Fantastyczny elektroluks pana Balbisza (1)

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 368
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Fantastyczny elektroluks pana Balbisza (1)

Postautor: maciekzolnowski » śr 30 maja 2018, 10:25

PAN BALBISZ I JEGO WARSZTAT

Warsztat starego Hieronima Balbisza mieścił się na rogu ulic Kolejowej i Słonecznej. Niezła miejscówka, mówię wam; jak na wieś – cholernie reprezentacyjna. Gdybyście w owych magicznych latach osiemdziesiątych byli członkami niewielkiej, liczącej niespełna dwa tysiące mieszkańców, osady Racławice, położonej na południu Opolszczyzny, pozazdrościlibyście Balbiszowi jego interesu, a nade wszystko lokalizacji, słowo daję. Cóż, warsztat też był niczego sobie – przestronny, oświetlony, schludny, porządnie zorganizowany, bogato urządzony i wyjątkowo dobrze wyposażony, stanowił widzialny dowód na to, iż ktoś o niego dba. I w rzeczy samej, Balbisz był rzetelnym profesjonalistą i mógł się pochwalić wiele wówczas znaczącym dyplomem przedwojennego gimnazjum. Posiadał również tytuł zawodowy elektrotechnika i wszyscy wołali na niego „inżynier”. Zasadniczo nie był więc głupi. Ale miał też jedną znaczącą wadę – opinię dziwaka i samotnika.

Pamiętam, jak dzieciaki z sąsiedztwa uganiały się za nim, sypiąc obraźliwymi wyzwiskami na lewo i na prawo i układając naprędce rymowanki, w stylu: „Balbisz, Balbisz, chcesz cukierka, chcesz cukierka? Idź do Gierka. Gierek ma. To ci da. Kopa w dupę. I pa, pa”. W ich oczach wiecznych niewiniątek staruszek był nie tylko dziwakiem, ale i kompletnym indolentem, niegroźnym niemym, a właściwie… to głuchoniemym. Słyszący czy nie, przezywany nie robił nikomu krzywdy, a na zaczepki nieokrzesanych wyrostków reagował zawsze tym jednakowo pobłażliwym uśmiechem. W końcu on – Balbisz kiedyś również był młody i głupi i robił te wszystkie dziwne rzeczy, z których prędzej czy później – a z reguły po siedemnastym roku życia – się wyrasta. Najgorsze było jednak to, że opinia o jego dziwactwie nie płynęła li tylko ze strony małych brzdąców, bo też i z ust dorosłych: osób poważnych i szanowanych. Nie zawsze tak jednak było. I żyli tutaj w Racławicach tacy, co pamiętali go zupełnie innym.

Mój Boże! Wszystko zmieniło się w ciągu jednej… tak, nie przesłyszeliście się… w ciągu jednej zaledwie nocy listopadowej tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego. Wybuchło powstanie, najprawdziwsza Rewolucja Październikowa… i z miłego, otwartego faceta, stał się Balbisz kompletnym świrusem, milczkiem i odludkiem. Zakochał się czy jak, zapytywano. I co takiego się stało, że totalnie osiwiał? No co? Tego nie wiedział nikt. Ale spokojnie – w naszej zabitej dechami wsi, jak to we wsi, zawsze znajdą się tacy, co wiedzą mniej, i tacy, co wiedzą więcej od pozostałych. I właśnie ci ostatni nadawali ton toczącemu się powszechnie dyskursowi:

– Podobno naszego Nimka nawiedziły kosmity – piał ślepy organista Rawski do kuma (ten sam, któremu sztuczna szczęka wyleciała z gęby ostatnio w trakcie godzinek i przeleciała ze świstem z chóru na sam dół, by tam na koniec wczepić się pobożnej Bożence we włosy ku uciesze zgromadzonej gawiedzi oraz samego wielebnego Zająca).

– Powiem ci coś, co wiem na pewno. Te małe, zielony sukinsyny wylądowały w ogródku. Rozumiesz, Rawski? W jego własnym, prywatnym, osobistym, spółdzielczym ogródku. – Powolutku rozkręcał się zachęcony do plotkowania kum kuternoga.

– Bidny ten nasz Hirek, naprawdę bidny! Już se wyobrażam, co one mu tam na tym statku, pojeździe znaczy… zrobiły.

– Nu, zrobiły. Nie trza było nocą się szwendać, tylko se zostać w chałupie… „Pankracego” se włączyć i siedzieć na dupie – zarapował jeszcze przed wynalezieniem rapu…

– Ale on je za bardzo ciekawski świata – i to mówiąc, Rawski nabrał powietrza tak głęboko, iż oczekiwało się, że za chwilę zwymiotuje żyrafę albo swą nową narzeczoną, albo swą nową sztuczną szczękę, albo swą starą nową teściową. A jednak! Nie rzygnął, ów człek niestrudzony i niezłomny plotkarz, przemawiał więc dalej i dalej. – I chciał się może od nich czego naumieć. Korzyści mogły być więc obopólne niczym seks, internacjonalne niczym socjalizm i ulotne niczym terrorysta-samobójca… takie wow, szał fruwających ciał. Już widzę, jak się on po tym statku wałęsa, jak skacze przez płotki, diodki i inne pierdółki, jak powoluśku i tak z ubecka wszystko tam lustruje, i… – Tu nie zdążył dokończyć, bo mu się kulawy bezceremonialnie wpierdzielił.

– I jak wszystkiego dotyka. Nu! – Rozkręcił się kum na Marsa… Na maksa!!!

Wylądowały czy nie wylądowały, zabrały czy też nie zabrały, prawdą jest natomiast to, że po owej feralnej nocy Balbisz nie był już tym samym człowiekiem. Być może został porwany przez UFO i poddany serii drastycznych, odmóżdżających eksperymentów, zmieniających na zawsze jego psychikę. Albo – co bardziej prawdopodobne – został zastąpiony jakimś udającym Balbisza podmieńcem, jakimś sprytnym i bezczelnym surogatem tamtego miłego i niepozornego człowieka. Kurczę, nie chcę zostać posądzonym o daleko idący pesymizm, ale tego, jak było naprawdę nie dowiemy się już nigdy.

W każdym razie inżynier popadał w czym raz to większe i widoczniejsze zdziwaczenie, stawał się również coraz bardziej smutny i przygnębiony. (Moja matka – osoba pragmatyczna i życiowa – powiedziałaby, że to normalka, że facet bez baby gnuśnieje. I dodałaby, że: „kobiety idą w pieski i kotki, a mężczyźni w totka i alkohol”. Święta racja! Ale akurat nie w przypadku Balbisza, który co prawda nie miał partnerki i mieć nie chciał, a mimo to umierał z tęsknoty i osamotnienia). Za czym tak tęsknił? Za miłością swojego życia? Otóż nie! To znaczy: nie do końca… Bo widzicie: miłością inżyniera była tak naprawdę jego pasja do konstruowania robotów i urządzeń myślących. Pasja jak pasja – nie jest groźna dopóki nie staje się czymś w rodzaju obsesji. Na pewno domniemane spotkanie z obcą i bardziej zaawansowaną technologicznie cywilizacją było czy mogło być dla domorosłego robotyka wielce pouczające, pobudzające i wyzwalające (przy założeniu, że był on nadal człowiekiem).

Tak czy owak, któregoś pięknego poranka po prostu zatrzasnął drzwi swej samotni, zaprzestał spotykać się z ludźmi, uchylił się raz na zawsze od wykonywania jakichkolwiek prac zleconych, likwidując swój mały biznesik. I w końcu, w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym, na Matki Boskiej Zielnej – pamiętam doskonale, gdyż to moje ulubione święto – ktoś znalazł ciało Balbisza w pracowni w jego domu w stanie, o jakim wolelibyście nie wiedzieć (zwłaszcza, jeśli akurat coś konsumujecie).

Nie miał krewnych, przyjaciół ani znajomych, a przynajmniej, cóż, nie za życia. Jakież więc było moje zdziwienie i oburzenie zarazem na widok tej całej swołoczy, która tłumnie nadciągnęła niczym sępy nad pole bitwy, by ograbić biednego zmarłego z co cenniejszych jego dóbr doczesnych. I kurdebele, przykro mi to mówić, ale mój ojczulek wraz ze mną również się tam pofatygował. A ówcześni, pożal się Boże, stróże prawa jakoś nie kwapili się z zabezpieczeniem opustoszałego domostwa. I też niedługo potem – w miesiąc, może dwa – krążące po okolicy legendy o wielkim konstruktorze i demiurgu umarły śmiercią naturalną. Tak po prostu – z braku laku, jak to się mówi. Zaś to, co jeszcze pozostało ze schedy „niczyjej” zlicytowano. Ot, i wszystko!



BYŁEM TAM

Byłem tam tylko raz w ową leniwą, wolną od nauki sobotę. I nigdy nie zapomnę tego zapachu wilgoci, bijącego z sieni i z wszystkich zakamarków tajemniczego warsztatu, w którym elektroniczne potwory rodziły się i umierały niczym w osławionej, pradawnej cienkiej zupce. I tego, jak w jednym z mroczniejszych pomieszczeń odkryłem znienacka dla siebie potężną maszynę, która zdawała się mnie obserwować. Podszedłem bliżej, korzystając z chwili nieuwagi mego ojca, który był pochłonięty rozmową z panią Paluszkową – wdową tak urodziwą, że nic, tylko palce lizać. (No cóż, nie dziwota; jakie nazwisko – taka wdowa). I nagle, gdy zbliżyłem dłoń do bezlitosnych ostrzy sieczkarki, bo o niej tu mowa, ujrzałem kropelki zaschłej krwi lub czegoś równie obrzydliwego, którymi zbrukane były drewniane części tej straszliwej maszynerii. Cofnąłem się odruchowo i spuściłem wzrok. Chciałem w ten, przyznaję, wyjątkowo osobliwy sposób przykuć uwagę dorosłych do zaistniałej sytuacji. A gdy go znów uniosłem i kuknąłem na maszynę, ciemnoczerwone plamki natychmiast znikły. Po prostu się rozpłynęły! Dajecie wiarę? Uznałem więc to za przywidzenie. Wróciłem do domu i, jak to dzieciak, szybko o wszystkim zapomniałem.

Przez miesiąc nic się nie działo i byłem zajęty swoimi sprawami: podglądaniem życia mrówek niczym nastoletni Gucwińscy, obserwowaniem hipnotyzujących mnie od zawsze strużek wody, spływającej z niedokręconego u babci Jadzi kranu… niczym akwarysta, niczym kapitan Cousteau za młodu (no dobrze: może trochę przesadzam z tym Cousteau). Ale w rocznicę śmierci nieboszczyka, dokładnie miesięcznicę, wszystko się zmieniło i przypomniałem sobie nagle o sieczkarce oraz całej niefajnej sytuacji z nią związanej. A było to tak, posłuchajcie…



SIECZKARKA

Miałem kolegę, który był ode mnie starszy i mieszkał przy tej samej co ja ulicy Ogrodowej ze swym młodszym rodzeństwem: Basią i Tomkiem. (Imiona są dla nas wielce nieistotne. Potraktujmy je zatem jako barokowy ornament i następnie szybciutko o nich zapomnijmy). Adam – bo o nim mowa – był ode mnie większy i silniejszy i bardzo mi imponował. Wychowywała go ulica, przynajmniej – do pewnego stopnia. Pochodził z domu, w którym każdy dba sam o siebie: rodzice byli więc zajęci swoimi sprawami, a dzieci swoimi. (Czy już czujecie ten zew romantycznej wolności, żeby nie powiedzieć, dziecięcej anarchii? Doszło do tego, że nawet teraz, po wielu, wielu latach, gdy piszę te słowa, odczuwam zazdrość. Ja takiej swobody nigdy nie zaznałem. Prowadzono mnie na krótkiej smyczy i miałem mnóstwo obowiązków, związanych z nauką w szkole gminnej). Ojciec rodziny musiał non stop, siedem razy w tygodni jeździć mopikiem do bazy – ówczesnego pegeeru. Matka całymi dniami szlugała i piła nałogowo, niekiedy nawet kawę. I skoro świat… Z samego rana… No już dobrze! Nie wcześniej jak przed jedenastą, zabierała się za porządki, gdyż bajzel w domu był nieprzeciętny. Zabierała się także i przez całe długie popołudnia – rzadko na tyle skutecznie, by w ogóle móc choćby tylko pomarzyć o dotknięciu mopa albo zmiotki… Tomeczek – najmłodszy z rodzeństwa – był niekiedy tak straszliwie głodny, gdy wracał z lekcji, że brał pomyje za zupę. Oczywiście robił to omyłkowo, ale najgorsze, że mu one bardzo, ale to bardzo smakowały – bardziej od codziennej, domowej strawy. Było tam zawsze wesoło, a człowiek brechtał się dosłownie z byle czego, rechocząc przy tym niczym żaba Monika z „Teleferii”.

Pamiętam, jak raz moja babcia przyszła pożyczyć odrobinkę cukru. Zapukała do drzwi. I oto, co usłyszała:

– E ty! Zara jak ci puknę! Aaa, to pani, pani Goździkowa. – Zmieszała się matka rodzeństwa. – O, ja przepraszam. Myślałam, że to te małe bąki se zabawę urządzają, bo cały czas tu przyłażą i pukają.

– A, nic się nie stało, pani Bochenkowa, nic się nie stało…

Taki to był właśnie wesoły domek, w którym dzieci pilnowały się lub nie pilnowały, wychowywały albo i nie wychowywały same.

Nie zdziwiło mnie więc, jak razu pewnego dowiedziałem się, że Adasiowi sieczkarka obcięła jeden z palców u ręki. Nie było mnie przy tym, a mimo wszystko wiedziałem, że w tym burdelu wszystko zdarzyć się może i że prędzej czy później dojdzie do jakiego nieszczęścia. Podobno było strasznie zabawnie, kiedy ów członek na powrót mu przyszywali. Wszyscy żartowali i w ogóle. I pielęgniarki, lekarz, a nawet sam zainteresowany śmiali się do rozpuku. (Mój Boże! Ileż było takich owianych aurą tajemnicy, sensacyjnych wydarzeń w moim nastoletnim życiu, które z czasem urastały do rangi legendy, przekazywane z ust do ust przez osoby postronne i zwykłych, pospolitych plotkarzy. Większość z nich nie zasługuje, jak sądzę, na waszą uwagę, ale świat dziecka rządzi się własnymi prawami, nieprawdaż? I potrafi niekiedy wyolbrzymić błahostki). Adaś nie był wcale małym chłopcem, wprost przeciwnie – w mych oczach, mając za sobą całe trzynaście lat życia, jawił się prawie jako osoba dorosła. Potrafił być uważny, przewidujący i ostrożny.

Owego feralnego dnia ojciec podawał mu porcję trawska, a on ostrożnie przemycał ten towar do sieczkarki. Miała to być zdaje się pasza dla królików: jakiś rozdrobniony mlecz albo mlecz z dodatkiem buraków cukrowych czy coś takiego. No bo, widzicie, te małe kłapouche smyki wprost uwielbiają to polne zielsko. Maszyna wibrowała delikatnie i równomiernie. I wystarczyło tylko zgrać się z nią. I tak bez czkawek, drgawek czy skoków pracowała ta dwuosobowa Spółdzielnia Rolnicza. Lecz coś musiało pójść nie tak, coś złego musiało się stać z samymi nożami, bo oto nagle… aż podskoczyły i dosłownie rzuciły się na Adasiowe dłonie – z kłami, szponami i w ogóle. A ten miast odskoczyć na bok, jął przysuwać się do sieczkarki czym raz to bliżej i bliżej. Podobno ujrzał gigantycznego królika ze stali z zębami zamiast ostrzy i z tymi rozkosznymi oczkami. Chciał go jedynie pogłaskać, musnąć delikatnie po mordce, nakarmić marcheweczką, mleczem i… paluszkami, ale nie tymi u rąk. No i trach! Nim się zorientował, co się święci już było po ptakach.

Winien wam jestem małe wyjaśnienie, bo o kilku sprawach wtenczas nie wiedziałem, a teraz wiem. Po pierwsze, że pośród sępów, krążących nad schedą po zmarłym znaleźli się ci moi sąsiedzi: Adaś, Basia, Tomuś i ich rodzice. Po drugie, nie przypuszczałem, że sieczkarka, która wyrządziła trzynastolatkowi krzywdę została „wypożyczona” („wypożyczona”, dobre sobie) od Balbisza. I po trzecie, jeszcze wtedy nie załapałem rocznicowej zbieżności – tego, że data śmierci inżyniera pokryła się co do dnia z datą niegroźnego w sumie wypadku. Oba te wydarzenia dzielił interwał miesiąca. I co z tego, skoro zacząłem coś podejrzewać dopiero po roku. Aby to wyjaśnić, musimy przenieść się do racławickiej szkoły.



AUTOMAT DO LODÓW

Racławicką podstawówkę zapamiętałem głównie za sprawą trzech wielkich charyzmatyków: kolegi Janika ze szkolnej ławy, który zasłynął tym, że uprawiał strzelectwo, a trenował ów piękny sport na kurach swoich sąsiadów; psora od „muzy”, którego zapamiętałem przez to, że mu uczniowie razu pewnego wysmarowali smyczek sałatką i biedny nie mógł grać potem na skrzypkach; pani od geografii, od której podczas przerwy można było czasami zdrowo oberwać po dupie drewnianym wskaźnikiem (za karę za bieganie po korytarzu), i która zwracała się do każdego z należytym szacunkiem, mianowicie: „ty ośle dardanelski”.

W naszej budzie działały aż trzy nieformalne stronnictwa, podzielone z uwagi na posiadane przez swych członków smaki czy też preferencje kulinarne. Byli to: ciastkarze, kwasiarze oraz hot dogowcy. Ja na przykład należałem do ciastkarzy, gdyż od zawsze uwielbiałem ciastka w czekoladzie. Podobała mi się zwłaszcza ta niesamowicie wzorzysta kompozycja z polewy czekoladowej. Ale byli wśród nas sekretni – a dlaczego sekretni, to za chwilkę wyjaśnię – zjadacze ogórków kwaszonych oraz zupełnie jawni pożeracze hot dogów z musztardą stołową. (Nie żeby nie smakowały mi także i inne, prócz ciastek, erzace; o, nie). I tak u prywaciarza, po drugiej stronie ulicy, kupowano hot dogi, a kupowano je akurat wtedy właśnie, kiedy, jak na złość, stwierdzałem u siebie całkowity brak funduszy, szperając po pustych kieszeniach moich podartych portek. Z ogórkami było zupełnie inaczej. No ba! Te mogły być za friko. Musiała nas tylko wyhaczyć szkolna kucharka, a następnie posłać po te „kwachy” do sklepu. Potem człowiek je z „umiarem” i skrycie podjadał i od razu też miał wymówkę, jak się spóźnił na lekcję:

– Pse paniiii?!

– No?

– Ja musiałem pójść do pana prywaciarza po ogólki.

Cóż, byli wśród nas tacy, co wciąż nie potrafili wymawiać tego cholernego „er”.

– I musiałem psynieść je do kuchni, a to jest stlasznie, stlasznie daleko. Wie pani?

Widziała. A my, uczniowie, społem wiedzieliśmy, co było z tego wszystkiego najpyszniejsze. I nie chodzi wcale o jakieś tam ogórki, ciastka czy parówki. I teraz będzie właśnie o tym oraz o pewnym ekstremalnym doświadczeniu…

Do miejscowej szkoły gminnej – nazywanej też niekiedy zbiorczą – uczęszczały dzieciaki z okolicznych pipidówek. Nic więc dziwnego, że przybywali do nas tłumnie różni kuglarze, sprzedawcy waty cukrowej, fajerwerków, hot dogów oraz lodziarze. W sumie gdzie niby indziej mieli przyjeżdżać, jak nie do nas właśnie. Ci ostatni bawili raz na tydzień na placu przed szkołą i kręcili lody oraz, ma się rozumieć, kaskę głównie podczas trwania długiej, dwudziestominutowej pauzy. Sprzedawali nam lody na patyku, lody włoskie (z automatu), lody gałkowe oraz przepyszne „Śnieżynki”, przy czym te ostatnie były the best. Szczególnie zapamiętałem jednego z nich – starego, łysego, bodaj miejscowego czterdziestolatka. (I tutaj małe wyjaśnienie odnośnie przymiotnika: „stary”, „starego”. Otóż dla mnie wszyscy powyżej trzydziestego piątego roku życia zdawali się być wprost niebywale, ale to niebywale starzy). Nazywaliśmy go Kapitan Hak, gdyż nie miał jednej ręki, a zamiast niej używał protezy.

Owego szczególnego dnia brylował podczas długiej przerwy, wykonując znane tylko sobie wywijasy, wygibasy, czyli układ akrobatyczno-taneczny jednorękiego lodziarza. (Tak, wiem, jak to zabrzmiało, ale, cóż, nie stać mnie w tej chwili na inne, bardziej wyszukane określenie). Co ciekawe jego nastoletni fani tłoczyli się już od pierwszej minuty przerwy. I aż chciałoby się zapytać: jak zdołali tutaj przybyć tak szybko i to zaraz po dzwonku? Tym razem Kapitan wyposażony był w ultranowoczesną protezę, którą specjalnie zamówił u Balbisza, gdy ten żył jeszcze. Pozwalała mu ona na serwowanie lodów z automatu bezpośrednio z ręki, to znaczy ze sztucznej ręki, która zakończona była odpowiednim wypustem. W ten oryginalny sposób otrzymał swój deser gruby ministrant Wrona, wspomniany wcześniej trzynastolatek Adaś, sportsmen Janik (ten od kur) i jeszcze paru innych. Zastanawiałem się, na ile w sumie starczy porcji z zapasu, ukrytego gdzieś w ręce lub rękawie. I co „mistrzu” wtedy zrobi, gdy trzeba będzie ów show niespodzianie przerwać. Okazało się, że w piątej minucie szkolnej pauzy nastąpił spektakularny przełom i Hak odsłonił nam swój ogromny, nagi brzuch.

Był to rodzaj potężnej komory, żeby nie powiedzieć bębna, służącej do wyrabiania czy też kręcenia lodów. Ha, nigdy nie zapomnę tego widoku ludzkich trzewi, od których mnie aż normalnie zemdliło. A skóra na lodziarzu była napięta tak bardzo, iż stawała się w paru miejscach przeźroczysta i cieniutka niczym bibuła. Okazało się, że nie tylko mnie jednego zmuliło. Ja przynajmniej miałem na tyle szczęścia, że niczego nie konsumowałem, w przeciwieństwie do bardziej pechowego Jamnika… Janika i całej jego bandy głodomorów, pasibrzuchów, lodożerców.

Pierwszy na widok bańki-bibuły rzygnął gruby Wrona, zapaskudzając sobie swój własny fartuszek uczniowski. Na szczęście nie cały, gdyż ostała się reprezentacyjna część z tarczą szkolną jeszcze niezasyfioną. Nie potrafiłem pojąć, dlaczego w pauzach między kolejnymi atakami wymiotów Wrona wtranżalał nieprzerwanie swojego lodzika? Czyż nie mógł powstrzymać się choćby na sekundę? Spokojnie zakończyć etap drugi (wydalania) i powrócić do pierwszego (przyswajania)? Ktoś mógłby zarymować, wyciągając fałszywy wniosek, że przecież wcale nie jest aż tak źle, skoro się wciąż żre; niestety niektóre ludzkie zachowania bywają zaraźliwe. I właśnie w tym momencie starszy kombatant… przepraszam… “repetant” Kura vel Kaczula – to nazwisko jest w tym kontekście ważne – puścił pawia w kierunku Janika, trafiając go tym, co najgorsze w samą tarczę. A to pech! I wszystkim się zdawało, że był to jakiś rodzaj zemsty zza grobu kurzych zastępów anielskich. Potem pawiowali już bodaj wszyscy – i to jednym chórem niczym małe, gorejące serafinki. O! Dżizus!

Tymczasem ciało sprzedawcy lodów, czego nikt prócz mnie nie dostrzegł, ulegało daleko idącym i chyba nieodwracalnym metamorfozom. Fuj! To był ohydny obrazek, który jednak postaram się wam opisać (i niech mnie piorun trzaśnie, jeśli nie ze wszystkimi pikantnymi detalami). Zacznę od głowy. Cóż, jego czacha, jego wielgachna łepetyna… Jego usta, w które stale pakował surowe jaja, truskawki oraz mleko w proszku – stały się otworem gębowym połączonym z bakiem, a właściwie… to bębnem; jego ręka – ta zdrowa – zmieniła się w rodzaj roboto-podajnika. I nawet stopy sugar mana uległy przeobrażeniom i dostały kółek wraz z hamulcami. A drżał cybercukiernik straszliwie i potężnie, obsypując się niezdarnie latte w proszku i zwilżając swój nagi, odsłonięty tors białkiem, skapującym z niedomkniętych ust i ściekającym po całej, calusieńkiej brodzie. I chyba coś musiało pójść nie tak, bo temperatura w komorze bębna-bebecha spadła krytycznie poniżej dozwolonej minimalnej maksymalnej. I biedak zamarzł (na amen – jakby to powiedział wielebny Zając).

Niektórzy mówili potem – żeby nie wspomnieć o Rawskim i tym drugim gadule – że racławicki ice-man stał się sam jednym, wielkim, chodzącym, apetycznym, śmietankowym, kremowym, truskawkowym i jakże wonnym ice-creamem.

Nareszcie zauważyłem magiczną zbieżność dat – to, że Balbisz zmarł dokładnie rok temu. Wtedy po raz pierwszy zacząłem zastanawiać się nad fatum, krążącym nad głowami racławiczan.

Added in 5 minutes 18 seconds:
Okej. Tym razem będziecie mieli używanie, gdyż mój nowy opek jest prosty, a czasem prostacki. I jest póki co mocno niedopracowany. Na dodatek przesadziłem stanowczo z różnymi dygresyjnymi opisami. No ale, tak czy owak, zachęcam do lektury i komentowania. Dzięki z góry za ewentualne sugestie i poświęcony mi czas. :) MZ



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 368
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Fantastyczny elektroluks pana Balbisza (1)

Postautor: maciekzolnowski » wt 12 cze 2018, 19:19

Część druga znajduje się pod takim oto tytułem: "Krwiożerczy odkurzacz atakuje".



Awatar użytkownika
MargotNoir
Dusza pisarza
Posty: 429
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Fantastyczny elektroluks pana Balbisza (1)

Postautor: MargotNoir » ndz 24 cze 2018, 17:27

Nie wiem, czy uznasz to za komplement, czy nie, mogę jednak powiedzieć, że cały tekst wygląda, jakby horror w stylu Kinga ktoś połączył z Jakubem Wędrowyczem.

Wydawało mi się zawsze, że połączenie horroru, komedii, przaśnego humoru i klimatu peerelowskiej wsi to dla mnie idealna mieszanka, ale tutaj jakoś nic mnie nie rozbawiło ani nie wywołało nostalgii. Wszystko trochę wymuszone, na pewno niezłe jako dość dopracowany kawałek solidnej, rzemieślniczej roboty, ale miałam wrażenie, że brakuje lekkości i oryginalności. Przepraszam za taki wpis, ale zaczęłam czytać z dużym entuzjazmem i jakoś mi tak teraz smutno.

Żeby nie było, że tylko marudzę i nie pomagam dodam jeszcze dwa spostrzeżenia:

"Ale miał też jedną znaczącą wadę – opinię dziwaka i samotnika." Posiadanie opinii dziwaka nie jest wadą, może być problemem. Wadą może być bycie dziwakiem.

"I tego, jak w jednym z mroczniejszych pomieszczeń odkryłem znienacka dla siebie potężną maszynę, która zdawała się mnie obserwować. " Co to znaczy "znienacka dla siebie"? Może "niespodziewanie dla siebie"?



Awatar użytkownika
Navajero
Pisarz
Pisarz
Posty: 4940
Rejestracja: czw 20 gru 2007, 17:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Fantastyczny elektroluks pana Balbisza (1)

Postautor: Navajero » ndz 24 cze 2018, 18:42

Dobrze, że Andrzeja tu nie ma. Bo on takie problemy rozwiazuje radykalnie: warstwa komunistów, warstwa wapna, warstwa krytyków i znowu wapno :P


Panie, ten kto chce zarabiać na chleb pisząc książki, musi być pewny siebie jak książę, przebiegły jak dworzanin i odważny jak włamywacz."
dr Samuel Johnson

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 368
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Fantastyczny elektroluks pana Balbisza (1)

Postautor: maciekzolnowski » wt 24 lip 2018, 22:08

I gdzie ja byłem (pewnie na borówkach), kiedy umieszczaliście te wpisy? Znowu mnie coś ominęło... :)

A tak na poważnie... Dzięki za opnie. Przykro, że niektórych z Was rozczarowałem. Nie wiem, czy przypadkiem nie mam gdzieś lepszej, nieco bardziej dopracowanej wersji tego teksu. Sprawdzę.

Czy ja mam swój styl? I czy jest to styl... czy też może jakiś manieryzm dygresyjny, który nazwiemy zwyczajnie i po bożemu grafomaństwem (albo style grafomańskim / stylem grafomana)?

Added in 3 minutes 10 seconds:
Pan Andrzej to jest zdaje się ta bardziej prawa prawica... (żeby nie powiedzieć ultra). Czy tak? Wszyscy jesteśmy jakoś tam uwikłani... naznaczeni przez naszą przeszłość. Z tym że ja mam po prostu sentyment do lat 80-tych i swojego dzieciństwa.



Awatar użytkownika
Made
Szkolny pisarzyna
Posty: 42
Rejestracja: pn 06 sie 2018, 08:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Fantastyczny elektroluks pana Balbisza (1)

Postautor: Made » wt 07 sie 2018, 15:07

Ależ miałam szczęście - trafiłam jednego dnia na dwa opowiadanie absurdalne i to jedno po drugim. Niestety ten tekst przeczytany po poprzedniku („Trzy dziurki” autorstwa Mra Żubra http://weryfikatorium.pl/forum/viewtopic.php?f=93&t=20659) bardzo rozczarowuje. Również niestety nie tylko dlatego że tamto opowiadanie jest świetne - również dlatego że to jest zwyczajnie słabe.

Silisz się na dowcip i robisz wszystko, żeby było śmiesznie. Fabuła jest dziwaczna; jest sobie jakiś pan Balbisz, który konstruuje maszyny, po co, dlaczego? Ciężko określić. Opisy są dość toporne, a postaci nie charakteryzują się niczym szczególnym i trudno je polubić. Nie mam pojęcia, o co chodzi z tą zamianą lodziarza w maszynę… To jest tak dziwne, że nie ogarniam. I nie sądzę, że gatunek usprawiedliwia niezrozumiałą formę, bo, kurczę, nawet absurd da się napisać tak, żeby było wiadomo, osocho…

maciekzolnowski pisze:Source of the post Pierwszy na widok bańki-bibuły rzygnął gruby Wrona, zapaskudzając sobie swój własny fartuszek uczniowski. (...) Nie potrafiłem pojąć, dlaczego w pauzach między kolejnymi atakami wymiotów Wrona wtranżalał nieprzerwanie swojego lodzika? (...) Potem pawiowali już bodaj wszyscy – i to jednym chórem niczym małe, gorejące serafinki. O! Dżizus!

O! Dżizus! - to jest akurat trafne podsumowanie. Darzę uwielbieniem naturalizm i różne obrzydliwości mi niestraszne, ale nawet dla mnie ten opis wydaje się zbyt paskudny. Okropne to jest! Miało być śmieszno, jest straszno. I nie jest to miłe.

Nie dostrzegam sensu powstania tego tekstu i chyba to jest najgorsze. Takie klepanie w klawiaturę dla samego klepania. Zwykle mówię w takich momentach, że wykonanie może nie do końca, ale chociaż pomysł niezły, broni się… a tutaj się nie broni i nie wiem, co mogłabym dobrego o tym tekście powiedzieć. Na pewno nie przeczytam części kolejnej. Szkoda.

Pozdrawiam!
Madeleine


Made, czyli: Madeleine, Magdalena Lipniak albo po prostu Madzia.

Chwałą jednych jest, że piszą dobrze, a innych, że się do tego nie zabierają.
Jean de La Bruyère

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 368
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Fantastyczny elektroluks pana Balbisza (1)

Postautor: maciekzolnowski » śr 08 sie 2018, 20:43

Dzięki za Twą krytyczną (aczkolwiek szczerą) ocenę. Cóż, nie każdemu odpowiada mój czarny humorek, który - jak sama zauważyłaś - bywa czasem nieśmieszny. Ja już tak mam, że czasem brnę w... dziwne i niesmaczne rzeczy. Pozdrawiam również! :)




Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości