Turniej o Puchar Administratora 2018: Wyłońmy Półfinalistów!
Czas głosowania minie :) śr 18 lip 2018, 14:43!

Pustułka [fantasy] [P]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
makaron3d
Zarodek pisarza
Posty: 10
Rejestracja: pn 16 kwie 2018, 11:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Pustułka [fantasy] [P]

Postautor: makaron3d » pn 16 kwie 2018, 17:02

Edytor usunął wszystkie wcięcia, nie umiem ich przywrócić. Tab nie działa.

Nawet jak na wczesną jesień, zapowiadał się wyjątkowo gorący dzień. Leniwe fale, srebrzące się w przedpołudniowym słońcu, kołysały zacumowanymi łodziami i z doskonałą regularnością uderzały w drewniane nabrzeże.

Portowe koty, których gładkie lśniące futra świadczyły o udanym sezonie połowowym, wylegały w coraz to większej liczbie na pomost. Jedne niecierpliwie dreptały między zwojami lin oraz dębowych beczek. Kilka (pewnie tych bardziej doświadczonych) grzało grzbiety na pociemniałych brudem skrzyniach. Uszy miały skierowane na przysłoniętą zakotwiczonym knarem redę, skąd dobiegał już plusk zanurzanych wioseł i – niesłyszalne dla ludzkiego ucha – skąpane w szumie morza i ptasich krzykach rozmowy. Ponad głowami płynących rybaków toczyły koła kocie rywalki – mewy. Łapały w skrzydła nikłe ruchy błękitu i czyhały na rzucane im rybie skrawki.

Z wyślizganego pieńka, leżącego przy jednej z szopek na klifie, wpatrywał się w niewyraźny horyzont chłopiec. Szczególnie często można go było tu zastać, gdy dopisywała pogoda, a w kuźni stryja nie było dla niego akurat nic do roboty. Miejsce to zapewniało rozległe pole widzenia oraz było wystarczająco odległe od fetoru przystani rybackiej. Malcowi parę razy udało się, jako pierwszemu w osadzie, dostrzec zmierzający do brzegu statek, z czego był ogromnie dumny. Marzył, by w przyszłości, gdy dorośnie, wybrać się z mężczyznami na wyprawę podobną do tych, o których tyle słyszał od starego Ragnalda, gdy ten się upijał i zbierało mu się na wspomnienia.

Ciągnącą od zabudowań piaszczystą ścieżką, wijącą się wśród smukłych sosen, nadbiegał zmachany młodzieniec. Ubrany był w przydużą lnianą koszulę, sięgającą mu kolan. Spostrzegłszy zamyślonego braciszka, zwolnił kroku. Uspokoił oddech, podniósł kilka szyszek i począł się skradać. Nieopatrznie nadepnięta sucha gałązka trzasnęła mu pod bosą stopą. Zatrzymał się, by odczekać ździebko i nie zdradzić swej obecności.

– Słyszałem cię już wcześniej, Ulfi – wymamrotał młodszy brat, nie odwracając twarzy od rozpościerającego się przed nim widoku.

– Mhm, jasne – odrzekł z przekorą Ulf, po czym machnął szyszkami w kierunku Izbora, lecz żadna z nich nie doszła celu. Podbiegł, pociągnął brata za ramię i dodał:

– Ten nowy najemnik trenuje! – Obaj pognali co tchu w dół.

Popielate czupryny wyrostków podskakiwały rytmicznie, gdy ci mknęli wzdłuż palisady. Przed budynkiem koszar mieścił się kojec ogarów, które niezmiennie witały ich ujadaniem zza pionowych szczebli. Odbili w prawo i dotarli na grząski dziedziniec. Spod przysadzistego budynku rady dostrzegła ich jedna ze straganiarek – przystojna kobieta około lat trzydziestu. Jej świeżą urodę podkreślał długi jasny warkocz opadający na pierś, opiętą fartuchową sukienką z brzegami zdobionymi wzorzystą krajką.

– Podzielcie się – krzyknęła niebieskooka piękność i znad głów klientów rzuciła Ulfowi dorodne jabłko.

– Dzięki, Unn! Pomożemy ci później ze skrzynkami – odpowiedział starszy z rodzeństwa.

Bracia minęli odbudowywaną karczmę, przy której ziemia wciąż nosiła woń pożogi. Smakując połówki rozłamanego jabłka, przekroczyli bramę na jedynej drodze wiodącej do miasteczka.

Zmagania dwóch mężów o nagich torsach obserwowała zaaferowana czeladka. Skończyli właśnie ćwiczenia z fechtunku. Odłożyli miecze. Ten wyższy starł pot z czoła i poprawił długie włosy spięte z tyłu tasiemką. Przywdział skórzany karwasz na lewe przedramię. Wyjął z pokrowca łęczysko łuku, jakiego w tych stronach nie widywano. Łuk refleksyjny przewyższał swymi osiągami wszelkie konstrukcje klasyczne. We wprawnej dłoni raził przeciwnika na dystansie dwa razy dłuższym niż łuk prosty, czy płaski. Wymagał przy tym wyjątkowej siły i nie nadawał się dla niewyćwiczonego strzelca.

Łucznik zamocował cięciwę na zaczepach gryfów oraz przewiązał kołczan w taki sposób, że wystawał nad jego prawym barkiem. Mężczyzna ruszył. Rozpędził się i zmierzając równo do linii oddalonych o dobre sto pięćdziesiąt kroków, czterech słomianych tarcz, oddał w pełnym biegu, cztery szybkie strzały, a ich kolejną serię, wracając do punktu wyjścia. Jego wyrzeźbione ciało zdawało się tworzyć zwartą całość z dzierżoną bronią. Mimo znacznej odległości i niemożności wzrokowej oceny skuteczności wykonanego ostrzału, nikt ze zgromadzonych nie miał wątpliwości, że każda z tarcz otrzymała po dwa trafienia.

Żołdak, obserwujący popisy z wysokości bramnej baszty, zagadnął prowokująco:

– Może i w locie co ustrzelisz? – Wskazał przy tym frunącą turkawkę.

– Nie zabijam dla zabawy – odmówił krótko najemnik.

Strażnik nie dawał za wygraną. Wyciągnął z kociołka, ugotowanego wraz z łupiną, ziemniaka i zaproponował jako nowy cel:

– Ten już ukatrupiony.

Tym razem strzelec przystał na propozycję – chętnie korzystał z możliwości pokazania próbki swych nieprzeciętnych umiejętności. Wyjął z futerału pęk swych najcenniejszych strzał o kruczych lotkach i cisnął nimi tak energicznie, że powbijały się w miękki trawiasty grunt. Uniósł jedną z nich. Wzmocnił uścisk na majdanie, spojrzał w kierunku strażnicy i skinął na znak gotowości.

W powietrze poleciał nie jeden, a trzy cele – kompani strażnika postanowili nieco podnieść rangę wyzwania. Pierwsza rzutka rozpadła się niemal natychmiast, druga o mgnienie oka później. Ostatni ziemniak był już niewysoko nad ziemią. Mężczyzna chwycił strzałę, przyklęknął, i układając łuk równolegle do podłoża, oddał najdalszy strzał. Zaliczył trzecie trafienie, po którym strzała odeszła jeszcze mocno w górę i poszybowała w stronę pobliskiego boru.

Z góry nikt się nie odezwał, ale już po chwili łucznik musiał łapać, jako dowód uznania, skórzany bukłaczek z nieznaną zawartością. Wziął solidnego łyka. Rozwarł szeroko usta, łapiąc oddech – białka jego oczu stały się jakby wyraźniejsze. Dopiero teraz słychać było zdławiony śmiech żołdaków, a jeden z nich, wyraźnie rozbawiony, przemówił:

– Jeśliś posmakował, zapraszamy do nas.

Obdarowany nie mógł wykrztusić słowa przez podrażnione mocnym alkoholem gardło. Kiwnął tylko porozumiewawczo głową i przekazał manierkę swojemu, bardziej podejrzliwemu partnerowi. Ten również golnął i wyglądał na mocno wzruszonego darem, gdyż jego oczy w mig zaszły łzami. Chciał oddać pojemnik towarzyszowi, ale ten wskazał tylko palcem górę strażnicy. Racimir przechylił więc bukłak jeszcze raz, wzdrygnął się i posłał go mocnym rzutem do jego prawowitego właściciela. Po tym zwrócił się do swojego niedawno poznanego druha:

– Niech smarkacze poszukają tej ostatniej strzały. Żal żeby przepadła.

Nadbor zmierzył grupkę małoletnich gapiów i wybrał, jak mu się zdawało, najstarszego. Przystąpił do niego i rzekł:

– Jakie… – Odchrząknął, bo jego głos wybrzmiał chrapliwie, po czym zaczął jeszcze raz. – Jak cię wołają?

– Ulf.

– Odkąd przybyłem, widzę cię tu regularnie. Chciałbyś się uczyć fechtunku?

– Łucznictwa – odrzekł nieśmiało młokos.

– Dam ci lekcję, jeśli odszukasz i przyniesiesz mi strzałę, która przeszyła ostatnią rzutkę. – Nadbor celowo nie nazwał jej „ziemniakiem”.

– Jestem z bratem. – Ulf położył rękę na barku Izbora.

Mężczyzna przyjrzał się niewysokiemu chuderlakowi o inteligentnych szarych oczach i potwierdził:

– Niech będzie. Szukajcie jej w zasięgu trzystu… albo lepiej między twoim czterechsetnym i pięćsetnym krokiem… Ulf, tak?

Tropiciele bez zwłoki podążyli we wskazanym kierunku. Prędko dotarli do resztek rozrzuconego po łące warzywa i kontynuowali marsz. Przemierzyli już ponad trzysta kroków, weszli w mocno zakrzewiony teren, za którym rozciągał się stary sosnowy las z domieszką okazałych dębów. Wkroczyli między rosłe drzewa. Chłopak w przydługiej koszuli spojrzał na brata, który pochylił się nad ściółką i coś podniósł. Było to niewielkie inkrustowane puzderko. W rozchylonym pudełeczku oczom ukazywała się lustrzana powierzchnia polerowanego brązu. Cienkie blaszane wieczko oddzielało ją od części wypełnionej tłustawą, jaskrawoczerwoną mazią, składającą się głównie z proszków ochry i hematytu.

– To złoto? – spytał młodszy z braci, okazując dłoń ze świecącym przedmiotem.

– Raczej brąz. – Przyjrzał się błyskotce Ulfi. – Musiało należeć do możnej osoby. Mam złe przeczucie, związane z tą rzeczą i miejscem – wyjaśnił wyraźnie przejęty, po czym dodał. – Może znajdziemy coś jeszcze.

Złe przeczucie natychmiast się sprawdziło. Z drugiej strony drzewa starszy z braci natknął się na dziwnie powyginane młodzieńcze ciało – leżało na brzuchu. Głowę i część pleców przysłaniała ciemnozielona peleryna.

Żywo poruszająca główką kawka gmerała dziobem w boku bezwładnie spoczywającej postaci. Zwierzę spostrzegło intruza i zastygło, przyglądając się mu z zaciekawieniem. Chłopak podniósł niewielki patyk i rzucił nim w stronę krukowatego, który zerwał się z trzepotem i wydał z siebie zaskakująco przenikliwy pisk. Słyszalny o wiele dłużej niż rzeczywiście trwał. Młodzian musiał się żwawo uchylić przed odlatującym, z wyciągniętymi agresywnie szponami, ptaszyskiem.

Ulf nieraz widział zwłoki, ale zawsze w obecności dorosłych. Tym razem widok ten przyprawił go o żywsze bicie serca. Chłopak rozejrzał się za bratem. Postanowił oszczędzić mu przykrości i poprosił, by ten trzymał się z dala, póki on sam nie przyjrzy się ciału. Izbor uparł się, by zobaczyć co takiego się przed nim skrywa. Gdy już zobaczył, odwrócił się do martwej postaci plecami i stał jak wryty z miną świadczącą, że bliski jest płaczu.

– Daj mi chwilę i wracamy. Zawiadomimy straż. – Uspokoił chłopaczka Ulf.

Żądza posiadania sztyletu, przypasanego do biodra ofiary, była silniejsza od strachu. Chłopak wiedział, że to jedyna szansa, by go zdobyć. Przycupnął nad trupem, przeciągnął pas, by dostać się do klamry. Otwarł ją, wyszarpnął rzemienną plecionkę wraz z kordzikiem i zapiął już na sobie. Teraz zauważył, że jedna z kieszonek brązowej, pikowanej tuniki, jest uwypuklona. Drżące dłonie sięgnęły do wyraźnie obluzowanego guzika i mocowały się z nim przez moment. Wreszcie udało się go rozpiąć, a palce natrafiły na metaliczny chłód. Był to złoty łańcuszek, zwieńczony medalionem w kształcie łzy z przeźroczystego kamienia.

Rabuś wyczuł, że ciało jest wciąż ciepłe. Wahał się, lecz ostatecznie odkrył zasłoniętą dzianiną twarz. Jego oczom ukazały się wpierw lekko zmierzwione długie czarne włosy. Następnie piękna swą delikatnością, a zarazem upiorna dziewczęca twarz, na której jeden szczegół wyjątkowo się wyróżniał – czerwona krecha pomadki, biegnąca od górnej wargi aż do podstawy nosa.

Sądząc po nienaturalnym ułożeniu głowy, kark młodej kobiety był skręcony.

„Musiała spaść z drzewa” – pomyślał Ulf.

Chłopak powiódł wzrokiem wzdłuż okorowania ku górze. Wśród koślawych rozłożystych konarów mignęła mu czarna plamka. Wprawiło go to w osłupienie.

– Młody, znalazłem ją. Wbiła się w dąb. Idę po nią i wracamy.

– Dobrze – odezwał się „słup soli”.

Ulfi założył łańcuszek na szyję (ukrywając go pod koszulą), by mieć wolne obie dłonie. Doskoczył do najniżej zwisającej gałęzi i wdrapał się po niej do pnia. Zaparty stopami o chropowatą korę, dźwignął się i złapał gałąź powyżej. Teraz mógł się już wspinać jak po drabinie, więc raźno dotarł do miejsca, gdzie tkwiła poszukiwana strzała. Stał na grubym konarze. Ze skraju lasu, na którym stało drzewo, miał nieograniczone spojrzenie na swój rodzimy gród.

„To było jej celem? Dlaczego miałaby obserwować miasto? I wreszcie, co spowodowało jej feralny upadek?” – rozważał w myślach Ulf.

Wtem przyszła mu do głowy myśl i zapytał na głos:

– Czy lusterko było otwarte, gdy je znalazłeś?

– Tak… – odpowiedział chłopiec stojący na ziemi. Po czym dodał ściszonym głosem. – Ktoś jest w pobliżu. Słyszę ich, idą tu…

Przebywający na drzewie chłopak był pełen podejrzeń. Narastała w nim pewność, że agresywne skrzydlate stworzenie, miało swój udział przy śmierci kobiety. Po słowach Izbora wyrwał pospiesznie gwiaździsty grot i z cedrowym drzewcem strzały w zębach zaczął schodzić, opuszczając się z gałęzi na gałąź. Wiedział, że brat posiada wyjątkowo czuły zmysł słuchu, a nie mając pewności kto się zbliża, wolał uniknąć ryzykownej konfrontacji.

– Ulfi… – dało się słyszeć stłumione wołanie, zwieńczone dziecięcym szlochem, który nagle się urwał.

Spośród konarów niewiele udawało się dostrzec – Izbora zasłaniały dwie skrzyżowane narośniętą zielenią gałęzie. Było wszakże oczywistym, że stało się coś niedobrego. Z dołu dobiegły odgłosy rozmowy w jakimś nieznanym narzeczu. Chłopak, mimo lęku, kontynuował osuwanie się w dół. Starał się przy tym pozostać niezauważonym.

– Wyyy… dwa. Gdzie dwa? – zadała pytanie postać skryta za gęstwiną listowia. Nie doczekawszy się odpowiedzi, ten sam szorstki głos rozkazał. – Gada!

Ulf wychylił się zza pnia. Izbor, na którego nogawkach pojawiła się obfita plama, znajdował się między dwoma, odzianymi w zwierzęce skóry, drabami. Brodaty, stojący z tyłu, trzymał w garści jego wątłą szyję. Drugi, z toporem na plecach, przycupnięty, usiłował wydusić z niego informacje. Wszelkie niepowodzenia, wynikające z jego lichej znajomości języka, rekompensował sobie potrząsaniem malcem i wykrzykiwaniem obcych zwrotów. Sądząc po gestach, jakie wykonywał, musiały być groźbami z użyciem najwymyślniejszych przekleństw. Izbor, jednakże milczał.

Ulfi spojrzał na stopę, by poprawić jej ułożenie i dostrzegł kolejnego mężczyznę. Był młodszy i szczuplejszy od pozostałych dwóch, a i oblicze jego wyglądało na rozumniejsze. Trzymał pod pachą płócienną kapotę z kapturem. Stał przy zwłokach dziewczyny; spoglądał w kierunku szczytu dębu. Chłopak był przekonany, że został zauważony. Odruchowo przylgnął do szerokiego pnia i na powrót wspiął się wyżej. Zerknął jeszcze raz w zacienione miejsce gdzie wcześniej stał trzeci z obcych, lecz tamten znikł. Pozostało po nim jedynie, rzucone na dywan mchów, szare nakrycie. Gałęzie zaszeleściły.

Osaczony chłopiec skulił się w rozwidleniu konarów. Za przytartymi wspinaczką kolanami, lśniącymi plamkami wysiąkającej krwi, tkwiła para okrągłych „sowich oczysk”. Ulf skłaniał się już ku myśli, o oddaniu się w łaskę przybyłych ludzi. Wyglądali wrogo, ale znalazł się w potrzasku i może nie było innego wyjścia. Jednakże postanowił pozostać w ukryciu. Pamiętał o bracie, którym powinien się był zaopiekować. Łudził się , że młody zostanie uwolniony. A gdyby nawet to nie nastąpiło. Usprawiedliwiał się, że lepiej będzie jeśli, choć jeden z nich dwóch, ujdzie z tego cało.

Nagle, przy prawej stopie chłopaka, pojawiła się dłoń. Palce o pożółkłych zaniedbanych paznokciach zacisnęły się wokół gałęzi. Przestraszony wyrostek, instynktownie puścił się w ucieczkę. Nie był już tak ostrożny, jak uprzednio. Nie zważając na możliwość niebezpiecznego upadku, poruszał się wielkimi susami w dół. Przed ostatnim skokiem zobaczył, kiwającą się obok – na cienkiej gałązce – kawkę. Przysiągłby, że tę samą, która wcześniej próbowała go ugodzić pazurami. Tym razem nie zwracała na niego uwagi i dopiero, gdy po upadku walnął w ziemię, ta zerknęła w jego kierunku, lecz potem znów odwróciła łebek i odleciała. Nie wiedzieć, dokąd.

Ulf nie chciał dać się schwytać. Wolał już sam się oddać w ręce mężczyzn przetrzymujących brata. Wyszedł na otwartą przestrzeń ze spojrzeniem wbitym w grunt. Stał w tej pozie, aż go zauważą. Co nie nastąpiło. Niepewnie podniósł głowę. Na polance nie było nikogo, nawet ciała kobiety.

Pierwsze uczucie ulgi przeszło w gniotącą mu serce obawę o los Izbora, którego uprowadzono w nieznanym kierunku. Było mu wstyd za swoje egoistyczne zachowanie, ale czuł, że następnym razem postąpiłby tak samo, co dodatkowo wzmagało poczucie niegodności. Młodzian uczynił krok i dostrzegł wysłużony płaszcz, wyglądający z bliska na kawał strzępiastej szmaty. Przypomniało mu to o człowieku, któremu ledwo co umknął z drzewa Podbiegł tam, gdzie ostatnio widział braciszka. Zaintrygowała go odchylona lekko darń. Pod spodem znalazł metalowe pudełeczko.

„Spryciarz” – przyznał w duchu Ulfi i popędził do osady ściskając w dłoni utytłany ziemią przedmiot.



***



– Pomocy! Pomocy! – Zziajany chłopak zbliżał się do bramy grodu.

Zaalarmowani nawoływaniem strażnicy, wychylali się za częstokół, lecz nikogo nie było na trakcie wiodącym do miasteczka.

– Kogo licho niesie? – odkrzyknął najtrzeźwiejszy z żołdaków.

– W lesie bandyci! Porwali Izbora!

– Kto woła?! – krzyknął drugi, znacznie bardziej pijany strażnik. Nie czekając odpowiedzi dodał. – Psi synu, jak cie dorwe, nogi z zadu powyrywam!

– Ulf, syn Einara!

Zamiast odpowiedzi, jeden ze strażników złamał się wpół na blance, a jego wymiociny spłynęły po drewnianych umocnieniach. Chłopak miał dość. Zrozumiał, że pomocy musi szukać gdzieś indziej. Słone krople bezsilności zwilżyły jego policzki.

– Ulf?! – krzyknął wybiegający z bramy Racimir.

– Proszę, pomóżcie mojemu bratu… – Wzruszony chłopiec przełknął łzy.

– Podejdź. Nie chowaj się i powiedz, co się dokładnie wydarzyło. – Zachęcił go ręką najemnik.

Chłopak nie zrozumiał prośby. – Nie chował się przecież. Przystąpił do Racimira i przemówił:

– W lesie znaleźliśmy…

– Co u diabła!? – przerwał mu mężczyzna, odskakując krok w tył, po czym rozejrzał się dookoła. Obrócił się, spojrzał też w górę. – Co to za sztuczki? – dodał wyraźnie zaniepokojonym głosem.

Chłopiec pomyślał, że i ten jest nadto odurzony(zalatywało od niego gorzałką), by ich rozmowa mogła mieć sens, ale spróbował ostatni raz:

Panie, znaleźliśmy martwą kobietę w lesie… – Po tych słowach wsunął w dłoń wojaka znalezione puzderko. A w tego jakby piorun trafił.

– Diabeł, diabeł… Ludzie… – wydarł się wstrząśnięty najemnik. Upuścił przekazany mu przedmiot i pobiegł w stronę dziedzińca miasta.

Chłopak ukląkł, przyłożył dłonie do twarzy, lecz nie płakał już więcej. Trwał w tej pozycji, nie zważając na otoczenie. Jego myśli zatrzymały się i nie wiedział, jak wiele czasu minęło, nim usłyszał szept:

– Jak on to zdobył?!

Łucznik, oglądnął zdobione pudełeczko i spytał podniesionym głosem:

– Ulf, jesteś tu?

Młodzieniec zaczynał już podejrzewać samego siebie o szaleństwo. Klęczał zaledwie krok od wołającego, a ten był kolejnym, który traktował go jak powietrze.

– Jestem! – odkrzyknął zniecierpliwiony Ulfi.

– Dobrze – najemnik odpowiedział już ciszej. – Skąd to masz? – Wskazał na blaszany przedmiot.

Chłopiec odnosił wrażenie, że mężczyzna patrzy przez niego na wskroś.

– Izbor znalazł je w lesie, przy dębie, gdzie leżały kobiece zwłoki.

Nadbor potarł się nerwowo po skroni, nic nie odpowiedział. Widać było, że coś go męczy. Przełknął ślinę i zebrał się wreszcie na kolejne pytanie:

– Możesz opisać jej wygląd? Skąd wiesz, że nie żyła?

Najemny woj wysłuchał w skupieniu całej relacji. Słowa wypowiadane przez Ulfa, wydawały się mieć ciężar kamieni, które jeden po drugim wiązane do szyi mężczyzny, ciągnęły go ku zimnym, mrocznym odmętom. Szczególnie silne wrażenie wywarło na nim przekonanie opowiadającego, że to czarny ptak miał się przyczynić do tragicznego upadku. A nie mniejsze, wzmianka o strzale tkwiącej w tym samym drzewie, przy którym spoczywały zwłoki. Nadbor był wyraźnie wstrząśnięty, a gdy odbierał odnalezioną strzałę, poruszał dłońmi jak ślepiec, nie mogąc jej uchwycić.

– Znalazłeś na miejscu jakiś inny przedmiot?

– Tak, ten. – Chłopak uniósł lekko pochwę sztyletu, przypiętą do paska.

– Podaj mi. – Mężczyzna wysunął rękę.

Młodzian niechętnie odpiął pas i położył go wraz ze sztyletem na wyciągniętej ku niemu, otwartej dłoni. Mężczyzna dał do zrozumienia gestem, że młodzieniec może zabrać broń z powrotem, co ten bez wahania uczynił.

– Coś jeszcze? – kontynuował łucznik.

– Nie, nic…

– Jesteś pewny, że nie masz przy sobie innej rzeczy tej kobiety? – mężczyzna spytał niby mimochodem.

– Jestem pewny! Sztylet, tak jak mówiłem, pozostał w miejscu, z którego zabrano zwłoki. Niczego więcej tam nie było. – Chłopak szedł w zaparte.

– Dobrze. Obiecuję, że odnajdziemy twojego brata – zadeklarował dorosły, przy czym podał swą prawicę. – Zachowałeś się dziś jak na męża przystało. Pozwól mi uścisnąć twą rękę.

Chłopak rzeczywiście czuł, że dzisiejsze wydarzenia dużo go nauczyły. Z nieskrywaną dumą przyjął zasłużoną przecież pochwałę i pierwszy raz w życiu, podał dłoń jako mężczyzna.

Uścisk początkowo ciepły, przeszedł w braterski, następnie w uścisk prawdziwie męski, a kolejny etap był chyba poza skalą, gdyż pacholę zapiszczało niewieścim głosem. Oczy mężczyzny nie przejawiały już zrozumienia i szacunku, lecz dziką satysfakcję z zadawania bólu. Łucznik przyciągnął wyrostka do siebie i unieruchomił w stalowym chwycie.

Zbliżający się chłop, pchający wózek wyładowany zakupionymi na targu produktami, popatrzył na najmitę z politowaniem i wyszeptał do idącej obok starszej kobiety:

– Dostanie taki żołd z góry, to i gospody mu nie trza. Bimbrem we łbie namiesza, a później tańczy sam ze sobą po ulicach. Psia jucha!

– Tfu… – dodała od siebie tęgawa kobiecina w wypłowiałej, niegdyś niebieskiej sukience, obdarzając Nadbora spojrzeniem, które starczyło za tuzin obelg.

Łucznik wyszukał po omacku usta szamoczącego się Ulfa i dociskał do nich dłoń, dopóty ludzie z wózkiem nie oddalili się na wystarczającą odległość. Wtedy raźnym ruchem sięgnął za kołnierz koszuli wyrostka i chwycił łańcuszek.

Ani drgnij – wysyczał gówniarzowi do ucha.

Starannie zdjął wisiorek, przyjrzał się mu badawczo, po czym schował do kieszeni bezrękawnika.

Chłopak stał w milczeniu z zaokrąglonymi plecami i lekko zgiętym karkiem. Otrzymał niespodziewanego kopniaka podeszwą w zadek i upadł na żwirzaste pobocze gościńca.

Łucznik złamał w rękach drzewiec najcenniejszej w swym arsenale strzały. Rzucił jej fragmenty za siebie i odszedł.

Sponiewierany Ulfi usiadł na drodze. Z wnętrza grodu dobiegł go tętent galopujących kopyt. Jeździec w pełnym pędzie przywarł do końskiej grzywy, by nie zawadzić o solidne nadproże bramy.

– Z drogi zasrańcu! – krzyknął Nadbor z dosiądniętej – w pospiechu – na oklep, klaczy. Ledwo mignął przy usuwającym się w popłochu dzieciaku, wstrzymał gwałtownie wierzchowca. – Prrr… – Odwrócił się i rzekł niedbale. – Oddawaj!

Zaskoczony Ulf rozłożył ręce w geście niezrozumienia.

– No, oddawaj, mówię! – głos mężczyzny znów zabrzmiał groźniej.

Gnojek pojął w porę i ponownie odpiął broń, będącą mu jedyną osłodą po zwieńczonej goryczą przygodzie.

Kasztanka wyrwała z miejsca. Z galopu weszła w cwał. Spod równo nabitych podków sypał piach, ciągnąc za jeźdźcem długi szal kurzu.



***


Wiatr miarowo gładził opierzenie szybującej pustułki. Silniejsze podmuchy pogwizdywały na lotkach skrzydeł, zwiastując rychłą zmianę aury.

Cwałujący daleko w dole rumak wydawał się tracić kontakt z podłożem. Niósł swego właściciela groblą, przecinającą rozległą łatę porośniętych z rzadka trzciną mokradeł, która następnie rozwidlała się na dwie drogi. Jedna z nich przechodziła w wąską, mało – widać – uczęszczaną dróżkę. I właśnie w tę zarośniętą ścieżynkę został skierowany wodzami zgrzany wierzchowiec. Jego chrapy pracowały ciężko, potrzebował wytchnienia. Nadbor niechętnie, acz widząc pianę powstałą na styku skórzanych spodni i spoconego końskiego grzbietu, przeszedł w kłus. Dotarłszy do brzegu niewielkiej rzeczki napoił konia. Chciał też obmyć jego pokryte już przyschniętą solą boki. Wyręczyła go w tym gwałtowna ulewa, ciągnąca w ślad za chmurami po ołowianym niebie.

Ruszyli dalej, pokonując siekaną deszczem mieliznę. Klacz poślizgnęła się na gliniastej powierzchni stromego brzegu. Zatańczyła, tylnymi pęcinami łapiąc równowagę i z mozołem kontynuowała marsz.

– Jeszcze kawałek koniku i… – powiedział łucznik. – „I właściwie nie wiem co, ale zaraz będziemy na miejscu” – dodał w myślach.

Im bliżej byli celu, mężczyzną targały coraz silniejsze emocje. Wiedział, że zadośćuczynienie jego żądzy zemsty, nie da mu prawdziwej ulgi, po stracie najbliższej osoby.

Po przekroczeniu brodu opad zelżał. Dukt wiódł ich w głąb olsu, którego ponurość podkreślał siąpiący deszcz i odczuwalny coraz silniej chłód. Gdy w oddali zamajaczyła niewyraźna sylwetka, zatrzymali się.

Częstotliwość charakterystycznego dudnienia kopyt uderzających o grunt zmalała. Nadbor rozpoznał w zbliżającym się jeźdźcu swego wiernego druha. Przybyły zrównał się z nim wierzchowcem. Oparł się na łęku i patrzył mu bez słowa w zobojętniałe oczy. W końcu zwrócił się do przyjaciela, używając jego prawdziwego imienia.

– Strasznie mi przykro, Vins.

Nadbor (Vins) nie odpowiedział ani słowem. Poklepał tylko po szyi klaczkę, zaniepokojoną zalotami stojącego obok ogiera.

– Zawróć i odejdź na południe, tam powinieneś być bezpieczny. Inaczej będę cię musiał zatrzymać… – Jekart urwał i dodał. – Rozumiesz?

Nadbor nie reagował na kierowane doń słowa, patrzył przed siebie. Jekart chwycił za uzdę kasztanki i przyciągnął ją mocarnym ramieniem do siebie tak, że znalazł się z Vinsem twarzą w twarz. Kolejny raz spróbował nakłonić go do rozmowy.

– Po co tu przybyłeś? Sofiji życia nie wrócisz…

– Zamilcz – wyszeptał wreszcie Vins, na co Jekart puścił rzemienny pasek ogłowia i zareplikował:

– Koniecznie chcesz umrzeć? Przecież to nie twoja wina i on to rozumie, skoro nadal żyjesz. Nie każ mi brać w tym udziału. Wiesz, co mnie spotka, jeśli każę cię przepuścić.

Nadbor szturchnął klacz piętami, a ta ruszyła stępa.

– Głupiec… Cholerny głupiec! – pożegnał się gniewnie Jekart i nie próbował go już wstrzymywać. Sam pozostał w miejscu, nie chciał być świadkiem tego, co się miało niebawem wydarzyć.

Nadbor znikł już z oczu spoglądającego za nim przyjaciela, gdy z leśnych zarośli wygramoliło się kilku chłopa pod bronią, przyodzianych w futra i skóry. Postawni, o surowych obliczach mężczyźni zagrodzili mu drogę. Ten, wsparty na trzymanym przed sobą dwuręcznym mieczu, dał sygnał dwóm innym, by zbliżyli się do jeźdźca i przemówił:

– Zsiadaj i odrzuć żelastwo, Vins.

Vins powoli wysunął miecz. Chwycił go za sztych z zamiarem przekazania rękojeści nadchodzącemu zbirowi.

– Tylko spokojnie, chłopcy w lesie mają cię na oku – zareagował po tym geście przywódca szajki.

– Przekażcie mu, że przybyłem i chcę z nim rozmawiać – rzucił mężczyzna z grzbietu wierzchowca.

– Hahaha… Czy ty naprawdę myślisz, że on mógł nie wiedzieć, iż tu zmierzasz i że właśnie dotarłeś? – Nie czekając na odpowiedź mówca dodał. – Mistrz wspaniałomyślnie darował ci życie, a ty masz czelność stawać tu z żądaniami. I to po tym wszystkim?! Brać go! – krzyknął wściekle.

Na te słowa Vins machnął głowicą broni w zad klaczy, która wystrzeliła do przodu, tratując stojącego przed nią człowieka. Zaświszczały strzały. Rumak popędził z impetem na pozostałych mężczyzn, którzy w porę się rozstąpili. Posiadacz okazałego mieczyska zamachnął się potężnie i rąbnął tępym brzeszczotem w nogę napierającego rumaka. Kasztanka stanęła dęba, wydając z siebie przeciągłe, pełne bólu rżenie, napawając trwogą zgromadzonych. Obłamana kończyna wisiała na ścięgnach. Zwierzę wierzgnęło spazmatycznie, zrzucając jeźdźca i zwalając się tuż obok niego z łoskotem.

Poturbowany Vins słyszał przedśmiertne rzężenie klaczy, ugodzonej kilkoma dedykowanymi jemu grotami. Rozemocjonowany założył na szyję trzymany dotąd w garści łańcuszek. Odczołgał się kilka metrów. Dopiero teraz dotarło do niego, że i on otrzymał trafienie. Strzała tkwiła w przeszytym na wylot prawym przedramieniu.

– Gdzie on jest? – wrzasnął jeden ze zbrojnych, podnosząc upuszczony przez jeźdźca miecz.

– Zapadł się pod ziemię kurwi syn! – wtórował mu drugi, podczas gdy pierwszy opadał już na ziemię z poderżniętym gardłem. Miecz Nadbora nie zdążył upaść przy trupie, kiedy znikł z pola widzenia zdezorientowanych mężczyzn.

– Wszyscy do mnie! – rozkazał dowodzący. – Zewrzeć szy… – Przerwał mu sztylet wbity po jelec w pierś. Na jego wardze pojawiła się plwocina krwi. Wyglądało, jakoby smakował jej ze zdziwieniem. Dławił się. Wykonał dwa kroki, by upuścić broń. Klęknął i zamknął powieki. Woda sączyła się tłustymi kroplami z kaptura, przysłaniającego jego pociętą szkaradnymi szramami facjatę. W końcu osunął się w kałużę. Nim jej barwa przeszła w żywy szkarłat, pozostali przy życiu członkowie bandy rozpierzchli się po leśnych ostępach.

Nadbor przysiadł obok martwego zwierzęcia i pogładził je po delikatnym ciepłym czole. Zapatrzył się w jego mokre oczodoły, co wzbudziło w nim żal i poczucie winy. „Nie chciałem, by to się tak dla ciebie skończyło” – skierował swe myśli ku oddanej towarzyszce mężczyzna.

Ból w zranionej ręce się wzmagał. Vins oparł się na zdrowym ramieniu i wstał. Z wysokości wierzchołków drzew przyglądało się pobojowisku kilka par ślepiów, a on, niezauważony, ruszył w stronę majaczącego widoku chaty na pobliskiej łące. Im był bliżej, tym więcej zauważał ptactwa przesiadującego w otoczeniu domostwa.

A to, z początku nieruchome, teraz jak gdyby zaczęło reagować na ciche odgłosy „mlaskania” jego stóp na mokrym podłożu. Doszły go pojedyncze odgłosy ćwierknięć, które błyskawicznie przeszły w zgiełk o wielości tonacji. Wszystko to zagłuszył hałas wydawany przez setki, a następnie całe tysiące wznoszących się skrzydeł. W rezultacie, leśną polanę zajęła czarna gęsta wirująca chmura, z której osypywały się pióra i truchła poobijanych ptaków. Nadborem targały silne podmuchy – ledwo stał na nogach. Rozłożył ramiona i, uniósłszy je w górę, próbował przekrzyczeć kotłujący się przed nim rój:

– Weź i mnie! – powtórzył to wiele razy, aż w końcu rzucił. – Na co czekasz?!

Wtedy ściana skrzydeł jakby się przerzedziła u dołu. Ujawniając korytarz, po którego łukowatym sklepieniu prześlizgiwały się pióra ptaków w zapamiętaniu zataczających koła. Mężczyzna schylił się i, walcząc z uderzeniami powietrza, bez zastanowienia wszedł do środka – nie był to jego pierwszy raz. Wewnątrz było zupełnie cicho. Po drugiej stronie, długiego na kilkanaście kroków przejścia, jaśniała plama światła.

Tunel prowadził na zieloną połoninę ponaznaczaną tu i ówdzie wrośniętymi w trawę głazami. Natychmiast po wyjściu na otwartą przestrzeń, oczom Vinsa ukazał się przepastny widok. Stojąc nad urwiskiem napawał się sięgającym po horyzont majestatem wysokich gór. Skaliste turnie były na wyciągnięcie ręki. Silne nasłonecznienie szybko pozwoliło mu opanować drżenie przemokniętego wychłodzonego ciała. Nadbor doskonale wiedział, że wszystko, co widzi, jest iluzją. Mimo to nie umiał się oprzeć zachwytowi, jaki wywarło na nim to miejsce i na chwilę zapomniał o tym, co go tu sprowadziło.

„Prawda, że pięknie?” – rozległ się starczy głos, zdający się nie mieć swego źródła.

Nadbor rozejrzał się zdziwiony. Dostrzegł dwóch chłopców zwróconych do niego plecami. Siedzieli niewiele dalej. Słowa zestarzałego Mistrza znów zadudniły Nadborowi w głowie:

„Tutaj magia medalionu nie działa.”

„Gdzie jesteś bydlaku?” – odrzekł Vins. Instynktownie zrobił to w myślach.

Jeden z chłopców – długowłosy brunet – obrócił się i rzucił dziecięcym głosem:

– Tutaj…

– Skończ tę grę, okaż swą twarz i powiedz, dlaczego… – wykrzyczał zdezorientowany mężczyzna.

Brunet przekazał coś na ucho malcowi siedzącemu obok niego. Tamten wstał. Gdy odchodził, dało się w nim rozpoznać brata Ulfa.

– Izbor?! – zawołał z niedowierzaniem mężczyzna i przestąpił kilka kroków w jego stronę.

Chłopiec przystanął, ale brunet wskazał mu gestem, by się oddalił i ten usłuchał. Nadbora zatrzymała w miejscu transformacja, jaka zaszła w ciele długowłosego chłopaka. Przybrał formę starego człowieka ubranego w białą szatę, a jego włosy momentalnie posiwiały.

– Podejdźże – polecił starzec o pomarszczonej twarzy i rzadkiej, równie długiej i siwej co włosy głowy brodzie.

Vins w odpowiedzi sięgnął po miecz, ale ten stał się tak ciężki, że nim dobrze go uchwycił, wypadł mu z nagiej dłoni. Próby uniesienia go z powrotem spełzły na niczym.

– Tonuj emocje synu! W tym miejscu nie jesteś w stanie mnie choćby zranić – mężczyzna w todze powiedział to ze wzbierającą irytacją, która ostatecznie przeszła w szczere rozbawienie nad bezradnością jego niedoszłego kata.

– Nigdy więcej mnie tak nie nazywaj – wysyczał upokorzony Nadbor i przygryzł wargi. Był gotów skoczyć starcowi do gardła z gołymi rękoma, kiedy ten kontynuował:

– W jakim celu zabiegałeś o mą uwagę? Bardziej stosownym byłoby ci żebrać o przebaczenie. Pozwoliłem byś odszedł, gdy ją przyprowadziłeś. Miałeś o niej zapomnieć miast knuć, jak z nią zbiec. Była mi potrzebna. Choć wciąż nie przygotowałem jej dostatecznie… A teraz, gdyby nie ten dzieciak, który jest na tyle inteligentny, że może ją zastąpić… – Brwi starca zbiegły się zdradzając wzmagające się w nim poczucie gniewu. – Widzisz, do czego doprowadziła twa lekkomyślność. – Po ostatnim zdaniu starzec spojrzał na Vinsa z wyrzutem, lecz jego oblicze prędko powróciło do pierwotnie stoickiego wyrazu.

– Oddaj mi jej ciało. Pozwól ją pochować. – Vins przetarł palcami (wskazującym i kciukiem) wilgoć w kącikach oczu.

Wtem z firmamentu – kończąc lot nurkujący – spadł smukły ptak o silnych szponach. Wyhamował gwałtownie, z wykorzystaniem całej powierzchni brunatnych, cętkowanych skrzydeł i przysiadł zgrabnie na sterczącym pionowo, pokrytym porostami odłamku granitu.

– Za późno… – odrzekł zimno Mistrz.

Nadbor upadł przed głazem na kolana jak przed nagrobnym kamieniem. Docisnął bezsilne pięści do oczu.

– Mogłeś ukarać mnie zamiast niej, gdy się dowiedziałeś. – Był zrozpaczony.

– Ciebie zamiast niej! Cóż za godne podziwu poświęcenie. I mówi to ten, który zwabił niczego niepodejrzewającą młódkę, a później przehandlował, by samemu zaznać wolności. Aczkolwiek niedługo wytrzymałeś. Od początku wiedziałem, że odwiedza cię w mieście, po tym, gdy wróciłeś. – Mistrz zrobił pauzę i dokończył. – Było mi ciebie żal. Ty i te twoje pożałowania godne popisy. Życie ze świadomością, że ją zabiłeś, jest dla ciebie wystarczającą karą.

– O czym bredzisz, stary człowieku? Wiem już, że to jeden z twych ptasich sług ją zepchnął. – Młody mężczyzna był wzburzony. Jego pociągła twarz emanowała wzgardą, gdy patrzył na swego rozmówcę.

– Ty naprawdę nie wiesz! Twe mylne przekonanie jest wręcz zabawne. Mój latający sługa owszem, był tam jako przedłużenie mego wzroku. Usiłował też odzyskać ów medalion, który sobie przywłaszczyłeś, a który twoja ukochana zwyczajnie mi skradła.

Nadbor zerwał łańcuszek z szyi i cisnął nim w przepaść. Mistrz, nie przerywając, oskarżał dalej:

– Głupcze! Wyczekiwała spotkania z tobą, gdy nadleciała strzała. Twoja strzała! Resztę już znasz. Doprawdy, nie wymyśliłbym nic bardziej trywialnego.

– Łżesz, starcze! – Nadbor puścił się z rękami na Mistrza stojącego nad brzegiem przepaści. Wydawało mu się, że porwał mężczyznę i wraz z nim leci w dół, ale przeniknął przez jego sylwetkę i runął samotnie na ukryte głęboko w cieniu góry skały.



***



Powietrze przeszyło pełne nostalgii kwilenie. Jekart machinalnie podniósł głowę, osłaniając oczy przed znów zacinającym deszczem. Niczego nie dostrzegł. Chwycił urękawiczonymi dłońmi ćwiekowany rękaw kaftana Vinsa i dźwignął ubłoconego przyjaciela. Dwaj jego ludzie pomogli mu przerzucić go przez koński grzbiet. Poinstruował podkomendnych:

– Nie zbliżajcie się zanadto do umocnień. Upewnijcie się tylko, że strażnicy dostrzegli, iż zostawiacie rannego i możecie wracać.

„Stary ma do ciebie niezrozumiałą słabość” – dodał już tylko w duchu Jekart klepnąwszy udziec kobyły, niosącej nieprzytomnego najemnika, na którego plecach bezszelestnie przysiadł niewielki drapieżny ptak.



Tags:

Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 837
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Pustułka [fantasy] [P]

Postautor: Misieq79 » pn 16 kwie 2018, 22:09

Tytułem wstępu, zanim poczytasz wszystkie ALE: jest nieźle. A teraz będę marudził.

makaron3d pisze:Source of the post Nawet jak na wczesną jesień

"nawet" tu jest zbędne. Zauważ że zdanie zagra i bez tego.
makaron3d pisze:Source of the post udanym sezonie połowowym,
to brzmi dość pokracznie. Dodajmy że koty nie mają "sezonów", jeść muszą cały rok.
makaron3d pisze:Source of the post przysłoniętą zakotwiczonym knarem redę

Musiałby być za****cie wielki knar żeby przysłonić całą redę. I sama reda średnio pasuje do przystani rybackiej - bo przecież nie jest to duży port.
makaron3d pisze:Source of the post nadbiegał zmachany młodzieniec. Ubrany był w przydużą lnianą koszulę, sięgającą mu kolan.

Tu mam dysonans (i nie tylko tu, o czym później). "młodzieniec" sugeruje - no właśnie, młodzieńca, już nie dziecko. Dodatkowe włosy pod nosem i nie tylko tam :P A koszulina do kolan?
makaron3d pisze:Source of the post machnął szyszkami
masz na myśli "rzucił", si?
makaron3d pisze:Source of the post Jej świeżą urodę podkreślał długi jasny warkocz opadający na pierś, opiętą fartuchową sukienką z brzegami zdobionymi wzorzystą krajką.
i tu pytanko - narrator wszechwiedzący czy jedzie na ramieniu jednego z braci? Bo inaczej popatrzy na kobietę smarkacz Izbor (warkocz), a inaczej młodzieniec Ulf (okolice warkocza).
makaron3d pisze:Source of the post Zmagania dwóch mężów o nagich torsach obserwowała zaaferowana czeladka. Skończyli właśnie ćwiczenia z fechtunku
zgubiłeś podmiot. Fechtunek skończyli zapaśnicy czy czeladka?
makaron3d pisze:Source of the post Przywdział skórzany karwasz na lewe przedramię

Widzę że potworek pt "karwasz łuczniczy" rozpanoszył się nieco, ale karwasz to element płytowy. Ochraniacz po prostu.
makaron3d pisze:Source of the post We wprawnej dłoni raził przeciwnika na dystansie dwa razy dłuższym niż łuk prosty, czy płaski.
łuk płaski jest odmianą prostego. I ponownie pytanie o narratora - bo obserwatorami są bracia. Czy (a jeśli tak, to skąd) mają wiedzieć to, co napisałeś? Czy po prostu widzieli, że dziwnie wygląda, niesie jak pieron ale ten i ów z lokalsów próbował go napiąć i nie dał rady?
makaron3d pisze:Source of the post Żołdak, obserwujący popisy z wysokości bramnej baszty, zagadnął prowokująco:

Mam wrażenie że z tej odległości musiałby krzyczeć. Łucznik również.
makaron3d pisze:Source of the post Wyciągnął z kociołka, ugotowanego wraz z łupiną, ziemniaka

Popatrz, jeden niepotrzebny przecinek i wychodzi że kociołek ugotowano z łupiną :D
makaron3d pisze:Source of the post Wyjął z futerału pęk swych najcenniejszych strzał o kruczych lotkach i cisnął nimi tak energicznie, że powbijały się w miękki trawiasty grunt.
i powyginały, dłobiazg
makaron3d pisze:Source of the post Zaliczył trzecie trafienie, po którym strzała odeszła jeszcze mocno w górę
bo ten zimniok to nie był zwykły zimniok z pola jeno zimniok z pola siłowego :D
makaron3d pisze:Source of the post Obdarowany nie mógł wykrztusić słowa przez podrażnione mocnym alkoholem gardło. Kiwnął tylko porozumiewawczo głową i przekazał manierkę swojemu, bardziej podejrzliwemu partnerowi. Ten również golnął i wyglądał na mocno wzruszonego darem, gdyż jego oczy w mig zaszły łzami. Chciał oddać pojemnik towarzyszowi, ale ten wskazał tylko palcem górę strażnicy. Racimir przechylił więc bukłak jeszcze raz, wzdrygnął się i posłał go mocnym rzutem do jego prawowitego właściciela. Po tym zwrócił się do swojego niedawno poznanego druha:

...a w tym fragmencie przeskakujesz znowu na narratora wszechwiedzącego - bo nagle wiemy i że alkohol, i że żłopie go niejaki Racmir. Poza tym znowu mam rozdźwięk - na początku TEN najemnik ZNOWU trenuje (znaczy, nie jest tu nowy) a teraz - jakby był tu od dziś i jeszcze nie poznał się na miejscowych trunkach.
makaron3d pisze:Source of the post W rozchylonym pudełeczku oczom ukazywała się lustrzana powierzchnia polerowanego brązu. Cienkie blaszane wieczko oddzielało ją od części wypełnionej tłustawą, jaskrawoczerwoną mazią, składającą się głównie z proszków ochry i hematytu.

Bo może i chłopaki ze wsi (rybackiej!), ale w mig rozpoznali brąz, ochrę i hematyt. Znowu kłania się narrator.
makaron3d pisze:Source of the post Żywo poruszająca główką kawka gmerała dziobem w boku bezwładnie spoczywającej postaci. Zwierzę spostrzegło intruza i zastygło, przyglądając się mu z zaciekawieniem. Chłopak podniósł niewielki patyk i rzucił nim w stronę krukowatego, który zerwał się z trzepotem i wydał z siebie zaskakująco przenikliwy pisk. Słyszalny o wiele dłużej niż rzeczywiście trwał. Młodzian musiał się żwawo uchylić przed odlatującym, z wyciągniętymi agresywnie szponami, ptaszyskiem.

Ten fragment od czapy. Kawka z agresywnymi szponami? Atakująca człowieka, a nawet dwóch? No i chyba przed nad-, a nie odlatującym powinien się uchylić.
makaron3d pisze:Source of the post czerwona krecha pomadki

Pomadka to anachronizm. Barwiczka.
makaron3d pisze:Source of the post – Dobrze – odezwał się „słup soli”.

Nieeee. ani to potrzebne, ani zabawne.
makaron3d pisze:Source of the post Narastała w nim pewność, że agresywne skrzydlate stworzenie, miało swój udział przy śmierci kobiety.
Ciekawe, ja mam pewność że laskę przestraszyła wbijająca się nad głową odbita od zimnioka strzała i dlatego spadła :D
makaron3d pisze:Source of the post z cedrowym drzewcem strzały w zębach

Skąd tam cedr?
Scenka na dębie - gryzie mnie logicznie. Nagle zniknęli wszyscy, paznokciowy (wyżej), drab x2 i Izbor? Ulf ląduje na ziemi i nikogusieńko, nawet śladów? Na miotle odlecieli?

Ciąg dalszy jutro, późnawo a nie chciałbym po łebkach.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.

Awatar użytkownika
makaron3d
Zarodek pisarza
Posty: 10
Rejestracja: pn 16 kwie 2018, 11:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[W]Pustułka [fantasy] [P]

Postautor: makaron3d » wt 17 kwie 2018, 00:13

Rany boskie. Dzięki za drobiazgową analizę. Kilka sugestii trafia w sedno, ale pewnie z 90% mogę z łatwością obalić.
Kilka rzeczy przeoczyłem, lub widziałem i zostawiłem, mimo że nie grały.
Dziękuję za uwagi odnośnie barwiczki i łuku prostego/płaskiego (coś mi tu świtało).

Mógłbyś się wykazać odrobiną elastyczności. Wiele Twoich zarzutów jest mocno na siłę.

Skąd cedr? A skąd na polskich ziemiach rzymskie monety? Cedry rosły na Bałkanach.

Uważasz, ze tak inteligentny ptak jak kawka nie może odlatując zamarkować uderzenia dzieciaka w łeb? Poza tym czy to zwykła kawka?
Widziałem pliszkę zaczepiającą kota i pozorującą na niego ataki.

"Uszy miały skierowane na przysłoniętą zakotwiczonym knarem redę"
Reda jest przysłonięta knarem, ale dla kotów. Kot to takie niewielki drapieżnik - coś jak szczur. :)
Poważnie nie możesz znaleźć uzasadnienia dla pozostania knaru choćby w małym porcie? Może jest uszkodzony i został do naprawy.

"Portowe koty, których gładkie lśniące futra świadczyły o udanym sezonie połowowym"
Koty nie mogą mieć sezonu połowowego(może ew. łowny), a tutaj chodziło o rybaków, którzy mają taki sezon. Ja widziałem koty portowe i wiem jak pięknie wyglądają dobrze odżywione.

Palisady miewały max 3 metry. Brama w palisadzie niech ma z 2,5 metra. Można śmiało założyć, że strażnicy przebywają jakieś 3 metry nad ziemią. Ja z balkonu na parterze nie muszę krzyczeć do osób stojących przed domem.

Koszula sięgająca kolan młodziana - widziałeś kiedyś koszule średniowiecznych Słowian? Na dorosłym sięgała do pół-uda.
Nie wiesz po kim ma tę koszulę.

Tak, podmiot jest zgubiony przy fechtunku, ale skąd wziąłeś zapaśników trenujących fechtunek? Fechtunek to chyba coś jak szermierka.

O co chodzi z karwaszem? Szczerze mówiąc pierwszy raz usłyszałem o tym elemencie czytając o łucznictwie pisząc to opowiadanie, więc nie wiedziałem, że się rozpanoszył. Poza tym karwasze były wykonywane z grubej skóry, często wiązane do przedramienia. Nadal nie rozumiem tej uwagi.

Strzała trafia w ziemniaka i leci dalej. Wyobraź sobie, że łuki tego typu mialy zasieg do 700 metrow. Policz sobie, że na każde 10 metrów z około 300 m, wznosi się delikatnie w górę. Niech to będzie nawet kilkanaście centymetrów.

Zakładasz, że ktoś będąc w nowym otoczeniu kilka dni, musi się już koniecznie napić alkoholu? Może jest abstynentem i kurtuazyjnie wziął łyka. Pomyśl...

Może coś przegapiłem, ale nie brałem pod uwagę, że dzieciaki są obserwatorami/narratorami.
Masz rację, narrator był w domyśle wszystkowiedzący. Coś nie tak?

Poważnie doceniam Twój wysiłek, ale skoro można coś wytłumaczyć, to po co kombinować? Nie wiem czy na wszystkie zarzuty odpisałem.
Dzięki za komentarz, czekam na więcej.



Awatar użytkownika
Godhand
Junior Admin
Junior Admin
Posty: 2665
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

[W]Pustułka [fantasy] [P]

Postautor: Godhand » wt 17 kwie 2018, 07:28

makaron3d pisze:Strzała trafia w ziemniaka i leci dalej. Wyobraź sobie, że łuki tego typu mialy zasieg do 700 metrow. Policz sobie, że na każde 10 metrów z około 300 m, wznosi się delikatnie w górę. Niech to będzie nawet kilkanaście centymetrów.


Nie bardzo. Ciocia wiki troszkę nas oszukuje, podając zasięg łuku refleksyjnego "odmiany tureckiej" (mając na myśli zapewne łuk janczarski) jako wynoszący siedemset metrów. Niestety, większość rozsądnych źródeł łuczniczych mówi o czterystu, czterystu pięćdziesięciu metrach, a killing range tego łuku wynosi jakieś dwieście pięćdziesiąt metrów.
Ponadto strzelanie "na zasięg" jest wykonywane zupełnie inaczej, niż strzelanie do celu.

Pozdrowienia,

G.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
makaron3d
Zarodek pisarza
Posty: 10
Rejestracja: pn 16 kwie 2018, 11:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[W]Pustułka [fantasy] [P]

Postautor: makaron3d » wt 17 kwie 2018, 09:38

Łuk jeźdźców miał zasięg taki jak mówisz - nie pisałem o krótkim łuku. W tekście nie przyjąłem zasięgu 700 m, tylko do około 500 dziecięcych kroków, także wszystko gra. Przebijalność nie ma tu nic do rzeczy. Pisząc komentarz popełniłem błąd licząc do 700 m, ale to bez znaczenia. W opowiadaniu jest ok.



Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 837
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

[W]Pustułka [fantasy] [P]

Postautor: Misieq79 » wt 17 kwie 2018, 10:27

makaron3d pisze:Source of the post Mógłbyś się wykazać odrobiną elastyczności. Wiele Twoich zarzutów jest mocno na siłę.

Witamy na Weryfikatorium :) Poczekaj aż Gorgiasz odeśpi, wyliczy Ci wszystkie przecinki :P

makaron3d pisze:Source of the post Poważnie nie możesz znaleźć uzasadnienia dla pozostania knaru choćby w małym porcie?

knar jako taki mi nie przeszkadza, bardziej sformułowanie że zasłania całą redę. Jednemu kotu - OK.

makaron3d pisze:Source of the post Strzała trafia w ziemniaka i leci dalej.

"Ostatni ziemniak był już niewysoko nad ziemią. Mężczyzna chwycił strzałę, przyklęknął, i układając łuk równolegle do podłoża, oddał najdalszy strzał." Czyli, trafiając zimnioka, strzała już spada. A u Ciebie PIDZIUM! i do góry, w las.

makaron3d pisze:Source of the post Ja z balkonu na parterze nie muszę krzyczeć do osób stojących przed domem.

OK, tu mój błąd, przeoczyłem że wrócił do punktu wyjścia.

makaron3d pisze:Source of the post Skąd cedr? A skąd na polskich ziemiach rzymskie monety?

A skąd wiadomo że Polska? Bo trochę namieszałeś z imionami, są i słowiańskie i nordyckie. Ulf, jego brat Izbor, Unna, Racmir. I do tego knar.
A strzały z - niech będzie - bałkańskiego importowanego cedru (choć cyprysik Lawsona jest ponoć najlepszy do ich wyrobu) cisną na usta stary dowcip o wożeniu drewna do lasu. Wiem, wiem, kto bogatemu zabroni?

makaron3d pisze:Source of the post Koszula sięgająca kolan młodziana - widziałeś kiedyś koszule średniowiecznych Słowian?

Izbor np ma na tyle krótką że doskonale widać (z góry!) jak obszczał sobie nogawice.

To jadziem dalej.

Scenka z niewidzialnością zacna, sam dałem się złapać :) ale
1) gubię się, kiedy pojawia się w scenie Racimir, a kiedy Nadbor
makaron3d pisze:Source of the post Ani drgnij – wysyczał gówniarzowi do ucha.

2) Znowu masz narratora subiektywnego, tym razem z pkt widzenia jednego z najemników.

makaron3d pisze:Source of the post Bimbrem we łbie namiesza,

1) sztuka destylacji dotarła do Europy około XII w
2) a sam termin bimber jest znacznie późniejszy. Proponuje gorzałkę, jak już musisz.

makaron3d pisze:Source of the post Spod równo nabitych podków sypał piach

Najstarsze ślady nabijanych podków to chyba 910 n.e. i to ofkz w Cesarstwie. Który mamy rok?

makaron3d pisze:Source of the post Nadbor niechętnie, acz widząc pianę powstałą na styku skórzanych spodni i spoconego końskiego grzbietu, przeszedł w kłus.

To zdanie jest potworkowate. Ale, Autorze, jeździłeś kiedyś konno? Kłusem na oklep?
makaron3d pisze:Source of the post tylnymi pęcinami łapiąc równowagę
wut?
makaron3d pisze:Source of the post zaniepokojoną zalotami stojącego obok ogiera.
... którym nie poświęciłeś ani słowa. Ani temu, że Jekart siedzi na ogierze. Autorze, widziałeś kiedy ogiera w obecności klaczy? Kwik słyszalny na półtora strzelenia z łuku. Płaskiego. Pięć nóg.

makaron3d pisze:Source of the post Nadbor znikł już z oczu spoglądającego za nim przyjaciela, gdy z leśnych zarośli wygramoliło się kilku chłopa pod bronią, przyodzianych w futra i skóry. Postawni, o surowych obliczach mężczyźni zagrodzili mu drogę. Ten, któren? wsparty na trzymanym przed sobą dwuręcznym mieczu gupio się pytasz, Boholt jak malowany!,

Znowu zgubiłeś podmiot, wychodzi że zagrodzili drogę przyjacielowi.

makaron3d pisze:Source of the post Na te słowa Vins machnął głowicą broni w zad klaczy
i zaklął, patrząc na to co zostało z jego palców. Poza tym koń zareaguje na łydkę.
makaron3d pisze:Source of the post rąbnął tępym brzeszczotem w nogę napierającego rumaka. Kasztanka stanęła dęba,

Galopujący koń pozbawiony nagle nogi nie staje dęba tylko wali się na pysk. W sumie, koń w galopie nigdy nie stanie dęba.
makaron3d pisze:Source of the post Poturbowany Vins słyszał przedśmiertne rzężenie klaczy, ugodzonej kilkoma dedykowanymi jemu grotami.

Że zacytuję klasykę polskiego kina akcji: "Spudłowałeś z takiej odległości?" Mówimy o strzelaniu do leżącego delikwenta.
makaron3d pisze:Source of the post Zapatrzył się w jego mokre oczodoły
nawet jej oczy wydłubali s*****yny! I to jak szybko!
makaron3d pisze:Source of the post Vins przetarł palcami (wskazującym i kciukiem) wilgoć w kącikach oczu.

Autorze na grzyb Ci ten nawias i jego zawartość?
makaron3d pisze:Source of the post klepnąwszy udziec kobyły,

Udziec to na rożnie. Zad.

Początek ciekawy, choć masz tendencję do gubienia podmiotów i przecinkozy. Później zaczyna się akcja - i jest gorzej. Pojawia się Jekart, jak diabeł z pudełka - przyjaciel Nadbora/Vinsa. Zmuszasz czytelnika do zastanawiania się - kto jak komu kiedy. Tak samo jakaś tam Sofija - śledzimy nadbora/Vinsa, który w połowie okazuje się głównym bohaterem. Walą się nań głazy przeszłości - no walą, łotewer, my tych głazów nie znamy.
Chyba że to fragment, choć na NF napisałeś "koniec" a nie "cdn", wtedy uznaj że komentarza o ciągłości fabuły nie było.

Cały fragment z koniem mnie nie przekonuje. W scenie akcji tez gubisz podmioty i trzeba kilka razy przeczytać, żeby zorientować się kto kogo. Natomiast tunel z ptaszysk - fajny.

Chyba tyle. Jest nieźle, ale jeszcze sporo do roboty.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.

Awatar użytkownika
makaron3d
Zarodek pisarza
Posty: 10
Rejestracja: pn 16 kwie 2018, 11:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[W]Pustułka [fantasy] [P]

Postautor: makaron3d » wt 17 kwie 2018, 13:54

Masz u mnie duży plus za ogarnięcie wątku z niewidzialnością, na NF póki co nikt nie załapał.
Nie jeździłem konno, więc miej litość dla mej indolencji w tym temacie.
Wyłapałeś przeplatające się imiona słowiańskie i wikińskie - we wczesnym średniowieczu były ziemie, gdzie obie kultury współistniały.
Wpisz w google "Wineta". Bracia pochodzą ze związku mieszanego. Mamusia jest słowianką ;)

Vins oberwał w czasie jazdy, nie leżąc na ziemi. Na ziemi był przez chwilę zasłonięty konającą kobyłą.

Miecze niekoniecznie były ostre - częściej służyły do miażdżenia kości. Palce byłyby bezpieczne. Głowica miecza jest bardziej hollywoodzka niźli łydki.
Galopujący koń z odłupaną kończyną od razu sie zwali - może masz rację. Mnie się wydawało, że może to zależeć od fazy w jakiej znajdują się kopyta.
Zad już raz był klepany, teraz czas był na udo.




Czemu tytułem jest "Pustułka"? Umiesz mi odpowiedzieć? Mam nadzieję, że tak.

Podsumowując: Dziękuję za zainteresowanie tekstem i cenne uwagi.
Były pomocne. Wiem o co Ci chodzi, zwrócę baczniejszą uwagę na kwestie podmiotowości. No i szczególiki też będę dopieszczał.
Chciałbym rozwinąć i kontynuować to opowiadanie. Na NF "koniec" jest z automatu, nie mam z tym nic wspólnego ;)



Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 837
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

[W]Pustułka [fantasy] [P]

Postautor: Misieq79 » wt 17 kwie 2018, 17:40

Jeszcze wracając do sceny upadku Vinsa - nie zająknąłeś się o łukach, to raz (acz pamiętam o chłopcach w lesie). Dwa, jest pośród napastników, na.odległość miecza od Boholta (btw dwuręczak to też anachronizm, pojawił.się jako kontra na zbroję płytową) więc szyliby w gromadę swoich.

Pustuka. Olałem tytuł, wisz, niedawno zawitało do nas np fantasy "Nieumarły, kruk i wiedźma" i ges łot - ani nieumarłego, ani kruka, ani wiedźmy. Ale skoro pytasz - na mój gust dziadek reinkarnował w nią Sofiję. W pustułkę żeby podkreślić głupotę.
Swoją szosą co trzyma uczniów przy dziadku? Zwraca się do Vinsa jak do niewolnika wręcz, bez "dałem / przyrzekłem ci to i tamto".
I czemu Sofi po prostu nie wejdzie do grodu skoro dziad ma szpiegów w lesie a nie tam? Nie spotka się z Vinsem tak o? Na początku myślałem że to jedna ze złych i nadaje heliografem.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.

Awatar użytkownika
makaron3d
Zarodek pisarza
Posty: 10
Rejestracja: pn 16 kwie 2018, 11:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[W]Pustułka [fantasy] [P]

Postautor: makaron3d » wt 17 kwie 2018, 22:34

Podkreślić głupotę? Tak, wiem, że miecz dwuręczny pojawił sie później.
Cóż, spotykała się z Vinsem w mieście, jest o tym mowa. Szpiedzy nie będą wiedzieć, że poszła do miasta?
Co trzyma uczniów przy Miszczu? - strach.
Nie rozumiem zarzutów do łuczników "chłopcy mają cię na oku" i nie wiem, czemu mieliby szyć w swoich.
Prosiłem, byś nie próbował na siłę doszukiwać się nonsensów, ale widać weszło Ci w krew.
W ogóle niespecjalnie rozumiem treść ostatniego Twojego komentarza.



Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 837
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

[W]Pustułka [fantasy] [P]

Postautor: Misieq79 » śr 18 kwie 2018, 06:42

To poszukaj etymologii słowa pustułka.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.

Awatar użytkownika
Godhand
Junior Admin
Junior Admin
Posty: 2665
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

[W]Pustułka [fantasy] [P]

Postautor: Godhand » śr 18 kwie 2018, 13:04

Hej,

Zbliżający się chłop, pchający wózek wyładowany zakupionymi na targu produktami, popatrzył na najmitę z politowaniem i wyszeptał do idącej obok starszej kobiety:
– Dostanie taki żołd z góry, to i gospody mu nie trza. Bimbrem we łbie namiesza, a później tańczy sam ze sobą po ulicach. Psia jucha!
– Tfu… – dodała od siebie tęgawa kobiecina w wypłowiałej, niegdyś niebieskiej sukience, obdarzając Nadbora spojrzeniem, które starczyło za tuzin obelg.


Nie wiem jakie masz realia społeczne, ale od kiedy zwykły chłop może sobie pozwolić na takie komentarze w stosunku do najemnika? Nawet jeśli szepcze (czyli założenie jest takie, że najemnik nie usłyszy) to już wzrok, jakim kobieta obdarza Nadbora, jest otwarcie prowokujący.

Łucznik złamał w rękach drzewiec najcenniejszej w swym arsenale strzały.

Wcześniej była opisywana jako jedna z kilku najcenniejszych, teraz już jako najcenniejsza.
I drzewce - chyba, że masz enty (tylko wtedy zdanie bez sensu ;) )

Jeździec w pełnym pędzie przywarł do końskiej grzywy, by nie zawadzić o solidne nadproże bramy.


Ciekawe, jak tam chłopaki w płytowych napierśnikach wjeżdzają...

– No, oddawaj, mówię! – głos mężczyzny znów zabrzmiał groźniej.


To miałoby sens gdyby najpierw mówił groźnie, potem łagodnie, a teraz znów groźnie. Ale nic na to nie wskazuje.

W ogóle nie łapię końca całego fragmentu. Ktoś wjeżdża galopem, pochylając się w siodle, wtedy najemnik szybko wskakuje na siodło, żąda oddania broni, która jest jedyną pamiątką chłopca po zwieńczonej goryczą przygodzie (co zresztą sugeruje, że zakończyła się w nieprzyjemny sposób, a w rzeczywistości była nieprzyjemna od samego początku).
Chaos, Panie, chaos.

Nadbor niechętnie, acz widząc pianę powstałą na styku skórzanych spodni i spoconego końskiego grzbietu, przeszedł w kłus.


Według mnie użycie „acz” w tym zdaniu jest błędne, a na pewno niezręczne.

Zatańczyła, tylnymi pęcinami łapiąc równowagę i z mozołem kontynuowała marsz.


Pęcinami łapała równowagę?

Wiedział, że zadośćuczynienie jego żądzy zemsty, nie da mu prawdziwej ulgi, po stracie najbliższej osoby.


Zdanie koszmarne, a i użycie słowa „zadośćuczynienie” dość niefortunne.

Oparł się na łęku i patrzył mu bez słowa w zobojętniałe oczy.


Łęk z oczami? ;)

Poklepał tylko po szyi klaczkę (…)


Wcześniej była określana jako klacz, a klacz i klaczka to nie to samo.

Postawni, o surowych obliczach mężczyźni zagrodzili mu drogę. Ten, wsparty na trzymanym przed sobą dwuręcznym mieczu, dał sygnał dwóm innym, by zbliżyli się do jeźdźca i przemówił.


Jaki „ten” ? Wkradł się chaos narracyjny.

– Hahaha… Czy ty naprawdę myślisz, że on mógł nie wiedzieć, iż tu zmierzasz i że właśnie dotarłeś? – Nie czekając na odpowiedź mówca dodał.


„Mówca dodał” jest złem.

Posiadacz okazałego mieczyska zamachnął się potężnie i rąbnął tępym brzeszczotem w nogę napierającego rumaka.


Bzdura. W czasach, gdy od ostrości klingi może zależeć życie, nikt (a już na pewno nie najemnik czy rozbójnik) nie pozwoli sobie na posiadanie tępego miecza.

– Wszyscy do mnie! – rozkazał dowodzący. – Zewrzeć szy… – Przerwał mu sztylet wbity po jelec w pierś.


Jest niewidzialny, ok, ale i tak instynktownie powinien raczej atakować plecy ofiar, lub zza pleców podrzynać im gardła.

Wyglądało, jakoby smakował jej ze zdziwieniem.

Jej? Raczej ją.

Wykonał dwa kroki, by upuścić broń.


To brzmi jak warunek – musiał wykonać dwa kroki, dopiero wtedy mógł opuścić broń.

Mężczyzna schylił się i, walcząc z uderzeniami powietrza, bez zastanowienia wszedł do środka – nie był to jego pierwszy raz.


Nie lubię zwrotu „nie był to jego pierwszy raz.” Wolałbym „robił to już wcześniej”. Ale to widzimisię.

Natychmiast po wyjściu na otwartą przestrzeń, oczom Vinsa ukazał się przepastny widok.

„Przepastny widok” to błąd.

– Głupcze! Wyczekiwała spotkania z tobą, gdy nadleciała strzała. Twoja strzała! Resztę już znasz. Doprawdy, nie wymyśliłbym nic bardziej trywialnego.


To ona spadła, ugodziła ją strzała, czy wystraszyła się strzały i spadła? Bo strzała była wbita w drzewo, nie w ciało dziewczyny. Natomiast przy prędkości strzały, wystraszyć się jej raczej by nie zdążyła.

Tekst jest w miare ciekawy i w miarę dobrze napisany. Zdarzają się czasem niezręczne zwroty (Nadbor puścił się z rękami na Mistrza), które psują odbiór całości. Nie panujesz też czasem nad narracją, szczególnie w dynamicznych opisach – wtedy nie wiadomo kto kogo i komu co ;)

Pierwsza część jest wyraźnie lepsza od drugiej, jakbyś tę drugą pisał w pośpiechu. Postacie trochę papierowe, za to masz bardzo plastyczne opisy przyrody i otoczenia. Ogólnie tekst raczej na plus, a po sporych poprawkach mógłby być całkiem dobry.

Powodzenia,

G.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
makaron3d
Zarodek pisarza
Posty: 10
Rejestracja: pn 16 kwie 2018, 11:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[W]Pustułka [fantasy] [P]

Postautor: makaron3d » śr 18 kwie 2018, 15:23

Dzięki za wyczerpujacy koment Godhand. Kolejny mój tekst bedzie dzieki waszym uwagom lepszy.
Ciekawe, ze zauwazyles roznice w poziomie na jakim napisalem poczatek i koniec. Od momentu, gdy Nadbor wyruszył na kasztance, chcialem to opowiadanie skonczyc jak najszybciej. Zalozylem sobie 11 stron i objetosc stala sie wazniejsza od samej tresci. Teraz napisalbym to inaczej. Jeszcze raz dzieki. Pod spodem moje wyjasnienia do Twych zarzutów.

Nie wiem jakie masz realia społeczne, ale od kiedy zwykły chłop może sobie pozwolić na takie komentarze w stosunku do najemnika? Nawet jeśli szepcze (czyli założenie jest takie, że najemnik nie usłyszy) to już wzrok, jakim kobieta obdarza Nadbora, jest otwarcie prowokujący.

Założyłem radę miasta i najemników na jej usługach. Ponoć było we wczesnym sredniowieczu takie miasto na północy Polski, gdzie funkcjonowało coś na na podobienstwo demokracji ;) Załóżmy, że podatnicy mają jakiś wpływ na radę. Miasto-port było przez pewien czas niezależne.

'Łucznik złamał w rękach drzewiec najcenniejszej w swym arsenale strzały.'
Wcześniej była opisywana jako jedna z kilku najcenniejszych, teraz już jako najcenniejsza.
I drzewce - chyba, że masz enty (tylko wtedy zdanie bez sensu ;) )
Może Cię nie zrozumiałem. Jeśli masz w piwnicy skrzynkę najlepszych win i jedną butelkę rozbijesz, to nie możesz powiedzieć, że rozbiła się butelka najlepszego wina?

'Jeździec w pełnym pędzie przywarł do końskiej grzywy, by nie zawadzić o solidne nadproże bramy.'
Ciekawe, jak tam chłopaki w płytowych napierśnikach wjeżdzają...
Pamiętaj, że to jest brama w palisadzie. Takie miejsca raczej powinny być w miarę wąskie i niskie. Nikt nie mówi, że w miasteczku stacjonuje dywizja kawalerii. Gdyby konie szły wolno, problemu by nie było, w galopie jeździec chyba się unosi raz po raz.

'– No, oddawaj, mówię! – głos mężczyzny znów zabrzmiał groźniej.'
To miałoby sens gdyby najpierw mówił groźnie, potem łagodnie, a teraz znów groźnie. Ale nic na to nie wskazuje.
Zauważ, że w scenie poprzedzającej te słowa, Nadbor poniżył Ulfa. Zresztą, czy słowa z obecnej scenki "Z drogi zasrańcuy brzmią łagodnie?

– Z drogi zasrańcu! – krzyknął Nadbor z dosiądniętej – w pospiechu – na oklep, klaczy. Ledwo mignął przy usuwającym się w popłochu dzieciaku, wstrzymał gwałtownie wierzchowca. – Prrr… – Odwrócił się i rzekł niedbale. – Oddawaj!
Zaskoczony Ulf rozłożył ręce w geście niezrozumienia.
– No, oddawaj, mówię! – głos mężczyzny znów zabrzmiał groźniej.



'Zatańczyła, tylnymi pęcinami łapiąc równowagę i z mozołem kontynuowała marsz.'
Pęcinami łapała równowagę?
To miała być metafora opisująca problemy z równowagą, dla mnie brzmi ok, mogę się mylić.


"Posiadacz okazałego mieczyska zamachnął się potężnie i rąbnął tępym brzeszczotem w nogę napierającego rumaka."
Bzdura. W czasach, gdy od ostrości klingi może zależeć życie, nikt (a już na pewno nie najemnik czy rozbójnik) nie pozwoli sobie na posiadanie tępego miecza.
Potężne, ciężkie miecze sluzyły do kruszenia kości i odkształcania pancerzy, nie do zadawania cięć. Ostrze nie mialo wielkiego znaczenia. Możesz sie nie zgadzac, takie materialy czytałem.

'– Wszyscy do mnie! – rozkazał dowodzący. – Zewrzeć szy… – Przerwał mu sztylet wbity po jelec w pierś.'
Jest niewidzialny, ok, ale i tak instynktownie powinien raczej atakować plecy ofiar, lub zza pleców podrzynać im gardła.
Może faktycznie warto było dać do zrozumienia, że sztylet, jak to stylet w hollywood, został rzucony z pewnej odleglosci. Trzeba dookreślić nastepnym razem.

"– Głupcze! Wyczekiwała spotkania z tobą, gdy nadleciała strzała. Twoja strzała! Resztę już znasz. Doprawdy, nie wymyśliłbym nic bardziej trywialnego."
To ona spadła, ugodziła ją strzała, czy wystraszyła się strzały i spadła? Bo strzała była wbita w drzewo, nie w ciało dziewczyny. Natomiast przy prędkości strzały, wystraszyć się jej raczej by nie zdążyła.
Ogólnie historyjka ze strzałą jest chyba najsłabszym punktem opowiadania. Lekko niedorzeczna. Jednak pamietaj, ze siedziala na galęzi gapila sie w lusterko, i mazala usta. W takiej sytuacji niewiele trzeba, maly nieostrozny ruch, ale rozumiem Twe obiekcje"



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 3806
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

[WW]Pustułka [fantasy] [P]

Postautor: Rubia » czw 19 kwie 2018, 00:18

makaron3d, z Twoich komentarzy wynika, że wprawdzie piszesz fantasy, ale jednak bardzo dbasz o średniowieczne realia. Więc skoro to wczesne średniowiecze, mieszanka wikińsko-słowiańska i Wineta, to może jednak nie kazałbyś swoim bohaterom strzelać do kartofli, które do Europy zostały przywiezione przez Hiszpanów w 1567 r., do tego z Ameryki Południowej? Ja wiem, Wikingowie pływali daleko, a o lokalizację Winlandii można się spierać do upojenia, ale kartofel jednak nie powinien się znaleźć w garnku wczesnośredniowiecznego woja.
Rzepa bardziej by pasowała, też można ją piec albo gotować.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Kruger
Dusza pisarza
Posty: 642
Rejestracja: śr 12 paź 2011, 09:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

[WW]Pustułka [fantasy] [P]

Postautor: Kruger » czw 19 kwie 2018, 07:48

makaron3d pisze:Source of the post Pamiętaj, że to jest brama w palisadzie. Takie miejsca raczej powinny być w miarę wąskie i niskie. Nikt nie mówi, że w miasteczku stacjonuje dywizja kawalerii. Gdyby konie szły wolno, problemu by nie było, w galopie jeździec chyba się unosi raz po raz.

Jeśli wąskie i niskie, to chyba jednak nikt by nie próbował w pełnym pędzie...
makaron3d pisze:Source of the post Założyłem radę miasta i najemników na jej usługach. Ponoć było we wczesnym sredniowieczu takie miasto na północy Polski, gdzie funkcjonowało coś na na podobienstwo demokracji Załóżmy, że podatnicy mają jakiś wpływ na radę. Miasto-port było przez pewien czas niezależne.

Coś więcej?
Średniowiecze wczesne - Polski nie było. Chyba, że wczesne, jak na Polskę, ale za pierwszych Piastów za cholerę nie kojarzę niczego takiego. Może wolny Gdańsk w Hanzie? Ale to nie średniowiecze.



Awatar użytkownika
Iwar
Pisarz osiedlowy
Posty: 287
Rejestracja: sob 27 maja 2017, 15:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[WW]Pustułka [fantasy] [P]

Postautor: Iwar » czw 19 kwie 2018, 09:01

Rubia pisze:Source of the post kartofel

Obroną może być, że to fantasy, lub historia alternatywna. Jednak moim zdaniem byłaby to zła linia obrony, szczególnie w drugim przypadku. W historii alternatywnej właśnie owe alternatywy szczególnie przyciągają uwagę czytelnika. Historia alternatywna jest to taka literatura zgrzytu. I działa tylko wtedy jeśli ten zgrzyt jest logiczny, przynajmniej w pewnym stopniu. Logiką logiczną, albo przynajmniej logiką fabularną. Natomiast taki kartofel znikąd, będzie odebrany przez znających się na temacie jak zgrzyt, po prostu, bez wyjaśnienia.
A szczególnie, że sądząc po komentarzach, starasz się Autorze trzymać reali epoki i 'realizmu'.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości