[18+] Skra cz.1 (c.d. Pirata)

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1333
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

[18+] Skra cz.1 (c.d. Pirata)

Postautor: Misieq79 » śr 28 cze 2017, 10:26

Ciąg dalszy Pirata, kolejna retrospekcja, która w sumie stanowi oddzielne opowiadanie.
Termin Skra zerżnąłem bezczelnie z polskiego tłumaczenia Girl Genius na fabrykakomiksu.pl, ale cóż - jest krótki, chwytliwy i na temat.

wulgaryzmy, przemoc seksualna

SKRA

Rok wcześniej

Reckard, żeby nie było, słyszał wcześniej o Skrach. Jednak opowieści o ludziach, którzy na ręcznej tokarce potrafią zrobić silnik do samolotu, traktował jak legendę. Później, gdy Księżniczka stała się Chciwością, nie mógł nie zauważyć, że karabiny zdobyte na Szermierzu jakoś nie chcą się zacinać, nie łamią się w nich drobne części i sprężyny. Gdy Zeglej zamknął się w warsztacie z karabinami, które kapitan posiadał wcześniej, te po przeróbkach również stały się niezawodne. Inna sprawa, że na każdy zużył pięć dni pracy i kolejne dwa nieprzerwanego snu. A niedługo potem namówił kapitana na zakup armatki automatycznej.


- To gówno? - zapytał Reckard półgłosem, nie chcąc obrazić sprzedawcy. Bo i co tu gadać, działko znaleźli wyspiarze w leżącym w dżungli od kilkunastu lat wraku sterowca. Było pogięte, przerdzewiałe, drobne części były spieczone w jedną masę. W ogóle nie przypominało broni, raczej stary piecyk.
Zeglej jednak, zamiast odpowiedzieć, przyklęknął przy złomie, pogładził rękami chropowatą powierzchnię. Jakby pieścił kochankę, pomyślał Reckard. Zbrojmistrz po chwili obrócił się. Na policzkach miał rumieńce, oczy mu błyszczały. Rzeczywiście jakby dotykał kobiety.
- To - powiedział, tonem nie przyjmującym odmowy. Reckard westchnął, po takim pokazie czułości wiedział już, że nie kupi tanio. Zaiste, po półgodzinnym targowaniu wysupłał półtora orła za kawałek złomu, wart w jego mniemaniu góra kilkadziesiąt piór.
- I co teraz? - zapytał później, gdy szóstka jego ludzi wtargała zakup na wózek zaprzężony w karga.
- Teraz będę potrzebował stali. Dobrej, maszynowej. Podam kapitanowi wymiary. I, za pozwoleniem, wybiorę sztaby. I blachy mosiężnej, jedna szesnasta cala.
- Może jeszcze marmur i srebro? - warknął Reckard, nagle pełen przeczucia, że zmarnował pieniądze.
- Nie będą potrzebne - odparł Zeglej, jakby nie wyczuł sarkazmu. A potem jego oczy straciły blask, wróciło poprzednie spojrzenie - nie będzie kapitan żałował. Proszę mi zaufać.
- To się według ciebie nadaje do naprawy?
- Ależ skąd, kapitanie. To śmieć. Ale posłuży mi jako wzorzec.
- Wiele tam wzorca nie zostało…
- Ja go widzę, kapitanie - odparł zbrojmistrz z przejęciem - to kiedyś działało. I ja widzę ślad tego działania.
- Cóż, ciekawe. Chętnie zobaczę cię przy pracy.
- Jeśli sobie kapitan tak życzy. Ale wtedy proszę mi wybaczyć moją małomówność.



Odwiedzili jeszcze hutę, gdzie kapitan nabył wskazaną przez Zegleja stal. A potem zbrojmistrz zabrał się do pracy.
Załoga musiała wiedzieć, co należy czynić w tych przypadkach. Wilżyna i motorzysta Krużganek, gdy tylko zobaczyli wyraz twarzy zbrojmistrza, skomentowali “znowu” i zajęli się zorganizowaniem strawy dla niego. Reckard miał kilka spraw do załatwienia, więc odwiedził warsztat dopiero wieczorem.
Małomówność była eufemizmem. Zeglej nie wstał, co więcej, nawet nie podniósł głowy, gdy kapitan wszedł. Siedział za zbitym z grubych bali stołem przy prostej tokarce. Wszędzie walały się różne narzędzia. Zakupiony kawał złomu również tam leżał. Zbrojmistrz trzymał w rękach kawałek stali i obrabiał go. Metalowe strużyny spadały jedna po drugiej na blat, na podłogę, w talerz z wystygłym jedzeniem i w naczynie z piwem. Fragment, który frezował, nabierał już kształtów i kapitan rozpoznał pokrywę komory zamkowej. Zeglej nie używał żadnych imadeł, żadnych miar. Strugał stal jak dziecko drewnianego konika. Oczy mu błyszczały, jak wtedy na targu. Gdyby nie rozpędzony frez o pół cala od palców zbrojmistrza, Reckard pewnie zamachałby dłonią przed jego oczami. Teraz jednak stał i patrzył. Minęła dobra godzina, zanim Zeglej skończył element. Odłożył go, magnesem zebrał z talerza metalowe wióry, ugryzł kęs posiłku, popił piwem.
- O, witam, kapitanie. - i zabrał sie dalej do roboty. Tym razem wziął kawał stali długości sześciu stóp, z wysiłkiem umieścił go w imadłach i puścił w ruch wielką poziomą wiertarkę.
Reckard zaglądał jeszcze kilka razy, za każdym razem widząc podobny obraz, obserwował też, jak załoga nosi jedzenie i picie, wynosi brudne naczynia i wiadro z nieczystościami. Po kolejnych kilku dniach zbrojmistrz przyszedł doń sam.
- Skończyłem - oznajmił. Policzki miał zapadnięte, ręce drżące, stracił chyba z dziesięć, jak nie piętnaście funtów wagi. Vissir wstał i poszedł za nim do warsztatu. Na stole warsztatowym, wśród opiłków i rozrzuconych narzędzi, leżały dwa działka. Jedno, to które zakupili, dalej było kawałem zardzewiałego złomu. Drugie, błyszczące powłoką świeżego smaru, wyglądało jak dzieło książęcych arsenałów. Zeglej bez słowa, z absolutnym brakiem poszanowania dla osoby kapitana, wgramolił się na pryczę, owinął w koce i zasnął jak zabity.



- Zawsze potrzebujesz wzorca? - zapytał kapitan kilka dni później, gdy zbrojmistrz odespał, zakupili odpowiednią amunicję i przestrzelali nabytek.
- Zasadniczo tak. To znaczy, mogę pracować i bez. Raz zbudowałem dla Barona działko od podstaw. Bez wzorca. Wziąłem stal i budowałem. Ot, leży tam, pod szmatami - pokazał w kąt warsztatu - sęk w tym, że żeby działało, musiałbym produkować do niego również amunicję.
- A nie możesz?
- Ależ oczywiście. Dwanaście do piętnastu naboi dziennie. A tyle wystrzeliwuje w sekundę...
Reckard gwizdnął cicho. Podana wartość dwukrotnie przewyższała tempo lotniczych armatek, stosowanych na nielicznych myśliwcach.
- Uprzedzając pytanie, nie można zamówić do niego amunicji. Mniejsza z tym, że nietypowy kaliber i trójkątne łuski. Nie pytaj dlaczego, kapitanie, po prostu czułem że takie muszą być. Dość że Baron zamówił raz za ciężkie orły dwieście sztuk. Od razu rozerwało łuskę w zamku. Zamówił słabsze, to strzelało dwukrotnie wolniej i zacinało się. Więc maszynka leży tu i porasta kurzem.
- Ja skopiuję lub naprawię każdą broń - kontynuował Zeglej. - Będzie działać, strzelać amunicją którą można kupić i naprawi ją każdy rozgarnięty rusznikarz. O, zegarek też naprawię - uśmiechnął się - sęk w tym, że naprawię tak, że będzie chodził szybciej.
- A powiedz mi… dlaczego w takim razie remontujemy silniki na Andzie? Skoro potrafisz takie rzeczy?
- Ponieważ ich nie czuję, kapitanie. Do mnie przemawia siła prochu. Nie ropa, czy para…

Dlatego właśnie kilka miesięcy później przylecieli na Andę - kolejną z bezpańskich wysp na granicy Gardachu. Po ucieczce przed książęcą fregatą jeden z silników Chciwości zaniemógł. Strzelał, pluł czarnym dymem, żłopał smar jak opętany. Główny mechanik, Dołczan, rozłożył ręce i wypowiedział straszne słowo remont. Chcąc nie chcąc, Reckard kazał zdemontować silnik, załadować na kuter i wypłynął z siódemką ludzi, w tym Dołczanem i Zeglejem. W głównym porcie na Andzie były oczywiście warsztaty, lecz Baron od dawna korzystał z usług pewnego mechanika w małej rybackiej mieścinie. Na płytkich przybrzeżnych wodach nie musiano obawiać się Strażnika, toteż kuter posiadał silnik i popychany nim dopłynął wcale szybko.
- Witam, mistrzu Łatczynie! - zawołał uprzejmie kapitan, gdy zaprzężony w dwa kargi wóz z załadowanym nań silnikiem wtoczył się na podworzec warsztatu.
- Czcigodny Vissir - otyły, brodaty mężczyzna w poplamionym smarem fartuchu rozłożył przyjaźnie ręce - cóż za przypadek sprowadza w moje skromne progi?
- Przypadek leży na wozie - odparł Reckard - a co dokładnie, to już Dołczan mistrzowi wyjaśni.
- Tedy zapraszam do mnie - Łatczyn wytarł dokładnie ręce, zanim odwzajemnił uścisk dłoni kapitana - omówimy sprawy. A silnik proszę do szopy.
Zaproszeni zniknęli w biurach warsztatu. Pozostała szóstka, klnąc i dodając sobie animuszu, podtoczyła wóz pod dźwig. Następnie przenieśli wielki blok żelastwa na platformę na rolkach i wtoczyli ją do wskazanej szopy. Zeglej nie wyszedł od razu. Maszyny zawsze go ciągnęły, rozglądał się po stojących w środku rozbebeszonych silnikach wszelkiego rodzaju - topornych jednostkach do traktorów i fabryk, wysokich na cztery stopy gwiazdach do samolotów czy wielkich klocach, które poruszały sterowce i przybrzeżne statki. Dopiero po chwili zobaczył dziewczynę.
Stała po przeciwnej stronie silnika Chciwości, dlatego nie od razu ją zauważył. Wpatrywała się w wielki żeliwny blok jak urzeczona. Już nie dziecko, mogła mieć szesnaście, góra osiemnaście lat. Niezbyt ładna, o klockowatej figurze niemal pozbawionej talii i piersi, z wyłupiastymi oczyma i nieco zbyt cofniętym podbródkiem. Ubrana w proste, mocno wytarte odzienie wieśniaczki. Podeszła do silnika, oparła na nim rękę.
- Tak cię interesują silniki? - zapytał przyjaźnie.
- Ten jest… chory.
- Tak, a mistrz Łatczyn go wyleczy - powiedział pobłażliwie, jak do małego dziecka. Ale odpowiedź go zaskoczyła.
- Pękło mu. To… naczynie - nie znajdując słów, uczyniła gest jakby obejmowała ręką coś okrągłego - i drugie też. A te… kulki, one latają zbyt luźno. I te... dmuchawki są okropnie brudne.
- Skąd ty to wiesz?
Przesunęła ręką po chropowatym kadłubie
- Po prostu wiem.



- Dołczan - Zeglej przy pierwszej okazji wziął mechanika na stronę - co konkretnie nawaliło w silniku?
- Co, pukawki w niełasce? - zakpił przyjaźnie tenże. Z Zeglejem szanowali się i dogryzali sobie jak przystało dwóm nie wchodzącym sobie w paradę fachowcom - dobrze by było, gdybyś wziął się i za silniki. Ten chyba długi tydzień postoi, jak nie lepiej. A co pieniędzy pójdzie…
- Skończyłeś? - warknął zniecierpliwiony zbrojmistrz.
- Kto ci wyżarł ser z bułki? To słuchaj i naprawiaj. Pękły tuleje trzeciego i siódmego cylindra, zwichrowało łożysko wału między dwójką a trójką. No i wtryski do przeczyszczenia, o ile nie do wymiany. Co ci tak szczęka opadła?

Zbrojmistrz postanowił przeprowadzić małe śledztwo, zanim pójdzie do kapitana. Sam do wieku dwudziestu dwóch lat o broni wiedział tylko którą stroną strzela i gdzie nacisnąć. Aż jednego dnia wziął do ręki prosty pistolet i natychmiast zobaczył. Widział cały mechanizm, jakby ów był przezroczysty. Poczuł niedoskonałości na gwincie lufy, obluzowaną oś spustu, wysuwającą się z obejmy iglicę. I w jednej chwili wiedział, jak to naprawić. Jak zbudować od nowa.
A dziewczyna? Odczekał do odpowiedniej chwili i zaczepił mistrza Łatczyna w chwili, gdy ów był sam. Wieczorem, po pracy, tedy mechanik zdążył już pokrzepić się wzmocnionym winem.
- Co to za dzierlatka, mistrzu? Ta co stoi i gapi się na silniki? Wcześniej jej tu nie widziałem - spytał zbrojmistrz i z wdzięcznością przyjął kielich.
- Ot, tyleż właśnie ci powiem, mistrzu Zeglej. Cięgiem stoi i gapi się w silniki. Tak od dziesięciu czy dwunastu tygodni chyba zaczęła przychodzić. I nic, tylko prosiła żebym jej popatrzyć dał. Toteż stoi i patrzy. Widywałem ją wcześniej, mieszka o jaką milę stąd. Jakaś głupkowata, mawiają, a i samemu człek widzi. Rodzice pewnie ją precz wyrzucą, bo to ani do gospodarstwa, ani do pracy...
Zeglej nie skomentował. Słuchał dalej.
- I czasem tak się zapatrzy, że mógłbyś jej rękę pod spódnicę dać,a ona nic - zarechotał mechanik. Zeglej, świadom że w istocie gospodarz musiał już próbować, zaśmiał się również. Sam lubił ledwo dojrzałe dziewczyny, a zwłaszcza takie, co się nie opierały. Alkohol i obfitość dostępnych w Gardachu i na wyspach narkotyków znacznie mu to ułatwiały.
- Zresztą chodźmy, pewnie znowu tam stoi - gospodarz wstał, osuszył kielich i powiódł gościa do szopy z silnikami. Rzeczywiście, stała tam, wpatrzona w gwiazdowy silnik do samolotu, gładząc ręką żebra cylindrów. Nie zwróciła na nich uwagi, nawet gdy Łatczyn podszedł, bez ceregieli zadarł jej spódnicę i wsunął rękę między uda.
- Ot, widzi? - zarechotał. Zeglej wzruszył ramionami. Może i lubił niedorostki, ale ładne. Ta konkretna absolutnie go nie pociągała - to ja was zostawię. Nie krępujcie się, mistrzu - rzekł mechanik wychodząc.



Zbrojmistrz poczekał cierpliwie, aż roziskrzone oczy dziewczyny przygasną. Dopiero wtedy wyczuła jego obecność, odwróciła się.
- Jak ci na imię, dziecko?
- Łuna, panie
- Chciałbym, żebyś mi w czymś pomogła.
Kiwnęła głową i poszła za nim zupełnie ufnie, nawet gdy zaprowadził ją do niedużego, pustego warsztatu. Naiwne dziecko, pomyślał. I to jeszcze w takim miejscu.
Z kieszeni wyjął zegarek, w który uderzył kolbą pistoletu przed rozmową z Łatczynem. Gdy zrobił to, oczywiście poczuł, które kółka i ośki się zwichrowały, co się złamało. Podał go jej.
- Czujesz, co jest zepsute?
Zważyła go chwilę na dłoni.
- Tak. czuję.
- A potrafisz naprawić?
- Potrzebuję… - przerwał jej gestem, wyciągając z torby komplet narzędzi i kawałki stali odpowiedniej grubości. Usiadła przy stole i zabrała się do pracy.
Dobre trzy godziny później Zeglej trzymał w dłoni naprawiony zegarek. Odruchowo przyłożył go do ucha, ale i bez tego czuł, że działa. I że chodzi szybciej niż poprzednio.



Reckard Vissir już następnego dnia odwiedził dom Łuny i najzwyczajniej w świecie kupił dziewczynę od rodziców, więcej niż chętnych pozbyć się głupkowatego darmozjada. Był kupcem, więc wiedział jaką cenę zaproponować, by uniknąć długich targów i zarazem nie sprawić wrażenia, że szczególnie mu na Łunie zależy. Nie miał też wyrzutów sumienia - nigdy ich nie miał, kupując cokolwiek od osoby nieświadomej prawdziwej wartości przedmiotu. Zresztą, gdyby poświęcili jej odrobinę uwagi… tylko dobiegający zza zamkniętych drzwi szloch młodszych braci świadczył o tym, że ktokolwiek w tym domu dziewczynę kochał. Rodzice, para biednych i jak to biedota chciwych wieśniaków, nie interesowali się jej dalszym losem. Czy w istocie, jak zapewniał Reckard, będzie tylko prać i sprzątać, czy też jej uda obsłużą całą załogę pirackiego okrętu. Wyszła z domu z kapitanem, dźwigając ubogie zawiniątko z odzieżą. Nie oglądała się za siebie.



Reckard był na tyle rozsądny, by zostawić u Łatczyna silnik Chciwości na czas naprawy. Gdyby zabrał go od razu, spaliłby za sobą ważny most. W tym czasie popłynęli z powrotem na Rodopę. Wiadomość o nowym członku załogi rozeszła się wśród pirackiej braci szybko. Większość przyjęła to obojętnie lub przyjaźnie. Dołczan natomiast dość wrogo - Skra, budująca silniki, zagrażała jego pozycji pierwszego mechanika. Wilżyna natomiast była zła dlatego, że za wszystkim stał zbrojmistrz. I że Łuna zareagowała przestrachem na widok jej twarzy.
- Słuchaj, Zeglej - zaczęła, spotkawszy go na stronie pewnego wieczoru - mało ci dziewczynek że kazałeś kapitanowi sobie jedną kupić?
- Kazałeś, dobre. Jakby kapitanowi dało się cokolwiek kazać.
- Wiem co lubisz, Zeglej. Każdy wie. Ale skoro ona ma być jedną z nas…
- Po pierwsze, to nie Zeglej, tylko panie trzeci.
- Panie trzeci to ty sobie jesteś w powietrzu. Na lądzie jesteś Zeglej-lubię-niedorosłe-dziewczynki. A tych masz pełno na każdym rogu.
- Ty ją widziałaś? - zaśmiał się - rozważyłbym wychędożenie jej chyba po dwudziestu tygodniach długiego, nudnego lotu. Już prędzej wychędożyłbym ciebie. Po piętnastu. Albo Mavluda, jednako mnie pociągacie.
- Nie jesteś w moim typie - rozległ się tubalny głos zza rogu. Nie zauważony przez nich, olbrzymi grol stał oparty o ścianę i zwijał skręta z mancanangą.
Wilżyna postąpiła krok, palcami lewej ręki rozchylając dekolt koszuli. Zbrojmistrz, który był niższy o pół głowy, cofnął się. Przyparła go do ściany. Nachyliła się do ucha.
- Jakbym przypadkiem zobaczyła - zaczęła, muskając koniuszkiem języka ucho Zegleja - że pomyliłeś tygodnie samotności z minutami…
- To co? - wychrypiał.
- To poczekam, aż złapiesz swój trans w warsztacie. I naciągnę ci na chuja nakrętkę - cofnęła się, szeroko uśmiechnięta, przez co po wytatuowanej stronie miała dwa rzędy zębów - pewnie jakąś drobną, znajdzie się. Zanim skończysz robotę, sczernieje i odpadnie…
- Chyba to nie mnie kapitan kupił dziewczynkę...
Mavlud nie był jedynym niezauważonym słuchaczem. Reckard uśmiechnął się pod nosem i poszedł do siebie.



c.d.n.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar

Awatar użytkownika
P.Yonk
WModerator
WModerator
Posty: 909
Rejestracja: sob 17 cze 2017, 20:08
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: cukry.ozdobne.występy
Płeć: Mężczyzna

[18+] Skra cz.1 (c.d. Pirata)

Postautor: P.Yonk » sob 01 lip 2017, 21:50

emocje: ...bomba, świetne... wciągnęło i nie jak poprzednio, zapamiętałem...

Proszę o zwracanie uwagi na konstrukcję wypowiedzi oraz interpunkcję. Jesteśmy na forum literackim, więc wypowiedzi w postach też powinny wyglądać odpowiednio. WR

Added in 1 hour 3 minutes 55 seconds:
RoboTeller pisze:Source of the post emocje: ...bomba, świetne... wciągnęło i nie jak poprzednio, zapamiętałem...

Dopisuję w osobnym poście. Będąc "Kmiotkiem" nie mogę chyba edytować własnych postów...

Po pierwszych emocjach, przyszły chłodniejsze przemyślenia:
1. Może to moja nieuwaga, ale nie pamiętam czy gdzieś opisywałeś świat, w którym toczy się akcja. Interesuje mnie kwestia fizyki np. Ale najpierw jakie są Twoje założenia? Fizyka ma być zbliżona do "naszego Wszechświata", czy taka sama? Pytam, bo z tym wiążą się dwie kwestie:
1.1 - Rozmiary i waga silników, wielkość załogi (liczba), pasażerów, liczba kabin itp. Jakiego gazu używają, wyporność... itd.
1.2 - Jeśli fizyka jest zbliżona tylko, to robią się spokojniejszy. Po prostu "przymykam oko" i pozwalam na więcej magyi :) - choćby we wręcz nadprzyrodzonych zdolnościach zbrojmistrza, czy Łuny - zwanych 'skrami'. Tak, wiem że są tam istoty takie jak 'grole' - domyślam się, że to nie są ludzie. Więc jak są grole, to mogą być skry. Gdy 'przymknę oko', dopuszczam te fantazje, pociąga mnie ta łatwość skry, ta zdolność, talent niemal magiczny - dotyka i wie... pięknie. Ale gdyby miało być bardziej rzeczywista rzeczywistość, to sugerowałbym kilka zmian, np.:

- zamiast magicznego talentu - savantyzm, asperger - mistrzowie w wąskiej dziedzinie, ale problematyczni w komunikacji, w socjalizacji - co zresztą - chcący, lub niechcący - sugerujesz. Zbrojmistrz małomówny, dziewczyna jakby "opóźniona" w rozwoju. Jeśli savanci, to
- inaczej musiało by wyglądać dzieciństwo zbrojmistrza:
Zamiast:
Sam do wieku dwudziestu dwóch lat o broni wiedział tylko którą stroną strzela i gdzie nacisnąć. Aż jednego dnia wziął do ręki prosty pistolet i natychmiast zobaczył. Widział cały mechanizm, jakby ów był przezroczysty. Poczuł niedoskonałości na gwincie lufy, obluzowaną oś spustu, wysuwającą się z obejmy iglicę

w tym przypadku lepiej by było:
Od małego ciągnęło go do broni palnej: giwer, pistoletów, lanc ognistych, muszkietów, karabinów, strzelb, flint, czy rusznic, armatek i haubic. Wszystko co tylko miotało czymkolwiek chciał dotykać i pieścić, rozbierać do ostatniej śrubki, do ostatniej sprężynki. Stary rusznikarz pozwalał mu na to, widząc w jaki stan wprowadzały go te zabawki. A dzięki temu nauczył się ich na pamięć. Dziś wystarczyło mu zastukać parę razy i wiedział co nie działa. Widział cały mechanizm, jakby był przeźroczysty. Czuł niedoskonałości, obluzowaną oś spustu (?), wysuwającą się z obejmy iglicę, mikropęknięcia na łożu.(...)

To samo widzi u dziewczyny...
Nie wiem czy wyjaśniłem o co mi chodzi. Savanci to ludzie, których mózgi inaczej odbierają, filtrują i przetwarzają świat, ale to ludzie, bez magicznych zdolności...
Ale to tylko w sytuacji, jeśli jednak nie ma magyi w Twoim/opowiadania świecie. :)

WR pisze:Proszę o zwracanie uwagi na konstrukcję wypowiedzi oraz interpunkcję. Jesteśmy na forum literackim, więc wypowiedzi w postach też powinny wyglądać odpowiednio. WR

Najszczerzej proszę o wybaczenie :) - emocje mnie poniosły, poddałem się im, a emocjom przeszkadzają te wszystkie językowe "konstrukcje i interpunkcje"... :) - ale będę się pilnował. :)

Added in 7 minutes 34 seconds:
RoboTeller pisze:Source of the post To samo widzi u dziewczyny...

tyle, że savant nie zobaczyłby dziewczyny, a tym bardziej nie zobaczyłby tego samego "talentu" u niej, co u siebie. To musiałby być kapitan. To on mógłby dostrzec podobieństwo dziewczyny do Zbrojmistrza i jednocześnie jej odrębność i talent do silników.


"Im więcej ćwiczę, tym więcej mam szczęścia"
"All the signs show that I'll move somewhere soon. I don't know where, but the sky will be blue, and too bright the Sun."
"Jem kamienie. Mają smak zębów."

Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1333
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

[18+] Skra cz.1 (c.d. Pirata)

Postautor: Misieq79 » ndz 02 lip 2017, 00:05

RoboTeller pisze:Source of the post 1. Może to moja nieuwaga, ale nie pamiętam czy gdzieś opisywałeś świat, w którym toczy się akcja. Interesuje mnie kwestia fizyki np. Ale najpierw jakie są Twoje założenia? Fizyka ma być zbliżona do "naszego Wszechświata", czy taka sama? Pytam, bo z tym wiążą się dwie kwestie:
1.1 - Rozmiary i waga silników, wielkość załogi (liczba), pasażerów, liczba kabin itp. Jakiego gazu używają, wyporność... itd.


Fizyka i magia się nie wykluczają.
Fizyka jest taka sama, zwiększony udźwig sterowców w porównaniu do "ziemskich" uzyskałem dzięki większemu ciśnieniu atmosferycznemu (mieszkańcy planety są od tysiącleci przyzwyczajeni do 2000 a nie 1000hPa), może i wiekszej domieszce ciężkich gazów szlachetnych.
Gaz nośny to przeważnie hel, na Gyvie (tak się nazywa planeta) jest więcej jego naturalnych złóż niż na Ziemi. Owszem, kosztuje, jest to surowiec strategiczny, ale dostępny. Wodór też ma swoją niszę, w sterowcach hybrydowych (balonet z wodorem wewnątrz balonetu z helem, by nie powstawała mieszanka wybuchowa przy wycieku), co się przydaje gdy np trzeba zawieźć fracht tylko w jedną stronę, a druga wraca się na pusto i można spuścić tani jak barszcz wodór zamiast helu.
Silniki to poziom techniki z lat 20-początek 30 XXw. Nowocześniejszą technologię (czyli do poziomu II wś) można albo nabyć od organizacji roboczo zwanej Ligą Inżynierów (jeszcze jej nie wprowadziłem, w jednym opowiadaniu jest wzmianka), albo może zrobić ją Skra.

RoboTeller pisze:Source of the post Gdy 'przymknę oko', dopuszczam te fantazje, pociąga mnie ta łatwość skry, ta zdolność, talent niemal magiczny - dotyka i wie... pięknie.

Umiejętności Skier zatrącają jednak o magię.

RoboTeller pisze:Source of the post Od małego ciągnęło go do broni palnej: giwer, pistoletów, lanc ognistych, muszkietów, karabinów, strzelb, flint, czy rusznic, armatek i haubic. Wszystko co tylko miotało czymkolwiek chciał dotykać i pieścić, rozbierać do ostatniej śrubki, do ostatniej sprężynki. Stary rusznikarz pozwalał mu na to, widząc w jaki stan wprowadzały go te zabawki. A dzięki temu nauczył się ich na pamięć. Dziś wystarczyło mu zastukać parę razy i wiedział co nie działa.


Ładne. Podoba mnie się. Czekam na coś Twojego.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 11 gości