Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Krwawa zemsta

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 369
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Krwawa zemsta

Postautor: maciekzolnowski » wt 31 paź 2017, 11:03

Była sobie kiedyś pewna bajeczna kraina, w której znajdowały się góry. A góry te były przepiękne, choć niedostępne. Były sobie ogromne góry i był las. Las też był ogromny. Były sobie góry, był las i była wioska, zewsząd otoczona bujną zielenią. Była to zieleń koloru zielonego, ale był to ten dziwny jego rodzaj, który cię pochłania bez reszty, gdy go obserwujesz i gdy w niego wchodzisz, wkręcasz, zagłębiasz się, by nigdy już z niego nie powrócić. I on – szczególny ten jego rodzaj – zdaje się ciebie także obserwować i śledzić. Słowem strach, co ma wielkie oczy teraz był kolorem, który ma, to co ma: ów dziwny swój atrybut. I – wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale – było się naprawdę czego bać. I było tam coś jeszcze – coś, co znajdowało się – jak byśmy powiedzieli – na granicy światów: pomiędzy ponurym lasem a prawie wymarłym siołem, przypominającym skansen pełen starszych, a nawet bardzo już sędziwych i schorowanych ludzi. Tym czymś był dom: ot, dom jak dom, normalnie; nieco zapyziały, archaiczny, zaniedbały; ostatni dom na skraju wsi i na antypodach jako tako ucywilizowanego, choć przecież nie zawsze przyjaznego nam, świata. Nie był to zresztą tylko dom, dom i więcej nic, dom i nic ponadto; nie był, jako że zaraz za budynkiem – właśnie ów dom stanowiącym – znajdowała się także, przynależna do tego całego gospodarstwa i obejścia i tak dalej, łąka albo – jak kto woli – łączka. Właściwie nie była to łąka, ale zwykły trawnik... tylko taki trochę bardziej dziki, bardziej zaniedbany. Za łączką było już tylko pole, kapliczka, dwa stare dęby, potem znowu pole, rzeczka, i jeszcze raz pole; a tam, gdzie kończyło się owo Bad Langenau, zaczynał się posępny i dziwnie surowy las. Ale nie o las w tej historyjce chodzi. Nie o las i góry nam tutaj idzie. Nam chodzi o łączkę. Czy coś z nią nie tak? – O tym opowiem za chwilę.

Wszystko zaczęło się jakiś rok temu, a dokładnie podczas Halloween, obchodzonych u nas w Polsce w sposób bardziej romantyczny, rozważny, ciepły i – co tu dużo mówić – po prostu swojski. To wtenczas właśnie dowiedziałem się o śmierci mojego dalekiego krewnego. Śmierć człowieka, a zwłaszcza śmierć kogoś z tak zwanej rodziny, nie jest niczym, z czego powinniśmy się cieszyć. Niemniej jednak świadomość, że oto, w wyniku prawa do dziedziczenia, stałem się posiadaczem atrakcyjnego domku w górach wraz z atrakcyjną działeczką napawała mnie dumą, radością i dawała tak zwanego kopa w... Wujek nie miał innych – poza mną – bliskich, choć prawdę mówiąc nasze wzajemne relacje nie należały do wzorowych, ani nawet do poprawnych. Ot, raz na ruski rok, jak to się nieraz mówi, posyłałem wujowi kartkę z okazji Świąt Bożego Narodzenia z gotowymi już, wydrukowanymi albo wygrawerowanymi, życzeniami zdrowia, szczęścia, wygranej w totka i tak dalej... i nawet jej nie podpisywałem, bo mi się zwyczajnie nie chciało. A teraz... musiałem już tylko pozałatwiać formalności związane z pochówkiem hojnego krewniaka. I szlus.

Wskoczyłem więc niezwłocznie do auta – mego wehikułu miejsca oraz czasu – i pogrzałem z całych sił w kierunku południa, by móc – już po czterech godzinach jazdy – paść w objęcia bezkresnych połonin. To w tej, jakby malowanej, scenerii, o starannie wykonturowanych grzbietach i wymuskanych zboczach, miałem się wkrótce poczuć, jak u siebie w domu, a prawie tak jak baca lub juhas jakiś, jak „swojak”. Zawsze przecież marzyłem o tym, by zamieszkać gdzieś wysoko w górach i przebywać w nich – na stałe lub też czasowo – a z dala od chorej, wszechobecnej, zgniłej cywilizacji i od problemów, jakie ona tworzy. I teraz wreszcie nadarzyła się ku temu całkiem dla mnie znośna okazja.

Pamiętam, że niejakie wrażenie wywarła na mnie zimna i – chyba właśnie od tego zimna – aż wpieniona knieja, która stanowiła finalny etap mojej, nieco nużącej już, podróży. Dwie godziny przez nią grzałem, a jak! I – być może był to jedynie efekt przemęczenia, gdy siedzi się non stop za kółkiem, ale – mógłbym przysiąc, że w jednym, takim ustronnym, miejscu ujrzałem złowieszcze, błędne ogniki, których raczej wolałbym nie oglądać. Lecz nagły i niespodziewany pisk opon oddalił me myśli od ogników i pozwolił skupić się na czymś zgoła innym. Oto bowiem na środku drogi, pośród niewielkiej, przelotnej mgiełki, stał sobie dziad z długą brodą. Mój pojazd znajdował się tuż przed nim, a spod kół kłębił się siwy dym. Chwała Bogu, że udało mi się szybko wyhamować i go nie potrącić.

Dziadku! Dziadku! Życie wam niemiłe? – wykrzyknąłem już po części rozgniewany, a po części zszokowany całą tą nieprzyjemną sytuacją.

Ale starzec nic nie odpowiedział, tylko podszedł do auta i spokojnie przez jego boczną szybę, palcem wskazującym, nakazał milczenie. Wyglądał nie tyle na niewystraszonego, co raczej na skupionego, a skupionego i zatroskanego do tego stopnia, że aż to jego zasmucenie i zadumanie ubrało się samo w słowa i do mnie przemówiło:

Nie jedź tam. Tam się dziwne rzeczy dzieją. Zawróć, póki jeszcze możesz!!!

Chciałem mu coś odpowiedzieć, ale zanim się obejrzałem, już go nie było, a wraz z nim zanikła także lokalna, mała mgiełka, pośród której cały czas brodził i w którą ostatecznie wsiąkł. A przepadł równie nagle, co się pojawił.

Oczywiście zignorowałem te złowieszcze ostrzeżenia tajemniczego jegomościa, gdyż lubowałem się w tych prostych, błyskawicznych, męskich decyzjach, zaczynających się zwykle od słów: „no, w drogę”. Telepiąc się przez gonitwę swych galopujących myśli oraz różne atawizmy, ścigałem się z nadciągającą nieubłaganie, pochmurną i burzową nocą. Wbrew swym złym przeczuciom, obeszło się na szczęście bez błądzenia po okolicy i w porę zdążyłem dobić do mety – i to w dodatku – przed zapadnięciem zmroku. Nie znoszę, prawdę mówiąc, takich eskapad i nie mam za grosz szacunku do kierowców, lekkomyślnie preferujących nocną jazdę od tej bezpiecznej, dziennej. Dlatego odczułem wyraźną ulgę, gdy wreszcie znalazłem się u kresu podróży. W końcu mogłem usłyszeć ten charakterystyczny, chrapliwy dźwięk silnika... gaszonego po mozolnej i dłuższej niż zwykle pracy. Potem zarejestrowałem już tylko błogą ciszę, która zdała mi się być aż nazbyt głucha, bym ją mógł teraz zauważyć. Lecz grzmot pioruna, poprzedzony nagłym porywem wichru, obudził mnie z tego letargu. To burza, nadciągająca właśnie od strony upiornego lasu, dawała o sobie znać. Postanowiłem, że rozpakuję się jutro z samego rana, a teraz udam się do pobliskiej knajpy na grzane piwo. Spytałem tylko przypadkowego kogoś o drogę i pognałem we wskazanym przez niego kierunku.

Odniosłem wrażenie, że sioło to jest całkowicie wymarłe: ci jego nieliczni mieszkańcy, co się po nocy pałętali, snuli się jak duchy. I dopiero wejście do lokalu, a właściwie – do tandetnej speluny, częściowo zatarło to moje pierwsze doznanie. Gdy stanąłem w drzwiach, rozmowy natychmiast ucichły, ale tylko na moment, bo po krótkiej chwili, zrobiło się tak samo gwarno i klimatycznie, co przedtem. Usiadłem przy barze, złożyłem zamówienie i zacząłem rozglądać się wokół siebie. Nic, tylko wszędzie to samo poroże – trofea odbytych i uwieńczonych sukcesem polowań – i te czerwone od przepicia twarze zmęczonych ludzi, po których już na pierwszy rzut oka widać, czym się głównie zajmują. Słowem – taki ambientowy melanż wiejsko-łowiecki. Dostałem w końcu swojego grzańca i teraz dopiero zaważyłem, że dwóch, niezbyt sympatycznych i ubranych na roboczo, cwaniaczków mi się przygląda. Zaraz też jeden z drugim poczęli się naradzać i głupkowato do siebie uśmiechać. Jak nic, gadają o mnie – pomyślałem. Wziąłem głęboki łyk ciepłego napoju i zamknąłem oczy, a gdy je otworzyłem – ich już nie było. I to dobrze, gdyż nie miałem ochoty być tutaj przez nikogo śledzony i obserwowany; to ja miałem kaprys, aby – że tak to ujmę – nacieszyć swe oczy rustykalnością i góralskim folklorem. I oczywiście na jednym piwku się nie skończyło.

Tymczasem dwa wspomniane typy spod ciemnej gwiazdy wdarły mi się na posesję i poczęły dobierać do samochodowego bagażnika. Nie wiem, na co liczyli – nie miałem tam przecież nic cennego – ale tak czy owak musieli się uwijać szybko, gdyż mogłem wrócić w każdej chwili i ich nakryć. I kiedy tak w pocie czoła „pracowali”, wnet od strony lasu, a na krańcu łączki pojawiła się tuż ponad ziemią niewielka mgiełka, która poczęła się z wolna do nich przybliżać. A kiedy była już na tyle blisko, by móc objawić im swą niszczycielską moc, nie było dla nich żadnego ratunku. Pojedyncze źdźbła stały się ostre jak brzytwa, a oni wpadli w obracające się tryby, utkane z trawy i przez samą trawę i wyrastające niejako spod ziemi. Gdyby tylko ktoś mógł z ukrycia obserwować tak widowiskową masakrę, rozrywane i miażdżone na strzępy ludzkie ciała, jakieś ledwie dostrzegalne, czerwone czapeczki, jakby skrzacie – wreszcie także i – zieleń zbrukaną krwią niedoszłych złodziei, to musiałby uznać samego siebie za wariata lub – w najlepszym razie – za człowieka z nadmiernie pobudzoną wyobraźnią. Tej nocy jednak nikt nic nie widział ani nie słyszał. Ja natomiast zastałem dom i jego obejście w najlepszym porządeczku. Przy czym – wypadałoby tutaj uwzględnić mój stan, wskazujący na lekkie spożycie orzeźwiającego i parzącego w język trunku, który to stan – jak mniemam – nie miał owej nocy nic a nic do rzeczy. I pamiętam, że byłem mile zaskoczony, gdy do mnie dotarło wreszcie, iż oto z dnia na dzień stałem się posiadaczem chaty, a na dodatek – tak czystej i schludnie urządzonej.

Tymczasem mijały dni. Oszczędzę sobie ich opisu i przejdę od razu do wizyty miejscowego proboszcza, która miała miejsce w drugim tygodniu mojego pobytu. Tego dnia pastwiłem się nad nabiałem. I akurat znajdowałem się w jadalni (w towarzystwie Śnieżki, siedmiu kosmitów i ósmego pasażera Nostromo, dokonujących wspólnie gwałtu na ciszy), gdy przez jej opasłe okno zauważyłem wpłynięcie pobożnego gościa w przestwór mej ogrodowej zieleni. Brnął ten ojczulek doprawdy dzielnie, potykając się o kłęby przydomowej trawy – aż nabrałem wielgachnej ochoty, by ją w końcu skosić. I podobnie, jak za poprzednim razem, tak i teraz – naprzód pojawił się nad ziemią niewielki obłok, który zgęstniał, stężał i następnie rzucił się agresywnie w kierunku księdza, dobrodzieja. Ja sobie naiwnie myślałem, że to kroczy za nim jakiś duch albo inny przenajświętszy Stróż. A tymczasem, pasterz miejscowej owczarni, a mój gość, dosłownie aż pozieleniał i zbladł ze strachu, gdy ujrzał, to co ujrzał... i zajarzył, co się święci. Szalony mój trawnik, z siłą iście diaboliczną, zwalił wielebnego na murawę, po czym odwrócił do góry nogami i zaczął go zuchwale wcinać. Nigdy nie zapomnę tego żałosnego widoku: przerażony swym położeniem pleban, przebierający w powietrzu nogami (niczym żuczek leżący na grzbiecie i niemogący się podnieść). Nie zdążyłem nawet zareagować i poskromić chlorofilowe moce czarcie, to znaczy: zlać to cholerne zielsko zimną wodą albo coś w tym guście. I tak, jak za poprzednim razem, tak i teraz – wyrafinowana machina z trawy dokonała morderstwa, połączonego z konsumpcją... albo – jak kto woli – dokonała konsumpcji jako aktu zbrodni. Na nic się zdały poszukiwania księdza przez miejscowych parafian, przeczesywanie całej wsi oraz lasu, wizyty śledczych z pobliskiej komendy. Był człowiek, nie ma człowieka. Nie ma ciała, nie ma zbrodni. Amen!

Nie było innego wyjścia i musiałem pójść z trawką na układ. Ustaliliśmy jak dorosły z dojrzałą, że będę ją regularnie „nawoził”, dbał o nią, i że nigdy nie dopuszczę, by urosła powyżej pewnej, z góry określonej wysokości, po osiągnięciu której robi się zwyczajnie nieuprzejma, nieprzyjemna i z lekka „wrednawa”. Przepraszam za niezamierzony „rym do” trawa. I dałem jej nawet swoje słowo, a moje słowo bardzo dużo znaczy. Daję słowo! Usłyszawszy to, ma bezimienna, waleczna bohaterka, którą od tej pory będę już tylko nazywał trawnikiem albo trawką, odwzajemniła mi się wspaniałym tańcem w blasku księżyca, do którego także i ja zostałem zaproszony. I oto więc, siedząc sobie najzwyczajniej na jakimś zapyziałym, plastikowym krześle ogrodowym, niesiony przez jej romantycznie rozfalowane kłosy, poszybowałem wnet – na prawo, na lewo, a to w górę, a to w dół, do przodu, do tyłu... (i tak – raz po raz). Jazda była doprawdy przednia i mógłbym przysiąc, że towarzyszyła nam nawet jakaś dyskretna muzyczka.

Od tamtej pory wszystko układa się świetnie, a nasza przyjaźń kiełkuje i kwitnie. Ja – pilnuję, aby trawka zanadto nie urosła, a ona – gwarantuje mi spokój i taneczne doznania. Raz tylko – że tak to ujmę – „dałem ciała” z mleczarką, a więc z osobą miejscową, którą przecież ludzie we wsi znali, i której by na pewno poszukiwali, w razie jej zaginięcia. Niemniej jednak postanowiłem raz tylko zaryzykować i „dokarmić” trawkę lokalnym mięskiem, o śnieżnobiałym kolorze skóry. Ja natomiast zdołałem się zadowolić wyłącznie świeżym i jeszcze ciepłym mlekiem, niezbrukanym rozbryzgującą się wszędzie dokoła posoką:

Chlip-chlip!
Chrum-chrum!

Od tamtej pory pilnowałem własnego nosa i byłem szczęśliwy, szczęśliwy naprawdę. Nie wychodziłem za dużo z domu. Dbałem o chatę. Zająłem się także agroturystyką – gościłem głównie różne tam Kółka Przyjaciół Zieleni: młodzież, z którą wspólnie dbaliśmy o mój zaczarowany trawnik. I Was również, Drodzy Moi, serdecznie zapraszam. Wszyscy obcy – taaak, zwłaszcza obcy – są u mnie zawsze mile widziani...

No więc, jak już mówiłem, byłem i nadal jestem szczęśliwy. I tylko czasem, gdy wieje mocny wiatr, a przez okno zagląda do mnie trupio blady księżyc, budzę się w nocy wystraszony i zlany potem, gdyż śni mi się krwawa zemsta nieskoszonego trawnika.

Added in 2 minutes 35 seconds:
Tekst na Halloween. I od razu gorąca prośba o korektę i wskazanie błędów. Dzięki z gór(y)! ;-)



Awatar użytkownika
brat_ruina
Legenda pisarstwa
Posty: 1939
Rejestracja: ndz 27 kwie 2014, 13:21
OSTRZEŻENIA: 2
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna

Krwawa zemsta

Postautor: brat_ruina » wt 31 paź 2017, 12:44

maciekzolnowski pisze: Była sobie kiedyś pewna bajeczna kraina, w której znajdowały się góry. A góry te były przepiękne, choć niedostępne.
Nie idę dalej. Zrób coś z tym starterem.


Jeszcze raz odwróciłam głowę, by zobaczyć, jak lafirynda odchodzi dumnym krokiem, plaskając głośno pośladkami

Ja sam przeczytałem już ok. 8 000 książek


http://postscriptum.net.pl/prezentacje/ ... 5_pop4.pdf
http://postscriptum.net.pl/prezentacje/ ... 6_druk.pdf
http://postscriptum.net.pl/prezentacje/ ... tu_ABC.pdf

Awatar użytkownika
Bartosh16
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 2884
Rejestracja: śr 01 wrz 2010, 11:20
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: [To_be_determined]
Płeć: Mężczyzna

Krwawa zemsta

Postautor: Bartosh16 » wt 31 paź 2017, 13:55

brat_ruina pisze:Nie idę dalej. Zrób coś z tym starterem


Niedobrze. Postawiłeś diagnozę, a raczej orzekłeś o chorobie, a nie zaproponowałeś leczenia.
Aczkolwiek, niestety, masz rację.

maciekzolnowski pisze:Była sobie kiedyś pewna bajeczna kraina, w której znajdowały się góry. A góry te były przepiękne, choć niedostępne


Maciek, pierwsze zdanie w tekście jest najważniejsze. Jeśli ono nie nakaże czytelnikowi przeskoczyć do drugiego zdania, następnie przewrócić kartkę, by potem nieszczęśnik łyknął całość ze smakiem, to nie masz po co pisać. Napisz na przykład: "Na samo wspomnienie bajecznego piękna gór w krainie tak niedostępnej, że człowieka tubylcy uważają za stworzenie mityczne, odczuwam nostalgię, która nie daje mi spać". Podejrzewam, że takie otwarcie nadal nie jest doskonałe, ale...

Po przeczytaniu Twojego otwarcia: "Była sobie kiedyś pewna bajeczna kraina..." pomyślałem: "Aha, no dobrze, była. Tyle." i gdyby to nie było Wery, pewnie dalej bym nie czytał.

Kolejna ważna rzecz, na którą pewnie ani Ty, ani nikt z Twego otoczenia nie zwrócił uwagi:

maciekzolnowski pisze:Była sobie kiedyś pewna bajeczna kraina, w której znajdowały się góry. A góry te były przepiękne, choć niedostępne. Były sobie ogromne góry i był las. Las też był ogromny. Były sobie góry, był las i była wioska, zewsząd otoczona bujną zielenią. Była to zieleń koloru zielonego, ale był to ten dziwny jego rodzaj, który cię pochłania bez reszty, gdy go obserwujesz i gdy w niego wchodzisz


Trzy linijki tekstu, a pochodna słowa "być" pada dziesięć razy. Nie może tak być.
Oczywiście masz prawo opowiadać historię w ten sposób, ale gwarantuję Ci, że nikogo nie zainteresuje, a jej czytanie wymęczy. Nie wspomnę o bardziej wymagającym czytelniku.

maciekzolnowski pisze:I on – szczególny ten jego rodzaj – zdaje się ciebie także obserwować i śledzić. Słowem strach, co ma wielkie oczy teraz był kolorem, który ma, to co ma: ów dziwny swój atrybut. I – (1) wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale – (2) było się naprawdę czego bać. I było tam coś jeszcze – coś, co znajdowało się – jak byśmy powiedzieli – na granicy światów


Podkreśliłem całą masę zaimków, z których połowę pewnie można wyrzucić przy umiejętnym opracowaniu fragmentu.
1. Nie polecam takich wstawek, chyba że naprawdę wiesz, co robisz.
2. Jeżeli napiszesz: "Było się czego bać", zapewniam - nikt nie poczuje nawet małego dreszczyku. Jeżeli historii nie opiszesz tak, by ludzie robili w portki z przerażenia, to napisanie: "Było tak strasznie, że ludzie robili w portki" nie pomoże. Poza tym, uprzedzasz fakty.

maciekzolnowski pisze:skansen pełen starszych, a nawet bardzo już sędziwych i schorowanych ludzi


Sędziwi ludzie z reguły są starsi i vice versa.

maciekzolnowski pisze:zapyziały, archaiczny, zaniedbały


Zaniedbany.

maciekzolnowski pisze:ostatni dom na skraju wsi i na antypodach jako tako ucywilizowanego, choć przecież nie zawsze przyjaznego nam, świata


To wtrącenie miało wywołać jakiś efekt, ale nie wiem jaki, nie poczułem. Do usunięcia i unikaj takich rzeczy.

maciekzolnowski pisze:nie był, jako że zaraz za budynkiem – właśnie ów dom stanowiącym


Czytelnik nie jest idiotą i raczej domyśla się takich rzeczy. Nie musisz tego pisać.

maciekzolnowski pisze:znajdowała się także, przynależna do tego całego gospodarstwa i obejścia i tak dalej


Że co? Ja to bym sobie darował w opisie lokalizacji takie słowa.

maciekzolnowski pisze:zaczynał się posępny i dziwnie surowy las. Ale nie o las w tej historyjce chodzi.


Więc o nim nie pisz.
Dajesz takie zdanie na końcu akapitu i czytelnik się zastanawia: "Aha, to po co ja to wszystko czytałem?". Nie marnuj cudzego czasu.

maciekzolnowski pisze:Czy coś z nią nie tak? – O tym opowiem za chwilę.


"Aha. To ja poczekam" - moja pierwsza myśl. Poczekam, aż ktoś opowie mi historię.
A tak zupełnie poważnie, wywal to zdanie, zanim ktoś jeszcze je przeczyta. Jeżeli nie jest ono częścią wypowiedzi bajarza, minstrela lub kogokolwiek, kto chce coś opowiedzieć innym bohaterom tekstu, nie pisz tego. Wcale. Nigdy.
Półpauza niepotrzebna, za to przy zapisie dialogów by Ci się przydały.

maciekzolnowski pisze:Niemniej jednak świadomość, że oto, w wyniku prawa do dziedziczenia


To opowieść prawnika czy zwykłego człowieka? Przecież można napisać: "Odziedziczyłem".

maciekzolnowski pisze:A teraz... musiałem już tylko pozałatwiać formalności związane z pochówkiem hojnego krewniaka.


Nie bardzo wierzę w taki obrót spraw. Brzmi trochę jak marzenie ściętej głowy.
I jak się tak zastanawiam - cały pierwszy akapit można śmiało wywalić do kosza. Jest niepotrzebny i prowadzi donikąd.



Okey... Tutaj przerwę.
Po lekturze pierwszego akapitu przyszło mi do głowy, że jesteś bardzo młody, i po prostu uczysz się pisać. Ale im dalej brnę, tym bardziej tekst podpada mi pod grafomanię.
I teraz podstawowe pytanie - chcesz się tego oduczyć?


"Racja jest jak dupa - każdy ma swoją" - Józef Piłsudski

Mój blog "Otwórz oczy"

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 369
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Krwawa zemsta

Postautor: maciekzolnowski » wt 31 paź 2017, 17:54

1. Oczywiście! Nikt nie chce przecież być uważany za grafomana.
2. Dzięki za wskazanie mi tych wszystkich uchybień. Pewnie niektóre da się poprawić, a inne (poważniejsze, dotyczące stylu) zwyczajnie nie.
MZ



Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3618
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Krwawa zemsta

Postautor: Godhand » śr 01 lis 2017, 20:53

Maćku,

Ja widzę w Twoim pisaniu dwa problemy.

1. Zbytnia "koloryzacja" języka.

Często zdarza się, że początkujący pisarz używa zbyt "płaskiego" języka, nie potrafi nadać zdaniom koloru. U Ciebie jest sytuacja odwrotna, kiedy bohater dociera do celu, to w Twoim tekście "pada w objęcia połonin".

2. Dryfy i gmatwanina.

Chcesz coś przekazać ale dodajesz jakieś dygresje, potem kolejne i... zdryfowałeś a z Tobą czytelnik. Te zdania stają się zagmatwane, nieczytelne i przesycone niepotrzebnymi słowami. Jak tu:

Pojedyncze źdźbła stały się ostre jak brzytwa, a oni wpadli w obracające się tryby, utkane z trawy i przez samą trawę i wyrastające niejako spod ziemi. Gdyby tylko ktoś mógł z ukrycia obserwować tak widowiskową masakrę, rozrywane i miażdżone na strzępy ludzkie ciała, jakieś ledwie dostrzegalne, czerwone czapeczki, jakby skrzacie – wreszcie także i – zieleń zbrukaną krwią niedoszłych złodziei, to musiałby uznać samego siebie za wariata lub – w najlepszym razie – za człowieka z nadmiernie pobudzoną wyobraźnią.


Moja rada - ten tekst ma trzynaście i pół tysiąca znaków, napisz to samo na dystansie siedmiu tysięcy, tak, aby fabuła nic nie straciła. Stawiam dobry trunek w ciemno, że będzie to tekst lepszy pod względem "user friendly".

Powodzenia,

G.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 369
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Krwawa zemsta

Postautor: maciekzolnowski » czw 02 lis 2017, 23:39

Dzięki, Boska-Ręko!



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 369
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Krwawa zemsta

Postautor: maciekzolnowski » pt 03 lis 2017, 09:29

Melduję, że (w miarę możliwości) poprawiłem wszystko, co było do poprawienia. Mówię oczywiście o pliku roboczym. Jeśli coś jeszcze Was w tym tekście boli i rzuca się w oczy, piszcie, proszę, śmiało. Mądrych i dobrych rad nigdy za wiele! :D




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości