Pirat cz.3

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1335
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Pirat cz.3

Postautor: Misieq79 » śr 21 cze 2017, 11:47

Trzecia część "Pirata" . Trochę opisywania, wreszcie akcja.
Mam pewien dylemat - wrzucać po kolei fragmenty, czy szukać chętnych do zbetowania całości.
Wzmiankę o zakładnikach prawdopodobnie rozwinę w pełne opowiadanie.


Major policji Gardachu dodał dwa do dwóch i skonstatował, że Księżniczka nie mogła jednocześnie wyławiać rozbitków z Szermierza i próbować złupić Szlachara o półtora tysiąca mil dalej. Przeczuwał jednak, że niedługo do władz Republiki dotrze oficjalna nota. Poradził tedy przyjaźnie Reckardowi, by ten nie zwlekając odleciał na wyspę zwaną Rodopą, a stamtąd podróżował do Gardachu raczej innym statkiem.
Senat Republiki Gardachu nie był aż tak bezczelny, by otwarcie pozwolić pirackim okrętom na dokowanie na własnym terenie. Natomiast na północno-wschodnim skraju jej wód terytorialnych znajdowało się kilkanaście zamieszkałych wysp, do których Republika oficjalnie nie rościła pretensji. Rodopa była największą z nich. Tam właśnie powstały niezależne miasta, w których kwitł handel zrabowanymi towarami. Ekspedycje karne ościennych księstw pojawiały się tam regularnie, z mniejszym lub większym sukcesem, gdyż Republika oficjalnie nie mieszała się do tych spraw. Łatwiej jednakże było zdobyć niż utrzymać, a że jak wspomniano wojny poszczególnych księstw z samym Gardachem wybuchały z godną podziwu regularnością, w każdym takim przypadku republikańskie wojska pospołu z tubylcami wyrzucały zdobywców i przywracały wygodny dla siebie stan poprzedni.



Tak to Reckard Vissir niejako na życzenie Visquisów został piratem. Miał do dyspozycji resztki piratów Szermierza, którzy umieli się bić i znali niuanse walki na sterowcu - nie tylko tych, których uratował, ale także kilku, którzy z różnych przyczyn nie polecieli w ostatni lot. W tym właśnie pierwszego oficera i lekarza pokładowego. Do tego dochodziło piętnastu ze starej załogi Księżniczki, którzy byli dobrzy może w portowej bijatyce, ale umieli sterowcem latać. Zaś nazwisko Eckreda wystarczało, by na Rodopie czy na wyspach Morza Aglajskiego zwerbować ilu chcieć tubylców, użytecznych do walki na ziemi i pokładzie żaglowca. Do tego mieli dojścia do siatki kontaktów Barona. Tym zajmował się wyszczekany Traganek. Zaś Zeglej… jego zalety Reckard poznał później.
Skoro Visquis przyczepił mu łatkę pirata, postanowił odpłacić pięknym za nadobne. Odwet, jaki zaplanował, był wyważony. Jednym statkiem nie był w stanie zagrozić istnieniu kompanii. Natomiast część kupców i możnych miała konszachty z piratami, wynajmowała ich nie raz i nie dwa razy do prywatnych porachunków, aczkolwiek każdego przyłapanego na tym procederze czekał taki los, jak samego pirata - przykucie do pala na plaży, gdzie czekał na przypływ. Albo, jeśli podpadł pod jurysdykcję floty powietrznej - dwa tysiące stóp lotu bez spadochronu.
Reckard rabował tedy żaglowce i statki powietrzne, ale zawsze zostawiał fracht i przesyłki Visquisów nienaruszone. Łupił za to ochoczo ich konkurencję. Bywało, że zbliżał się do statku w barwach kompanii, zwłaszcza jeśli wiedział że ów przewozi pasażerów - i, będąc już widzianym w pełnej krasie, zawracał. Jednocześnie zadbał o puszczenie licznych plotek. Teraz, po trzech latach i rozwinięciu sieci informatorów odziedziczonej po Baronie widział, że służby książęce powoluśku zaczynają interesować się kompanią Visquis i synowie.



Trzy dni wcześniej

Ładunek Skrzydlatego stanowiły leki i chemikalia, które mogły nie znieść długiej podróży w ładowni żaglowca. Sześćdziesiąt dwie skrzynie owoców. Cztery bloki surowej żywicy nakili. Do tego manifest specjalny - siłą rzeczy nie wyszczególniony, jedynie nadawcy. Poczta - jeśli ktoś płacił krocie za szybki przewóz sterowcem, to być może zawartość listów będzie na tyle cenna, by sprzedać je ponownie nadawcom. Lub ich wrogom.
Reckard i Eckred Camden-Brix przeglądali zdobyty od skorumpowanego urzędnika manifest statku.
- O! Przesyłka kompanii Visquis.
Reckard przeczuwał, iż jest to wysyłany co dwa tygodnie przekaz pieniężny. Zapewne tysiąc dwieście-trzysta złotych orłów.
- Kapitan zamierza, jak rozumiem, zostawić? - zapytał Eckred retorycznie. Doskonale wiedział o zaszłościach kapitana z kompanią, jak również o jego strategii.
- Żal byłoby obrabować ojców chrzestnych naszego pięknego statku, nieprawdaż?
Rozmowa toczyła się w jednej z kilku kryjówek, jakie przez trzy lata pirackiego procederu Reckard stworzył na wyspach Morza Aglajskiego. Archipelag nadawał się do tego doskonale - z morza wystawało tam, w zależności któremu kartografowi wierzyć, od dwóch tysięcy trzydziestu do dwóch tysięcy czterystu siedmiu wysp i wysepek. Lwią część z nich natura obdarowała zatoczkami, wąwozami i gęstą roślinnością, zapewniającą zarówno kryjówkę, jak i pożywienie. Pasażerskie i handlowe jednostki w miarę możliwości omijały archipelag szerokim łukiem - nie tylko z uwagi na zdradliwe prądy morskie i powietrzne, ale i piratów oraz niekoniecznie przyjaznych mieszkańców, zawsze chętnych poprawić swoją nędzną egzystencję zawartością luków rozbitego żaglowca. Flota książęca owszem, patrolowała teren, ale na olbrzymim obszarze było ich po prostu za mało.



Rozmowę prowadzili w zbitym z bali pawilonie, ukrytym wśród gęstej roślinności. Umieszczony pod sufitem wachlarz, poruszany przez umieszczony na dachu wiatrak, leniwie popychał gorące powietrze. Obaj popijali z tykw lekkie miejscowe piwo. Eckred ubierał się w strój z barwionej na zielono skóry, przy pasie miał szablę i rewolwer. Lotniczym obyczajem włosy nosił splecione w harcap i starannie natłuszczone.
Eckred Camden-Brix stał się piratem właśnie przez nieostrożne kontakty z tymiż. Jego także uratowała ucieczka - nie od więzienia jednak, a od łańcuchów i pala powoli zalewanego przez przypływ. Gdy Szermierz wyruszał na swą ostatnią wyprawę, szczęśliwie dla siebie leżał chory w swoim domu w Gardachu. Ród Camden był niegdyś książęcym, jednak jego potomek nauczył się ścierpieć nad sobą komendę człeka niższego stanu.
- A załoga? To niemała suma.
Kapitan zmarszczył brwi. Lojalność załogi zawsze na pstrym koniu jeździła. Owszem, część z nich poszłaby za Reckardem w ogień, mijając obojętnie sterty złota i nagie dziewoje, lecz większość chciała się po prostu wzbogacić. Prawie pięć orłów na głowę - może nie była to suma, za którą dałoby się rozpocząć nowe życie, ale stanowiła równowartość niemal półrocznych zarobków robotnika. Podziękował w duchu bogom za bogaty łup z dwóch ostatnich żaglowców.
- Uszanuje to - odparł, wierząc w to, co powiedział. A potem dodał - zresztą, o tej kwocie wiemy tylko my dwaj. Zakładając, że w istocie w przesyłce jest złoto.
Eckred kiwnął głową. Nie ruszone to nie ruszone, do zakazanej skrzyni w istocie nikt nawet nie zajrzy.
- Co jeszcze?
- Dwie skrzynie, razem osiemset funtów, nadane z Arsenału. Odbiorcą jest hrabia Carvajal y Moreno. Broń albo części do samolotów. Pożyczymy sobie... Lista pasażerów. Siedemnaście sztuk. Zaraz… goły, goły, goły, goła… O, Gero Mathais…
- Zapomnij. Nie bierzemy zakładników…
Nie bierzemy, pomyślał po raz setny Reckard. Początkowo robił to, chociaż zakładnicy często bywali kłopotliwym towarem, którego wartość rosła przy opowiadaniu, a znacząco spadała przy wykupie. Trzeba było ich karmić, pilnować, znosić urażoną dumę i nie uszkodzić przy tej czynności. Aż raz, w ciągu raptem tygodnia, doszło dwukrotnie doszło do “komplikacji”. Pierwszy, dumny szlachcic z pomniejszej gałęzi Monfalconów, z wielką urazą uzgodnił okup na trzysta złotych orłów. Próba przekazania okazała się okrutnie nieudolnie zaplanowaną zasadzką, w której Reckard stracił jednego człowieka za jedenastu z drugiej strony. A potem, bez większego żalu, Monfalcona zastrzelił. Z drugim przypadkiem było gorzej - przetrzymywana na Rodopie córka kupca, niewiarygodne, uciekła. Nie znając miasta, zapuściła się w jedną z gorszych dzielnic i wpadła w łapy gangu niejakiego Mszywioła. Zanim piracka załoga złapała trop i dotarła do rudery, w której ów gang miał leże, było już za późno. W środku, poza pięcioma ludźmi Mszywioła, znaleźli zmaltretowany, skrwawiony, patrzący nieprzytomnymi oczami strzęp ludzkiej istoty. Rzezimieszki, naćpane lemondem, zabawiły się z nią po swojemu. Znacznie dłużej piraci z Chciwości zabawili się z nimi, a także z samym Mszywiołem, który miał pecha wrócić. Dziewczyna zaś, przeleżawszy następne dwa dni w letargu, wyzionęła ducha trzeciego dnia.
- ...zresztą, pan wuj raczej dopłaci, żebyśmy spuścili go z dwóch tysięcy.
- Tedy wszystko, kapitanie.
Reckard wsparł się łokciami o parapet i popatrzył na Chciwość. Kadłub sterowca, pokryty dwoma morgami siatki maskującej, spoczywał w wąwozie poniżej pawilonu.
- Panie pierwszy… wyruszamy za dwie godziny.
Zakaszlał, zasłaniając usta. Z irytacją spostrzegł kropelkę krwi, która osiadła na grzbiecie jego dłoni. Trzy to już wiele, pomyślał. Muszę porozmawiać ze Staenbriggiem po powrocie.



Teraz

Chciwość kryła się w chmurach. Rekard kazał wypuścić kosz obserwacyjny. Zawieszony na długiej linie, niemal niewidoczny dzięki matowej białej farbie, posłużył im za oczy. Informacja za którą kapitan zapłacił była precyzyjna, obserwator złożył meldunek już po paru chwilach. Skrzydlaty znajdował się dokładnie w przewidzianym miejscu, szedł na północ z prędkością pięćdziesięciu pięciu węzłów. Piracki sterowiec teatralnie wypadł z chmur o dwie mile od niego.
- Wezwać do poddania - rozkazał Reckard - i strzał ostrzegawczy.
- Rozkaz! - sygnalista zaczął nadawać reflektorem. Jednocześnie pod kadłubem Chciwości ze zgrzytem opadły maskujące płyty, odsłaniając stanowisko artyleryjskie. Gruchnęło czterocalowe działo. Dobrze wymierzony pocisk rozerwał się trzysta stóp przed i nieco poniżej Skrzydlatego, tworząc w powietrzu fantazyjny szarostalowy kwiat.



Kapitanów statków kurierskich czekały surowe kary, gdyby poddali się bez walki. Ich uzbrojenie było jednak przeważnie słabe, pozwalało na odpędzenie jednego-dwóch samolotów lub stada dzikich saurali. Co więcej, zranienie lub - co gorsza - zabicie kogoś na pokładzie pirata mogło zgotować los znacznie bardziej okrutny. Strzelcy dwóch znajdujących się od strony Chciwości karabinów maszynowych otworzyli tedy ogień krótkimi seriami, z beznadziejnej odległości i rozmyślnie za nisko. Obsługa dziewięciofuntowej armaty w błyskawicznym tempie wystrzeliła pięć równie niecelnych pocisków, które przeleciały daleko za ogonem pirata. Nawet nie mieli zapalników czasowych. A gdy na stanowiskach leżało już dość dowodów bohaterskiej obrony, w postaci próżnych łusek, ze sterówki wystrzelono, jedną po drugiej, trzy białe rakiety. Znak kapitulacji,
- Jak zwykle - uśmiechnął się Reckard, ale bacznie lornetował statek. Ostrożności nigdy za wiele… strzelcy opuścili jednak swe stanowiska, armatkę obrócono w drugą stronę. Skrzydlaty trzymał kurs i zasygnalizował zwalnianie do trzydziestu węzłów.
- Horyzont czysty - zameldował obserwator z górnej platformy.
- Zrzucić samoloty.
W ciągu trzech lat Reckard zdołał nabyć i wyremontować dwa samoloty, a także wyposażyć Chciwość w trapezy do ich dokowania. Najął też dwoje najemników, by je pilotowali. Teraz oba wystartowały, wzbijając się wyżej. Zawsze przy abordażu celu krążyły nad sterowcem, wypatrując problemów.
- Kapitanie… - odezwał się sternik z przejęciem - Gylonos. Patrzy...
Reckard obejrzał się. W istocie, mniejszy księżyc planety wschodził nad horyzontem. I akurat miał na nich zwrócone Oko - wielki krater na równiku.
- Na nich patrzy również - warknął niezadowolony. Także ze swojej własnej reakcji, gdyż poczuł niepokój. Ale cóż poradzić, lotnicy i marynarze zawsze byli przesądni.
- Jest i Itzpotle…
- Oj, to się krew poleje.
Nisko nad horyzontem widniał jasny punkt - planeta, od dawien dawna nazwana imieniem starego boga wojny. Kilku z lotników wciąż oddawało mu cześć; z szacunkiem pochylili głowy w tamtym kierunku.
- Panowie, nakładać zbroje. - Reckard wydał donośnie komendę, by rozwiać nieprzyjemną ciszę na mostku. - Na pokładzie Skrzydlatego stanowczo, ale grzecznie. Parę nosów możecie rozkwasić, jakby kto strugał zucha - dodał z przyzwyczajenia; piraci doskonale znali swoje rzemiosło. - Panie pierwszy, kieruje pan abordażem
- OKRĘT Z PRAWEJ BURTY!!!



Trzy, może cztery mile od Chciwości z chmur wyłaniał się dziób sterowca. Jego przynależność nie budziła wątpliwości - na pomienionym dziobie rozpościerał się na dobre sześćdziesiąt stóp czarny orzeł ze śmigłem w szponach - symbol lotnictwa aglajskiego. Reckard skierował na okręt lornetę. Pękaty, o pięciu silnikach, z kanciastą gondolą pod kadłubem mieszczącą stanowisko artyleryjskie.
- Niszczyciel - stwierdził. W tej chwili przybysz dał w lewo, ustawiając sie półprofilem, a w gondoli wykwitł obłoczek dymu. Pocisk był dobrze wymierzony - flota miała świetnych artylerzystów - ale miał zbyt krótki zapalnik. Rozerwał się bez szkody kilkaset stóp przed Chciwością.
- Cała naprzód! Lewo na burt. Dać ludzi do górnego działa! I gdzie, do cholery, są nasze latajki?
Spojrzał w górę, spodziewając się zobaczyć dwa punkciki idące do ataku na niszczyciel. Zobaczył cztery, związane w podniebnym tańcu. Niemal słyszał ryk pracujących na pełnych obrotach silników, terkot karabinów maszynowych. Odwrócił głowę, spojrzał na zegar. Niszczyciele służyły raczej do bombardowania, ich ciężkie działa miotały wolniejsze pociski. A przeładowanie zajmowało…
- Ostro w prawo! - krzyknął dokładnie w chwili, gdy niszczyciel wystrzelił kolejny pocisk. Ten rozerwał się już niepokojąco blisko. Zwrot umożliwił Reckardowi użycie własnej czterocalówki. Zdenerwowana obsługa spudłowała jednak haniebnie. Następnie Chciwość odwróciła sie do napastnika rufą, a w tym kierunku działo nie mogło strzelać. Zostało jeszcze dwunastofuntowe działo na górnej platformie. Sęk w tym, że było na granicy skutecznego ognia.
Skrzydlaty, jakby się kto pytał, zawrócił w kierunku niszczyciela, pilnując jednak, by nie wejść na linię strzału. Reckard spojrzał w górę, gdzie walczyły samoloty. Jeden z nich pikował właśnie w dół, z gęstniejącym warkoczem dymu za ogonem. Drugi pędził w kierunku Chciwości, mając dwóch przeciwników na ogonie. A zatem ten zestrzelony należał do niego…
- Przygotować się do podjęcia samolotu!
O ile zdoła umknąć pod parasol ognia Chciwości. Reckard podszedł do konsoli silników. Niemal pieszczotliwie ujął centralną manetkę i delikatnie popchnął.
- Wyciągnij nas z tego, kochana - powiedział miękko.
Dwa silniki sterowca ryczały na pełnych obrotach, plując z rur wydechowych czarnym dymem. Trzęsły się i wibrowały, wprawiając swe gondole w drżenie. Przy każdym trzech motorzystów czuwało nad wskaźnikami, których strzałki powoli wychodziły na czerwone pola.
Przy trzecim silniku, który wisiał z tyłu pod kilem, nie było nikogo. Motor, zakuty w polerowane blachy, wibrował niemal niedostrzegalnie. Jego potężne śmigła pchały sterowiec, aż trzeszczały wręgi.



c.d.n.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar

Awatar użytkownika
P.Yonk
WModerator
WModerator
Posty: 909
Rejestracja: sob 17 cze 2017, 20:08
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: cukry.ozdobne.występy
Płeć: Mężczyzna

Pirat cz.3

Postautor: P.Yonk » sob 01 lip 2017, 22:32

misieq79 pisze:Source of the post Aż raz, w ciągu raptem tygodnia, doszło dwukrotnie doszło

[...]aż raptem, w ciągu tygodnia, dwukrotnie doszło[...]
Z drugim przypadkiem było gorzej - przetrzymywana na Rodopie córka kupca, niewiarygodne, uciekła.

[...]Z drugim przypadkiem było gorzej. Przetrzymywana na Rodopie córka kupca - niewiarygodne - uciekła![...]
- wydaje mi się, że tak byłoby lepiej... :)

to tak na szybko... poza tym jak zwykle bombowo i wystrzałowo... Czekam na dalsze części :)


"Im więcej ćwiczę, tym więcej mam szczęścia"
"All the signs show that I'll move somewhere soon. I don't know where, but the sky will be blue, and too bright the Sun."
"Jem kamienie. Mają smak zębów."

Awatar użytkownika
Grandel
Umysł pisarza
Posty: 769
Rejestracja: sob 04 mar 2017, 19:26
OSTRZEŻENIA: 3
Lokalizacja: z nienacka
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Pirat cz.3

Postautor: Grandel » sob 01 lip 2017, 23:00

Barwnie, ale nic poza-nadsłowiem. Mniej kolorowych piórek, więcej konkretnej treści, ja osobiście bym sobie życzył.


Nie ma rzeczy bar­dziej niewiary­god­nej od rzeczywistości.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości