Tyra cz. II

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Lvmia
Zarodek pisarza
Posty: 19
Rejestracja: sob 23 gru 2017, 19:01
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Tyra cz. II

Postautor: Lvmia » sob 14 kwie 2018, 19:16

Wulgaryzmy

ROZDZIAŁ DRUGI
Nie czuł się źle, a chyba powinien, biorąc pod uwagę ile krwi sobie upuścił przez ostatnie dni. Magia jest niebezpieczna. Rozmyślał o tym podążając w kierunku koszar. Głównodowodzący McNeil powinien już wrócić z patrolu. Mickail około godziny piętnastej wyszedł z karczmy „Pod Złamanym skrzydłem”. Szedł wydeptaną drogą przez osiedle mieszkalne, na którym swoje domy mieli rolnicy oraz członkowie gwardii. Magia jest niebezpieczna. Nie może przesadzać, bo niedługo przekroczy granicę. Musiał być inny sposób. Musiał znaleźć inne źródła energii, z których mógłby czerpać siłę życiową, a następnie formować ją wedle upodobania i przeznaczać do własnych celów. Alternatywnymi źródłami energii były zwierzęta i ludzie, może rośliny. Im większy organizm, tym więcej energii w sobie przechowywał. Zastanowił się nad tą metodą. Jeśli sięgnie umysłem do innej istoty żywej i uda mu się podebrać trochę siły życiowej, będzie mógł ją przekierować w wybranym kierunku. Dwanaście lat temu starzec, który nauczał go sztuki wszystkich trzech kręgów, wspomniał zaledwie, o czwartym kręgu, tzw. magii krwi. Była to hipoteza wedle której, po latach praktyk, zdolny mag będzie potrafił wnikać umysłem do ciał ofiar, kontrolować je i zdobywać ich energię, którą następnie może użyć do własnych celów. Starał się osiągnąć ten legendarny etap magicznej edukacji od momentu, gdy tylko zaczęły mu wychodzić akty magiczne z zakresu pierwszego kręgu. Wiedział, że da to nieskończone możliwości. Mógłby na przykład kraść energię ofiar dla siebie, przez co byłby wiecznie młody i nieśmiertelny.
Zauważył nadchodzącą z naprzeciwka grupę górników. Postanowił kolejny raz spróbować. Skupił się na tym najbardziej wysuniętym na lewo. Był wyjątkowo gruby, zapewne pełnił jakąś wyższą funkcję w Kopalni Ehr. Mickail nie wyobrażał sobie tego grubasa przemierzającego ciasne tunele z kilofem, trzy kilometry pod ziemią. Umysłem poczuł jego ciało i skupił się na nogach. Chciał zabrać energię z jego mięśni i przekierować ją do sąsiedniego górnika, tak aby lekko podciąć mu nogi. Skupił się, skierował głowę w ziemię i zamknął oko. Po chwili podniósł głowę.

Kompani pomagali wstać dwóm górnikom.
Udało się, legendy okazały się nie być legendami. Nie poczuł żadnych skutków wykonanego manewru energią. Niesamowite. To całkowicie zmieniło jego spojrzenie na magię i własne możliwości. Co prawda robił to na spokojnie, nie będąc pod presją, inna sprawa gdyby spróbował tego w trakcie walki. Mógłby mieć problemy z aż takim skupieniem.
Jednak teraz miał ważniejsze sprawy na głowie. Musiał porozmawiać z Głównodowodzącym o próbie podpalenia i rassakach. Skoro legendy zaczęły się spełniać, to i tę należało wziąć pod uwagę. Minął zdezorientowanych górników i skręcił w prawo, między domy. Stąd widział już koszary. Były to trzy budynki, połączone ze sobą z powiewającą na dachu flagą Królestwa. W budynkach i piwnicach do nich należących było wystarczająco miejsca aby pomieścić całą wioskę w sytuacji zagrożenia. Z tego powodu, był to jedyny, wykonany w całości z kamienia budynek w Tyrze. Teraz zapewne świecił pustkami. Zbliżył się do zespołu budowli, kiwnął głową strażnikowi i wszedł do środka. Panował tu błogi chłód, zawdzięczany kamiennym ścianom. Mickail zatrzymał się na chwilę aby podelektować się zimnem. Gdy już nacieszył się chłodem pchnął drzwi od gabinetu McNeila i wszedł do środka.

-Mickail, witaj – Głównodowodzący wstał aby uścisnąć dłoń przybysza. – Siadaj, co cię tu sprowadza? – miał nadzieję, że zechce wesprzeć go w obronie miasta.
-Sprawy, sprawy niecierpiące zwłoki – odparł siadając na drewnianym krześle, za biurkiem McNeila.
-Mów – odparł krótko. Mick lubił go. Był prostym, zwięzłym i konkretnym człowiekiem. Robił to co najlepsze, nawet jeśli wymagało ofiar. Idealna osoba na przywódcę.
-Czy twoi ludzie znaleźli już ciała dwóch Michończyków za spichlerzem? – pozwolił nalać sobie wody, z dzbanka stojącego na stole.
-Tak, dodatkowo zbadali spichlerz i znaleźli ślady po próbie podpalenia. Sądząc po krwi oraz poparzeniach na twoim ciele, to tobie zawdzięczamy spokojne popołudnie. – uśmiechnął się do Mickaila. On również go lubił. Prawie wzorowy obywatel, zawsze wypełniający swoją powinność, obrońca słabszych, sługa ludu. Był idealny, pomijając kradzieże, nielegalną produkcję cvali oraz handel nią, uprawianie sztuki magicznej oraz liczne rozboje i morderstwa.
-Tak, ja ich zabiłem. Powinieneś poszukać strażnika spichlerza, zapewne Michoniści coś z nim zrobili przed atakiem. – spieszył się, nie chciał siedzieć tu dłużej niż było to konieczne.
-Znalazłem go – uśmiech zniknął z jego twarzy.
-I co z nim?
-Pogrzeb odbędzie się jutro wieczorem.
-Szkoda chłopa. Na szczęście został już pomszczony. Miał rodzinę? – Mickail gotów był zapewnić jej wsparcie. Zawsze darzył dużym szacunkiem wdowy, które zostały po żołnierzach.
-Z tego co mi wiadomo, to był sam – odparł McNeil.
-Może to i lepiej – przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. – Jest jeszcze druga sprawa. – opowiedział dowódcy o swoim ostatnim pobycie w górach.
-Naprawdę wierzysz, że legendy o rassakach mogą być prawdziwe? – zapytał z niedowierzaniem.
-Nie wiem co to jest, ale myślę, że dobrze byłoby sprawdzić. – widział, że dowódca patrzy na niego wyczekująco.
-Coś proponujesz? – widać, że ożywiła się w nim nadzieja.
-Wstąpię do Gwardii – szeroki uśmiech McNeila – Ale pod jednym warunkiem. Ubieram co chcę i noszę swoją broń oraz nie biorę udziału w biernym patrolowaniu Tyry, czy też staniu na murach. To nie dla mnie. – czekał na wybuch głównodowodzącego, jednak ten zapytał spokojnie.
-Co w takim razie chciałbyś robić?
-Proszę cię, abyś udostępnił mi dwoje twoich najlepszych ludzi i razem z nimi będę patrolował wschodnie góry. Chciałbym wyruszyć jutro, o świcie. – widział po jego wyrazie twarzy, że udało się go przekonać.
-W porządku. Będą czekali na Ciebie przy wschodniej bramie.

***

Było jeszcze ciemno. Mick wolnym krokiem zbliżał się do wschodniej bramy. Nie musiał się spieszyć, zeszłą noc spędzić w tawernie, pijąc obiecane za pomoc pile oraz podsuwane przez barmana esse. Tej nocy Anders był szczodry, ale nie zamierzał poświęcić całego zapasu luksusowego alkoholu.
Dziś, w przeciwieństwie do poprzedniego dnia, zapowiadała się raczej zimna i wietrzna pogoda. Mickail miał na sobie długi płaszcz z grubym kapturem, zarzuconym na głowę, pod którym znajdowały się związane włosy. Zaczynało się rozjaśniać, gdy dotarł do bramy. Nie było co liczyć na słońce, dzisiaj będzie prawdopodobnie cały dzień skryte za chmurami. Przy bramie czekał już jeden z wybranych przez McNeila ludzi.

-Witaj żołnierzu. Jak się nazywasz?
-Edgar – odpowiedział wysoki, postawny i barczysty blondyn. Wyglądał jak książę z bajki. Wszystkie kobiety w miasteczku za nim szalały.
-Dobrze, Edgar. Musimy poczekać na drugiego. – usiedli i oparli się plecami o palisadę. – Mów mi Mickail, lub Mick, jak wolisz.
-Mick – powtórzył blondyn.
Siedzieli w milczeniu przez jakiś czas. Mickail, spokojnie, zamknął oko i odpoczywał, za to młody wojownik po jego prawicy, dosłownie nie mógł usiedzieć w miejscu. Wierzgał nogami, ciągle się poprawiał, kręcił głową i dziko przebiegał wzrokiem horyzont w oczekiwaniu na trzeciego członka drużyny.
-A więc Mick – zaczął w końcu nie mogąc wytrzymać ciszy. – McNeil powiedział, że wyruszamy sprawdzić góry. Czyżby Wygnańcy dawali się we znaki? – nie otwierając oczu, pomyślał, że wie co zaraz usłyszy z ust młodzieńca żądnego sławy, chwały i poklasku. – Dlaczego ich nie zaatakujemy? Moglibyśmy w dziesięciu wziąć ich nocą z zaskoczenia. – Mick otworzył oczy, leniwie przekręcił głowę i spojrzał na chłopaka. Jego oczy błyszczały.
-Słuchaj, młody – mógł tak do niego mówić. Był prawdopodobnie ponad dziesięć lat starszy. Miesiąc temu miał trzydzieste trzecie urodziny. – Wygnańcy nie są naszym problemem. Nasz problem zszedł z gór i wymordował połowę zwierząt w lesie na wschodzie. Wygnańcy są teraz naszym sprzymierzeńcem.
-Ci szubrawcy? – oburzył się Edgar. – Nie będę mógł spać spokojnie, bojąc się, że ci wiarołomcy wbiją mi nóż w plecy. – Mick wciąż na niego patrzył, spojrzeniem pełnym zażenowania. Prosił o dwóch najlepszych ludzi, ale chyba już wiedział co się stało. Czekał na drugiego, aby się przekonać, czy jego domysły są słuszne.
-Spokojnie, zafunduję nam dziś taką wycieczkę po górach, że zaśniesz bez kolacji, gdy tylko pozwolę na postój.
-Nie ma szans. Od dziecka jestem wyjątkowo sprawny i wytrzymały! – ty wciąż jesteś dzieckiem, pomyślał Mick, ale wolał nie mówić tego na głos. Na szczęście do bramy zbliżał się już drugi żołnierz. Niski, chudy chłopak, ogolony na łyso, sprawiający wrażenie raczej ofiary głupiego, pijackiego żartu, niż osoby, która miała wzbudzać szacunek i autorytet, czy też strach i grozę.
-Bernard, panie- jąkał się, a w dodatku „panie”? Tego już za wiele.
-Żaden ze mnie pan. – McNeil najwyraźniej dał mu dwoje najmłodszych i najbardziej irytujących ludzi jakich posiadał. Opierdoli go za to jak wróci, teraz nie chciał marnować czasu.- Ty, księciunio, rusz dupsko, idziemy – blondyn błyskawicznie wstał, wręcz podskoczył i wybiegł przez bramę. Spojrzał na Bernarda, otworzył szerzej oko i dopiero wtedy chudzielec zrozumiał, że pora ruszyć. Powoli wszedł na most nad Kyntem i dołączył do czekającego już po drugiej stronie Edgara. To będzie jedna z jego najcięższych wypraw, pomyślał i ruszył w kierunku swoich młodych podopiecznych.

***

Powoli zbliżała się trzynasta, Mick szukał odpowiedniego miejsca na postój. Maszerowali od ponad pięciu godzin, znaleźli się już na niższych partiach gór. „Praktykanci” bo tak chyba należało ich nazywać podążali przed nim, wyznaczoną ścieżką. Puścił ich przodem, nie dlatego, aby mieć ich na oku, lecz z innego powodu. Jeśli coś, lub ktoś wyskoczy nagle z lasu, będzie gotów poświęcić ich dla dobra misji. Widział ich plecy. Byli swoimi dokładnymi przeciwieństwami. Edgar zbyt pewny siebie, dobrze zbudowany, gadający bez przerwy, najczęściej o sobie i najczęściej kłamstwa oraz Bernard, niski, chudy, jedyne co robił to człapał za swoim rówieśnikiem i ślepo łykał jego historie z szeroko otwartymi oczami. Mieli tylko jedną wspólną cechę. Oboje byli niesamowicie irytujący.
-… i wtedy stanąłem między nim i Isabel- opowiadał jedną ze swoich historyjek.
-Isabel? Córką Głównodowodzącego McNeila?
-Tak, dokładnie. Niedźwiedź skoczył na mnie, a ja stając jako obrońca niewiasty pokonałem go gołymi rękoma – młodziak właśnie prezentował jak łamie niedźwiedziowi kark. Wyciągnął ręce, złapał za niewidzialną głowę zwierzęcia, następnie skręcił ją, jednocześnie przyciągając do ziemi. Na dole zrobił dramatyczną pauzę, aż w końcu podniósł się i dokończył opowieść – Isabel, cała we łzach podbiegła do mnie i rzuciła mi się w ramiona, całując w policzek. – mówił to z uśmiechem wyrażającym satysfakcję.
-A co na to Głównodowodzący?
-Mianował mnie strażnikiem i powiedział, że jest dumny mogąc mieć takiego zięcia – Mick myślał, że oczy Bernarda zaraz wyskoczą z orbit, a on sam rzuci się w ramiona blondyna, tak samo jak dziewczyna z historyjki.
-Chciałbym zaznaczyć, że niedźwiedzie od ponad dwudziestu lat nie ruszyły się ani cal z doliny, głęboko w sercu Gór Ub – wtrącił się złodziej. Miał już powoli dość słuchania bajeczek tego głupca – z tego co pamiętam był to baran.
-No tak, baran, racja. Ale za to ogromny, jeden z największych jakie świat widział! – zaczął od nowa.
-Jak duży!? – Mickail naprawdę miał wrażenie, że mały Bernard zaraz posika się z podniecenia.
-Większy od ciebie, młodziaku – ton oraz wyższość z jakimi to powiedział, wskazywała na co najmniej trzydzieści lat różnicy między rozmówcami, a tak naprawdę byli w tym samym wieku.
Mick starał się ignorować te bzdety wyssane z palca Edgara. To prawda, był to baran. Dokładniej mały baranek. I cała historia wyglądała nieco inaczej niż przedstawił to młodzian. Kilka lat temu, bawiąc się wraz z innymi dziećmi Edgar wypuścił z zagrody małego baranka. Powiedział wtedy, że zmierzy się z nim w walce. Koledzy dopingowali mu, głośno skandując jego imię, a dziewczynki krzyczały przerażone aby tego nie robił. Jedyną bezstronną osobą była wtedy właśnie Isabel. Już od małego potrafiła odróżnić wartościowych ludzi od głupców i raczej unikała tych drugich. Rozeźlony baranek dosłownie wbiegł w Edgara i przewrócił go na ziemię. Gdy ten leżał zapłakany na ziemi, zwierzę pogoniło wszystkie dzieciaki i uciekło w góry, właściciel już go nie odszukał. Blondas faktycznie został wtedy włączony do Gwardii, ale za karę. Przez pierwsze trzy lata służby, jedynym czego pilnował był porządek w koszarach, szczególnie w latrynach. Ale wolał tego nie mówić i nie psuć im obu humorów. Na to jeszcze przyjdzie czas.
-Tam zrobimy postój – zarządził i wskazał oddalone o trzysta metrów skupisko drzewek, przy wydeptanej drodze. Mieli stąd świetny widok na wioskę, znajdowali się jakieś czterysta metrów ponad nią.
-Edgar! Edgar! Zobacz jaki widok! – Bernard pierwszy dobiegł na miejsce, był tak podniecony, że nie mógł ustać w miejscu i przeskakiwał z nogi na nogę. Wyglądał jakby pierwszy raz znalazł się poza Tyrą.
-To prawda, świetny. Pewnie dlatego Wygnańcy zrobili sobie z tego zagajnika główny punkt obserwacyjny – obojętnym tonem powiedział Mick. Iskierki w oczach chudzielca błyskawicznie zgasły, zostały zastąpione strachem. Jego rówieśnik, jak można się domyśleć zachował się zupełnie inaczej.
-Wygnańcy? Gdzie? – położył rękę na pochwie miecza. – Dajcie mi tych szubrawców, pokonam każdego, po kolei – wyciągnął miecz, skierował go nad głowę i krzyknął – MÓJ MIECZ ŁAKNIE KRWI! – niższy od razu odzyskał zapał i patrzył na swojego uśmiechającego się kompana z boskim uwielbieniem.
-Ała! – krzyknął, gdy Mickail uderzył go płazem broni w dłoń, dobywającą miecza. – Co to ma być? – miecz wypadł mu z ręki na ziemię.
-Nie popisuj się. I nie drzyj mordy, jeszcze tu przyjdą. Ja wolę mieć spokój . – po tych słowach usiadł przy wcześniej wybranym drzewie, oparł się o nie i zamknął oczy. – Bernard, ugotuj jakiś obiad.
-Tak jest! – odpowiedział i wyciągnął garnek oraz składniki z tobołka na plecach.
-Dobrze młody, zajmij się posiłkiem, a ja samotnie wyruszę na patrol – blondyn zdążył już rozmasować rękę i właśnie schylał się po miecz.
-Siadaj na dupie. Jeśli ktoś będzie chciał nas zaatakować, usłyszę go z odległości pięćdziesięciu metrów.
- I wtedy dasz nam sygnał do walki? Może być. Nie mogę się doczekać, kiedy zatopię miecz po samą rękojeść w ich tułowiach. – jako zbity pies, po ostrej reakcji Mickaila nie wyglądał już tak pewnie jak wcześniej.
- Dlaczego zawsze jesteś taki pewny siebie?
- Pokonywałem już starszych od siebie strażników w pojedynkach na placu ćwiczebnym. – To akurat było prawdą, i Mickail o tym wiedział. Jednak prawdą było również, że w pojedynku jeden na jednego większość członków Gwardii uległoby pierwszemu lepszemu Wygnańcowi.
-Tak mówisz? – blondyn pokiwał głową z zapałem – Mam więc pomysł. Wieczorem sprawdzę twoje możliwości w walce.
-Jakie dostanę zadanie? – zapytał z poważną miną, poważnym tonem, niepoważny młodzieniec.
-Będziemy się pojedynkować.

***

Sven podciągnął spodnie i wyszedł z zagajnika. Odwrócił się i ruszył spokojnym krokiem do obozu, a raczej ogniska, naokoło którego Wygnańcy po prostu leżeli na ziemi. W nocy, tych dwudziestu ludzi wyszło z jaskini i wyruszyło na północny zachód. Znaleźli bród i przekroczyli Kynt. Teraz czaili się w górach, blisko szlaku łączącego Tyrę i Królestwo Północy. Czekali.
Starannie wybrał ludzi. Byli tu mordercy, dezerterzy z armii i każdy, kto jako tako potrafił walczyć. Wszyscy żądni walki i krwi. Wszyscy mieli ograniczone horyzonty; myśleli tylko o napadzie na karawanę, złupienie jej a następnie spalenie (przy okazji mordując wszystkich kupców). Sven, na szczęście, miał nieco bujniejszą wyobraźnię. Miał plan, dzięki któremu Wygnańcy byliby ustawieni do końca życia. Właśnie dlatego został wybrany na przywódcę, do czego zresztą idealnie się nadawał. Pięć lat temu służył w armii, był dość wysoko postawiony, dowodził swoim oddziałem liczącym dwunastu ludzi, dzięki czemu nabrał doświadczenia jako wódz. Zajmował się patrolowaniem trzeciego okręgu w stolicy. Był ślepo zapatrzony w Króla Edwina, który w tamtych czasach był jeszcze poważany wśród wszystkich mieszkańców; teraz się to zmieniało, coraz częściej w kuluarach słyszano o planach buntu. Wysokie podatki połączone z biedą w kraju i agresywną polityką zewnętrzną Króla, doprowadziły do drastycznego pogorszenia nastrojów na północy, które pogłębiało się od ponad pół roku. Sven przejrzał na oczy już pięć lat temu, gdy postanowił uciec ze stolicy i armii. Widział on słabość króla, i kruchość jego rządów, które posypały się wraz z pierwszym kryzysem, gdy przez suszę i nie urodzaj trzydzieści procent mieszkańców zmarło z głodu. Znał on konsekwencje. Dezerterów karano śmiercią. Mimo to, nie wahał się zbyt długo i pewnego dnia po prostu zabrał swój dobytek, kradnąc przy tym parę sztuk broni i opancerzenie ze stołecznej zbrojowni i ruszył na południe. Każdy słyszał pogłoski o Wygnańcach, zamieszkujących góry na wschód od Tyry. Sven zamierzał do nich dołączyć; tak również zrobił.
Rok temu wybrali go na przywódcę, a z dzisiejszym dniem miał zamiar wcielić w życie plan, mający na celu obalenie rządów słabego króla. Zamierzał on rozpuścić pogłoski o buntownikach, zbierających siły wśród gór, w twierdzy na wschodzie, z nadzieją, że zacznie do nich dołączać coraz więcej wrogów króla. Oczywiście musiał robić to powoli, po cichu, tak aby nie dotarły one do złych uszu. Mimo tego, że wątpił, czy gnuśny król w nie uwierzy i zaatakuje ich w górach, należało być ostrożnym. No i jeszcze trzeba było zbudować twierdzę. W realizacji obu założeń miał pomóc atak na karawanę kupiecką, która powinna przejeżdżać tą drogą dziś po południu. Rozstawił swoich ludzi w strategicznych miejscach; połowa wraz z nim czekała skryta za głazami, a druga część czaiła się w lasku, po drugiej stronie. Na sygnał rogu, który nosił przy pasie mieli rzucić się do ataku. Prawdopodobnie będzie to łatwa walka; przewidywał, że natkną się na góra dwóch-trzech strażników, resztę będą stanowić lękliwi kupcy.

On sam wyruszył na zwiad, za skałami, wzdłuż drogi. Miał mały problem, żeby skutecznie chować się za głazami – krótko mówiąc, był olbrzymem. Wysoki na ponad dwa metry, ważył około stu pięćdziesięciu kilogramów. Jego masę w większości stanowiły mięśnie. Dodatkowo jego łysina, okraszona, jak zresztą całe jego ciało, licznymi bliznami, lśniła w słońcu, zdradzając jego pozycje bacznemu obserwatorowi. Dotarł do miejsca, które wcześniej wybrał na punkt obserwacyjny. Droga tutaj skręcała, i dalej była prosta, dzięki czemu widział jakieś pięćset metrów dalej wszystkich zbliżających się ludzi. Teraz dostrzegł wyczekiwaną karawanę. Powrócił do swoich ludzi.
-Pamiętajcie. Przynajmniej pięciu kupców powinno zostać przy życiu. Nie niszczyć towaru. Nie niszczyć pojazdów. Nie niszczyć kupców. Zrozumiano? – dostrzegł zażenowanie i zawód na ich twarzach. – Będzie tam kilku strażników, możecie z nimi zrobić co chcecie – teraz na twarzach zaczęły pojawiać się uśmiechy –Pytam jeszcze raz, zrozumiano? – dostrzegł dziesięć kiwających ochoczo głów.
Wciąż nie mógł uwierzyć, z jakim motłochem musiał pracować. Ale cóż, lepsze to niż nic.
Zadął w róg.

***

Pokonali dziś sporą odległość. Jakieś dwa kilometry temu Edgar w końcu się zamknął, od tamtego momentu praktycznie spacerowali w ciszy. Chociaż, spacerem tego nazwać nie można. Po pierwszym postoju zboczyli z wydeptanej ścieżki, która prowadziła do Jaskini Wygnańców i dalej przemieszczali się lasem, stąpając miedzy konarami drzew i krzakami. Zbliżała się dwudziesta, a oni zbliżali się do miejsca wybranego przez Micka na postój. Zatrzymywał się tam podczas ostatniej wyprawy, kiedy to krążył po górach przez miesiąc szukając śladów i badając sprawę. Była to spora jaskinia, której wejście zasłaniały krzewy. Dodatkowo gdzieś u góry miała wydrążony, prawdopodobnie przez deszcz, kapiący na nią na przestrzeni wieków, otwór, którym uciekał dym. Dzięki niemu można było spokojnie rozpalić w środku ognisko. Właśnie do niej dotarli. Przedarli się przez krzaki, i ujrzeli szerokie pomieszczenie, zakończone jakieś pięćdziesiąt metrów od wejścia. Gdy tylko zasłonili wejście krzakami, praktykanci rzucili się na ziemie, wycieńczeni całodziennym marszem.
-A wy co? – spojrzał na nich z góry Mick – Bernard, rozpalaj ognisko, szykuj kolację – chudzielec wstał i z niechęcią zabrał się do swoich obowiązków, nic nie mówiąc. – A ty, wielki wojowniku? – Blondyn popatrzył na niego nie rozumiejąc o co chodzi. – Wstawaj, bierz miecz. Miałem cię sprawdzić.
-Aaa, no tak. Nie lepiej patykami? Nie chcę cię skrzywdzić Mick – zgrywał pewnego, ale chyba jednak trochę się bał. I dobrze.
-Nie, chyba że chcesz walczyć z wrogami gałązką – odpowiedział spokojnie.
-Aha. No tak, nie chcę – wyciągnął miecz i przyjął pozycję. – Zaczynajmy – powiedział patrząc wyczekująco na przeciwnika. Mick po prostu stał, nawet nie dobył broni.
-No zaczynaj młody – Edgar poczekał chwilę na jakikolwiek ruch Mickaila, ale ten chyba nie zamierzał dobyć broni. Patrzył na niego. Blondynek pomyślał, że może dostał jakąś taryfę ulgową. Postąpił krok do przodu i zamachnął się płazem w bok Micka, po czym poleciał twarzą w piasek, kierowany własną siłą i rozpędem; przeciwnik sprawnie uniknął ataku.
-No dalej, nie oszczędzaj mnie! – usłyszał jego krzyk z nad swoich pleców. Szybko wstał i zobaczył, że Mick stoi z rękoma w kieszeniach. – Czekasz na specjalne zaproszenie? – Zaatakował ponownie, tym razem zamarkował cios mieczem, trzymanym w jednej dłoni, po czym wyprowadził potężny cios pięścią, celowany w szczękę Mickaila. Poczuł ból i rozrywaną skórę, gdy pięść trafiła w ścianę jaskini, a Mick stał obok z szyderczym uśmiechem.
-Nie niszcz jaskini, chcę tu jeszcze spędzić parę nocy – w tym momencie Edgar został już całkowicie zaślepiony przez furię. Ciął na oślep, a oponent unikał, za każdym razem.
-Śmiało, włóż w to trochę serca, pogromco baranków! – atakował go cały czas, coraz bardziej zdenerwowany. Ciął, pchał, markował, starał się atakować również pięściami. Bez skutku. W końcu złapał miecz w dwie ręce i zakreślił nim potężny łuk, zwiększając zasięg tak, aby Mick nie miał szans go uniknąć. Wtedy poczuł równocześnie trzy rzeczy: rękę Micka, chwytającą go za nadgarstek i bez problemu zatrzymującą rozpędzony miecz, chłód stali, która leciutko rozcięła jego skórę na szyi oraz szept przeciwnika, którego głowa znajdowała się tuż obok jego.
-Jesteś martwy – puścił go i zabrał swój miecz – niech blizna na szyi i pozdzierane knykcie na zawsze przypominają ci, że nigdy nie należy być zbyt pewnym siebie. – po tych słowach wyszedł z jaskini, w wejściu rzucając przez ramię:
-Idę na zwiad. Postarajcie się nie pozabijać do tego czasu. – po czym zniknął w mroku.

***

Atak na karawanę przebiegł pomyślnie. Sven stracił tylko jednego człowieka, ale dlatego, że sam odciął mu głowę. Idiota poniesiony falą emocji i bitewnego podniecenia, które zmieniły go w dziecko, które właśnie dostało nową zabawkę, chciał popodrzynać kupcom gardła. Trudno, pomyślał, to tylko jeden człowiek. Kupcy są ważniejsi dla planu. Wycierał broń ze krwi, gdy dwoje jego ludzi chowało ciała strażników i byłego kompana za skałami.
-Wy – wskazał na grupę po lewej stronie – zakneblujcie i zwiążcie kupców, potem zabierzcie ich do jaskini. Przed tym nie zapomnijcie ich rozebrać. – kiwnęli głowami i zabrali się do pracy.
-Za to my – wskazał na ludzi po prawej – ubieramy ich ciuchy i jedziemy do Tyry na zakupy.



Tags:

Awatar użytkownika
Skylord
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: śr 22 cze 2016, 11:27
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Szkocja
Płeć: Mężczyzna

Tyra cz. II

Postautor: Skylord » wt 17 kwie 2018, 17:42

Lvmia pisze:Source of the post -Chciałbym zaznaczyć, że niedźwiedzie od ponad dwudziestu lat nie ruszyły się ani cal z doliny, głęboko w sercu Gór Ub – wtrącił się złodziej. Miał już powoli dość słuchania bajeczek tego głupca – z tego co pamiętam był to baran.

To oni się znali czy jak??, bo wcześniej było tak:
Lvmia pisze:Source of the post -Witaj żołnierzu. Jak się nazywasz?
-Edgar – odpowiedział wysoki, postawny i barczysty blondyn. Wyglądał jak książę z bajki. Wszystkie kobiety w miasteczku za nim szalały.
-Dobrze, Edgar. Musimy poczekać na drugiego. – usiedli i oparli się plecami o palisadę. – Mów mi Mickail, lub Mick, jak wolisz.
-Mick – powtórzył blondyn.


Tutaj jest mowa o waleczności wygnańców:
Lvmia pisze:Source of the post Jednak prawdą było również, że w pojedynku jeden na jednego większość członków Gwardii uległoby pierwszemu lepszemu Wygnańcowi.

a dalej jest opis owych wygnańców
Lvmia pisze:Source of the post Byli tu mordercy, dezerterzy z armii i każdy, kto jako tako potrafił walczyć.

To jak ci wygnańcy jako tako potrafią walczyć, to nie chce wiedzieć jak walczą gwardziści z miasta...[quote="Lvmia"]

Pierwszą część czytało się jako tako, drugą nie wiele lepiej, ale powodzenia w dalszym pisaniu. o/




Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość