Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Miecz i Róg

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MTszewski
Pisarz domowy
Posty: 66
Rejestracja: ndz 01 maja 2011, 22:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Lublin
Płeć: Mężczyzna

Miecz i Róg

Postautor: MTszewski » śr 06 gru 2017, 00:00

Cześć wszystkim. To była dość długa przerwa od forum. Zastanawiałem się nawet, czy ponownie nie zajrzeć do działu z przedstawianiem się, ale powiedzmy, że sobie odpuszczę. Wrzucam tu ten krótki tekścik. Nie przepadam za nim (nie ma to jak porządna autoreklama), coś mi w nim nie pasuje, ale nie wiem na ile to moje własne przekonanie o ciągłej niedoskonałości tego, co wychodzi spod mojej klawiatury, a ile faktyczny stan rzeczy. Dlatego przychodzę tutaj. Pomożecie? :)


Kapitan Przemysław Wilk przecisnął się obok działonowego Balickiego do włazu transportera. Obaj byli postawnymi mężczyznami, jak większość żołnierzy z oddziału. W zimowym szabrownictwie, dumnie nazywanym upaństwawianiem ku chwale Rzeczpospolitej, dodatkowe kilogramy potrafiły niekiedy uratować życie.
Przemysław otworzył właz ponad stanowiskiem strzelniczym. Zdziwił go brak zimnego podmuchu. Było po prostu ciepło. Ciepło jak w opowieściach z dawnych czasów. Gęsta mgła, która towarzyszyła im od kilkudziesięciu kilometrów, zniknęła niczym ściągnięta szarpnięciem zasłona.
Gdy kapitan zobaczył na własne oczy, co znajdowało się przed nimi, przeżegnał się, choć nie pamiętał, co oznaczał gest, który wykonywała jeszcze jego matka.
Po prawie tysiącu kilometrów przemierzonych przez wymarłe miasta, zaśnieżone autostrady i skute firnem pola, widok zielonego lasu za cieśniną Strelasund wydał się absurdalną, zimową wersją fatamorgany. Nie miał on prawda tam rosnąć. Nie, gdy w całej Europie na kilkadziesiąt lat zadomowiła się zima.
Sudek – kierowca wysłużonego rosomaka – bez rozkazu zatrzymał pojazd przed granicą topniejącego śniegu. Chyba pierwszy raz w życiu widział nagi, niepokryty białym puchem asfalt. Powinien pamiętać, że za nim jadą w konwoju jeszcze cztery pojazdy.
Z mgły za nimi wyjechał znacznie większy transporter z konwoju. Grudy śniegu wystrzeliły spod gąsienic, zawył silnik. Pojazd w ostatniej chwili ominął rosomaka Przemysława z gracją wozu drabiniastego, niszcząc barierki odgradzające jezdnie drogi ekspresowej.
– Konwój stop! – ryknął Przemysław przez krótkofalówkę. Już widział kręcące głowy przełożonych, gdy dowiedzą się o tak rażącym braku profesjonalizmu. To tylko zły początek najważniejszej misji w twoim życiu – ironizował.
Oddział kapitana Wilka – „Cmentarni” – miał największe doświadczenie w śnieżnych przeprawach w całym wojsku Rzeczpospolitej Czworga Narodów. Zapuszczali się w śmiercionośne objęcia Wielkiej Zimy od kilkunastu lat, by wyrwać z trucheł miast i baz wojskowych strzępki wiedzy oraz surowców niezbędnych do przetrwania okaleczonemu kataklizmami i wojnami krajowi.
Tym razem mieli zadbać o bezpieczeństwo ekspedycji prowadzonej przez naukowców Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jajogłowi mieli rozkaz zbadać anomalię pogodową na terenie Rugii. Przechwycone zdjęcia satelitarne wskazywały, że niezamieszkała od lat wyspa w ciągu kilku dni przeobraziła się w jedyną bezśnieżną plamę w promieniu kilku tysięcy kilometrów. Przemysław widział te zdjęcia – plama równie dobrze mogła być błędem w zapisie. Teraz cieszył się, że na odprawie w porę ugryzł się w język. Jednak nawet wtedy nikt nie podejrzewał, że trafią tu na las, który wyglądał jakby miał kilkaset lat.
Reszta konwoju stanęła na granicy mgły.
– Nie jechać dalej! Zawracać! – nakazywał profesor Nowacki z eskortowanej ciężarówki. Jakim cudem dostał się do krótkofalówki, pomyślał Przemysław. Usłyszał w tle pojękiwanie, ktoś najpewniej nabił sobie guza podczas gwałtownego hamowania. – Wyślemy robota, musimy sprawdzić warunki.
– Nie ma potrzeby – oznajmił kapitan. Może zbyt pochopnie wystawił na zewnątrz swój pusty łeb, ale i tak żaden z pojazdów, może poza nowoczesną, elektryczną ciężarówką naukowców, nie był w pełni hermetyczny. – Sprawdzone organoleptycznie. Poza tym są tu… zwierzęta?
– Co ma pan dokładnie na myśli?
A skąd do cholery mam wiedzieć, pomyślał kapitan. Jedno uciekało niedaleko przed nimi. Trochę ociężale wbiegło na masywnych łapach na estakadę i pokierowało się mostem w stronę wyspy. Przemysław przypomniał sobie film przyrodniczy, z czasów sprzed Wielkiej Zimy. Tam widział coś podobnego.
– Chyba niedźwiedź. Na godzinie dwunastej.
– Na pewno niedźwiedź? One wymarły rok po rozpoczęciu Długiej Nocy.
Długa Noc była umowną nazwą wydarzenia, które zapoczątkowało małą epokę lodowcową. Nie zapisały się informacje o jej dokładnym przebiegu, jednak prawdopodobnie rozpoczęła je eksplozja superwulkanu w Yellowstone. Następnie ruszyła reakcja łańcuchowa na całej planecie. Popiół zakrył niebo na długie lata. Nawet teraz dni słoneczne dni należały do rzadkości.
– Na pewno – potwierdził.
– Co to jest niedźwiedź? – zapytał działonowy Balicki z wnętrza pojazdu. Smakował nieznane mu słowo.
– A czy ja jestem panią od przyrody? Przygotować broń, możemy nie być tu sami.
Gnali na złamanie karku, ale i tak istniała szansa, że wcześniej przybyły mniejsze oddziały, chociażby te z Wielkiego Kalifatu. Co prawda Rzeczpospolita Czworga Narodów – Polski, Czech, Słowacji i Węgier – kilka miesięcy temu podpisała rozejm z południowym sąsiadem, ale nie przeszkadzało to Arabom omijać Lublin i zapuszczać się do opuszczonej Warszawy czy nawet Bydgoszczy. Mogli więc zmienić kierunki eskapad i zagościć także w tych stronach.
Kapitan zdecydował się na krótkie rozpoznanie dwoma transporterami, pozostałym rozkazał zostać jako obstawa naukowców. Gąsienice zazgrzytały na twardej nawierzchni, zostawiając płytkie rysy, ale sam pojazd poruszał się znacznie żwawiej niż na śniegu.
Sprawdzili zrujnowaną stocznię, potem przejechali obok komisu, w którym kiedyś sprzedawano przyczepy kempingowe, sądząc po wrakach. Z niegdyś kilkudziesięciotysięcznego miasta ostały się jedynie ruiny. Brak śniegu obnażał samotne ściany, leżące w porcie żurawie czy powywracane auta. Jedynie most do Rugii, którego pylon górował nad wysepką Dänholm, wyglądał na nienaruszony. Gdy wjechali pod niego, mogli na pylonie zobaczyć gdzie sięgała woda podczas tsunami, które przewaliło się tędy na początku Długiej Nocy.
Zrobiło się jeszcze cieplej, kapitan rozpiął dwuwarstwową kurtkę i zdjął czapkę z naszytym orzełkiem. Po torach i między gruzami stoczni przemykały spłoszone zwierzęta. Wszystkie kierowały się w stronę drugiego, niższego mostu do Rugii, który trzeszczał donośnie nawet przy lekkim podmuchu.
Gdyby ktoś tu był przed nimi, pewnie już by je spłoszył – przeszło przez myśl Wilkowi. Z drugiej strony las na wyspie nie wyrósł sam z siebie, choć ciężko było podejrzewać Arabów o przeprowadzanie tu eksperymentów klimatycznych. Technologicznie cofnęli się niemal do czasów drugiej wojny światowej. Może więc Chińczycy? Albo Niemcy, jeżeli przetrwali wybuch wulkanu pod jeziorem Lacheer? Dowództwo mówiło, że na zachód od Wrocławia nic nie miało prawa przeżyć. Nie byłby to pierwszy raz, gdyby się pomylili.
– Sam bóg wyciąga ku nam dłoń i ofiaruje pomoc – powtórzył w myślach słowa Jadwigi, które nagle wydały mu się najwłaściwsze. Jako jedyna przewidziała wystąpienie anomalii, zanim udało się przechwycić satelitarne zdjęcia wyspy. Dostała łatkę wariatki, ponieważ zbyt dużo w swych wywodach wspominała o postaciach ze słowiańskich mitów. W Rzeczpospolitej zapomniano o bogach. Zresztą ze wzajemnością.
Jednakże patrząc na las za cieśniną, może kilka osób zrewidowałoby swoje poglądy.
Podczas zwiadu nie spotkali nikogo. Akurat do tego „Cmentarni” zdołali już przywyknąć. Po powrocie kapitan zarządził półgodzinny postój, sam zaś udał się rozmówić z pracownikami uniwersytetu.
Przy ich ciężarówce panowało wielkie poruszenie. Naukowcy rozstawili specjalistyczną aparaturę, która co chwilę wydawała przenikliwe piski. Na ekranach cieniutkich płaskich monitorów wyskakiwały czerwone komunikaty o błędach, a niewielki robot na gąsienicach zdążył się już zepsuć. Uczeni co rusz łapali się za głowę, a w ich oczach błyszczał niemal dziecięcy zachwyt. Wilkowi wydawali irytująco beztroscy. W Rzeczpospolitej mało kto mógł pozwolić sobie na karierę naukową. Większość, ta biedniejszą i mniej pojętną, trafiała do wojska, na front ciągnący się od Lubina, przez Lwów po Debreczyn.
Jedynie profesor Nowacki, szef grupy naukowców, wydał się nie ulec odkrywczej gorączce.
– Powiedziano mi, że będę współpracował z profesjonalistami – zagadał do kapitana tonem obruszonego urzędnika. Musiał zadzierać głowę, by spojrzeć kapitanowi w oczy. – Sądząc po tym, że o mało nie doszło do wypadku zanim w ogóle dojechaliśmy do wyspy, zaczynam się obawiać o to, jak dalej będzie przebiegać nasza współpraca.
– Ciężko przygotować ludzi na coś podobnego. Gdybyśmy zostali w porę ostrzeżeni, zareagowalibyśmy inaczej. – Wetknął delikatną szpilę profesorowi. Na nic więcej nie mógł sobie pozwolić, ponieważ starszy mężczyzna doskonale znał się z majorem, który był bezpośrednim przełożonym Przemysława. Sądząc po kilku dniach podróży, uczony należał do ludzi pamiętliwych, którzy lubią wykorzystywać podobne znajomości.
– Nieważne. Chcę jak najszybciej rozpocząć badania. Na miejscu.
– Z całym szacunkiem, ale wolałbym wjechać na wyspę dopiero po rozpoznaniu.
– Każdy by wolał – odrzekł obcesowo. Najwyraźniej nie mogli niczego ustalić i ta niemoc coraz bardziej go irytowała. – Musimy podjąć ryzyko. Wolałbym się nie zdawać na osądy pani Jadwigi, przynajmniej na razie.
– Właśnie, pani Jadwiga. Gdzie ona jest teraz?
Profesor wskazał podbródkiem za plecy kapitana. Siedziała na dachu jednego z transporterów i zwyczajnie cieszyła się słońcem.
Była ładną kobietą o kasztanowych włosach i lekko łobuzerskim uśmiechu. Mogła się podobać, dlatego kapitan profilaktycznie ostrzegł żołnierzy, by nie próbowali nawiązywać z nią kontaktów. Dziewczyna miała mu to chyba za złe.
Niewiele było o niej wiadomo. Nie miała dokumentów, nie widniała w żadnych rejestrach. Jednak to akurat nie było nic niezwykłego – braki w dokumentacji doskwierały w całym kraju. Papier był zbyt cenny, by marnować go na niepotrzebną dokumentację, a sprawne komputery także należały do rzadkości.
Gdy Jadwiga zauważyła Przemysława, zeskoczyła z dachu transportera. Stanęła przed kapitanem i żartobliwie mu zasalutowała.
– Wszystko w porządku? – rzucił poważnie kapitan. Mimowolnie uniósł jednak kącik ust w delikatnym uśmiechu.
– Oczywiście. Miło jest wiedzieć, że miało się rację. Może wreszcie przestaniecie uważać mnie za chorą?
W jej głosie pojawiła się smutniejsza nuta. Ostatnie kilka dni przed ekspedycją musiały być dla niej wyjątkowo ciężkie. Niekończące się spotkania, podchwytliwe pytania, drwiące pomruki. Kapitan pamiętał jak była stłamszona i zastraszona na odprawie. Wariatka czy nie, musiano się dowiedzieć, skąd uzyskała informacje o wyspie.
Próbowała się uczepić wtedy jego spojrzenia, tylko dlatego, że popatrzył na nią jak na zwyczajną dziewczynę.
– Powiedz jeszcze raz: co wiesz o wyspie? Co według ciebie się stanie, gdy naukowcy zaczną skubać drzewa i rozstawiać te swoje piszczałki?
– Jeżeli On się zgodzi, będziecie mogli zrobić, co chcecie. Ale najpierw wypadałoby zapytać – powiedziała, krzywiąc się znacząco.
– Rozumiem, że ty tego nie popierasz.
– Oczywiście, że nie. Oni skupiają się na tym co widać, a tu wcale nie chodzi o wyspę. Ona miała nas tylko przyciągnąć. Sam bóg wyciąga ku nam dłoń i ofiaruje pomoc – powtórzyła swoją mantrę. – Bez niej Rzeczpospolita i tak będzie stracona.
– W takim razie marnie z naszym krajem – zadrwił. – Co to za bóg? Światowid? – Przypomniał sobie nazwę odprawy przeznaczonej tylko dla niego. Dowództwo profilaktycznie brało pod uwagę nawet najmniej prawdopodobne scenariusze.
– Świętowit – obruszyła się. – W snach codziennie widziałam jego świątynię, wiem, że teraz znów tam stoi, tak samo jak kiedyś. Musimy się do niej dostać, to powinien być główny cel tej misji.
– Skoro ten bóg chce coś dać nam, to po co ten cały, nadnaturalny teatrzyk? Nie mógłby się pofatygować chociażby do Wrocławia?
– Dobre pytanie. Zadaj je, gdy będziemy na miejscu. – Przewróciła oczami.
Ty naprawdę jesteś chora – cisnęło się Przemysławowi na usta, ale w porę ugryzł się w język. Znajdował się trzy kilometry od wyspy, na której w ciągu kilku dni urosły drzewa, które musiały mieć kilkaset lat. Możliwe, że wszyscy w tej wesołej wycieczce byli tak samo dalecy o zdrowia umysłowego jak Jadwiga.
Jeden z żołnierzy, Balicki, podbiegł do nich zaaferowany.
– Szefie, musi szef to zobaczyć!
Udali się za transporter na przedzie konwoju. Działonowy dał kapitanowi lornetkę. Na moście ktoś szedł w ich stronę. Ubrany był w skórzane łachmany, podpierał się laską przypominającą splecione korzenie, a we włosach miał wplecione gałązki z baziami. Towarzyszyli mu świnia i jeleń ze złotym porożem.
– Jeżeli to grupa uderzeniowa, to dość niepozorna – rzucił Przemysław. Miał wrażenie, że sarkazm to jedyne koło ratunkowe, które trzymało go przy trzeźwym osądzie.
– To orszak powitalny – oznajmiła Jadwiga. Stała tak blisko, że opierała się o jego ramię. – Zaprowadzi nas do celu.
Nikt się nie zaśmiał, jak to było zazwyczaj, gdy się odezwała. Przemysław rozkazał żołnierzom obsadzić działka i armaty na transporterach. Czekali. Przybysz albo nie śpieszył się, albo tłusta świnia spowalniała tempo marszu. Kilkunastu żołnierzy z bronią nie zrobiło na nich specjalnego wrażenia, tak jakby nie rozumieli, że są już w zasięgu karabinów. Paru podkomendnych spojrzało wymownie na kapitana, ale ten zabronił strzelać. Przywołał do siebie Nowackiego.
– Co to jest?
– To chyba Bożicz – powiedział niepewnie naukowiec. Zamyślił się na moment. Dłonie mu drżały. – Przepraszam, nie co dzień mity okazują się prawdą. Chyba muszę panią przeprosić, pani Jadwigo.
Kobieta nawet nie uraczyła go spojrzeniem. Wyjaśniła, że przed nimi faktycznie idzie Bożicz – słowiańskie bóstwo zwiastujące wiosnę.
– Skąd się pan domyślił, panie profesorze? – zapytała z nieudawaną ciekawością.
– Musiałem czymś się zając podczas drogi.
Trzyosobowy orszak zatrzymał się kilkadziesiąt metrów przed nimi. Bóstwo i zwierzęta stały nieruchomo, jakby nagle zamieniły się w głazy.
– Czekają, aż wyjdziemy im naprzeciw – powiedziała Jadwiga.
Kapitan przyznał niechętnie rację. Przyglądało się im prawie trzydzieści par oczu. Jeżeli świnia albo jeleń mają w zanadrzu jakiś numer, będą mieli pokaźną widownię. Zaraz przed serią z kilkudziesięciu sztuk broni.
Przemysław nie mógł ustalić, czy przybysz przypominał bardziej kobietę czy mężczyznę. Miał pociągłą twarz, oczy rozstawione szeroko, niemalże jak u krowy. Nos przypominał pień, a ciemną skórę pokrywały bruzdy, upodabniając ją do kory drzewa. Wydawał się jednocześnie przerażająco obcy i na swój sposób przyjazny, tak jak może być przyjazna uśmiechnięta figurka z drewna.
– Dzień dobry – rzucił kapitan, gdy stwór stanął kilkanaście metrów przed nimi.
– Witam – odparła istota, a jej głos zabrzmiał zaskakująco zwyczajnie. Z jakiegoś powodu Przemysław spodziewał się przynajmniej niezrozumiałego akcentu.
– Nazywam się kapitan Przemysław Wilk, obok mnie stoi Jadwiga Najduła i profesor Zbigniew Nowacki. Jak ty masz na imię?
– Bożicz.
– To niewiarygodne – wtrącił profesor. – Możesz nam wyjaśnić co tu się dzieje? Przebyliśmy bardzo długą drogę, by dowiedzieć się…
Stwór podniósł łapę, by uciszyć profesora.
– Wiem po co przybyliście, ale widzę, że wy wręcz przeciwnie. – Ściągnął brwi, lecz gdy spojrzał na Jadwigę, jego twarz nagle się rozpromieniła. – On czeka – powiedział do kobiety. – Weźcie jednego stalowego rumaka. Sześciu ludzi – Pokazał na palcach jednej ręki. – Więcej nie będzie wam potrzebne.
– Do czego? – zapytał Przemysław.
– Do otrzymania daru. Daru życia albo daru śmierci… wilku. – Na to słowo Przemysławowi przeszły ciarki na plecach.
– Możemy zabrać ze sobą broń?
– Jeżeli poczujecie się bezpieczniej – odrzekł, choć nie spodobało mu się to pytanie.
Odwrócił się i znikł razem ze świnią trochę jak w tanim efekcie z początków kinematografii. Został tylko jeleń, który gestem łba ponaglał ich, by weszli do najbliższego transportera. Jadwiga uspokajała, że nic im nie grozi, dopóki będą się odpowiednio zachowywać. Nie potrafiła jednak wyjaśnić, co rozumiała przez nieodpowiednie zachowanie.
Kapitan wziął ją ze sobą. Po za tym do transportera weszli kierowca Sudek oraz Nowacki. Profesor nalegał, by dołączyło do nich dwóch jego kolegów z katedry, ale kapitan wolał towarzystwo żołnierzy – działonowego Balickiego i Masłowskiego, który był silny jak tur, a po za tym strzelał najlepiej z całego oddziału. Pozostali mieli na nich czekać do wieczora, potem Przemysław nakazał ruszyć z odsieczą.
Wyjechali, zostawiając ekspedycję w tyle. Jeleń czekał na nich na moście, a następnie ruszył delikatnym krokiem, zostawiając za sobą złocistą łunę. Transporter ledwie nadążał za zwierzęciem.
Kapitan ponownie wychylił się przez właz ponad stanowiskiem działonowego. Z mostu miał widok na sporą część wyspy. Drzewa były większe, niż początkowo zakładał. Niektóre miały pnie grubości autobusu. Znane mu z upraw szklarniowych rośliny, wyglądałyby przy nich jak mizerne krzaczki.
Dziwił się sobie, że jeszcze zachowuje spokój. Może jego mózg uznał, że bodźce muszą pochodzić ze snu, dlatego po prostu wyłączył możliwość trzeźwego osądu?
Asfalt urwał się, gdy tylko wjechali na wyspę. Jeleń wprowadził ich wprost paszczę lasu szeroką, udeptaną ścieżką, pomiędzy powyginanymi korzeniami drzew. Nowacki nie przestawał mówić. Wspominał, że jeszcze kilka dni temu prowadziła tędy asfaltowa droga, po której teraz nie było nawet śladu. Komentował wielkość drzew, przysuwał coraz to bardziej fantastyczne hipotezy na temat wyspy. Wygrała propozycja (pięć do jednego – przeciw był tylko Przemysław), że jest to fragment równoległego wymiaru. Profesor błagał, by zatrzymać się choć na moment, lecz kapitan nie wyraził zgody. Nie miał pewności, czy jeleń na nich poczeka. Poza tym parę razy widział ciemne sylwetki przemykające w cieniu drzew. Mogły być to zwierzęta, lecz niektóre były chyba zbyt duże i szybkie. Nie chciał o nich mówić, a kierowca najwyraźniej nie dostrzegał niczego podejrzanego przez wizjer, skupiony na podążaniu za podskakującym zadem jelenia.
Jechali ponad dwie godziny. Minęli wąską mierzeję i dotarli do granicy lasu. Dalej droga prowadziła przez polanę. Na jej końcu stała średniowieczna wioska, osadzona na cyplu, który wybijał się ponad morze stromymi brzegami. Otaczał ją drewniany mur na masywnym, ziemnym nasypie. Do wejścia prowadziła kładka przerzucona przez fosę.
Jeleń rozpłynął się w powietrzu.
– Taranować? – zapytał Sudek z czeskim akcentem, po tym jak zatrzymał pojazd.
– To chyba kwalifikowałoby się jako nieodpowiednie zachowanie – mruknął Przemysław i spojrzał na Jadwigę, oczekując potwierdzenia. Kobieta skinęła jedynie głową, dziwnie milcząca.
Wysiedli z transportera. W środku został tylko kierowca. Brama do miasta była otwarta.
Poczuli się jak w skansenie. Smukłe zabudowania zbite z okrągłych bali wyglądały na nowe. Zdobiły je misterne, kolorowe runy, malunki oraz drewniane wyobrażenia zwierząt. W domostwach nikt nie mieszkał. Kapitan wszedł do najbliższego, cały czas trzymając broń w pogotowiu. Tam meble, czy przybory codziennego użytku wyglądały jak eksponaty wystawione dla zwiedzających. Nawet palenisko na środku głównego pomieszczenia było nieużywane, choć leżały tam świeżo ścięte drwa, przygotowane do podpalenia.
Nowacki próbował na moment wcielić się w rolę przewodnika, ale szybko został uciszony. Przemysław nie chciał zwracać na siebie przesadnej uwagi. Byli tu obcy w swoich rozpiętych, żołnierskich kurtkach i z karabinami w dłoniach. Tak obcy jak to tylko możliwe.
Za niższym murem zbudowanych z postawionych na sztorc zdobionych pali, stała drewniana świątynia. Ciężko było oderwać wzrok od złotych ozdób, starannie wykonanych płaskorzeźb przedstawiających tak zwierzęta, jak i ludzi uprawiających rolę bądź walczących z wykorzystaniem średniowiecznej broni. Po środku budynku wystrzeliwała masywna, czerwona baszta. Przemysław w jakiś sposób czuł pulsującą, ledwie namacalną energię, która jakby ostrzegała, że w środku żyło coś potężnego. Włoski na odsłoniętych przedramionach podniosły się naelektryzowane.
Drzwi otworzyły się przed nimi. Nikt nie uznał tego za dziwne. Przemysław ruszył przodem, z muszką karabinu naprzeciw oczu. W środku znajdowała się sala o stropie przypominającym nocne niebo. W nawie stała drewniana rzeźba Świętowita, która sięgała niemal powały. Przedstawiała boga w skórzanej zbroi o czterech głowach zwróconych w cztery strony świata. W jednej dłoni postać trzymała żelazny miecz, w drugiej róg, tak wielki, że zwierzę do którego należało, musiałoby być wielkości mamuta. Wyglądała jak żywa.
– A gdzie bóg? – zapytał niepewnie Masłowski.
Wtedy rzeźba drgnęła. Głowy obróciły się w ich stronę. Z boga opadały drzazgi i pył.
– Tutaj – rozbrzmiał tubalny głos.
Jadwiga natychmiast padła na kolana, pozostali nie byli jednak ku temu zbyt skorzy. Kapitan nie miał zamiaru spuszczać z oczu i muszki upiornej, żywej rzeźby. Poza tym nogi odmówiły mu posłuszeństwa.
– Posłałem po owce, lecz przybyły wilki – powiedział bóg, wlepiając drewniane spojrzenie w Przemysława. – Jednak obietnica, to obietnica. Na oddawanie czci jeszcze przyjdzie czas.
– Jakiej czci? O co tu chodzi? – wycedził dobitnie kapitan.
– Ofiaruję wam pomoc. Przez lata ufaliście obcym bogom, którzy opuścili was w godzinie próby. Ja i moi bracia czekaliśmy. Czekaliśmy tak długo, aż nie będziecie mieli wyboru. Albo przyjmiecie naszą pomoc, albo zginięcie skuci lodem, który prędzej czy później oczyści tę planetę.
– Za twoją zgodą?
– Za zgodą wszystkich! – ryknął, aż ze sklepienia posypał się pył. To najwyraźniej nie był ten z miłosiernych bożków. Wilk mimowolnie skulił się jak przestraszone dziecko. Zdał sobie sprawę, że naciska spust, jednak broń nie reagowała. – Teraz staniecie przed wyborem. Będziecie nosić ze sobą śmierć albo życie. Miecz albo róg. Moja pomoc w wojnach albo obłaskawienie ziemi, by znów wydała wam plony.
– Dlaczego nie wszystko na raz? – zapytał Przemysław, dziwiąc się swojej zuchwałości.
– Bogowie nie pomagają za darmo. Niedobór rodzi konflikt. Konflikt daje nam siłę. Teraz wasza decyzja. Uwierzcie, czekałem już wystarczająco długo.
Nikt się nie odezwał. Cała piątka wyczekująco patrzyła na Przemysława. Ten był wojskowym. Dobrze wiedział, że jeżeli coś nie zmieni się w układzie sił, Rzeczpospolita upadnie, może za dwa rozejmy albo trzy. Pomoc boga mogłaby przechylić szalę na ich stronę, mogłaby nawet doprowadzić, że znaleźliby lepsze miejsce do życia, chociażby gdzieś na południu.
O ile takie istnieje.
Z drugiej strony róg mógł pozwolić, by to ich ziemia stała się znów urodzajna. Przemysław nie mógł wątpić w prawdziwość słów Boga. Dowodem była wyspa.
Całe życie walczył o resztki pozostałe po dawnej cywilizacji. Dalsza wojna da tylko więcej resztek. Może więc czas postarać się o by ktoś na nowo coś przygotował?
Spojrzał na Jadwigę. Chciał to przekazać samym ruchem ust, ale głos pojawił się sam.
– Róg?
– I niech się tak stanie.
Bóg wyciągnął dłoń i wręczył przedmiot, który w części wypełniony był miodem. Przemysław potrzebował pomocy Nowackiego, Balickiego i Masłowskiego, by go unieść, niczego nie rozlewając. Rzeźba na nowo znieruchomiała. Chcieli opuścić świątynię, jednak Jadwiga postanowiła zostać w środku. Powiedziała, że tu jest jej miejsce. Kapitan zrozumiał od razu.
Nie miała żadnych snów. Była posłańcem.
Gdy dojechali z powrotem do obozu, już zmierzchało. Musieli sprawdzić działanie rogu. Wylali kroplę wody na asfalt, jednakże nic się nie wydarzyło. Dopiero, gdy kapitan pomyślał o wielkim drzewie, na środku drogi wyrosła roślina. Pieła się w górę na ich oczach, konary wiły się niczym rwący potok, ziemia zadrżała. Korzenie rozrywały asfalt, a potężny dąb rósł i rósł.
Zatrzymał się dopiero po kilku minutach, gdy był większy nawet od drzew rosnących na wyspie. Przemysław nie ociągał się. Pozwolił naukowcom wziąć trochę próbek, złapali tez kilka zwierząt i ruszyli z powrotem do domu. Pewnie i tak jeszcze tu wrócą.
Po drodze zobaczyli oddział złożony z kilkunastu transporterów. Za dużo, by nawiązać walkę, szczęśliwie nie dostrzegli konwoju. Przemysław rozpoznał przez lornetkę trójkolorową flagę. A jednak przetrwali – przeszło przez myśl kapitanowi.
Niemcy jechali do wyspy, gdzie został tylko miecz. Przemysław nagle zrozumiał sens słów Świętowita. Ocaleni rozpoczną wojnę, tym razem, a może tak jak zwykle, ku uciesze bogów.



Awatar użytkownika
szopen
Pisarz pokoleń
Posty: 1114
Rejestracja: śr 25 kwie 2012, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Miecz i Róg

Postautor: szopen » śr 06 gru 2017, 09:52

Najpierw drobiazgi, potem uwagi ogólne.

MTszewski pisze:Source of the post – Każdy by wolał – odrzekł obcesowo.

Odrzekł kto?
MTszewski pisze:Source of the post Była ładną kobietą o kasztanowych włosach i lekko łobuzerskim uśmiechu. Mogła się podobać, dlatego kapitan profilaktycznie ostrzegł żołnierzy, by nie próbowali nawiązywać z nią kontaktów. Dziewczyna miała mu to chyba za złe.
Niewiele było o niej wiadomo. Nie miała dokumentów, nie widniała w żadnych rejestrach. Jednak to akurat nie
było[/b] nic


MTszewski pisze:Source of the post cisnęło [b]się Przemysławowi na usta, ale w porę ugryzł się w język. Znajdował się trzy kilometry

Ogólnie dużo tego "się" w całym tekście.
MTszewski pisze:Source of the post Musiałem czymś się zając

ąć
MTszewski pisze:Source of the post – Jeżeli poczujecie się bezpieczniej – odrzekł, choć nie spodobało mu się to pytanie

przydałoby się "choć widać było, że..." Opowiadanie jest z perspektywy P.Wilka, nie stwora.
MTszewski pisze:Source of the post Wygrała propozycja (pięć do jednego – przeciw był tylko Przemysław), że jest to fragment równoległego wymiaru.

NO, ci wojacy nieźle wykształceni
MTszewski pisze:Source of the post Po środku budynku wystrzeliwała masywna, czerwona baszta.

Chyba ze środka, albo pośrodku.

Teraz ogólnie: technicznie akceptowalne, tzn. czytałem publikowane opowiadania, które stały gorzej. Patrząc na to, co trafia np. do NF, powiedziałbym nawet, że miałoby szansę na opublikowanie przy lepszym dniu naczelnego :D Ale, i to jest duże ALE:

(1) Skąd benzyna czy ropa? Wieczna zima wymaga sporo opału, benzyna zresztą nie jest wieczna.
(2) W dniach próby zwykle religijność wzrasta, nie niknie. Aby ludzie zapomnieli o religii, trzeba znacznie więcej, niż jednego pokolenia. Zresztą w ten sposób pozbawiasz się jednego źródła konfliktów, a dobrze jest mieć źródła konfliktów...

Ogólnie, pod względem logiki można by się pastwić długo nad tekstem, ale to w końcu fantastyka - i widziałem już nieraz wydaną KSIĄŻKĘ (polskiego autora), która logicznie też leżała, technicznie stała na poziomie zbliżonym - a jednak ktoś ją wydał. Pod względem treści i akcji tekst mnie nie zainteresował, ale, jak mówiłem - rzecz po trochu konwencji, a po trochu ... dobrze jest, że jest na tyle dobrze, że można dyskutować o logice świata przedstawionego, zachowaniu postaci, dołączaniu nawiedzonej wariatki do zespołu wojskowego i takich tam, zamiast o błędach ortograficznych :D



Awatar użytkownika
MTszewski
Pisarz domowy
Posty: 66
Rejestracja: ndz 01 maja 2011, 22:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Lublin
Płeć: Mężczyzna

Miecz i Róg

Postautor: MTszewski » śr 06 gru 2017, 10:42

Po pierwsze, wielkie dzięki za komentarz.
Co do logiki - część rzeczy wynikła z tego, że tekst był odchudzany i chyba w którymś momencie doszło do niekontrolowanej amputacji. Chociażby paliwo - tylko ten oddział miał mieć dostęp do ropy, gospodarka byłaby oparta raczej o węgiel (i to bardziej ten z okolic Lublina niż Śląska). Co do religijności - założyłem, że katastrofa mogła mieć miejsce po niemal kompletnej laicyzacji społeczeństwa, ale zdecydowanie Twój argument do mnie przemawia.
W każdym razie teraz moje tłumaczenia nie są warte funta kłaków ;).
Co do reszty, chociażby postaci, akcji, wykształcenia ( 8) ) - to chyba było to, co mi w tym tekście nie pasowało, a jednak nie miałem serca/ochoty/czasu, by go przebudowywać. Pocieszające jest, że przynajmniej technicznie da się to czytać. A nad spójnością jeszcze się popracuje, nie przy tym, to przy innym tekście.



Awatar użytkownika
Andy
Pisarz osiedlowy
Posty: 268
Rejestracja: pt 11 sie 2017, 20:22
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Miecz i Róg

Postautor: Andy » śr 06 gru 2017, 20:29

Hej,
Pierwszy akapit mnie zaciekawił, więc...
Zaznaczę, że ja jestem początkujący w te klocki, ale z punkty widzenia czytelnika mogę coś powiedzieć.

Ogólnie
- super, dawno na Wery nie czytałem tekstu tak pasującego w moje gusta i jednocześnie tak dobrze napisanego;
- czytanie tego tekstu było frajdą (i aby się odwdzięczyć dołączyłem od siebie wyszukane problemy);
- czytanie szło płynnie, pomysł też fajny, miejscami widać, że to jeszcze "nie książka", ale... dobra droga moim zdaniem ;)
- gdyby nie problemy w "szczegółowo" to (jak dla mnie) byłby poziom druku;
- w ogóle po grubym rozwinięciu, byłby to fajny materiał na książkę;
- błędy wykazane poniżej to głównie problemy spójności tekstu, "faktologiczne" i ze stylistycznych: niekiedy redundancja słów, a czasami redundantne opisywanie tego, co jest pokazywane;

Szczegółowo:

@ oznacza cytat; / oznacza mój komentarz

@ większość żołnierzy z oddziału
/ słowo "żołnierzy" chyba zbędne (chyba, bo ja staram się używać najmniejszej możliwej ilości slow). Kto inny może być w oddziale?

@ ciepło. Ciepło jak w opowieściach z dawnych czasów
/ trochę zbyt bajkowa narracja

@ zniknęła niczym ściągnięta szarpnięciem zasłona
/ trochę się czepiam, ale chyba metafora nie jest tu używa w pełni i traci sens. To by znaczyło że zniknęła nagle. Ale skąd on to wie? nie ma opisu stanu poprzedniego

@ choć nie pamiętał, co oznaczał gest, który wykonywała jeszcze jego matka
/ mało realne. nawet muzułmanie wiedza co to znaczy, a co dopiero Polak (nawet niewrzący)

@ Nie miał on prawda tam rosnąć
/ zbędny zaimek

@ Nie, gdy w całej Europie na kilkadziesiąt lat zadomowiła się zima
/ coś zgrzyta. jakby styl inny. może: "zwłaszcza gdy cała Europa od dziesięciolecia jest skuta lodem"
albo: " Nie miał prawda tam rosnąć w Europie skutej lodem"

@ Chyba pierwszy raz w życiu widział nagi
/ niespójność z poprzednim fragmentem. "kilkadziesiąt" nie sugeruje 30 lat. lepiej by było "dziesięcioleci"

@ Pojazd w ostatniej chwili ominął rosomaka Przemysława
/ "Przemysława" zbędne

@ Już widział kręcące głowy przełożonych
/ bo w wojsku tak to wygląda :D szybciej: "już słyszał wiązankę przekleństw od przełożonych"

@ Przechwycone zdjęcia satelitarne wskazywały
/ totale zacofanie, ale maja satelity?! niespójne, np z "Technologicznie cofnęli się niemal do czasów drugiej wojny światowej"

@ – Co ma pan dokładnie na myśli? A skąd do cholery mam wiedzieć, pomyślał kapitan
/ formatowanie tekstu kuleje

@ Po powrocie kapitan
/ za szybki przeskok. idzie narracja z backgroundowym opisem i zaraz - w tym samym akapicie - opis akcji ze wrócili. (tz. zatrzymałem czytanie i cofnąłem się, bo miałem wrażenie, że ja coś przeskoczyłem)

@ Technologicznie cofnęli się niemal do czasów drugiej wojny światowej
/ wiele opisów wskazuje, ze raczej lata 80. komputery, satelity, rosomak...

@ Gdybyśmy zostali w porę ostrzeżeni, zareagowalibyśmy inaczej.
/ no niby mieli zdjęcia satelitarne, wiec i koordynaty. Czym więc są zaskoczeni?

@Chcę jak najszybciej rozpocząć badania. Na miejscu
/ nieczytelne , co na miejscu? czemu zdanie osobne

@ – Każdy by wolał – odrzekł obcesowo.
/ jest zasada unikania atrybucji dialogowej i minimalizacji ilości slow. Widzę że obcesowo w mowie, po co to dopisywać? czytelnik tez myśli

@ Bez niej Rzeczpospolita i tak będzie stracona
/ czemu "i tak" , czyli ze jak dostana pomoc to tez będą straceni. wywaliłbym "i tak"

@ Wiem po co przybyliście, ale widzę, że wy wręcz przeciwnie
/ dla mnie to zdanie zbyt zagmatwane (w drugim czytaniu dopiero załapałem, pewnie przez szyk). Może: "w przeciwieństwie do was"

@Sześciu ludzi – Pokazał na palcach jednej ręki
/ dobre

@, choć nie spodobało mu się to pytani
/ headhopping?

@ prawdziwość słów Boga
/ powinno być z malej, boga



Awatar użytkownika
MTszewski
Pisarz domowy
Posty: 66
Rejestracja: ndz 01 maja 2011, 22:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Lublin
Płeć: Mężczyzna

Miecz i Róg

Postautor: MTszewski » śr 06 gru 2017, 21:13

Cieszę się, że się podobało, jednak także po Twoim komentarzu widzę, że zabrakło w tekście pewnych wyjaśnień, które może sprawiłyby, że niektóre wydarzenia byłyby bardziej przekonujące. Chociażby satelity - im nic nie przeszkadzało zostać na orbicie po katastrofie. Wokół ziemi krąży ponad tysiąc satelitów, wydaje mi się całkiem prawdopodobne, że kilka mogłoby przetrwać do czasów z opowiadania (a i uwaga o zacofaniu technologicznym dotyczyła tylko kalifatu). Ale tak jak wspominał wcześniej - powinienem o to zadbać przed wrzuceniem :)

Co do rozwinięcia pomysłu - oczywiście była taka myśl. Początkowo rozrastał się on tak szybko, że może mogłaby być z tego powieść, ale uznałem, że jeszcze troszkę powinienem popracować z mniejszymi formami. Jak widać słusznie :)

Dzięki za komentarz.



Awatar użytkownika
Andy
Pisarz osiedlowy
Posty: 268
Rejestracja: pt 11 sie 2017, 20:22
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Miecz i Róg

Postautor: Andy » śr 06 gru 2017, 22:20

MTszewski pisze:Source of the post Chociażby satelity - im nic nie przeszkadzało zostać na orbicie po katastrofie

W to nie wątpię, ale dwustronna komunikacja satelitarna, wysyłanie rozkazów z koordynujących, a nie mówiąc o przetwarzaniu zdjęć satelitarnych (które to nie przychodzą tak po prostu jako JPG) to zupełnie inna sprawa.
Myślę, że do wyjaśnienia i zaadoptowania w fantastyce, jednak... faktycznie z tym zacofaniem coś nie zrozumiałem kto i jak.



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4351
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Miecz i Róg

Postautor: Rubia » śr 06 gru 2017, 23:11

Ech, gdzie te czasy, kiedy Sfinks na półce skalnej próbowała podrapać się pod bródką... :wink:

Nie bardzo chce mi się robić łapankę, chociaż językowo byłoby sporo do wyczyszczenia, więc tylko ogólnie: za dużo detali, czasem zbędnych. Na moje wyczucie, za bardzo obciążają tekst. Rozmaite niekonsekwencje rzeczywistości postapo wychwycili już moi poprzednicy.
Ale pomysł mi się podobał. Dawni bogowie, zapomniani, lecz cierpliwie czekający na swój czas... Twoi bohaterowie nie wiedzieli, że skoro Rugia, to i Arkona? Trochę bym rozwinęła ten aspekt (nawet bez używania nazwy) miejsca świętego, gdzie dawne moce mają się zupełnie dobrze, niezależnie od tego, co dzieje się wokół. Ten myk końcowy - że następni, którzy tam przybędą, mogą dostać jedynie miecz, więc historia się powtórzy - też mnie przekonuje.
Tylko ciągle mam wrażenie, że to jest raczej szkic opowiadania... Wolałabym bardziej rozbudowane, z większym rozmachem, zwłaszcza tę część po wjeździe na Rugię.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
MTszewski
Pisarz domowy
Posty: 66
Rejestracja: ndz 01 maja 2011, 22:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Lublin
Płeć: Mężczyzna

Miecz i Róg

Postautor: MTszewski » czw 07 gru 2017, 09:14

Nie spodziewałem się, że ktoś jeszcze pamięta o tamtym opowiadanku :) Sporo się od "tamtych czasów" zmieniło, może poza tym, że nadal piszę szkice z zalążkiem dobrych pomysłów. Dziękuję także za twoje uwagi, kto wie, może warto by było zmierzyć się jeszcze raz z tym tematem, ale w szerszej formie...



Online
Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1423
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Miecz i Róg

Postautor: Misieq79 » czw 07 gru 2017, 10:29

A mnie ciekawi, kogo napotkają tam Niemcy, którzy wszak mieli inną mitologię (a sub finae vitae pogaństwa teren należał do Słowian połabskich).


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar

Awatar użytkownika
MTszewski
Pisarz domowy
Posty: 66
Rejestracja: ndz 01 maja 2011, 22:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Lublin
Płeć: Mężczyzna

Miecz i Róg

Postautor: MTszewski » czw 07 gru 2017, 10:46

Czekałem, aż ktoś na to zwróci uwagę :) Może pocałują klamkę, może odnajdą Wodana, jest to sprawa otwarta. W pierwszym wypadku musieliby wkroczyć na arenę działań Rosjanie, w ogóle odnoszę wrażenie, że w tej wersji opka byliby tu bardziej na miejscu :) Ileż to oczywistych rozwiązań wpada do głowy "po fakcie".



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4351
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Miecz i Róg

Postautor: Rubia » czw 07 gru 2017, 11:11

Myślę, że w ogóle ten temat daje różne możliwości. Choćby zaczynając od punktu wyjścia: czy ci starzy bogowie przez cały czas mieli swoich wyznawców? Czy istniał potajemny kult? A w ogóle, to jaki jest los bogów, którzy trafili gdzieś na margines egzystencji, utracili tych, którzy oddają im cześć? Chcą powrotu do dawnego znaczenia? W jaki sposób? Tu można wymyślać sobie rozmaite scenariusze, a ponieważ Ty masz skłonność do zabawy dawnymi mitami, więc sądzę, że naprawdę warto, żebyś przy tej tematyce pozostał na dłużej.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
MTszewski
Pisarz domowy
Posty: 66
Rejestracja: ndz 01 maja 2011, 22:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Lublin
Płeć: Mężczyzna

Miecz i Róg

Postautor: MTszewski » czw 07 gru 2017, 11:58

No i już się cieszę, że jednak zdecydowałem się tu ponownie zajrzeć :) Aż się chce czmychnąć ukradkiem z pracy, siąść przykryty ciepłym kocykiem i stukać w klawiaturę. Niech tylko ktoś dostarcza jedzenie i prąd.
Przy okazji - ja także nie zapomniałem o pani Sfinks. Pomysł na tamto opowiadanie trochę się rozrósł, może w najbliższym czasie wrzucę tu jakiś fragment, który można by było przedstawić jako samodzielne opowiadanie.
Nic, teraz tylko znaleźć czas, by dopracować obydwa pomysły. Mimo wszystko nie chciałbym celować w szufladkę "wydawano gorsze". Wiekopomnego dzieła także nie stworzę, ale przyzwoite? Kto wie, kto wie...




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości