzata "ithilhin" Garkowska v P & R

Moderator: Faraon

Awatar użytkownika
Faraon
Imperator
Imperator
Posty: 3295
Rejestracja: pn 01 gru 2008, 21:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Bitwa nr 13: Małgorzata "ithilhin" Garkowska v P & R

Postautor: Faraon » pn 11 cze 2018, 22:46

Temat: Gwiazdy płoną, a w sercu lód
Gatunek: obyczaj
Objętość: max 10.000 znaków ze spacjami
Czas do: 18.06.2018 do 23:59

Oceniać można przez tydzień od wstawienia, tak więc w tym przypadku ostateczny termin wystawienia oceny to 26.06.2018 godz. 23:59. Po tym czasie temat zostanie zamknięty, a punkty podliczone.


Prosimy o przyznawanie od 0 do 5 punktów [bez połówek] w poniższych kategoriach:
1. Pomysł i rozwinięcie/kreatywność (idea, podejście do tematu, potencjał, rozwój i wykorzystanie możliwości zamysłu)
2. Realizacja tematu (wypełnienie warunków pojedynku)
3. Błędy (błędy ortograficzne, gramatyczne, interpunkcyjne, stylistyczne i leksykalne)
4. Warsztat (błędy logiczne [fabularne], ocena stylu, narracji, dialogów oraz kompozycji)
5. Subiektywne wrażenia/odczucia
i ewentualnie 1 punktu dla wybranego tekstu jako:
6. Ekstra punkt! (niezależnie od powyższych ocen przyznaj 1 dodatkowy punkt - za element, który Cię urzekł/Twojemu zwycięzcy - albo nie przyznawaj nikomu; nie można dać każdemu po jednym)

Suma: 0-26.

Wzór:

Kod: Zaznacz cały

Kategoria 1. [b]Pomysł i rozwinięcie/kreatywność[/b]
Tekst I:
Uzasadnienie:
Tekst II:
Uzasadnienie:
Tekst III:
Uzasadnienie:

Kategoria 2. [b]Realizacja tematu[/b]
Tekst I:
Uzasadnienie:
Tekst II:
Uzasadnienie:
Tekst III:
Uzasadnienie:

Kategoria 3. [b]Błędy[/b]
Tekst I:
Uzasadnienie:
Tekst II:
Uzasadnienie:
Tekst III:
Uzasadnienie:

Kategoria 4. [b]Warsztat [/b]
Tekst I:
Uzasadnienie:
Tekst II:
Uzasadnienie:
Tekst III:
Uzasadnienie:

Kategoria 5. [b]Subiektywne wrażenia[/b]
Tekst I:
Uzasadnienie:
Tekst II:
Uzasadnienie:
Tekst III:
Uzasadnienie:

[b][i]Ekstra punkt![/i][/b] dla:
Za:

[b]Suma[/b].
Tekst I:
Podsumowanie:
Tekst II:
Podsumowanie:
Tekst III:
Podsumowanie:



Awatar użytkownika
Faraon
Imperator
Imperator
Posty: 3295
Rejestracja: pn 01 gru 2008, 21:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Bitwa nr 13: Małgorzata "ithilhin" Garkowska v P & R

Postautor: Faraon » śr 20 cze 2018, 10:48

Jeśli przegapiłem jakieś formatowanie czy cokolwiek zmieniłem, proszę autorów o szybki kontakt.

 ! Wiadomość z: Faraon
Oceny użytkowników zarejestrowanych po 30.04.2018r. lub niepodporządkowane wzorowi nowego systemu oceniania bitew są jak najbardziej mile widziane - autorzy liczą na jak największy odzew z Waszej strony! - ale nie będą mieć wpływu na ostateczny wynik starcia (sumę punktów).
Ocena wszystkich dwudziestu zaplanowanych pojedynków zagwarantuje wzięcie udziału w losowaniu wyjątkowej nagrody specjalnej.


W Firefoxie fragmenty tekstu mogą nie wyświetlać się poprawnie - na szczęście bitwy są widoczne bez zalogowania i wystarczy przekopiować link do dowolnej innej przeglądarki internetowej.

#############################################

Tekst I

Sekwencja


0. Kolaps


O wielu aspektach mojego życia decydowali inni. O tym, jak się skończy, zdecydowałem sam.


Śnieg trzeszczy pod bosymi stopami jak potłuczone szkło. Spoglądam w górę. Drzewa pieszczą ciemne niebo pazurami bezlistnych konarów. Jeszcze zbyt blisko. Dalej. Boję się tylko tego, że przez nocną polucję świateł wielkiego miasta nie odnajdę ich. Idę więc przed siebie, naprzód, ciągle naprzód, byle dalej od szumu ulic i sztucznego blasku. Muszę znów zobaczyć.



1. Akrecja


– Pani wie, ten co się pod dziesiątkę wprowadził to zboczeniec jakiś.


– Co pani mówi, jaki zboczeniec. Taki dziadyga?


– A co to zmienia? Widziała go pani na balkonie? Z lunetą? Jak nic podglądacz.


– Trzeba by zgłosić gdzieś, przecież tak być nie może.


– Trzeba.


Wieczorem poszedłem podglądnąć podglądacza. Jednym okiem tylko, bo drugie miałem opuchnięte od rozmowy z tatą. Miałem nadzieję, że zboczeniec swoją lunetą naprowadzi mnie na coś nagiego, kobiecego. I że uszczknę coś z jego zboczenia, by swoje trochę zaspokoić. Dziadyga jednak patrzył w niebo, gdzie, o ile mi wiadomo, gołych bab nie było zbyt dużo. Patrzył tak długo i namiętnie, że aż wiedziony ciekawością sam zagapiłem się na moment, bo może.... Nie, jednak nic. Gdy odwróciłem wzrok od gwiazd, dostrzegłem, że tamten patrzył na mnie. Mierzyliśmy się wzrokiem chwilę, aż wskazał palcem na lunetę i skinął dłonią zapraszająco.


Wzruszyłem ramionami na zaproszenie zboczeńca. Chyba jednak coś został mi w oku od tego nieopatrznego zagapienia się, bo nie mogłem powstrzymać ciekawości. Poza tym to był stary dziad, a ja od ojca troski i podwórkowych przyjaźni pięści miałem twarde i nerw jak brzytwa.


Pan Michał pokazał mi przez lunetę Plejady w gwiazdozbiorze Byka. Mówił, że to młode gwiazdy, ledwo sto milionów lat. Błękitne olbrzymy, które skończą jako supernowe. Tego wieczoru wróciłem do mieszkania przygnieciony do ziemi ciężarem piętnastu lat na karku w kontekście wieku wszechświata.


Gdy zabrali pana Michała do szpitala, ukradłem mu teleskop. Zostawił go na balkonie, więc do pewnego stopnia sam był sobie winien. Siostra dostała na bilet i szansę gdzieś indziej. Ja zostałem, w końcu to był mój dom.



2. Zapłon


Długi czas nie odrywałem wzroku od ziemi. Na rozmowę tato dał mi swoje stare buty wyjściowe. Jeden był dziurawy, ale oba nienagannie wypastowane. Podziękowałem, jak nauczył i pocieszyłem się w myślach, że lato było suche, więc dziura mały problem. Ważniejsze, co człowiek miał w głowie.


To, co miałem, wystarczyło na krótko. O każdy szczebel drabiny walczyłem z mądrzejszymi, bogatszymi i szybszymi ode mnie. Jednak brakowało im tego ulicznego nerwa i tych oczu zaprószonych gwiazdami. Ostatecznie zawsze byłem górą.


– Heniek, kurwa, ty to jesteś superstar, tego klienta nikt nie mógł przekonać!


Jestem superstar.


– Staram się, jak mogę, panie prezesie.


Wbrew wam wszystkim.


– Ty mi tu nie panuj, teraz jesteś w pierwszej lidze chłopie, teraz siedzisz przy stole z poważnymi graczami. Brudzia dajemy!


Ukrywam odrazę w łyku piwa.


– Henryk.


Jestem superstar.


– Zenek! Na zdrowie!


Pali gardło.


– Tylko pamiętaj, prawdziwy zapierdziel dopiero się zaczyna. Ale jakby co, mamy wspomagacze.


W eksplozji świateł klubu jego zęby błyszczały niebiesko.


Nienawidzę go. Nienawidzę was wszystkich.


Jestem superstar.



3. Olbrzym


Ojca odwiedzałem co niedziela. Boga odnalazł, więc po mszy o dwunastej. Zawsze zachowywał trochę z pieniędzy, które mu zostawiałem. Kupował dwa lody w kostkach. Wykładał je na porcelanowe talerzyki i stawiał na stole. Jedne przed nim, drugi przede mną. Siedzieliśmy chwilę, oglądając telewizję, nie patrząc na siebie, nie mówiąc nic. Czekałem, aż się lód roztopił w wafelkowo-waniliową maź i wychodziłem, odkładając kilka banknotów na komodę, obok ich ślubnego zdjęcia. Taka mała złośliwość na pożegnanie. Sięgając po nie, przypomni sobie.


– Już idziesz? – zawsze to zdziwione zawiedzenie.


– Praca.


– Ale dziś niedziela. I lodów nie zjadłeś.


– Takie życie tato.


Kiwał głową powoli, jakbym przekazał mu głęboką mądrość. Jakby rozumiał. Wiedziałem, że nie rozumie. Na klatce musiałem wziąć szybki niuch. Żeby wywietrzyć tamten rodzinny kurz, żeby wyostrzyć spojrzenie otumanione widokiem tego człowieka. Mój gwiezdny pył, moje paliwo rakietowe. Ad astra!



4. Nowa


Gwiazdy muszą płonąć. Był taki film kiedyś. Propaganda czerwonego sukcesu. Od tego wspomnienia wszystko wokół mnie nabrało czerwonego odcienia. Przesunięcie ku czerwieni. Plan roczny wydobycia wykonałem w stu procentach, szefuniu. Czas na bal. Mimo że płonę. Gwiazdy muszą płonąć.


– Chcę rozwodu – rzuciła, bawiąc się nerwowo kolią.


– Ciekawe masz postanowienia noworoczne – odparłem od niechcenia, rozglądając się znudzonym wzrokiem po sali.


– Nie żartuję. Chcę rozwodu.


– Zgłupiałaś do reszty. O co ci chodzi? Co ci znowu nie pasuje?


– Nie unoś się. Porozmawiajmy o tym, jak dorośli.


– Co ty pierdolisz, jacy dorośli! Cały kurwa rok zapierdalam jak głupi, chwili spokoju nie mam! Chciałaś dom, dostałaś dom, dostałaś wakacje, kurwa, w tropikach, ciuchy i błyskotki i będziesz mi jeszcze tu o rozwodach pieprzyła?!


– Nie rób scen, ludzie się patrzą.


– Gówno mnie obchodzi, kto się patrzy! To o niego chodzi?! Widziałem, jak rozmawialiście. A ty oczywiście jak ta suka...


– Przepraszam, czy mógłby pan nie podnosić głosu, inni goście się skarżą.


Wstałem gwałtownie, przewracając krzesło. Mięczak we fraku kelnerskim pobladł i cofnął się o krok.


– Masz coś do mnie, kurwa?! – rzuciłem, mimo że ukłuło coś nagle i duszno się zrobiło.


– Wezwiemy policję...


– Wzywajcie, kurwa, wszystkim wam po równo wpierdolę!


Ostatecznie jednak wezwali karetkę.



0. Kolaps


O wielu aspektach mojego życia decydowali inni. O tym, jak się skończy, zdecydowałem sam.


– Mikrouszkodzenia w mięśniu sercowym. Zbliznowacenie.


– Ile jeszcze?


– Trudno powiedzieć. Jednak z pewnych rzeczy będzie pan musiał zrezygnować.


Wsiadam do samochodu i jadę, dopóki starczy paliwa. Pech chciał, że zapomniałem rano zatankować. Stoję na poboczu, spoglądam na miasto przyprószone brudnym śniegiem. Od niektórych rzeczy nie da się uciec. Jednak trzeba spróbować. Wchodzę w czerń lasu.


Dotykam dłonią chropowatej kory mijanych drzew. Wyjaśniają mi, gdzie dokładnie mam iść i co tam znajdę. Na przekór sztywniejącym mięśniom docieram w końcu do niewielkiej przesieki. Cisza. Tylko wiatr postukuje konarami.


Kładę się na śniegu i patrzę w niebo. Długo i namiętnie. Widzę je. Widzę je wszystkie. Widzę je wszystkie.



#############################################


Tekst II

Gwiazdy płoną, a w sercu lód.



Zdradzić zdrajcę - to nic zdrożnego.
To pobić go jego własną bronią.
Larysa Mitzner


Minęły już trzy dni. Powinien powiedzieć Kasi, nie ma sensu tego dłużej ukrywać. Za chwilę zresztą sama się zorientuje, nie jest głupia. Właściwie nie rozumiał dlaczego tak zwleka, co nim kieruje? Wstyd? Strach? Przed czym? Takie rzeczy przecież się zdarzają. No i to nie do końca była jego wina.


Miłosz obraca w palcach prostokątny kartonik wizytówki. W zamyśleniu wodzi opuszkiem bo krawędziach. To było jak zrządzenie losu, jakby przyciągnął ją myślami. Spotkanie przy cmentarzu, a później ta stłuczka. Po raz kolejny czyta imię kobiety, o której myślał zbyt często przez ostatnie tygodnie. Anna. Pamięta jej spojrzenie. Niczego poza nim nie zapamiętał tak intensywnie. Ani deszczu, ani momentu uderzenia w drugi samochód. Nawet rozmowa i spisywanie danych do ubezpieczenia, czy późniejsza awantura w pracy - wszystko pozostało jak film zapisany na taśmie o bardzo słabej jakości i nic do niego nie docierało równie mocno jak kolor jej oczu.


Czy o tym też powinien powiedzieć Kasi? Czuł się winny, chociaż nic nieprzyzwoitego nie miało miejsca. Tylko uścisk dłoni i spojrzenie w oczy. A może właśnie nie tylko. Bo on zapomniał w jednej chwili gdzie jest i mógł trwać tak przez wieczność, a przynajmniej tak wtedy czuł, pewny że ich drogi przecięły się nieprzypadkowo. I tak jak Kasia zazwyczaj była obecna na skraju jego myśli, w tamtym momencie nic dla niego nie znaczyła. Miłosz nie mógł stłumić poczucia, że w godzinie próby złamał zasady, przekroczył wyznaczone sobie granice. I nie napawało go to dumą, wręcz przeciwnie. Ignorował rozumem szybsze bicie serca i przyspieszenie oddechu, ale nie potrafił okłamywać sam siebie i udawać, że nic się nie wydarzyło.


- Co tak siedzisz? - To Kasia wpada do kuchni, i rzuca torbę na stół, omal nie rozlewając herbaty, stojącej przed Miłoszem. Kubek jest pełen, a napój zimny. - Do roboty nie idziesz?. - Miłosz?


- Zamyśliłem się - mruczy w odpowiedzi.


Zaciska dłoń, żeby narzeczona nie zauważyła wizytówki. Kątem oka kontroluje godzinę. Gdyby szedł do pracy, powinien już wychodzić. Wstaje niepewnie. Już chce zacząć rozmowę, ale nie znajduje odpowiednich słów. Kasia nie poświęca mu szczególnej uwagi, przygotowuje sobie herbatę, dopytuje go czy schował kanapki i relacjonuje wizytę u rodziców. Miłosz wychwytuje jedynie zaproszenie na imieninowy obiad w przyszły weekend.


Podchodzi do dziewczyny, obejmuje ją ciasno.


- Tak? - Kasia odwraca się i zagląda mu pytająco w oczy.


Chłopak milczy przez jakiś czas, patrząc w zieleń, jaką tyle razy porównywał do górskiej połoniny, w której gubił się ochoczo i nieprzytomnie. Nieco rozpaczliwie szuka teraz tych uczuć, ale narzeczona niecierpliwie potrząsa głową i lekko muska ustami jego wargi.


- Idź już bo się spóźnisz - napomina dziewczyna.


I Miłosz już nic nie odpowiada, zabiera z przedpokoju swoje rzeczy, ściskając w gniewie pięści zbiega po schodach. Jest zły na własną niemoc, na tchórzliwy brak odpowiednich słów. Na pamięć, uporczywie podpowiadającą mu zupełnie inną barwę tęczówek i inne spojrzenie.


Po wyjeździe z parkingu automatycznie skręca w kolejne ulice, na pamięć wybiera te, którymi dojeżdżał do firmy. Dopiero w połowie drogi zwalnia, w końcu zatrzymuje samochód na poboczu. Podkręca muzykę i z zamkniętymi oczyma odchyla się na siedzeniu. Gitarowe riffy niemal rozrywają mu uszy, ale o taki efekt mu chodziło. Zatrzymać na chwilę gonitwę myśli, odciąć od poczucia wstydu i winy, zapomnieć o oczach koloru górskiego stawu i tych zielonych jak połonina. Tylko on i płynąca swobodnie melodia.


Siedzi tak, dopóki nie czuje zimna, które zdążyło wedrzeć się do wnętrza i wpełznąć pod jego kurtkę. Miłosz przycisza odtwarzacz i rozciera zdrętwiałe dłonie, porusza palcami u stóp, żeby je trochę rozgrzać. Zerka za lekko uchyloną szybę. Żółte światło latarni ledwo rozprasza mgłę oblepiającą miasto. Reflektory rzadko przejeżdżających aut oferują kierowcom jedynie wycinek normalnego widoku tuż nad jezdnią. Mżawka nie odpuszcza i zdaje się wisieć we mgle, pokrywając wszystko lepką wilgocią. Miłosz uruchamia silnik i włącza wycieraczki. Wie już co powinien zrobić. Po minucie jedzie już drogą powrotną. Im bliżej mieszkania, tym mgła rzednie, by zniknąć niemal zupełnie w chwili gdy zatrzymuje samochód pod blokiem.


Mimo podjętej decyzji, chłopak powoli wchodzi po schodach, odwlekając moment konfrontacji. Nie jest pewien czy Kasia już śpi i czy powinien ją budzić. Ma nadzieję, że jeszcze się nie położyła, ale na wszelki wypadek jak najciszej otwiera zamki. Jeżeli ma przerwać jej sen to lepiej delikatnie, niż nagłym wtargnięciem Zrobi najpierw herbatę, żeby łatwiej im się rozmawiało.


W kuchni jest ciemno, ale spod drzwi sączy się nieco światła, więc Miłosz postanawia tam zajrzeć może Katarzyna czyta książkę. Ostrożnie naciska klamkę i uchyla drzwi. Na parapecie migoczą świece, zatapiając pokój w miłym półmroku. Wolna, nastrojowa muzyka wypełnia przestrzeń.


Nawet go nie zauważają.


Najpierw wzrok chłopaka skupia się na brązowych włosy Katarzyny. Spięte w kitkę podskakują rytmicznie, w takt jej przyspieszonego oddechu. Potem widzi dłonie zaciśnięte na jej pośladkach. Kierowany niezrozumiałym odruchem usiłuje dostrzec kilka pieprzyków rozrzuconych na plecach Kaśki, upewnić się, że są na miejscu, że nic mu się nie wydaje. Patrzy jeszcze przez chwilę, jak zahipnotyzowany, jakby nie do końca rozumiejąc dlaczego tu jest, zażenowany swoim niestosownym udziałem w intymnym akcie tych dwojga.


Już prawie cofa się do korytarza, kiedy dziewczyna sięga do spinającej fryzurę klamry i kasztanowe pasma opadają na jasne ramiona. Uwielbiał gdy robiła tak dla niego. Pieprzyki znikają przykryte falą włosów.


Wtedy daje o sobie znać gniew, uderza w piersi niczym pięść, wyrywając Miłosza z otępienia.


- Kaśka! - warczy ochryple, ale nie pochodzi bliżej, jakby próg sypialni wyznaczył niewidzialną granicę.


Teraz i do nich dociera, że nie są sami. Kasia z cichym okrzykiem przestrachu zsuwa się z bioder partnera, a ten przetacza się na bok i siada jak najszybciej, szukając spodni. Miłosz choćby chciał, nie jest wstanie wykonać żadnego ruchu, paraliżuje go złość, a żal dławi gardło. Paznokcie boleśnie wbijają mu się w skórę dłoni, przypominając, że to jawa, nie sen. Rozpoznaje faceta, który teraz nerwowo zapina guziki koszuli. To jeden z Krzyśków z baru. To on siedział wtedy zbyt blisko Kaśki. Banalność sceny przyprawia Miłosza o mdłości.


- Co ty tu robisz? - szepcze dziewczyna, dla której Miłosz kupił pierścionek zaręczynowy. To głupie pytanie, ale widać, że jest zdezorientowana. Skórę jej policzków barwi rumieniec, nie wiadomo do końca czy jeszcze podniecenia, czy już wstydu.


Miłosz nie odpowiada, nie potrafi wydobyć głosu. Kręci jedynie głową. Patrzy na rozgrzane seksem ciało narzeczonej, a pamięć podpowiada mu jej zapach,. Tyle razy przyprawiał go o zawrót głowy. Zamyka oczy. Na chwilę, żeby odgonić nieznośne wspomnienie. Wolno nabiera powietrza w płuca i równie powoli je wypuszcza. Jeszcze kilka oddechów i udaje mu się rozluźnić zaciśnięte szczęki. I spojrzeć.


- Wypierdalaj - cedzi przez zęby, patrząc prosto na rywala i robi krok w tył.


Przytomność wraca mu dopiero gdy Krzysiek leży na ziemi, zasłaniając twarz przed jego razami. Dociera do niego, że Kaśka szarpie go za ramię i krzyczy, a rywal jęczy z bólu. Matusz powstrzymuje kolejny cios, wysiłkiem woli rozluźnia napięte do bólu mięśnie. Pozbawionym delikatności ruchem strząsa z siebie dotyk dziewczyny.


Zostawia ich i przechodzi do kuchni. Myje ręce pod kranem, pozbywając się nikłych śladów krwi z kostek. Nalewa wody do szklanki i wypija duszkiem. Potem otwiera okno. Chłodne powietrze nie przynosi ulgi, choć z każdym oddechem zdaje się wypełniać go, zmieniając buzujący jeszcze gniew w lodowatą wściekłość. Obłoczki pary z jego ust uciekają na zewnątrz, niczym miniaturowe chmury, jakby chciały dołączyć do tych prawdziwych, które w jasnych maźnięciach zasnuwają niebo. Spomiędzy nich wyglądają gwiazdy, wyjątkowo dobrze widoczne, rozrzucone niczym pieprzyki na ramionach Kaśki.


Miłosz odwraca wzrok i gwałtownie odwraca się od okna. Wspierając dłonie o parapet czeka, nasłuchując odgłosów z przedpokoju. Tamci rozmawiają ściszonymi głosami, nie rozróżnia słów. Nie trwa to długo, po kilkunastu minutach, trzaskają drzwi wejściowe.


Znowu są sami, ale już nic nie jest tak jak przedtem.


- Ja też mam wypierdalać? - Kaśka stoi w wejściu, oparta o futrynę. Ma na sobie sweter Miłosza, sięgający jej niemal do kolan. Dekolt prowokująco odsłania białe ramię i zarys piersi, a dziewczyna unosi brodę w pozie pełnej urazy.


Chłopak wzrusza ramionami. Powoli prostuje plecy, odpycha się od parapetu i bez słowa, już na nią nie patrząc, wychodzi z kuchni, z zamiarem zamknięcia się w salonie. Odcięcia od Kaśki i jej pytań. Od odpowiedzi, których jej nie zdążył udzielić.


- Sweter zostaw - rzuca jeszcze zimno za siebie.




#############################################


Tekst III

Ta poetka


Ta poetka, którą widział, wyszła od kogoś nad ranem.


Dowiedział się tego zupełnym przypadkiem, od koleżanki, która miała kolegę, który był hostem tamtej poetki, hehe, rozumiesz, dzwonię do niego rano, a ten, że Jana właśnie od niego wychodzi! Nieźle! Krótka anegdota wykluczyła i tak nikłą możliwość pomyłki, bo poetka w istocie miała na imię Jana, przyjechała ze Słowacji i była bardzo piękna, tak piękna, że Adam na wczorajszej imprezie speszył się i do niej nie podszedł, bo lubił piękne kobiety, ale nigdy nie mógł pozbyć się wrażenia, że one nie bardzo lubią jego.


Koleżanka-plotkarka zostawiła go na środku ulicy i uciekła do swoich spraw, jak zwykle, bo Adam nikogo nie obchodził; a może nawet nie to, że nikogo nie obchodził, ale nikt się nim nie interesował, bo wychodził wcześnie z imprez, rzadko się upijał, pojawiał się to tu, to tam, więc wszyscy uznawali, że ma jakieś-tam-swoje życie i starali się nie narzucać. Adam nie miał wcale innego, sekretnego życia, ale starał się jakoś spinać to wszystko w całość. Teraz stał na środku ulicy i myślał o tym, że ta poetka, która widział, wyszła od kogoś na ranem, tak długo, aż przypomniał sobie, że musi iść do centrum festiwalowego, bo chętnych na jego miejsce wolontariusza było mnóstwo, a on musiał przygotować kolejne spotkanie.


Wszystko zaczęło się chyba od Anki? Tak naprawdę wszystko zaczęło się od starszego brata i jego tekstów w stylu „hehe, młody, patrz jaka sunia”, ale ostatecznie chyba od Anki. Anki, którą gdzieś-tam-poznał, z którą szybko się polubił na poziomie całkowicie platonicznym, z którą później poszedł na jakąś-tam-imprezę, gdzie ona poznała jakiegoś-tam-blondyna-z-Warszawy-który-do-kogoś-tam-przyjechał i nagle gdzieś zniknęła, a następnego dnia pochwaliła się Adamowi, że uprawiała zajebisty seks.


Zaczął wiedzieć. Wiedzieć, że tak się da, że to nie są tylko fikcyjne historie wyjęte z książek Pilcha. Oczywiście, miał jakieś tam doświadczenia, był w paru w miarę stałych związkach, ale zawsze mijał ten miesiąc czy dwa, docierali się, badali, w końcu się działo, ale wolał raczej gonić króliczka, niż łapać. Tymczasem casus Anki otworzył przed nim cały osobny świat, z którego istnienia tylko mgliście zdawał sobie sprawę. Zaczął obserwować. Widzieć, jak parki flirtują przy barach i kontuarach, jak hości zajmują się poetami i poetkami, jak na wyjazdowych festiwalach prysznice nagle stają się koedukacyjne; wcześniej jakoś mu to umykało. Zaczął zazdrościć.


Przypomniał mu się podziw, z jakim oglądał Casino Royal, zazdrość, gdy brat chwalił się kolejną. Zaczął słuchać plotek. Zrozumiał, że dwa lata wcześniej jego ówczesna miłość nie tylko „nocowała” kolegów z Warszawy. Przypomniało mu się, jak znacząco śmiała się dziewczyna, którą odprowadził pod dom i zostawił – ku jej zdumieniu – w progu. Wspomnienie brunetki z tamtej fundacji literackiej wracającej do hotelu ze zburzonym brutalnie makijażem sprawiało, że zalewała go fala wściekłości, zazdrości i nienawiści do samego siebie. Kompletny, nieświadomy niczego, niestrzelający frajer. Nagle, z dnia na dzień, poczuł się jak kompletne gówno.


Umiał przecież, wiedział, że umiał, że odrobina starań i się uda, trzeba było tylko się przełamać i po sprawie, proste jak pieprzenie, przypomniało mu się powiedzonko brata. Umówił się z blondynką, która mu się podobała, bardziej niż podobała, kawa, papierosy, kilka drinków, super, niestety, jutro miała egzamin, nie zraził się, parę dni później smsy, flirt, „zimno w mieszkaniu”, napisał, zgodnie z prawdą, odpowiedziała: „wpadnij, mam pomysł jak cię ogrzać ]:>” i wszystko wydawało się takie proste, a on, nie wiedzieć czemu, odpisał „może innym razem”, nie odezwała się więcej, poczuł się jak pół mężczyzny, jak skończona pizda.


W barach iskrzyło; raz za razem tu i ówdzie znikały pary, przynajmniej tak mu się wydawało, bo w istocie zjawisko nie było aż tak rozpowszechnione, ale za to jego autodestrukcyjna niechęć zwielokrotniła się do tego stopnia, że każda taka sytuacja o której usłyszał lub której był świadkiem wbijała mu w brzuch niekierowaną rakietę wściekłości; czuł się jak kostka lodu albo sopel, topniejący od gwiazdowych fluidów fajniejszych, bardziej przebojowych i mniej pruderyjnych ludzi dokoła siebie. Dowiedział się, że jego była dziewczyna pieprzyła się z przypadkowym facetem w jego samochodzie, a teraz – że ta poetka, którą widział, wyszła od kogoś nad ranem.


Usiłował wdrukować sobie w głowę dobrze znane w tym kraju matryce: puszczalstwo, kurestwo, upadek obyczajów, skandal, nieodpowiedzialność, głupie, zbereźne chuje, żadnych świętości, jestem od tego lepszy, ale im bardziej próbował, tym mniej w to wierzył, bo to nie była prawda.


Uwziął się. Domówka, koleżanka koleżanki z Wrocławia, drink, drink, drink, nagle: podłoga i miłość, był środek zimy, więc za spodniami natknął się na barierę rajstop, zaczął się szarpać i poczuł nagle, że nie jest podniecony, że jest najdalej na świecie od podniecenia, że jego podniecenie jest nieobecnością wszystkiego, był po prostu przerażony, śmiertelnie wystraszony jak zwierzę; odpuścił. Była bardzo miła, ale w jej głosie czuł wyobrażoną drwinę, wymieszaną z rozczarowaniem, pogardę dla śmiecia, który nie umie nawet zaliczyć.


Było coraz gorzej. Obsesyjnie interesował się życiem seksualnym wszystkich naokoło, aż nie umknęło to uwadze znajomych, ale nikogo to nie obchodziło, tak jak Adam nikogo nie obchodził i dlatego bez problemów dowiadywał się, że ta poetka, którą widział, wyszła od kogoś nad ranem. W końcu z kimś porozmawiał – z Anką, bo z kim innym – pocieszała go bardzo, to nie jest tak, mówiła, ludzie są różni, to nic złego, że potrzebujesz trochę czasu, powtarzała, a on patrzył jej w oczy i myślał, że nigdy by się z nim pewnie nie przespała. Chciało mu się płakać, nie, chciało mu się wyciągnąć z drugiej szuflady nóż do tapet i obcinać sobie po kolei palce, żeby zrobić sobie krzywdę, śmieciowi, szmacie, ćwierćfacetowi, chodzącej cipie, nosił to w sobie od roku, coraz mocniej, coraz bardziej i nawet fakt, że znalazł sobie dziewczynę, taką na stałe, nic nie zmieniał, bo co to za sztuka, ruchać swoją dziewczynę.


Ale musiał przygotować spotkanie, nie miał czasu myśleć o tym wszystkim. Udało się, wszyscy zadowoleni, organizatorzy, gość i prowadzący, potem: wiadomo, impreza, paru kolegów, parę koleżanek, brunetka w wyciętej sukience z dekoltem w karo, parę drinków, rozmowa; zanim zdążył się zorientować, gdzieś zniknęła. Nie zwrócił na to uwagi. Stanął pod ścianą, odpalił papierosa i obserwował dyskretnie zgromadzonych, ciesząc się nawet z chwili odpoczynku od obowiązków towarzyskich, aż zobaczył i wszystko, wszystko w nim runęło, bo brunetka w karo właśnie lizała się z jego całkiem niezłym znajomym, kolegą ze studiów, nie zauważył nawet, kiedy w ręce miał zaciśnięty pęk kluczy, podszedł, szarpnął, uderzył go z całej siły w twarz, prosto w nos, tak, żeby zrobić krzywdę, był pijany i nie umiał, nie trafił, długo to nie potrwało, rozdzielono ich.


Na szczęście kręgi były cywilizowane i nic więcej się nie stało, dali mu tylko raz po twarzy na otrzeźwienie, ktoś go pytał, czy wszystko w porządku, tamten – zszokowany – uciekł do łazienki się umyć, przeprosił go, wydusił, że nie chciał nic złego zrobić, po dziesięciu minutach impreza trwała dalej, Adam stał w kącie, a jakaś dziewczyna pokazywała go drugiej palcem i się śmiały, wyszedł z knajpy, poszedł dwie przecznice dalej, usiadł na pierwszym lepszym schodku, odpalił kolejnego papierosa i popłakał się, jak ostatnia cipa, pomyślał.


I nawet wtedy nadal miał nadzieję, że może tak, może w ten sposób, teraz jakaś sarna zainteresuje się nim, zaprosi, zapyta, co się stało, ale ulica była zupełnie pusta, nieliczni przechodnie ignorowali go. Płakał jeszcze długo, aż zrobiło się zimno. Wstał i ruszył w stronę domu, pełny nienawiści, ognistej, buzującej, rozpływającej się po najgłębszych zakamarkach układu nerwowego nienawiści do siebie. Bał się, co zrobi, gdy stanie przed lustrem.




#############################################


Oceniamy!




Wróć do „Faza Pucharowa”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości