Z pamiętnika...:)

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Z pamiętnika...:)

Postautor: Mazer » ndz 09 wrz 2007, 18:00

Kilka słów o mnie

***

Nie wiem czemu, naprawdę nie mam pojęcia dlaczego, ale chcę tak długo, a najlepiej w nieskończoność. Tak dobrego humoru, jaki mi ostatnimi czasy w głowie gości nie miałem nigdy! Teraz wyłącznie czysta euforia zamiast smutku, przygnębienia i wszelkich innych negatywów, po prostu duchowy orgazm bez specjalnego powodu. Podoba mi się.

Dzisiejszego ranka nie jest inaczej. Otwieram oczy, widzę ściany, są to bardzo ładne ściany. Od razu wychodzę z domu i przeciągam się, stękam lekko, sprawia mi to wiele przyjemności. Ziewam, drapię za uchem, zerkam na świat. Jeszcze około dwóch tygodni temu widziałem zwyczajne drzewa, zwyczajne ptaki i zwyczajną trawę. Teraz natomiast wszystko wprost strzela nieokiełznaną paletą kolorów, energicznie fruwa po niebie, wesoło ćwierka.

Naprawdę jestem szczęśliwy, choć w mym życiu niewiele się zmieniło, ba! przypuszczam nawet, że nic! Ciągle to samo towarzystwo, ta sama przestrzeń życiowa, naprawdę nic nowego, a tu proszę, taka odmiana! Psychika zawsze mnie zastanawiała, skąd się biorą takie wahania nastrojów, z jakich powodów coś, co jednego cieszy, drugiego może martwić? Wystarczy przykład mój i mojego sąsiada. On chodzi ze spuszczoną głową, czasem ją uniesie, lecz tylko po to, by spojrzeć, czy przypadkiem świat jeszcze istnieje, dostrzega jedynie przygnębiające zło otoczenia. Ja natomiast nie chodzę, nie stoję, ja wprost latam! Mój poziom energii przekracza chyba każdą dopuszczalną normę, jest zdecydowanie zbyt wysoki, nawet jak dla tak młodego organizmu.

- ALE JESTEM SZCZęśLIWY!!!- podbiegam do granicy swej posiadłości i z pogodną nutką w glosie wykrzykuję sąsiadowi. On wolno na mnie spogląda i wzdycha, widzę, że jest przygnębiony, coś go truje. Muszę się dowiedzieć co, bo ja tak nie mogę. W pełni szczęśliwym jest się jednak tylko wtedy, gdy wszystko ze sobą współgra. A mój sąsiad zdecydowanie nie harmonizuje z mym dobrym nastrojem.

Ja, w każdym bądź razie, żyję pełnią życia. Po około dwóch godzinach od przebudzenia czuję w żołądku burczenie, głód po raz pierwszy się odzywa tego dnia. Muszę go jakoś zwalczyć, obiecałem sobie, że posiłki będę kosztował tylko raz na dobę, nie więcej, to taki trening duszy, zwyciężenie żądz cielesnych, uwidocznienie tych duchowych. Już jakiś czas temu doszedłem do wniosku, iż pokusy cielesne można bardzo łatwo pokonać - wystarczy się do nich przyzwyczaić. Zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Uważam, psychika jest znacznie silniejsza od zwykłych komórek, od ich potrzeb. Owszem, duch i ciało muszą ze sobą współgrać, ale można wytrenować kontrolę jednego nad drugim. Są tacy, co wolą zaspokajać łaknienie na ciągoty cielesne, inni na te drugie, jak ja. Wydaje mi się, że jestem na dobrej drodze do sukcesu.

Mam ochotę położyć się i wygrzać kręgosłup do słońca. Mam na to ochotę i tak robię. Wszak jestem szczęśliwy i moim psim obowiązkiem jest podtrzymywanie tego szczęścia, zwłaszcza, że aktualnie nie mam jakiś szczególnych prac. Kładę się w moim ulubionym miejscu, tuż przy tylniej bramie mej posiadłości. Tam jest cicho, spokojnie, za granicą mnóstwo drzew, pomiędzy którymi wesoło hasają zwierzątka...i nie widzę przygnębionego sąsiada. Choć jest mi go żal, to jednak z zadowoleniem wyciągam się, łapię jak najwięcej gorących promieni słonecznych i zapominam na chwil kilka o problemach tego świata, o głodzie. Uciekam do krainy nierzeczywistych przeżyć. Tam hasam po łące, skaczę za motylami, zrywam kwiatki, połykam je w całości, mam trzy głowy i jedną nogę, pływam na chmurkach, jem pięćdziesiąt razy dziennie, będąc przekonany, iż to jeden wielki posiłek, więc nie łamię swych postanowień. Jest mi tam cudownie.

Wszystko ma jednak swój koniec. Ze snu wyciąga mnie czyjś głos, z początku dokładnie nie wiem skąd dobiega. Pierwsze, co widzę po uniesieniu powiek, to bliskie źdźbła trawy i biegające po nich mrówki. Często się zastanawiam, czy one o czymś w ogóle myślą? Co bym na nie nie spojrzał, to zawsze coś niosą i to prawie zawsze po tej samej trasie. Od punktu A, do punktu B. Ciekawe, czy śpią? Kiedyś będę musiał to wybadać, tylko jak? Echhhhh, mnóstwo pytań, ale znajdę na nie odpowiedzi, odpowiedzi gdzieś muszą być. Każde pytanie musi mieć swoją odpowiedź, gdyby nie miało, nie byłoby przecież pytaniem. Wszystko na świecie ma swoje przeciwieństwo, pytania i odpowiedzi, miłość i nienawiść, deszcz i słońce, ja i mój sąsiad.

Właśnie, ciekawe co u niego?

Wstaję, jeszcze zaspany, moje ruchy są wolne, pozbawione energii, ale to za kilka minut się zmieni. Już nie mogę się doczekać chwili, kiedy znowu będę czuł w sobie ten wigor, siłę. Podchodzę wolno do ogrodzenia, wypatruję sąsiada. Nie ma go, schował się pewnie przed światem. Naprawdę mi go szkoda.

Głos, który wyrwał mnie ze snu raz jeszcze dobiega mych uszu. Jest trochę wyraźniejszy, mogę już rozróżnić jego barwę, ton i określić jego właściciela. Słyszę go codziennie, ale nigdy nie jestem w stanie go zrozumieć, jest to dla mnie dziwna bariera nie do przekroczenia, przynajmniej na razie. Ale to jest tak, jak z pytaniami, bariery są po to, by je przekraczać, kiedyś mi się uda. Kiedy już ją pokonam, kiedy zrozumiem, co to stworzenie ma na myśli, będę bardzo szczęśliwy, lubię rozmawiać, a dawno tego nie robiłem. Sąsiad nie jest do mnie jakoś pozytywnie nastawiony, w sumie, to tylko on mówi moim językiem, wszystko inne już nie, a jakoś jednak nie chce ze mną rozmawiać.

Stworzenie, które mnie wybudziło ze snu nie tylko wydaje z siebie dziwne dźwięki, ale też dziwnie wygląda. Nie rozumiem, dlaczego takie jest. Ja chodzę na czterech łapach, ono na dwóch tylnich, a przednimi macha w powietrzu, często w nich coś trzyma. Jest bardzo wysokie, ale mu nie zazdroszczę. Jestem szczęśliwy takim, jakim jestem i chcę, by tak zostało.

Nie mniej jednak, szanuję te dwunożne stworzenia, wszak to one mi zapewniają jedzenie i schronienie, jakby na to nie patrzeć. Zauważyłem jedno, odnośnie właśnie jedzenia, może to nie ważne dla ogółu, ale, moim zdaniem, godne napomknięcia. Otóż wspomniałem wcześniej, iż od około dwóch tygodni jestem bardzo szczęśliwy, to raz. Dwa, że od jakiegoś czasu postanowiłem jeść tylko raz dziennie, właśnie mniej więcej dwa tygodnie temu. Być może te dwa fakty są ze sobą mało związane, a nawet wcale, ale doszedłem do wniosku, iż zwyciężenie fizycznego głodu psychiczną kontrolą ciała zapewni mi pełną satysfakcję, przyniesie szczęście. Dwunożne stworzenia częstują mnie dwa razy dziennie posiłkami, jeden w porze obecnej, to znaczy lekko popołudniowej, a drugi wieczorem. Ten pierwszy tylko udaję, że jem, a tak naprawdę po prostu zakopuję go w ziemi, chowam, by dwunogi sądziły, iż go zjadam. One są zadowolone i ja radosny. Pełna harmonia. Szczerze się przyznam, że nie mam pojęcia, dlaczego takie postanowienia mi wpadło do głowy, by jeść tylko wieczorem, to był czysty impuls. Nagle uznałem, że ciekawie będzie spróbować, sprawdzić swą samokontrolę. Okazało się, iż eksperyment przyniósł bardzo zaskakujące, acz niezwykle pozytywne skutki, choć wiem o nich tylko ja. Kiedy jednak przełamię barierę językową, natychmiast podzielę się swymi spostrzeżeniami z dwunogiem, lubię go i to właśnie on będzie pierwszym wtajemniczonym.

Dziś, poza standardową wizytą mego dwunożnego ulubieńca, przyszło jeszcze kilku innych i bacznie mi się przyglądają. Bardzo mnie cieszą takie odwiedziny, sprawiają, że czuję się potrzebny, miło jest przyciągać czyjąś uwagę. Staram się nie ukrywać swego zadowolenia, merdam ogonkiem, skaczę, biegam, jednakże wszelkie me reakcje zachowane są w granicach zdrowego rozsądku, to jest taka radość okazywana przyjacielowi przy spotkaniu. Każdy z odwiedzających ma biały fartuch i w przednich łapach trzyma kartki papieru, na których coś zapisuje. Dużo do siebie mówią, nie wiem co. Ten, który do mnie przychodzi co dzień, ma gęstą sierść na twarzy, pozostali są albo krótko przycięci, albo mają długie włosy, opadające z głowy. Ci z długimi mają jeszcze dziwne uwypuklenia poniżej szyi, na które czasem ukradkiem spoglądają ci z krótkim futrem. Ci z krótkim natomiast są zupełnie płascy, choć niekiedy, rzadko, ale jednak, pojawiają im się wybrzuszenia pomiędzy nogami, w miejscu, gdzie nogi się łączą. Wtedy taki krótkowłosy dwunóg chrząka i opuszcza swą tablicę z kartkami do owego wybrzuszenia, chcąc je zakryć, by po jakimś czasie znowu ją podnieść. Wtedy wybrzuszenia już nie ma, a na twarzy krótkowłosego widać wyraźną ulgę. Nie wiem czemu zwróciłem na to uwagę, ale to spoglądanie jednych na drugich, opuszczanie tablic jest bardzo charakterystyczne. Takie zbiorowe wizyty są niezwykle rzadkie, lecz łatwo jest te szczegóły wyłapywać. Jestem bardzo dobrym obserwatorem, rzadko mam okazję do towarzystwa, więc jeśli już się taka nadarza, to staram się zaczerpnąć z niej ile tylko mogę.

Bardzo dużo mówią, szczególnie mój ulubieniec....

***

- ...a więc, mili państwo, macie przed sobą bardzo ciekawy przypadek zwierzęcej schizofrenii maniakalno wtórnej permanentnie nawracającej się...

- W tym wypadku pacjent sądzi, iż jest psem?

- Dokładnie, skąd pani wie?

- Mój zwierzak zachowuje się dokładnie tak samo, kiedy do niego przychodzę, a że o chorobie, o jakiej profesor wspominał coś słyszałam, tak łatwo mi było się domyślić.

- Plus dla pani. Wracając jednak do samego przypadku, zapewniamy mu tu godne warunki życia. Pragniemy, aby wciąż czuł swobodę ruchów, zupełnie, jak na wolności...ekhm, to znaczy, wolności, dziwne określenie, jak dla człowieka, dziwne użyte w tym kontekście. Zgadujemy, iż zanim do nas trafił biegał po lasach, z dala od ludzi i teraz, by nie wywoływać znacznego szoku, stworzyliśmy mu warunki przypominające te z jego poprzedniego środowiska, zaznaczam podobne. Na ścianach umieściliśmy specjalne chipy, wmontowaliśmy oprogramowanie mające imitować las, psa u sąsiadów, pod sufitem przepływające chmurki po niebie i sporadyczne ptaszki, potrafimy nawet przywołać deszcz i upał. Wszystko to, jest jedynie złudzeniem mającym na celu utwierdzenie pacjenta w przekonaniu o wolności...

- Czy to aby na pewno właściwe postępowanie, profesorze?

- Schorzenie, na jakie cierpi jest dla nas jeszcze zupełnie nie odkrytym terenem, całkowicie przesłoniętym zasłoną tajemnicy. Jedyne, co możemy zrobić, to się domyślać sposobu leczenia, na razie badamy mnóstwo ścieżek, a sądzimy, iż długa terapia zaczęła właśnie przynosić oczekiwane skutki. Pacjent stał się nad wyraz pogodny, radosny, wręcz szczęśliwy, w porównaniu z okresem wcześniejszego pobytu u nas.

- A czym go leczycie? Jakie środki mu podajecie?

- Hmmmm...Tak, jak wspominałem, obecnie jedynie błąkamy się po ciemnej jaskini, szukamy właściwego toru, ale muszę zaznaczyć, iż zauważyliśmy chyba światełko w tunelu, nie mogę jednak zdradzić szczegółów terapii...

***

Podbiegam do ogrodzenia, staram się je przeskoczyć, ale nic z tego nie wychodzi, jedynie się męczę. Cały wysiłek jednak rekompensuje mi mina dwunogów, są wyraźne mną zainteresowani. Jedni cały czas obserwują, słuchając uważnie mego ulubieńca, inni coś notują, a jeszcze inni po prostu się do mnie uśmiechają, mam nawet wrażenie, iż chcieliby mnie pogłaskać, lecz gdy podchodzę do bramki, oni nie reagują. Dziwne są te dwunogi, niby wyglądają, jakby czegoś chcieli, a nie chcą. Naprawdę zastanawiające.

Mam swoją godność, całe życie nie będę wywalał do nich jęzora. Nie chcą, niech nie podchodzą, ja im swoją chęć bliższego zapoznania przedstawiłem, oni natomiast mnie zignorowali. Odchodzę do swego domostwa, kładę się w cieniu budy i patrzę. Lubię patrzeć, sprawia mi to przyjemność. Czy, jeśli robię coś bardzo długo, często, praktycznie permanentnie nie przerwanie i dodatkowo sprawia mi to przyjemność, to czy mogę to nazwać swoim hobby? Jeśli mogę, to patrzenie jest zdecydowanie na pierwszym miejscu listy mych hobbistycznych zamiłowań. Oprócz patrzenia bardzo ciekawie jest chwycić deskę w pysk i biegać z nią tam i z powrotem. Mam taką specjalną, długą, dłuższą ode mnie, szeroką na wejście do moje budy. Na początku trudno mi było ją złapać, ale z czasem wyrobiłem w sobie pewny chwyt i teraz swobodnie biegam z nią na długich dystansach. Cała zabawa polega właśnie na tym, by bić rekordy okrążeń, to znaczy, ile dam rady razy przebiec z jednego końca swej posiadłości na drugi bez wypuszczenia deski z pyska. Do tej pory życiowym osiągnięciem jest trzy i pół kółka.

Leżę przy budzie już kilka minut, a zamiast być coraz bardziej sennym, czuję, że energia mocniej daje znać o sobie w mym ciele, co w połączeniu z obecnymi obserwatorami oznaczać może tylko jedno. Zrywam się na równe łapy, podbiegam do deski, chwilę się z nią tarmoszę i mocnych uciskiem chwytam w swe szczęki. Zaczynam dziki taniec. Kątem oka zauważam wzmożoną ciekawość ze strony dwunogów, najwidoczniej czegoś takiego jeszcze nie widzieli. Postanawiam dać im prawdziwe show. Warczę, szczekam, gryzę, uderzam łapami, turlam się, wszystko, po prostu wszystko robię. Staram się nawet podrzucać deskę do góry, co nigdy mi nie wychodziło. I teraz nie jest inaczej, próby podrzucania kończą się fiaskiem, ale dwunogi wydają się być zadowolone, widzę w ich oczach zaciekawienie. To działa na mnie bardzo mobilizująco, angażuję wszelkie pokłady energii i podchodzę do bicia rekordu. Biegnę szybkimi susami na drugą stronę swej posiadłości, znikam za winklem garażu, by po chwili pojawić się znowu. Wzbudzam westchnienia, wyraźnie się uśmiechają, a mi gorące podniecenie rozlewa się po ciele. Każda komórka skacze w euforii, krew buzuje, jakby podgrzewana na wielkim palniku.

- ALEż JA JESTEM SZCZęśLIWY!!!- nie wytrzymuję, wypuszczam deskę z pyska i krzyczę w przestrzeń- JEST MI CUDOWNIE!!! HURA!!! HUUURRRRAAA!!!- wywracam się na grzbiet, wystawiam łapy w górę, merdam ogonem, znowu wstaję, znowu chwytam deskę i znowu z nią biegam.

Lecę za garaż. Niechcący uderzam końcem deski o ścianę, wypuszczam ją i przewracam się w nieuwadze o wystający pniaczek. Czasem tracę kontrolę nad ruchami z wielkiego zadowolenia. Zostaję tu kilka sekund, muszę dojść do siebie po upadku, mimo wszystko był bolesny.

***

- Widzicie, drodzy państwo, jakie skutki zaczęła odnosić nasza kuracja, możecie się przekonać na własne oczy, że nasz ośrodek słusznie utrzymuje już od wielu lat prestiżowy tytuł najlepszego szpitala psychiatrycznego w Polsce, jednocześnie jednej z lepszych placówek w świecie...No, ale nie przesadzajmy ze słodkościami, nie one są temat waszej wizyty u nas.

- Prawda. Może nam profesor powiedzieć, jakie ostatnio środki podawaliście pacjentowi? Jakie i w jaki sposób?

- Niestety, jakie, tego nie mogę zdradzić, przynajmniej jeszcze. Jak już wspominałem, ledwie uchyliliśmy rąbka tajemnicy tej choroby, dlatego z wszelkimi diagnozami, bądź publicznym podawaniem właściwych środków farmakologicznych na chwilę obecną chcemy się wstrzymać. Jedyne, co mogę powiedzieć, to sposób...Tu akurat zadziałał pierwszy, jaki zastosowaliśmy. Zwyczajnie umieszczamy właściwe substancje lecznicze w jedzeniu, jako, że pacjentowi wydaje się, że jest psem, tak i doszliśmy do wspólnego wniosku, iż najłatwiej będzie go leczyć tak, jak się leczy psy. Tabletki, proszki, podajemy mu wyłącznie w południowych porcjach żywności, wieczorne racje dostaje zupełnie normalne, że się tak wyrażę. Zaznaczyć tu muszę, by nie ukrywać przed państwem informacji, jakich nie muszę ukrywać, iż pacjent z początku wykazywał duży apetyt, właściwie obecnie też tak jest, ale od około dwóch tygodni zaszła pewna zmiana. Otóż, zauważyliśmy, że zabiera on miskę z jedzeniem w miejsce, gdzie będzie sam i tam je spożywa. Nie wiemy czemu tak robi, czemu zaczął jeść w samotności, jest to dla nas kolejna tajemnica do odkrycia, jednakże akceptujemy to, gdyż pacjent wykazuje wyraźną poprawę samopoczucia, co, sądzimy, może nas łatwo doprowadzić do sukcesu. Twierdzimy tak, gdyż z początku pobytu u nas był bardzo przygnębiony...Ale o tym, opowiem państwu przy kawie, na którą serdecznie wszystkich zapraszam.

***

Staję nad deską, ślina z języka skapuje na nią. Jestem wyczerpany, takie nagłe ganianie, nawet jak dla mnie, jest bardzo wyczerpujące. Wracam do dwunogów, by mogli jeszcze na mnie popatrzeć. Wesołym krokiem truchtam do tych śmiesznych stworzeń, gdy okazuje się, że ich nie ma. Odeszli zupełnie bez pożegnania. To bardzo nieładnie z ich strony, ale cóż mogę zrobić? Pozostaje mi wyłącznie legnąć w cieniu budy, położyć głowę na łapach i odpoczywać.

Poza patrzeniem i zabawą z deską, lubię też spać. Ciekawe, co mi się teraz przyśni?...



Awatar użytkownika
Lan
Imperator
Imperator
Posty: 2867
Rejestracja: ndz 26 lut 2006, 11:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Lan » czw 13 wrz 2007, 22:00

cóż, jak dla mnie jest to trochę... no może mocno nudne. stawiasz zbyt dużo przecinków, szatkując zdanie na maleńkie kawałki.

Na początku masło maślane. powtarzasz cały czas, że jesteś szczęśliwy i... jesteś szczęśliwy i jest tak fajnie, bo jesteś szczęśliwy.

zastanawia mnie dlaczego tytuł jest "z pamiętnika", z pamiętnika kogo? pacjenta? skoro on myślał, że jest psem to jak pisał pamiętnik.

sam pomysł, ciekawy. ale całościowo, jakoś ci nie wyszło.

Pomysł: 4=

Styl: 3=

Schematyczność: 3+

Błędy: 3

Ogólnie: 2


"Rada dla pisarzy: w pewnej chwili trzeba przestać pisać. Nawet przed zaczęciem".

"Dwie siły potężnieją w świecie intelektu: precyzja i bełkot. Zadanie: nie należy dopuścić do narodzin hybrydy - precyzyjnego bełkotu".

- Nieśmiertelny S.J. Lec

Awatar użytkownika
Patren
Debiutant
Debiutant
Posty: 1910
Rejestracja: śr 08 lis 2006, 00:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Znienacka
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Patren » sob 15 wrz 2007, 23:40

Uf.



Pomysł: 4=



Przede wszystkim tytuł nie trzyma się kupy, o czym wspomniała Lan. Czyj to niby pamiętnik? ;)



Poza tym pomysł wydaje się interesujący, ale gorzej z realizacją. Przyznaję, że nie domyślałem się, że bohater nie jest człowiekiem, myślałem raczej: "no tak, gość za dużo pali, zdecydowanie". No więc to akurat na plus. A zakończenie... cóż, mocno nijakie, przydałoby się coś konkretniejszego, bo aktualnie, opowiadanie po prostu wydaje się być niepełne.



Styl: 3-



Największy minus opka. Przede wszystkim powinieneś trochę 'rozstrzelać' tekst, żeby wygodniej się nam tutaj czytało. Taka bryła liter skutecznie odstrasza.



Zbyt rozwklekle rozpisywałeś się na początku (to co mówiła Lan). Rozumiem, że to uczucia ciężko chorego pacjenta, ale jednak mogleś to przyciąć. Myślę, że spokojnie można było napisać, że jest mu fajnie, bez 10 000 tysięcy zdań typu: "Ale jest mi super, ja nie mogę, wychodzę na dwór i jest mi tak wspaniale (...) A poza tym to mówilem, że jest mi mega super? Wspaniale prezentuje się dwór (...) No nie mogę, jest po prostu niesamowice (...)". Rozumiesz, prawda?



Oprócz tego kiepsko z tymi dialogami. Stylizowane na siłe, topornie, jakbyś na siłę chciał pokazać "naukowość" bohaterów. Niestety, z kiepskim skutkiem. Pierwsze słowo jakie przychodzi mi do głowy na myśl o tych dialogach to: plastik.



Poza tym postaraj się bardziej zajmować czytelnika. Kiedy piszesz 5 akapitów o tym jak bardzo jest mu zajebiście, to odbiorcę to irytuje. Musisz interesować czytelnika, wodzić go.



przypadek zwierzęcej schizofrenii maniakalno wtórnej permanentnie nawracającej się




To miała być parodia naukowego bełkotu, czy chciałeś, żeby brzmiało poważnie? :P Bo jeśli to drugie, to odrobinę nie wyszło



Schematyczność: 4 / 4+



Sam pomysł - jak już mówiłem - podobał mi się.



Błędy: 3



nie odkrytym


nieodkrytym ; tak samo było gdzieś wcześniej, piszemy łącznie



całkowicie przesłoniętym zasłoną


przeczytaj to ; nie sądzisz, że brzmi idiotycznie? nie lepiej 'całkowicie okrytym zasłoną tajemnicy', albo coś w tym rodzaju? Bo to co masz przypomina mi coś w rodzaju "naoliwione oliwą"



Hmmmm...Tak


po pierwsze to odstępy po trzykropku, a po drugie to takie długie 'Hm-y' nie wyglądają zbytnio interesująco. Już lepiej krótkie 'hm', albo wcięcie narratora w stylu 'zastanowił się'



Literówki, np.:



i mocnych uciskiem chwytam


mocnym uściskiem



- ALEż JA JESTEM SZCZęśLIWY!!!- nie wytrzymuję, wypuszczam deskę z pyska i krzyczę w przestrzeń- JEST MI CUDOWNIE!!! HURA!!! HUUURRRRAAA!!!-


odstępy między myślnikami, zawsze



Ciekawe, co mi się teraz przyśni?...


jeśli już coś, to najpierw trzykropek, potem znak zapytania, tak jest niepoprawnie



Ocena ogólna: 3



Pomysł ciekawy, wykonanie już znacznie mniej. O ile miejscami było interesująco, to te poyzytywniejsze momenty bledną na tle reszty.



Pozdrawiam.


"Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalasz mu być"

Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » ndz 16 wrz 2007, 12:06

Jak dla mnie opko znośne. Znośne i nic więcej. Nie podoba mi się budowa twoich zdań, nie chodzi już o wytknięte dzielenie przecinkami na kawałki. Mnie się rzuca w oczy nadmiar zbędnych wyrazów w zdaniach. Momentami wygląda to jakbyś chciał jak najwięcej myśli zawrzeć w jednym zdaniu, wszelkimi możliwymi sposobami i znanymi ci wyrazami. Nie podoba mi się to, potraktuję to jako błąd, ale minus padnie w stylu, bo utrudnia mi to czytanie.



Dalej patrząc natrafiam na pomysł, który mnie nie zaskoczył, aczkolwiek zaciekawił. Fajnie pomyślane ogólnie, ale słabo wykonane. Brakuje tutaj czegoś co, by sprawiło, że czytelnik na końcu uderzyłby głową w stół/biurko przez to jak bardzo się mylił myśląc kim jest główny bohater.



Ogólnie jak powiedziałem wyszło znośnie, ale nudno. To ciągłe powtarzanie "jestem szczęśliwy, jest super" męczy oczy i powoduje, że można pomyśleć jak wspomniał Patren, że bohater jest na haju.





Oceny, bez dalszych spostrzeżeń:

Pomysł:3+

Styl:2+

Schematyczność:4

Błędy:3-

Ocena ogólna:3=


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Mazer » pn 17 wrz 2007, 07:54

Co do tytułu, to po prostu wszedł mi do głowy tuz przed wysłaniem tekstu. Tę część opowiadania wymyślam zawsze na końcu i rzadko pasuje do reszty;/. Ot, tak, wydał mi się właściwy w danym momencie i tak już zostało.

Natomiast jeśli chodzi o nazwę choroby "schizofrenia..." to już całkowicie mój wymysł i absolutnie nie miało brzmieć naukowo, przeciwnie. Choć przyznam, z początku szukałem odpowiedniej, profesjonalnej nazwy, lecz niczego nie mogłem niestety wygrzebać, tak więc wymyśliłem coś swojego;)]

Styl, cóż, tu zawsze jest ból:(. Może kiedyś nadejdzie taki dzień, że jednak i styl przypadnie do gustu...żyjmy nadzieją, twórzmy dalej i pracujmy w między czasie, ghy...



Awatar użytkownika
Patren
Debiutant
Debiutant
Posty: 1910
Rejestracja: śr 08 lis 2006, 00:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Znienacka
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Patren » pn 17 wrz 2007, 15:03

twórzmy dalej i pracujmy w między czasie, ghy...




I o to dokładnie chodzi. Nie jesteśmy tu po to żeby zniechęcać, a żeby pomagać. Zamiast siedzieć w kącie i płakać, trzeba wziąść się do roboty. Praktyka czyni mistrza, zakrzyknimy Alleluja.



Powodzenia w dalszym pisaniu, z chęcią przeczytam następne opko z nadzieją na poprawy.



Pozdrawiam.


"Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalasz mu być"


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości