Cyberdoggy

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Cyberdoggy

Postautor: maciekzolnowski » sob 02 gru 2017, 22:31

Ku pamięci Stefana Grabińskiego



Działo się to lat temu piętnaście. Zdarzenie zasnuło się ciemnosiwą ćmą spraw minionych, przybrało już kształty rozwiewne, niemal oniryczne. Jan Grot, krępy, zwalisty blondyn, o fizjognomii czterdziestolatka, zdołał jedynie zapamiętać emocje, jakie mu towarzyszyły owego pieskiego popołudnia, i tę jesienną, smętną i mglistą aurę. Listopadowe były to akordy, nader minorowe, lubo efektowne. A czas biegł nieubłaganie ku zimie, jak życie ku śmierci, w sposób aż nazbyt widoczny i imperatywny.



***

Wybył Grot ze swych domowych pieleszy o pół godziny za późno tego dnia (po tym, jak otrzymał wiadomość następującej treści: „Baczność na warunki pogodowe! Gęste mgły i zamglenia. Widoczność ograniczona do zera”). Wybył… i nie mógł już uniknąć skazy na pedantycznie sporządzonym rozkładzie zajęć, wyliczonych i omówionych w kajecie. W taki oto sposób, zwykła czynność rytualna, jaką miał być spacer, marszobieg, osiągnęła sferę, zarezerwowaną dla spraw odświętnych, wyjątkowych, niesamowitych i nieszablonowych. I sama stała się przez to wyjątkiem, to jest tym spóźnionym spacerem, tą jego namiastką, wręcz mistyfikacją, tym jego zapóźnieniem, opóźnieniem, poślizgiem i wynaturzeniem.

Ale sama rzeczy kolejność wcale to a wcale zmianie nie uległa. Tak więc, naprzód pojawił się przydomowy ogródek, kiedy tak szedł Jan i biegł już prawie. I mężczyzna go minął, gdyż to właśnie codzienny jego rytuał przewidywał. Potem pojawiło się pole i mały lasek. I Grot to pole i ten mały lasek przeszedł, bo taki miał zwyczaj, a nade wszystko zamiar. Wspiął się następnie na sam szczyt Błatniej (którą zwał pieszczotliwie i po swojemu Holy Mountain), a wysoko się wdrapał, oj, wysoko, bo lubił się wdrapywać i nosić nieco zgarbiony, a temu jego lekkiemu przygarbieniu sprzyjał ów żmudny marsz ku górze właśnie. I tak to, powolutku, po cichutku, po dwóch godzinkach z hakiem, doczłapało nareszcie chłopisko do źródlisk i wykapów Jasienicy, zwanej w swym górnym biegu Jasionką.

A pora była przecudna. Wymizerowane, listopadowe słoneczko już dawno przeszło zenit i rozlewało po świecie złotą siejbą promyków. Na szumiące chwiejbą świerków i sosen ramiona boru z wolna opadała mgła. I perspektywa robiła się niemalże mroczna, choć wciąż jeszcze, daleko na horyzoncie gdziekolwiek okiem sięgnąć, siniała szaroburą wstęgą linia gór, pagórków, przełęczy, pasm i pasemek.



***

A był tam na podorędziu, na jednym z przepastnych tarasów stawik śródleśny – takie całkiem pokaźne i dla zmysłów przyjemne oczko, którego słodkie zasoby wzięły się z od dawna nieistniejącej siklawy i wyczerpanych źródeł. Kryształowo czyste jego wody zachęcały do wrzucania doń monet i wypowiadania najskrytszych nawet pragnień, najśmielszych nawet życzeń. Nikt tego jednak nie czynił, gdyż zmącić to mogło niczym niezbrukaną toń i zaburzyć odwieczną wędrówkę promieni słonecznych po dnie oszałamiającej głębi. Nikt tutaj zresztą nie zaglądał i tego miejsca nie odwiedzał. Nikt prawie także (nawet okoliczni mieszkańcy siół i przysiółków) nie był świadom płynu tego stawu własności cudownych.

A nim Grot zdołał przybyć i od strony lądu do brzegów sadzawkowych dobić, pojawiła się tu i na dobre zadomowiła mgła, która gęstniała z każdą minutą i każdą sekundą niczym studzona żelatyna del cucina. I widać było wyraźnie, że „dojrzewająca stopniowo do zimy” teraz, właśnie teraz osiągnęła swe apogeum, i że – zbratawszy się z mgłą oraz zmierzchem – przeszła wnet samą siebie, stając się kwintesencją wszystkich jesieni tego świata i wszechświata. Zastał więc Grot na miejscu ulepszoną niejako, wręcz wyidealizowaną swojej ulubionej pory roku postać.

A zastał tam coś jeszcze, prócz jesieni i mglistej otchłani. I to coś przykuło teraz jego uwagę, wzbudzając w nim niewysłowiony i niekontrolowany wprost niepokój. Pulsujące światełko koloru niebieskiego, pełganie, którego nie powinno w tym miejscu być widać, unosiło się z całą zuchwałością i mocą antygrawitacyjnego pędu, jak ogromny znak zapytania nad sensem „być albo nie być?”, i wzbijało, i wzlatywało, i wznosiło ku szczytom Holy Mountain. Grot stał tymczasem na drugim brzegu jeziora, a naprzeciwko wiszaru… czy też raczej skarpy, która stanowiła w istocie jedno z wydatniejszych zboczy Świętej Góry. Stał jak wryty i zastanawiał się, czy już ma brać nogi za pas, czy też ma „wytrwać na swem posterunku” – skulić się i zmniejszyć do rozmiarów pytania i odpowiedzi: Co to, kto to? Czy to UFO, czy duch, czy błędny ognik jakiś? Zamarł, obrawszy strategię „dzielności i chwały”, tylko że bez „chwały”, i – kierowany ciekawością i zdrętwieniem mięśni podudzia – czekał na dalszy rozwój wypadków.

A tymczasem… po drugiej stronie sadzawki, na przeciwległym jej brzegu, stanął ciemnoszary i prawie metaliczny cyborg (o zmutowanych i szklących się ślipiach, złych ślipiach). Miał ten skurczybyk aż pięć rogów i diademów w porywach siedem do dziewięciu. I gestem połyskującej w ledwie dostrzegalny sposób, metalicznej ręki począł mechanicznie wskazywać na Grota i go przywoływać. A ten (nasz bohater) niebohatersko zbladł i zamarzył przez chwilę o nowych i czystych galotach. I skulił się jeszcze bardziej, a przynajmniej tak mu się wydawało. Na to cyborg zareagował z chyżością iście nadświetlną i wykorzystał automatycznie swój nowy generator mocy akustycznych oraz (coś jakby) usta. Zagwizdał on mianowicie po trzykroć króciuchno, ale w sposób jednocześnie przenikliwie donośny, donośnie srogi i srogo posępny. A zagwizdał w sposób tak donośny i tak srogi, że aż to wzniesione i oddalone pełganie wyhamowało i w końcu też się zatrzymało.

Zatrzymało się, zastopowało, zamerdało ogonkiem krotochwilnie i zawróciło w dół do swojego właściciela.

– Psiakrew – zauważył Jan Grot.

I zaczął siebie obwiniać za pospolite tchórzostwo oraz dawanie wiary ułudom i fantazjom (dobrze, że nie rozłożył go na łopatki pospolity bacillus ridiculentus). Po czym odwrócił się na pięcie i przepadł gdzieś we mgle. Także i cybernetyczny pies ze swym panem – dystyngowanym Alojzym Konratowskim vel Grajewickim Złotopolskim Emjakmiłośnickim, ubranym w metaliczny, modernistyczny szynel – powędrowali w siną dal Cieszyńskiego Pogórza.



***

I tak to sadzawkę pozostawiono na pastwę trzech niesamowitych niewiast: Nyks, Nefele oraz Sige. I tylko ciemność nocną porą nie była osiągalna ponad taflą wody, gdyż nastał czas niepokoju i gniewu. A kiedy nastał, gdy już nastał (albo nadszedł), zadrżała ziemia, zadęły trąby Apokalipsy. I wszystko się zaczęło. Jęło się z początku niewinnie – od pojedynczego bąbelka na powierzchni cieczy i jednej tylko wiązki światła, wydobywającej się spod dna, a skończyło na prawdziwej orgii dźwięków i kolorów. Oczko się na coś otwierało, a jego wody bulgotały i rozstępowały w popłochu. A wszystko dokoła syczało, wirowało, harcowało. Aż wreszcie, po dłuższym wyczekiwaniu i jakby rozruchu, dno zakipiało potworną kanonadą: bim, bum, bam! I ukazał się niewidzialny sezam. A w nim? Tak, nareszcie, to był on. To był Złoty Pociąg. Miał co prawda znajdować się pod Waldenburgiem, ale pojawił się w Beskidach. Oto bowiem w tak figlarny sposób dawał o sobie znać „Demon ruchu” Grabińskiego.



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Cyberdoggy

Postautor: maciekzolnowski » ndz 03 gru 2017, 10:43

Zapraszam i zachęcam do komentowania powyższego tekstu. Z góry dziękuję! :)



Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1380
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Cyberdoggy

Postautor: Gorgiasz » ndz 03 gru 2017, 13:52

Podobał mi się Twój tekst; charakterystyczny, dobrze opanowany, nietypowy styl. Podejrzewam, że jest to stylizacja na Stefana Grabińskiego, coś jego kiedyś czytałem, ale nic nie pamiętam, więc nie jestem w stanie dokonać porównań. Z drugiej jednak strony muszę przyznać, że gładko się nie czytało; nie wiem, czy to tylko odmienność stylu, czy pewien nadmiar stylizacji wiodący do zbyt daleko idącej chropowatości tekstu. Może należałoby ją nieco ograniczyć.

A czas biegł nieubłaganie ku zimie, jak życie ku śmierci, w sposób aż nazbyt widoczny i imperatywny.

Zbędny przecinek przed „jak”.

W taki oto sposób, zwykła czynność rytualna, jaką miał być spacer, marszobieg, osiągnęła sferę, zarezerwowaną dla spraw odświętnych, wyjątkowych, niesamowitych i nieszablonowych.

Zbędny przecinek przed „zwykła”.

Tak więc, naprzód pojawił się przydomowy ogródek, kiedy tak szedł Jan i biegł już prawie.

Zbędny przecinek po „więc”.

Wymizerowane, listopadowe słoneczko już dawno przeszło zenit i rozlewało po świecie złotą siejbą promyków.

Nie pasuje mi określenie ”przeszło” (właściwie nie wiem dlaczego, ale nie pasuje). Może „minęło” albo „pokonało”?

Miał ten skurczybyk aż pięć rogów i diademów w porywach siedem do dziewięciu.

To zdanie trochę niejasne i wydaje się być nielogiczne.

Nie dostrzegam związku pomiędzy konkluzją ostatniego akapitu, a cały opowiadaniem. I pomysł ze „Złotym Pociągiem” nie wydaje mi się najszczęśliwszy.



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Cyberdoggy

Postautor: maciekzolnowski » ndz 03 gru 2017, 19:02

Dzięki za miłe słowa i cenne uwagi, Gorgiasz. Uwzględniłem wszystkie Twoje sugestie i okiełznałem nieco swój barokowy język. Nową, uproszczoną wersję "Cybernetycznego Pieska" opublikuję za tydzień.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości