Jestem porwana i taka rozerwana

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Jestem porwana i taka rozerwana

Postautor: maciekzolnowski » sob 09 wrz 2017, 11:18

Prolog
W roku dwa tysiące trzydziestym piątym, a więc już w tych świetlanych latach trzydziestych, międzynarodowy ruch feedersów stał się jedną z bardziej wpływowych i liczących się sił politycznych zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na kontynencie europejskim.
Państwami w większości zarządzali teraz menadżerowie, przekształcając je stopniowo w twory, przypominające pseudonarodowe, a w istocie całkowicie na zysk i tylko wyłącznie na zysk nastawione, McKorporacje.
Wszechobecne nastroje nacjonalistyczne, raczej – tak mniemam – oddolnego pochodzenia, doprowadziły do upadku Unii Europejskiej już dziesięć lat wcześniej i zaowocowały nowym porządkiem świata.
W latach dwa tysiące dwadzieścia – dwa tysiące trzydzieści zatrzymany został skutecznie proces islamizacji Francji, Wielkiej Brytanii oraz Niemiec, choć pewnie trudno w to uwierzyć.
Co się tyczy zaś Polski, to około roku dwa tysiące trzydziestego, nastąpiły daleko idące zmiany na scenie społeczno-politycznej: kler stał się zwyczajnie uboższy, ale przez to i bardziej bogobojny i skromny przykładnie, ukraińska siła robocza USR-a powróciła do macierzy, swej macierzy, powstała też m.in. nowa partia – Partia Przyjaciół Piwa, Łysiczki Lancetowatej oraz Konopi Indyjskich. Janusz Korwin Mikke otrzymał Nobla za swą działalność społeczno-polityczną oraz aktywność literacką.
W latach trzydziestych XXI wieku o osobie Jarosława Kaczyńskiego nikt już od dawna nie pamiętał, a prominentny były polityk i działacz unijny Donald Tusk trafił do więzienia, z którego na pewno już nie wyjdzie… no chyba że nogami do przodu!
Redaktor Tomasz Lis, co ciekawe, przeszedł na złą stronę mocy i, pod wpływem ojca Rydzyka, zaczął prowadzić na antenie Radia Maryja nocny program „Co z tą Polską? Co nie tak ze mną oraz Axel Springer?”.

Ranek prowansalski
Ten przepiękny majowy poranek roku dwa tysiące trzydziestego piątego był dla festiwalowej gawiedzi wyjątkowo łaskawy, a łaskawości swej wcale się nie wstydził. I nie tylko ten poranek był szczodry, bo i cały ostatni tydzień; i nie tylko tydzień, bo i cała prześliczna i upalna wiosna była... Inżynierowie pogodowi, ze swoimi długimi „siurawkami”, latawco-predatorami, komarko-dronami i innym, bardziej lub mniej ciężkim i cholernie męskim, osprzętem nie mieli tego dnia ani tego tygodnia nic a nic do roboty, oprócz odliczania minut i całych godzin, kolejno, do przerwy na kawę, do przerwy na obiad, do przerwy na podwieczorek i w końcu także i na piwo z pobliskiego pubu „Róża Wiatrów Neptunowych”, będącego w istocie lokalną tawerną… czyli południowofrancuską, portową karczmą.
Najpierw z samego rana na czerwonym dywanie, przez godzinę poczynając od czwartej, uwijały się sprzątaczki: w specjalnych uniformach i z zamontowanymi na plecach odkurzaczami na baterie. I właśnie te przenośne aparaty sprawiły, iż pospolite sprzątaczki, oderwane od swych tellurycznych pługów oraz roli przedstawicielki ludu pracującego, wyglądały teraz niczym internacjonalne i intergalaktyczne kosmitki, działające dla dobra ogółu całej galaktyki.
A po nich, na tym krwistym, czerwonym dywanie, pozbawionym wszelako sierpa i młota, pojawiła się ona… wraz z pierwszymi promykami słońca. Otoczona aureolą świateł i mgieł, fleszów błyskami, jęła się Jej Celebrycka Mość przebijać przez tłumy fanów i paparazzich niczym skondensowana wiązka światła, wytworzona przez połyskującą kroplę cybernetycznej rosy, a przebijająca się przez wonne opary tego rozłożystego i oddychającego pełną piersią miasteczka: pulsującego, dynamicznego, pełnego turystów i wiecznie żywego. Nastoletnia Latynoska, dziesiąty klon Jennifer Lopez, stworzony przez korporację Jedi1000qVtVbencVał, której olśniewający blask gwiazdy uformować się mógł li tylko za sprawą mediów, Glob-Netu, Sra-Netu i telewizji satelitarnej entej generacji, przybyła właśnie tutaj, dzisiaj, a bezpośrednio z planu zdjęciowego „Słonecznego… gwiezdnego… tanecznego… coś tam”. I gdy tylko wygramolić się zdołała ze swej awionetko-barki (z przycumowaną butlą szampana Made in France na pokładzie) – z tej opasłej, wielofunkcyjnej arko-limuzyny (czarnej i lśniącej… i wypełnionej aż po same brzegi czarnymi w czerni gorylami) – rzęsiste posypały się uśmiechy i oklaski ze strony gapiów.
Ze strony gapiów na stronie, na symbolicznym strzępku intymności, zwierzył mi się wtedy znajomy reporter, waląc prosto z mostu – Myślisz, że jej się troszkę przytyło? – Czy ja sądzę, że się jej przytyło? No, bo ja wiem. Być może! Skąd niby miałem to wiedzieć i wiedzieć to na pewno? A jeśli nawet ta, do tej pory anorektyczna, jak trawa cherlawa, drobna kobitka rozpulchniłaby swe członki, popuściwszy nieco pasa i zmieniwszy swych strojów rozmiar na większy, to przecież nie moja sprawa jest; no nie?
I po tej chwilowej refleksji, mogłem w spokoju witać się z nową myślą, chorą myślą, która w przyszłości zaowocować miała spektakularnym aktem porwania i długotrwałego więzienia w mych skromnych, przytulnych, domowych pieleszach, tj. w progach tak pięknie podpiwniczonych niczym najprawdziwszy niemiecki bunkier SS: mój własny, cichy i przytulny, Wilczy Szaniec. Bawiłem się przez moment przedziwną ideą, której nie powstydziłby się żaden seksoholik, a nawet – co tu dużo gadać – zboczeniec, że oto zbiegają się w czasie wspomniany przyrost wagi celebrytki z jej nieuchronnym porwaniem. I już układałem w głowie mapy skojarzeń, będące jednocześnie logicznym ciągiem z praprzyczyną – zasobnością portfela i lodówki (mierzoną podług odpowiednich wskaźników ekonomicznych), z pierwszą przyczyną – hedonizmem (którego miarę stanowi poziom natężenia apetyciku celebrytki), z drugą przyczyną – żarłocznością (której miarą jest kompletny z jej strony brak umiaru), z pierwszym skutkiem – bólem brzuszka (ból – powiązany ze stanami duszności, nudności i znieruchomienia – mierzymy poziomem natężenia dźwięku, gdy żarłok jęczy czy burczy), z drugim skutkiem – tyciem (związanym z wieloma przymiarkami garderoby, szacowanym z analizy porównawczej zdjęć Before & After z albumu rodzinnego lub tego na Facebooku) – i wreszcie – z finalną konsekwencją w postaci grubaśności.
I tutaj, na marginesie, rad bym był wskazać na cztery istniejące, sprawdzone sposoby szacowania owej grubaśności, które odnoszą się do ludzkiej, a w szczególności kobiecej anatomii; a mianowicie – odnoszą się one do obwodu damskiego brzuszka oraz damskiego podbródka, do masy kobiecego ciałka, do ilości pomarańczowej skórki na udach i pośladkach (należących do przedstawicielki tak zwanej słabej płci) oraz oczywiście do wielkości amplitudy falującego zadka podczas sprężystego chodu, takiej czy innej, brunetki lub blondynki, „baleronki” lub balerinki.


Starszy detektyw Zdzisław Teodor Bąbel, pseudonim American-Hare-Man, i prowadzona przez niego sprawa o kryptonimie „Alien-79”


Jak już mówiłem, bawiłem się ideą przedziwną: elementem braku kontroli: niepohamowaną żarłocznością, „urwanym filmem”, nieopanowaną aktywnością „czterech liter”, daremnym trudem dopięcia zamka na ostatni guzik. I bawił mnie również „Piąty Element” w postaci gwiazdy śpiewającej przy wtórze burdonu „Już nie mogę. Oj! Wyrwało mi się”, burdonu, którego za tym kolejnym już razem z rzędu nie opanowała, gdy go w ustroniu mej myśli wydalała.

Ta celebrytka, piękna celebrytka, była niczym ptak: wolna tak, jak wolny może być tylko człowiek syty i bogaty, którego własność chroniona jest prawem (np. sukcesji) i który niejako żyje kosztem innych, bo czyż nie jest prawdą, iż szczęście – a wolność przez wielu uznawana jest właśnie za owo szczęście – czyż nie jest prawdą, iż szczęście jednych zależy od nieszczęścia drugich? Umysł mój stanął w obliczu przypuszczenia, iż fenomenu wolności niepodobna od latynoski oddalić, chyba że za cenę ryzyka utraty jedynej, naprawdę ważnej wartości, jaką jest z kolei moja wolność osobista. Ale wolność celebrytki miałem za inną, jakościowo różną od mojej: „Flesza błyski, najlepsza whisky, wielkobudżetowe teledyski”: oto wolność, co masy zniewala, a przeto z wolnością w parze iść nie może. A i ten wolności pozór postanowiłem w końcu zlikwidować. I niespełna tydzień od zakończenia się festiwalu, odurzoną narkotykiem piękność porwałem w zimny mrok.

I stało się! Razu pewnego zajrzałem w głąb siebie na wniosek samej porwanej: – Dlaczego właściwie lubisz dźwięki gazu jelitowego, tego śmierdzącego „bąkala”? – A dlaczegóż to miałbym go nie lubić? Bo ja wiem?, …bo pochodzi od kobiety, od kogoś, kto jest piękny, bo jest wyrazem jej dominacji, a co za tym idzie – władzy jaką ona, przedstawicielka jak powiadają słabej płci, nade mną roztacza, bo zdradza przedziwną magię niemożliwego ukazując kobietę, jako człowieka – tylko tyle i aż tyle – bo odmitologizowuje piękno…, bo ona może, a ja nie, bo ona już to ma, a ja jeszcze muszę na to pracować, na te marzenia z górnej półki, na ten chlebek ze śmietanką, do której wciąż nie mogę dosięgnąć. – A jakie dźwięki lubisz najbardziej? – W pierwszej kolejności, lubię dźwięki nagłe, które ujawniają się jak gdyby symfoniczna „Niespodzianka” Józefa Haydna: na początek trzęsienie ziemi i obryzgane ściany, zatkany tron, a potem może być już tylko głośniej: Wpada panienka do kibelka i dosłownie eksploduje. Dźwięk jest mokry i głośny – to istny wulkan Etna (to fenomen natury, w którym gromadzi się wciąż więcej i więcej półpłynnej lawy, będącej wskaźnikiem na konsumpcyjną przeszłość). Ta siła audytywna jest karą za wchłonięcie tak znacznych pokładów energii, tego całego żarła, jest karą, która nie pozwala zapomnieć o niemożebnie ostrym bólu, wiercącym, świdrującym do granic możliwości, głębokim bólu brzucha, jednocześnie – akustyczna ta moc jest demonstracją olimpijskiej siły (zwłaszcza, jeśli towarzyszy tej fali odpowiednio długi pogłos – taki, jak w antycznym amfiteatrze, gdzie od zawsze rozgrywa się dramat boga i człowieka). Miłym dla ucha jest też dźwięk, którego odwiecznym atrybutem była, jest i będzie długość: Im dłuższy, tym lepszy [daje większą możliwość wsłuchania się, wczucia w wibrującą czeluść rozkraczonej przed Einsteinem czasoprzestrzeni]. Choć uwikłany w funkcję czasu, to o czasie właśnie pozwala zapomnieć, by cieszyć się chwilą obecną (tu hedonistka, której motto dobrze znane jest czytelnikowi, wspaniałomyślnie dzieli się ze zwykłym zjadaczem chleba wielkim skarbem „chwytaj dzień”). Chropowatość, gładkość – i ciepło połączone z miękkością – nadają dźwiękowi posmaku bądź to dramatycznego, zrodzonego w mękach palących, bądź też niebiańskiego i waniliowego, przywodzącego na myśl łagodne chóry z fanfarowym anielskim zaśpiewem. Osobiście preferuję oprócz tego wszystkiego podakustyczny basowy burdon, którego wibracja dochodzi do mnie lotem błyskawicy, albowiem wibrujące podłoże przewodzi umiłowany mój sygnał szybciej od powietrza (słoń tę akustyczną właściwość w toku ewolucji postanowił wykorzystać dla celów komunikacyjnych… integrujących stado). Absolutnym ornamentem barokowym, choć niezwykle przeze mnie pożądanym, jest figura retoryczna suspiratio, oznaczająca po naszemu westchnienie, oraz grupa gorączkowych, używanych w momentach szczególnego napięcia, bombus, …przyozdobiona pośpiesznym, zduszonym sapaniem [O tak! właśnie! …oddech jest niesłychanie ważny; pozwala rozładować ból].

Innym razem, porwana, obżarta aż do nieprzytomności – omal mdlejąca w ramionach mych silnych, ale jeszcze całkiem świadoma – pozwoliła sobie zaproponować pewną grę, będącą w jej mniemaniu odskocznią od kulinarnych tortur i wielkiego, naprawdę wielkiego żarcia. Była to „gra w Śnieżkę” - gra „w teatr”. Propozycja mi się spodobała i z marszu stałem się wiedźminem złym zły czar rzucającym naprzód na jabłko, a potem – za jego smakowitą przyczyną – na celebrytkę, tzn. na królewnę. Dość powiedzieć, iż pomysł gry, rozmyślnie wykoncypowany w bólu i w pocie, miał się stać w przyszłości jedną z największych bolączek porwanej…, albowiem uległa zmianie fabuła podstarzałej baji… i jabłko nabrało formotwórczej mocy wprawiania wszystkich napotkanych anorektyczek z „Cherlawego Lasu” w wilcze apetyciki. Kiedy więc Śnieżka zanurzyła swe siekacze w magicznym prezencie, nastał absolutny koniec jej diety. I jak głosi legenda, to królewskie nasienie mogło paść… się nawet przez trzy dni z rzędu – jednak nie więcej – bo oto nagle, ni z tego, ni z owego, BUM! – A co to za „hałasek”? – zapytał zza krzaka cherlawy rapujący krasnoludek Półdupasek, odwalający akurat chałturkę jako „świniopasek” (czyli coś takiego, jak ja) na wątłej polance w pobliżu „Cherlawego Lasu”. – Aha! To Śnieżka padła-odpadła, a babeczka-aktoreczka wyszła z roli oraz z siebie i wyprowadziła się na łono Abraham Hills 90210.

I to już był koniec bajki, gdyż zalała mnie mętna rzeczywistość: poszukiwano mnie listem gończym, a za mą głowę wyznaczono nagrodę; nie ustawano przy tym w apelach: – Odezwij się i powiedz, czy żyje. – Ale ona nie żyła, a ja umierałem z tęsknoty za nią... i pragnąłem ukryć się przed samym sobą oraz „kryminalnymi” w ostatnim miejscu, gdzie mogłem czuć ją, jej gorące perfumy pochodzące wprost z jej rozpalonego wnętrza z czasów, gdy żyła jeszcze. I wnet, właśnie w tych sokach na dnie szamba nieopodal domu, niechcący spocząłem jako topielec.
C.d.n.



Awatar użytkownika
Strach na wróble
Pisarz osiedlowy
Posty: 249
Rejestracja: czw 27 lip 2017, 14:28
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kraków
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Jestem porwana i taka rozerwana

Postautor: Strach na wróble » sob 09 wrz 2017, 12:44

skromny przykładnie,

Szyk Yody wiecznie przestawny żywy.

swej macierzy, powstała też m.in. nowa partia – Partia Przyjaciół Piwa, Łysiczki Lancetowatej oraz Konopi Indyjskich. Janusz Korwin Mikke otrzymał Nobla za swą działalność społeczno-polityczną oraz aktywność literacką.
(…)
stworzony przez korporację Jedi1000qVtVbencVał,
(…)
pseudonim American-Hare-Man,


Groteska zamierzona, czy, co gorsza, przypadkowa?

Ogólnie – związek prologu z całą reszta polega na…?

Otoczona aureolą świateł i mgieł, fleszów błyskami, jęła się Jej Celebrycka Mość przebijać przez tłumy fanów i paparazzich niczym skondensowana wiązka światła, wytworzona przez połyskującą kroplę cybernetycznej rosy, a przebijająca się przez wonne opary tego rozłożystego i oddychającego pełną piersią miasteczka: pulsującego, dynamicznego, pełnego turystów i wiecznie żywego

Ale dałoby się napisać tak, żeby było wiadomo co Autor chciał napisać przez to co napisał kiedy napisał to co napisał?

I już układałem w głowie mapy skojarzeń, będące jednocześnie logicznym ciągiem z praprzyczyną – zasobnością portfela i lodówki (mierzoną podług odpowiednich wskaźników ekonomicznych), z pierwszą przyczyną – hedonizmem (którego miarę stanowi poziom natężenia apetyciku celebrytki), z drugą przyczyną – żarłocznością (której miarą jest kompletny z jej strony brak umiaru), z pierwszym skutkiem – bólem brzuszka (ból – powiązany ze stanami duszności, nudności i znieruchomienia – mierzymy poziomem natężenia dźwięku, gdy żarłok jęczy czy burczy), z drugim skutkiem – tyciem (związanym z wieloma przymiarkami garderoby, szacowanym z analizy porównawczej zdjęć Before & After z albumu rodzinnego lub tego na Facebooku) – i wreszcie – z finalną konsekwencją w postaci grubaśności.

To jest jedno zdanie? Na 10 linijek? O Boże…

Starszy detektyw Zdzisław Teodor Bąbel, pseudonim American-Hare-Man, i prowadzona przez niego sprawa o kryptonimie „Alien-79”

Ta wstawka ni z tego ni z owego ma na celu…?

Wpada panienka do kibelka i dosłownie eksploduje. Dźwięk jest mokry i głośny – to istny wulkan Etna (to fenomen natury, w którym gromadzi się wciąż więcej i więcej półpłynnej lawy, będącej wskaźnikiem na konsumpcyjną przeszłość).

Humor fekalny? Żeby to jeszcze był humor… Im dalej w las tym więcej mdłości. Przebrnięcie całości wymagało naprawdę silnej motywacji i panowania nad żołądkiem. Wygląda to jak pisane dla wąskiego kręgu dewiantów, których takie klimaty fascynują.

I wnet, właśnie w tych sokach na dnie szamba nieopodal domu, niechcący spocząłem jako topielec.
C.d.n.


Skoro podmiot epicki się utopił w szambie, to jakie cdn? Teraz będzie o przygodach szambozombie?


Strach herbu Cztery Patyki, książę na Miedzy, Ugorze etc. do usług

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Jestem porwana i taka rozerwana

Postautor: maciekzolnowski » sob 09 wrz 2017, 21:52

Dzięki za ten pierwszy niejednoznacznie nienegatywny komentarz, który to komentarz, właśnie z uwagi na swój ambiwalentny wydźwięk, nie spowodował obstrukcji w toku dalszych prac nad omawianym tu dzisiaj tekstem. Tekst jest zboczony i obrzydliwy (niczym to, co znajduje się za kurtyną niewiedzy, którą niniejszym właśnie w tym miejscu spuszczam). Zmęczyłem się feedersami, ich subkulturą i ich stronami w Necie. Sporo się na ich temat naczytałem i na tym poprzestanę. Będę sobie pisał o czymś innym, o ptaszkach i o krówkach; i Bóg mi świadkiem, że mi tematów do rozmyślań nie zabraknie.
A co do sprawy starszego detektywa Zdzisława T. Bąbla, pseudonim American-Hare-Man, to powiem tylko tyle, że niechcący mi się wkleiła druga połowa mojego tekstu (właśnie ta niedorobiona, nieocenzurowana i przez to wyjątkowo obleśna). O Bąblu możemy w ogóle zapomnieć! Prolog jest też do zaorania. I być może wszystko inne też (włączając skrót c.d.n., gdyż nie zamierzam wcale pisać o Zonbi-Asu).




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości