"W Mackach Szaleństwa"

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mich'Ael
Umysł pisarza
Posty: 793
Rejestracja: ndz 16 wrz 2007, 10:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Iłża
Płeć: Mężczyzna

"W Mackach Szaleństwa"

Postautor: Mich'Ael » ndz 16 wrz 2007, 13:03

W mackach szaleństwa



W życiu każdego z nas bardzo wiele się dzieje. Niektóre z przytrafiających się nam rzeczy są szczęśliwe, inne zaś budzą tylko smutne wspomnienia. Czasami zastanawiamy się, co wydarzyłoby się, gdybyśmy postąpili wtedy, w przeszłości, inaczej. Zwykle nie wracamy jednak myślami do minionych chwil nazbyt często. Być może jest tak dlatego że czasem napotykamy pośród swych wspomnień coś, o czym wolelibyśmy zapomnieć. Przypominamy sobie budzące grozę historie, o których wcale nie chcielibyśmy pamiętać. Historie, które czasem lepiej pozostawić nieopowiedzianymi...

Jedną z takich właśnie historii chciałbym wam opowiedzieć, choć może lepiej byłoby tego nie robić. Sądzę, że przelanie jej na papier i podzielenie się nią z innymi może pomóc mi wreszcie zapomnieć o piekle które przeżyłem. Kto wie, może dzięki tej opowieści uda mi się też w końcu demony przeszłości.

Wydarzenia, które mam na myśli miały miejsce pewnego upalnego lata, wcale nie tak dawno temu i wcale nie tak daleko jak to zwykle bywa w opowieściach. Wszystko oczywiście zaczęło się dosyć niewinnie - bo przecież zwykle tak właśnie zaczynają się prawdziwe koszmary. Z braku lepszych zajęć, a po części także z powodu braku dobrych książek do czytania, postanowiłem zabrać się za z dawna odkładane porządkowanie strychu mego rodzinnego domu, w nadziei na odkrycie tam czegoś ciekawego. Gdybym wtedy wiedział do czego to doprowadzi z pewnością zrezygnowałbym z mego zamiaru. Skąd jednak miałem wiedzieć? Gdyby ktoś powiedział mi jakie będą konsekwencje mych letnich porządków stwierdziłbym z pewnością, że jest obłąkany. Ba, wyśmiałbym go.

Strych był miejscem chłodnym, pomimo panującego na zewnątrz typowo letniego upału. Po skrzypiących schodach wdrapałem się do tego zaniedbanego prze mą rodzinę, praktycznie nie odwiedzanego, miejsca. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach staroci, było ono ciężkie i zatęchłe. Podmuchy wiatru wdzierające się do środka przez liczne szczeliny w pokrytym dachówkami dachu podrywały w powietrze drobiny zalegającego na podłodze kurzu. Drobinki te wirowały szaleńczo w świetle dnia przebijającym się z wielkim trudem przez jedyne, mocno przybrudzone, okno. Atmosfera panująca na strychu nie była wesoła, to pewne. Ale nie przeszkadzało mi to ani trochę, ostatecznie zawsze lubiłem takie miejsca. Zabrałem się do porządkowania. W nikłym świetle przestawiałem ciężkie skrzynie, pełne rodzinnych pamiątek, układałem dawno znoszone ubrania i podniszczone książki. Często też kasłałem przez kurz. Dla kogoś innego czynności te mogłyby wydawać się nudnymi czy nużącymi nawet, ja jednak zawsze cechowałem się pewnym sentymentem dla rzeczy starych i posiadających własną historię. Co kilka chwil robiłem więc sobie krótką przerwę by zagłębić się w lekturę jakiegoś ciekawszego fragmentu starej księgi lub popadałem w zadumę nad historią niektórych, wysłużonych już mocno, sprzętów. Zdarzało mi się przystawać na dłuższą chwilę podziwiając artyzm wykonania jakiegoś drobiazgu. Tak, w naszych czasach nie ma już miejsca dla tak pięknych przedmiotów, tak starannie wykonanych. Szkoda. W końcu, po kilku godzinach, gdy zaczynało się już ściemniać a moja praca dobiegała końca, natknąłem się na tę przeklętą szkatułkę. Gdybym wtedy wiedział... nieważne, nie będę wyprzedzał faktów. Przesuwając jeden ze starych kredensów potknąłem się na tyle niezdarnie, że przewróciłem się wraz z nim. Wielkim było moje zdziwienie gdy ze schowka, odsłoniętego przez upadek starego mebla, wypadła mała skrzyneczka. Postanowiłem zakończyć porządkowanie strychu, przynajmniej na ten dzień, i przyjrzeć się bliżej owemu tajemniczemu obiektowi.

Było to niewielkie, bardzo kunsztownie wykonane, drewniane puzderko, nadgryzione mocno zębem czasu. Wyraźnie nie przysłużyły mu się warunki panujące na strychu - zawiasy były przerdzewiałe, zamknięcie niesprawne, a całość, niegdyś pięknego zapewne, drewnianego pojemnika nadgnita. Dawniej skrzynka musiała być pokryta jakimiś inskrypcjami, teraz jednak jedynym co dawało się odczytać było imię mojego pradziada - zapewne to on był niegdyś właścicielem tej szkatułki. Postanowiłem otworzyć ją i zbadać zawartość.

Wielokrotnie później żałowałem, że po prostu nie zostawiłem tej przeklętej skrzynki jej własnemu losowi. Przez zwykłą ludzką ciekawość o mało co nie postradałem później zmysłów. Ale dojdziemy i do tego...

Zawartość skrzynki była... no cóż, była dosyć prozaiczna. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegłem niczego niezwykłego czy interesującego, ot, kilka starych zdjęć, dwa zaśniedziałe medale i trochę drobnych pamiątek. Byłem już wtedy zmęczony, rozczarowanie jeszcze to pogłębiło. Wzruszyłem ramionami i ruszyłem do swojego pokoju, zabierając tajemniczą skrzynkę ze sobą. Położyłem się spać w swoim pokoju, z zamiarem dokładniejszego obejrzenia zawartości pojemnika rankiem następnego dnia. Postawiłem ją na biurku stojącym tuż obok mojego łóżka. Szkatułka wyglądała na niesamowicie wprost starą, antyczną wręcz, gdy tak stała obok wytworu współczesnej myśli technicznej i geniuszu ludzkiego jakim niewątpliwie był mój komputer. Uśmiechnąłem się na tę myśl, na to porównanie czegoś nowoczesnego z czymś antycznym. Zasnąłem.

Sen, którego dane mi było doświadczyć tej nocy nie należał z pewnością do przyjemnych. Był to raczej jeden z tych przerażających koszmarów sennych, które pamięta się jeszcze na długo po przebudzeniu. Zdawało mi się, że ze skrzynki wypełza gęsta ciemność, niemalże namacalna, i ogarnia mnie, nabierając coraz bardziej realnych i strasznych kształtów. A ja nie mogłem podnieść się z łoża mego, nie mogłem uciekać! Zdało mi się także, że nie jestem w mym pokoju sam, czułem jak jakaś złowieszcza obecność wypełnia całe pomieszczenie. Obudziłem się, cały zlany potem, rozejrzałem szybko. Pokój był pusty, choć bałem się wstać i zbadać go dokładniej. Wzrok mój padł natomiast na szkatułkę, nadal stojącą spokojnie i niewzruszenie na biurku. Było coś niepokojącego w tym jak wyglądała w słabym świetle księżyca w pełni wpadającym przez okno, to pewne. Nagle poczułem ciężar na swoim ramieniu, jakby ktoś stojący za mną położył na nim rękę. Siedziałem jak sparaliżowany, nie mogąc zmusić się do odwrócenia głowy spojrzenia w tył. I wtedy dobiegł mnie złowieszczy szept i owionął zapach niczym z otwartego grobu. „Uwolnij mnie, uwolnij...” mówił głos ciężki i władczy, zdał mi się on być całkowicie nieludzki. Poczułem ból w ramieniu, jakby zaciskały się na nim żelazne szpony. Krzyknąłem. Obudziłem się ponownie, tym razem już naprawdę. Znów spojrzałem na skrzynkę, niemalże odruchowo i z lękiem. I wtedy mą uwagę przykuł pewien szczegół, którego wcześniej, mógłbym przysiąc, nie było. Coś wystawało ze skrzynki. Cały czas będąc pod wpływem przeżytego przed chwilą koszmaru zajrzałem niepewnie do wnętrza pojemnika i, z niejakim zdziwieniem, stwierdziłem, że jest w niej coś nowego.

Owym czymś była figurka wysokości około 30 centymetrów, wykonana, jak sądziłem, z białego marmuru. Przedstawiała ona anioła walczącego z jakimś demonem. Anioł zdawał się tryumfować. Gdy tak zdziwiony siedziałem w półmroku obracając tajemniczy posążek znikąd w dłoniach dostrzegłem w nim nagle coś złowieszczego. To chyba twarz anioła oświetlana światłem księżyca wzbudziła mój niepokój; zdawało się na niej malować dziwne okrucieństwo, tak jakby anioł odczuwał satysfakcję z gnębienia demona. Twarz tego ostatniego pozostawała natomiast obojętna i bez wyrazu.

Odstawiłem statuetkę na biurko z zamiarem dokładniejszego przyjrzenia się jej rankiem. To uczyniwszy zapadłem, mimo lęku przed kolejnym koszmarem, w sen. Tym razem także nie dane mi było spać spokojnie. Sny moje pełne były niewypowiedzianych okropieństw, takich o których lepiej nie pisać, i ciemności chcącej mnie pochłonąć. W pewnym momencie przez mrok najczarniejszej nocy przebił się promień światła. W tym promieniu dostrzegłem przez moment postać mężczyzny mówiącego coś do mnie. Jego słowa, w tamtej chwili całkowicie niezrozumiałe, są ostatnim co zapamiętałem z tamtych snów. Obudziłem się, a właściwie to zostałem obudzony. Ze snu wyrwał mnie charakterystyczny dźwięk, podobny odgłosowi tłuczonego szkła. Podniósłszy się, zauważyłem, że tajemnicza statuetka leżała potrzaskana na podłodze. Było to dosyć dziwne, gdyż w pokoju nie było nikogo ani niczego co mogłoby spowodować nagłe zniszczenie posążka, który, jak dobrze pamiętam do dzisiaj, postawiłem prawie że na środku biurka. Teraz, patrząc z perspektywy czasu, myślę, że być może nie byłem wtedy sam w pokoju, nawet po przebudzeniu. Nadal mogę się tylko domyślać, lecz być może jakaś złośliwa istota została, przynajmniej częściowo, uwolniona wraz z otwarciem przeze mnie szkatułki? Być może już wtedy czaiła się gdzieś w pobliżu i czyhała na moment w którym będzie znów wolna? Wtedy jednak nie myślałem w ten sposób i zabrałem się niezwłocznie za uprzątanie skorup, lękliwie zerkając co chwila na ciemność zalegającą pod moim łóżkiem. Ku mojemu zdziwieniu, wśród szczątków figurki (które wsypałem później z powrotem do szkatułki) spostrzegłem na podłodze zwiniętą kartkę papieru. Zwykłą, pożółkłą i podniszczoną kartkę papieru, który wypaść mógł z wnętrza stłuczonej figurki. Kartkę która tak bardzo zmieniła moje życie... Już wtedy, gdy podnosiłem ją z podłogi, jakaś część mojego umysłu domagała się by ją niezwłocznie zniszczyć. Teraz wiem, że był to po prostu głos rozsądku, którego, niestety, nie usłuchałem.

Ten przeklęty kawałek papieru który lepiej było pozostawić w spokoju, nie był bynajmniej pusty. Napisy z początku wydawały się całkowicie obcymi i niezrozumiałymi, jednak po dłuższym przyglądaniu się inskrypcjom zrozumiałem, iż jest to rodzaj kodu. Nie był on co prawda nazbyt skomplikowany, jednak mój umysł od zawsze zwrócony był raczej ku naukom humanistycznym, toteż odcyfrowanie treści napisów zajęło mi dobrych kilka dni. Treść ta byłaby w stanie zaintrygować, może nawet przestraszyć, każdego, kto chociaż pobieżnie orientował się w tajemnicach okultyzmu lub wierzył w siły nadprzyrodzone. W dość krótkiej notce zawarta była inkantacja wzywająca - jak tam napisano - „ducha opiekuńczego”. Ha! Ducha! Dobre sobie. Gdybym tylko wiedział z czym będę miał do czynienia...

Ową kartkę właśnie, a raczej jej odszyfrowaną treść, pokazałem mym przyjaciołom. Nie odważyłbym się pokazać jej komukolwiek innemu – zresztą ludzie i tak od dawna nazywali mnie wtedy szalonym, za moimi plecami oczywiście. Myśleli że nie wiem. Ha. Ja im jeszcze… eh, mniejsza z tym, wróćmy do opowieści. Wszyscy trzej od dawna interesowaliśmy się okultyzmem, postanowiliśmy więc spróbować, tylko dla zaspokojenia ciekawości, wezwać rzeczoną istotę.

Zgodnie z instrukcjami na kartce poczekaliśmy do następnej pełni księżyca, w tym czasie starając się przygotować jak najlepiej do ewentualnej obrony przed tym co może odpowiedzieć na nasze wezwanie. Czekaliśmy paląc mistyczne zioła i przypominając sobie słowa zaklęć protekcyjnych. Kilka nic nie czyniących formułek i żałosne kręgi ochronne okazały się być niewiele wartymi w obliczu plugastwa z jakim przyszło się spotkać. Ale skąd mogliśmy wiedzieć, że tak będzie? My, domorośli okultyści... jakże to wygląda żałośnie teraz, z perspektywy czasu.

Na miejsce wezwania obraliśmy lasek, w obrębie którego znajdował się niegdyś cmentarz. Lasek, do którego po dziś dzień boję się wejść - i tak chyba pozostanie do końca mych dni. Znajdujące się nieopodal stare budynki opuszczonej fabryki chemikaliów odznaczały się złowrogimi cieniami na tle nocnego nieba. Zdecydowanie nie było to miłe miejsce, lecz do naszego bezbożnego rytuału nadawało się wprost idealnie.

Udaliśmy się tam wszyscy trzej: ja i dwóch mych kompanów, którzy mieli na tyle odwagi by stawić czoła nieznanemu. Wydawało nam się, że jesteśmy gotowi na tego rodzaju spotkanie. żeby jednak być szczerym dodać muszę, iż nikt z nas nie wierzył zbytnio w powodzenie tego okultystycznego przedsięwzięcia.

Noc była niemalże bezwietrzna. światło księżyca w pełni przenikające przez korony drzew i oświetlające stare nagrobki, zapomniane tak przez Boga jak i ludzi, sprawiało, że atmosfera w tym miejscu była naprawdę niesamowita. Gdybym przybył samotnie, z pewnością nie odważyłbym się próbować wezwania. O, losie okrutny! Dlaczego nie poszedłem sam?

Równo o północy rozpoczęliśmy nasze bluźniercze praktyki. Nakreśliliśmy na ziemi, zgodnie z zasadami magii ochronnej, trzy stykające się ze sobą kręgi i stanęliśmy w nich. Na zewnątrz kręgów wyrysowaliśmy na ziemi symbole, które, w co naiwnie wierzyliśmy, nie pozwolą przybyłej istocie wkroczyć do środka żadnego z okręgów – na wypadek gdyby jednak miała wrogie zamiary. Nie dane nam jednak było sprawdzić, czy znaki te rzeczywiście były skuteczne.

To, o czym zamierzam teraz opowiedzieć jest najbardziej niewiarygodną częścią całej historii. Wiem, że nie będzie łatwo przyjąć tych słów za prawdziwe, lecz liczę że choć niektórzy z was spróbują.

Stojąc pewnie w kręgu, z lekka tylko przytłoczony ponurą atmosferą cmentarza, wygłosiłem inkantację, którą powtórzyło moich dwóch towarzyszy. Bez żadnego efektu. Tak przynajmniej nam się wtedy wydało... Nasze podekscytowane możliwością spotkania z nadprzyrodzonym umysły przeoczyły, niestety, pewne fakty. Nikt z nas nie zauważył, że nagle, wśród bezwietrznej nocy, zerwał się wiatr - z początku ledwie wyczuwalny, potem coraz mocniejszy. Gdy zauważyliśmy że coś dzieje się z wiatrem było już za późno by przerwać rytuał... za późno...

Z lekka tylko rozczarowani niepowodzeniem powtórzyliśmy rytualny zaśpiew. Wtedy też, niemalże równocześnie, zdaliśmy sobie sprawę, że nie dysponujemy żadnym środkiem pozwalającym przywołaną istotę odegnać. Owszem, mogliśmy stać w swoich kręgach i byliśmy w nich, teoretycznie, bezpieczni. Ale nie mieliśmy jak odegnać tego co mogło przybyć! Nasz błąd uświadomiliśmy sobie bodajże w chwili gdy powietrze wokół nas stało się z nagła ciężkie od szeptów. O, tak, usłyszeliśmy mnogość głosów mówiących zarówno do nas jak i komunikujących się ze sobą nawzajem. Głosy te nieco tylko nas przeraziły, byliśmy w końcu przygotowani na zjawiska tego rodzaju, my - młodzi okultyści. Cóż, byliśmy wtedy głupi, nie przeczę. Dopiero to co nastąpiło później sprawiło że niemal postradaliśmy zmysły.

Kilka chwil później zdaliśmy sobie sprawę, że wiatr, którego aż do teraz nie zauważaliśmy, stał się chłodny i przybrał na sile. Przyniósł ze sobą również jakiś dziwny zapach, przypominający zapach płonących opon. Chyba wtedy właśnie dotarło do nas, że to, co do tej pory traktowaliśmy jak niewinną zabawę, może mieć naprawdę poważne konsekwencje.

Na szczęście jeden z moich druhów zachował wystarczającą przytomność umysłu aby wyrecytować formułę odpędzającą duchy, których obecności nie chcemy - jedyne zaklęcie jakie był w stanie sobie przypomnieć. Szepcące głosy umilkły natychmiast gdy zakończył wymawianie ostatniego słowa formuły. Wiatr przycichł i myśleliśmy, że nasza przerażająca przygoda dobiegła już końca. Odetchnęliśmy z ulgą.

Wtedy też nagle z ziemi podniosła się gęsta mgła - mocno cuchnąca spalenizną - która niezwykle szybko przysłoniła i ograniczyła nasze, i tak niewielkie, pole widzenia. Zaniepokoiliśmy się, czy może raczej zaczęliśmy powoli wpadać w panikę, rzec powinienem. I wtedy, bez żadnej zapowiedzi przybyło TO. „Duch opiekuńczy”!! Ha, dobre sobie. Czymkolwiek owa nadnaturalna istota była, na pewno nie miała wiele wspólnego ze światem duchów. Z dobrymi duchami opiekuńczymi zapewne jeszcze mniej...

Najpierw TO usłyszeliśmy. Wiejący z nagła z szaleńczą prędkością wiatr, łamiący gałęzie drzew i wyjący potępieńczo, przyniósł ze sobą przerażający odgłos. Usłyszeliśmy potworny, przyprawiający o ciarki złowieszczy skowyt, który z pewnością nie wydobywał się z płuc żadnego śmiertelnika. W głosie tym udało nam się wyczuć nienawiść do wszystkiego co żywe, nienasyconą żądzę mordu, niewypowiedzianą obietnicę zagłady. Zadrżeliśmy a potem skamienieliśmy ze strachu, podczas gdy upiorny dźwięk zdawał się coraz bardziej przybliżać, narastając z każdą chwilą. W końcu, gdy odległość wydawała się być tak niewielka, że z pewnością zobaczylibyśmy tę istotę - gdyby tylko nie przeszkadzała nam w tym cuchnąca mgła utrzymująca się w powietrzu. Dźwięk sięgnął swego apogeum, przypominając teraz dzikie wycie najstraszniejszych upiorów z legend, by za chwilę, tak nagle jak się pojawił, umilknąć. Moim zmęczonym strachem zmysłom zdało się wtedy, że we mgle, zaledwie kilka metrów od nas, dostrzegam zarysy Istoty.

Stwór był doprawdy olbrzymi, aczkolwiek mgła uniemożliwiała dokładną ocenę jego rozmiarów i wyglądu. Stał pośród złowieszczych, pachnących teraz z nagła siarką, oparów i obserwował nas. Po chwili bestia zaintonowała swoje mrożące krew w żyłach wezwanie po raz kolejny. Nagle na wysokości około 3 metrów zapłonęły odżywającym co chwilę niebieskawym ogniem piekielnym ślepia bestii. Lśniły mocno rozświetlając chaotycznymi rozbłyskami mrok dookoła, niczym dwa olbrzymie reflektory. Mgła, niczym pryzmat, rozszczepiała światło na wszystkie możliwe plugawe kolory. A może ono już było kolorowe? Pamięć mnie zwodzi tutaj... w końcu niełatwo zapamiętać szczegóły grozy wypalającej umysł. Wygląd potwora był tym co najbardziej przerażające, nawet bardziej niźli jego późniejsze zachowanie. Istota na pewno nie pochodziła z tego świata. Wydawała się być dziwnie kanciasta i niekształtna. Zbyt foremna jak na normalne i żywe stworzenie w każdym razie - nadal nie wiem jak to dobrze i dokładnie określić. Bestia zawyła po raz trzeci i, Boże, do dziś lękam się o tym opowiadać, z jej trzewi wypełzły te plugastwa. Pomiot ów był wysokości człowieka, jednak ich, bo było ich wielu, skóra wydawała się być zrobiona... ze srebra? Ze zwierciadeł? Wraz z pojawieniem się kolejnych potworów powietrze stawało się coraz gorętsze. Dostrzegłem nawet języki ognia pełgające w pewnej odległości od nas. A może ogień i żar już były tam już wcześniej? Może ich nie zauważaliśmy do tej pory? Potwory, cały czas zachowując grobowe milczenie, otoczyły nas ciasnym kręgiem. Wtedy też mieliśmy okazję dokładnie im się przyjrzeć. Tylko czy warto było? Od takich widoków nietrudno zmysły postradać...

Pomiot wielkiej bestii był, jak już wspomniałem, ludzkiego wzrostu. Ich lśniąca skóra odbijała światło rzucane przez ogień. Wyglądały jakby same płonęły. Przypominały ludzi w tym, że posiadały po parze rąk i nóg. Jednak na tym podobieństwa się kończyły. Bestie miały tylko jedno olbrzymie oko, umieszczone na środku głowy, było ono podłużne i prostokątnego kształtu. Ach, człowiek mógłby postradać zmysły od zbyt długiego wpatrywania się w te całkowicie pozbawione wyrazu twarze istot! Ich niesamowite oczy zdawały się tylko odbijać świat dookoła, same pozostając niewzruszonymi. Tuż spod owego pojedynczego bluźnierczego narządu postrzegania istot z ich głowy wyrastała ku dołowi podłużna macka biegnąca w niewiadomym celu, z pewnością plugawym i nieopisywalnym, do garbu na plecach.

I wtedy nagle jeden z mych przyjaciół postradał zmysły. Bełkocząc obłąkańczo ruszył biegiem w stronę stojącej, jak nam się wydawało, wśród drzew istoty. Pewnie istota przybrała w jego umyśle kształt jakowyś powabny... potężną jej magia być musiała. Byliśmy, niestety, zbyt przerażeni aby spróbować choćby powstrzymać naszego kompana. Chwilę później ciszę nocy rozdarł krzyk jego przerażenia. Po dziś dzień nie wiem co dokładnie krzyczał, choć dałbym głowę że nas wołał. Ja i mój drugi towarzysz, mimo strachu, zachowaliśmy wystarczająco dużo zdrowego rozsądku, aby pozostać w kręgach. Cały czas wierzyliśmy, że będą one nas w stanie ochronić. Jak już wspomniałem nie dane nam było tego sprawdzić.

Gdy obłąkańcze wrzaski mego nieszczęsnego przyjaciela umilkły, srebrzyste istoty otoczyły mnie i drugiego z moich towarzyszy kręgiem, żywo przy tym gestykulując, tak jakby starały się z nami porozumieć. My jednak wiedzieliśmy o co im naprawdę chodzi - na pewno chcieli pożreć nasze dusze! Widzieliśmy to wyraźnie w ich pozbawionych wyrazu odbijających światło oczach. Bez trudu przejrzeliśmy ich zamiary i, mimo ich niezrozumiałego acz zachęcającego bełkotu oraz pozornie przyjaznej gestykulacji, postanowiliśmy pozostać w kręgach. Było to naprawdę trudne, gdyż robiło się coraz goręcej. Temperatura zdawała się rosnąć z każdą chwilą, to musiała być sprawka stojącej w pewnej odległości wielkiej istoty-matki.

I wtedy zobaczyliśmy jak niektóre z bestii wprowadzają naszego oszalałego z przerażenia towarzysza do trzewi olbrzymiej bestii. Jedno spojrzenie i już wiedzieliśmy że nie chcemy tak skończyć. Postanowiliśmy że tanio skóry nie sprzedamy.

Gdy nasz nieszczęsny towarzysz znalazł się już wewnątrz matki potworów, ta zaryczała potwornie i ruszyła w naszym kierunku. Pamiętam tylko, że jej przemieszczaniu się towarzyszył odgłos łamanych gałęzi mijanych przez nią drzew. Zupełnie jakby stworzenie było bardzo szerokie... My, nadal stojąc w kręgach, spojrzeliśmy po sobie i zadecydowaliśmy, że wytrwamy na miejscach. Mimo trzęsących się rąk i bladości twarzy wciąż próbowaliśmy udawać że się nie boimy. żałosne, doprawdy żałosne.

Gdy jednak bluźniercza istota zbliżała się, była już tylko jakieś 5 metrów od nas, wciąż na przemian rycząc i błyskając ślepiami, spanikowaliśmy. Instynkt przetrwania, pamiętający jeszcze czasy naszych przodków żyjących w jaskiniach, przeważył nad zdrowym rozsądkiem. Rzuciliśmy się do szaleńczej ucieczki, spojrzawszy tylko raz za siebie na plugawe zarysy ścigających nas istot. Wielokrotnie później żałowałem tego krótkiego spojrzenia w tył. Wśród obłąkańczych porykiwań wielkiej istoty, jej pomiot biegał dookoła, w sobie tylko znanym celu. Część z nich natychmiast podjęła pogoń za nami. Biegły nieustępliwie, choć niezgrabnie, zupełnie jakby ich garby utrudniały im bieg. Jednak to nie ścigające nas istoty wzbudziły me przerażenie. Nie one także sprawiły że po raz kolejny tej nocy wrzasnąłem z przerażenia. W tym spojrzeniu, dosyć krótkim zresztą, dostrzegłem jak jeden ze srebrzystych potworów podchodzi do wielkiej bestii, która z oddali wydała mi się czerwona, i z jej wnętrza wyciąga jedną, wielką MACKę. To uczyniwszy odwrócił się w naszą stronę i ponownie rozpoczął swą plugawą gestykulację, tak jakby próbował nas do siebie przywołać. Nie udało mu się zauroczyć nas także i tym razem, nie oddaliśmy mu naszych dusz. Następnie pomiot posłał w naszym kierunku, z owej wielkiej elastycznej macki, strumień jakiejś plugawej cieczy. Zapewne była to ostatnia rozpaczliwa próba zatrzymania swych niedoszłych ofiar. Zdołaliśmy jednak ujść cało, uniknąwszy tejże cieczy, i, przebiwszy się przez nieliczne doganiające nas i próbujące schwytać srebrzyste istoty oraz płomienie szalejące dookoła, kontynuowaliśmy nasz bieg ku wolności i bezpieczeństwu.

Niewiele pamiętam z tej szaleńczej ucieczki wśród drzew. To, co pamiętam jest bardzo rozmyte i niewyraźne, może być zarówno wspomnieniem jak i wytworem mojej wyobraźni. Płomienie były wszędzie, palące się drzewa trzaskały głośno, ich gałęzie łamały się i upadały przed nami i za nami, cudem tylko nie zabijając nas. Wiem, że bardzo szybko straciłem mego przyjaciela z oczu. Biegłem najszybciej jak potrafiłem, nie bacząc na nic. Gdy tylko próbowałem zatrzymać się i odpocząć choćby przez chwilę, natychmiast słyszałem za sobą to przeklęte wycie, głos wielkiej istoty-matki, i trzask łamanych gałęzi. Biegłem wtedy natychmiast dalej, co chwila potykając się i wpadając na drzewa, prawie nieprzytomny ze strachu i zmęczenia. Ogień był wszędzie, powietrze drżało z gorąca. Ostry zapach dymu gryzł mnie w oczy, ledwo co widziałem zarysy mijanych drzew przez łzy i przez gęste kłęby dymu buchające zewsząd. I jeszcze odgłosy tych niewypowiedzianie ohydnych istot ścigających mnie... były blisko, bardzo blisko. To było piekło, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Cóż, w końcu ścigały mnie istoty z piekła rodem. Nagle przewróciłem się o jakiś wystający korzeń i upadłem, uderzając głową o coś i, prawdopodobnie, tracąc przytomność. Nic więcej nie pamiętam z tej nieludzkiej pogoni w ciemnościach - lecz po dziś dzień drżę na jej wspomnienie.

Ocknąłem się rankiem, pod drzwiami mego własnego domu, do którego niezwłocznie się wśliznąłem, szczęśliwie nie zbudziwszy przy tym żadnego z członków mojej rodziny. Gotów byłbym pomyśleć, że był to tylko paskudny koszmar lecz nawet stan mojego ubrania, a było ono niemalże w strzępach, przeczył tej nadziei. Ten koszmar zdarzył się naprawdę! Wchodząc po schodach do mojego pokoju zastanawiałem się, co stało się z moimi przyjaciółmi. Jak się później okazało jeden z nich skończył w szpitalu, zdaje mi się że na oddziale psychiatrycznym choć pewien nie jestem - widać biedak postradał zmysły. Drugi natomiast odmówił rozmawiania ze mną na temat tamtej nocy, twierdząc uparcie, że spędził ją śpiąc spokojnie we własnym domu.

Zatrzymałem się w połowie schodów i stałem tam... sam nie wiem jak długo. Zdało mi się, że zza zamkniętych drzwi mego pokoju dobiegł jakiś dźwięk. W końcu jednak ruszyłem niepewnym krokiem w górę. Powoli otworzyłem drzwi i spojrzałem na pokój zalany ciepłym i przyjaznym światłem wschodzącego słońca. Odetchnąłem z ulgą, gdyż nie dostrzegłem niczego niezwykłego czy przerażającego - a naprawdę spodziewałem się czegoś takiego. Tu już na pewno byłem bezpieczny. Podszedłem do łóżka z zamiarem położenia się spać, odespania tej nocy. I wtedy... ach, nawet teraz ciężko mi o tym mówić, wciąż mam nadzieję, że było to tylko złudzenie! Podszedłem do lóżka i kilka rzeczy, przerażających rzeczy, wydarzyło się niemalże jednocześnie. Niedomknięte okno otworzyło się nagle szeroko wpuszczając do pokoju powiew lodowatego powietrza. Powiew ten, ku mojemu najwyższemu przerażeniu, przyniósł ze sobą znajome, plugawe zawodzenie istoty-matki. Zdawało się ono dobiegać z bardzo bliska. Nie odważyłem się wyjrzeć na zewnątrz. Zwróciłem przerażone spojrzenie na stojącą wciąż na biurku skrzynkę pradziadka. Omal nie krzyknąłem ze strachu i szoku, gdyż w szkatułce stała statuetka przedstawiająca anioła i demona. Cała! Nie było na niej nawet zarysowań! Było w niej jednak teraz coś dziwnego, w jakiś sposób zdała mi się odmienioną. Po chwili dostrzegłem, że teraz to demon ma okrutny i zadowolony wyraz twarzy, twarz anioła jest natomiast obojętna. Złowieszczy dźwięk za oknem przybrał na sile, jakby istota się zbliżała, jakby pędziła pobliską ulicą prosto w moim kierunku. Zachwiałem się na nogach, chyba nawet upadłem, moje przerażone zmysły odmówiły posłuszeństwa. I nagle, w jednym obłąkańczym przebłysku geniuszu, zdałem sobie sprawę ze znaczenia słów mężczyzny z mojego snu. "Ne invoces expellare non possis" - "Nie przyzywaj tego, nad czym nie będziesz mógł zapanować".



Z raportu komendanta straży pożarnej: „(. . .) gaszenie płonących chemikaliów zakończyło się pełnym sukcesem, nowy sprzęt spisał się wyśmienicie, kombinezony żaroodporne i wóz znacznie ułatwiły akcję

(. . .) znaczne obszary lasu uległy zniszczeniu (. . .) jeden z trzech cywili obecnych na miejscu zdarzenia został odesłany do szpitala z ciężkimi poparzeniami. (. . .) wpływem narkotyków.

(. . .) Po wyzdrowieniu odmówił zeznań. Pozostałej dwójki nigdy nie odnaleziono (. . .)”




Mich’Ael

W hołdzie H.P.L. Jeśli pastisz hołdem zwać można…



Awatar użytkownika
szeida
Zarodek pisarza
Posty: 15
Rejestracja: pt 21 wrz 2007, 10:18
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: szeida » sob 22 wrz 2007, 16:54

Powiem tak, po pierwsze – przeczytałam, po drugie – zaopiniuję. Wiem, że moja opinia może nikomu za wiele szczęścia nie przynieść, ale skoro już przeczytałam to powiem co myślę. Nie zachowam standardowej konwencji oceniania(pomysł, styl, etc.), bo nie muszę, nie chcę, a w ogóle, nie ja tu od tego jestem. Z góry przepraszam, może się czepiam, mój błąd?



Co mi się podobało? Podobało mi się to(przynajmniej ja to tak odebrałam) jakby uosobienie „ciemności”. Wiem, że to nie bardzo może być poprawne (w końcu ciemność to ciemność, nie przedmiot, ale stan), traktowanie „ciemności’, jako „czegoś”, jako „kogoś”. Jeśli chodzi o treść to podoba mi się statuetka, ale tylko w tym momencie, kiedy wyraz twarzy postaci zamienia się. Po za tym sam przedmiot, jego byt, wydaje mi się nieokreślony trochę.



Nie podobają mi się natomiast: „mych”, „mą” „z łoża mego”, „dane mi było”, „tejże cieczy” – dziwacznie brzmi w kontekście, ogólnie wyrazy jakby nie na miejscu, jakby pomieszanie epok, stylów.

Szyk zdania, w moim mniemaniu czasem zły: „...z przytrafiających się nam rzeczy...” (może: z przytrafiających nam się rzeczy), „Postanowiłem otworzyć ją...”(może: postanowiłem ją otworzyć), „...dla rzeczy starych...” (może: dla starych rzeczy).

Przesadne umiłowanie słów: „plugawy” (wszędzie, wszystko jest takie), „towarzysze” (chyba nie było innego określenia dla ludzi tam będących, sam fakt, że wiemy o nich tyle, że są to „domorośli okultyści” – jeszcze z ironią, nie jest zbyt pozytywny).



I rzeczy różne:

Kto wie, może dzięki tej opowieści uda mi się też w końcu demony przeszłości.


(tylko co z nimi?);

...przysłużyły mu się warunki...


(przysłużyły mu warunki, jak już musi być przy~ ?);

...niesamowicie wprost starą...


( po co to wprost?);

Stojąc pewnie w kręgu...


(po co to pewnie?);

...jakaś złowieszcza obecność wypełnia całe pomieszczenie.


(obecność, jest jak myślę słowem, które określa stan „czegoś”, a nie samo „coś”);

...cechowałem się pewnym sentymentem dla rzeczy starych.


(chyba nie można cechować się sentymentem, można po prostu być sentymentalnym i mieć sentyment dla/do czegoś);

...starając się przygotować jak najlepiej do ewentualnej obrony przed tym co może odpowiedzieć na nasze wezwanie.


(Ja tu sobie wyobrażam, że nie wiadomo jaką artylerię i tak dalej, aż tu nagle: )

...nie dysponujemy żadnym środkiem pozwalającym przywołaną istotę odegnać.


(i teraz nie wiem, było coś, czy nie?);

...nudnymi czy nużącymi nawet...


(czy to nie synonim?).



Ogólne czyta się to tak, że się czyta i czyta, czyta się mnóstwo słów i dalej nic się nie wie, bo to jest wszystko takie „nieopisywalne”, jak sam to, zresztą raczej błędnie, ująłeś(ale chyba wszyscy rozumieją o co chodzi). Do tego wprowadzone są takie pewniaki, typu:

...na pewno chcieli pożreć nasze dusze.


, nie wiadomo za bardzo, skąd ta pewność, że chcieli, może Ty jako autor, znając te „potwory”(to słowo też mi nie leży) wyobraziłeś sobie, że chcą, ale czytelnik nie dostaje takiego sygnału od nich.

Po za tym, skoro:

Zawartość skrzynki była(...)dosyć prozaiczna.


i nie było nic...

...niezwykłego czy interesującego, ot, kilka starych zdjęć, dwa zaśniedziałe medale i trochę drobnych pamiątek.


To gdzie tu logika we wleczeniu jej do pokoju i chrzczeniu:

...tajemniczą skrzynką...


,ale to już problem "podmiotu lirycznego", nie mój.



Sam tekst nie utrzymywał(przynajmniej mnie) „w napięciu”, jeszcze dodawanie rzeczy typu:

Wielokrotnie później żałowałem, że po prostu nie zostawiłem tej przeklętej skrzynki jej własnemu losowi. Przez zwykłą ludzką ciekawość o mało co nie postradałem później zmysłów. Ale dojdziemy i do tego...


to takie robienie sztucznego tłoku, ujawnianie jakby rąbka tajemnicy w zupełnie nie oczekiwanym momencie, a później już nie: opowiadanie, ale tłumaczenie się z tego.

Podsumowując: dla mnie to chaos, pomieszanie z poplątaniem i ten raport na końcu – porażka, po co najpierw wmawiać czytelnikowi, że ooch, jakie to było straszne, dementując na koniec wszystko?



Pozdrawiam.



Awatar użytkownika
Mich'Ael
Umysł pisarza
Posty: 793
Rejestracja: ndz 16 wrz 2007, 10:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Iłża
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Mich'Ael » sob 22 wrz 2007, 18:48

Cóż, to by była jedna opinia na minus. Nie zamierzam bronić się przed wszystkimi postawionymi opowiadaniu zarzutami, dość powiedzieć że miałbym wyjaśnienie dla większości z nich. Zapewne nawet je przedstawię gdy pojawi się więcej komentarzy.

Większość zarzutów do mnie nie dotarła, z większością się nie zgadzam w pełni - to fakt. Pewnie dlatego że to w końcu moje dzieło, które zawsze będę uważał za lepsze niźli jest w rzeczywistości. Ale prawdą jest także to, że ta mniejsza część zarzutów jest wartościowa i jak najbardziej prawdziwa. Konstruktywna krytyka, słowem. Dzięx. (nie, tu nie było ironii)

A odeprę te, z którymi się nie zgadzam, jak napisałem, gdy więcej ludzi wyrazi swe opinie.



Awatar użytkownika
szeida
Zarodek pisarza
Posty: 15
Rejestracja: pt 21 wrz 2007, 10:18
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: szeida » sob 22 wrz 2007, 22:46

Rozumiem, ja też się zawsze buntuję, ale zwyczajnie napisałam to co myślę i że ja tak uważam nie znaczy, że mam świętą rację i amen. Absolutnie nie, ja robię błędy, Ty, wszyscy, cieszę się natomiast, że chociaż z niektórymi „poprawkami” się zgadzasz, ciekawość – którymi, poczekam, ciekawość – którymi nie i dlaczego, też poczekam.



Pozdrawiam.



Awatar użytkownika
Ninetongues
Pisarz pokoleń
Posty: 1073
Rejestracja: ndz 28 maja 2006, 19:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Ninetongues » pn 24 wrz 2007, 14:08

Ja tylko informuję, że ten tekst mam na oku (jako "fan" Lovecrafta) i napiszę coś więcej już wkrótce. Tylko dodam, że długie teksty czekają długo na weryfikację, więc bądź cierpliwy Mich'Ael.



A poza tym - ładnie się bawicie. żadnego obrażania się, żadnych fochów, a każdy ma swoje zdanie... Ach, jak to miło patrzeć, jak młode pokolenie okazuje się podtrzymywać tradycję...



Awatar użytkownika
Mich'Ael
Umysł pisarza
Posty: 793
Rejestracja: ndz 16 wrz 2007, 10:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Iłża
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Mich'Ael » pn 24 wrz 2007, 14:23

Ja po prostu nie mam złudzeń, wiem że ten tekst arcydziełem żadnym nie jest. I potrafię z pokorą znosić krytykę, w końcu paru ludzi już widziało i skrytykowało moje inne teksty. Mam też zdrowe i raczej nie zawyżone mniemanie o sobie i swoich zdolnościach twórczych, takich sobie swoją drogą. A, i skromny jestem oczywiście. ;)

Czekam na opinię fana Lovecrafta. Z cierpliwością i bez niecierpliwości, bo wiedziałem, że dłuższy tekst będzie musiał dłużej czekać aż ktoś go przeczyta.



Awatar użytkownika
Patren
Debiutant
Debiutant
Posty: 1910
Rejestracja: śr 08 lis 2006, 00:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Znienacka
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Patren » sob 13 paź 2007, 03:56

Uffff. Przebrnąłem.



Od razu zaznaczam, że Lovecrafta (jeszcze) nie czytałem.



Wg mnie tekst został źle zrealizowany. Chciałeś wzbudzać grozę, straszyć, dźgać czujność czytelnika grubym badylem. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie.



Przede wszystkim zbyt szybko zasuwałeś. Kompletnie się nie wczułem. Bum, trach, szkatułka, sny, statuetka, kompani, łaaa, demony, uciekamy, jestem w domu, trach, bum, wszystko jasne, koniec.



Masz dobrą wyobraźnię, to pewne jak 2x2 i napewno na plus wyszedł sam opis potworów (jedno oko itp., nie wiem, czy wymyśliłeś sam, czy zabrałeś Lovecraftowi), ale generalnie przedawkowałeś. Upchałeś w jedno - końcem końców - krótkie opowiadanie jakąś tajemniczą szkatułkę, z której wzięła się tajemnicza statuetka, z której wzięła się tajemnicza notatka, z której pojawiły się straszydła z piekła. Dla mnie to zdecydowany przesyt, szczególnie że na dobrą sprawę nie dowiadujemy się kompletnie NICZEGO. Skąd się wzięła szkatułka, jak powstała, co konkretnie oznacza statuetka, kim był facet ze snów. Nic. I jeśli usłyszę coś w stylu "chciałem zdać się na instynkt czytelnika, zostawić niedomówienia" to powtórzę jeszcze raz: przedawkowałeś, przesoliłeś, przesyciłeś.



Zabierając się do opowiadania grozy, powinieneś przede wszystkim stopniować ów podstawowy czynnik. Zabieg w stylu "Kiedy teraz myślę o tym koszmarze" nie jest zły (King w "Christine" wspaniale stosował ten środek), ale u Ciebie wydaje się użyty w złych momentach. Ty od razu zalewasz nas wydarzeniami, darujesz sobie jakąś wnikliwą analizę psychiki głównego bohatera, ba, kompletnie olewasz jego dwóch partnerów (ale o tym potem) i jedziesz dalej, byle szybciej skończyć. Nie tędy droga.



W końcu jak dojść do jaźni czytelnika jeśli nie sposobem "Ojeju, jaki to biedny gość, a gdybym to JA tam był? Jeśli to jest możliwe?". U Ciebie to nie wchodzi w grę, bo tej warstwy wewnętrznej praktycznie nie ma, wg mnie zdarzyły się nawet pewne nielogiczności, np.:



Wszyscy trzej od dawna interesowaliśmy się okultyzmem, postanowiliśmy więc spróbować, tylko dla zaspokojenia ciekawości, wezwać rzeczoną istotę.




No wspaniale, chore sny, statuetki znikąd, duchy, tajemnicze notatki. Hej, chłopaki! A może tak sprawdzimy jakie plugastwo do nas przybędzie? Jestem cholernie ciekawy! Jaaasne.



Z lekka tylko rozczarowani niepowodzeniem powtórzyliśmy rytualny zaśpiew. Wtedy też, niemalże równocześnie, zdaliśmy sobie sprawę, że nie dysponujemy żadnym środkiem pozwalającym przywołaną istotę odegnać.




No tak. Idą do lasu w pobliżu cmentarza o północy przyzywać demony z nawiedzonych szkatułek ale cholercia nie wpadli na to, że te stwory trzeba odesłać? Ach ta skleroza...



Chodzi o to, że takie zachowania są strasznie nierealne.



Następnym dowodem na generalną olewkę warstwy psychologicznej tekstu jest maksymalne zlanie dwóch ważnych postaci - przyjaciół bohatera. Nawet nie mają imienia, total untitled, unnamed, łotewer. Gdybyś pokusił się o ich opisanie, wprowadził ciekawe dialogi, tekst od razu zyskałby na wartości. Nie wspominając już o postradaniu zmysłów jednego z nich... gdyby czytelnik poznał tą postać, mógłby jej WSPółCZUć, przez co tekst ODDZIAłOWYWAłBY na umysł. Ale nie, warstwa psychologiczna została olana. Szkoda.



Mówiłem już o zbyt szybkiej akcji, ale wspomnę jeszcze raz. Sęk w tym, że te wszystkie sceny nie wzbudzają obaw, bo zanim na dobre się zaczną, dobiegają końca. Nie wczuwasz się w postać, nie próbujesz budować napięcia, jakiekolwiek nastroju (poza napisaniem, że chłodny wiatr wiał i pojawiła się mgła. Super).



Właśnie głównie z tych powodów - papierowatości i olaniu postaci, przesyceniu wydarzeń, wątków oraz zbyt szybkiego przebiegu wydarzeń - opowiadanie kompletnie do mnie nie trafia i wydaje się nijakie. A szkoda, bo mam wrażenie, że styl może być niezły.



Jest 03:44 i chyba pora spać, dlatego powoli kończę. dodam jeszcze, że:



I wtedy, bez żadnej zapowiedzi przybyło TO. „Duch opiekuńczy”!! Ha, dobre sobie. Czymkolwiek owa nadnaturalna istota była, na pewno nie miała wiele wspólnego ze światem duchów. Z dobrymi duchami opiekuńczymi zapewne jeszcze mniej...

Najpierw TO usłyszeliśmy.




Nawiązanie do kingowskiego Pennywise'a czy przypadkowo tak wyszło? :P



Odnośnie błędów... tekst jest długi, było sporo interpunkcji bodajże i jeszcze coś, ale mój zmęczony mózg wywala wszelkie informacje, więc wybacz, że to ominę.



A, zapomniałbym. Jeszcze co do stylu to kiepsko wyszła Ci stylizacja. Piszesz normalnym językiem przez parę zdań, po to by nagle w jednym poprzestawiać szyk i zamotać. Wychodzi średni efekt. Wspominała o tym poprzedniczka bodajże.



Pewnie dlatego że to w końcu moje dzieło, które zawsze będę uważał za lepsze niźli jest w rzeczywistości.




Cóż, radziłbym Ci do swoich dzieł zawsze pochodzić z dystansem. I utwór wiele może zyskać i Ty się mniej rozczarujesz.



Jeszcze oceny:



Pomysł: 3

Styl: 3

Schematyczność: 3

Błędy: ?

Ocena ogólna: 3




Pozdrawiam.


"Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalasz mu być"

Awatar użytkownika
Mich'Ael
Umysł pisarza
Posty: 793
Rejestracja: ndz 16 wrz 2007, 10:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Iłża
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Mich'Ael » sob 13 paź 2007, 16:07

Najpierw słówko dla czytelnika tego posta który jeszcze powiadania nie czytał: tu czytanie posta przerwij, podejdź do tekstu z czystym umysłem, bez czytania moich wyjaśnień - które mogą sprawić że uznasz tekst za lepszy, bądź gorszy, niźli jest on w rzeczywistości. Czytasz dalej na własne ryzyko, benevole lector. ;) pamiętaj, tekst literacki powinien bronić się sam, bez wyjaśnień odautorskich.



Oj, zabolała krytyka, zabolała. Ale po raz pierwszy szczera i bezlitosna krytyka, muszę dodać.

Co tu dużo kryć - zgadzam się ze wszystkimi postawionymi tekstowi zarzutami i stwierdzam z pokorą że to głównie mea culpa.

Ale, bo zawsze muszę dodać jakieś "ale", muszę oczywiście napisac kilka słów w samoobronie siebie i swej pracy powstałej w pocie czoła. Odkładam na razie na bok wszystkie stwierdzenia mówiące, że tekst literacki powinien bronić się sam. Oto co mam do powiedznia, nim zamilknę i pozwlę następnej osobie skomentować tekst:



1. W kwestii tego że uznałeś tekst za opowiadanie grozy - cóż, tu tkwi ten diabeł co to zwykle w szczegółach siedzi. Tekst nie był zamierzony jako opowiadanie grozy i nigdy do czegoś takiego nie aspirował. Jest to, czy tez miał być, pastisz stylu Lovecrafta, z lekka domieszką Pana Poe. Wyszło jak wyszło, nie widać tego pewnie na pierwszy rzut oka. Za co jestem wdzięczny w tym punkcie to otworzenie mi oczu na to jak ten tekst widzi osoba nei znająca Lovecrafta. Ale naprawdę, to nigdy nie miało być opowiadanie grozy, czytelnik co najwyżej miał się uśmiechnąc w paru momentach.



2. W kwestii opisów potworów i mojej domniemanej wyobraźni - cóż, zawsze uśmiecham się sam do siebie gdy ludzie mi mówią żem fajne potworki wymyślił. A tak naprawdę to z nimi jest tak że jedno malutkie zdanie w tekście może zmienić całą jego percepcję. W jednym momencie, gdy czekali przed przyzwaniem na północ napisałem że palili mistyczne zioła, takei ziółka często maja niezgorsze właściwości halucynogenne - moim zamiarem było zasugerowanie że chłopaki po prostu naćpały się i widziały zwyczajne rzeczy w niezwyczajnym świetle. Stąd notka z raportu komendanta straży pożarnej na końcu. Z niej można się domyślić czym tak naprawde były owe straszne i niewypowiedziane okropieństwa. ;) Ale tu tez się zgadzam z komentarzem - nie jest prosto się tego domyślić, zabieg literacki udał się co najwyżej częściowo.



3. Natłok akcji - owszem, przesadziłem moze nieco. Zgadzam się w pełni.



4. "Hej chłopaki, a może sprawczimy jakie plugastwo do nas przybędzie?" - no cóż, twierdzisz że jest to nierealne i nielogiczne, że nikt przy zdrowych zmysłach nie postąpiłby tak. Chyba prawdą zatem jest to, co Anglicy mawiają. "Life can be stranger than fiction" - owszem, bywa. Wiem z doświadczenia własnego że tacy ludzie znaleźliby się. Ba, sam bym tak postąpił, z czystej ciekawości. Ale racji trochę masz i tak... :(



5. Już mi kilkoro ludzi wypominało tych nieszczęsnych przyjaciół bohatera, że tacy oni smutni, samotni i w ogóle nienazwani. To jak najbardziej jest zabieg celowy, Lovecraft prawie zawsze kładł nacisk na głównego bohatera - a że to miał być pastisz to i ja to zrobiłem... a wyszło jak wyszło.



6. W kwestii stylizacji - kurczę, myślałem że nienajgorzej mi wyszła a tu niespodzianka. Point taken, dzięki za szczerą opinię.



7. Odnośnie nawiązania do Kinga - nieświadome. Nawet owego Pennywise nie czytałem... a Kinga lubię.



8. A odnośnie podchodzenia do dzieł produkcji własnej z dystansem - ależ ja to właśnie robię, odkąd tylko nacisnę pierwszy klawisz na klawiaturze przy pisaniu czegokolwiek. I bynajmniej nie jestem rzczarowany że moje małe dziełko zostało wycenione na 3 - po pierwsze: co człowiek to opinia, po drugie: masz sporo racji, po trzecie: krytyka nie ma na celu zniszczenie autora, ona ma motywować. Poczułem się zmotywowany.



Dobra, to ja tylko jeszcze raz przypomnę, w rozpaczliwej próbie obrony swojego dzieła zapewne, że to nie miało być opowiadanie grozy a pastisz Lovecrafta. I to bynajmniej nie pastisz złosliwy czy sarkastyczny - H.P.L. to jeden z moich ulubionych, jeśli nie ulubiony, pisarz...



Dobra, to czekam na opinię kogoś kto Lovecrafta czytuje. Może wreszcie ktoś mnie doceni, bo ja taki niedowartościowany... ;)



Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1004
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Postautor: Łasic » pt 26 paź 2007, 17:02

Więc ja Ciebie dowartościuję.



Podobało mi się. Lovecrafta nie czytałam jeszcze, kiedy przejrzałam pierwsze akapity - w pamięci zaświtał mi Poe. Udana stylizacja na archaiczny język.



Mam do tego słabość przez dziadka, który takim właśnie językiem się posługiwał. Np. nie mówił "twarz' - tylko 'fizjognomia'. Poza tym był zmarnowanym talentem literackim, którego zakatrupiła wojna, bieda, alkohol a na starość depresja.



Czemu o tym wspominam? Wyobraź sobie starca, pomarszczonego i suchego jak współczesna anorektyczka, który mówi:

"Nie pójdę dziś spać, wnuczko. Obejrzę Discovery w telewizji. Jeztem zmęczony, ale boję się tej gęby, która wyjdzie ze ściany, kiedy przyłożę tylko głowę do pościeli".



MASAKRA - miałam może 13 lat i wtedy odkryłam, co to bezsenność.



Dlatego lubię takie teksty, lubię bajki a la starcze opowieści. Po prostu bliski mi klimat.



A teraz, jako weryfikator:



Jeden taki tekst przejdzie, spokojnie. Następnym razem chciałabym zobaczyć coś, czego nie wzorowałbyś na innych tekstach.



W niektórych fragmentach zatracałeś ten styl - no cóż, wyłapałam to, z góry wiedząc, że nie urodziłeś się w latach dwudziestych zeszłego stulecia.



Klimat jest, nie będę czepiała się realizmu.



Błędy - kilka interpunkcyjnych wyłapałam. Nic więcej.



Oceny nie postawię, nie byłaby obiektywna.

Czytałam z przyjemnością - poczekam na coś innego Twojego autorstwa.



Grunt, to wypracować własny styl. Wzorowanie - nawet udane - nie będzie nigdy miarą talentu.


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.

Awatar użytkownika
Mich'Ael
Umysł pisarza
Posty: 793
Rejestracja: ndz 16 wrz 2007, 10:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Iłża
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Mich'Ael » sob 27 paź 2007, 09:14

Ależ ja już mam własny styl. :) I kilka opowiadań w nim popełnionych. Spokojnie, wrzucę w końcu. Jak już gdzieśtam napisałem - to opowiadanie jest jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym w ogóle, tekstem literackim za jaki kiedykolwiek się zabrałem. Napisane pod przemożnym wpływem twórczości HPLa, w pospiechu i niestarannie. Potem siedziałem nad nim naprawdę długo, poprawiając styl i niedorzeczności tam gdzie uważałem to za stosowne, wyłapując błędy - ale oczywiście nie wszystko poprawiłem, człowiekiem tylko będąc. ;). Znacie pewnie ten ból - kiedy już stworzy się jakis, naszym zdaniem, udany fragmencik tekstu to owszem, można go próbowac poprawić. Ale skasować? Pozbyć się, tak po prostu, wytworu naszego umysłu? Pewnie znacie, każdy kto coś pisze na pewno tak ma. Więc mimo że niektóre partie tekstu ewidentnie mi nie pasowały do tego opowiadania to je zostawiłem.

A tak poza tym - hurra, pierwsza pozytywna opinia. 2:1. :) Tak podejrzewałem że komuś kto czytywał HPLa się powinno spodobać, jest takie... takie... niewypowiedzianie plugawe. ;)




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 8 gości