Młynarz i kapliczka

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Młynarz i kapliczka

Postautor: maciekzolnowski » sob 20 maja 2017, 15:43

Opowiem wam dzisiaj historię, która wydarzyła się w małej opolskiej wsi na Ziemiach – świeżo co – Odzyskanych. Czasy były to ciężkie, naznaczone przez biedę i chaos, a niezłomni ludzi, którzy przeżyli wojnę – ostatnią wojnę z Niemcami i z Hitlerem – dźwigali potężne brzemię w postaci krwawych i tragicznych obrazków, które zapamiętali, a które zatruwały im pamięć, spędzały sen z powiek i odbierały ich duszy spokój.

Żył wtenczas, zaraz przy starym młynie, pewien rzemieślnik – młynarz, jak nietrudno zgadnąć. Był to mężczyzna w kwiecie wieku, który marzył o potomstwie. Chciał mieć mianowicie dziecię, najlepiej syna, z kobietą, którą kochał miłością szczerą i głęboką, a która była jego prawowierną żoną. Ale niestety, jak to w życiu często bywa, los okazał się być dla małżonków niesprawiedliwy i bezwzględny, bo oto aż trzy razy z rzędu krzyżował im ich żywotne plany, każdorazowo doprowadzając do nieudanego porodu – i odbierając tym samym, w dłuższej perspektywie, wszelką nadzieję na posiadanie syna albo córki. Doprawdy próżno było szukać pomocy u wiejskiej znachorki, zwanej, w mało wyszukany sposób, starą wiedźmą. Na nic się zdało również błogosławieństwo miejscowego farosza i jego nabożne wstawiennictwo. Dzieci rodziły się zawsze martwe, a martwe – bez wyraźnej przyczyny czy powodu. Skoro więc zawiodły wszelkie – świeckie, kościelne, racjonalne, nieracjonalne, tradycyjne, nowoczesne, zabobonne, niezabobonne i inne – sposoby na odwrócenie biegu koła fortuny, tedy to niedoszły, zrozpaczony, póki co niespełniony ojciec postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.



A chodziły w owym czasie słuchy o magicznym głazie, znajdującym się w polu na rozstaju dróg, który miał rzekomo moc czynienia cudów, spełniania życzeń, rzucania uroków i tym podobne. Tak więc, nikomu nic nie mówiąc, udał się zaradny młynarz co rychlej po poradę do starca – niemieckiego autochtona, który mógł coś wiedzieć – i zapewne też wiedział – na temat tajemniczej skały. Ale starzec niczego mu nie doradził, a jedyne, co zrobił, to pochwycił w znaczący, pełen niepokoju sposób jego dłoń robotniczą. Wymyślił sobie tedy młynarz, że być może to jemu samemu uda się obłaskawić i do słusznego celu zaprzęgnąć tajemne moce, tkwiące w kamieniu. A jako że był osobą religijną, toteż naturalnym mu się wydał pomysł postawienia w tak niezwykłym miejscu kapliczki. Jak pomyślał, tak zrobił. Ufundował, a właściwie to sklecił kapliczkę na rozstaju dróg, zagubioną gdzieś pośród pól, w tym podsudeckim uroczysku. Na efekt jego starań nie trzeba było długo czekać, bo oto, niczym z ziarna rzucanego w żyzną glebę kiełkują obfite plony, urodził mu się śliczny, zdrowy chłopczyk, syn znaczy się, który od tego momentu rósł jak na drożdżach.



Upływały i bezpowrotnie przemijały dnie całe, miesiące oraz lata. Dość łatwo wypowiada się to ostatnie zdanie, choć jego ładunek emocjonalny oraz treść nie są dla nas – zwykłych śmiertelników – i być nie mogą, wcale takie obojętne; nie są to słowa z kategorii tych pieśniarskich frazesów: „łatwych, prostych i przyjemnych”…

Syn młynarza, ucieleśnienie wszystkich matczynych i ojcowskich marzeń, rozwijał się tymczasem zdrowo, co w konsekwencji rzutowało na doskonałą kondycję całej rodziny, na jej szczęście, optymizm, hart ducha oraz niezachwianą wprost wiarę w Boga jedynego. I pewnie, przez te różowe okulary, można by było nawet nie zauważyć tego, co zaczynało się dziać dokoła, w sąsiedztwie. Aż familijny, sielankowy ten pejzaż, z czasem, zaczął się różnić w sposób nazbyt jaskrawy, by można było ów fakt dysonansu poznawczego nadal ignorować; począł w rażący sposób kontrastować z minorowymi nastrojami, panującymi we wsi. A pośród tego pesymizmu na czoło wysuwał się wszechobecny, blady strach. I choć na rzeczone sioło nie spadały żadne plagi egipskie – nie zgniły kartofle, nie zaniechały krasule dawać mleka, koty nie przestały miauczeć i brykać po opłotkach, a koguty nie zapominały zapiać o świcie – to jednak mieszkańcy tego nieszczęsnego grajdoła byli zgodni, co do tego, iż coś się wokół nich dzieje niedobrego, coś o wiele bardziej złowieszczego od jawnej, realnej, namacalnej wojny z hitlerowcami, stalinowcami i wszystko jedno, z kim jeszcze. Ale po kolei – wszystko zaczęło się od pewnego nieszczęśliwego wypadku, o którym za chwilę opowiem. A było to tak…





Było upalne lato tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego roku – czas żniw. Wstawało się wtedy wcześnie, skoro świt, i pędziło na pole albo do sadu, a kładło spać – późno, po całym, bożym, błogosławionym dniu wytężonej pracy. Wszyscy – jak Boga kocham! – nawet dzieci i starcy, starali się, jak tylko mogli, być wtenczas aktywni i do czegoś na tym ziemskim padole przydatni…

Wtedy to, w pierwszą sobotę sierpnia – o ile mnie pamięć nie zawodzi – kiedy upał był sakramencki i zupełnie nie do zniesienia, wybrał się Józek, powszechnie we wsi zwany starym, na sianokosy. Najpierw poczłapał chłopina kawałek za wiszące ogrody oraz bujne sady, nieco później – gdzieś koło południa – przeniósł się nad modrą Osobłogę, bo mu się zdawało, że od wody będzie bił chłód niejaki, po południu zaś człek ów stanął u wrót kniei, której frontalne, zielone ingrediencje, w postaci buczyny, na wietrzyku gubiły nieco cienia. I tam pod tym lasem, pośród zamyślonych, rozważnych pól, pośród zadumanych nad swym bytem traw, począł Józek jeszcze wytrwalej i wydajniej pracować kosą. Pracował, pracował, źrałe kosił zielsko, aż wnet się tym koszeniem okropnie zmęczył i znudził. Postanowił wtedy, że sobie poszuka zacienionego, przytulnego, a przede wszystkim wygodnego miejsca, w którym będzie można święty spokój naprędce przeistoczyć w sen. I wtedy to właśnie przypomniał sobie o polnej kapliczce, świeżo co urobionej przez niejakiego młynarza, a ulokowanej bliziuteńko: tuż za pierwszym zakrętem. Podreptał więc tam, nie tracąc ani chwili… i oto…

Stała tam – w wibrującym blasku najgorętszych słojów tego leniwego eteru, w gamie soczystych barw i w pasażach rozżagwionego popołudnia – ta niepozorna, drewniana figurka Matki Boskiej, wzorowana, jak mniemam, na świętym obrazie z Buszczecko-Brzeżańskiego sanktuarium. A mały, lichy krzyżyk z małym Jezuskiem wisiał ponad nią, przybity do pobliskiej, seraficznej lipy na jeden tylko, mały gwoździk, potężny zaś głaz, który nie pasował tu wcale, do tych pól i do tych łąk – a nie pasował już choćby z uwagi na swe gabaryty – trwał jako swoisty kamień węgielny, jako opoka dla, po części, glinianej, a, po części, drewnianej konstrukcji, wywyższającej ów wizerunek maryjny ponad okoliczne krzewinki, źdźbła traw, łany zbóż wszelakich, głowy modlących się tutaj ludzi. A wszystko to – głaz, kapliczka, trzy lipki i krzyż – wyglądało razem doprawdy bajecznie.

I stwierdził Józek, nasz nieborak, że takiego właśnie miejsca szukał, i że to tu właśnie, tu przez chwilę pozostanie: najpierw zmówi paciorek, „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo”, a potem ułoży swe stare kości do drzemki na wolnej, niezabudowanej, niewykorzystanej części kamienia, u stóp Niepokalanej Dziewicy. Odstawił więc kosę gdzieś na bok, oparł ją o jedno ze stuletnich, rosnących tutaj drzew, zdjął ze swej łepetyny okrycie. I wtenczas, gdy miał się już wnet zacząć modlić, zauważył, że oto z oczu Przenajświętszej Panienki spływają łzy, żywe łzy – coś jakby krwawa rosa. Przetarł szybko swe ślepia. I odruchowo wyciągnął przed siebie prawą dłoń. Miał zamiar, niczym święty Tomasz-niedowiarek, dotknąć jej ikonicznej, cielesnej powłoki. Z kolei lewą dłonią chciał oprzeć się o lipę, stojącą za figurką. Ale niestety na zamiarze tym się skończyło, gdyż właśnie wtedy zahaczył nieszczęśliwie o mały gwoździk, wystający z małego, lichego krzyża, co wywołało w nim naturalną reakcję repulsywną, a więc się cofnął. I w tym momencie, ze styranego, spracowanego, a świeżo zranionego nadgarstka, buchnęła krwawa jucha, której krople zrosiły głaz. Zrosiły i… natychmiast weń wsiąkły, nie pozostawiając ani śladu. Wyglądało to tak, jakby wszystkie piaski pustyni, i wszystkie ziarna szczerku, naraz gasiły swe odwieczne pragnienia. Zląkł się Józek potwornie, świadkiem będąc tych dziwów, i aż się cały z wrażenia spocił i zziajał.

Wtem! głaz zadrżał, wydając potworne, a dobitne dźwięki, ponad nim zaś poczęła się gromadzić, z początku niewielka, a potem czym raz to większa, i większa, aż w końcu całkiem już opasła chmura, która wzbiła się wpierw na wysokość korony drzew, lip znaczy się, a potem, całkiem prędko, wzleciała na pułap cumulusów. Wszystkie tymczasem czarne koguty w siole, kierowane intuicją, zapiały jednym chórem i wszystkie czarne koty wyległy na ulice, a wszystkie czarne byki poczęły wierzgać i agresywnie parskać. A Józek, nie widząc co prawda reakcji zwierząt, ale mimo to przeczuwając wszystko, co najgorsze, jak stał, tak wnet się na pięcie odwrócił. I, pozostawiwszy kapliczkę daleko za sobą, hen, hen w tyle, pognał gdzie pieprz rośnie. Ale, jak się pewnie domyślacie, ujść losu niepodobna, o nie, choćby nawet bardzo się tego chciało. Choćby i się starało, na miejscu Józka będąc, skryć się najdalej pod słońcem, w najczarniejszej królika dziurze, w najgłębszym cieniu pod Maską Szkarłatnego Moru, w najgorszej gęstwinie tej podsudeckiej krainy, w największym gąszczu jej kniei oraz pól. I właśnie tam, pomiędzy zagonami kukurydzy, dopadł Józka piorun kulisty, który narodził się, by zabijać i siać zamęt, a następnie zstąpił z zaczarowanego, jedynego w swoim rodzaju, tellurycznego cumulusa. Dopadł go, nieboraka, stlił Józkowe ciało na popiół, pozostawiając tylko osmalone, ludzkie kości, a nic dla ewentualnych padlinożerców. Ukazał się tu także, wypalony żywym ogniem, żywym ogniem uczyniony, ogromniasty krąg w zbożu.

I choć ludziska we wsi, a zwłaszcza wiecznie zrzędzące baby, jeszcze przez czas jakiś o tym wydarzeniu gadali, to jednak nikt na to na razie nie wpadł, by powiązać ów tragiczny zgon starego poczciwiny z obecnością młynarskiego rękodzieła: kapliczki ma się rozumieć. Ale na tym nie koniec naszej opowieści! Najlepsze-najgorsze wciąż jeszcze przed nami!







Powiedziałem, że nikt na to na razie nie wpadł, by powiązać tragiczne zejście starego kosiarza, poczciwiny z obecnością w tych stronach tytułowej kapliczki: Przenajświętszej Panienki, która wyszła spod rąk naszego domorosłego Michała Anioła. Ale to wcale nie oznacza, że nie krążyły po wsi plotki, z początku cichcem i niepewnie powtarzane, a potem już całkiem bezwstydnie, głoszące, iż oto, mianowicie zawsze o dwunastej w nocy, ów krzyżyk, przybity do lipy na jeden tylko gwoździk, miał jakoby przekręcać się o sto osiemdziesiąt stopni, wskutek czego głowa Pana Jezuska skierowana była teraz w dół, w stronę ziemi, co trwało dosłownie przez chwilkę, przez ułamek nocy. I po upływie półgodziny się kończyło, tak że punktualnie o wpół do pierwszej, jak gdyby nigdy nic, wszystko wracało do normy, tzn. krzyżyk stawał na powrót do pionu, a głowa Chrystusa Zbawiciela kierowała się dumnie…, jak zwykle, ku niebu.

A żyły w owym czasie dzieci, zwane bumcykami, które, jak to drzewiej bywało, były bardzo bogobojne, bardzo karne, takie, no wiecie, małe brzdące, co prawie zawsze słuchają się osób starszych – starszych, a więc i bez wątpienia mądrzejszych. Prym, pod każdym względem, pośród nich wiódł najstarszy, największy i najsilniejszy, choć wcale niekoniecznie najroztropniejszy. Adaś, bo tak nazywał się ten nasz najroślejszy spośród najmniejszych, był chłopcem prawie czternastoletnim, żądnym przygód o podwyższonym ryzyku, o którym by można było powiedzieć, że bywa niekiedy głupio, głupiuteńko odważny. Był to zaniedbany, niedopieszczony przez swych rodziców młodzieniec, który, z braku posiadania parasola ochronnego u siebie, tj. we własnym domu, szukał pomocy u Boga i u plebana na probostwie, w zakrystii oraz oczywiście w kościele. Służył on mianowicie do mszy…, albo też odprawiał fikcyjne, bo dziecięce, nabożeństwa, z wymyślonym ołtarzykiem i udawanym sługą owczarni Pańskiej, w którego sam się często-gęsto wcielał.

A z uwagi na to, że właśnie trwały wakacje i dzieciarnia z tej pipidówki potwornie – ale to potwornie! – się nudziła, posiadając wolnego czasu w bród i jeszcze trochę… i ponieważ w nocy nikt a nikt nie chciał spać, bo i się spać przez ten sierpniowy gorąc po prostu nie dawało, a nie dawało tym bardziej, iż oto rechot żab moczarowych, ich kumkanie tworzyło rodzaj niemożebnego, nieznośnego wprost hałasu, uzupełnianego od czasu do czasu przez bzyczenie rozwścieczonych, krewkich komarów – toteż wkrótce, na bazie okolicznych legend i plotek, o których już wspominałem, zakiełkowało w Adamowej łepetynie takie oto chciejstwo: „chcę wybrać się pod osłoną mroku w okolice świętej kapliczki i ogromnego głazu, by tam na własne oczy móc się przekonać, co też piszczy w trawie i ile prawdy jest z tego, co ludzie we wsi gadają”. Bez problemu ten charyzmatyczny, starszy, a więc i z założenia mądrzejszy, chłopiec namówił okoliczną dzieciarnię, tj. jakieś pięć razem osób w różnym wieku od sześciu do trzynastu lat, do wyrwania się po kryjomu z domu, w tajemnicy przed swoimi bliskimi, i do stawienia się punktualnie na dwudziestą trzecią przed spiżową, największą w całej okolicy bramą, przez którą wchodziło się na upiorny, wioskowy mogilnik.

Tak więc bumcyki – Adaś, czterej inni chłopcy oraz jedna dziewczynka – dobrze się do tej tajnej eskapady przygotowali, gdyż słowo się rzekło i nastał czas na działanie. Zabrali ze sobą przede wszystkim latarki karbidowe, tzw. karbidówki, dwie pochodnie, parę świec, włócznie i proce własnej roboty, made in Poland ma się rozumieć, a nawet zakosiły smakowity oraz niezwykle wonny prowiant – kanapki z wiejskim serem i szynką oraz gotowany bób. A na dodatek rosły, lecz tchórzliwy Wrona, śmieszek wziął ze sobą kundla Ciapka – wiadomo „tak na wszelki wypadek”, co właśnie tymi słowy, skubany, sam wyartykułował. I wszyscy oni przybyli na spotkanie punktualnie; nawet ani o krztynę nie spóźnił się staruch puchacz, bez którego ta szara, a raczej ciemna już, godzina oraz cmentarna sceneria, rodem z horroru, byłaby niekompletna i wielce niezadowalająca. A jakby tego było mało, dzieci wpadły na cudny pomysł, że będą sobie mianowicie bajały po drodze mrożące krew w żyłach, straszne historyjki: z delikatną nutą dreszczyku i totalnego, wręcz namacalnego spleśnienia, skiśnienia, zniesmaczenia, zatęchlenia i w ogóle. I tak niepostrzeżenie „doturlały się” do celu – tak jak niepostrzeżenie osiąga swój cel turlający się ze szczytu Zielonej, czy dowolnej innej, Górki, …kiedy tym celem jest nic innego, jak: osiągnąć najniższy pułap w ramach szalonej, przedniej, ociupinkę niebezpiecznej zabawy. Zresztą nie będę teraz eksplikował, na czym polega turlanie się z górek i wszelkich innych pagórków, na czym polega taka czy inna forma robienia fikołków i obrotów względem własnej osi, składająca się na dziecięcą radość i aktywność fizyczną. Nie czas na to i nie miejsce! A zatem, jak już mówiłem, dodreptały dzieci do celu. Stanęły przed świętą kapliczką, uklękły i zmówiły paciorek przed najjaśniejszym obliczem Maryi, a około północy pochwyciły się za ręce, by dodać sobie nawzajem otuchy. I jak to z tymi „chłopakami z ferajny” bywa, postanowiły przysiąc sobie braterską przyjaźń na śmierć i życie, przypieczętowaną posoką, pochodzącą z ich małych, scyzorykiem na tę okoliczność rozciętych, paluszków, która to przyjaźń mogła przetrwać całe nawet wieki i lata świetlne, czyli mniej więcej: dwa, góra trzy tygodnie, tak jak to się już dawniej zdarzało. A tak gwoli wyjaśnienia: dlaczego napisałem „już się zdarzało”? Ano dlatego właśnie, iż po tego typu obiecankach cacankach następował zwykle gwałtowny powrót z poetyckiej fraternizacji do zwykłej, chłopskiej, szaroburej prozy życia, w ramach której mały Wrona kłócił się na śmierć i życie o jakąś tam błahostkę z charyzmatycznym Adamem, z którym się następnie godził, a charyzmatyczny Adam kłócił się na życie i na śmierć o nic dosłownie ze swą siostrą Baśką, a Baśka kłóciła się i godziła, godziła się i kłóciła, i tak na przemian, z miąższnm Wronką. A oczywiście godziła się z nim na zawsze i na zawsze się też, na śmierć i w ogóle, na niego obrażała. I tak wkoło Macieju – ale to tak na marginesie. A teraz już do rzeczy: Gdy tylko nasze małe smyki zdołały zewrzeć swe dłonie w jednym wspólnym uścisku, i skrzyżować ze sobą wskazujące swe palce, wnet poruszył się wielgachny głaz, wypiwszy uprzednio te parę kropel dziecięcej sangrii, które nań spadły; głaz, co pod ich stópkami stał sobie do tej pory w tak dekoratywny, wegetatywny i zupełnie milkliwy sposób. Obudził się wtenczas srogi Boreasz, niczym niedźwiedź ze snu zimowego w gawrze, i potężnie zawył, zaryczał, zasyczał. A mgły – takie, jakby z innej epoki pochodzące (i z zupełnie innej pory roku Pańskiego) – spowiły ni stąd, ni zowąd całą tę podsudecką krainę. Tymczasem wszystkie czarne koguty w siole, kierowane intuicją, zapiały monodycznie i czarne masy kocie wyległy na ulice, a czarne, bycze gromady poczęły wierzgać i agresywnie parskać. Zlękła się nietrwożna do tej pory, Adaśkowa czereda, widząc gęstą mgłę i słysząc dźwięki animalne. Nie była to zresztą zwykła mgła i tylko mgła. Oto bowiem coś jeszcze, prócz samej li tylko wody, się w niej okrutnego czaiło, czego byś, czytelniku, nigdy, przenigdy w świecie spotkać nie chciał, ani nawet zobaczyć, ni poczuć… Była to zgraja upiorów, armia obdartusów o zapadłych licach w kolorze gnijących ulęgałek, horda byłych esesmanów oraz wojaków innych formacji, powstająca z martwych pospołu, która stanęła, jak to mówią, do apelu, i teraz poczęła osaczać całe nasze Adamowe, Basiowe, bumcykowe towarzystwo. Armia ta składała się z niemieckich żołnierzy, ślepych na ludzkie cierpienia jednookich bandytów, odpowiadających przed Stwórcą i przez Stwórcę sądzonych za liczne mordy, gwałty i bluźnierstwa, którzy tutaj – dopiero co, bo parę lat wcześniej – nagle i zasłużenie polegli. I już nasze dzieciska miały dać dyla, i to „dać dyla skutecznie”, będąc od zombiaków-potworniaków szybszymi, gdy nagle… zapiał kurant ze Spychowa… A! przepraszam, nie ze Spychowa, lecz od sędziwej Józefowej, i nie kurant, a – zwykły kogut. Kogut oczywiście… zapiał. I nastał świt – dzień kolejny. O dniu kolejnym za chwilę napiszę, a co do wątpliwej odwagi członków Adamowej Brygady „A”, to… powiem tyle tylko, że strach, bób i maślanka oznacza „kłopoty – praczka mieć będzie dużo roboty”, co odnosi się zwłaszcza do grubego, a niezbyt odważnego Wrony, któremu naprawdę puściły nerwy, gdy biegł, …i aż się… zasapał. Spuśćmy tu jednak kurtynę niewiedzy i wróćmy do meritum fabuły. Jak się pewnie domyślacie, ujść losu niepodobna, o nie, choćby nawet bardzo się tego chciało. Choćby i się starało, na miejscu Basiów, Adasiów i Tomków będąc, skryć się najdalej pod słońcem, w najczarniejszej królika dziurze, w najgłębszym cieniu pod Maską Szkarłatnego Moru, w najgorszej gęstwinie tej podsudeckiej krainy, w największym gąszczu jej kniei oraz pól…

Los był póki co dla nich łaskawy i pozwolił się im obudzić w swych łóżkach, w których znaleźli się cali i zdrowi po nocce, pełnej przygód, nie mając przy tym bladego pojęcia, kiedy i w jaki sposób się w nich ululali i jak to się stało, że nikt z nich nie odniósł żadnych poważniejszych obrażeń. Wstali więc szybciutko, ogarnęli się nieco i posilili, …i tak – jakby się pospołu ze sobą zmówili – wylegli ze swych domostw na ulicę Zwycięstwa, ulicę, o zupełnie nieadekwatnej do całej tej sytuacji nazwie, gdzie się wszyscy punktualnie o jedenastej zebrali. I już mieli rozewrzeć swe japy i zacząć coś tam do siebie paplać, już mieli wspominać wydarzenia ubiegłej nocy, i już mieli polecać się pamięci własnych honorów, a raczej „honorków”, przepraszać charyzmatyka-Adama, za brak odwagi i właśnie charyzmy, gdy nagle zasapany jeszcze Wrona zapodał im temat nowej kołomyjki, którą chętnie podjęli.

Okazało się bowiem, że przedwczoraj w archaicznej szopie pani Prusowej (takiej mało sympatycznej starowinki) nocował zbieg, kryminalista, który się chciał skryć przed milicją obywatelską. Musiał to być chyba morderca o imieniu Herod, lubujący się w rzeziach niewiniątek, bo Wrona się cały aż spocił i nastroszył swe upierzenie-owłosienie, gdy o nim wspominał. A ponieważ nikogo z milicjantów na miejscu zdarzenia, a raczej schronienia, już nie było, nie widać też było w pobliżu, sympatycznej „inaczej”, starowinki, ani jej warzechy, którą by można było dostać po dupsku, …ani jej koleżanek od tych spektakularnych, życzliwych „inaczej”, pogłosek, dotyczących, o! jakże bliskich sercu, sąsiadów…, toteż pozwoliły sobie dzieci udać się wprost do szopy na sygnał „do szopy; hej! pasterze”. Chyba bardzo chciały znaleźć tego zbira i dać mu się złapać, gdyż nuciły wkoło to samo: „stary niedźwiedź mocno śpi, stary niedźwiedź mocno śpi; my się go boimy, na palcach chodzimy; jak się zbudzi to nas zje, jak się zbudzi to nas zje”. Ale nikt taki uszaty się nie pojawiał i zaczynało się już robić z lekka nudnawo, tak więc po całych latach świetlnych, tj. dwudziestu paru minutach, zaproponowało się, że od teraz… to jeden z nich będzie tym okrutnikiem-rozbójnikiem, pozostałe zaś bumcyki będą się przed nim kryły, nie dając mu się złapać. A choć chętnych do zabawy w chowanego nie brakowało, to już gorzej było ze znalezieniem tego tzw. „ochotnika”, będącego osobą poszukującą, a nie tą, która by się w ramach chowanego chowała. Problem ów rozwiązała zwykła dziecięca wyliczanka „na raz, dwa, trzy, szukasz ty!”, która wyłoniła pechowca, tego samego, którego zwykle wyłaniała, tj. najmniejszego z nich, najmłodszego, najsłabszego i w ogóle. Tak więc bez zwłoki przystąpiono do zabawy: pechowiec rozpoczął odliczanie „dziesięć, dziewięć, osiem…”, a bąki porozbiegały się po całej szopie i podwórzu, poukrywały się po zaułkach i ciemnych norach, po różnych kątach i gdzie popadło, …i nawet cherlawa brzózka skryła po części Wronę – jego facjatę, cielsko oraz śmieszkizm. I wtedy to… zdarzył się potworny, śmiertelny w skutku wypadek. Mianowicie: kiedy dzieciska się chowały i jedno z nich biegło po ceglanym murze, to drugie akurat się gdzieś pod tym murem (przy tym murze) sianem nakrywało, a tymczasem jedna z cegłówek się obluzowała i tynk się posypał – i wszystko to razem odpadło od tego, co tu za Niemca wymurowano, a z impetem poleciało ku ziemi, przy okazji raniąc chłopaczka w głowę i załatwiając go na amen, albowiem „ujść losu niepodobna, o nie, choćby nawet bardzo się tego chciało” itd., itp. Musiała to być jakaś klątwa albo kara. Ale za co?, tego na razie nikt z nich nie wiedział. Mogła to być np. nauczka za zuchwałą, nocną eskapadę, pochodząca od sił nieczystych, mocy diabelskich, Ditków i jakichś Czartów-Dęborogów, skrytych w rękodziele młynarza.

I choć ludziska z tej części Płaskowyżu Głubczyckiego, a zwłaszcza wiecznie zrzędzące baby, azali inne Prusychy, jeszcze przez czas jakiś o tym wydarzeniu paplali, to jednak nikt na to na razie nie wpadł, by powiązać ów tragiczny zgon malca z obecnością w okolicy nowo wybudowanej kapliczki. Ale na tym nie koniec! Pamiętajcie, że najlepsze, najgorsze i Brexit – wciąż jeszcze przed nami!

C.d.n.



Baśka
Zarodek pisarza
Posty: 17
Rejestracja: ndz 07 maja 2017, 18:29
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Młynarz i kapliczka

Postautor: Baśka » pn 05 cze 2017, 21:34

maciekzolnowski pisze:w wibrującym blasku najgorętszych słojów tego leniwego eteru


Spadłam z taboreta.

Ale czekam na ten ciąg dalszy kontynuacyjny, bom finału ciekawa.
Niezręcznie mi rozjechać to opowiadanie zdanie po zdaniu, bo piszą, że ja kijowo piszę.
W każdym razie opowiadacz rozrzut słowny ma fatalny i sporo z nich jak pięść w oko.

Edit: Spadanie z taboretu może mieć fatalne skutki, również na tym forum.

Zamiast się usprawiedliwiać, czego nie zrobisz i z jakiego powodu, mogłabyś po prostu napisać komentarz, przestrzegając przy tym reguł ortografii, gramatyki i wykorzystując powszechnie stosowane związki frazeologiczne.

Rubia



Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1330
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Młynarz i kapliczka

Postautor: Misieq79 » wt 06 cze 2017, 00:46

Ładnie i potoczyście.
(bierze kajecik i notuje co zacniejsze kfiatki)
Ale, żeby się przyczepić, w paru miejscach cudzysłowy zdają się niepotrzebnymi być. Osobliwie, a nawet zwłaszcza w, co następuje:
sympatycznej "inaczej"
Życzliwej "inaczej"
To niejako zaburza tok gawędy.
I chronologia zgrzyta. Oto młynarz zdążył przybyć, zaliczył z żoną 3 poronienia, konsultację u autochtona, szczęśliwą ciążę zakończoną zdrowym synem, a tu za w 1947 czyli góra po 2 latach już szlag trafił Jaśka?


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar

Awatar użytkownika
szopen
Pisarz pokoleń
Posty: 1058
Rejestracja: śr 25 kwie 2012, 13:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Młynarz i kapliczka

Postautor: szopen » wt 06 cze 2017, 08:55

Masz fajny styl, dający się nawet lekko czytać. Początek jest jednak lepszy i im dalej, tym bardziej robi się to nużące - robisz zupełnie jak kucharz, który odkrył zalety nowej przyprawy; najpierw dodał nieco, i wszystkim smakowało. Dodał więc jeszcze więcej, i wciąż ludziom smakowało. Wówczas więc rozochocony sypie przyprawę garściami, z wiadomym skutkiem... Druga moja wątpliwość dotyczy narratora - kim on właściwie jest? Używa słownictwa raz archaicznego, raz wiejskiego, raz nowoczesnego slangu... Mi to osobiście zgrzyta. Do tego narrator opowiada, podkreślane jest to kilkakrotnie - czyli jakby siedział otoczony kręgiem słuchaczy i im mówił. Jeżeli tak jednak jest, to skąd zna szczegóły, których znać gawędziarz nie może (że Józek się skaleczył i krew poleciała na głaz)?

maciekzolnowski pisze:Source of the post Był to mężczyzna w kwiecie wieku, który marzył o potomstwie. Chciał mieć mianowicie dziecię, najlepiej syna, z kobietą, którą kochał miłością szczerą i głęboką, a która była jego prawowierną żoną.

Powtórzenia.

maciekzolnowski pisze:Source of the post krzyżował im ich żywotne plany

Żywotne znaczy "pełne życia". Życiowe prędzej.

maciekzolnowski pisze:Source of the post i odbierając tym samym, w dłuższej perspektywie, wszelką nadzieję na posiadanie syna albo córki.

Dlaczego w dłuższej perspektywie? Co, już żona taka stara była?

maciekzolnowski pisze:Source of the post Doprawdy próżno było szukać pomocy u wiejskiej znachorki, zwanej, w mało wyszukany sposób, starą wiedźmą.

To szukali tej pomocy, czy nie? W każdym razie to "doprawdy" tutaj wybitnie mi nie pasuje.

maciekzolnowski pisze:Source of the post Dzieci rodziły się zawsze martwe, a martwe– bez wyraźnej przyczyny czy powodu

zbędne powtórzenie.

maciekzolnowski pisze:Source of the post Skoro więc zawiodły wszelkie – świeckie, kościelne, racjonalne, nieracjonalne, tradycyjne, nowoczesne, zabobonne, niezabobonne i inne – sposoby na odwrócenie biegu koła fortuny,

Nie pasuje mi tutaj "koło fortuny" do określenia losów dzieci. Raczej "koło fortuny" kojarzy mi się z materialnymi zyskami lub stratami (w sensie, majątkowymi). To luźna uwaga i nie jestem jej pewien

maciekzolnowski pisze:Source of the post Ufundował, a właściwie to sklecił kapliczkę na rozstaju dróg,zagubioną gdzieś pośród pól, w tym podsudeckim uroczysku.

Po co to zagubioną: postawił w środku pola, to postawił, ale ledwo postawił już się zagubiła?

maciekzolnowski pisze:Source of the post I pewnie, przez te różowe okulary, można by było nawet nie zauważyć tego, co zaczynało się dziać dokoła, w sąsiedztwie

Można by było, czy tak się działo?

maciekzolnowski pisze:Source of the post Aż familijny, sielankowy ten pejzaż, z czasem, zaczął się różnić w sposób nazbyt jaskrawy, by można było ów fakt dysonansu poznawczego nadal ignorować;

Zaczął sie różnić od czego?
maciekzolnowski pisze:Source of the post namacalnej wojny

Nie wszystko, co jest rzeczywiste, jest namacalne. Moim zdaniem "namacalne" gryzie się z pojęciami abstrakcyjnymi, takimi jak wojna
maciekzolnowski pisze:Source of the post Wstawało się wtedy wcześnie, skoro świt, i pędziło na pole albo do sadu,

Nie jestem pewien interpunkcji

maciekzolnowski pisze:Source of the post której frontalne, zielone ingrediencje, w postaci buczyny,

Wybitnie mi nie pasują tutaj te ingrediencje, tak samo jak wcześniej knieje. Nie pasują do gawędziarza i znaczeniowo tez nie bardzo.

maciekzolnowski pisze:Source of the post , jako opoka dla, po części, glinianej, a, po części, drewnianej konstrukcji

Przecinków chyba tutaj za dużo.
maciekzolnowski pisze:Source of the post Wtem! głaz zadrżał

Ten wykrzyknik chyba tutaj nie pasuje. To nie komiks...

maciekzolnowski pisze:Source of the post I właśnie tam, pomiędzy zagonami kukurydzy, dopadł Józka piorun kulisty, który narodził się, by zabijać i siać zamęt, a następnie zstąpił z zaczarowanego, jedynego w swoim rodzaju, tellurycznego cumulusa. Dopadł go, nieboraka, stlił Józkowe ciało na popiół, pozostawiając tylko osmalone, ludzkie kości, a nic dla ewentualnych padlinożerców. Ukazał się tu także, wypalony żywym ogniem, żywym ogniem uczyniony, ogromniasty krąg w zbożu.

I tutaj mam kłopot - wcześniej brzmiał narrator jak wiejski gawędziarz, taki, co to na wsi się urodził, a potem poszedł do miasta, wykształcił się i teraz szpanuje nowym słownictwem. Ale jeżeli to gawędziarz, co to powtarza zasłyszaną historię, to skąd wiedział, co czuł Józek, co myślał i gdzie poszedł? Wszechwiedza mi nie pasuje do gawędziarza. Moim zdaniem albo narrator wszechwiedzący, ale wiejski bajarz.

maciekzolnowski pisze:Source of the post trwało dosłownie przez chwilkę, przez ułamek nocy. I po upływie półgodziny się kończyło,

Długa ta chwila - albo niejasne, co trwało dosłownie chwilkę.
maciekzolnowski pisze:Source of the post tj. we własnym domu,

i to "tj." nie pasuje, i całe wtrącenie niepotrzebne.
maciekzolnowski pisze:Source of the post dzieciarnia z tej pipidówki

Straszny rozrzut słownictwa ma ten gawędziarz. Raz stylizowany jest na wiejskiego bajarza, co jednak łyknął nieco wykształcenia i zna także nowsze słownictwo, a teraz zupełnie miejski slang.
maciekzolnowski pisze:Source of the post , w tajemnicy przed swoimi bliskimi

Jak po kryjomu, to w tajemnicy. Po co to dodawać. Coraz bardziej rozgadany ten gawędziarz, zaczyna mu brakować dyscypliny - chyba za dużo wypił i za bardzo się lubuje w swojej gawędzie, zamiast w wygodzie czytelników.

maciekzolnowski pisze:Source of the post made in Poland ma się rozumieć

No właśnie. Archaiczne "źrały" i ultranowoczesne "made in Poland"

maciekzolnowski pisze:Source of the post nawet ani o krztynę nie spóźnił się staruch puchacz, bez którego ta szara, a raczej ciemna już, godzina oraz cmentarna sceneria, rodem z horroru, byłaby niekompletna i wielce niezadowalająca.

Kompletnie niepotrzebne to zdanie.

maciekzolnowski pisze:Source of the post że będą sobie mianowicie bajały po drodze mrożące krew w żyłach

Mianowicie MBSZ do wywalenia. I znowu - bajały będą (stylizacja na archaizm), a gdzie indziej slangowe określenia i brexit.

maciekzolnowski pisze:Source of the post zatęchlenia i w ogóle

"I w ogóle" w mowie potocznej się sprawdza, ale w tekście pisanym jakoś tak domaga mi się dopowiedzenia "i w ogóle co?"

maciekzolnowski pisze:Source of the post tak jak niepostrzeżenie osiąga swój cel turlający się ze szczytu Zielonej, czy dowolnej innej, Górki, …kiedy tym celem jest nic innego, jak: osiągnąć najniższy pułap w ramach szalonej, przedniej, ociupinkę niebezpiecznej zabawy. Zresztą nie będę teraz eksplikował, na czym polega turlanie się z górek i wszelkich innych pagórków, na czym polega taka czy inna forma robienia fikołków i obrotów względem własnej osi, składająca się na dziecięcą radość i aktywność fizyczną. Nie czas na to i nie miejsce!

W tym momencie słuchacze zniecierpliwieni zaczynają się wiercić. Bajarz zaczyna tutaj zachowywać się jak stary dziad, uradowany, że może się wygadać. Cały ten fragment nie jest ani śmieszny, ani potrzebny.

maciekzolnowski pisze:Source of the post to przyjaźń mogła przetrwać całe nawet wieki i lata świetlne

Lata świetlne to miara odległości, jak kilometry.

maciekzolnowski pisze:Source of the post z miąższnm Wronką

z jakim?

maciekzolnowski pisze:Source of the post Obudził się wtenczas srogi Boreasz, niczym niedźwiedź ze snu zimowego w gawrze, i potężnie zawył, zaryczał, zasyczał

Jeżeli wiatr zadął, to rozumiem, że zawył i zaryczał - ale zasyczał równocześnie? I głośno i cicho wiał? W polu zresztą wiatr rzadko chyba syczy...

maciekzolnowski pisze:Source of the post I już mieli rozewrzeć swe japy

Znowu - slang, a wcześniej archaizmy

maciekzolnowski pisze:Source of the post takie oto chciejstwo

Chciejstwo znaczy co innego.

Widać, że szukasz własnego stylu i widać także, że z tej miniaturki dałoby się coś wyszlifować. Na razie jednak są w niej denerwujące, przegadane fragmenty psujące przyjemność czytania. Dochodzi do tego niespójność narratora, która mnie również irytuje.



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Młynarz i kapliczka

Postautor: maciekzolnowski » sob 09 wrz 2017, 11:31

Dzięki za cenna Wasze uwagi oraz za słowa miłe wszelakie. Trzeba będzie poprawić to i owo, się wie. ;)
MZ



Awatar użytkownika
Andy
Pisarz osiedlowy
Posty: 268
Rejestracja: pt 11 sie 2017, 20:22
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Młynarz i kapliczka

Postautor: Andy » sob 09 wrz 2017, 14:46

Hej, ja jestem początkujący, więc moje uwagi są bardziej z punktu widzenia czytelnika. Pomyśl dwa razy, zanim zastosujesz jakąś uwagę.

Legenda: @ - twoje zdanie; / - mój komentarz

@na Ziemiach – świeżo co – Odzyskanych
lub
@przeżyli wojnę – ostatnią wojnę z Niemcami i z Hitlerem – dźwigali potężne
lub
@dla nas – zwykłych śmiertelników – i być nie mogą
lub
@Wszyscy – jak Boga kocham! – nawet dzieci i starcy
/ wtrącenia są OK, ale ich nadmiar psuje efekt. Stały się manierą.

@pewien rzemieślnik – młynarz, jak nietrudno zgadnąć
/ czytelnikowi nietrudno zgadnąć? ale po czym czytelnik miałby zgadnąć? A narrator to chyba wie. Stylizowanie narracji na mowę potoczną to (chyba) nie jest dobry pomysł.

@kondycję całej rodziny, na jej szczęście, optymizm, hart ducha
lub
@pochodząca od sił nieczystych, mocy diabelskich, Ditków i jakichś Czartów-Dęborogów
/ Czy nie można by tego zastąpić jednym słowem, zawierającym to wszystko? (pomijając fakt, że pierwszy wyliczony rzeczownik zawiera w sobie całą resztę)

@zdrowy chłopczyk, syn znaczy się,
@<znowu to samo zdanie>pewien rzemieślnik – młynarz, jak nietrudno zgadnąć
@<ogólnie do całego opowiadania>
/ z tego co wiem, powinno się pisać tak, aby czytelnik łatwo mógł zbudować sobie mentalny obraz. Po co pisać "rzemieślnik - młynarz". Po prostu "pewien młynarz" i masz 4 słowa mniej, a ten sam przekaz.
/ ogólnie powinno się starać przekazać myśl jak najmniejszą ilością słów. Jeżeli urodził się chłopczyk, to wiadomo, że to syn (bo co innego). Czytelnik nie jest głupi. Nadmiar słów tworzy szum. (chyba, że idziesz w lirykę lub "purple prose" - ale wtedy się nie wypowiadam).
/ podsumowując, używasz za dużo słów. weź ulubioną książkę i przypatrz się, jak wyglądają tam zdania. Zapewne są o wiele prostsze, co?

@gdzieś pod tym murem (przy tym murze) sianem nakrywało
/ narrator nie może się zdecydować?

@przy okazji raniąc chłopaczka w głowę i załatwiając go na amen
/ to tak jakbyś napisał "policjant strzelił i przy okazji zabił złodzieja"

@takie, no wiecie, małe brzdące
/ problem nr 1: bezpośrednie skierowanie do czytelnika. Ja tego nie wyjaśnię, ale raczej się tego unika. W moim pierwszym opowiadaniu miałem 3 takie odwołania - beta kazała wszystkie usunąć.
/ problem nr 2: nie tylko do tego zdania. w wielu miejscach opisujesz tak jakbyś sam nie wiedział jak opisać to co chcesz. Ale skoro ty nie wiesz to czy czytelnik będzie w stanie to sobie wyobrazić? Niestety, trzeba poczekać na wenę i znaleźć to JEDNO słowo, które opisuje to, co chcesz przekazać.

Ogólnie: OK, widać że masz zapał (a to bardzo ważne) i język umiesz zastosować. I zaimkozy nie ma - to dobrze :)



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Młynarz i kapliczka

Postautor: maciekzolnowski » ndz 10 wrz 2017, 14:44

"Ogólnie: OK, widać że masz zapał (a to bardzo ważne) i język umiesz zastosować." To się cieszę, Andy. Dzięki! Poprawię co trzeba.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości