Rajstopowiec

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Rajstopowiec

Postautor: maciekzolnowski » sob 06 maja 2017, 21:29

Aniu: pło­mie­niu utra­co­ne­go dzie­ciń­stwa, Ar­ka­dii wonny płat­ku, moja duszo, mój grze­chu… Była ANIA, po pro­stu ANIA, let­nim wie­czo­rem, gdy stała bosa na ja­kiejś wid­mo­wej łące z wło­sa­mi w ko­lo­rze lnu, sple­cio­ny­mi w war­kocz, gdzieś tam na wy­so­ko­ści wy­bu­ja­łej grzyw­ki; i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej… Nie opo­wiem tej hi­sto­rii tak, jak się wy­da­rzy­ła, ale tak, jak ją za­pa­mię­ta­łem.
Uro­dzi­łem się w małej, pod­su­dec­kiej miej­sco­wo­ści, po­ło­żo­nej na po­łu­dniu Opolsz­czy­zny, pod ko­niec lat sie­dem­dzie­sią­tych ubie­głe­go wieku – dawno temu, dawno temu. Moja świa­do­mość „ukon­sty­tu­owa­ła się”, jakby to po­wie­dział to­wa­rzysz Ja­ru­zel­ski, zbrod­niarz, ge­ne­rał, zaraz po sta­nie wo­jen­nym, a więc w la­tach osiem­dzie­sią­tych. Z per­spek­ty­wy te­raź­niej­szo­ści po­strze­gam ów etap mo­je­go dzie­ciń­stwa jako dru­gie wcie­le­nie słod­kich lat sześć­dzie­sią­tych; pod wie­lo­ma wzglę­da­mi, bar­dzo do sie­bie po­dob­nych. I także: bar­dzo ko­lo­ro­wych.
Za­sta­na­wiam się, od czego bym mógł roz­po­cząć snu­cie tej opo­wiast­ki, gdyż z wszyst­kich skraw­ków wspo­mnień, jakie po­sia­dam, cięż­ko jest mi na­praw­dę uło­żyć jakąś osza­ła­mia­ją­cą, ho­mo­ge­nicz­ną, lo­gicz­ną, zwar­tą, sen­sow­ną pod wzglę­dem fa­bu­lar­nym i for­mal­nym hi­sto­ryj­kę. Nie od dziś wia­do­mo, że naj­le­piej za­pa­mię­tu­je­my, naj­le­piej się za­pa­mię­tu­je te ważne etapy na­sze­go życia, sta­no­wią­ce swo­iste ka­mie­nie mi­lo­we w całej dłu­giej, mo­zol­nej i nie­bez­piecz­nej dro­dze do upra­gnio­nej tak bar­dzo do­ro­sło­ści. Choć z dru­giej stro­ny, cza­sem na owe skraw­ki wspo­mnień skła­da­ją się zu­peł­ne bła­host­ki – spra­wy tak nie­istot­ne, że z za­sa­dy w ogóle, jako do­ro­śli, nie po­win­ni­śmy o nich pa­mię­tać. Po­nad­to praw­dą mi się zdaje ta teza, która głosi, iż na „ma­łe­go czło­wiecz­ka” po dro­dze cze­ka­ją różne „bazy do za­li­cze­nia”, różne gu­mo­we mile, różne ważne i za­sad­ni­cze etapy „wy­ra­bia­nia normy” w za­kła­dzie pro­duk­cyj­nym „Bóg, Ludz­kość i Spół­ka”, przy ta­śmie, linii życia. I gdy je ów na­sto­la­tek wszyst­kie przej­dzie, gdy zdo­bę­dzie wszyst­kie bazy, to stwier­dzi ze zdzi­wie­niem, że to, co w jego, bar­dziej lub mniej, mar­nej eg­zy­sten­cji było mu dane naj­lep­sze­go, jest już dawno, dawno za nim i że się wła­śnie stało wspo­mnie­niem, że się wła­śnie stało hi­sto­rią. W moim przy­pad­ku jed­nym z tych ka­mie­ni mi­lo­wych był rok 1985, a zwłasz­cza jego człon letni, człon wa­ka­cyj­ny. Był to rok, w któ­rym wy­da­rzy­ło się na­praw­dę sporo – naj­wię­cej w moim do­tych­cza­so­wym mło­dym życiu. Był to także rok do­żyn­ko­wy, rok, w któ­rym od­by­wa­ły się na ziemi Prud­nic­ko-Gło­gó­wec­kiej pe­ere­low­skie Do­żyn­ki Cen­tral­ne. Dla­cze­go Cen­tral­ne? Ano dla­te­go, że w tym rol­ni­czym świę­cie plo­nów udział brały wła­dze cen­tral­ne, cen­tral­nie ste­ru­ją­ce na­szym nie­szczę­śli­wym, zu­bo­ża­łym, ster­ro­ry­zo­wa­nym przez „czer­wo­ną ho­ło­tę” kra­jem. Cen­tral­ne też było ogłu­pie­nie, ogól­ne skre­ty­nie­nia i szaj­ba – cen­tral­nie! na punk­cie te­le­wi­zji, która miała cen­tral­nie! do na­sze­go graj­doł­ka wdep­nąć, za­wi­tać, za­je­chać, przy­je­chać. Ale do spraw rol­ni­czych i po­li­tycz­nych za­pew­ne jesz­cze wrócę. Teraz jed­nak rad­bym zająć się zgoła czymś innym, czymś o wiele waż­niej­szym… Nie opo­wiem tej hi­sto­rii tak, jak się wy­da­rzy­ła, ale tak, jak ją za­pa­mię­ta­łem.
Aniu: pło­mie­niu utra­co­ne­go dzie­ciń­stwa, Ar­ka­dii wonny płat­ku, moja duszo, mój grze­chu. A-N-I-U: za­ini­cjo­wa­ne w spo­sób mięk­ki, łap­czy­we cre­scen­do na czte­rech li­te­rach, koń­czą­ce się cie­płym, długo wi­bru­ją­cym ak­sa­mi­tem. Twe imię ist­nie­je tak, jak ist­nie­je po­trze­ba, by ma­rzyć o praw­dzi­wej mi­ło­ści i nie­osią­gal­nej na­mięt­no­ści… Była ANIA, po pro­stu ANIA, let­nim wie­czo­rem, gdy stała bosa na ja­kiejś wid­mo­wej łące z wło­sa­mi w ko­lo­rze lnu, sple­cio­ny­mi w war­kocz ponad wy­bu­ja­łą grzyw­ką. W szko­le – ANKA: mała Anka ze szcze­rym uśmie­chem wy­pi­sa­nym na jej dziew­czę­cej twa­rzycz­ce, mała Anka z roz­iskrzo­nym wej­rze­niem, kunsz­tow­nie przez gaj rzęs oka­la­nym. Ze sma­ko­wi­ty­mi ustecz­ka­mi i tymi ma­ły­mi, bia­ły­mi ząb­ka­mi, za­to­pio­ny­mi w żarze mo­re­li, była Anul­ka w za­ci­szu swego domu. A w moich ra­mio­nach za­wsze była Ania…
I pa­mię­tam to do­sko­na­le, jak owego sło­necz­ne­go lata 1985 roku, gdy stą­pa­łem sobie, jesz­cze nie­pew­nie, po linii życia po­cząt­ku, zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie i nagle, pię­trząc się ra­do­śnie, buch­nę­ły struż­ki świa­tła zło­ta­we; a potem, bez naj­mniej­sze­go ostrze­że­nia, mor­ska bryza wez­bra­ła mi pod ser­cem – i oto, pół­na­gie, ob­na­żo­ne ni­czym prze­bi­śnieg w słoń­cu, za­plą­sa­ło przede mną Moje Ko­cha­nie. Do­kład­nie tak za­pa­mię­ta­łem tę jasną, efe­me­rycz­ną, wy­jąt­ko­wą, cu­dow­ną, ma­gicz­ną chwi­lę, gdy wpa­dli­śmy na sie­bie, znie­nac­ka. Wtedy to uj­rza­łem ją po raz pierw­szy; a było to nad brze­ga­mi mo­drej, de­li­kat­nie szem­rzą­cej i wi­ją­cej się sze­ro­ką wstą­żecz­ką Oso­bło­gi, w jakiś pięk­ny, ob­le­pio­ny zło­tem i mio­dem, po­cą­cy się nek­ta­rem sło­necz­ni­ków dzień.
Od tam­tej pory, my, Dzie­ci Słod­ko­pol­ski, „para Jacek i Bar­ba­ra”, wszę­dzie cho­dzi­li­śmy za­wsze razem, idąc i trzy­ma­jąc się pod ramię; spo­ty­ka­li­śmy się i spa­ce­ro­wa­li­śmy, ła­piąc się grzecz­nie i ści­ska­jąc mocno za rącz­ki, co trwa­ło przez okrą­gły z górą rok. Ania była moją pierw­szą i za­ra­zem je­dy­ną praw­dzi­wą mi­ło­ścią; była też przede wszyst­kim mi­ło­ścią dzie­cię­cą, ale nie wy­łącz­nie pla­to­nicz­ną. Potem nagle gdzieś zni­kła, prze­pa­dła jak ka­mień w wodę w od­mę­tach tych nie­wy­raź­nych wspo­mnień, kry­ją­cych na swym dnie nie­okre­ślo­ną sło­dycz wszyst­kich, naj­bar­dziej nawet roz­ża­gwio­nych, dni mi­nio­ne­go, prze­brzmia­łe­go, utra­co­ne­go na za­wsze dzie­ciń­stwa; ja na­to­miast wy­pro­wa­dzi­łem się do du­że­go mia­sta – z dala od niej i od swych ro­dzin­nych stron. I nigdy wię­cej jej już nie spo­tka­łem. Ale to nie Ania jest bo­ha­ter­ką mej skrom­nej opo­wiast­ki, lecz wła­śnie, wspo­mnia­na wcze­śniej, bła­host­ka. Jest to rzecz po­zba­wio­na ja­kie­go­kol­wiek zna­cze­nia – przy­naj­mniej z punk­tu wi­dze­nia dra­ma­tur­gii ludz­kich losów i wiel­kich nar­ra­cji. O pew­nym tym zwiew­nym ele­men­cie ko­bie­cej gar­de­ro­by, bo o nim tu mowa, na­pi­szę za chwi­lę.
Tak, ta­aaak; to wten­czas wła­śnie, w po­ło­wie lat osiem­dzie­sią­tych, uak­tyw­nił się we mnie, po raz pierw­szy, jakiś nad­ludz­ki, sam­czy, szó­sty zmysł, co ze swych po­sia­da­czy magów czyni, in­for­mu­jąc tych ostat­nich, niby za spra­wą szkla­nej i od­po­wied­nio do­stro­jo­nej kuli, o każ­dej po­ja­wia­ją­cej się wi­bra­cji: czy to dźwię­ku, czy świa­tła, czy nawet pod­ło­ża. Ów zmysł an­ty­cy­po­wał swe na­dej­ście chyba nawet jesz­cze parę lat wcze­śniej, tj. we wcze­snym dzie­ciń­stwie (tego mo­men­tu do­kład­nie nie za­pa­mię­ta­łem, nie za­re­je­stro­wa­łem), kiedy jedna z cze­cho­sło­wac­kich sta­cji te­le­wi­zyj­nych nada­wa­ła po­chat­kę „Spa­dla z ob­la­kov”, „Majka spa­dła z ob­ło­ków” albo, pro­ściej, „Majka z ko­smo­su”. Pa­mię­tam to do­sko­na­le, jak razu pew­ne­go spły­nę­ła na mnie, wprost z ekra­nu, magia mło­dziut­kiej Majki, która w sa­mych tylko raj­tuz­kach stą­pa­ła sobie naj­zwy­czaj­niej po su­fi­cie, nie zwa­ża­jąc na prawo gra­wi­ta­cji. W mych pa­cho­lę­cych oczach – za­praw­dę po­wia­dam wam – to i Majka była pięk­na; i cuda, jakie wy­pra­wia­ła, były pięk­ne; i jej dziew­czę­ce nóżki, taaak, zwłasz­cza nóżki, były wprost nie­mo­żeb­nie uro­dzi­we, tak nepřed­sta­vi­telně krásné.
Pa­mię­tam i inne jesz­cze DZIWY, kar­mią­ce ba­ła­mut­ny mój, nie­czy­sty, grzesz­ny zmysł sza­ma­na. Jako młody chło­pak sta­ra­łem się za wszel­ką cenę po­dej­rzeć, od spodu i z boku, wdzię­ki zwin­nych cze­skich tan­ce­rek ae­ro­bi­ku oraz se­ria­lo­wych księż­ni­czek o tej samej na­ro­do­wo­ści, do­stęp­nych przez parę go­dzin za po­śred­nic­twem te­le­wi­zji na­ziem­nej-ana­lo­go­wej, ale nie byłem zdol­ny prze­ła­mać magii ki­ne­sko­pu i uczy­nić zeń okna na świat strip­ti­zu. Mu­sia­ło to z całą pew­no­ścią wy­glą­dać prze­za­baw­nie, kiedy pod­cho­dzi­łem, „pod­czła­py­wa­łem” jako mały brzdąc, do tej sta­ro­daw­nej Uni­try, Diory albo innej Wisły po pro­stu ni­czym aktor te­atru lalek pod­cho­dzi do trój­wy­mia­ro­we­go pu­deł­ka z ku­kieł­ka­mi, sta­no­wią­ce­go ele­ment jego ar­ty­stycz­ne­go warsz­ta­tu. Pod­cho­dzi­łem, pod­kra­da­łem się pod ten wiel­gach­ny te­le­od­bior­nik; i sobie ukrad­kiem, z bocz­ku i od dołu, de­li­kat­nie spo­zie­ra­łem. I tak, za­miast oglą­dać, dajmy na to, przy­dłu­ga­wą Kro­ni­kę Fil­mo­wą z cza­sów PRL, przed­sta­wia­ją­cą re­la­cję z ob­cho­dów do­żyn­ko­wych w Gło­gów­ku z udzia­łem to­wa­rzy­sza Ja­ru­ze­li-Ka­ru­ze­li z PZPR, jak go zło­śli­wie na­zy­wa­ły dzie­ci, wo­la­łem pod­glą­dać te wiecz­nie roz­ra­do­wa­ne tan­cer­ki, uśmie­cha­ją­ce się do mnie ni­czym polne kwia­tusz­ki wio­sną, a przy­oble­czo­ne w zwiew­ne, lu­do­we, ar­cy­po­wab­ne stro­je. Wo­la­łem po­dzi­wiać ich pięk­ne, zgrab­ne nóżki, łanie nóżki, a ni­że­li co­kol­wiek in­ne­go… Tak więc, jak już mó­wi­łem, uak­tyw­nił się we mnie jakiś nad­ludz­ki, szó­sty zmysł. Lu­dzie na­zy­wa­ją ten ro­dzaj uak­tyw­nie­nia doj­rze­wa­niem. Na­ten­czas byłem zdol­ny wy­kryć każdą fluk­tu­ację, która pły­nę­ła z ziemi, z wody lub z wnę­trza, ośrod­ko­we­go i mó­zgo­we­go, KC: Ko­mu­ni­ka­to­ra Cen­tral­ne­go Ciała Mego Roz­pa­lo­ne­go. Za chwi­lę podam kilka przy­kła­dów tego uak­tyw­nie­nia.
Któ­rejś le­ni­wej, ka­nap­ko­wo-te­le­wi­zyj­nej nie­dzie­li, na któ­rymś tam pro­gra­mie, nie­istot­ne zresz­tą, na któ­rym, pew­nej ba­le­rin­ce pu­ści­ło czy też po­szło oczko w raj­sto­pach, pod­czas jej jakże eks­hi­bi­cjo­ni­stycz­ne­go wy­stę­pu. A jam to, nie chwa­ląc się, przy­uwa­żył i spra­wił, żem się przez czas nie­ja­ki na­pa­wał tym pusz­czo­nym do mnie oczkiem. O tak; na­pa­wa­łem się przez czas nie­ja­ki, to zna­czy przez dłuż­szy czas; …czyli tak jakby za spra­wą za­sto­so­wa­nia funk­cji stop­klat­ki na wir­tu­al­nym, ist­nie­ją­cym tylko w mej gło­wie, sta­rym i po­czci­wym VHS-ie. Przede wszyst­kim, nie­ja­ko już z mar­szu, „po­zwo­li­ła mi” ta pa­nien­ka na­pa­wać się wi­do­kiem dol­nych swych czło­nów, tak nie­win­nie ob­ma­cy­wa­nych ny­lo­no­wym spo­iwem. A zresz­tą nie miała in­ne­go wyj­ścia, jak po­zwo­lić mi się na­pa­wać, gdyż zwiew­na jej kiec­ka była zwiew­na aż za­nad­to, a po­nad­to ka­me­ra te­le­wi­zyj­na, która to wszyst­ko re­je­stro­wa­ła, ulo­ko­wa­ła się bar­dzo nisko i jed­no­cze­śnie bar­dzo bli­sko sceny. I to do­brze! to na szczę­ście! O mój Boże! Dla­cze­go nie utka­łeś mnie z ny­lo­nu!? I tak… raz po raz zer­ka­łem sobie, nie­śmia­ło, na sia­tecz­kę eks­ta­tycz­nych do­znań i em­fa­tycz­nych unie­sień, na całą skom­pli­ko­wa­ną kar­to­gra­fię ko­ro­nek, fal­ba­nek, nóżek i nie tylko; …no i oczy­wi­ście raj­sto­pek. A im głę­biej wcho­dzi­łem pod spód­nicz­kę, skry­cie, tym so­czyst­sze i sma­ko­wit­sze od­naj­dy­wa­łem tam owoce, któ­rych wonne słod­ko­ści umiej­sco­wio­ne były wy­so­ko ponad kli­nem, poza gra­ni­cą de­mar­ka­cyj­ną w po­sta­ci czę­ści majt­ko­wej raj­stop. I oto w prze­bły­sku ja­kiejś wyż­szej, sza­mań­skiej, sam­czej świa­do­mo­ści uj­rza­łem trzy ma­gicz­ne słowa: in­tym­ność, se­kret­ność, skry­tość. Któż ich nie zna? Któż nie zna tych bo­skich zu­peł­nie for­mu­łek, tych Słów za­praw­dę Pań­skich? Czy nie zna Czy­tel­nik tego owocu o smaku za­ka­za­nym, czy obcy jest Czy­tel­ni­ko­wi ten ra­do­sny prze­błysk unie­sie­nia, który wstę­pu­je nań pod wpły­wem moż­no­ści wy­wyż­sze­nia się, wznie­sie­nia się ponad tłum, który wstę­pu­je nań pod wpły­wem po­czu­cia wła­snej mocy, gó­ro­wa­nia ponad wszel­ki­mi ży­wio­ła­mi oraz wszyst­kim, co jest słabe i liche, czy obcy jest Czy­tel­ni­ko­wi ten ra­do­sny prze­błysk unie­sie­nia, który po­zwa­la mu na­zy­wać sie­bie wy­brań­cem albo po­ma­zań­cem? Wszyst­ko to, o czym ma­rzyć po­wi­nien sza­nu­ją­cy się pod­glą­dacz, skry­cie na­le­ża­ło teraz do mnie i tylko do mnie! A mówię tu o za­spo­ko­jo­nej mej żądzy, dzi­kiej i zbo­czo­nej, któ­rej ślady niby zwie­rzę ogo­nem za sobą za­cie­ra­łem, …ską­pa­ny w grze­chu, kłam­li­wy w mowie, nie­sko­ry do dzie­le­nia się owo­ca­mi swo­ich po­dej­rzeń, pod­cho­dów, pod­lo­tów. Twarz prze­to mia­łem czer­wo­ną ze wsty­du.
Innym z kolei razem na­wie­dzi­ła mnie, star­sza ode mnie o rok, ko­le­ża­necz­ka – łania o imie­niu Kinga. Kinga miesz­ka­ła na co dzień w wiel­kim bar­dzo mie­ście i tylko od świę­ta przy­jeż­dża­ła do swej ba­buń­ci, sta­jąc się wła­śnie na ten krót­ki czas Bo­że­go Na­ro­dze­nia, Wiel­ka­no­cy albo wa­ka­cji moją są­siad­ką, a więc i tak zwaną dziew­czy­ną z są­siedz­twa. Spo­tka­li­śmy się na ulicy, tuż przed domem, zanim jesz­cze wstą­pi­ła w me skrom­ne progi. Nigdy nie za­po­mnę tego, w jaki spo­sób owego słod­kie­go, mi­łe­go przed­po­łu­dnia się po­ru­sza­ła i jak była wten­czas ubra­na. I wła­śnie w tym czymś zwiew­nym i czer­wo­nym za­czę­ła tak nie­win­nie, niby dla za­ba­wy, krę­cić się wokół wła­snej osi, ni­czym jakaś dan­ser­ka lu­do­we­go Ze­spo­łu Pie­śni i Tańca – dzie­wu­cha „do tańca i do ró­żań­ca”, zdro­wa, jędr­na, krą­gła i we­so­ła. A tym­cza­sem wi­ru­ją­ca ra­do­śnie i bez­wstyd­nie kiec­ka tej mojej są­sia­decz­ki, „ła­necz­ki” uka­za­ła mi jej, przy­oble­czo­ne w bie­luch­ne raj­sto­py, nóżki w peł­nej kra­sie, które mo­głem sobie teraz do woli po­dzi­wiać „od stóp aż do głów”, a ra­czej – nie tyle „do głów”, co aż pod sam jej brzu­szek i nie­wie­ści, wy­dat­ny, wy­pu­kły ty­łe­czek. I po­wiem wam, mili moi, że aż zba­ra­nia­łem z za­chwy­tu nad swoim zba­ra­nie­niem, gdy uj­rza­łem, co uj­rza­łem. Spoj­rza­łem cen­tral­nie! przed sie­bie: A tam… Mi­go­tli­wy blask uwi­kła­ne­go w bie­luch­ne raj­stop­ki i fal­ban­ki sukni prze­wiew­nej słoń­ca, wto­pio­ny w zwin­ne nóżki łani, był bla­skiem pięk­na ulot­ne­go, co w po­wa­bach je­dwab­nych mi­go­ce…, niby pro­mycz­ki lnia­nych wło­sów na głów­ce mojej Ani. Znasz to mi­go­ta­nie, znasz je, na pewno! Ileż to razy wzno­si­łeś się, Czy­tel­ni­ku, ku słoń­cu, ni­czym ten Ikar; ileż to razy otwie­ra­ły się twe źre­ni­ce na ha­sa­ją­ce, igla­ste pro­mycz­ki, na całe te chma­ry ba­let­ni­czek tak zwiew­nie u kresu burzy uwol­nio­ne, po to, aby już bez prze­szkód mogły sobie bu­szo­wać w ko­ro­nach drzew; ileż to razy, niby pa­ją­czek jaki, stą­pa­łeś, Czy­tel­ni­ku, po­śród mi­ra­żo­wo-szkli­stych ko­sma­to­ści, mięk­ko wtło­czo­nych w wonne ob­łocz­ki zie­leń­ców u schył­ku par­ne­go lata… Zaj­rza­łem jesz­cze w głąb sie­bie: Każdy ruch łani był prze­ze mnie skru­pu­lat­nie re­je­stro­wa­ny, każde naj­sub­tel­niej­sze nawet stąp­nię­cie ro­dzi­ło mój we­wnętrz­ny odzew, po­dob­nie jak każde naj­sub­tel­niej­sze świa­dec­two skrzyp­co­wej ma­estrii wy­wo­łu­je od­dźwięk w duszy tego kla­sycz­nie pięk­ne­go in­stru­men­tu. Krót­ko mó­wiąc: wy­czu­wa­łem to całe mi­go­ta­nie duszy ni­czym kwie­cie polne wy­czu­wa trze­pot mo­ty­lich skrzy­deł… I znów dał o sobie znać mój wir­tu­al­ny, we­wnętrz­ny, men­tal­ny VHS, po­wią­za­ny ze zmy­słem wzro­ku, ak­ty­wu­jąc ko­lej­no funk­cję spo­wol­nie­nia ruchu, spo­wol­nie­nia rze­czy­wi­sto­ści – i to naj­pierw; a na­stęp­nie jesz­cze uru­cha­mia­jąc bajer stop­klat­ki… Ale na tym nie ko­niec tych atrak­cji, gdyż po około go­dzin­ce prze­nie­śli­śmy się wraz z Kingą do wnę­trza mej po­nie­miec­kiej willi, któ­rej chłód za­pew­nił mi, przy­naj­mniej przez krót­ką chwi­lę, uko­je­nie po tym jakże na­mięt­nie chwy­ta­nym przed­po­łu­dniu, peł­nym draż­nią­cych mnie, gwał­cą­cych pro­my­ków słoń­ca i pęcz­nie­ją­cych na tym słoń­cu raj­stop marki „O, sole mio”. Uko­je­nie to nie trwa­ło zresz­tą długo, a to z uwagi na fakt, iż po­ja­wiać się po­czę­ły na­pręd­ce ko­lej­ne zmy­sło­we bodź­ce, sen­su­al­ne i ko­lo­ro­we nutki me­lo­dii „Samo Życie”. W po­ko­ju stało oto bo­wiem pia­ni­no, na któ­rym uczy­łem się nie­kie­dy grać lub uczy­łem się, jakby tu nie grać, czyli: jak się lenić. I kiedy Kinga do­rwa­ła się, tak jak stała, do tego chor­do­fo­nu i po­czę­ła na nim brzdą­kać „Pie­ski małe dwa, chcia­ły przejść przez rzecz­kę”, a ja się roz­ło­ży­łem na pod­ło­dze na ple­cach, tuż obok niej, to wten­czas, wtedy wła­śnie, za­czę­ły po­ja­wiać się nowe pod­nie­ty, a wi­bra­to­ry pod­niet za­czę­ły ge­ne­ro­wać nową falę he­do­ni­zmu. A mia­no­wi­cie …za­czą­łem pod­glą­dać Kingę tak sobie zwy­czaj­nie, nie­win­nie, …tak po są­siedz­ku (czyli od spodu, od stro­ny jej stó­pek, ko­stek, no i oczy­wi­ście łydek), kiedy stała od­wró­co­na do mnie tyłem i wy­stu­ki­wa­ła na sto­ją­co jedną i tę samą w koło me­lo­dyj­kę, oraz kiedy wy­pi­na­ła wy­dat­ną swą pu­pi­nę cen­tral­nie! w moją stro­nę, czyli w kie­run­ku mej głowy i mych oczu…, co wy­glą­da­ło zresz­tą na bez­wstyd­ną, dam­ską pro­wo­ka­cję, a co mimo to było tylko nie­świa­do­mym i nie­win­nym za­cho­wa­niem się jej pięk­ne­go ciał­ka: pozą mia­no­wi­cie, pozą tego ży­we­go po­sąż­ku Kin­gi-bo­gin­ki, pozą człon­ki­ni i przo­dow­nicz­ki ja­kie­goś ta­jem­ne­go brac­twa sło­necz­ne­go. I była to mimo wszyst­ko jakaś forma na­gro­dy oraz dal­szej dla mnie za­chę­ty do dzia­ła­nia: do pod­glą­da­nia, do sa­pa­nia, do wzdy­cha­nia, do raj­co­wa­nia się, do kon­tem­plo­wa­nia chwi­li, tej chwi­li. A kiedy miły mój gość za­py­tał, czy mi się jej in­ter­pre­ta­cja po­do­ba, od­po­wie­dzia­łem bez wa­ha­nia, że ki­bi­cu­ję wszyst­kie­mu, co tu widzę i sły­szę; i że tę chwi­lę kon­tem­plu­ję z naj­wyż­szą moż­li­wą uwagą. I Bóg mi świad­kiem, że była to świę­ta praw­da, choć aku­rat z czy­sto­ścią i nie­win­no­ścią nie­wie­le miała wspól­ne­go. Twarz prze­to mia­łem czer­wo­ną ze wsty­du.
I to wła­śnie wstyd ogar­nie, bę­dzie ogar­niał ko­lej­ne wer­se­ty, pre­zen­to­wa­ne­go tutaj w skró­cie, mego dzie­ciń­stwa; mych wspo­mnień, z któ­rych naj­pięk­niej­sze po­win­ny po­zo­stać może wy­łącz­nie wspo­mnie­nia­mi… Pa­mię­tam jak razu pew­ne­go – a było to jesz­cze w zim­nych, po­klasz­tor­nych mu­rach szko­ły mu­zycz­nej pierw­sze­go stop­nia, czyli tam, gdzie wszę­dy do­ko­ła wi­bro­wał fal­se­to­wy śpiew chóru a cap­pel­la, wi­bru­ją­cy w taki spo­sób, iż od­no­si­ło się wra­że­nie, że nawet mury, mar­twe mury, same sobie śpie­wa­ją i po­gwiz­du­ją – uwagę moją przy­ku­ło pulch­niut­kie, białe udo łani na­uczy­ciel­skiej, tak eks­hi­bi­cjo­ni­stycz­nie i gwiaz­dor­sko wy­da­ne na widok pu­blicz­ny, tuż pod sto­łem – zna­czy się – pod jej biur­kiem. I na nic się zdały wdzięcz­ne po­ry­ki i umu­zy­kal­nio­ne sol­mi­za­cje bel­fer­ki – tej mło­dej twa­rzy tego mało sek­sow­ne­go ciała o pe­da­go­gicz­nych aspi­ra­cjach i stale kur­czą­cych się za­rob­kach. – Koło kwin­to­we, ko­cha­ne dzie­ci, jest czymś wię­cej, a ni­że­li zwy­kłe koło. – Wkoło mnie ist­nia­ły tylko umie­jęt­no­ści prak­tycz­ne (pal­ców­ki w wy­da­niu dzie­cię­ce­go ona­ni­sty), umie­jęt­no­ści szpie­gow­skie (pod­cho­dy i pod­glą­dac­two w cie­niu szkol­nej ławy), umie­jęt­no­ści bok­ser­skie (bok­so­wa­nie się z samym sobą, by nie sapać zbyt gło­śno i nie zwra­cać nie­po­trzeb­nie na sie­bie uwagi), umie­jęt­no­ści gwiaz­dor­skie (ze stro­ny łani: upu­blicz­nie­nie bia­łych maj­te­czek, lśnią­cych raj­sto­pek, cia­sne­go i ma­syw­ne­go klina… w spo­sób po­wol­ny i kon­se­kwent­ny, nie­mal­że ryt­micz­ny – tak, by z prze­kła­da­nia nogi na nogę uczy­nić ma­je­sta­tycz­ny ry­tu­ał pod­cią­ga­ją­cej się wciąż wyżej i wyżej spód­nicz­ki, koń­czą­cy się or­ga­zmem wszyst­kich po­ten­cjal­nych uczest­ni­ków tej ce­le­bry)… Naj­ogól­niej rzecz uj­mu­jąc: Muszę po­wie­dzieć, że bar­dzo lu­bi­łem te za­ję­cia z teo­rii mu­zy­ki z ele­men­ta­mi, fa­scy­nu­ją­cej mnie od dziec­ka, aku­sty­ki; bar­dzo lu­bi­łem to to­wa­rzy­stwo (star­sze nieco ode mnie), z któ­rym za­wsze mo­głem się po­ba­wić w cho­wa­ne­go i sobie po­ga­niać w berka w trak­cie prze­rwy po­mię­dzy za­ję­cia­mi teo­re­tycz­ny­mi; bar­dzo lu­bi­łem ten stary, a jed­no­cze­śnie nie­zwy­kle ma­low­ni­czy trakt ko­le­jo­wy, wio­dą­cy przez czar­no­zie­lo­ny, ta­jem­ni­czy las, któ­rym przy­jeż­dża­łem dwa, trzy razy na ty­dzień do tego ma­łe­go mia­sta, by móc się w nim kształ­cić: umu­zy­kal­niać i prak­ty­ko­wać grę na skrzyp­cach. A przy oka­zji mych Ra­cła­wic­ko-Głub­czyc­kich eska­pad, przy­znać to szcze­rze muszę, lu­bi­łem też i po­dzi­wia­łem te wiel­kie ma­szy­ny ro­ta­cyj­ne ar­cha­icz­ne­go typu, słu­żą­ce do dru­ko­wa­nia kar­to­no­wych bi­le­tów PKP; ta­kich, no wie­cie, z dziur­ką po­środ­ku… Do szko­ły tej i do tego nie­wiel­kie­go mia­sta za­pew­ne jesz­cze po­wró­cę. A twarz ma sta­nie się po­now­nie pur­pu­ro­wa ze wsty­du. Ale to potem – wszyst­ko w od­po­wied­nim cza­sie.
Z cza­sów mej mło­do­ści pa­mię­tam jesz­cze jedno, nie­biań­skie w mym od­czu­ciu, zda­rze­nie. Oto pew­ne­go razu, jako chło­piec bez mała sied­mio­let­ni, wy­bra­łem się z matką do skle­pu po nowe spodnie. I kiedy już je przy­mie­rza­łem, w ka­bi­nie obok zna­la­zła się znie­nac­ka i „za­plą­sa­ła” przede mną wy­ro­śnię­ta dwu­dzie­sto­pa­ro­lat­ka, tro­chę tylko po­dob­na do mojej Ani. Stop­nio­wo, ta młoda ko­biet­ka, zsu­wa­ła z sie­bie ubra­nie, od­sła­nia­jąc ko­stecz­ki okry­te raj­stop­ka­mi, ko­lan­ka okry­te raj­stop­ka­mi, uda okry­te raj­stop­ka­mi, pup­cię i brzu­sio okry­te raj­stop­ka­mi. A ja to wszyst­ko ob­ser­wo­wa­łem od spodu, przez szcze­li­nę łą­czą­cą skle­po­we ka­bi­ny, gdy tym­cza­sem moja matka gdzieś tam na chwi­lę ode­szła, gdzieś się za­po­dzia­ła. Tak więc, po­wtó­rzę raz jesz­cze, ob­ser­wo­wa­łem sobie i za­chłan­nie po­zna­wa­łem to ob­li­cze ca­ło­ści, per­fek­cyj­ne i skoń­czo­ne, prze­cho­dząc par­tia­mi, ko­lej­no, od dołu ku górze. I dzi­wi­łem się nie­zmier­nie, bo oto teraz w miarę szczu­pła przed­sta­wi­ciel­ka sła­bej płci (aż taka znowu szczu­pła to ona nie była, bez prze­sa­dy!) ja­wi­ła mi się z bli­ska dość ma­syw­nie …i gó­ro­wa­ła nade mną men­tal­nie, jak i w zu­peł­nie innym jesz­cze sen­sie, a mia­no­wi­cie gó­ro­wa­ła nie­mar­nym swym pu­chem, swą cie­le­sną po­wło­ką. – I to ma być słaba płeć? – za­czą­łem mieć wąt­pli­wo­ści. – O! Pani!, masz nade mną wła­dzę ab­so­lut­ną i nad­ludz­ką. Od­czu­wam wyż­szość gó­ru­ją­cą ponad mar­no­ścia­mi, która bije od stro­ny twego uda, bę­dą­ce­go dla mnie ma­gicz­nym i zu­peł­nie nie­osią­gal­nym oł­ta­rzem roz­ko­szy. – Twarz prze­to mia­łem, mu­sia­łem mieć czer­wo­ną ze wsty­du, no bo jak­że­by mogło być ina­czej.
C.d.n.

Added in 10 minutes 23 seconds:
Tradycyjnie chciałem prosić o komentarze i zabiegać o konstruktywną krytykę. Mam nadzieję, że tym razem literówek i błędów cięższego kalibru będzie nieco mnie (niż zwykle). Mam nadzieję... Jak dobrze jest ją mieć.
Aha, co do samego tekstu... Jest on nieco sentymentalny, nie jest zbereźny, tylko nostalgiczny. Rajstopki są w nim użyte wyłącznie jako przydatny gadżet, rekwizyt z okresu PRL-u; a gadżetem tym mogłoby być dosłownie wszystko inne, np.: pralka Franie, żyletki Rawa (krwawa) Lux czy też mydełko Fa.



Awatar użytkownika
zsv23
Pisarz domowy
Posty: 60
Rejestracja: pt 05 maja 2017, 17:29
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: P do N kreska
Płeć: Mężczyzna

Rajstopowiec

Postautor: zsv23 » sob 06 maja 2017, 22:02

Nabokov rzuca się w oczy już od samego początku. Z jednej strony brak oryginalności, ale z drugiej - tak dobrze naśladować jego specyficzny styl to też niełatwe :D

Aniu: pło­mie­niu utra­co­ne­go dzie­ciń­stwa, Ar­ka­dii wonny płat­ku, moja duszo, mój grze­chu. A-N-I-U: za­ini­cjo­wa­ne w spo­sób mięk­ki, łap­czy­we cre­scen­do na czte­rech li­te­rach, koń­czą­ce się cie­płym, długo wi­bru­ją­cym ak­sa­mi­tem.

Lolito, światło mego życia, płomieniu mych lędźwi. Mój grzechu, moja duszo. Lo-li-ta: czubek języka schodzący w trzech stąpnięciach wzdłuż podniebienia, aby na trzy trącić o zęby.


Tekst mnie wciągnął i czuć w nim ten nostalgiczny klimat. Też mam słabość do rajstopek (ale tylko czarnych) więc przeczytałem z zainteresowaniem xD

Podzieliłbym go tylko podwójnymi enterami na akapity, bo ściana tekstu na monitorze trochę męczy oczy.

Pozdrawiam :)


An artist can't tell you what the hell they're up to. They don't know. They can maybe guess. What they're actually doing when they're producing a piece of art is figuring out what they're up to. And that's when you know they're actually artists. They're moving beyond themselves.
Jordan Peterson

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Rajstopowiec

Postautor: maciekzolnowski » ndz 07 maja 2017, 11:05

Masz ciekawą ksywę: Självmordbombare (Zamachowiec Samobójca, czy tak?). Dzięki za miłe słowa! No faktycznie, wzorowałem się na Nabokowie, a że tekst jest mało oryginalny... Cóż... trudno się mówi. Aaa; i co jest jeszcze dla mnie ważne, jak zwykle zresztą, to to, by dało się wyczuć ów specyficzny klimat lat osiemdziesiątych, którego ikoniczny wymiar kojarzy mi się ze specyficznym oświetleniem planu zdjęciowego i charakterystycznymi filtrami, stosowanymi podczas produkcji filmowej i telewizyjnej we wspomnianym okresie historycznym. Efekt jest dokładnie ten sam, gdy spogląda się na otoczenie, na świat przez nylonową siateczkę lub właśnie rajstopki. ;)



Awatar użytkownika
zsv23
Pisarz domowy
Posty: 60
Rejestracja: pt 05 maja 2017, 17:29
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: P do N kreska
Płeć: Mężczyzna

Rajstopowiec

Postautor: zsv23 » ndz 07 maja 2017, 14:08

maciekzolnowski pisze:Source of the post Masz ciekawą ksywę: Självmordbombare (Zamachowiec Samobójca, czy tak?)

Zgadza się. Przyznam, że nie myślałem nad nią długo xD ale nie zamierzam się w najbliższej przyszłości nigdzie wysadzać. Uczę się szwedzkiego i jakoś spodobało mi się to słowo.

maciekzolnowski pisze:Source of the post by dało się wyczuć ów specyficzny klimat lat osiemdziesiątych, którego ikoniczny wymiar kojarzy mi się ze specyficznym oświetleniem planu zdjęciowego i charakterystycznymi filtrami, stosowanymi podczas produkcji filmowej i telewizyjnej we wspomnianym okresie historycznym. Efekt jest dokładnie ten sam, gdy spogląda się na otoczenie, na świat przez nylonową siateczkę lub właśnie rajstopki.

O popatrz, nawet nie pomyślałem o tym :) Cóż, ja mam ledwie nieco ponad dwudziestkę, więc nie pamiętam tych czasów, ale lubię sobie czasem oglądać stare nagrania z lat .60-.80, ta kiepska jakość ma w sobie niesamowity klimat.


An artist can't tell you what the hell they're up to. They don't know. They can maybe guess. What they're actually doing when they're producing a piece of art is figuring out what they're up to. And that's when you know they're actually artists. They're moving beyond themselves.
Jordan Peterson

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Rajstopowiec

Postautor: maciekzolnowski » ndz 07 maja 2017, 20:59

Nie pomyślałeś o tym, no widzisz. :) Ja też bardzo lubię stare, dobre kino; i to nawet takie, które wchodzi w arcybogate zakątki kiczu, groteski, absurdu i surrealizmu (oczywiście wszystko to - wzięte razem i zespolone pod szyldem produkcji klasy B, a nawet C).



Awatar użytkownika
Czarna Nina
Pisarz domowy
Posty: 184
Rejestracja: czw 28 sty 2016, 20:36
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kraków
Płeć: Kobieta

Rajstopowiec

Postautor: Czarna Nina » pn 08 maja 2017, 13:58

Bardzo sentymentalna opowieść, utrzymana w tonie starych powieści, którymi zaczytywałam się jako nastolatka. Uwielbiam opowieści wspomnieniowe, aczkolwiek nie przypadł mi do gustu momentami przestawny szyk wyrazów i pewne (nadmierne) powtórzenia, choć oczywiście wiem, że był to zabieg celowy.
Zdrobnienia typu "pupcia" i "brzusio" w odniesieniu innym niż do dziecka są po porstu karygodne. Wysławiaj się jak dorosły facet.


Kto czyta książki - żyje podwójnie. Umberto Eco

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Rajstopowiec

Postautor: maciekzolnowski » pn 08 maja 2017, 21:35

Dzięki, Czarna Nino! :)

Słowa krytyki, tak jak na faceta przystało, biorę na swą klatę i je przyjmuję. :) Zwłaszcza te mało męskie zdrobnienia poprawię w wolnej chwili. (A błędów i literówek popełniłem aż nadto).
Co do złej maniery stosowania powtórzeń, to... no cóż, w którymś z mych poprzednich postów wypowiadałem się już na ten temat. I twierdziłem w nim, (1) że bycie muzykiem trochę mnie tutaj tłumaczy, i (2) że do tekstu, jako autor, podchodzę, jak do utworu muzycznego (a zatem bardziej sonorystycznie, a za to zdecydowanie mniej literacko i niekoniecznie tak jak purysta). Ale zobaczę, co da się jeszcze zrobić w sprawie: co uda mi się poprawić, tak aby miłe czytelniczki były "Rajstopowcem" usatysfakcjonowane (i ogół ewentualnych czytelników był po prostu... szczęśliwy).

Pozdrawiam (również z obczyzny),
Maćko



Awatar użytkownika
kamienna
Pisarz domowy
Posty: 93
Rejestracja: wt 14 lut 2017, 08:22
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Rajstopowiec

Postautor: kamienna » wt 09 maja 2017, 18:15

maciekzolnowski pisze:Source of the post Nie opo­wiem tej hi­sto­rii tak, jak się wy­da­rzy­ła, ale tak, jak ją za­pa­mię­ta­łem.

Kiedyś oglądałam film „Wielkie nadzieje”. Bardzo podobały mi się słowa, jakie padły na początku: „Każda chwila ma swój niepowtarzalny charakter. Czasem woda bywa żółta, czasem czerwona. Ale to, jaka pozostanie w pamięci, zależy od dnia. Nie opowiem tej historii tak, jak się wydarzyła. Opowiem ją tak, jak ją zapamiętałem”. Teraz z przykrością zauważyłam je wplecione w Twój tekst. Ponieważ nie poinformowałeś, że to cytat, ktoś może uznać Cię za ich autora i pochwalić.

Poza tym nie wiem, jaki jest sens takiego wykorzystywania pracy innych pisarzy. Nie lepiej ćwiczyć własny styl?...



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Rajstopowiec

Postautor: maciekzolnowski » śr 10 maja 2017, 12:04

To nie był cytat, daję słowo. Gratuluję uwagi i doskonałej pamięci! ;))



Awatar użytkownika
RebelMac
Pisarz osiedlowy
Posty: 235
Rejestracja: ndz 05 cze 2016, 13:12
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Bielsko - Biała
Płeć: Mężczyzna

Rajstopowiec

Postautor: RebelMac » czw 11 maja 2017, 14:00

Bardzo dobre, genialny styl. Zmieniłbym "mentalny VHS", na mentalne video, żeby uniknąć powtórzenia skrótu.

Pozdrawiam.



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Rajstopowiec

Postautor: maciekzolnowski » sob 13 maja 2017, 10:29

OK, poprawię wszystko, co jest do poprawienia (na swym kompie). Tutaj, wiadomo, nie ma możliwości edytowania tekstów. Tam, gdzie pojawił się pastisz będzie to odpowiednio zaznaczone w przypisach.
Dzięki RebelMac za słowa pochwały. :)

Pozdrawiam serdecznie,
Maciek




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości