"Dzwoneczek" (opowiadanie)

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
14091991
Szkolny pisarzyna
Posty: 25
Rejestracja: czw 18 sty 2018, 23:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

"Dzwoneczek" (opowiadanie)

Postautor: 14091991 » czw 03 maja 2018, 21:34

Cześć wszystkim,
poniżej moja kolejna próba. Tym razem opowiadanie. Będę wdzięczna za opinię, radę, podpowiedzi, konstruktywna krytyka mile widziana. Z góry dzięki!
Pozdrawiam,
Ola

Tom wrócił ze szpitala około piętnastej. Nie mógł już tam wytrzymać i wypisał się na własne żądanie. Było piątkowe popołudnie a na dworze panował istny ukrop, dlatego jedyne o czym marzył to butelka zimnego jasnego piwa. Chociaż alkohol nie był najlepszym pomysłem w jego stanie, nie mówiąc o jeździe samochodem, to myślał o nim w drodze do domu sunąć pick-up'em po Beeville, małym teksańskim miasteczku. Wizja wypicia tego co czekało na niego w lodówce koiła zszargane ostatnimi wydarzeniami nerwy.
Wjechał przed garaż przy parterówce otoczonej równo przystrzyżonym trawnikiem i porozrzucanymi dziecięcymi zabawkami. Na widok ciężarówki, którą minął idąc po prowadzącej do drzwi ścieżce, Tom zacisnął w dłoni klucze od domu. Jeszcze do niedawna Mike, jego pięcioletni syn, bawił się nią naśladując ojca przy pracy. Dziś już go nie było. I chociaż nie chciał przyznać się do tego przed nikim innym, przed sobą nie zamierzał udawać: wydarzenia sprzed trzech dni i nieobecność Mike’a były również jego winą. Pomimo tęsknoty wiedział, że tak będzie lepiej. Przede wszystkim dla chłopca.
Przekręcił kluczyk w drzwiach, popchnął je i usłyszał odgłos dzwonka. Tara zawiesiła go na haku przy suficie po to, żeby mieć nad małym kontrolę – bała się, że chłopiec wyjdzie niezauważony. Słyszała o podobnych przypadkach w telewizji. Rodzice pilnowali dziecka jak oka w głowie, a pomimo tego takie rzeczy się zdarzały. Początkowo Tom przystał na pomysł dzwoneczka, jednak od niedawna zaczął zdawać sobie sprawę, co było prawdziwym powodem pojawienia się go nad drzwiami: troska Tary o samą siebie. Nie chciała wpaść w kolejne kłopoty. Gdyby wydało się, że była w tym czasie pod wpływem, sprawa byłaby poważniejsza. Nie wygrzebałaby się. Wiedziała już wtedy również, że Tom nie weźmie już żadnego jej przewinienia na siebie.
Przekroczył próg rzucając klucze na stolik w holu po czym skierował się do kuchni. Chwycił pilot od telewizora, włączył mecz, wyjął piwo z lodówki. Sięgając po nie z górnej półki złapał się za lewy bok wykrzywiając się z bólu – obrażenia dawały o sobie znać. Lekarz ostrzegał, że jest za wcześnie na powrót do pracy i powinien pozwolić ranie porządnie się zagoić. Nie stać go było jednak na chorowanie. Po jego wspólnym życiu z Tarą pozostały wióry, ale ktoś musiał utrzymać je na powierzchni, na którą opadły. Nawet jeśli ich ilość była nikła, a jakość nie rodziła nadziei, to wciąż było dla kogo się starać.
Zanurzył się w fotelu i odetchnął głęboko. Nie pamiętał kiedy ostatnim razem mógł tak po prostu posiedzieć. Jednym haustem wychylił prawie całą butelkę. Pomimo, że znowu poczuł krótki ale przeszywający ból w okolicy żeber, fala chłodu, która wypełniła jego ciało była warta tej chwili cierpienia. Patrzył z otępieniem na rozgrywany w telewizji mecz i zastanawiał się jak do tego wszystkiego doszło. Jak on, głowa rodziny, mógł na to wszystko pozwolić.
Tamtego dnia nic nie zapowiadało zbliżających się wydarzeń. Tara z butelką whiskey obok, próbująca pozostać na tyle świadomą, żeby móc usłyszeć brzęczenie dzwonka – widział to co wieczór. Wrócił z pracy a obraz jaki zastał niczym nie różnił się od tego, który miał okazję oglądać codziennie od roku. To wtedy Tara usłyszała diagnozę. Od tamtego momentu wszystko potoczyło się bardzo szybko; strata pracy, alkohol i stygmatyzacja przez rodzinę to szczyt góry lodowej ich problemów. Próbował jej pomóc – pilnował zaleceń lekarzy, jednak odrzucana przez nią pomoc i oszustwa z lekami oddaliły ich od siebie na tyle, że zaczął być już tym zmęczony.
Poza tym, czasami się jej bał. Naprawdę bał. Strach pojawiał się już wcześniej, ale udawało mu się go zracjonalizować. Od pewnego momentu jej wzrok zaczął mieć inny wyraz. Łapał ją na tym, że stoi i patrzy. Na niego, na Mike’a. O ile w konfrontacji z nim i jego częstym pytaniem czy aby na pewno wszystko w porządku Tara wracała z zaświatów odpowiadając jak gdyby nigdy nic, że się zamyśliła, tak kiedy przyglądał się temu z boku, odczuwał niepokój. To nie było zwykłe zamyślenie, a wizja tego co może kryć się w jej głowie zaczynała martwić go coraz bardziej. Do końca chciał wierzyć, że demonizuje jej stan. Dziś nie miał wątpliwości jak był naiwny. Jej narastającą agresję tłumaczył swoimi błędami. Niesłusznie.
Trzy dni temu ujrzał ją, a krew odpłynęła mu z twarzy. Sam nie wiedział dlaczego akurat wtedy – to przyszło znikąd. Przed oczami stanęło wszystko to, co próbował zrobić dla ich rodziny oraz to, czego nie robiła Tara. Tamtego wieczoru Lakersi przegrywali z Miami Heat; zamroczony ciężarem emocji jak przez mgłę rozpoznawał podekscytowany głos komentatora. Zaczęło kręcić mu się w głowie.
Nagle z rozpamiętywania przeszłości wyrwał go dźwięk dochodzący z tylnej części domu. Z ociąganiem wstał, bo wiedział, że musi sprawdzić kto lub co tłucze się po jego posesji. Przez umysł przemknęła mu ta jedna złowroga myśl. Zaśmiał się jednak do siebie – to byłoby nieprawdopodobne i szalone bardziej od samej Tary. Odizolowali ją, nic mu już nie groziło. A jednak coś kazało mu sprawdzić czy aby na pewno. Otworzył drzwi do ogrodu i rozejrzał się. Oprócz małego czarnego kota przechadzającego się po drewnianym stołku pod drzewami, niczego i nikogo nie zauważył. Tom przeklął głośno kociego intruza, po czym chwycił z ziemi pierwszy lepszy kamień i rzucił nim w zwierzę. Kot zamiauczał głośno zeskakując ze stołu i zniknął w zaroślach. Po chwili nie było po nim już śladu.
Przez jakiś czas Tom pozostał w ogrodzie. Oparty o framugę z rękoma w kieszeniach w zawieszeniu przyglądał się temu, co sam stworzył. Był środek kwietnia i wiśnie były w pełnym rozkwicie. Ogród wyglądał przepięknie i narzucił wspomnienia, które dziś miały inny, gorzki wymiar. Tara uwielbiała kwitnące drzewa wiśni. Zachwycała się nimi za każdym razem widząc je podczas telewizyjnych relacji z Waszyngtonu. Obiecał jej, że kiedyś ją tam zabierze. W zamian zrobił dla niej ich własne Tidal Basin, w którym ukrył się sprawca jego chwilowo przyspieszonego tętna.
Wrócił do fotela i telewizora. Tym razem to nie Lakersi i Miamia Heat, ale dwie zupełnie inne drużyny. Oglądał, bezskutecznie próbując skoncentrować się na meczu. Natychmiast odbiegał myślami od toczącej się na boisku gry do wydarzeń sprzed trzech dni. Tara zatacza się w kuchni. Tara krzyczy, strącając przy tym butelkę mleka z wyspy kuchennej. Rozpryskujące się na podłodze szkło, zmieszane z bielą mleka i czerwienią krwi wypływającą z jej poranionych stóp. Mike stojący w holu. Patrzy. Niebieskie, duże oczy Mike’a. Te oczy. Tom podchodzi do niego, zabierze go stamtąd, niech stanie się to, z czym zwlekał tylko ze względu na miłość. Do momentu, w którym zrozumiał, że są sytuacje, w których i ona znaczy zbyt mało. A potem nicość. Czerń, i przeraźliwy ból w boku. I strach, o siebie i o dziecko. To wszystko wracało do niego jak fotografie lub film puszczany klatka po klatce. Poszarpane obrazy, żadna całość, do której mógłby z łatwością się odnieść. Jedna chwila nieuwagi; nie ostrzegł go żaden z dzwoneczków, które on sam zamontował u progu swojego umysłu. Nic nie zabiło na alarm, nie zawiał żaden podmuch, który wprawiłby w ruch mechanizmy.
Poczuł, że oddycha z coraz większą trudnością. Musiał jak najszybciej wyjść, dlatego potykając się o zabawkę Mike’a wybiegł z domu na panujący na dworze upał. Chwycił samochodzik, rzucając go przed siebie po czym upadł na ziemię, waląc pięściami w suchy od przegrzania trawnik. Trwał w klęczącej pozycji przyciskając czoło do gryzącej trawy, z rękoma nad głową, nie mogąc zrobić wdechu. Czuł się bezradny. Był trzydziestoletnim, pokaźnej postury mężczyzną w sile wieku, który leżał przed swoim domem jak mały chłopiec. Zapomniał o fizycznym bólu, dokuczającym mu coraz bardziej. Do ziemi przygwoździło go coś innego: poczucie winy i myśl, że nie może pozwolić jej wrócić. Uspokoił się jednak zdając sobie sprawę, że z czymś takim na koncie Tara długo nie poczuje wolności.
- Przepraszam, proszę pana, czy wszystko w porządku? – usłyszał nad swoją głową kobiecy głos. To Mary. Stara sąsiadka z naprzeciwka.
- A jak pani myśli? Czy wyglądam jakby było? – odpowiedział.
- Przepraszam, przechodziłam tylko, widzę, że leży człowiek na ziemi. Jeszcze z bandażem. Może zadzwonię po pomoc? Czy potrzebuje pan lekarza?
- Nie, nie, żadnego lekarza. Niech pani idzie – kobieta przyglądała się Tom’owi widocznie zdziwiona jego reakcją – No co się tak gapisz, idźże stąd, zostaw mnie.
- Ale zaraz, zaraz... to pan...Widziałam, że pan podjechał, chciałam sprawdzić czy z panem i z chłopcem wszystko w porządku, ale teraz nie rozpoznałam pana. Nie na co dzień znajduje się zakrwawionego sąsiada przed jego własnymi drzwiami. Co będzie z pana żoną? Dlaczego to wszystko się stało?
Zdziwił się. To Stara Mary zadzwoniła wtedy po policję. Usłyszał w jej głosie, że była przejęta. Wyczuwał też strach. Dotarło do niego, że gdyby nie ona, byłoby dawno po nim. Po nim i po Mike’u.
- To pani zadzwoniła po pomoc, wtedy, we wtorek?
- Tak, ja. Znalazłam pana na ganku. Leżał pan, półprzytomny, mówiący coś o chłopcu. Ta kobieta, Pańska żona, stała z nożem... tak jakby sparaliżowana... nie ruszała się, patrzyła na Pana... zresztą, to nie moja sprawa. Awantury domowe i inne. Ale musiałam zareagować, bo tam było dziecko.
- Dziękuję, że pani zareagowała. To być może uratowało nam życie.
- To był mój obywatelski obowiązek. Mam jednak nadzieję, że państwo się wyprowadzą. To dobra dzielnica, i dobra okolica. Nie chcemy tu takich scen, ani awantur domowych i innych. To państwa sprawy. Nie wiedziałam, że kogoś z marginesu społecznego stać na taki drogi dom.
Myślał, że się przesłyszał. Leżał na trawie, a echo wypowiedzianych przez nią słów dudniło w jego głowie. Poczuł pulsujący w skroni ból.
- Nie musi się pani obawiać. Moja chora psychicznie żona została zamknięta. Nie będzie Pani więcej przeszkadzać i zakłócać wieczornych wiadomości. No i tak przy okazji, całkiem nieistotnie, nie będzie próbować mnie kolejny raz zabić. To tak przy okazji.
- Ale żeby od razu chora psychicznie? Ja bym inaczej to nazwała. Może czegoś się naćpała? Wie Pan, teraz młodzi lubią sobie takie rzeczy, mój wnuk...
- Niech pani idzie.
- Ale niech pan posłucha, mój wnuk...
- Idź, idź stąd kobieto, bo nie ręczę za siebie.
Przez chwilę stała patrząc na niego z zaskoczeniem, lekko rozchylonymi wargami i uniesionymi brwiami do góry. Nie zastanawiała się zbyt długo. Ze spokojem podniosła porzucone na chodniku torby z zakupami i ruszyła w dalszą drogę, rzucając na odchodne trzy słowa, z którymi chociażby zapierał się ze wszystkich sił, nie mógł się nie zgodzić: Tylko dziecka szkoda. Chociaż nie wiedział do końca dlaczego, Tom zerkał na nią, licząc, że być może się odwróci. Stara Mary szła jednak uparcie patrząc przed siebie, nie zwalniając kroku chociażby o sekundę.
Po około pół godziny trwania w bezruchu, Tom wstał i powłóczystym krokiem skierował się w kierunku drzwi. W pierwszym momencie nie zwrócił na to uwagi, jednak po chwili zauważył w sypialni syna uchylone okno. Malec często chorował, a nocne ochłodzenie nigdy temu nie sprzyjało, dlatego otwarte okno było czymś nietypowym. Przekraczając próg domu i zatrzaskując za sobą drzwi poczuł się nieswojo. Coś w tle jego zmęczonego umysłu biło na alarm, jednak myśl ta uciekła w chwili, w której się pojawiła. Kierując się do dziecięcego pokoju nie potrafił się jednak uwolnić od poczucia, że coś jest inaczej, coś się zmieniło. Wbiegł do sypialni Mike’a zastając pusty pokój z niezaścielonym łóżkiem i otwartym oknem. Nie potrafił tego wyjaśnić. Lekarz mówił, że przeżyty szok może spowodować luki w pamięci. Może to właśnie był ten moment. Zatrzasnął okno i próbował przez chwilę zostać w sypialni Tom’a. Podszedł do łóżka, poprawił rzuconą niedbale kołdrę. Wyklepał poduszkę w nadziei, że wkrótce Tom ułoży się na niej do snu. Skierował się w stronę biurka i zaczął przeglądać: zabawki, kolorowanki, rysunki. Mówili, że mały ma talent. A potem natrafił na obrączkę. Początkowo mignęła mu w kącie blatu, nie wziął jej za to, czym w rzeczywistości była. Na jej widok złapał się za lewą dłoń. Jego wciąż była na miejscu. Nie potrafił uwierzyć, że Tara dała chłopcu swoją do zabawy. Po chwili zdał sobie jednak sprawę, że nie było to wcale takie nieprawdopodobne.
Wzdrygnął się, gdy usłyszał dźwięk telefonu dochodzący z salonu. Przez dwa dzwonki stał oparty o biurko pozwalając sobie na przeminięcie lęku. Podszedł do słuchawki.
- Halo.
- Dlaczego na miłość boską wypisałeś się ze szpitala? Czy Ty na głowę upadłeś? – wykrzyczała te słowa bez żadnego uprzedzenia.
- Mamo, uspokój się, nie mogłem tam wytrzymać ani chwili dłużej. Zabrali Toma.
- Żeby się nim opiekować Ty sam musisz być zdrowy – wciąż krzyczała.
- Dość, nie drzyj się – po tych słowach na chwilę w słuchawce zapadła cisza.
- Gdzie go zabrali? Podzwonię gdzie trzeba, natychmiast go odzyskasz.
- Wiem, chciałem prosić Cię o pomoc w tym, ale muszę dzisiaj odpocząć.
- Poszukaj nowego mieszkania, wyprowadź się stamtąd w cholerę. Tak, żeby ta wariatka nie wiedziała gdzie – wyczuwał w jej głosie złość, której dawał jeszcze chwilę na ostateczny wybuch.
- Wiem, ja to wszystko wiem...– zwrócił się do niej spokojnie, licząc, że podziała to również na jej zszargane nerwy – Daj mi jeden dzień, ok? Dziś i tak nic nie zrobię. Widziałem się z małym, ale oni zasłaniają się procedurami. Nie chcą oddać mi go do domu, w którym doszło do czegoś takiego. Ale oddadzą. Muszę odetchnąć, pomyśleć. Jeden wieczór. A potem zrobię co trzeba.
- Ty już wcześniej mogłeś zrobić co trzeba – odpowiedziała matka, wciąż wyraźnie wściekła. Nie wiedział już czy na niego czy na Tarę.
Nie potrafił odpowiedzieć. Cisza trwała jeszcze przez chwilę.
- Wkrótce przyjedziemy. Czy wiesz już kto Was znalazł?
- Wiem – na samą myśl przyspieszyło mu tętno.
- Trzeba będzie podziękować.
- Ja już podziękowałem. A Ty się nawet nie waż.
- Coś się stało? – zapytała wyraźnie zdziwiona jego reakcją.
- Nie, nic, to nieistotne w tej całej sprawie. Dobra, muszę kończyć, jutro zadzwonię, dzisiaj chcę spokoju.
- W porządku. Gdyby tylko coś, to dzwoń. Na pewno jesteś tam bezpieczny?
- Co to za pytanie? Przecież ona jest zamknięta. Dobra, cześć mamo.
- Trzymaj się.
Chciał spokoju. Złapał się jednak na tym, że pytanie matki wprawiło go w całkiem odwrotny stan. Myśli natrafiały na wyobrażenie chwili, kiedy Tara staje w drzwiach w zupełnie niewyjaśniony sposób. Fakty, liczą się fakty. Tara jest za kratami i długo tam zostanie. Próba racjonalizacji swoich obaw przyniosła zamierzony efekt – zaczął znowu miarowo oddychać. Wytarł zebrane w kącikach oczu łzy i postanowił wziąć się w garść. Spróbuje odwrócić swoją uwagę od kłębiących się w głowie obaw i myśli. Nie miał nic lepszego do roboty ani siły na nic innego niż dokończenie wieczoru przed telewizorem. Musiał i chciał oddać się bezczynności, chociaż na jeden wieczór. Lekarz, z którym rozmawiał zalecał odpoczynek. Rozsiadł się poraz kolejny przed ekranem skacząc po kanałach. Zatrzymał się na lokalnej telewizji. Znał te twarze aż nazbyt dobrze. Tom słuchał uważnie podanych faktów – przez kilka minut. Nic z tego. Nie potrafił się skoncentrować na tym co pojawiało się na ekranie, chociaż usilnie próbował.
Postanowił spróbować sposobu na sen sprzed lat. Wyobrażał sobie, że jego ciało jest ciężkie, bardzo ciężkie. Zawsze działało. Sen nadszedł zbyt szybko niż się spodziewał - zmęczenie i stres zrobiło swoje, a wypite piwo również wprawiło go w senność. Siedział w fotelu z zamkniętymi oczami i lekko rozchylonymi ustami, a pojawiające się na ekranie sceny zaczynały być jedynym panującym oświetleniem z pogrążającym się w ciemności domu.
Nie minęło dużo czasu kiedy Tom się przebudził. Zdziwił się, że drzemka zabrała mu jedyne dwadzieścia minut. Sen okazał się płytki i nie przyniósł ukojenia, o którym marzył. Zasłonił oczy od świecącego prosto w jego zmęczone oczy telewizora. Opatrzony czerwonym tłem napis „Wypadek w okolicach Beeville” rzucał na ściany i jego twarz bordową poświatę. Przyzwyczaił wzrok do światła a do jego świadomości zaczęło docierać coraz więcej słów.
- Dziś po godzinie szesnastej na trasie wyjazdowej z Beeville konwój policyjny w niewyjaśnionych okolicznościach zboczył z trasy. W wyniku wypadku śmierć na miejscu poniósł kierowca furgonetki oraz asystujący mu policjant. Naszym dziennikarzom udało się dowiedzieć, że najprawdopodobniej jeden z więźniów dokonał ataku na funkcjonariuszy w wyniku czego w kabinie samochodu wywiązała się szamotanina. Policja nie potwierdza i nie komentuje tych doniesień. Służby nie wydały jeszcze oficjalnego oświadczenia w sprawie przewożonych przez policjantów więźnów. Na późne godziny wieczorne zaplanowana została konferencja prasowa. Nasz reporter, John, jest na miejscu. John, powiedz naszym widzom...
Dziennikarz wyrzucił z siebie słowa w charakterystyczny dla prowadzących sposób - zupełnie bez emocji. Tom nigdy tego nie lubił. I tak było i tym razem. A w szczególności tym razem.
Nagle wyprostował się w fotelu, mocno chwytając się poręczy. To dotarło do niego w jednej chwili: dzwoneczek, zabrakło dzwoneczka.



Awatar użytkownika
silva.silvera
Zarodek pisarza
Posty: 24
Rejestracja: wt 02 wrz 2014, 21:02
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

"Dzwoneczek" (opowiadanie)

Postautor: silva.silvera » pt 04 maja 2018, 13:52

Ciekawe, dość zagmatwane, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Jednak jest kilka dziur. sąsiadka: wścibska starsza pani, która z góry zakłada, ok. Mam wrażenie, że wszczepiłeś polską emerytkę w zagraniczną sąsiadkę. Powinna raczej wypytywać głównego bohatera o to co się stało, dlaczego jego żona to zrobiła?
Dlaczego matką bohatera jest wściekła? To chyba powinien być strach o syna i wnuka.
Samo dziecko. Pomijając jak chłopiec uniknął matki w ataku psychozy, dlaczego nie przekazano go pod opiekę dziadków? Jak działa procedura, która tu zachodzi?
W jednym momencie zamieniłeś imiona postaci ojca i syna - od zamykania okna w sypialni dziecka do końca rozmowy z matką mężczyzny. chyba, że to zabieg celowy?
dlaczego matką bohatera
I jeszcze pytanie: skąd wiedział, że "zabrakło dzwoneczeka"? Zauważył otwarte drzwi? poczuł chłód?


Alicja dogoniła Białego Królika... I ukradła mu zegarek.

Awatar użytkownika
14091991
Szkolny pisarzyna
Posty: 25
Rejestracja: czw 18 sty 2018, 23:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

"Dzwoneczek" (opowiadanie)

Postautor: 14091991 » sob 05 maja 2018, 10:18

silva.silvera pisze:Source of the post Ciekawe, dość zagmatwane, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Jednak jest kilka dziur. sąsiadka: wścibska starsza pani, która z góry zakłada, ok. Mam wrażenie, że wszczepiłeś polską emerytkę w zagraniczną sąsiadkę. Powinna raczej wypytywać głównego bohatera o to co się stało, dlaczego jego żona to zrobiła?
Dlaczego matką bohatera jest wściekła? To chyba powinien być strach o syna i wnuka.
Samo dziecko. Pomijając jak chłopiec uniknął matki w ataku psychozy, dlaczego nie przekazano go pod opiekę dziadków? Jak działa procedura, która tu zachodzi?
W jednym momencie zamieniłeś imiona postaci ojca i syna - od zamykania okna w sypialni dziecka do końca rozmowy z matką mężczyzny. chyba, że to zabieg celowy?
dlaczego matką bohatera
I jeszcze pytanie: skąd wiedział, że "zabrakło dzwoneczeka"? Zauważył otwarte drzwi? poczuł chłód?


Dzięki za odpowiedź i opinię. Co do sąsiadki i matki - taki był zamysł. Dialog z sąsiadką miał pokazać te niedopowiedzenia, to, że choroba kobiety była ukrywana, sąsiedzi nie do końca zdają sobie sprawę z tego co na prawdę zaszło, do tego brak pewnego taktu ze strony sąsiadki... raczej coś takiego chciałam pokazać. W przypadku matki - boi się, ale tak, jest również wściekła. I tu jestem ciekawa Waszej opinii, dlaczego jest wściekła, nie tylko zmartwiona.

Co do sytuacji wnuka - masz rację, ten element powinnam była dopracować, lepiej to objaśnić przedstawić, bo w tym temacie pewnych niedopowiedzeń nie powinno być, gdzie konkretnie znajduje się chłopiec, w jakim jest stanie itd.

Zamiana imion - to nie zamysł, mój błąd :)

Skąd wiedział, że zabrakło dzwoneczka? To już zostawiam Waszej interpretacji :)

Jeszcze raz dzięki, i będę wdzięczna za więcej opinii i Waszych punktów widzenia :)



Awatar użytkownika
Kreator
Pisarz osiedlowy
Posty: 217
Rejestracja: pn 11 maja 2015, 20:20
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

"Dzwoneczek" (opowiadanie)

Postautor: Kreator » ndz 06 maja 2018, 09:39

Przeczytałem. Sama historia powiem szczerze średnio mnie wciągnęła, ale nie to jest wazne. Masz parę niepotrzebnych powtórzeń, choć widać że spędziłeś/aś nad textem trochę czasu, wszystko ładnie wygładzone i jak należy napisane. Zabrakło mi tu przenośni, porównań w opisach. I trochę odrzucają ci hamerykańscy bohaterowie sunący pick-up'ami. Wolałbym jednak czytać coś bardziej przyziemnego, dziejącego się u nas, wtedy jakoś bardziej łykam opowieść, jestem w stanie w nią uwierzyć. Kto inny wytknie Ci z pewnością więcej błędów, ale wydaje mi się, jak najbardziej sobie radzisz.



Awatar użytkownika
14091991
Szkolny pisarzyna
Posty: 25
Rejestracja: czw 18 sty 2018, 23:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

"Dzwoneczek" (opowiadanie)

Postautor: 14091991 » ndz 06 maja 2018, 11:51

Kreator - dziękuję za opinię :)



Awatar użytkownika
iris
WModerator
WModerator
Posty: 662
Rejestracja: śr 14 sie 2013, 11:10
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: świętokrzyskie
Płeć: Kobieta

"Dzwoneczek" (opowiadanie)

Postautor: iris » ndz 06 maja 2018, 18:58

14091991 pisze:Source of the post
Tom wrócił ze szpitala około piętnastej. Nie mógł już tam wytrzymać i wypisał się na własne żądanie. Było piątkowe popołudnie a na dworze panował istny ukrop, dlatego jedyne o czym marzył to butelka zimnego jasnego piwa. Chociaż alkohol nie był najlepszym pomysłem w jego stanie, nie mówiąc o jeździe samochodem, to myślał o nim w drodze do domu sunąć pick-up'em po Beeville, małym teksańskim miasteczku. Wizja wypicia tego co czekało na niego w lodówce koiła zszargane ostatnimi wydarzeniami nerwy.


Tom wrócił ze szpitala, czyli gdy zaczyna się opowieść jest już w domu, a tu kolejne dwa akapity opisują, jak jedzie.

Później zaczyna się opowieść o każdym kroku, który zrobił, trochę jak w raporcie, albo protokole - co jest IMO niepotrzebne. Tak naprawdę istotną rzeczą w kolejnych dwóch akapitach są te zabawki i stwierdzenie że bohater ma syna, który z jakiegoś powodu jest nieobecny. I oczywiście dzwoneczek, który wprowadza postać Tary. Rozumiem, że próbujesz opisać przestrzeń, status majątkowy, pokazać taki schemat amerykańskiej rodziny z przedmieścia - ale trochę za dużo nieistotnych szczegółów.


14091991 pisze:Source of the post Jeszcze do niedawna Mike, jego pięcioletni syn, bawił się nią naśladując ojca przy pracy. Dziś już go nie było. I chociaż nie chciał przyznać się do tego przed nikim innym, przed sobą nie zamierzał udawać: wydarzenia sprzed trzech dni i nieobecność Mike’a były również jego winą. Pomimo tęsknoty wiedział, że tak będzie lepiej. Przede wszystkim dla chłopca.


Pogubiły Ci się podmioty. Dwa, Skoro wie, że dla chłopca tak jest lepiej, dlaczego później mówi, że próbował go odzyskać?

14091991 pisze:Source of the post Przekręcił kluczyk w drzwiach, popchnął je i usłyszał odgłos dzwonka. Tara zawiesiła go na haku przy suficie po to, żeby mieć nad małym kontrolę – bała się, że chłopiec wyjdzie niezauważony. Słyszała o podobnych przypadkach w telewizji. Rodzice pilnowali dziecka jak oka w głowie, a pomimo tego takie rzeczy się zdarzały. Początkowo Tom przystał na pomysł dzwoneczka, jednak od niedawna zaczął zdawać sobie sprawę, co było prawdziwym powodem pojawienia się go nad drzwiami: troska Tary o samą siebie. Nie chciała wpaść w kolejne kłopoty. Gdyby wydało się, że była w tym czasie pod wpływem, sprawa byłaby poważniejsza. Nie wygrzebałaby się. Wiedziała już wtedy również, że Tom nie weźmie już żadnego jej przewinienia na siebie.


Tutaj skacze Ci narrator. Wybrałaś relację Toma - skąd on może wiedzieć, co myślała Tara. On może to podejrzewać.

14091991 pisze:Source of the post Przekroczył próg rzucając klucze na stolik w holu po czym skierował się do kuchni. Chwycił pilot od telewizora, włączył mecz, wyjął piwo z lodówki. Sięgając po nie z górnej półki złapał się za lewy bok wykrzywiając się z bólu – obrażenia dawały o sobie znać.


14091991 pisze:Source of the post Lekarz ostrzegał, że jest za wcześnie na powrót do pracy i powinien pozwolić ranie porządnie się zagoić.

W tej chwili on jest w domu, nie w pracy.

14091991 pisze:Source of the post Po jego wspólnym życiu z Tarą pozostały wióry, ale ktoś musiał utrzymać je na powierzchni, na którą opadły. Nawet jeśli ich ilość była nikła, a jakość nie rodziła nadziei, to wciąż było dla kogo się starać.

No popłynęłaś z tymi wiórami :)


14091991 pisze:Source of the post Zanurzył się w fotelu i odetchnął głęboko. Nie pamiętał kiedy ostatnim razem mógł tak po prostu posiedzieć. Jednym haustem wychylił prawie całą butelkę. Pomimo, że znowu poczuł krótki ale przeszywający ból w okolicy żeber, fala chłodu, która wypełniła jego ciało była warta tej chwili cierpienia.

Opis pełnego relaksu. Przez cały tekst mam wrażenie, że w sumie to mu nawet pasuje, że syna nie ma. Brakuje mi ojcowskich emocji, tęsknoty. On siedzi i pije piwo.

14091991 pisze:Source of the post Tamtego dnia nic nie zapowiadało zbliżających się wydarzeń. Tara z butelką whiskey obok, próbująca pozostać na tyle świadomą, żeby móc usłyszeć brzęczenie dzwonka – widział to co wieczór.


To samo - skąd wiedział, co ona próbowała robić. On tylko ją widział, mógł z nią rozmawiać, ale nie siedzi w jej głowie.

14091991 pisze:Source of the post Wrócił z pracy a obraz jaki zastał niczym nie różnił się od tego, który miał okazję oglądać codziennie od roku. To wtedy Tara usłyszała diagnozę. Od tamtego momentu wszystko potoczyło się bardzo szybko; strata pracy, alkohol i stygmatyzacja przez rodzinę to szczyt góry lodowej ich problemów. Próbował jej pomóc – pilnował zaleceń lekarzy, jednak odrzucana przez nią pomoc i oszustwa z lekami oddaliły ich od siebie na tyle, że zaczął być już tym zmęczony.


IMO oddalenie się emocjonalne od żony zaistniało już chyba wcześniej, a jej postawa w trakcie leczenia mogła powodować złość, ale nie wiem, czy zmęczenie.


14091991 pisze:Source of the post Poza tym, czasami się jej bał. Naprawdę bał. Strach pojawiał się już wcześniej, ale udawało mu się go zracjonalizować. Od pewnego momentu jej wzrok zaczął mieć inny wyraz.


Wzrok nie może mieć wyrazu.

14091991 pisze:Source of the post Łapał ją na tym, że stoi i patrzy. Na niego, na Mike’a. O ile w konfrontacji z nim i jego częstym pytaniem czy aby na pewno wszystko w porządku Tara wracała z zaświatów odpowiadając jak gdyby nigdy nic, że się zamyśliła, tak kiedy przyglądał się temu z boku, odczuwał niepokój. To nie było zwykłe zamyślenie, a wizja tego co może kryć się w jej głowie zaczynała martwić go coraz bardziej. Do końca chciał wierzyć, że demonizuje jej stan. Dziś nie miał wątpliwości jak był naiwny. Jej narastającą agresję tłumaczył swoimi błędami. Niesłusznie.
Trzy dni temu ujrzał ją, a krew odpłynęła mu z twarzy. Sam nie wiedział dlaczego akurat wtedy – to przyszło znikąd. Przed oczami stanęło wszystko to, co próbował zrobić dla ich rodziny oraz to, czego nie robiła Tara. Tamtego wieczoru Lakersi przegrywali z Miami Heat; zamroczony ciężarem emocji jak przez mgłę rozpoznawał podekscytowany głos komentatora. Zaczęło kręcić mu się w głowie.


Tutaj jest chaos. I nie jest on pozytywny. Nie wiem, którego momentu dotyczą poszczególne zdania, nie łączy ich związek przyczynowo skutkowy, brakuje logicznej ciągłości. Zdania są oderwane od siebie, styl a nawet konstrukcja tych zdań jest do poprawy. Poza tym - Tara nie mogła wracać z zaświatów, bo żyła a nie była medium, dwa - piszesz, że tylko stała i patrzyła, a zaraz potem, że narastała u niej agresja.


14091991 pisze:Source of the post Nagle z rozpamiętywania przeszłości wyrwał go dźwięk dochodzący z tylnej części domu. Z ociąganiem wstał, bo wiedział, że musi sprawdzić kto lub co tłucze się po jego posesji. Przez umysł przemknęła mu ta jedna złowroga myśl. Zaśmiał się jednak do siebie – to byłoby nieprawdopodobne i szalone bardziej od samej Tary. Odizolowali ją, nic mu już nie groziło. A jednak coś kazało mu sprawdzić czy aby na pewno. Otworzył drzwi do ogrodu i rozejrzał się. Oprócz małego czarnego kota przechadzającego się po drewnianym stołku pod drzewami, niczego i nikogo nie zauważył. Tom przeklął głośno kociego intruza, po czym chwycił z ziemi pierwszy lepszy kamień i rzucił nim w zwierzę. Kot zamiauczał głośno zeskakując ze stołu i zniknął w zaroślach. Po chwili nie było po nim już śladu.
Przez jakiś czas Tom pozostał w ogrodzie. Oparty o framugę z rękoma w kieszeniach w zawieszeniu przyglądał się temu, co sam stworzył. Był środek kwietnia i wiśnie były w pełnym rozkwicie. Ogród wyglądał przepięknie i narzucił wspomnienia, które dziś miały inny, gorzki wymiar. Tara uwielbiała kwitnące drzewa wiśni. Zachwycała się nimi za każdym razem widząc je podczas telewizyjnych relacji z Waszyngtonu. Obiecał jej, że kiedyś ją tam zabierze. W zamian zrobił dla niej ich własne Tidal Basin, w którym ukrył się sprawca jego chwilowo przyspieszonego tętna.



IMO niepotrzebny fragment. Powiedz mi, po co Ci ten kot? Co wnosi? Co zostało tutaj pokazane?

14091991 pisze:Source of the post Wrócił do fotela i telewizora. Tym razem to nie Lakersi i Miamia Heat, ale dwie zupełnie inne drużyny. Oglądał, bezskutecznie próbując skoncentrować się na meczu. Natychmiast odbiegał myślami od toczącej się na boisku gry do wydarzeń sprzed trzech dni. Tara zatacza się w kuchni. Tara krzyczy, strącając przy tym butelkę mleka z wyspy kuchennej. Rozpryskujące się na podłodze szkło, zmieszane z bielą mleka i czerwienią krwi wypływającą z jej poranionych stóp. Mike stojący w holu. Patrzy. Niebieskie, duże oczy Mike’a. Te oczy. Tom podchodzi do niego, zabierze go stamtąd, niech stanie się to, z czym zwlekał tylko ze względu na miłość. Do momentu, w którym zrozumiał, że są sytuacje, w których i ona znaczy zbyt mało. A potem nicość. Czerń, i przeraźliwy ból w boku. I strach, o siebie i o dziecko.


No to nicość czy strach o dziecko? Dopóki nie przeczytałam dalej, wyobraziłam sobie, że Tara dźga go kawałkiem szkła z butelki, nie nożem. Po co ta butelka? Rozumiem, że spadła - Tara dostaje szału, strąca butelkę (chociaż widziałabym bardziej rzucanie przedmiotami) - opisujesz szkło na podłodze i tym sposobem ściągasz myśli czytelnika na szczegół. Podobnie było wcześniej, z trawnikiem, czy samochodem - jeśli pokazujesz szczegół to w opisie, jako element tła albo dokładniej zatrzymując się na owym szczególe - jeśli jest naprawdę istotny.

Dialog z sąsiadką jest nienaturalny. Jakbyś na siłę próbowała wyjaśnić czytelnikowi sytuację.


14091991 pisze:Source of the post Po około pół godziny trwania w bezruchu, Tom wstał i powłóczystym krokiem skierował się w kierunku drzwi. W pierwszym momencie nie zwrócił na to uwagi, jednak po chwili zauważył w sypialni syna uchylone okno. Malec często chorował, a nocne ochłodzenie nigdy temu nie sprzyjało, dlatego otwarte okno było czymś nietypowym. Przekraczając próg domu i zatrzaskując za sobą drzwi poczuł się nieswojo. Coś w tle jego zmęczonego umysłu biło na alarm, jednak myśl ta uciekła w chwili, w której się pojawiła. Kierując się do dziecięcego pokoju nie potrafił się jednak uwolnić od poczucia, że coś jest inaczej, coś się zmieniło. Wbiegł do sypialni Mike’a zastając pusty pokój z niezaścielonym łóżkiem i otwartym oknem. Nie potrafił tego wyjaśnić. Lekarz mówił, że przeżyty szok może spowodować luki w pamięci.

Chaos. I co Ty masz z tymi drzwiami ;) Opisujesz każde wyjście i wejście, łapanie za klamkę, zatrzaskiwanie :) Wiele z tych szczegółów można pominąć :)


Przyznam, że nie do końca zrozumiałam ten "dzwoneczek" na końcu. Wydaje mi się, że próbowałaś skleić to opowiadanie przedmiotem, który na koniec staje się symbolem swego rodzaju instynktu samozachowawczego. Idea fajna - ale w zakończeniu czegoś brakuje.

Z rzeczy mniej istotnych - przecinki. Z ogólnych - mam wrażenie pustki emocjonalnej. Tom nie wyraża przywiązania ani do żony, ani do dziecka. Jego postawa jest ambiwalentna. Niby ciągle jest mowa, że się wini, ale to wszytko. Poza tym - czy Tom i Tara w ogóle ze sobą nie rozmawiali? Całe opowiadanie miałam wrażenie, że się do siebie nie odzywają. On wspomina - aż się prosi dać jakiś dialog z żoną, może z dzieckiem, coraz bardziej wystraszonym.. Byłoby więcej naturalności, więcej emocji, a konstrukcyjnie nadałoby lekkości opowiadaniu, rozbijając całe bloki myśli i protokołów z czynności.

Jeśli chodzi o sam tekst - jest bardzo chaotyczny. Przy tego typu narracji trzeba bardzo pilnować logiki, miejsc, w których zmienia się czas akcji. Tego brakuje. W pewnym momencie nie wiadomo - to wspomnienie, czy opis bieżących wydarzeń.

Jeśli chcesz opanować narrację ze wspomnieniami, spróbuj napisać to opko w czasie teraźniejszym. Od razu zobaczysz, jak nabierze wyrazistości. Wspomnienia zostaną wyeksponowane i nie będą się plątały. Pilnuj tez narratora - jeśli jest z pozycji postaci - nie może wiedzieć wszystkiego. Temat nie jest nowatorski, ale jest ciekawy. Na pewno dobry, żeby poćwiczyć pewne rzeczy. Ale IMO chcesz za dużo na raz - i pokazać i opisać i to się miesza.

Pozdrawiam i życzę powodzenia! :)

Zatwierdzam jako weryfikację. R


„Styl nie może być ozdobą. Za każdym razem, kiedy nachodzi cię ochota na pisanie jakiegoś wyjątkowo skocznego kawałka, zatrzymaj się i obejdź to miejsce szerokim łukiem. Zanim wyślesz to do druku, zamorduj wszystkie swoje kochane zwierzątka.” Arthur Quiller-Couch

„Czasami nie wie się czegoś aż do czasu, kiedy się wie. Nie ma w tym nic złego.” Kubuś

Awatar użytkownika
14091991
Szkolny pisarzyna
Posty: 25
Rejestracja: czw 18 sty 2018, 23:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

"Dzwoneczek" (opowiadanie)

Postautor: 14091991 » ndz 06 maja 2018, 20:41

Iris, dziękuję bardzo za wszystkie uwagi :)



Awatar użytkownika
14091991
Szkolny pisarzyna
Posty: 25
Rejestracja: czw 18 sty 2018, 23:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

"Dzwoneczek" (opowiadanie)

Postautor: 14091991 » wt 22 maja 2018, 22:31

Będę wdzięczna za więcej opinii :)



Awatar użytkownika
Made
Szkolny pisarzyna
Posty: 42
Rejestracja: pn 06 sie 2018, 08:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

"Dzwoneczek" (opowiadanie)

Postautor: Made » sob 11 sie 2018, 18:25

Spodziewałam się czegoś innego i nie jestem pewna, czy moje oczekiwania nie były zbyt wygórowane – w każdym razie faktem jest, że się zawiodłam.

Podoba mi się zabieg zastosowany przez autorkę w celu zawiązania akcji: wielu twórców decyduje się zacząć akcję „od środka”, pokazać najpierw skutki i konsekwencje, a dopiero potem wyjaśnić, jak do tego wszystkiego doszło. Sama ten zabieg stosuję, wiem, jak świetnie on przykuwa uwagę. Jest jednak jeden problem – jeżeli się przeholuje, tekst zaczyna być niezrozumiały, a czytelnik robi się niecierpliwy, bo mijają minuty, czyta akapit za akapitem i ciągle niewiele rozumie. Miałam takie wrażenie od połowy tekstu, a nawet wcześniej. Miałam nadzieję, że wreszcie zaczniesz, dla odmiany, coś wyjaśniać, ale nie jestem pewna, czy się doczekałam.

To nie tak, że mi się nie podobało, ale albo ja jestem zbyt prostacka na takie złożone teksty, albo opowiadanie jest zbyt tajemnicze, zbyt „drugodenne”. Nie wiem, czemu służyć ma to dzieło – sądziłam, że pokazaniu pewnej patologii, ale, kurczę, autorko, nie wyjaśniasz ostatecznie, o co chodziło z tą matką. Co się dokładnie wydarzyło i z jakiego powodu. Tom trafił do szpitala, istniało zagrożenie jego życia i życia dziecka, sąsiadka się zlitowała i wezwała pomoc, ale jak do tego doszło? Na co ta kobieta chorowała? Psychoza – okej, ale z jakiego powodu? Depresja, choroba dwubiegunowa, jakieś inne zaburzenia? Zmiany nagłe czy długotrwałe? Jeśli to drugie – to dlaczego mąż nie reagował? Gdzie on był, gdy żona pogrążała się w matni, ulegała stopniowemu zatraceniu?

Pomyślałam w pewnej chwili, że jest to powiadanie kryminalne i tym bardziej oczekiwałam na rozwiązanie zagadki – szczególnie że akcja w sumie rozwijała się tak, jakby zmierzała do jakiejś odpowiedzi. Odpowiedzi, której nie dostałam i chyba w tym całe moje rozczarowanie – ten dzwonek na początku był takim wabikiem, zanętą i ja jak ten sum czy inny karaś dałam się złapać, bo ładne i błyszczy… I co? Pstro! Okazało się, jak w przypadku leszcza czy innego szczupaka, że mam do czynienia nawet nie z tłustym pędrakiem, tylko kiczowatą, plastikową błystką!

Dzwoneczek pojawia się ponownie na końcu, ale nie wiem, z jakiego powodu. Znaczy – to, że zniknął, niewiele mi powiedziało i nie jestem w stanie określi, DLACZEGO. Co się z nim dokładnie stało i jakie było jego przeznaczenie? Czego był symbolem?

iris pisze:Source of the post Przyznam, że nie do końca zrozumiałam ten "dzwoneczek" na końcu. Wydaje mi się, że próbowałaś skleić to opowiadanie przedmiotem, który na koniec staje się symbolem swego rodzaju instynktu samozachowawczego. Idea fajna - ale w zakończeniu czegoś brakuje.

Zdaje się, że iris ma rację i tak to trzeba interpretować. Czuję niedosyt, bo sądziłam, że chodzi o coś, hm… Bardziej przyziemnego. Takiego, że czytelnik widzi i rozumie. Wiem, że problem leży również we mnie, bo ja lubię móc na końcu palnąć się w czoło i powiedzieć: „Aaaaaa, o to chodziło!”. Otwarte zakończenia albo zakończenia zawoalowane, takie do własnej interpretacji, mierżą mnie niemożebnie. Jednak skoro nie tylko ja uważam, że czegoś tam brakuje… Autorko, proszę, mogłabyś wyjaśnić np. w prywatnej wiadomości, jaka jest rola tego dzwonka? Spokoju mi nie daje moja własna ignorancja i niedomyślność, uch.

14091991 pisze:Source of the post Co do sąsiadki i matki - taki był zamysł. Dialog z sąsiadką miał pokazać te niedopowiedzenia, to, że choroba kobiety była ukrywana, sąsiedzi nie do końca zdają sobie sprawę z tego co na prawdę zaszło, do tego brak pewnego taktu ze strony sąsiadki... raczej coś takiego chciałam pokazać. W przypadku matki - boi się, ale tak, jest również wściekła. I tu jestem ciekawa Waszej opinii, dlaczego jest wściekła, nie tylko zmartwiona.


14091991 pisze:Source of the post Skąd wiedział, że zabrakło dzwoneczka? To już zostawiam Waszej interpretacji.

Takiego podejścia nie lubię chyba jeszcze bardziej niż sytuacji, kiedy mam sobie sama „dośpiewać” interpretację zakończenia. Dla mnie brzmi to tak, jakby autor poproszony o wyjaśnienie uśmiechnął się tajemniczo i stwierdził: „Wszystko, co widzimy, jest względne, świat jest taki, jakim go tworzymy… więc sam sobie odpowiedz”. Czy nie pomyślałabyś, że autor po prostu… sam nie był pewny, co odpowiedzieć?

Chyba mniej zawiedziona bym była, gdyby opowiadanie było „chociaż” napisane w gorszym stylu – wówczas nie nastawiałabym się na „wow”. Tymczasem ta forma naprawdę mi się podoba i uważam opisy na fajne, żywe i barwne. Byłam autentycznie ciekawa wydarzeń, które doprowadziły (niemal) do tragedii, czytałam szybko, żeby odkryć motywy kobiety, żeby dowiedzieć się o niej czegoś konkretnego! Miałam nadzieję i się ona nie spełniła. Jednak niech autorka ma na uwadze, że wciąż uważam tekst za godny przeczytania, bo czyta się po prostu przyjemnie i lekko, po prostu jestem surowa, bo coś, co miało być „super-hiper-level-over-9000” okazało się „tylko” dobre ;).

Pozdrawiam ciepło!
Madeleine


Made, czyli: Madeleine, Magdalena Lipniak albo po prostu Madzia.

Chwałą jednych jest, że piszą dobrze, a innych, że się do tego nie zabierają.
Jean de La Bruyère


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości