Angielska robota - faktotum

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Angielska robota - faktotum

Postautor: maciekzolnowski » sob 13 maja 2017, 10:35

Tekst zawiera wulgaryzmy i przeznaczony jest wyłącznie dla osób dorosłych!


Wszystko zaczęło się od telefonu, którego nie odebrałem. To znaczy chciałem odebrać, ale nie mogłem, bo byłem akurat w pracy w Holyport (zafajdanym) College’u. Już po raz enty w tym miesiącu, jak zwykle między trzecią a czwartą po południu, wyrzucałem śmieci ze stołówki i z kuchni: ogromne i przyciężkawe przez swą zawartość kubły ze śmieciami, wyścielone plastikowymi, czarnymi workami jednorazowego użytku, których to worków, jak naliczyłem, było w sumie zawsze dziewięć. Napisałem „zawsze”, bo zawsze to ja je opróżniałem i znałem moc tego zbioru dziewięciosiłowego.
I właśnie wtedy, o! Dżizus, zadzwoniła ta wysoka dupencja o czarnych włosach z konkurencyjnego pośredniaka, nawiasem mówiąc Polka, u której byłem wczoraj w sprawie pracy, nowej pracy w nowej agencji, do której zamierzałem przejść z Abbacusa od następnego poniedziałku, albo i wcześniej, i już nigdy nie powrócić do czarnej roboty kitchen porter’a. Nie chodziło o to tylko, że zbrzydły mi kosztowne i czasochłonne dojazdy firmowym samochodem z kierowcą ze Slough-Srał do Holyport, ale o to przede wszystkim, ażeby wreszcie coś w tym moim marnym życiu emigranta zmienić, a mianowicie uciec od mycia garów i od nudy.
Nic nie słyszałem, a telefonowała chyba z pięć razy na komórkę, którą akurat miałem w plecaku w specjalnej szatni dla staff’u. Kiedy się w końcu zorientowałem, że mam nieodebrane połączenia, było już „po ptokach” i grubo po osiemnastej. Agencja, z której dzwoniła – i w której (na co zwróciłem uwagę za pierwszym razem, kiedy tam byłem) polscy pracownicy rozmawiali ze sobą po angielsku, a z polskimi robotnikami nawijali po polsku – musiała być już wtedy, do chuja pana, zamknięta.
Na szczęście dodzwoniła się do mnie następnego dnia „z rańca” – był to czwartek – i zaoferowała pracę na weekend. O rany! – pomyślałem. Nareszcie wyrwę się z tego cholernego Holyport i przy okazji pożegnam ze swą dotychczasową agencją, tak delikatnie, pokątnie i przez weekend, po cichutku, pomalutku, na sposób – jak ja to mówię – fade-in, fade-out. Wieczorem wysłałem tylko maila do mojej starej firmy, że wybywam na jakiś czas, może nawet na okres Świąt Bożego Narodzenia, do Polski, co było oczywiście bujdą. A w piątek jeszcze dogadaliśmy z dupencją parę szczegółów.
Okazało się, że pracę rozpoczynam w sobotę o siedemnastej w Windsor, i że jest to praca kelnera, co było dla mnie nie lada zaskoczeniem, bo wcześniej mówiono mi, że będę pakował jakieś tam perfumy. Rozumiemy się? Zero odpowiedzialności, tylko „jakieś tam perfumy”… packing i nic więcej. Robota fajna i prosta. A tu masz – trafiło mi się kelnerowanie. Okazało się również, że za transport mam zapłacić całe dwa funty. Acha, czyli: jest transport! No ale na co mi on? Po co transport, jaki transport? Ze Slough-Srał do Windsor jest tak blisko przecież: nie więcej, jak trzydzieści minut i to „z buta”... A że adresu pracodawcy dupencja mi nie podała, nie wysłała SMS-em ani nazwy hotelu, ani baru czy knajpy, do której miałem się (w)stawić, hi, hi! to nie pozostało mi nic innego, jak umówić się z typem zwanym Grzegorzem, również kelnerem, na podwózkę jego prywatnym car’em:
– Witam, jestem Maciek. Dzwonię w sprawie transportu.
– Cześć, jestem Grzesiek; podwózka kosztuje tyle i tyle; wyjeżdżamy za kwadrans piąta spod Encorre.
– No to Extra! – powiedziałem i pomyślałem sobie „A jebać to: ekstra!”.
Acha, Encorre – to nazwa tej nowej agencji, w której od teraz pracuję.

Tak więc w piątek zakończyłem karierę szkolnego pomywacza i rozstałem się z Holyport bez orkiestrowego zadęcia i fanfarowego przedęcia, bez ochów i szlochów, bez wyrazów sentymentu, a w sobotę nerwowym krokiem doturlałem się punktualnie na róg ulic – mniejsza o nazwy – które znajdowały się tuż przy Milano Pizza, a naprzeciwko Encorre. Spotkałem tam dwie inne osoby z Polski, młodego chłopaczka świeżo po ogólniaku i „ciotkę” w średnim wieku.
Początkowo babka wzięła mnie za driver’a, ale prawdziwy „driver”, na którego wszyscy czekali, zjawił się trzy minuty po czasie... Tak więc bez zbędnych ceregieli zapakowaliśmy się do auta (o! znów to słowo packing) i uderzyliśmy we czwórkę na Windsor.
W aucie pan Grzegorz, typ męski w więcej niż średnim wieku, zaczepiał pasażerkę słowami: „kto pił piwo? czuję alkohol”. A ona ochoczo z nim konwersowała o tym, że „to nic”, „no przecież są andrzejki”, i że „wypiła tylko jedno piwko”, „było to zresztą o trzeciej”… I tak dojechaliśmy na piątą; akurat w sam raz, bo już słuchać tych bzdetów nie mogłem.

Okazało się, że pracujemy w ogromnych namiotach na terenie miejsca, w którym odbywają się konne wyścigi. Zmywałem tu kiedyś gary i naczynia, i pamiętam, jak bardzo wtedy zmarzłem. Dzisiaj też było zimno, cholernie zimno. Wnętrza, nie można nic złego powiedzieć, były ładnie, choć kiczowato przystrojone w jakieś baloniki i inne pierdoły, a na każdym stoliku stała butelka czerwonego wina, cztery komplety sztućców i serwetki. Trawniki na zewnątrz były zabłocone, parkingi zlany wodą i spowite egipskimi ciemnościami, a namioty stare. Kto urządza party w takim beznadziejnym miejscu? – pomyślałem. Na środku, pod zadaszeniem znajdowało się coś w rodzaju wybiegu dla modelek, na którym stał ogromny pluszowy słoń. To właśnie na jego tle trzy niezbyt ładne hostessy w lśniących, wieczorowych sukniach pozowały do zdjęć, a młody akrobata przy dźwiękach beatu rozgrzewał się przed swym występem.
Na scenie pojawiała się „stara ciotka”, rodaczka z obwisłym biustem i z wytrzeszczem, jak u Pani Barbary – tej wulgarnej baby z Internetu. Pojawiła się nie tyle na scenie, co w zasięgu mojej uwagi – a dokooptowała do naszego towarzystwa dopiero tutaj na miejscu (widać przyjechała na własną rękę, może ktoś ją przywiózł?) – i od razu stwierdziła, że po jednej flaszce czegoś mocniejszego, ewentualnie po jednej butelczynie wińska, tego ze stołu, też by mogła sobie popląsać, niczym akrobatka, i tyłkiem pokręcić nie-za-darmo. No i dobrze. Fucking cool!
Menadżerka kazała nam podpisać listę, na której, obok nazwiska pracownika, podawało się ilość posiadanej akurat przy sobie waluty: to chyba tak na wypadek kradzieży, pożaru, tsunami czy innego trzęsienia ziemi. Ta raczej młoda babka, młoda, ale laską bym jej nie nazwał, wymawiała nazwę naszej agencji w taki… dziwny sposób, coś jak „ęłką” czy jakoś tak.
Po dłuższej chwili skierowano nas-Encorreowców oraz ludzi z innych agencji na zaplecze, gdzie poprzydzielano nam role-zadania. Ale spęd! – pomyślałem. – Takiej zbieraniny ludzkich ras i nacji dawno już nie widziałem. No istna Babel!
I teraz, słuchajcie dalej, nasza grupa językowa nie dostała ani różowych krawatów, tak jak pozostali, ani innych atrybutów kelnera, takich jak tacki czy fartuszki, ale za to… dostaliśmy kucharza Polaka do pomocy. To znaczy – nie tyle do pomocy, ile do kierowania nami podczas prostego, taśmowego przyrządzania potraw. I na co mi było – zdziwiłem się – brać ładną, czarną koszulę, ubierać się paradnie do takiej syfiastej, kulinarnej roboty w jakichś tam namiotach czy barakach, zakładać nowe, a przy okazji, niestety, śliskie jak cholera, buty?! No po co?!
Pomimo wątpliwości związanych z odzieżą, praca przebiegła szybko i sprawnie. Po drodze nie było ani ciężko, ani nerwowo, ani brudno, ani nudno, ani, ani, ani...
O, nudno to na pewno nie było. Nie było po pierwsze dlatego, że praca była urozmaicona wydawaniem różnych, różnych, ale za każdym razem jednakowo niesmacznych, brytyjskich potraw; a po drugie dlatego, że na godzinkę przed końcem czekała na nas – na mnie, pana Grzegorza oraz typa świeżo po ogólniaku – ciekawa pointa w postaci dodatkowej, finalnej roboty na zmywaku, tj. mycie i szorowanie metalowych blach, upaćkanych tłuszczem; po trzecie wreszcie dlatego, że pan Grzegorz, w przypływie hojności, podzielił się ze mną oraz z całym światem swą wiedzą historyczną i tak radośnie te bezcenną życiową mądrość jednym zdaniem z siebie wypuścił, zapewniając mi rozrywkę oraz pożywkę do dalszych rozważań. Mówił on mianowicie o tym, że w Polsce rządzą kaczyści (nieporównywalnie gorsi od faszystów, nazistów oraz samego Hitlera), że kler się do rządzenia ciągle wpiernicza, że polonia amerykańska jest nadmiernie prawicowa, że rząd towarzysza Milera był najlepszy (i to pomimo tego, że to ten właśnie gabinet podpisał z Kościołem konkordat), że rząd Mazowieckiego wcale w ogóle nie był aż taki zły, o nie, że Piastowie to nie był jakiś tam, do chuja pana, ród polski, ale bohaterscy skandynawscy Wikingowie, że obcy rządzili Polską z reguły lepiej niż sami Polacy, że do pierwszego rozbioru Polski przyczynił się chciwy jak zwykle kler, że stare rody władają naszym nieszczęsnym krajem już od tysiąc dziewięćset osiemnastego roku (stare, tj. jedne i te same), że waluta brytyjska poszybuje wkrótce w górę aż do sześciu złotych za funta, że agencje pracy są tylko pierwszym step’em do dobrego życia w angielskiej krainie mlekiem i miodem płynącej, do usamodzielnienia się i w ogóle... itd., itp. I choć było w jego słowach wiele mądrości, przynajmniej w niektórych, to jednak pewność, z jaką je wypowiadał cechował typowo lewacki punkt widzenia i niemalże religijny – a przecież pan Grzegorz brzydzi się religią – fanatyzm. Jak to, kurczę, jest, że każdy jeden rodaczek-Polaczek chce być tak samo mądry, jak Lechu Wałęsa, a przynajmniej mądrzejszy, co nie, od swojego rozmówcy lub kolegi z pracy? Nic, tylko same cwaniaki, normalnie!

Pracę zakończyliśmy punktualnie o 23.00, zapakowaliśmy się wszyscy z powrotem do auta, zrobiliśmy dla pana kierowcy Grzegorza ściepę po dwa funty na benzynę i wróciliśmy do swych kwater: do tych wynajętych, drogich mieszkań z grzybem na starych, zawilgoconych ścianach, do tych mieszkań z oddzielnymi na gorącą i na lodowatą wodę kranami w kuchni i w łazience, z za nisko zamontowanymi klamkami u niewymiarowych drzwi, do tych mieszkań z cienkimi, pojedynczymi szybkami w oknach. Extra, fucking cool!

Dopisać akapit o Magicu i jego pleasure, o mnie jako Magic’u, o milionach starszej pani, o eleganckim moim stroju, o Polakowni i Ciapatowni… Dopisać na temat literowania imienia Maciek jako: em, a, si… plus C.I.A.


2.

Niedzielę przesiedziałem spokojnie przed „kompem”, a dupencja zadzwoniła do mnie dopiero w poniedziałek z rana na komórkę. Mogłem oddzwonić i porozmawiać z nią z domu, ale i tak byłem już pod siedzibą Encorre, gdzie przed wejściem spotkałem „starszą ciotkę” z dużym biustem – moją nową znajomą, z którą wymieniłem serdeczności i w ogóle. Mówiła, że poszłaby jeszcze na jakieś party (oj, poszłaby), a przy okazji strasznie przeklinała, jak prawie wszyscy nasi rodacy. Warto w tym miejscu dodać (sorry za dygresję), że zwłaszcza na obczyźnie kurwy odbijają się echem od elewacji budynków, od szyb, drzwi i od balkonów, gdy się idzie ulicami – dajmy na to – takiego Slough-Srał.
Ale czas to pieniądz, każdy to wie, więc po chwili rozmowy pożegnałem się i poszedłem do office, gdzie prawie z marszu dostałem specjalne robocze obuwie, tzw. bezpieczne buty (szkoda, że nie siedmiomilowe – nie musiałbym już więcej martwić się o dojazd do pracy). Od razu postanowiłem, że je tutaj na miejscu przymierzę – i w tak głupi sposób obnażyłem swe dziurawe skarpetki. Ale kino! – w myślach się zaśmiałem. – Tylko tyle dorobiłem się tyrając przez trzy lata w UK. I pomyśleć, że jeszcze całkiem niedawno gościłem przez trzy miesiące w słonecznej Italii u znajomej, gdzie pożyłem sobie jak król – i to praktycznie za darmo!
Migiem powziąłem decyzję, ażeby nie wracać już do domu, tylko prosto z agencji udać się do roboty. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Wyszedłem, a wcześniej zapisałem jeszcze sobie namiar na kierowcę. Typ miał na imię Sławek. Mógłby spokojnie pracować w Polsce i nazywać się Andrzej Duda… ze swym wyglądem. I mógłby być prezydentem... Albo i nie. Nie, jednak nie, jednak nie. Chodzi o to, że podobieństwo zaczynało się i kończyło na wyglądzie, a gość…, Sławeusz Sławek, nie tylko słabo mówił po angielsku, ale i słabo po polsku, tzn. popełniał drobne błędy stylistyczne i gramatyczne (nie, żebym sam mówił jakąś nie wiadomo jaką polszczyzną Miodków i innych Bralczyków, o nie!). O tyle dobrze jednak, że nie klął, ten nasz Sławomir, jak szewc.
Tak w ogóle, to…, Dżizus! strasznie się na niego naczekałem, naczekałem i namarzłem, ale przynajmniej zrobiłem na szybko zakupy w pobliskim tzw. polskim (a tak naprawdę to arabskim) sklepie. Wziąłem, tj. kupiłem sobie coś, ma się rozumieć, na obiadek: jakiś pasztet drobiowy, jakieś krakersy solone, jakiś batonik w polewie czekoladowej…
W końcu też doczekałem się na Sławka, który okazał się być facetem do bólu rozmownym. Po kolei opowiadał mi o pracy w charakterze operatora wózka widłowego, o jaką się ostatnio stara; o swojej, nieistniejącej już, polskiej firmie, którą musiał zamknąć, gdy okazało się, że okradają go wspólnicy; o ludziach, którzy pili i ćpali w godzinach pracy; o koleżance, której odmówił raz seksu, i która się potem na nim mściła. Mówił o koledze, którego okradły zuchwałe Polki z miejscowego burdelu w Slough-Srał. Kurwy nie dość, że go okradły, to zdążyły zjeść u niego śniadanie, a potem jeszcze… wystawiły mu rachunek za upojną noc, pełną seksu.
Po czterdziestu minutach takiej jazdo-rozmowy zawitaliśmy pod baraki, my, faceci nie-z-baraków. Był kiedyś, nawiasem mówiąc, taki film…, o „Facetach z baraków”, strasznie śmieszny.

Te baraki w pierwszej chwili skojarzyły mi się z, uwaga, mleczarnią, a firmowy uniform, jaki otrzymałem – czyli gumowce, czepki na włosy oraz długaśne, białe fartuchy – z jakąś ubojnią i ogólnie z pracą przy krowach. A nasza rola tutaj polegała na pakowaniu do worków foliowych gorących jeszcze, świeżych zup po dwa, dwa i pół kilograma. Trzeba było je foliować, przynosić i odnosić plastikowe skrzynki na gotowe już porcje zupek, zapewnić sobie odpowiednie woreczki z przybitą datą ważności oraz nazwą tego spożywczego towaru. Słowem, trzeba było robić wszystko to, co normalnie robi się w tego typu rozlewniach płynnego i półpłynnego… żarcia.
A! tak jeszcze co do foliowania, to chciałbym zauważyć, że w jednej z „Sond” (popularnym programie, który gościł w telewizornii w latach osiemdziesiątych) pojawiła się taka oto informacja: „kiedyś będzie się foliowało towary, a nasza przyszłość to właśnie plastik”. Nie sądziłem wówczas, że to moja przyszłość także, moja przyszłość i moja praca. Ale, jak się okazuje, nie tylko moja…
Ogółem nas – Polaków z baraków – „trochę jest…”, w tej „zupiarni”; jest paru Rumunów i Angoli, a tylko jeden Portugalczyk. I, co charakterystyczne, są tutaj młodzi Angole – ludzie z werwą, ale jest i stary Angol – a takiego zawsze się gdzieś w pracy w Wielkiej Brytanii spotka – który jest przygaszony i styrany, sponiewierany przez ciężki los robola. Ci Anglicy z fabryki zupek – to prawdziwe „oryginały”, a tak na serio… – to wcale nie są jacyś wyjątkowi. Reprezentują określone typy charakterów i wyglądają zawsze w określony, powtarzający się sposób, tak jak ci ogrodnicy ze Slough-Srał z Upton Park – cała brygada różnych typów z brodą i bez brody. Oryginalni to oni, wyspiarze, może i są, ale tylko na tle Polaków czy Holendrów; wyróżniają się, i owszem, gdzieś tam na obczyźnie, a nie u siebie „w swojej” Anglii. (Sorry, że wyrażenie „w swojej” Anglii wziąłem tutaj w cudzysłów, ale, co zrozumiałe, z uwagi na zalew imigrantów oraz na kryzys kategorii „swój-obcy” nie mogłem postąpić inaczej.)

I kiedy stawiliśmy się ze Sławkiem w „zupiarni” – w samych czeluściach tego przeklętego zakładu pełnego piekielnej pary – w środku panował zapach rolniczy bardziej, a niżeli kuchenny czy apetycznie stołówkowy. Robotnicy mimo wszystko kosztowali to płynne jedzenie bezpośrednio z kadzi, używając przy tym jednej i tej samej, niemytej wcale lub prawie wcale łyżki, a do kantyny przynosili od czasu do czasu testery – małe porcje, którymi można się było raczyć podczas lunchu.
Praca tutaj odbywała się w systemie dwuzmianowym i trwała dwanaście godzin (ja np. miałem pracować od 6.00 do 18.00 dzień w dzień). A duże różnice temperatur pomiędzy poszczególnymi pomieszczeniami dopełniały obrazu nędzy i rozpaczy, jaki na miejscu zastałem. Najgorzej i najzimniej było oczywiście w chłodni – był to zapewne trzeci level wtajemniczenia w arkana tego fachu dla niefachowców, gdzie pierwszy oznacza najlżejszy, najmniej zaawansowany poziom pracy i stopień wtajemniczenia, a trzeci – poziom najtrudniejszy (i… najgorszy).
Zanim się z tym miejscem na dobre pożegnamy, to jeszcze chciałbym zauważyć, że Polacy tutaj byli dla siebie strasznie chamscy, mądralińscy, mrukowaci, no i rzecz jasna sypiący kurwami i ogólnie przeklinający. Z jednym z tych Polan z pola, od obory i od pługa, zamieniłem tylko dwa zdania, które brzmiały mniej więcej tak: „cześć, jestem tu nowy i jestem z Polski”, „no i co z tego, kurwa!”. Dłużej nie chciało mi się z tym dżentelmenem rozmawiać...

Przerwy miały być co cztery godziny, no ale kiedy kumpel Sławek wyszedł na lunch, z którego powrócił spóźniony (a przecież mógł nie wrócić wcale), stanąłem w obliczu całkiem możebnej perspektywy powrotu do domu autobusem lub taryfą. Szkoda tylko, że nie miałem przy sobie bezpiecznych butów siedmiomilowych, ani żadnej waluty, a ten przysłowiowy ostatni grosz oddałem wcześniej na paliwo właśnie Sławkowi, który, i to na szczęście, na lunch wyszedł i z lunchu wrócił; i dzięki temu, że wrócił, mogliśmy razem po pracy udać się do naszych domostw w Slough (ale srał to pies: kończymy ten paragraf).
C.d.n.



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Angielska robota - faktotum

Postautor: maciekzolnowski » pn 15 maja 2017, 23:11

Ktoś mi coś napisze (i wytknie przy okazji)? ;) Thank you!



Awatar użytkownika
huri75
Pisarz domowy
Posty: 102
Rejestracja: ndz 26 lut 2017, 21:28
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Szkocja
Płeć: Mężczyzna

Angielska robota - faktotum

Postautor: huri75 » pt 19 maja 2017, 12:31

To raczej mi wygląda na "zapiski " takie na na szybko - jak mi miną dzień, kolejny zasrany dzień w UK.


Intelektualista - to człowiek mówiący zawile o rzeczach prostych; artysta - to człowiek mówiący prosto o rzeczach zawiłych.
Buk

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Angielska robota - faktotum

Postautor: maciekzolnowski » sob 20 maja 2017, 15:37

Troszkę wzorowałem się na "Listonoszu" Bukowskiego (to na pewno).



Awatar użytkownika
huri75
Pisarz domowy
Posty: 102
Rejestracja: ndz 26 lut 2017, 21:28
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Szkocja
Płeć: Mężczyzna

Angielska robota - faktotum

Postautor: huri75 » sob 20 maja 2017, 16:41

maciekzolnowski pisze:Troszkę wzorowałem się na "Listonoszu" Bukowskiego (to na pewno).

Tak też myślałem. Przeczytaj "Faktotum". Jestem w trakcie czytania "Hollywood". "Listonosza" - czytałem, sam byłem również listonoszem :).
Więcej czyta. Nie znam lepszego nauczyciela od Bukowskiego. Można się wele z jego książek nauczyć, nie tylko picia wina :) Pozdrawiam ze Szkocji...


Intelektualista - to człowiek mówiący zawile o rzeczach prostych; artysta - to człowiek mówiący prosto o rzeczach zawiłych.
Buk

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Angielska robota - faktotum

Postautor: maciekzolnowski » sob 20 maja 2017, 23:38

"Nie znam lepszego nauczyciela od Bukowskiego. Można się wiele z jego książek nauczyć, nie tylko picia wina". No to fakt. Od niego można nauczyć się i pisania... i picia także, bo podobno straszny był z niego moczymorda. ;)
Muszę dopisać coś, co będzie się opierało na moich (skromnych) doświadczeniach w pracy w słynnym Eton College oraz w Zamku Królewskim w Windsorze. Może nie powstaną z tego wspomnienia na miarę tych, ukazanych światu przez papieskiego kamerdynera, ale zawsze to coś (coś innego, coś z tzw. życia wziętego, coś dla niektórych ciekawszego od samej tylko fikcji literackiej).
Na zakończenie taka oto mała uwaga: Wiem, że mój narrator strasznie marudzi, ale to jego marudzenie ma stanowić w zamyśle przeciwwagę dla "ochów" i "achów", jakie się nad Wielką Brytanią unoszą. Chodzi mi o te wszystkie słowa podziwu, płynące z każdej niemalże strony polskiej sceny politycznej: elity intelektualnej i dziennikarskiej, z red. Michalczewskim i red. Ziemkiewiczem na czele. Gdy tymczasem (nie żebym się akurat w wielu kwestiach z panem Rafałem nie zgadzał, ale nie o to przecież idzie) nie ma się czym zachwycać, bo jaka Anglia jest, każdy widzi. I tyle z mojej strony!
Dzięki za komentarz, pozdrawiam z Anglii (z okolic Londynu)!



Awatar użytkownika
huri75
Pisarz domowy
Posty: 102
Rejestracja: ndz 26 lut 2017, 21:28
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Szkocja
Płeć: Mężczyzna

Angielska robota - faktotum

Postautor: huri75 » ndz 21 maja 2017, 15:12

maciekzolnowski pisze:"Nie znam lepszego nauczyciela od Bukowskiego. Można się wiele z jego książek nauczyć, nie tylko picia wina". No to fakt. Od niego można nauczyć się i pisania... i picia także, bo podobno straszny był z niego moczymorda. ;)
Muszę dopisać coś, co będzie się opierało na moich (skromnych) doświadczeniach w pracy w słynnym Eton College oraz w Zamku Królewskim w Windsorze. Może nie powstaną z tego wspomnienia na miarę tych, ukazanych światu przez papieskiego kamerdynera, ale zawsze to coś (coś innego, coś z tzw. życia wziętego, coś dla niektórych ciekawszego od samej tylko fikcji literackiej).
Na zakończenie taka oto mała uwaga: Wiem, że mój narrator strasznie marudzi, ale to jego marudzenie ma stanowić w zamyśle przeciwwagę dla "ochów" i "achów", jakie się nad Wielką Brytanią unoszą. Chodzi mi o te wszystkie słowa podziwu, płynące z każdej niemalże strony polskiej sceny politycznej: elity intelektualnej i dziennikarskiej, z red. Michalczewskim i red. Ziemkiewiczem na czele. Gdy tymczasem (nie żebym się akurat w wielu kwestiach z panem Rafałem nie zgadzał, ale nie o to przecież idzie) nie ma się czym zachwycać, bo jaka Anglia jest, każdy widzi. I tyle z mojej strony!
Dzięki za komentarz, pozdrawiam z Anglii (z okolic Londynu)!


Wszystko zależy od punktu siedzenia, to co widzisz i jak to odbierasz. Moja pierwsza praca w Szkocji wyglądała tak, że przez tydzień nic nie robiłem, piła do cięcia była zepsuta ale zostałem przyjety do pracy, chociaż wcale nie musieli tego robić. Szwędałem się, opalałem... przyglądałem co robią inni i statarłem zabić nudę :) Gdy zaczęła się praca co godzinę przerwa na herbatkę... I nie zapomne tego do końca życia jak szef podszedł do nas i powiedział, że za szybko pracujemy (jak to Polaki). Dobrze wspominam tego Duńczyka. Szanował nas jako pracowników. Każdego przedstawiał swojej rodzinie. Przyprowadzał ją do zakładu. Te wszystkie agencje u których pracujesz to nie jest praca ;). Jak w każdej fabryce... i patrząc tylko przez pryzmat fabryk to miejsce prawie nigdy nie będzie przyjemne.

Added in 1 hour 37 minutes 54 seconds:
Miało być "szwendałem się". Edycja na tym forum szwankuje... dlatego nadpisałem.


Intelektualista - to człowiek mówiący zawile o rzeczach prostych; artysta - to człowiek mówiący prosto o rzeczach zawiłych.
Buk

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Angielska robota - faktotum

Postautor: maciekzolnowski » pn 22 maja 2017, 10:47

Ale zgodzisz się ze mną, że zdecydowanie inaczej pracuje się w Anglii, w Szkocji, w Niemczech, w Holandii (a mogę coś na ten temat powiedzieć) i, dajmy na to, np. w Polsce (zwłaszcza u "prywaciarzy" lub/i nowobogackich)? Nie chciałem broń Boże, aby mój narrator robił wrażenie nieudacznika-marudy. Po prostu chciałem podzielić się z czytelnikiem smutnymi i radosnymi chwilami, spędzonymi na emigracji. Chyba nie ma nic gorszego, od narzekania na kraj, który daje ludziom pracę... od narzekania na chlebodawców-gospodarzy, którzy są gościnni wobec tzw. "obcych", wobec przyjezdnych, wobec imigrantów.



Awatar użytkownika
huri75
Pisarz domowy
Posty: 102
Rejestracja: ndz 26 lut 2017, 21:28
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Szkocja
Płeć: Mężczyzna

Angielska robota - faktotum

Postautor: huri75 » sob 27 maja 2017, 13:53

maciekzolnowski pisze:Source of the post Ale zgodzisz się ze mną, że zdecydowanie inaczej pracuje się w Anglii, w Szkocji, w Niemczech, w Holandii (a mogę coś na ten temat powiedzieć) i, dajmy na to, np. w Polsce (zwłaszcza u "prywaciarzy" lub/i nowobogackich)? Nie chciałem broń Boże, aby mój narrator robił wrażenie nieudacznika-marudy. Po prostu chciałem podzielić się z czytelnikiem smutnymi i radosnymi chwilami, spędzonymi na emigracji. Chyba nie ma nic gorszego, od narzekania na kraj, który daje ludziom pracę... od narzekania na chlebodawców-gospodarzy, którzy są gościnni wobec tzw. "obcych", wobec przyjezdnych, wobec imigrantów.


To forum literackie! więć zeszliśmy chyba z tematu...
Słuchaj, pracując w tym samym markecie w UK i Polsce wykonujesz tą sama pracę. Jednak pensje się znacznie różnią, mimo iż koszty życia są już takie same! Pokaż mi nowobgackiego w Polsce, który dorobił się swojej pozycji nie wykorzystując i nie oszukując innych? Ich ulubionym zdaniem jest " załóż pan własną firmę i płać ile chcesz". Zgoda, jeśli będziemy pracowali na tych samych warunkach - uczciwych warunkach. Wtedy, taki nowobogacki stwierdzi że, na uczciwych warunkach on się nie dorobi. Koło się zamyka.

Przeczytaj wiersz Bukowskiego: " Do dzi..i która ukradła moje wiersze". Myślę, że z prozą jest podobnie...
Co do twojego stylu pisania nie podchodzi mi w ogóle... nie chcę być jak ONI poeci i pisarze, którzy wyrywają sobie wzajemnie publicznie flaki... , a jesteś dla nich PŁOTKĄ, aby zechcieli je wyrwać. Nie licz więc na komentarze z ICH strony. No chyba, że poprawisz znacznie swoją prozę. Pozdrawiam.


Intelektualista - to człowiek mówiący zawile o rzeczach prostych; artysta - to człowiek mówiący prosto o rzeczach zawiłych.
Buk


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości