Kronika samobójstw dokumentowania - wersja poprawiona

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Kronika samobójstw dokumentowania - wersja poprawiona

Postautor: maciekzolnowski » czw 07 gru 2017, 09:34

Historia oparta na faktach


Sam nie wiem, kiedy pojawiła się we mnie ta niezdrowa pasja tropienia pewnego szczególnego rodzaju samobójstw. Po prostu któregoś pięknego poranka powziąłem decyzję, aby przemierzać knieje w poszukiwaniu miejsc tajemniczych zgonów, zaopatrzywszy się uprzednio w odpowiednie informacje, co do lokalizacji tychże miejsc, oraz inne materiały źródłowe. Oczywiście nie bez znaczenia była dla mnie także górska sceneria, stanowiąca niejako „arenę” owych dramatycznych aktów, gdyż za przedmiot studiów obrałem sobie właśnie „Dokumentowanie samobójstw w górach”.
W każdej wolnej chwili wertowałem notatki, sporządzane w księgach ratowniczych, a publikowane w sprawozdaniach z działalności GOPR w „Wierchach”. Śledziłem wszelkie doniesienia prasowe, radiowe i telewizyjne, powiązane z powyższym tematem.
Nie będę się tutaj rozpisywał, co do genezy mrocznych mych fascynacji, lecz ograniczę się jedynie do krótkiej wzmianki o dwóch kluczowych nocach, jakie przyszło mi spędzać samotnie w górskich ostępach. To one wskazały mi drogę w kierunku dalszych przeżyć ekstremalnych, a niekiedy i traumatycznych.
Pierwszy raz dopadł mnie mrok gdzieś na beskidzkich bezdrożach. Wiał wtedy porywisty wiatr, a czerń w otchłani ciemności była kompletna, albowiem oko nocy postanowiło przybrać ten spektakularny kolor karbonu. Cały czas błąkałem się (bez latarki) gdzieś w okolicach Baraniej Góry, zgubiwszy uprzednio żółty szlak i w ogóle jakikolwiek.
Za drugim z kolei razem sytuacja była zgoła odmienna, nie tak dramatyczna. Aura mi sprzyjała. Wiadomo – pełnia lata, wonny okres, następujący zaraz po Święcie Matki Boskiej Zielnej. Zdrzemnąłem się wtedy w jednej z myśliwskich ambon w pobliżu Soli na Żywiecczyźnie. Nigdy nie zapomnę tej niemalże solennej ciszy, która stała się niemą towarzyszką licznie spadających owej nocy gwiazd. Astralny spektakl był zaiste przedni. Nawet psom z okolicznych wiosek i przysiółków nie chciało się jej ani nie śniło zakłócać. O czym wówczas myślałem? Ano, zdawało mi się, iż na powrót stałem się dzieckiem; tak właśnie, dzieckiem. I znowu mogłem poznawać świat od nowa. I znowu mogłem spoglądać na rybę z porcelany po raz pierwszy i otwierać usta, tak jak ona, ze zdziwienia. Dziwne uczucie. Dziwne uczucie i dziwna aura czarowna!
Tej nocy mógłbym przysiąc, że coś lub ktoś mnie obserwuje. Ale nie przejmowałem się tym zbytnio. To wtedy właśnie połknąłem tak zwanego bakcyla, stając się górskim, a przede wszystkim nocnym markiem.

***
Którejś zimy wybrałem się na Babią – górę kapryśną, zdradliwą i posępną, mającą w zanadrzu zawsze pełno przykrych niespodzianek. A kiedy już z niej schodziłem, pogarszające się gwałtownie warunki pogodowe, zawieje i zamiecie śnieżne, zmusiły mnie do znalezienia sobie tymczasowego schronienia. Nieoczekiwanie natrafiłem na legendarną, starą Chatkę Turysty pod Sulową Cyrhlą. Dziwna rzecz, pomyślałem. Mógłbym przysiąc, że stacja ta jest od dawna nieczynna (lub też że w ogóle nie istnieje, bo: albo została rozebrana, albo doszczętnie spłonęła w pożarze, albo też spróchniała i obrosła gęstym lasem). Tak czy owak, była tutaj, stała teraz w pełnej krasie przede mną niezeszpecona, pośród starodrzewu i zarośli wszelakich, zatopiona w miękką szarzyznę oraz czerń pejzażu jak gdyby węglem naszkicowanego, przystrojona w odgłosy ptactwa – wron, gawronów, kruków plugawych. Chmury przyciężkawe wisiały ponad nią nieruchomo, jakby rozleniwione śnieniem o jej przytulnym wnętrzu oraz ciepłym palenisku. I nawet ja sam zamarzyłem przez chwilę o parzącej w jęzor strawie i gorącym napitku, rozsiadłszy się uprzednio wygodnie ze swoimi myślami wokół kamiennego kominka.
Nie namyślając się zbyt długo, położyłem rękę na skoblu i uchyliłem drzwi wejściowe. Odezwało się tajemnicze, choć dobrze z dzieciństwa mi znane skrzypnięcie, które najpierw dotarło do mych uszu, a potem pofalowało gdzieś w głąb sennej chatki. To falowanie odebrałem jak merdającego ogonem na powitanie owczarka, który następnie – starym swym zwyczajem – wbiega do środka, by powiadomić gospodarzy o przybyszu. Lotem błyskawicy dotarły do mych nozdrzy korzenne i telluryczne ingrediencje zapachu, który sprawił, iż natychmiast przypomniałem sobie tę słynną sentencję „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. I doprawdy mógłbym przysiąc, że coś się w tym wnętrzu rustykalnym obudziło (może jakiś Chochoł), a przynajmniej tak mi się wówczas zdawało. Wrażenie było tym silniejsze, że faktycznie po krótkiej chwili ktoś pochwycił mnie za ramię i brutalnie zaciągnął do głównej izby.
– A to ci niespodzianka! Jednak nie przywidziało mi się tym razem – zwrócił się do mnie objawiony w tak nieoczekiwany sposób gospodarz.
– Ja przepraszam, proszę pana... Zmarzłem okropnie, wie pan? Wydawało mi się, że widzę tutaj jakieś światło i... Naprawdę przepraszam za wtargnięcie – gubiłem się w chaosie własnych jąkań.
– Nic nie szkodzi – odparł jegomość uprzejmie i w stylu Jana Himilsbacha, sadzając mnie przy kominku i podając prawie natychmiast smakowite jadło, jakby wyczarowane za pomocą formuły „stoliczku nakryj się”.
Potem rozpoczął snucie niesamowitej historyjki o łapach Długosza, którą rajcowałem się jak dziecko ciepłem książki w deszczowe dni, chociaż była dosyć upiorna i zalatywała fantastą, alkoholikiem i gawędziarzem w osobie jej opowiadacza. A tymczasem ogień świszczał, huczał i strzelał w tak charakterystyczny dla siebie sposób. Wtedy to dowiedziałem się, że przed wielu, wielu laty na skałkach Sokolicy ćwiczył nieżyjący już alpinista i taternik Jan Długosz, którego widziadło do tej pory krąży nocami po okolicy i dotyka kościstymi swymi palcami twarzy śniących turystów...
Nawet nie wiem, kiedy i w jaki sposób znalazłem się sam, śpiący w łóżku. Zmęczenie całodzienną tułaczką musiało zrobić i zrobiło swoje. I pewnie spałbym jak zabity aż do białego rana, gdyby nie potworny raban za oknem, który mnie w jednej chwili postawił na równe nogi. A kiedy rozchyliłem kotary i spojrzałem na zewnątrz, spostrzegłem pośród śniegu i lodu dyndającego na wyschniętym pniaku, nagiego wisielca. Jego twarz, jego oczy zdawały się do mnie uśmiechać i zwracać wymownie. Od razu też go rozpoznałem – to był mój zdziwaczały gospodarz.
Byłem profesjonalistą, miałem sprzęt. Tak więc, kamera poszła, ja za nią, pot, obcasy, mokre nogawki, śnieg, dużo śniegu, ziemia, koleiny, grudy... Zaraz też się ubrałem i obmyłem nieco. I przez atłasowe zaspy z atłasowego śniegu pognałem co tchu do pobliskiej osady, by powiadomić „władze” o całym zajściu. A więc, znowu, pot, grudy, śnieg, obcasy, koleiny i mokre nogawki... Jakież było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się, że opisywane przeze mnie samobójstwo (i owszem) miało miejsce, ale jakieś trzydzieści lat temu w chatce, której tak naprawdę już nie ma. Nigdy nie zapomnę tego szyderczego wyrazu na twarzach policjantów, z którymi rozmawiałem.
Przez ponad pół roku po takiej oto przygodzie dochodziłem do siebie, aż w końcu dojrzałem do wyprawy na Rysy.

***
Wystartowałem „standardowo”: spod Morskiego Oka. Warunki były wyśmienite. Upał tego lata był nieziemski, z tymi niesamowicie ciepłymi nocami. Zabrałem więc ze sobą kilka zaledwie drobiazgów: lekki śpiwór, karimatkę, dwie latarki, minikamerę, coś do picia i coś na ząb. Trasa była długa i gdy dotarłem na szczyt, było już oczywiście ciemno. Aż do tej pory żałuję, że nie załapałem się na ten niepowtarzalny tatrzański zachód słońca. Miałem zamiar rozłożyć się w pobliżu szczytu, niekoniecznie zresztą w pozycji leżącej, pod jakimiś postrzępionymi głazami, dającymi namiastkę ochrony przed dzikimi zwierzętami i pozór osłony przed ewentualnym wiatrem. Musiałem jeszcze tylko przedstawić przed kamerą historię jednego spośród wielu samobójstw, do których na tym szczycie doszło, jako że Rysy łaknęły krwi prawie tak samo jak Nosal. Tak to opowiedziałem o jednej ze straszniejszych (znanych mi) tragedii:
Wyobraźcie sobie młodzieńca – apelowałem do miłośników „mocnej” dokumentalistyki – który w obecności rodziców skacze w objęcia śmierci, oświadczając im, że nie będzie już dłużej dla nich ciężarem.
Skończyłem apelować. W ogóle skończyłem. Odstawiłem kamerę. Minęła chwila. Już drzemałem. Miałem sen. Przyszedł spokojny, niczym niezakłócony. Śniłem, że lecę. I że spadam. A gdy już nie śniłem, był dzień, ranek znaczy się. I było dobrze. Wszystko było dobrze, tylko nie wiem, dlaczego się obudziłem. I to nad Czarnym Stawem. Tym pod Rysami. Co mnie tam przeniosło? Jaka siła? Kiedy? Jak? Dlaczego? Nie znałem odpowiedzi. Do dzisiaj nie znam. Powinienem dać sobie spokój. Już wtedy. Bo to było ostrzeżenie. I nie brnąć w to dalej. W te samobójstwa znaczy się.

***
Mój trzeci z kolei raz był dziwny, ale nie tak dziwny, jak ostatni. Nadal pracowałem nad dokumentem o samobójcach i tych upiornych miejscach, naznaczonych ich obecnością – duszą, energią i sam nie wiem, czym jeszcze. Podobnie jak za ostatnim razem, tak i teraz, udałem się latem w plener w urzekające swym pięknem Tatry. Tym razem jednak postanowiłem na własnej skórze przekonać się, co to znaczy spojrzeć kostusze w oczy: odwodnić się, wychłodzić, zgłodnieć aż do bólu i prawie do upadłego. Wpełzłem mianowicie do ciemnej i ponurej pieczary, pełnej stalaktytów i stalagmitów, na tyle ciasnej, bym już nie mógł z niej wyleźć, a w każdym razie nie samodzielnie. Skopiowałem pomysł samobójcy z Zakopanego, który postanowił w ten właśnie sposób ze sobą skończyć gdzieś w okolicach Doliny Chochołowskiej. Nie wiem, na co liczyłem, na czyją pomoc i czy w ogóle mogłem na kogoś liczyć. Na szczęście zabrałem ze sobą komórkę.
– O, jak dobrze – pomyślał optymista.
– Ee! Co mi po komórce, skoro i tak nie ma zasięgu. Wyświetlają się tylko alarmowe – zauważył pesymista.
– Ale dobre i to. Będzie się można ratować, w razie co – skwitował ostatecznie ten pierwszy.
Kamera poszła! I stało się rzeczone „w razie co” (i to szybciej, niż się spodziewałem). W obliczu głodu, chłodu, dziwnych drgawek, deprywacji sensorycznej, arachnofobii, osamotnienie i depresji musiałem skorzystać z fachowej pomocy goprowców. Dobrze, że przynajmniej nic w tej pieczarze nie pełzało ani się nie wiło, nie straszyło, na przykład jakaś olbrzymia skolopendra. (Ale czy na pewno nie?) I pomyśleć, że – wstyd się przyznać – po cichu miałem nadzieję na jakąś boską interwencję sił, śniących od prawieków swój sen w tych głębokich, przepastnych podziemiach. No cóż, trochę się przeliczyłem. Może i się przeliczyłem, ale skórę i komórę uratowałem.

***
Muszę powiedzieć, że samobójstwa w górach to niejako chleb powszedni, jeśli chodzi o przełom lata i jesieni. Z moich badań wynikało to jednoznacznie. Zima natomiast cieszy się wśród ofiar najmniejszą popularnością. W czym i nie ma zresztą nic nadzwyczajnego, albowiem okres aktywności samobójców pokrywa się zawsze z czasem wzmożonego ruchu turystycznego.
Ja sam nagrywałem materiały do filmu podczas okrągłych rocznic. Pojawiałem się więc ze swą kamerą dokładnie dziesięć, dwadzieścia lub trzydzieści lat od śmierci tego czy innego denata. I siłą rzeczy także i mój okres aktywności hobbystycznej musiał przypadać na końcówkę lata i jesień.
Raz tylko, w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim, a więc trzydzieści lat od śmierci pewnego młodego lekarza, pojawiłem się w Dolinie Białego zimą w połowie marca. Przeszedłem dokładnie tę samą trasę ze schroniska do urwiska, jaką pokonał ów nieszczęśnik, warszawiak, zanim się zabił. Na każdym etapie przystawałem i filmowałem okolice. Wcale a wcale się nie spieszyłem.
Kamera poszła, ja za nią, pot, obcasy, mokre nogawki, śnieg, dużo śniegu, ziemia, koleiny, gruda, dwie grudy, cztery grudy, połyskujące kamyczki, domki i pola, i lasy, ta droga, ten marsz, skąd, dokąd, dużo by gadać, a już o tym gadałem i więcej nie będę. I w ten sposób po dwóch godzinach dotarłem ostatecznie do potoku, a ponieważ zaczynała się robić szarówka, udałem się do atelier, by rozpocząć edytowanie mojego filmu. Tak więc, znów kamera poszła, ja za nią, pot, obcasy, mokre nogawki, duch lekarza, śnieg, dużo śniegu, ziemia, koleiny, gruda, doktor, dwie grudy, cztery grudy, połyskujące kamyczki, domki i pola, i lasy, i medyk, ta droga, ten marsz, skąd, dokąd, dużo by gadać.
I teraz okazało się, że na co piątej klatce ujawniła się postać, której wcale nie filmowałem. Te – układały się przez takie oto swoje naznaczenie w spójny ciąg montażowy, przedstawiający lekarza – i to, jak wychodzi ze schroniska, jak zażywa środki nasenne, jak traci i odzyskuje przytomność, jak podcina sobie żyły... i jak skacze z wysokiego urwiska i ostatecznie topi się w lodowatym potoku. Tragedia! Pot. Łzy. Krew. Śnieg. I znowu krew. Ręce mi opadły. Spać poszedłem. Nie miałem już sił na strachy. Na lachy też.

***
Ostatnie moje „spotkanie” z samobójcami miało miejsce w okolicach Rezerwatu pod Szyndzielnią nieopodal Bielska. W sensie synoptycznym, te pierwsze dni września sprzyjały prawdziwym harcerzom (takim jak ja), nie licząc oczywiście mgieł, więc śmiało można było pomyśleć o biwaku oraz nocce spędzonej na łonie beskidzkiej przyrody.
Tego dnia o godzinie dziesiątej rano, trzydzieści lat wcześniej, na peronie Polskich Kolei Linowych zjawił się trzydziestosiedmioletni Józef K. w odświętnym ubraniu.
Choć współcześnie, to jednak tego samego dnia (rocznicowo), pojawiłem się na peronie PKL. Od razu udałem się w miejsce, w którym grupa turystów natrafiła kiedyś przypadkowo na zwłoki mężczyzny bez głowy. Było to nic innego, jak częściowo zmumifikowane ciało Józef K., którego głowę odnaleziono znacznie później, wiszącą w pętli wisielczej jakieś piętnaście metrów nad ziemią na wysokim świerku. Zadomowiły się w niej gryzonie. To właśnie tu pod tym świerkiem postanowiłem rozbić dziś obóz.
Józef K. skorzystał trzydzieści lat temu z mocnej, solidnej liny, której koniec w przemyślny sposób przywiązał do gałęzi.
Skorzystałem i ja z solidnych, mocnych linek, aby unieruchomić swój namiot.
Józef nie zdejmował ubrania, chciał zostać zapamiętany jako posiadacz tysiąca ośmiuset dziewięćdziesięciu żon, przystojniak, któremu żadna kobieta nie byłaby się w stanie oprzeć.
Nie zdejmowałem ubrania, spałem w dresie. Chciałem zostać zapamiętany okiem kamery, z którą nigdy się nie rozstawałem, jak przystało na prawdziwego pasjonata, dziennikarza i blogera.
Józef wspiął się na drzewo i wspomniał o głębokiej wierze w życie pozagrobowe. Chciał w zaświatach spotkać właściwą kobietę, która by zaspokoiła jego wybujałe fantazje seksualne. I z tą myślą, z tym tajemniczym uśmiechem na twarzy, w jednej sekundzie ze sobą skończył.
Położyłem się około dwudziestej czwartej, lecz jakiś podejrzany hałas nie dawał mi spać. Domyślałem się, że to może być jakiś drapieżnik, w najgorszym razie niedźwiedź. Mimo to sądziłem, że w okolicy nie ma ani wilków, ani lokisów. I faktycznie nie było. Coś jednak czaiło się w tym wilgotnym, nieprzeniknionym mroku i za wszelką cenę chciało mnie teraz dopaść.
Tymczasem nastał ranek. Dzień kolejny. Z ciszą, spokojem dokoła. I mgłą. Ta mgła utuliła namiot. Stał, tam gdzie stał poprzednio. Tam gdzie go rozbiłem. Znaleźli go. Ratownicy. A mnie? Mnie także szukali. I co? Nic. Nadal szukają.



Awatar użytkownika
MTszewski
Pisarz domowy
Posty: 66
Rejestracja: ndz 01 maja 2011, 22:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Lublin
Płeć: Mężczyzna

Kronika samobójstw dokumentowania - wersja poprawiona

Postautor: MTszewski » czw 07 gru 2017, 16:13

Cześć,
od razu zastrzegam, że nie czytałem wersji przed poprawkami, nie mogę więc wypowiedzieć się o kierunku naniesionych zmian. I w ramach dopełnienia formalności, zaznaczę, że nie jestem ocenianiu czy pisaniu profesjonalistą.

Muszę przyznać, że nie była to lekka lektura. Wszystko przez usypiający, rozwlekły i w pewien sposób oschły, przynajmniej dla mnie, styl pisania, który nie za bardzo ma ochotę przyśpieszać także i w żywszych momentach. Niekiedy rozwlekłość zwyczajnie osłabiała przekaz. Odniosłem też wrażenie, że z jakiegoś powodu elementy Twojego opowiadania, które mogłyby stać się tymi najciekawszymi, rozmyślnie skracasz albo omijasz. Skupiłeś się chyba na oddaniu klimatu gór, co, mimo wszystko, w pewnym stopniu się udało, ale zabrakło mi akcji i towarzyszących im emocji. Zakończenie także jest średnio udane.

Szybka łapanka z tego, co zapamiętałem:

maciekzolnowski pisze:Source of the post Oczywiście nie bez znaczenia była dla mnie także górska sceneria, stanowiąca niejako „arenę” owych dramatycznych aktów, gdyż za przedmiot studiów obrałem sobie właśnie „Dokumentowanie samobójstw w górach”.


Tu odnośnie problemów z przekazem. To wtrącenie między scenerią a gdyż sprawiło, że w pierwszej chwili nie zrozumiałem o co chodzi. No i też ten fragment: "stanowiąca niejako "arenę" owych dramatycznych aktów" - podobnie wygląda większość twojego tekstu. W moim odczuciu za dużo tu ozdobników, zaimków. Wydaje mi się, że spokojnie można by odpuścić cudzysłów w arenie - związek frazeologiczny jak arena działań jest powszechnie znany.

maciekzolnowski pisze:Source of the post To wtedy właśnie połknąłem tak zwanego bakcyla,

To samo. Dlaczego tak zwanego? :) Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że to nie jest błąd. Jednak według mnie, jako czytelnika, jest to niepotrzebne. Kilka razy da się to znieść, ale po kilku akapitach człowiek zaczyna się męczyć czytając.

maciekzolnowski pisze:Source of the post – Nic nie szkodzi – odparł jegomość uprzejmie i w stylu Jana Himilsbacha, sadzając mnie przy kominku i podając prawie natychmiast smakowite jadło, jakby wyczarowane za pomocą formuły „stoliczku nakryj się”.

Według tego zdania, podczas wypowiadania tych trzech słów, Jan zdołał posadzić gościa przy kominku i podać mu jedzenie (pewnie duszek zdołał je jeszcze przygotować gdzieś w międzyczasie)

maciekzolnowski pisze:Source of the post Tak to opowiedziałem o jednej ze straszniejszych (znanych mi) tragedii:
Wyobraźcie sobie młodzieńca – apelowałem do miłośników „mocnej” dokumentalistyki – który w obecności rodziców skacze w objęcia śmierci, oświadczając im, że nie będzie już dłużej dla nich ciężarem.
Skończyłem apelować.

Jak to? Już skończył? Niestety, nie brzmi to zbyt tragicznie, a to dlatego, że to suchy fakt, który równie dobrze moglibyśmy przeczytać w gazecie, a nawet tam dziennikarz pokusiłby się o jakieś tło wydarzeń. W takiej formie ten fragment nie zatrybi.

maciekzolnowski pisze:Source of the post – Ale dobre i to. Będzie się można ratować, w razie co – skwitował ostatecznie ten pierwszy.
Kamera poszła! I stało się rzeczone „w razie co” (i to szybciej, niż się spodziewałem). W obliczu głodu, chłodu, dziwnych drgawek, deprywacji sensorycznej, arachnofobii, osamotnienie i depresji musiałem skorzystać z fachowej pomocy goprowców.

To jest właśnie jeden z tych fragmentów, który może nawet mógłby być ciekawy, jednak podany w ten sposób wydał się zwyczajnie śmieszny. Naprawdę on tego wszystkie nabawił się na raz?

maciekzolnowski pisze:Source of the post Tak więc, znów kamera poszła, ja za nią, pot, obcasy, mokre nogawki, duch lekarza, śnieg, dużo śniegu, ziemia, koleiny, gruda, doktor, dwie grudy, cztery grudy, połyskujące kamyczki, domki i pola, i lasy, i medyk, ta droga, ten marsz, skąd, dokąd, dużo by gadać.


Tu niestety nie rozumiem, o co chodzi. Gdy pojawiła się drugi raz, po prostu ominąłem tę partię. Jeszcze uszłoby to powtarzane "Tak więc, znów kamera poszła, ja za nią, pot, obcasy, mokre nogawki" jako rytuał na początku podróży, ale tu mamy przegięcie.
maciekzolnowski pisze:Source of the post Choć współcześnie, to jednak tego samego dnia (rocznicowo), pojawiłem się na peronie PKL.

Ależ to poplątane :)

I jeszcze: Potem rozpoczął snucie niesamowitej historyjki o łapach Długosza, którą rajcowałem się jak dziecko ciepłem książki w deszczowe dni,

To rajcowałem jakieś takie ni w kij, ni w oko. Tak okrężnie napisałeś o fascynacji książkami, że zacząłem brać pod uwagę, czy to nie były jakieś specjalne egzemplarze z grzałką w okładce.

Zdecydowanie opowiadanie jest jakieś, ale jeszcze zabrakło tu warsztatu. Wydaje mi się, że masz smykałkę do gawędzenia, nad którą jednak trzeba jeszcze popracować i torchę ją ujarzmić. Pomysł także wydaje się mieć potencjał.
Bardzo bym chciał, ale nie mogę powiedzieć, by się Twój tekst mi podobał. A szkoda, bo góry, oczywiście z dala od tłoku i komercji, są na swój sposób magiczne, ale Tobie, przynajmniej na razie, nie udało się tej magii w pełni jej uchwycić.



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Kronika samobójstw dokumentowania - wersja poprawiona

Postautor: maciekzolnowski » śr 17 sty 2018, 10:01

MTszewski! Dziękuję. I biorę sobie wszystkie Twoje uwagi do serca. Będę nadal pracował na własnym - jak powiedziałeś - gawędziarskim stylem i eksplorował góry. Warsztat jest dla mnie niezwykle ważny, ale wątpię, by kiedykolwiek udało mi się uchwycić magię Beskidów. Nie odnajduję w sobie dość wiary w słowo pisane... ani tym bardziej mówione. :)



Awatar użytkownika
14091991
Szkolny pisarzyna
Posty: 25
Rejestracja: czw 18 sty 2018, 23:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Kronika samobójstw dokumentowania - wersja poprawiona

Postautor: 14091991 » pt 19 sty 2018, 11:36

Muszę przyznać szczerze, że temat mnie bardzo zainteresował. Zastanawia mnie w jaką stronę to idzie. Piszesz, że historia oparta na faktach. Może jest to ciekawy temat na jakiś reportaż? Ten tekst obudził we mnie jakąś taką wizję, że z tego może być ciekawa praca reporterska na temat tego zagadnienia, historii ludzi, którzy targnęli się na swoje życie w górach, o ile w rzeczywistości gra jest warta świeczki i bogata w materiały i o ile to stanowi jakiś większy problem czy zagadnienie. Myślę, że skoro się tym zainteresowałeś to wiesz coś więcej na ten temat ;) Piszesz, że nie będziesz się rozpisywał na temat genezy swoich zainteresowań - mnie to bardzo ciekawi.



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Kronika samobójstw dokumentowania - wersja poprawiona

Postautor: maciekzolnowski » pt 19 sty 2018, 22:07

Cieszę się, że temat Ciebie zainteresował (że moja "Kronika..." dała do myślenia). Przyznam, że tematyka górska jest mi stosunkowo bliska, nie zajmowałem się natomiast więcej i nadal nie zajmuję zagadnieniem samobójstw. Ale polecam Ci pracę naukową "Samobójstwa w górach" Zdzisław Ryna. Tam znajdziesz sporo konkretów. Pozdrawiam serdecznie! MZ



Awatar użytkownika
Skylord
Pisarz domowy
Posty: 90
Rejestracja: śr 22 cze 2016, 11:27
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Szkocja
Płeć: Mężczyzna

Kronika samobójstw dokumentowania - wersja poprawiona

Postautor: Skylord » ndz 21 sty 2018, 00:12

Jest fajne, i ta końcówka, zjedli go czy się powiesił, a może uciekł ;) dzięki za opowiadanko, powodzenia w kolejnych o/



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Kronika samobójstw dokumentowania - wersja poprawiona

Postautor: maciekzolnowski » ndz 21 sty 2018, 14:54

Dziękuję i kłaniam się nisko, Skylord. :)

Added in :
Dziękuję i kłaniam się nisko, Skylord. :)



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Kronika samobójstw dokumentowania - wersja poprawiona

Postautor: maciekzolnowski » wt 20 lis 2018, 20:30

14091991,
Polecam jeszcze ze starszych prac: "W stronę Pysznej". Opisane tam zostały tajemnicze zniknięcia (zaginięcia) ludzi w Tatrach. I klimat książki też niezły.
Pozdrawiam,
MZ



Awatar użytkownika
Orly
Szkolny pisarzyna
Posty: 39
Rejestracja: ndz 29 sty 2017, 21:49
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Kronika samobójstw dokumentowania - wersja poprawiona

Postautor: Orly » pn 17 gru 2018, 23:44

Zacny tekst, już w pierwszym akapicie wzbudziłeś moje zainteresowanie. Miał momenty, które faktycznie były niepokojące(znalezienie wisielca po przebudzeniu, spanie pod drzewem, na którym powiesił się wisielec). Trochę nie rozumiem dlaczego bohater nie pokazał policjantom z pierwszego samobójstwa nagrań, które zrobił. Ciekawa tematyka i myślę, że dałoby się z niej wycisnąć jeszcze więcej suspensu. Ogólnie solidne, nawet inspirujące bym powiedział :)



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Kronika samobójstw dokumentowania - wersja poprawiona

Postautor: maciekzolnowski » wt 18 gru 2018, 18:50

Dzięki, Orly! Myślę, że dałoby się wycisnąć więcej. Niestety wciąż jestem na etapie nauki i podpatrywania, ale mistrzów mam zacnych, że o Lovecrafcie i Blackwoodzie ("Sekretny kult", "Wierzby", "Pradawna magia") nie wspomnę. :)




Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: AndrzejQ i 8 gości