Sprzątacz z Los Alamos

1
Sprzątacz z Los Alamos

Jakże ciężko szło wstawanie z łóżka w poniedziałek rano! Nadejście ósmej zdradzały promyki słońca padające na moją twarz przez okienko baraku. Z niechęcią wystawiłem twarz spod ciepłego koca.

- Cholera, oby tylko nie było za późno! - pomyślałem.

Podniosłem się z przepoconego materaca, niepewnie stawiając stopy na szczeblach drabinki prowadzącej na dół. Twardo stanąłem na nogi. W więzieniach na pewno mają wygodniejsze prycze – byłem tego pewien, masując zbolałe plecy. O dziwo, tego dnia humor mi dopisywał, pomimo braku obiektywnych powodów do szeroko pojmowanej radości.

Mieszkałem przecież w klitce wynoszącej - mniej więcej - kilkanaście metrów kwadratowych, dzieląc jej wnętrze z czterema osobami. W tym ciasnym pomieszczeniu ledwo starczało miejsca na moją skromną garderobę, wynoszącą oprócz roboczego uniformu w kolorze niebieskim kolejno: parę koszul, kilka gaci i jedne jeansowe spodnie, które zawieszone były na ramie łóżka. Wzdrygałem się na samą myśl o praniu ręcznym wszystkich tych łachów – niejednokrotnie musiałem to robić, jednak sama myśl o wzięciu tarki i detergentu w dłoń mnie odstręczała. Manewrując w wąskiej przestrzeni pomiędzy łóżkami, zawiesiłem wzrok na gigantycznym plakacie, przymocowanym skrawkami taśmy izolacyjnej do ściany. Widniała na nim cycata blondyna o włosach spiętych w kok, zalotnie unosząc sukienkę koloru cytrynowego – ukazując przy tym biel swoich majtek. Mmm.

Wiedziałem, że wynalazki tego typu należały do stałego repertuaru Steve’a, który umiejscowił się tuż przy drzwiach wejściowych i ostro czesał jeża pod kołdrą. Nieszkodliwy typ, w dodatku zawsze robił t o cicho, co przy takim zagęszczeniu osób jak u nas, należało niewątpliwie do zalet. O wiele bardziej od masturbacyjnych ekscesów Steve’a irytowało mnie zachowanie grubego Roberta, który zajmował łózko piętro niżej i pierdział niemiłosiernie, akurat w momencie gdy próbowałem zasnąć. A wszystkie lotne produkty jego trawienia oczywiście trafiały prosto do mojego nosa, gdyż miałem łózko tuż nad nim. Wtedy krzyczałem coś w stylu: „Robert, Robert ty gruba świnio”, w zamian za te okrzyki leżący niżej Roberto Parmezane (zgadza się - imigrant włoskiego pochodzenia) wyzwał mnie od tępych szmat. Widocznie nie dane nam było żyć w przyjaźni.

Kierując się ku wyjściu, otworzyłem drzwiczki drewnianej szafki, sięgając z półki przybory do porannej toalety – toporną maszynkę do golenia z grubą, czarną rączką. Przekręcając klucz w zamku zastanawiałem się nad dzisiejszą sytuacją. Gdzie oni, do licha są? Gdzie podział się tłusty Robert? Steve? John? Charles? Gdzie mogli się znajdować moi współtowarzysze w niedoli?

Udałem się marszobiegiem do baraku łazienkowego. Po drodze, z lewej strony mignęło mi kilka drewnianych domków - z zewnątrz wyglądały naprawdę nieźle. Ramy okien były pobielane gaszonym wapnem, a deski budujące ściany połyskiwały od bordowego impregnatu. Jedynie wnętrze baraków miało swoje drobne mankamenty. Ośrodek w Los Alamos starał się dbać o swoich pracowników, nawet jeśli chodziło o zwykłych przynieś-podaj-pozamiataj, takich jak ja. Mimo dogodnych warunków funkcjonowania, nasza piątka plasowała się najniżej w całej robotniczej hierarchii - a teraz wyglądało na to, że zostałem kompletnie sam.

Starając się sklecić naprędce jakieś wyjaśnienie dla dozorcy, otworzyłem białe drzwi prowadzące do środka łazienki. Nikogo. Przy samym wejściu, na prawo od drzwi, spozierały na mnie dwie emaliowane umywalki, z ledwością trzymające się w ścianie. Strach było puścić wodę z kranu. W głębi pomieszczenia znajdował się rząd pięciu kibli – inteligentny pomysł, zwłaszcza że w pobliżu był jeden taki budynek jak ten w przeliczeniu na sto osób, co skutkowało gigantycznymi kolejkami koło dwudziestej. Położyłem swoje przybory do golenia na zlewie - pozwoliłem sobie na odrobinę uśmiechu, jak przy wstawaniu. Ha-ha, hu-hu, je-je. Podśpiewywałem pod nosem. Gdzie te kutasy się podziały?

Wziąłem w dłoń kostkę mydła nieznanego pochodzenia, leżącą na powierzchni umywalki. Starannie namydliłem swoją parszywą gębę. W przetartym lustrze łazienkowym odbijały się moje podkrążone oczy, nierówny owal twarzy i krótko ścięte włosy. Złapałem za maszynkę do golenia z wymiennymi ostrzami. Całe szczęście, że dostałem ją z przydziału - dokładnie takie same ustrojstwa znajdowały się na wyposażeniu naszej armii. Wyglądały siermiężnie - toporna plastikowa rączka przypominała karabinową lufę, jednak spisywały się doskonale.

Z mozołem czekam, aż kran przestanie wypluwać rdzawą breję, pozwalając mi na ogolenie się z użyciem czystej wody. Wciąż patrzę na tę samą twarz - jedynie pozbawioną kłaczków brunatnej szczeciny. Kilka chlapnięć wodą, chwila na odlanie się, staranne mycie rąk przed ostatecznym opuszczeniem łazienki – tyle zostaje z wolnego czasu na dziś. Z głównej bazy wypuszczą mnie pewnie koło dwudziestej pierwszej wieczorem. Ucieszony wolnością, zjem na szybko konserwę mięsną, zagryzając pajdą chleba. Ostatecznie padnę zmęczony na wyro i zwyzywam Roberta za puszczanie gazów, po czym łaskawy Morfeusz przyjmie mnie w swoje objęcia. Jak pozwolą mi wyjść z Alamos wcześniej, to przysięgam że pogonię tego grubasa, nim tylko zdąży się spierdzieć.

Zakasałem rękawy uniformu sprzątacza, kierując swoje kroki w stronę stróżówki przy punkcie 2B – wejścia dla pracowników mniej lotnych umysłowo. Droga do bramy mierzyła kilkaset metrów, z racji iż tutejsza okolica nie obfitowała w lasy – nawet z takiej odległości dostrzegałem zarysy zakamuflowanych budynków uniwersytetu. Obecnie ich rdzawoczerwone dachy pokrywała siatka maskująca, stanowiącą zabezpieczenie przed ewentualnym nalotem bombowym. Tam zmierzałem, pilnie oczekując aż wręczą mi w dłoń miotłę i szufelkę, ku chwale wielkiej Ameryki. Charles, kurwa! Co ja będę cały dzień bez ciebie robił? Co z naszym planem zatytułowanym “nie-dopuścić-do-zmęczenia-za-wszelką-cenę”? A jeśli wszyscy znajdują się już na swoich miejscach, grzecznie zamiatając korytarze, a tylko mnie zdarzyło się zaspać? Brr. Wzdrygnąłem się na myśl o możliwych konsekwencjach takiej sytuacji. Szybciej więc! Przyspieszając kroku, docieram do stróżówki. Przede mną widnieje ogromy szlaban. Wnętrze budki, w której zwykł stać ochroniarz ziało pustką. Co teraz? Mała furtka tuż obok szlabanu wyglądała bezsprzecznie na otwartą. Wyobraźnia podsuwała do głowy najróżniejsze scenariusze, choćby i ucieczkę Japończyków z obozu jenieckiego położonego kilka kilometrów za Santa Fe - zmasowany desant skośnookich żołnierzy na Los Alamos nie był więc aż tak nieprawdopodobny. Nieposkromiona ciekawość pchała mnie do wyjaśnienia tej zagadki. Do przebycia miałem jedynie odcinek betonowej drogi o piaszczystym poboczu, prowadzący mnie do wielkiej, drewnianej bramy wojskowego budynku.

[align=center]***[/align]

Z wolna szurałem palcami po zakurzonym blacie, próbując dociec przyczyny obecnego stanu ośrodka Los Alamos. Przeszedłem przez wyludnioną “komorę dekontaminacyjną” w starym hangarze lotniczym. Pobyt w niej polegał na tym, że dwójka rosłych mięśniaków obmacywała cię po wszystkich zakamarkach ciała w poszukiwaniu jakiegoś podsłuchu. Nam jako pracownikom, oszczędzono grzebania w tylnym odcinku jelita grubego. Ponoć ci siłacze chętnie i bez skrępowania zajmowali się sobą po godzinach - jeżeli oczywiście wierzyć plotkom rozsiewanym przez Steve’a. A tamci dzisiaj gdzieś zniknęli.

Gdy dotarłem na główny korytarz, dokoła mnie nie widniał nawet skrawek żywej duszy. W koszu brakowało zwyczajowej sterty papierów, posadzka z przetartego granitu - odmiennie niż zwykle - zdawała się lśnić. A przecież stary Joshua Dimethydrate był skąpy jak diabli, gdy chodziło o używanie płynu do czyszczenia podłóg. Jeszcze kilka dni temu wnętrze tych korytarzy tętniło życiem, w szarych olejowanych ścianach budynku czwartego kłębiły się zabiegane sylwetki naukowców. Może właśnie dlatego odczuwałem dzisiaj delikatne ukłucie bólu – wczoraj byłem jeszcze kimś ważnym, czułem się przez moment częścią rozentuzjazmowanego tłumu. Ba! Byłem na swój sposób prawdziwym amerykańskim patriotą! To nic, że tylko latałem jak pies z wywieszonym jęzorem, cóż że jedynie przecierałem posadzki z uśmiechem na ustach.

Pozwolono mi w drodze wyjątku podawać kawę – a w przypływie twórczego geniuszu, jeden z pracowników umysłowych Los Alamos wypaplał mi na ucho swoje sekrety o żonie, która w łóżku stawała się coraz to bardziej podobna do ociosanej kłody. W nocy zaś znikała, krążąc po rogatkach przepastnego kompleksu i czuć było od niej jaśminową woń. Poklepałem jajogłowego po plecach, mówiąc coś w stylu “będzie dobrze”. Teraz nie było ani jajogłowych, ani idiotów. Czułem się jak zabłąkana robotnica w opustoszałym ulu.

Pewne osoby (a konkretnie banda pupilków profesora Richarda - Mariansky, Clattin, Hardy-Greenberg i Papeyron) traktowały mnie jak powietrze. Cholerna naukowa junta.Nie życzyły sobie mnie tutaj z bliżej nieznanych powodów, stąd miałem zakaz zbliżania się do pokoju Feynmana i Opppenheimera. Ten drugi wyglądał jak żywa śmierć – zawsze trupioblady, o spojrzeniu zimnym jak lód. Oczy ciemne jak dwa małe węgielki, które odwracały uwagę od jego garbatego nosa. Poruszał się z mozołem, niczym ogromny Golem z izraelskiej legendy. Śmiali się z niego, gdy tylko wchodził do swojego pokoju z numerem siedemnaście, podobno pracując nad niezmiernie ważną kwestią. Pamiętam go tylko za jeden moment, gdy zmieszał Mariansky’ego i Clattina z błotem. Długo dochodzili do siebie i w tych swoich fartuszkach siorbali kawę. Cieszyłem się nawet, że im tak dogadał. Ale nazajutrz mu przeszło i nawijał im makaron na uszy o jakichś nowych teoriach. Jego spojrzenie przywodziło na myśl wiązkę skupionej ciemności (ale przecież to tylko brak światła - czyż nie?), która wraz z upływem czasu zdawała się zagarniać dla siebie coraz to większy obszar.

Co innego Feynman. Wszędzie było go pełno, krzątał się zapalczywie po tych wszystkich korytarzykach. Rozmawiał to z dyrektorem, to znów podchodził do jakiegoś szaraczka, wyjaśniając mu zawiłości badanej sprawy. Ten człowiek znał odpowiedź na każde pytanie. Jednak gdy tłumaczył czysto matematyczne zagadnienia (a działo się to rzadko), wolałem dyskretnie usunąć się w kąt. Odpływałem wtedy myślami, żałując nieporadności zarobkowej swojej matki - poskutkowało to brakiem pieniędzy na opłacenie studiów. Garnąłem się do roboty niczym psia przylepa, pragnąc uzbierać możliwie dużo pieniędzy - jednak niewiele udało mi się zdziałać w tej materii. Myśl o poddaniu się - lub co gorsza, bezrobociu budziła we mnie przerażenie. Jednak tylko do pewnego momentu. W jeden z szarych, marcowych dni naprawiałem słup telefoniczny przy 71. Alley, a moja matka chora na gruźlicę umierała krztusząc się flegmą - nie stać mnie było nawet na lekarza, który stwierdziłby dokładną przyczynę śmierci, nie mówiąc już o godnym pogrzebie. Pochowano ją wewnątrz trumny ze sklejki. Z bólem serca dokończyłem swoją edukację w zawodzie, otrzymując papiery elektryka, ale i tak pogrążyłem się w otchłani bezrobocia. Wujek przez Chomryeinego wkręcił mnie więc tutaj - jako sprzątacza w Los Alamos.

Moją uwagę przykuła kremowożółta kartka papieru w jednej z wysuniętych szuflad. Gdy tylko zobaczyłem widniejący na niej rysunek - kontur kobiecych pleców na tle ściany porośniętej winoroślą, to znów przypomniał mi się Feynman. Umiał urzeczywistnić swój geniusz na każdy możliwy sposób. W jego dłoni ołówek mknął jak zaczarowany, sunął po bezdrożach kreowanego świata. Na kolejnej kartce szkicował żeńską twarz widzianą z profilu. Z mojej perspektywy, wyglądała ona niczym rozszalały żywioł, huragan uczuć o ciemnych włosach. Z jaką siłą profesor Richard musiał kochać swoją Arlene!

Cała naukowa zawartość, z która spotykałem się jeszcze przedwczoraj wsiąknęła niczym kamfora. Zmazano nawet te wielkie, dwumetrowe tablice które widniały w jednej z dwóch dużych sal. Na ich zielonych powierzchniach nie pozostał choć skrawek z matematyczno-fizycznych wzorów. Usłyszałem kroki dobiegające z korytarza nieopodal pokoju Oppenheimera - niezbity dowód ludzkiej obecności. Tembr kroków narastał. Byłem pewien tego, że ktoś się do mnie zbliżał.

-Halo, jest tam kto?! – rozpoznałem lekko wystraszony głos poczciwego zastępcy dozorcy. Był już staruszkiem, pochodził pod sześćdziesiątkę. Zapisywał mi zawsze o dwadzieścia minut pracy więcej w swoim kajecie i zawsze, ale to zawsze chodził z pękiem pełnym kluczy zawieszonym na pasku, uśmiechając się przy tym pełną gębą. Lubiłem go.

- O, pan Paul Seedgrow! Właśnie pana szukałem. Niech pan pędzi na główny plac, zaraz odjeżdżają do Santa Fe!

[align=center]***[/align]

Spoglądałem przez szybę pojazdu na monotonny, preriowy krajobraz. Bezkresne połacie równin zdawały się zalewać cały świat, przygniatając go swoim bezmiarem. Zająłem miejsce na samym tyle autobusu. Było nas zaledwie kilku, nieliczne osoby siedziały dwójkami na przednich miejscach. Widziałem z daleka ich spracowane, zahartowane wysiłkiem twarze. Z pewnością wrócą oni do domu z rozmaitymi wspomnieniami i sowitą wypłatą - zapewne przywita ich na progu żona o bujnych kształtach, ciesząc się wraz ze swoim mężem spawaczem (zarabiali najwięcej) nieskrępowaną radością. Nerwowo przygryzłem dolną wargę. Nie każdemu pisane jest szczęście.

Busem szarpnęło przez moment, a ja zauważyłem jak zmieniła się okolica. Zbliżaliśmy się do opuszczonych pół naftowych. Źródło z ropą wyschło pod koniec lat dwudziestych, a Wielki Kryzys jedynie dopełnił resztę procesu powolnej degradacji. W taki sposób, koło mojej mieściny straszyły rzędy wież wiertniczych, wyglądających niczym przewrócone kostki ogromnego domina. Im bliżej Santa Fe byliśmy, tym krajobraz stawał się coraz zieleńszy. Co ciekawe - nawet w okolicach wspomnianych wcześniej pól naftowych można było dostrzec kępy krzaków, które zarastały ponure resztki wydobywczej maszynerii. Pobocze drogi porastały pojedyncze drzewa - sądząc po niegościnności terenu, wyglądały na zasadzone celowo. Już teraz mogłem dostrzec z oddali kontury małego miasteczka - miejsca swoich narodzin, beztroskiego dzieciństwa. Trudów dorastania. To tutaj chodziłem do szkoły, tutaj właśnie spędziłem całe swoje dwudziestotrzyletnie życie. A teraz powracam jak wyrodny syn na matczyne łono. Bus przyspiesza, obijam się o szybę - to znów o bakelit siedzenia, kurczowo zaciskając swój niewielki bagaż w dłoniach. Koniecznie musiałem zobaczyć poczciwego wujka Leonarda na miejscu, chcąc podziękować mu za otrzymane miejsce zatrudnienia. Mimo to, po powrocie do miasta chciałem samemu rozejrzeć się za jakąś robotą, oszczędzając kłopotów wujowi. W grę wchodziła możliwość podjęcia nauki - miałem przecież jeszcze niewielką sumkę przy sobie, która w połączeniu z pracą pozwoliłaby mi na – być może! – uzyskanie dyplomu inżyniera.

W chwili, gdy pojazd minął kolejny zakręt, przeszył mnie ciepły dreszcz. Na widok tej szczególnej kępy zarośli poczułem mimowolne ukłucie w brzuchu. Znajome miejsce leżało jeszcze w obrębie opuszczonego pola naftowego. Zorientowałem się natychmiast, jak blisko miasteczka musimy się już znajdować. Dziesięć minut z pewnością starczy kierowcy na osiągnięcie celu podróży.

Na rodzinnej ziemi przywitał mnie skwar i duszna spiekota zenitowego słońca. Niemrawo doczłapałem się do okolic sklepu wielobranżowego braci Athe and Dee - postanowiłem jednak nie wstępować do środka, obierając kurs prowadzący mnie w stronę własnego lokum. Moje mieszkanie mieściło się przy 21. Street w dwupiętrowym, drewnianym budynku - a dokładniej na samym poddaszu. Po drodze mijałem Murzynów o zapadniętych z goryczy, wychudłych twarzach i śnieżnobiałych, perlistych wręcz zębach. Wycieńczeni mężczyźni harowali w pocie czoła niczym rój wielkich, czarnych mrówek. Kobiety natomiast, ubrane w zetlałe suknie, wychylały się sporadycznie spośród tłumu – także i je pochłaniała niewdzięczna praca dla właściciela sklepu narzędziowego. Ominąłem murzyńską zbieraninę i tego obmierzłego knura z wyrazem obrzydzenia na twarzy, zwyczajnie przechodząc na drugą stronę ulicy.

Kwintesencja Santa Fe to lejący się z nieba żar i pył zaklejający usta. Czasami (dokładniej - w lipcu bądź sierpniu) zdarzają się tutaj okresy ulewnego deszczu, potrafiące trwać nawet dwa tygodnie. Strugi cieknącej wody spłukują wtedy cały - wyglądający jak misterna pajęczyna - kurz z domów, chat i innych zabudowań miasta. Jeśli zaś leje jak z cebra wystarczająco długo, choćby i przez tydzień – to wtedy wiem, że na mojej podłodze utworzyło się grząskie bajoro. Miałem nieszczelny dach, a w rezultacie przeciekający sufit. Obiłem go nieco sianem, by nie przemoknąć do szpiku kości - rezultaty pozostawiały jednak wiele do życzenia. Zależało mi bardzo, aby tuż po powrocie udać się do wuja z podziękowaniami, obecnie był przecież jedynym żyjącym członkiem mojej rodziny. Gdyby nie on, pewnie przymierałbym głodem w swoich czterech ścianach. A tak miałem zatrudnienie, otrzymując całkiem niezłą wypłatę jak na warunki przeciągającej się nieco wojny. Upadek Trzeciej Rzeszy może i pozostawał kwestią tygodni, ale wciąż w militarnej grze brali udział inni alianci Hitlera, tacy jak Japonia. Z takimi to nic nie wiadomo. Oby ta paranoja skończyła się jak najszybciej – od zawsze popierałem ruch izolacjonistów.

Moim oczom w końcu ukazała się znajoma fasada budynku. Zrobiłem głęboki wdech, wciągnąwszy powietrze nosem. Tak pachniało moje przedwyjazdowe życie - przede mną roztaczała się ciężka woń radości przemieszanej z rozpaczą. Nareszcie w domu. Pozostało jedynie otworzyć ciężkie wejściowe drzwi i wdrapać się na ostatnie piętro.

Nim zdążyłem wejść po schodach na pierwszy stopień, zobaczyłem panią Green w różowym szlafroku. Miała włosy rude jak ogon wiewiórki, a temperament jak reszta tego zwierza. Nie przepuściła chyba żadnej okazji, by zdradzić swojego męża.

- Pan Paul? Och, jak mi przykro. Pański wujek nie żyje. Zmarł wczoraj wieczorem.

[align=center]***[/align]

Z ciężkim sercem rozejrzałem się po swoim mieszkaniu. Większość pokoju zajmowała kompletna pustka – jedynie przy ścianie naprzeciwko drzwi wejściowych spoglądał na mnie stary książkowy regał, zaopatrzony w kilka starych wydań podręczników do matematyki - oraz tytuły takie jak Modele dynamiki fizycznej dla inżynierów z roku 1936. Staroć. Ostanie dwa miesiące nie przyniosły ze sobą spodziewanych opadów. Mogłem więc bez przeszkód cieszyć się suchym poddaszem. Tuż obok łóżka leżał radioodbiornik - model New Emerson Bedroom Radio z 1938, o trójczęściowym głośniku i dużym pokrętle.

- Leonardo - co z ciebie był za człowiek – pomyślałem, przez moment chowając twarz w dłoniach.

Mój wujek wyglądał niepozornie, niczym wysuszony kokon, z ostrymi rysami twarzy. Całości opisanego obrazu dopełniał niski wzrost wuja i pracowity charakter, a także wrodzona pogoda ducha. Dzięki niemu do dziś miałem resztki motywacji. W dzieciństwie z zapartym tchem słuchałem jego opowieści - o przepastnych krainach, w których budowano mosty z płynnej stali, odbijającej się refleksami w Krainach Wiecznych Słońc, czy też tajemniczej fregacie niszczycieli na morzu pełnym rtęci. Kiedy indziej opowiadał o wielkich owadach zbudowanych w całości ze złota i platyny, inkrustowanych diamentami, zamykanych w skrzyniach z płonącego litu, jarzących się jak pochodnie po spotkaniu z kroplą wody, zaś nad mitycznym skarbcem pieczę sprawowały miedziane węże okablowania elektrycznego. Ten człowiek miał przepastną wyobraźnię. Był inżynierem ze szkoły w Michigan - jeszcze starej daty, pamiętającym czasy carskiej Rosji i bitwę w cieśninie Dardanele.

Gdy tylko chciałem rzucić swoje graty na krzesło bez oparcia stojące obok łózka, usłyszałem pukanie do drzwi. Puk, puuuuk, puk. Puk-puk-puk. W mgnieniu oka rozpoznałem szyfr. Trzy długie dźwięki, w środku jeden najdłuższy i zaraz po nim seria krótkich. Tylko jedna osoba na świecie była zdolna do takiej kombinacji – a był nią Stary Henry. Otworzyłem mu.
- Witaj, Paul. Dawno cię nie było – wystarczyło mi pobieżnie rzucić okiem na niego, by stwierdzić że od naszego ostatniego spotkania nie zmienił się nic a nic. Wciąż miał te same długie, ciemne i ohydnie tłuste włosy, sięgające mu do ramion, u nasady siwe niczym wypolerowana srebrna łyżeczka. Jego oczy przypominały resztkę z ciemnego portera zostającego na dnie kufla. Oczy piwne, życie dziwne. Henry wpasowywał się idealnie w tą definicję. Przystępował teraz z nogi na nogę, dyskretnie zacierając ręce. Czekał na mój ruch.

- To co – jesteś gotowy, Seedgrow? Tam gdzie wtedy, pamiętasz chyba, nie? – ogniki w jego oczach zdradzały wszystko, co powinienem wiedzieć.

A wiec skierowaliśmy się TAM. Henry nie chciał puścić pary z gęby, dopóki nie minęliśmy ostatniego budynku miejskich zabudowań – zrujnowanej stacji kolejowej. Gdy tylko przeszliśmy opuszczonymi torami, kierując się w stronę upadłych wież pola naftowego - ten debil nareszcie raczył się odezwać.

- Maki. Moje cudeńka, moje cacuszka. Pamiętasz jak je sadziliśmy dwa miesiące temu? Ja kołowałem towar, a ty ziemię. Te cioty z antynarkotykowej nigdy się nie kapną, że coś tu sadzimy! – jego entuzjazm nieco mnie przytłaczał.

W istocie, pomysł był genialny – wykopać ogromny dół koło kępy krzaków na polu naftowym, pokryć go od wewnątrz nieco dziurawymi materiałami nieprzepuszczającymi wody i voila. Uprawa nielegalnego maku, założona przez starego opiatowca (Henry oprócz opium intensywnie ćpał heroinę) i młodego pracownika Los Alamos była gotowa.

Należało do czynności „grodzenia” podejść możliwie ostrożnie – by nie dopuścić do nadmiaru zatrzymywanej wody, która mogłaby spowodować gnicie naszych drogocennych sadzonek. Przegięcie w stronę suszy także było niewskazane. By wyeliminować to ryzyko - Stary Henry co tydzień doglądał wzrastających siewek, przeradzających się w młode roślinki – patrząc tylko na niego, byłem pewien, że ogołocił już jakiś skrawek pola z maków. Miał tępy uśmiech wymalowany na twarzy i źrenice wielkości szpilek.

Czasami potrafiłem poznać, na czym jest dokładnie – gdy był na morfinie, wpadał w dziwny błogostan i oznajmiał wszystkich o swojej dozgonnej miłości (gdy faza mu schodziła, twierdził że to pedalskie i wracał do grzania opium albo heroiny). Cały Henry.

- Patrz na tego. Śliczny kwiatuszek, torebeczka, torebunia! – puściłem te jego zdrobnienia mimo uszu. Tym razem naprawdę miał się czym zachwycać. Spoglądałem razem z nim na równiutkie rzędy wychylających się z ziemi pędów, zakończonych zielonymi torebkami – niektóre z nich już rozkwitały, tworząc zawiązek okwiatu. – No chodź do mnie… - po czym Henry wyciąga przerdzewiały scyzoryk(to cud, że ten idiota nie ma tężca) i nacina jedną z makowych główek. Czekamy w skupieniu, aż wypłynie białawe mleczko, które ten natychmiast zlizuje, pochylony w pozycji niemal leżącej. Obracam się, nie chcąc uczestniczyć w intymnych chwilach Henry’ego (miałem nieodparte wrażenie, że on traktuje to jak robienie minety).

- Tfuu! Gorzkie! Dobrze! – po tej serii okrzyków poznaję, iż nie musze się martwić. – Gorzki mak, słodko klepie – dodał, wstając z kolan. Niektóre jego sentencje znałem już na pamięć.

- Co robimy?

- Zbieramy całe maki. Nacinać będziemy w domu. Tu nie Indie, czy Chiny z wojen opiumowych. Wyrywamy wraz z korzeniami, a dziesięć z nich zostawiamy na nasiona. Resztę gleby przykryjemy jakimś żelastwem.

Ten człowiek czasami mnie zaskakiwał – miał wybujałe plany, ale tylko w niewielkiej dziedzinie życia. Niektórzy ludzie chyba rzeczywiście są stworzeni tylko do jednego. Henry zawsze mówił, że to przez matkę, która dawała mu przepłuczkę z maku, gdy ten ząbkował w dzieciństwie. Jednak dla mnie takie wyjaśnienia są mocno naciągane – ja przecież jej nie dostawałem, a ćpałem razem z nim.

[align=center]***[/align]

Uzyskane mleczko z naciętej torebki Papaver Somniferum należy ostrożnie ogrzewać na metalowej łyżce w odległości minimum dwudziestu centymetrów od płomienia kuchenki gazowej. By nie popatrzył mnie rozgrzany koniec łyżki, owijam dłoń kuchenną ścierką. Cierpliwie czekam, aż uzyskane opium przybierze brunatne zabarwienie – może być także kolor brązowy z odcieniami żółtego, lub nawet beżowy. Z moich obserwacji jednoznacznie wynika, iż najlepszy do ćpania jest ten ostatni. Niedozwolona jest jedynie czerń, znacząca jedynie to, że przeżyję o jeden dzień na haju mniej i cała partia towaru poszła właśnie na zmarnowanie.

Do podania dożylnego – injectio intravenosa stosuję niewielkie dawki specyfiku, wynoszące od czterech do pięciu zapałczanych główek. Łyżkę z gotowym opium pozostawiam na blacie stołu do wystygnięcia. Nożem uprzednio trzymanym pod płomieniem kuchenki zeskrobuję zaskorupiałe, wysuszone opium. Przy wspomnianym przeze mnie podaniu dożylnym, należy przede wszystkim postawić na sterylność. Pod ręką mam spirytus, który jak nic innego nadaje się do dezynfekcji newralgicznych obszarów ciała. Takich jak miejsce wkłucia.
Szklana strzykawka mieści w sobie dokładnie pięć centymetrów sześciennych płynu, zakładając maksymalne odciągnięcie tłoczka, jednak dla osiągniecia pożądanego efektu wystarczają dwa mililitry brunatnej cieczy.

Odmierzam stalową pęsetą (uprzednio moczoną w alkoholu!) kilka małych grudek opium. „Dobry towar rozpuszcza się w wodzie całkowicie” – tak zawsze mawiał mi Stary Henry. Miał rację. Dlatego kładę starannie wydzieloną ilość na drugiej łyżce, w której znajduje się odrobina przegotowanej wody i podgrzewam. Czekam. Nakładam igłę na czubek strzykawki. Chodź maleńka, no już – szepcze w myślach(Boże - już skończyłem jak mój siwowłosy przyjaciel). Obym tylko nie zapomniał o zdezynfekowaniu któregoś z elementów – mam wręcz obsesję na tym punkcie. Boje się strasznie złapania „gołej iskry” – krótkiego, trwającego zwykle kilka godzin stanu zapalnego. Delikwent, który znajduje się w tym stanie zwykle dostaje bardzo wysokiej gorączki, ocierającej się nawet o próg 104 stopni Fahrenheita, co odpowiadało czterdziestce w skali Celsjusza. Można nawet przez taką „iskrę” oszaleć. Oczywiście, ten idiota Henry brudnymi łapskami wstrzykuje sobie dożylnie, co tylko popadnie - opium potrafi ugotować nawet nad ogniskiem i jakoś żyje. Zwykły ćpun z niego. Gdy wszystko jest już we wnętrzu strzykawki (która prezentuje się nadzwyczaj dumnie z tą nałożoną igłą), odstawiam ją na wyznaczone miejsce (koniecznie sterylne!) wraz z łyżką. Przygotowany roztwór w pompce musi trochę ostygnąć, zanim nareszcie go walnę. Jako owej podkładki na którą, już po wkłuciu, grzecznie kładę strzykawkę wraz z igłą - używam Tajników matematyki stosowanej, z której całe życie bezskutecznie zakuwałem niezliczone ilości wzorów. Idiota. Debil. Ćpun taki sam jak Stary Henry – ani lepszy, ani gorszy.

Sama iniekcja nie stanowi dla mnie żadnego problemu. Wykonuję ją, można by rzec zawodowo. Gdy bardzo dużo daje się w żyłę, ta zaczyna w końcu odmawiać posłuszeństwa – staje się powoli coraz twardsza, a jej ścianka grubieje. Fachowo mówią na to zrosty. Kolejne zagrożenie znajduje się po stronie igły, która stępia się w miarę używania i po kilkudziesięciu wkłuciach wychodzi z ciała w dość bolesny sposób. Kilka tygodni pogrążania się w nałogu opiatowym wystarczyło mi na osiągniecie mistrzostwa w dawaniu sobie zastrzyków.

Wcześniej (zanim Henry pokazał mi dobrodziejstwo nowej metody) piłem makiwarę otrzymywaną w przystępny sposób, wrzucając wszystkie zielone części maku do olbrzymiego gara, a następnie wygotowując całą tę bezkształtną masę łodyg, liści i torebek makowych przez pół godziny. Wywar można było odparować, zwiększając tym samym jego moc. Tak zwana kondensacja fazy. Ja piłem całość od razu. Magiczny napar działał całkiem przyjemnie – jednak przy jego użyciu można było tylko zbliżyć się do granic euforii, dotykając jej nieśmiało (niczym całowanie oziębłej dziewczyny, która ma cię w dupie kompletnie i tylko odsuwa swoje słodziutkie usta od twoich).

W makiwarze pierwsze skrzypce grało błogie rozleniwienie, zaś we wstrzykiwanym opium dominowała wyraźna namiastka szczęścia – która to, słabnąc stopniowo pozostawiała po sobie lekkość odczuwania, znaną już z makowej esencji (znacznie lepiej przecież jest mieć dwie przyjemności w jednej - czyż nie?). W sytuacji gdy błogostan miał się ku końcowi, należało możliwie szybko i bez skrupułów przywalić kolejną dawkę. Jak to mawiał Stary Henry - czym się strułeś, tym się lecz.

[align=center]***[/align]

O kurwa. Teraz chyba przegiąłem. Zamiast dołożyć o jeden okruszek więcej, podwoiłem dawkę. A. Potem. Dorzuciłem. Jeszcze. To się nie mogło dobrze skończyć. Leje się ze mnie zimny pot. Zaraz. Chyba. Umrę. Dotychczasowy, spowolniony już rytm mojego serca stanie jak źle nakręcony zegar. Mam mroczki przed oczami. Decyduję się działać natychmiast i wybiegam z pokoju, obijając się o ściany, kurczowo łapię za mosiężną klamkę drzwi. Jestem. Na. Korytarzu. Pukam do drzwi obok, tych w kolorze hebanu. Walę w nie pięściami. Dyszę jak spocony szczur. Jest mi zimno i chce mi się rzygać. Prawie jak za pierwszym razem – no właśnie, prawie robi tutaj wielką różnicę. Krok od śmierci to chyba całkiem duża odległość. Robi. Się. Coraz. Ciemniej. Gdy straciłem już wszelką nadzieję i kładłem się na ziemię lotem nurkującym - drzwi się otwierają, a tajemnicza postać łapie mnie za ramię.

- No wstawaj… - zignorowałem kobiecy ton wskazujący na zażenowanie sytuacją, skupiając się na jego źródle.

Widniało przede mną wyrozumiałe oblicze ślicznej blondynki, o cudownie okrągłej twarzy i delikatnie zaróżowionych ustach. Rozpuszczone w nieładzie kosmyki włosów sięgały jej prawie do pasa, czyniąc z niej niemalże anioła. Błękit jej oczu przypominał odblask lustra wody w jednej z głębokich studni – a przy tym wyglądała, jakby miała zaraz pocałować mnie w czółko. Jednak po perypetiach ze swoim kumplem wyrobiłem w sobie nawyk sprawdzania źrenic każdej nowo poznanej osobie. A ta dziewczyna miała je duże. Kurewsko duże. Niemniej jednak, udało się jej zawlec mnie przez próg drzwi do środka – pomogłem jej w tym, niezdarnie odpychając się ręką od podłogi.

- Cześć. Jestem Edith. A ty? – zapytała mnie z tą samą anielską błogością w głosie, co przed chwilą.

- Miło, że pytasz – pomyślałem. – Paul Seedgrow – wyrzuciłem to z siebie jednym bezdechem.

Świat rozpadał się powoli - pochłaniając mnie gęstym mrokiem, skupiającym się na bokach mojego pola widzenia – jakby owa ciemność próbowała mnie zagarnąć do siebie. Wnętrze pokoju Edith emanowało swoistym ciepłem, przywodzącym na myśl fragmenty starych klisz, oglądanych pod płomieniem świecy. Pod swoja głową wyczuwałem mięciutki dywanik, a powierzchnia sufitu zdawała się rozpływać. O, Edith. Obróciłem na bok swoją łepetynę – dostrzegłem, że w jej mieszkaniu panował znacznie większy porządek niż w moim. Na wprost mnie widniała ogromna szafa, w której znajdowało się morze sukienek o ciasnym gorsecie i wykrochmalonych spódnic, również skrojonych na talię osy. Wyobrażałem sobie, jak cieplutko musi być pod jedną z takich spódniczek, między filigranowymi nóżkami Edith. Tuż obok szafy stało wąskie, jednoosobowe łóżko, nakryte satynową pościelą. Ze srebrnego gramofonu leciało A Good Man Is Hard To Find Eddiego Condona, napełniając mnie błogością. Tak - żałosny koniec, za to w jakim pięknym stylu – przy dźwiękach jazzu! Miałem wrażenie, że cisza panująca wokół materializuje się i siada mi na żebrach – w międzyczasie, dobiegał zza mnie odgłos przypominający kruszenie tabletek. Ujrzałem tylko gęstwinę włosów tej anielicy. Po chwili blondowłosa wybawicielka podsunęła mi coś pod nos.

- Wciągnij to – powiedziała swoim słodkim, otulającym jak pierzyna głosikiem. Posłuchałem się jej bez gadania. Czyli to tak – biała dama, hę? Momentalnie zapiekło mnie w nosie. Poleżałem jeszcze chwilę, przełykając gorzko-słony spływ, od którego znów zachciało mi się rzygać – pocharczałem wiec trochę, akurat gdy Edith schylała się nade mną. Jej zdawało się to nie przeszkadzać - wciąż na twarzy wymalowany miała swój nieziemski uśmiech. Wydawała mi się przerażająco dziwna na swój słodki sposób. Poczułem charakterystyczne kopnięcie wywołane wciągniętym proszkiem – wciąż nie wiedząc, co nim dokładnie było. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z faktu, iż w mojej dłoni cały czas znajdowała się strzykawka, a z lewego nadgarstka sączyła mi się strużka krwi. Edith w swojej niebieskiej sukience śmiała się jak szalona. Złapała mnie mocno za miejsce uprzedniego wkłucia, rozmazując wypływającą wciąż z niego krew. Było już jasne, że nie pozwoli mi wstać.

- Kocham cię – oboje wypowiedzieliśmy to w tym samym momencie. Drugą z dłoni – schodząc nią od szyi – długowłosa zaczepiła się na moim barku. Stykaliśmy się koniuszkami nosów, wpatrzeni w siebie.

- I co teraz? – zapytałem, nie odrywając wzroku od twarzy blondynki o różowiutkich policzkach.

- No nic – odparła, po czym zacisnęła ręce kurczowo wokół mojej klatki piersiowej. Leżeliśmy tak, znajdując się w absolutnym uniesieniu. Śmiałem się wraz z nią, a ona mi wtórowała. Miała żółte zęby. Ja pewnie też. Tarzaliśmy się po dywaniku, wtuleni w siebie – nie czułem upływu krwi, a jedynie jej długie, pełne kołtunów włosy wchodziły mi do ust. Fakt – musiała dawno ich nie myć, jednak całowałem ją dalej, wsiąkając w jej własny, kobiecy zapach. Edith, moje kochanie. Moja śliczna Edith. Rozpięła mi guziki w koszuli, a ja zrewanżowałem się zdjęciem ramiączek jej sukienki. Nie protestowała. Wsunąłem się pod jej kobaltowoniebieską sukienkę – między nami nie pozostawał nawet skrawek wolnej przestrzeni. Milczałem, gdy ta skraplała swoją czułość w pocałunkach. A dalej wszystko potoczyło się bardzo szybko, jakbyśmy odkrywali obce sobie światy. Zasnęliśmy nad ranem – spleceni prawie tak jak na samym początku, gdy przedawkowałem. Jedynie przez gęstwę jej włosów dostrzegałem blask sączącego się zza okna świtu. Kompletnie naga Edith tuliła się do mnie nawet przez sen, a mi ciężko było się od niej oderwać. Zresztą, nawet nie chciałem - od tamtej pory dane mi było nazywać się człowiekiem szczęśliwym.

[align=center]***[/align]

Wraz z prześliczną Edith kierowałem się do kina położonego przy 17. Street. W Blue Redgreen wyświetlali tamtego dnia Casablancę(codziennie od trzech lat, na zmianę z nieco nowszym Gaslight – publika w Santa Fe nie była zbyt wybredna w kwestii kinematografii). Im wystarczyło popatrzeć na Ingrid Bergman grającą w obydwu tych filmach, a ja miałem jeszcze do dyspozycji swoją blondyneczkę. Byliśmy już nieźle porobieni – jeszcze tego samego dnia, w którym poznałem Edith, nauczyłem ją wstrzykiwać sobie opium dożylnie, a ona odwdzięczyła mi się garścią tabletek zawierających po dziesięć miligramów benzedryny każda, w ładnym opakowaniu z napisem SMITH, KLINE & FRENCH LABORATORIES, PHILADELPHIA. Szybko wpadłem na to, że mogę zmieszać ze sobą zawartość piguł i działkę opium w jednej strzykawce, pakując to prosto w okablowanie. Moja blondowłosa wybawicielka pokazała mi także, jak pozbywać się wypełniacza, w celu uzyskania czyściutkiego siarczanu amfetaminy). Henry, z tego co pamiętam, nazywał taką mieszankę speedballem. Walić Henry’ego. Zanim jeszcze weszliśmy do kina, ucałowaliśmy się namiętnie, zasysając się w sobie jak nieznany gatunek małży. W taki oto sposób upewniłem się, że moja Edith naprawdę nie miała górnej jedynki, a także jednego zęba przedtrzonowego i siekacza. Prawdę mówiąc - język to całkiem niezłe narzędzie poznania. Jej postać cholernie mnie podniecała.

Jednak, gdy wychyliliśmy się zza rogu, pomyślałem, że warto będzie zachować choć cień pozorów, toteż przed wyblakłym szyldem Blue Redgreen staraliśmy okazywać sobie jak najmniej czułości – moja nieumyta blondyneczka trzymała mnie kurczowo za rękę, od czasu do czasu wodząc po niej swoimi opuszkami palców – mocno kościstych, z obskubanymi paznokciami. Ćpanie siarczanu amfetaminy nie służyło aparycji Edith – nawet w niemrawym świetle wejściowych neonów widać było jej wielkie, sine wory pod oczami, trupiobladość skóry przykrytą sztucznym uśmieszkiem. Nie to jednak było w niej najpiękniejsze. Ciągnąłem do niej jak ćma do płomienia świecy. Ta kobieta miała w sobie tę drażniącą zmysły nieprzyzwoitość, zgrabnie ukrytą pod fasadą dziecinnej niewinności. Można było zapaść się w niej kompletnie i całkowicie, oblewając przy tym ciało gorącymi sokami pożądania. Stopiła się w niej czułość z przebrzmiałym, soczystym owocem rozkoszy - czekającym tylko na zerwanie. Jakby na potwierdzenie moich słów, przesunęła swoją dłoń nieco wyżej względem mojej, kurczowo łapiąc mnie za nadgarstek. Moja cudna długowłosa niewiasta. Przyszła nasza kolej – odezwałem się do bileciarza.

- Dwa na Gaslight – wydusiłem to z siebie najbardziej trzeźwym głosem, na jaki było mnie w tamtej chwili stać.

- Siedemdziesiąt centów się należy – odparł. Jego małe oczka świdrowały ludzi stojących w kolejce. Jak ognia unikał skierowania wzroku na mnie.

- Proszę bardzo – odpowiedziałem całkiem miło, a koniuszki ust Edith podniosły się jeszcze trochę.

Sprzedawca biletów w końcu zebrał się na odwagę, patrząc na nas niepewnym wzrokiem. Nic dziwnego – wystarczył przecież rzut oka na mnie i moją kobietę. Jezu, jaki odlot. Zajęliśmy miejsca obok siebie. Nie zastanawiałem się ani przez chwilę. Gdy tylko na sali kinowej zrobiło się wystarczająco ciemno, schyliłem się na kolana i wszedłem między rozwarte nóżki Edith. Pomogła mi, nieco rozchylając falbanki swojej spódnicy. Nie miała majtek na sobie. Po kilkunastu minutach zdjąłem jej ręce ze swojej głowy - były gorące nawet przez materiał spódnicy. Śliczne, wysuszone, Edithowate rączki o skórze jak pergamin. Usiadłem potem na kinowym fotelu, a ona odwdzięczyła mi się tym samym.

[align=center]***[/align]

Po opuszczeniu kina, mrok nocy kąsał nasze ciała – a ja wpijałem się w usta pewnej blondynki. Znów byliśmy nierozłączni. Całą głowę miałem w jej przechodzących w popielatość włosach. Nie przeszkadzało mi w tej blondynce nic kompletnie – byłem zbyt ućpany i zbyt zakochany. Nawet ten ciężki, piżmowaty zapach. Brał się on zapewne stąd, że Edith wolała wciągnąć kilka kresek, niż się umyć. Byliśmy wciąż jak dzieci – dziwne, mocno patologiczne, zboczone dzieciaki na opiumowym i benzedrynowym haju. Sklepienie nieba przykrywały gęste, ołowiane chmury – wyglądające jak morza płynnej rtęci z opowieści mego wuja. Nie wiem, dlaczego akurat wtedy o tym pomyślałem. Zaczął siąpić deszcz, ona rozluźniła nieco uścisk. Wydostawszy się z niego, musiałem odruchowo splunąć – wciąż miałem w ustach kilka fragmentów czupryny swojej kochanki. Edith była niczym ogromny huragan, zdarzający się się raz na dziesięciolecia – tylko nielicznym pozwalała wejść w swoje oko cyklonu (jednak dziewicą na pewno nie była). Kochałem ją naprawdę, całym swoim ćpuńskim serduszkiem. Lunęło jak z cebra. Z nieba posypały się ciężkie, dżdżyste krople deszczu. Moja blondyneczka zerwała się, zaczynając tańczyć w deszczu. Spadły jej buty na korku, takie z okrągłymi czubkami – miała małe, powykrzywiane stópki. Tańczyła boso, rozchlapywała wodę z kałuż na wszystkie strony, wznosząc twarz w górę ku niebu. Kręciła się dookoła własnej osi, wirował dół jej spódnicy. Na swój sposób była piękna. Szalona. Zwyrodniała. Pobiegłem za nią.

- Edith! A towar? Zmoknie przecież!

- Paul! Chodź tu! – obracałem się razem z nią, patrząc na budynki Santa Fe znikające w strugach ulewy.

Deszcz wręcz topił krajobraz dookoła - zamykając nas we własnym świecie. Edith i ja. Ja i Edith. Jej mokre, gęste włosy skołtuniły się kompletnie, zlepiając się w pojedyncze pasemka. Widziałem nagą twarz tej kobiety, o źrenicach jak bazalt i płonącym spojrzeniu. Przemoczona wyglądała niczym nimfa wynurzająca się z głębin jeziora. Biegliśmy dalej w deszczu, wskakując w kałuże, nie przejmując się chlapiącym błotem, aż nareszcie dotarliśmy do budynku przy 21. Street. Przepuściłem ją pierwszą. Jeszcze podczas wdrapywania się na górę schodami, zobaczyłem sylwetkę długowłosego gościa. Stanęliśmy pod dziewiątką.

- Dzięki, że przyprowadziłeś z powrotem moją kurewkę – włosy mimowolnie stanęły mi dęba, słysząc głos Starego Henry’ego.

- Fajnie było, ale teraz już spierdalaj – Edith, wspiąwszy się na palce, położyła mi ręce na barkach.

Drzwi się zamknęły.

[align=center]***[/align]

Śmierć naiwna i nieutulona wniknęła we mnie przez oczy blondowłosej – zagryzając wszystko, co tylko napotkała na swojej drodze. Marzenia. Plany na przyszłość. Resztki ambicji. Całe moje splątane dziwnymi okolicznościami jestestwo rozsypywało się jak tysiące małych makowych główeczek, dryfując w amorficznej przestrzeni. Bezwład. Chaos.

Odlatuję poza ograniczenia świata – wykrajam zbędne kawałki siebie, z ledwością trzymające się na kruchym szkielecie rzeczywistości. Odtąd jestem już poza czasem. Wewnątrz wiecznej abstrakcji, zanurzony w posoce cieknącej z rozpłatanych fragmentów. Pływam wewnątrz odkorkowanej butelki niczym paproch w morzu zepsutego wina.

A wtedy przychodzi ona - lśniąca kropla przesuwa się po przypalonej folii aluminiowej. Z każdym kolejnym muśnięciem płomienia zamykają się moje drzwi do zewnętrznego świata. Do jego twardych realiów. Gęstnieję w swoim własnym, niepowtarzalnie gorzkim sosie, buchając kłębami stalowoszarego dymu. Konsumuję siebie. Prawie jak pradawny wąż pożerający własny ogon. Ale ja kiedyś się skończę.

Jestem zdania, że na świecie nie ma nic piękniejszego niż heroina. Nawet, gdy chodzi tylko o jej palenie. Brown sugar nabyłem za resztę swoich oszczędności. Był drogi – wojna nie sprzyjała ćpaniu.

[align=center]***[/align]

Przechodząc po bezdrożach 84. Street odkryłem, że właściwie to nie mam prawa nawet do czynności tak prozaicznej, jak umieranie. Oczywiście, dookoła jest pełno takich jak ja - dogasających, ledwo koordynujących swoje bezwładne ruchy, tępo szamoczących się we własnej niemocy. Zalegają na ulicach, patrząc mętnym wzrokiem na grymasy przechodniów – a jednak, tacy właśnie wciąż dźwigają na ramionach amerykański sen, niczym upadłe Atlasy. Sprzeciwiają się sztucznej piękności świata. Stać ich na to, sami ładują sobie jej dożylny koncentrat. Kiedy indziej dygocą, owinięci warstwą szmat i zetlałych – jak oni sami – płaszczy, śpiąc na klepiskach półprzerywanym snem, skowycząc przy tym resztkami głęboko zagnieżdżonej tęsknoty. Bo kiedy ustanowisz sobie własną normę piękna, to nie możesz już pożalić się światu. Ci ludzie zaprzeczyli więc życiu samemu w sobie, jego najgłębszej istocie – byłem pewny, że dokonałem tego wraz z nimi.

[align=center]***[/align]

Czuję, że dotarłem do granic swojego natężenia. Dalej jest grafitowa ciemność, zadomowiona w przedsionkach serca, wiążąca mnie po same koniuszki palców. Ulatują ze mnie niezmierne pokłady życia – jeszcze chyba nigdy nie byłem od niego tak daleki. Edith – och, Edith! - jesteś tak blisko, a Stary Henry w tobie! Jednakże – on nigdy nie stanie się z tobą jednością, a ja ze swoim kochaniem – heroiną – byłem spleciony już tyle razy. Odkażam igłę w spirytusie, podobnie zresztą czynię ze szklaną strzykawką o wytartej militrowej podziałce. Brązowy pył pomieszany z wodnym roztworem octu czekał już na łyżce. Zaciskam pętlę ze starego kabla tuż nad kostką – powoli uwidaczniają się moje żyły na stopie, widzę ich błękitnozieloną plątaninę pod skórą. Zaciągam zawartość poczerniałej od spodu łyżki strzykawką. Wyszukuję małą żyłkę, być może jeszcze dziewiczą - w każdym razie, bez zrostów. Dokańczam swój obrzydliwy rytuał wkłuciem się, powolnym dociśnięciem tłoczka, wysunięciem strzykawki i natychmiastowym przyłożeniem do miejsca wkłucia namoczonej w alkoholu szmatki. Trochę szczypie. Auć!

Spadam przez pościele rozkoszy, wpadając w ukojony świat. Rozpościera się przede mną ciepłe, karaibskie morze – o falach z topazu i prześlicznych kwarcowych grzywach. Heroina zamyka mnie w kryształowym prezbiterium - jej jasność skapuje na mnie przez oszklone sufity. Tańczę ze zbawicielem w feerycznym uniesieniu. Ciepłe prądy przechodzą przez moją głowę, unosząc ją na falach eterycznej pustki, umiłowanego szczęścia. Jestem jak szczapa drewna w wypełnionym żarem piecu, rozkosz liże mnie swoimi płomykami - jednak żadna siła nie jest w stanie rozbić samotności, a jedynie chwilowo ją zmiękczyć. Czasowe znieczulenie przykrości bodźców. W międzyczasie ich dzikie jęki zza ściany zlewają się w kakofonię żaru – parzą się jak króliki. Edith, ty dziwko. Stary Henry, ty kurwo. Przynajmniej mogę powiedzieć to z uśmiechem na ustach. Błogostan. Sylabizuję. He-ro-i-na. E-dith, ty bru-dna ku-rwo. La-da-czni-co. Ucisz się w końcu i nie kwil tyle, jebana cipo. Muszę się przejść, żeby nie słyszeć tych jęków. Właśnie puknąłem zapasy na czarną godzinę. To co najgłębiej schowane, smakuje najlepiej. A to mogło oznaczać tylko jedno - Goldwood Street, nadchodzę.

[align=center]***[/align]

Czekałem tylko na dogasający zachód słońca. Dołożyłem sobie jeszcze jakieś trzy godziny dla ostrożności, aż na zewnątrz zrobiło się kompletnie ciemno. Brakuje mi opium. Brakuje mi morfiny. Nie mam jak załatwić helu. Nie mam z czego zrobić siebie - o dziwo przestało mi już to przeszkadzać. Bezszelestnym krokiem opuszczam mieszkanie. W tym momencie jest mi nawet przyjemnie.

[align=center]***[/align]

Pierwszy ruch wykonuję z zerową gracją przećpanego idioty. Wybijam przednią szybę drzwi, na ulicy słychać delikatny trzask. Ajj… Przyłapuję się na tym, że odruchowo chciałem pochuchać w drzwi - niczym w rankę po wkłuciu. Działam dalej. Próbuję wymacać klamkę przez wybity otwór. Nic z tego – ta nie chciała otworzyć się od wewnętrznej strony. Debil ze mnie i tyle! Na co ja liczyłem? Major solidnie strzegł swojej apteki przed typami spod ciemnej gwiazdy, niczym rasowy amerykański przedsiębiorca. Obracam głową na wszystkie strony, wypatrując najmniejszych oznak ludzkiej obecności, całe szczęście, że Santa Fe usnęło już dawno. Nie mam czasu na kombinowanie, trzeba polecieć na całość - rozejrzałem się więc w poszukiwaniu kamienia. Rzuciłem go w szybę z wielkim, czarnym napisem JOHN’S PHARMACY. Taki manewr wywołał sporo hałasu, zatem pośpiech w tej sytuacji był nieodzowny. Ruszaj dupę, Seedgrow. Należało jeszcze tylko obtłuc wystające odłamki szkła, znajdujące się po lewej stronie framugi frontowej szyby.

Jeszcze jeden rzut oka, zanim wcisnę do środka swoje cielsko. Majaczy nade mną czarne, usiane miriadami gwiazd niebo. Przypomina mi się każdy z momentów mojego życia – absolutnie wszystko. Jak umarła moja matka. Jak pierwszy raz zobaczyłem Henry’ego, po czym od razu się dogadaliśmy. Jak wujek załatwił mi pracę w Los Alamos, a ja cieszyłem się jak szczenię, które dopiero co znalazło właściciela. Jak ćpaliśmy benzedrynę z Edith, jak podawałem jej pierwszy zastrzyk opium. Teraz ta zaćpana ciota, Stary Henry rucha ją swoim małym pędrakiem, a ta kurwa jęczy pod nim – jebią się pewnie na tej skrzypiącej kanapie. Ekipa moich znajomych z Alamos ulotniła się kompletnie, potem zmarł wujek Leonardo. Moja biedna, siwowłosa matka przecież z grobu nie wstanie. Tamtego dnia gdy umarła, mogłem nie iść do pracy - może dzięki temu by żyła.

Pozostało mi tylko wgramolenie się do apteki byłego majora Johna. Dobrze że miałem na sobie gruby płaszcz z mocno wytartej skóry – ochroniło mnie to przed rozcięciem sobie skóry. Przetoczyłem się na kaflową podłogę, pokrytą odłamkami stłuczonego szkła. Wnętrze przybytku przywitało mnie ciszą i ciemnością. Dobra robota, Paul. Za mahoniową ladą nie było nikogo. Zaś na lewej, drewnianej ścianie wisiały kolorowe plakaty reklamujące tabletki z penicyliną. Poszukiwałem jednak czegoś zgoła innego. Do moich uszu dobiegł odgłos cichych kroków i delikatny chrzest poruszanych kawałków szkła. Pomimo grubego ućpania przed wypadem rabunkowym zmieniłem się na moment w galaretowaty kłębek przerażenia. Byłem wyczulony na każdy dźwięk mogący dobiegać z zewnątrz. Przerwało mi miaukniecie, a zaraz potem spojrzały na mnie fosforyzująco zielone oczy kota. Miau. Widząc małego futrzaka pomyślałem, że mam wszystkie uczucia na koniuszku języka, ale nie umiem ich wyrazić. Mniejsza o to. Ruszyłem w stronę kasy, omijając białe półki tuż przy drzwiach, uginające się pod ciężarem opakowań penicyliny. To co najlepsze, zawsze kryje się najgłębiej. Tak właśnie było u Edith. Uśmiech wykwitł na mojej twarzy. Zawartość aptecznej kasy mnie nie interesowała – w przypadku złapania na gorącym uczynku byłaby to niewątpliwie okoliczność łagodząca. Nie dopuszczam do siebie myśli o wpadce. Schyliłem się w poszukiwaniu interesującej mnie szafki. To musi być ta z zamkiem – takie dziadostwo nie będzie stawiać wielkiego oporu. Kopię w drzwiczki z całej siły. Kurwa, głośno. Wreszcie mechanizm puszcza, a moim oczom ukazują się szklane słoiczki z roztworem octanu morfiny. Idealnie. Muszę być ostrożny, by nic się nie wylało. Zabieram tez kilka szklanych strzykawek i stalowych igieł. Moje cudeńka, moje prawdziwe kochanie, sweet morphine. Wtem słyszę ciężki odgłos kroków - zupełnie jakby ktoś chodził w tych armijnych trepach. Ten chujek jak nic przyszedł po mnie. Cholera. Wchodził tylnymi drzwiami. Właśnie z tamtej strony dobiegał hałas. Szybko wrzuciłem resztę interesującego mnie towaru do płóciennej torby – tej samej, w której zabierałem swoje rzeczy z Alamos. Pełne flakoniki cudnie stukały o siebie, oby tylko wciąż były całe.

- Wyłaź, jebany złodzieju! – gnój zobaczył moje plecy, gdy byłem tuż obok dziury w szybie.

Na moment wnętrze apteki rozbłysło. Usłyszałem tylko huk wystrzału – odruchowo rzuciłem się przez otwór i przekoziołkowałem na glebę. Kurwa, kurwa, kurwaa! Migiem skręciłem w bok, rzucając się w najbliższą przecznicę Goldwood Street – Malachite Alley. Ten stary kutas nie miał jednej nogi i chodził o kulach – tylko to mnie uratowało przed jego morderczą śrutówką. Nie był na tyle blisko – spudłował jak ciota. Czy aby jednak na pewno? Mój organizm wciąż był w stanie maksymalnej gotowości, ale tępy ból w plecach już dawał o sobie znać. Oberwałem z pewnością. Żeby tylko nie doszło do krwotoku. To przedpotopowe kurewstwo miało jednak niezły zasięg rażenia. Przywarłem do ceglanej ściany budynku niczym płaszczka, kryjąc się w absolutnej ciemności. Kątem oka zobaczyłem, jak ten głupi chuj biegnie dalej wzdłuż Goldwood Street. Uff. Major John ominął Malachite Alley, więc nie musiałem martwić się o wadliwość swojej kryjówki.

Po przeczekaniu kilkunastu minut w ciasnej przecznicy, klucząc bocznymi uliczkami – w końcu! - dotarłem z łupem do swojego mieszkania na 21. Street. Nie wiem dokładnie ile czasu mi to zajęło. Gdy otwierałem drzwi, z podniecenia drżały mi ręce. Praktycznie natychmiast zająłem się łupem. Jednakże, patrząc w głąb torby, mimowolnie spojrzałem w głąb czegoś, co zwało się Paulem Seedgrowem, bo już na pewno nie w głąb siebie. Pozostawało mi tylko westchnąć ciężko i przystąpić do dalszej roboty - natrętne myśli nie opuszczały mnie jednak. Przegrałeś, Paul, przegrałeś. Ten staruch znajdzie cię najpóźniej jutro. Byłem już u kresu sił. Miałem poranione plecy. Poranione ręce - dostałem ropnia. Poranioną – Boże, jeśli istniejesz! – duszę i serce. W każdym bądź razie, stałem się wrakiem człowieka. Nawet myśl o tej kurwie Edith stopniowo wygasała – zupełnie jakby ten napad na aptekę oddalił mnie od wszystkich trosk i zmartwień. Żegnaj blondynko, żegnaj Henry. W tym momencie czułem tylko przeokropną, wwiercającą się we mnie pustkę tego świata. A na nicość najlepsze są zastrzyki z octanu morfiny. Tym razem przygotowałem aż trzy strzykawki - napełnione po same brzegi. Przez przezroczysty roztwór mogłem dostrzec niemal wszystko. Swoje życie widziałem jako olbrzymią nić, na którą nanizane były korale ze wspomnieniami. Odległe i stygnące – całkowicie stąd niedosiężne. Pierwszy koralik z uśmiechem mamy i wujka. Sznurek przesuwa się w dłoni. Jeszcze jej nie kaleczy. Drugi z nich to chichot Steve’a z Alamos. Mokre od potu palce wciąż wędrują po sznurku. Kolejny, czarny jak węgiel koralik to przyćpany grymas Henry’ego. Sznur wrzyna się w skórę. Czerwony i błyszczący koraliczek to Edith, w całej swojej okazałości. Teraz już boli. A dalej szereg coraz mniejszych, wyglądających jak zasuszone owoce dzikiej róży. Heroina. Major John. Więc to tak.

[align=center]***[/align]

Dnia osiemnastego sierpnia o godzinie jedenastej pięćdziesiąt pięć czasu panującego w stanie Nowy Meksyk – dwanaście dni po zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę – do mieszkania numer osiem na poddaszu, znajdującego się w drewnianym budynku na 21. Street wkroczyło dwóch oficerów policji – Jonathan Themerys oraz Charles Zandorgio. Zostali oni wezwani na prośbę pani Green, mieszkającej na parterze, gdyż – według jej zeznań, pan Paul Seedgrow od dwóch dni nie reagował na pukanie do drzwi jego lokum. W toku sprawy, zdecydowano się na wyważenie owych drzwi, co poskutkowało nieznacznym zniszczeniem futryny. Martwe ciało zaginionego zostało znalezione tuż obok działającego, wciąż emitującego szum radia. Pobieżnej identyfikacji zwłok dokonała wspomniana wcześniej mężatka, pani Emily Green. Po krótkich oględzinach prawdopodobnego miejsca śmierci pana Paula – ustalono, że prawdopodobną przyczyną zgonu było przedawkowanie heroiny bądź morfiny, gdyż w mieszaniu nieżyjącego młodego mężczyzny znaleziono także łup z pobliskiej apteki przy Goldwood Street. Tuż obok nagich stóp denata znaleziono opróżnione strzykawki – jedna z nich, wciąż wypełniona resztkami bezbarwnej cieczy, znajdowała się nieopodal szyi pana Paula Seedgrowa. Prawdopodobnie, aby osiągnąć śmiertelne stężenie opiatu w ciele, denat owinął sobie nogi w miejscach powyżej kostek kablem, uprzednio wstrzykując sobie narkotyk w żyły na stopie, a następnie wykonał injekcję w żyłę znajdującą się w okolicach szyi - jednak kluczowym krokiem w tej metodzie było odwiniecie kabli z miejsca powyżej kostek. Poskutkowało to przywróceniem krążenia krwi w stopach i rozprowadzeniem narkotyku po ciele samobójcy. Jednogłośnie stwierdzono, że bezpośrednią przyczyną śmierci Paula Seedgrowa była depresja oddechowa.

Pani Emily - pomimo usilnych próśb oficera Jonathana i Charlesa - pogłaskała ciało pana Paula po poliku. Gdy wszystkie osoby opuściły pokój, radio dostroiło się nagle. Dobiegał z niego miarowy głos Oppenheimera.

Jasność …kszzz… rozbłysłych …kszzz… oddaje moc Jego potęgi. Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów!





Adnotacje:
Feynman nie rysował Arlene w Los Alamos – zajmował się wtedy otwieraniem kłódek, pilnujących dostępu do tajnych projektów, wodząc za nos kierownictwo projektu Manhattan. Istnieje jednak właśnie taki, opisany przeze mnie rysunek. Jak możemy wyczytać w proszę wstać, panie Feynman! – wybitny fizyk zawsze „bał się” literatury i poezji, nie chcąc wyjść na zniewieściałego; z wiekiem uznał to za głupie, a w swoich pracach kreślarskich chciał oddać „maksymalne natężenie wrażliwości”. Eddie Condon istniał naprawdę, taki utwór też. Kina Blue Redgreen oczywiście nie było, czy Malachite Alley. Uznałem, że ulice wprowadzają fajny klimacik. Średnia cena jednego biletu kinowego w roku 1945 wynosiła 35 centów.
Tytuły podręczników i nazwiska są zmyślone mocno – według mnie, nie są to elementy znaczące. W przeciwieństwie do lekarstw, metody otrzymywania opium, dawkowania, a także filmów i ich tytułów. Obóz, w którym trzymano Japończyków był naprawdę. Dzisiaj stosuje się z tego co wiem chlorowodorek morfiny (nie próbowałem). Octany są dobrze rozpuszczalne w wodzie i taka też forma dominowała dawniej(tu się domyślałem, większość info jest z roku 1900, etc). Amfetamina(benzedryna) była w aptekach w miarę legalnie jako (tutaj)siarczan, ale też fosforan, bez recepty w tamtym okresie(znalazłem o tym całą pracę naukową), po morfinę już trzeba było się włamywać, tak jak Paul Seedgrow. Penicylina jest „na przypał” – wiem tyle, że istniała.
Tak, wiem. Oppenheimer wypowiedział te słowa(pochodzące z hinduskiej świętej księgi) na antenie BBC w roku 1956 – jednak pozwoliłem sobie na to wierutne kłamstwo w celu właśnie takiego efektu. Ponadto – w mojej wersji jawi się jako człowiek siejący zniszczenie, dumny ze wkładu w projekt Manhattan – w rzeczywistości mówiąc te słowa prawie płakał. Trinity miała mieć siłę 500 kT – miała zaś 18 500 kT(na pewno znacznie więcej niż przewidywano).
Jak to mawia święta Ziuta - olej risercz, daj uczucia...

Sprzątacz z Los Alamos

3
Tak tylko delikatnie się czepnę zdań, które mi zgrzytnęły w tekście:
Begied21 pisze: Pochowano ją wewnątrz trumny ze sklejki.
Mało poetyczne, mało obrazowe, takie nijakie...
Begied21 pisze: W jego dłoni ołówek mknął jak zaczarowany, sunął po bezdrożach kreowanego świata.
W sumie jak kreowany to konkretny, to nie bezdroża...
Begied21 pisze: Było nas zaledwie kilku, nieliczne osoby siedziały dwójkami na przednich miejscach.
kilku, to oddaje obraz sytuacji; nieliczne osoby dwójkami burzą te wrażenie
Begied21 pisze: Widziałem z daleka ich spracowane, zahartowane wysiłkiem twarze.
spracowane to raczej mi się kojarzą z rękoma, twarze to insza inszość - jednak opis nie adekwatny
Begied21 pisze: wychylały się sporadycznie spośród tłumu
ten tłum pod sklepem mi nie pasuje do opisu; i raczej wychylały się z tłumu...
Na teraz starczy bo nie jest to moja ulubiona literatura. Jednak dobrnę do końca w doskokach :) Język jędrny, opisy soczyste - kawał dobrej roboty aż dziw, że nie nosisz tu fioletowego fartuszka. Każde słowo tego tekstu smakuje się długo i z rozkoszą - a że mi czasem zgrzyta = tak samo zgrzyta mi czasami u Sapkowskiego czy Kinga, których w sumie nie lubię ale czytuję z różnych powodów . :shock:
Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz

Sprzątacz z Los Alamos

4
Za dużo w tym tekście słów zdecydowanie zbędnych. Przez nie szwankuje czasem logika opowiadania.
Begied21 pisze: Nadejście ósmej zdradzały promyki słońca padające na moją twarz przez okienko baraku. Z niechęcią wystawiłem twarz spod ciepłego koca.
Te promyki słońca padają na twarz pod kocem?
Begied21 pisze: O dziwo, tego dnia humor mi dopisywał, pomimo braku obiektywnych powodów do szeroko pojmowanej radości.
Brak obiektywnych powodów do szeroko pojmowanej radości? A do wąsko pojmowanej - są jakieś powody? Gdybyś napisał zwyczajnie: chociaż nie miałem się z czego cieszyć, efekt byłby lepszy. Bez zadęcia.
Begied21 pisze: w klitce wynoszącej - mniej więcej - kilkanaście metrów kwadratowych,
Podkreślone - zbędne. Kilkanaście to jest właśnie mniej więcej. Pomiędzy jedenaście a dziewiętnaście.
Begied21 pisze: sama myśl o wzięciu tarki i detergentu w dłoń mnie odstręczała.
Tary! Pierze się na tarze, nie na tarce.
Begied21 pisze: zawiesiłem wzrok na gigantycznym plakacie, przymocowanym skrawkami taśmy izolacyjnej do ściany.
Begied21 pisze: Wiedziałem, że wynalazki tego typu należały do stałego repertuaru Steve’a, który umiejscowił się tuż przy drzwiach wejściowych
Wieszanie plakatu na ścianie to są "wynalazki tego typu"? Można napisać zwyczajnie: plakat powiesił Steve. Komplikowanie zdań (wiedziałem, że... wynalazki tego typu... stały repertuar...) dla opisania sytuacji tak banalnej to nie jest dobry pomysł. Bo co zrobisz, kiedy będziesz musiał opisywać coś znacznie bardziej złożonego, niż fakt, że ktoś przykleił do ściany plakat z cycatą blondynką? Jakich określeń wtedy użyjesz?
Poza tym: Steve umiejscowił się tuż przy drzwiach wejściowych. To znaczy, co zrobił? Leżał tam zwinięty w kłębek? Zdaje sie, że miał swoje łóżko przy drzwiach, skoro leżał pod kołdrą.
Begied21 pisze: Przekręcając klucz w zamku zastanawiałem się nad dzisiejszą sytuacją. Gdzie oni, do licha są? Gdzie podział się tłusty Robert? Steve? John? Charles? Gdzie mogli się znajdować moi współtowarzysze w niedoli?
Przekręcanie klucza w zamku nie ma tu akurat żadnego znaczenia, bo nic z tego nie wynika. A co to jest "dzisiejsza sytuacja"? Lepiej byłoby napisać wprost: Byłem sam w pokoju. Gdzie oni, do licha, są? Poza tym, z poprzedniego fragmentu wynikało, że Steve "umiejscowił się" przy drzwiach.
Begied21 pisze: Po drodze, z lewej strony mignęło mi kilka drewnianych domków
Mignęło mi - takie określenie sugeruje, że to domki są w ruchu. Lepieje byłoby: po drodze minąłem...
Begied21 pisze: Mimo dogodnych warunków funkcjonowania, nasza piątka plasowała się najniżej w całej robotniczej hierarchii - a teraz wyglądało na to, że zostałem kompletnie sam.
Co to są "dogodne warunki funkcjonowania"? I jaki związek ma najniższe miejsce w hierarchii z tym, że Twój bohater został kompletnie sam?
Begied21 pisze: Starając się sklecić naprędce jakieś wyjaśnienie dla dozorcy,
Kurczę, tego naprawdę nie rozumiem. Co on ma wyjaśniać dozorcy? Skoro nie wie, dzie podziali się jego kumple, to powinien raczej o to zapytać. A jeśli np. zaspał, spóźnił się i ktoś może się czepiać - powninieneś to właśnie zaznaczyć: ...wyjaśnienie dla dozorcy, bo byłem już mocno spóźniony...
Begied21 pisze: Wziąłem w dłoń kostkę mydła nieznanego pochodzenia, leżącą na powierzchni umywalki.
Rety... a jakie znaczenie ma POCHODZENIE kostki mydła? Rozumiem, że mydło może być szare, śmierdzące, rozłażące się i nieprzyjemnie jest się nim myć. Ale, do czorta, w Loa Alamos używano chyba najzwyklejszego w świecie mydła, kupowanego w jakiejś hurtowni. Po co więc piszesz o tym pochodzeniu? podobnie jak o tym, że mydło leżało na krawędzi umywalki? To jest zapychanie tekstu detalami, które kompletnie nie mają znaczenia, nie budują sensownego tła. Owszem, takie szczegóły są istotne, lecz w tekstach zupełnie innego gatunku, np. w opowiadaniach kryminalnych, gdzie mogą "zagrać" w śledztwie.
Begied21 pisze: Zakasałem rękawy uniformu sprzątacza, kierując swoje kroki w stronę stróżówki przy punkcie 2B – wejścia dla pracowników mniej lotnych umysłowo.
Wiesz, mniej lotni umysłowo mogą być również asystenci wybitnych profesorów - zależy, od jakiego pułapu mierzyć. Więc jeśli to miał być żarcik, to niespecjalnie udany, jeśli natomiast odbicie realiów w Los Alamos - to po prostu było to wejście dla pracowników fizycznych.

Na razie tyle. Przeczytałam całość, jeszcze tu wrócę.
Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Sprzątacz z Los Alamos

5
Hm, przysięgam - nie chcę podważać wypowiedzi Rubii, ale to co ona uznała za zbędne słowa mi jak najbardziej przypadły te sformułowania do gustu, to one właśnie prowokują mnie do dalszego czytania - one właśnie nadają sens wypowiedziom, obraz przez nie przedstawiony dla mnie jest pełny, kolorowy, wyraźny. Bez tych drobnych dopowiedzeń tekst byłby relacją opisanego świata a nie tym światem. - Nie po to piszę by się wymądrzać, opisuję tu swoje odczucia. Np obiektywne powody do radości = oddaje całą duchowość stanu człowieka. Dla mnie zdanie nie do podrobienia. Tak jak migające domki - często idąc ulicą widzimy kontem oka jakieś detale, nie przywiązując do nich wagi. Ale one są. Dla mnie obserwatora mało ważne, jednak dla otoczenia istotne.
Zgadzam się z tarką - pierzemy na tarze :)
I jeszcze raz: nie podważam opinii Rubii, po prostu mam inne zdanie na ten sam temat. :) A ponieważ wydało mi się to istotne, dlatego napisałam to co napisałam powyżej.
Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz

Sprzątacz z Los Alamos

6
A teraz będzie o fabule.
Twój bohater jest pracownikiem fizycznym (sprzątaczem?) w Los Alamos. Mieszka tam w jakimś baraku, w jednym pokoju z czterema innymi facetami. Zdarza się. Budzi się o ósmej rano, myje się, zamierza coś wyjaśniać strażnikowi (niczego nikomu nie wyjaśnia) i idzie do "głównego korytarza" - jak rozumiem, laboratorium, w którym pracuje. Spodziewam się, że właśnie zaczyna dzień pracy. Ale nie, przychodzi cieć i każe mu się wynosić, bo właśnie odjeżdża bus do Santa Fe. Gdzie, jak się okazuje, Twój bohater ma mieszkanie.
To po co mu ta prycza w baraku? Z Los Alamos do Santa Fe można dojechać w niecałą godzinę (mój mąż tak jeździł). Praca w LA nie wymaga skoszarowania pracowników, zwłaszcza obsługi najniższego szczebla. Bardzo możliwe, że w czasach, o których piszesz, było inaczej, ale w takim razie powinieneś to wyraźnie zaznaczyć. Tym bardziej, że Twój bohater przesypia noc w miejscu pracy po to, żeby potem pojechać do domu. Znaczy, pracować od rana nie musiał. To po czorta spał w tej pakamerze? Nie mógł pojechać od razu, jak skończył dniówkę?
Druga sprawa: zniknęli jego koledzy, nikogo nie ma też w budynku laboratorium. Sugerujesz, że jest to sytuacja niezwyczajna, że coś się za tym kryje. Tymczasem kiedy pojawia się dozorca, Twój Paul nawet nie pyta, skąd te pustki wokoło. Dla dozorcy to też nie stanowi żadnego problemu, skoro mówi tylko o odjeżdżającym busie.
Paul wsiada do busa i - żegnaj, Los Alamos, ciąg dalszy będzie o czymś zupełnie innym.

Dopóki nie przeczytałam zakończenia, byłam przekonana, że to fragment powieści, w którym życie zawodowe Paula będzie przenikało się z prywatnym. Ale skoro uśmierciłeś swojego bohatera, to dwie pierwsze części, te rozgrywające się w LA, właściwie nie mają sensu. Opowiadanie o miłosno-narkotycznych doświadczeniach chłopaka znakomicie może się bez nich obejść, bo z tego, że Paul tam pracuje i ma kontakt z luminarzami amerykańskiej fizyki, nic kompletnie nie wynika. Równie dobrze mógłby sprzedawać lody albo pracować w myjni samochodowej.
Opowiadanie mogłoby zaczynać się tu:
Begied21 pisze: Spoglądałem przez szybę pojazdu na monotonny, preriowy krajobraz.
Potrzebne byłoby tylko jakieś wyjaśnienie, skąd wracają ci ludzie w busie, i to całkowicie by wystarczyło.
Opowiadanie to nie fragment powieści, to odrębna struktura, nie bez powodu skoncentrowana na jednym zagadnieniu. Dla Ciebie sekwencja z narkotykami jest zdecydowanie ważniejsza niż to, co się dzieje w laboratorium. Tak więc, trzeba sięgnąć po nożyczki.
Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Sprzątacz z Los Alamos

7
c.d. mojego biadolenia:
Begied21 pisze: Rozpuszczone w nieładzie kosmyki włosów sięgały jej prawie do pasa,
zgrzyt - pasmo włosów; jednak ciężko mi przyjąć, że sięgał po pas
Begied21 pisze: Ominąłem murzyńską zbieraninę i tego obmierzłego knura z wyrazem obrzydzenia na twarzy, zwyczajnie przechodząc na drugą stronę ulicy.
logika zdania wyraźnie zaburzona
Begied21 pisze: Widniało przede mną wyrozumiałe oblicze ślicznej blondynki, o cudownie okrągłej twarzy i delikatnie zaróżowionych ustach. Rozpuszczone w nieładzie kosmyki włosów sięgały jej prawie do pasa, czyniąc z niej niemalże anioła. Błękit jej oczu przypominał odblask lustra wody w jednej z głębokich studni – a przy tym wyglądała, jakby miała zaraz pocałować mnie w czółko.
Tak słodki opis (kalka z 1000 takich samych opisów dziewcząt), że mdli na tle dotychczasowych dokonań. Wyraźnie wyobraźnia ci zaszwankowała i zrobiła obrót w tył...
Jak na ćpuna niezwykła jasność spojrzenia i umiejętność kojarzenia = dla mnie fragment całkowicie niewiarygodny...

Tak jak początek mnie urzekł słowem, dynamiką, skojarzeniami = tak scena z dziewczyną zepsuła wszystko - styl żywcem z harlekina, szkoda, zapowiadało się tak przyjemnie. Początek uczta dla oczu, potem muza trzasnęła dupą o podłogę. :(
Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz

Sprzątacz z Los Alamos

8
Rubia pisze:Praca w LA nie wymaga skoszarowania pracowników, zwłaszcza obsługi najniższego szczebla. Bardzo możliwe, że w czasach, o których piszesz, było inaczej, ale w takim razie powinieneś to wyraźnie zaznaczyć.
Masz rację. Prace nad bombą atomową były trochę tajne, a w tamtych czasach na pewno jechało się dłużej, może jakieś reglamentacje na benzynę były(chociaż wątpie). Myślałem że to tak jakoś wynika z tekstu - myliłem się. Wrzucę coś o tajności projektu.
Rubia pisze: Tym bardziej, że Twój bohater przesypia noc w miejscu pracy po to, żeby potem pojechać do domu. Znaczy, pracować od rana nie musiał. To po czorta spał w tej pakamerze? Nie mógł pojechać od razu, jak skończył dniówkę?
Druga sprawa: zniknęli jego koledzy, nikogo nie ma też w budynku laboratorium. Sugerujesz, że jest to sytuacja niezwyczajna, że coś się za tym kryje. Tymczasem kiedy pojawia się dozorca, Twój Paul nawet nie pyta, skąd te pustki wokoło. Dla dozorcy to też nie stanowi żadnego problemu, skoro mówi tylko o odjeżdżającym busie.
Paul wsiada do busa i - żegnaj, Los Alamos, ciąg dalszy będzie o czymś zupełnie innym.
Ja tego busa rozumiałem jako specjalnie postawionego dla pracowników - znowu masz rację, trzeba było to zaznaczyć. Nie chciałem za dużo pisać, liczyłem na właśnie ten klimat tajemniczości, nagłego zniknięcia.
Rubia pisze: Ale skoro uśmierciłeś swojego bohatera, to dwie pierwsze części, te rozgrywające się w LA, właściwie nie mają sensu. Opowiadanie o miłosno-narkotycznych doświadczeniach chłopaka znakomicie może się bez nich obejść, bo z tego, że Paul tam pracuje i ma kontakt z luminarzami amerykańskiej fizyki, nic kompletnie nie wynika. Równie dobrze mógłby sprzedawać lody albo pracować w myjni samochodowej.
Potrzebne byłoby tylko jakieś wyjaśnienie, skąd wracają ci ludzie w busie, i to całkowicie by wystarczyło.
Opowiadanie to nie fragment powieści, to odrębna struktura, nie bez powodu skoncentrowana na jednym zagadnieniu. Dla Ciebie sekwencja z narkotykami jest zdecydowanie ważniejsza niż to, co się dzieje w laboratorium. Tak więc, trzeba sięgnąć po nożyczki.
A Oppenheimer na końcu? Także poruszony jest motyw zatrudnienia, czyli czegoś co dla bohatera jest względnie ważne. Chciałem tu pokazać właśnie ten upadek - utrata kolegów, pracy, wujka, a potem już wchodzi Stary Henry i zaczyna się akcja - tak to widziałem. No i dzięki za wypunktowanie wszystkich błędów zdaniowych. :)
gebilis, też dziękuje za obszerne 3 komentarze. Dla mnie początek był cholernie nudny, myślałem właśnie że się nie spodoba. :D
Jak to mawia święta Ziuta - olej risercz, daj uczucia...

Sprzątacz z Los Alamos

9
Begied21 pisze: Z wolna szurałem palcami po zakurzonym blacie, próbując dociec przyczyny obecnego stanu ośrodka Los Alamos. Przeszedłem przez wyludnioną “komorę dekontaminacyjną” w starym hangarze lotniczym. Pobyt w niej polegał na tym, że dwójka rosłych mięśniaków obmacywała cię po wszystkich zakamarkach ciała w poszukiwaniu jakiegoś podsłuchu.
Pisanie powinno być precyzyjne jak równanie matematyczne albo ruchy pędzla, tylko wtedy powstaje spójny obraz.
Spójrzmy na powyższy fragment:
Z wolna szurałem palcami po zakurzonym blacie
Jako czytelnik widzę człowieka idącego na rękach po zakurzonym blacie stołu laboratoryjnego.
Dlaczego idzie na rękach? Dlaczego po blacie? Jakim cudem w laboratorium w Los Alamos może być kurz?? Czyzby bohater przespał już 2 tygodnie od chwili jakiejś nieznanej nam katastrofy? A może powinno być: Z wolna szurałem nogami po podłodze i rozglądałem się niepewnie na boki, w końcu dotarłem do dziwnie pustej komory dekontaminacyjnej w starym hangarze lotniczym.
Przeszedłem przez wyludnioną “komorę dekontaminacyjną” w starym hangarze lotniczym. Pobyt w niej polegał na tym, że dwójka rosłych mięśniaków obmacywała cię po wszystkich zakamarkach ciała w poszukiwaniu jakiegoś podsłuchu.
[/i
Dlaczego wyludnioną? Wystarczyłoby "pustą", ale tu się nie czepiam. Natomiast kolejny fragment to prawdziwy potworek: "pobyt w niej polegał na tym" - karkołomny opis; powinno być jak najprościej, np.: Dwóch rosłych mięśniaków obmacywało nas tu codziennie w poszukiwaniu podsłuchów, które mogliśmy ukryć w zakamarkach ciała.

Begied21 pisze: Ale nazajutrz mu przeszło i nawijał im makaron na uszy o jakichś nowych teoriach.

Język narratora powinien być jednorodny stylistycznie, czyli nie może on mieszać zwrotów kolokwialnych typu "nawijać komuś makaron na uszy", "takie same ustrojstwa" itp. z frazami odwołującymi się do kultury wysokiej (np. objęcia Morfeusza).
Begied21 pisze: a Wielki Kryzys jedynie dopełnił resztę procesu powolnej degradacji.

To z kolei styl artykułu popularno-naukowego, nie pasujący do tekstu, plus potworek "dopełnił reszty procesu" - bardzo skomplikowane określenie prostego zjawiska.
W ogó
Begied21 pisze: Zanim jeszcze weszliśmy do kina, ucałowaliśmy się namiętnie, zasysając się w sobie jak nieznany gatunek małży. W taki oto sposób upewniłem się, że moja Edith naprawdę nie miała górnej jedynki, a także jednego zęba przedtrzonowego i siekacza.

le masz skłonność do zbyt rozbudowanych opisów, powtórzeń itp., a jak to powiedział ktoś mądry: "Sztuka pisania to sztuka skreślania".
Podobają mi się jednak szczegółowe opisy rozmaitych czynności (np. aplikowanie narkotyku), ponieważ budują obraz i klimat. Zdanie typu " zażyłem narkotyk zgodnie z zasadami" byłoby płytkie i puste.
Begied21 pisze: Zanim jeszcze weszliśmy do kina, ucałowaliśmy się namiętnie, zasysając się w sobie jak nieznany gatunek małży. W taki oto sposób upewniłem się, że moja Edith naprawdę nie miała górnej jedynki, a także jednego zęba przedtrzonowego i siekacza. Prawdę mówiąc - język to całkiem niezłe narzędzie poznania.

Ten fragment - i wiele innych - bardzo dobry (poczucie humoru, dobry i szybki język), z wyjątkiem ostatniego zdania, które wydaje mi się zbędne, bo łopatologiczne.
Begied21 pisze: Po opuszczeniu kina, mrok nocy kąsał nasze ciała

Kto opuścił kino? Bo z tego zdania wynika, że to mrok opuścił kino i kąsał ciała; tutaj rzeczywiście kłania się gramatyka i logika.
Begied21 pisze: Tym razem przygotowałem aż trzy strzykawki - napełnione po same brzegi. Przez przezroczysty roztwór mogłem dostrzec niemal wszystko. Swoje życie widziałem jako olbrzymią nić, na którą nanizane były korale ze wspomnieniami. Odległe i stygnące – całkowicie stąd niedosiężne. Pierwszy koralik z uśmiechem mamy i wujka. Sznurek przesuwa się w dłoni. Jeszcze jej nie kaleczy. Drugi z nich to chichot Steve’a z Alamos. Mokre od potu palce wciąż wędrują po sznurku. Kolejny, czarny jak węgiel koralik to przyćpany grymas Henry’ego. Sznur wrzyna się w skórę. Czerwony i błyszczący koraliczek to Edith, w całej swojej okazałości. Teraz już boli. A dalej szereg coraz mniejszych, wyglądających jak zasuszone owoce dzikiej róży. Heroina. Major John. Więc to tak.

Ten fragment jest znakomity i dlatego uważam, że oprócz wielkiego bałaganu kompozycyjnego i innych grzechów warsztatowych Twojego tekstu, wyraźnie widać, że masz wyobraźnię i masz zadatki:-))
Begied21 pisze: Dnia osiemnastego sierpnia o godzinie jedenastej pięćdziesiąt pięć czasu panującego w stanie Nowy Meksyk – dwanaście dni po zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę – do mieszkania numer osiem na poddaszu, znajdującego się w drewnianym budynku na 21. Street wkroczyło dwóch oficerów policji – Jonathan Themerys oraz Charles Zandorgio.

Ten fragment także dobrze napisany (pomijam interpunkcję), bardzo dobre zderzenie znaczeń: sprzątacz z Los Alamos, Los Alamos, Oppenheimer,Hiroszima, śmierć sprzątacza; ponadto sensowne i robiące wrażenie użycie stylu notatki policyjnej.
Jednym słowem, dużo pracy przed Tobą, bo talent masz!

Sprzątacz z Los Alamos

10
Begied21 pisze: Ja tego busa rozumiałem jako specjalnie postawionego dla pracowników
Ależ oczywiście, że tak. Takie busy kursują pod koniec każdej zmiany, przywożąc i odwożąc pracowników. W związku z tym nie ma konieczności, żeby sypiali oni na terenie ośrodka, nawet jeśli obsługują urządzenia pracujące w ruchu ciągłym i kończą zmianę o trzeciej w nocy. A jeśli tam sypiają - to musi być jakiś specjalny powód po temu. I tego właśnie zabrakło.
Begied21 pisze: A Oppenheimer na końcu?
Żeby uzasadnić wprowadzenie głosu Oppenheimera na końcu, całkowicie by wystarczyło, gdyby Paul jadący busem wspominał na przykład, że Oppenheimer zwrócił się do niego z jakimś drobnym poleceniem, a jemu aż dech zaparło, tak był poruszony. Albo podobnie. Do tego wcale nie potrzeba opisu mydła i zdemolowanej umywalni, tudzież kolegów, którzy rozwiali się jak dym :)
Begied21 pisze: No i dzięki za wypunktowanie wszystkich błędów zdaniowych
Zdecydowanie nie wszystkich :D Ale nie masz się czym przejmować. Piszesz potoczyście, bez typowych błędów gramatycznych, a różne takie kwiatki językowe (chwasty też kwitną, zauważę nieśmiało) zawsze można przyciąć w trakcie redagowania tekstu.
Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Sprzątacz z Los Alamos

11
Rubia, z wyjaśnieniem nie będzie problemu, napiszę coś o tej "tajności" prac wykonywanych przez naukowców, w końcu dalej jest o tym że wujek załatwił mu pracę, więc nie każdy mógł się tam dostać. A ten opis właśnie nie wprowadza tego klimatu osamotnienia? W końcu traci on kolegów, których lubił(noo, nie wszystkich :D), z którymi wspólnie pracował. Ale fakt - "dogodne warunki" i ta stara umywalnia trochę nie pasują do siebie. Plakat chyba też można wyciąć. :mrgreen:

Added in 15 minutes 12 seconds:
Juliahof, dzięki za ocenę. Faktycznie, fragment z mieśniakami i Wielkim Kryzysem jest słaby. Wezmę to wszystko pod uwagę i jakoś sensownie przepiszę. Poszukam też wszystkich powtórzeń.
Ten fragment także dobrze napisany (pomijam interpunkcję), bardzo dobre zderzenie znaczeń: sprzątacz z Los Alamos, Los Alamos, Oppenheimer,Hiroszima, śmierć sprzątacza; ponadto sensowne i robiące wrażenie użycie stylu notatki policyjnej.
O to chodziło, cieszę się że wyszło :D
Jak to mawia święta Ziuta - olej risercz, daj uczucia...

Sprzątacz z Los Alamos

12
I znowu się wtrącę :(
Możesz wyciąć i plakat i umywalkę- i powstanie tekst jakich wiele a raczej relacja coś o czymś, jeżeli o to ci chodzi, cóż twoja decyzja...
Ja bym odrobinę rozjaśniła tematykę, dodając kilka zdań podjaśniających temat i naprowadzających czytelnika na właściwą ścieżkę. I opanowała tą słodko rozłażącą się scenę z dziewczyną = bo małże może robią wrażenie w morzu, ale w scenie pocałunku już nie za bardzo.
Ale, decyzja należy do autora... :)
Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz

Sprzątacz z Los Alamos

13
Begied21, dla mnie ważna jest konstrukcja opowiadania, dająca jego fabularną spójność. A u Ciebie ono jest spójne od momentu, kiedy Paul jedzie autobusem. Obie części - ta w LA i ta w domu - nie składają się na harmonijną całość.
Poza tym - nie leć stereotypami: że klimat osamotnienia, że facet stracił pracę, kolegów, więc musiał sobie dać w żyłę. A nie mógł po prostu dla odprężenia? Siedział skoszarowany parę tygodni, dostał możliwość wyjścia na parę dni do domu, chciałby się zabawić, znajomi gdzieś poznikali, w domu też pustka no i jeszcze wiadomość, że wujek nie żyje. Zabrakło jedynego opiekuna. Trzeba jakoś odreagować, a on przecież doświadczenia z narkotykami miał już wcześniej. To wcale nie jest takie oczywiste, że opowiadanie będzie lepsze, jeśli przywalisz swojego bohatera nieszczęściami :D
Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Sprzątacz z Los Alamos

14
To i dwa grosze ode mnie:
(część się powtórzy, część nie)
Jak dla mnie, cały akapit o baraku, sprzątaniu etc etc - out. Napisany jest sprawnie, ale - co wnosi? Ma dalsze zahaczenie w fabule? Skojarzył mi się z "Dniem świra" i sceną w pociągu - "wiesz, dzisiaj jadłam śniadanie". Każdy je śniadanie, nawet jeśli fantastycznie to opiszesz - łotewer, ubrał się i wyszedł. Robert, Steve, John i Charles już się więcej nie pojawiają. Podobnie opisy naukowców z Los Alamos - fajne, żywe, ale - poza Oppenheimerem pod koniec sztuka dla sztuki.
Zgadzam się z Rubią, opowiadanie powinno się rozpocząć od autobusu. Od tamtej sceny jest naprawdę mocno, plastycznie, czytałem z przyjemnością. Niby historia dwójki ćpunów, a bardzo dużo z niej wycisnąłeś.
Ale żeby nie było tak różowo, naści błędy:
Trzy razy coś wynosisz i jest to niewłaściwe słowo:
klitce wynoszącej - mniej więcej - kilkanaście metrów kwadratowych ileś mkw to wynosi powierzchnia klitki. A klitka mierzy kilkanaście mkw. BTW nawet na dolnej granicy 3x4m na 2 piętrowe łóżka to nie jest ciasno. W akademikach bywa(ło) gorzej :D
na moją skromną garderobę, wynoszącą oprócz składającą się z (...)
stosuję niewielkie dawki specyfiku, wynoszące od czterech do pięciu zapałczanych główek. dawka faktycznie "wynosi", ale grany / miligramy, nie główki. Dałbym np "wielkości od ...do...".
I kolejne co w oko wpadły, niewiele bo jak jeden fiolet powiedział, jak się dobrze czyta to byków nie widać:
Begied21 pisze: moja matka chora na gruźlicę umierała krztusząc się flegmą - nie stać mnie było nawet na lekarza, który stwierdziłby dokładną przyczynę śmierci,
myślałem że umarła na gruźlicę. Chyba, że strasznie był ciekaw czy to był krwotok, zapalenie płuc czy zakrztuszenie.
Begied21 pisze: Upadek Trzeciej Rzeszy może i pozostawał kwestią tygodni, ale wciąż w militarnej grze brali udział inni alianci Hitlera, tacy jak Japonia.
No wtedy już tylko Japonia. OK, może być niekumaty i myśleć że kamikaze to taki kraj ;)
Begied21 pisze: Trinity miała mieć siłę 500 kT – miała zaś 18 500 kT(na pewno znacznie więcej niż przewidywano).
Wyszło 22kT, a zakłady były między 0 a 45kT (nie liczę trola Fermiego, który przepowiadał podpalenie atmosfery :D )
I tyle. Jest dobrze (z zastrzeżeniami).
Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar
Dupczysław Czepialski herbu orka na ugorze

[W W] Sprzątacz z Los Alamos

15
Jeszcze jedno zdanie i na tym kończę - bo skoro autor nie potrafi obronić swojego utworu, ja za niego nie będę kruszyć kopii. Misieq79 jeżeli uważasz, że do fabuły opis laboratorium w Los Alamos nic nie wnosi, to o czym tu dyskutować? Punkt zapalny - wyciszony w tym opowiadaniu jako początek - jest tu niepotrzebny? To niby co jest zalążkiem fabuły? Autobus?
Wystarczy prześledzić historię bomby A by puzle stanęły na właściwych miejscach, trzeba je tylko logicznie powiązać. Ale to nie moje zadanie.
Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz
ODPOWIEDZ

Wróć do „Zweryfikowane i zarchiwizowane”

cron