"Z pamiętnika zbrodniarza, dzwony Babilonu".

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
major sedes
Pisarz domowy
Posty: 113
Rejestracja: ndz 02 gru 2012, 12:54
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

"Z pamiętnika zbrodniarza, dzwony Babilonu".

Postautor: major sedes » czw 30 mar 2017, 01:29

Zacząłem pisać i to nie chce się skończyć, jakby szło własnym torem. Strumień myśli, transfer oparty wokół, poruszający się wokół pewnego numenu, niedotykalnej sprawy. PIsałem z przekonaniem, i jestem ciekaw jakie światło rzuca, a jakie odbija ten tekst na czytelniku. Jest zbyt długi na łapankę, ale liczę na weryfikację. Chciałbym wysłać go do jakiegoś wydawnictwa, więc całości nie zamieszczę w tu wrzuciu. Szkoda, bo logika tekstu jaśnieje z każdym kolejnym rozdziałem aż do końca.

„ Z pamiętnika zbrodniarza, dzwony Babilonu”


Rozdział pierwszy: Gniew

„I rozjaśnił się umysł po przebudzeniu w miejscu drzemki oraz klarownie wyglądali ci mali ludzie, którzy tak jak trawa i niebo również do jednego świata należeli. Lecz zaraz przez przenikające chmury przezierał złowrogi jak miecz zemsty snop różowego światła. I dotknął on wszystkiego prócz jego jedynego. A pasmo głowowywodu słyszalne było wewnątrz.”

Gdzie jesteś? Słyszysz? Podejdź no, bliżej szemraku, zamknij się i nie szeptaj. No, jesteś już. Słuchaj, na mnie popatrz! Ktoś za „to” odpowie, na pewno, kto inny pójdzie za kraty, będzie siedział, stanie się więźniem jak ja teraz, zapłaci za wszystko. Przecież nie ja wstrzeliłem się w ten system, przecież raczej on mnie pojmał, po czym zrujnował, pozbawił radości życia, choć słowo „życie” zostawię sobie na koniec, gdy będę nim władał, a „system” stosuję na początek. Więc teraz ja pociągnę za spust przeznaczenia, zdobędę broń spod targowej lady, przerobię wiatrówkę lub wydrukuję na drukarce 3D. Może nóż, a być może trucizna? Niedoceniają mnie, ale wystarczy, że poleje się krew, a moje serce się wystudzi, teraz bije zbyt szybko, by zapomnieć, dać spokój. Ci drobni ludzie swym fałszywym języczkiem i niejasną metaforą tworzyli nieprzeniknioną zasłonę dla moich potrzeb i osobistego interesu. Kradli marzenia i pasje, i właśnie to uczyniło mnie tak szkaradnym. Także ty przesłaniałeś wszystko. Zatem wystarczy, że zginie jeden reprezentant obecnego układu, lub twój wyznawca i runie cały zaklęty krąg, skończy się trwanie w nieskończoności, udręka i pogarda. Zrobię coś takiego, że ziemia zadrży ze zgrozy, lub choćby mój świat się odmieni. Motywy i sztukę tego czynu znam z filmów i książek, koszmarów sennych i podprogowych przekazów. Przede wszystkim wyjdę na prostą już w centrum nowego własnego systemu. Muszę kogoś załatwić, żeby rozwiązać zagadkę, kim jestem? Albo przynajmniej zacznę być autentyczny i światowy, bo będę mieć odwagę sprzeciwić się wszystkiemu. Kto nie zapalił nigdy papierosa nie jest zdolny do popełnienia zbrodni lub choćby snucia potencjalnej zbrodni dla której ...kary nie będzie, ponieważ kozłem ofiarnym zostanie ktoś inny, ten nieznany mi człowiek wskazany przez świadków lub kamerę, który regularnie przechodzi przez ciemny kąt miejsca zbrodni. Odpalę papierosa od płonącego lasu, a zaciągając się ja – ten ktoś wyzionie ducha. Trzeba tylko ukartować plan doskonały oraz zatrzeć motyw, mieć alibi, a po fakcie fikcja przestanie być rojeniem. Ukarzę komunizm, maoizm, nazizm czy inny „izm”, wszystko jedno, likwidując jego filar, czyli spojrzenie totalne na człowieka. Złamię kręgosłup - choć słowo kręgosłup pasuje bardziej do systemów totalitarnych – demokracji, która jest już zanieczyszczoną rzeką wieloma zatruwającymi dopływami. Wydostanę się z tego bagna i...z ciebie mój przyjacielu. Ograniczałeś moją wolność. Zejdziesz z piedestału, oddasz swoje miejsce, tak bardzo mnie potrzebne. Ja obalę wasz postument, który roztrzaska się o tę schorzałą rzeczywistość.

„A niebo coraz bardziej brunatne się stawało, promienie światła jeszcze ostrzejsze były i siekiera obok na pieńku cięższą i mocarniejszą wydawała się przy drewnie. I mnogość pytań w jednej chwili celowała w odpowiedziach jak grom i błyskawice.”

Więc kto odpowie jako jedyny? No tak, mój wybranku, osobiście nic do ciebie nie mam, musisz tylko?! oddać życie za moją upośledzoną kondycję, którą ty sam współtworzyłeś, bo jesteś cząstką uniwersum, całym pustym światem, ale nie przejmuj się, to zaboli tylko chwilę, a idea, której posłużysz zaleczy moją ranę. Będziesz kostką domina, pchniętą przyczyną ze skutkiem powalenia w gruzy monstrum, zepchnięcia Lewiatana z krawędzi przepaści. Przed swą śmiercią usłyszysz słowa jak literę prawa niby z mydlanej opery: „ Byłeś więźniem jednego słowa… słowa „serce”, myślałeś, że myślenie to głupota w pewnym sensie. A wiedz, że miłość w sercu nie taka głupia, lecz nie zbuduje kręgosłupa, ponieważ serce, gdy nie może - woła, a kręgosłup zdoła!” I tu rozlegną się wystrzały, których nikt nie rozpozna jako takich, a dług zostanie spłacony, odwet dokonany i rozpocznę nowe życie nieobciążone odwiecznym, dojmującym ciężarem, lekkie i bez wagi, bo cóż mogłoby mnie ograniczyć, skoro władam życiem?

Rozdział drugi: Spowiedź

„I przyszło się opamiętać i refleksję ludziom i niebu na ołtarzu natury złożyć, za co zamiast skwaru nieznośnego mrzeć zaczęło.”


Tę czy inną zbrodnię popełniłem już dawno… Nie wiem czy została wykryta i ukarana, gdyż trudno mi jeszcze określić czas historyczny poprzedniej inkarnacji. Natomiast spustoszenie, jakie po tym noszę dopomina się, aby szukać przyczyn obecnego nieszczęścia, dręczącego marazmu i morderczych tendencji, poruszając się wstecz, do świata sprzed narodzin. I tam to było tylko, że inaczej, sama egzystencja, wystarczy, że ja pomyślałem, pomysł był mój, żeby płynąć wpław do drugiego brzegu jeziora, ale towarzyszowi zabrakło sił i utonął. Wina była i jest moja, odpowiedzialność moralna spadła na mnie. Pływania nie należy uczyć, ono jest przypomnieniem wrodzonej swobody i wolności, i te ostatnie zabrano mi na to życie teraz, wskutek konsekwencji karmicznych. Albo tam w dżungli, byłem wysokim stopniem oficerem, który strzelił i zabił żołnierza własnej armii, ale śledztwo zmuszone było uwierzyć, że to śmierć w boju z wrogiem. No i tam w wielkim mieście, gdzie zostawiłem kompana podróży po kłótni o brak wzajemnego szacunku dla wspólnego wydawałoby się przeżycia, który nie wrócił już do domu. Zaginął i ślad po nim się urwał, a ja nie dopełniłem obowiązków stróża. Winne są moje intencje i zaniedbanie w tych trzech domniemanych przypadkach, dlatego czyste sumienie zasnuła wieczna niepogoda. Rozumiesz? Ty nie obarczasz ludzi, aż tak głęboko idącym wglądem. Czy uważasz, po prostu, że tylko w tobie jest dobro i moralizująca odpowiedzialność?

Nigdy zaś słońce nie wtórzyło swemu światłu w sposób tak bezpośredni niby jak miesień rębacza i solidność siekierowego obucha, na co ptactwo okoliczne rozgorzało nad doliną przypomniawszy niepokój śmiertelnego”.

To, że nikt nie jest niewinny można wykrzyczeć, wyszeptać lub zapomnieć na czas jakiś, ale na pewno żaden człowiek nie zamieni tak postawionej sprawy ( tego dojmującego piętna, grzechu, rany i zatrucia, korzenia zepsucia, że to on sam oplata niczym bluszcz przywar drzewo śmierci, niby jak zdradzieckie intencje przeciw całemu światu), zdając się na świętość własną i bożego baranka, który ma gładzić grzechy świata, przemieniając grzeszne zapędy w dojrzały i słodki owoc. Dojście do stanów granicznych, w których życie jest niemożliwe bywa tyleż rzadkie, co wstrząsające i dopiero tam ważą się losy, a przecież w głębokiej izolacji śmierć jest tak blisko. Nie uwzględniając nadejścia pomocy ze strony sił boskich/kosmicznych/zbawiennych, które właśnie tworzą się same z niczego w wyniku przebywania w stanie, którego jedyną możliwością jest trwać, przez długi czas - nie dojdzie do zaistnienia tego przeobrażającego zbawczego ruchu siły wyższej. Rzadko kiedy atom przeskakuje w inne miejsce, ale wtedy gdy to się stanie, w tym trwaniu najpierw narasta, a następnie powstaje „coś z niczego” i one to (te siły) niweczą ego, a razem z nim grzechy samoistnie bez namaszczonych pośredników oraz zapładniają chęci w taki sposób, że naiwny, dziecięcy i tęskniący płomień po zgaśnięciu i latach niedoli zaświeca się znowu za pomocą iskry wewnętrznej, płomień wiary znów się zjawia. Owszem, płaci się za oczyszczenie, rozgrzeszenie, naiwną bezbronnością wobec obecności otoczenia ukształtowanego wyłącznie z krzywizny, gdyż cały proces, to misterium, jest wynurzeniem z kondycji upadku i odsłonięciem tego monolitu zwanego światem. Owo zdobyte przez właściwą drogę, wytrwałość i cierpliwość Niezasłonięcie jest prawdą i nowością, która nie tylko daje życiu jakość moralną nieobciążoną i nieograniczoną, bo pozbawioną koncepcji boga osobowego, (bo nie było przecież modłów do niego, języka), czyli też kary i nagrody, ale przede wszystkim wywołuje kolejne ekstatyczne impulsy, zawsze gdy następuje zbieżność odczucia poparta myślą, ogarniające i użyźniające uaktywnioną twórczą matrycę, będące nagrodą i potwierdzeniem słuszności drogi do dotarcia do natury bytu, który okazuje się, że nie jest udręką jak było przedtem i jak wielu potencjalnym samobójcom wydaje się nadal, a odczuciem bicia serca i tchnieniem, a więc coś przynosi. Kończy się trwanie w bezczynności, duch staje się aktywny. Wytworzony obieg tego ruchu, a więc odsłonięcie i ekstaza jako reakcja na pałającą życiem rzeczywistość - nagroda, tworzą ciągły przepływ sił oraz oddalenie od wcześniejszej nieświadomości, stanu zapaści duchowej. Teraz Przemieniony jest samowystarczalnością embrionu podłączonego meta pępowiną, przełączonego do łona bóstwa kosmicznego zaopatrzonego w energię, a nie krew i uświadomieniem kosmosu, który ewoluuje nieskończenie. Taki kosmos jest żywy i rozwijający się oraz niestały, a więc brak w nim trwałego ego ( bowiem zwykłe ego żyje nietknięte w absolutnej przestrzeni i czasie, aż do śmierci, więc jest skurczone- a nie o to chodzi). Jednolity kosmos nie jest bezwładny i nieprzejrzysty, a cechuje go sympatia. Niweczy przemoc i agresję, prowokację zła, pozbawiając je racji używania. Ten bluszcz przywar oplatający drzewo śmierci to metafora stanu ducha tuż przed tym przejmującym doświadczeniem transformacji, lub inaczej, grzmiące milczenie w bryle wielkiego zwątpienia jest poprzedzającym stanem. W trakcie dziania się tego podniesienia energii boskich człowiek jest twórczy jak rozwijająca się w jaju istota, znająca apriori metodę wydobycia się z jaja, czyli ze świata ucisku, koncentracji, jest absolutny i niedostępny zwykłej egzystencji, bo ta ostatnia jedynie wykonuje, a On - ten który wie - włada sobą i siłą. Ten akt przekroczenia siebie, a także zobaczenie siebie samego minionym jest „przelaniem się” poza stare, uciśnione ograniczające brzegi.
Czy ty też możesz wszystko? Czy możesz pamiętać sobą? Mnożyć się? Boże, jesteś bezosobową świadomością, z której wyszło pytanie, a ty właśnie jesteś odpowiedzią, czyli nauką. Rzecz nadrzędna stworzyła we mnie właśnie ciebie. I ty jako jawiący się na zewnątrz, należysz do mnie, obserwatora. Niejako jestem tym co widzę.

„I na powrót na deszcz się zbierało, lecz silny wiatr z odsieczą na dobrą pogodę przyszedł, a robota jeszcze przez chwilę o doli przypominała”.

Więc kto by zginął, a kogo śmierć dopadłaby? To słowo, „kto” odnosi się do ukształtowania osobistego przed przemianą, po prostu resentyment i frustracja, koszmar samotności, osobnicza tendencja, reakcja na szkodliwe, demoniczne, zatrute środowisko, lata upokorzenia, a z kolei po przemianie śmierć nie może być czymś istniejącym. Także nie ma oczywistego związku między tym, co było, a tym, z czego zdałem sobie sprawę. Nie ma mnie. To ja jakby umarłem dla świata, zgasłem, rozpuściłem się i stałem się jednym ze wszystkim. Nic nie mogło mnie ocalić. Mógłbym dopełnić żywota pod drzewem obłąkanych. Żyję we śnie, śnie egzystencji. Nikt nie zauważa mojej świadomości, bo w niej śmierć jest śmieszną propozycją. W jednym z ostatnich śnień zrozumiałem przekaz: „ Słuchaj tych najwyższych, to będziesz miał, co do żołądka włożyć, gdybyś miał bogaty żołądek to dopiero byś był”.< I tu lekceważący śmiech >. Nie wiem, kim był ten, który tak się śmiał, ale w tym śmiechu zabrzmiało całe szyderstwo Babilonu. Oczywiście „bogaty żołądek” oznacza jakość diety jako majętność, styl życia, status społeczny i sytuację życiową. Miałbym wierzyć w możnych tego świata, aby utrzymać się przy życiu oraz rozumieć, że dobrobyt kształtuje świadomość. Był to głos rozsądku, który chce wdrożyć w życie chęć przeżycia.

„Nie mało było trudu silić się z martwymi kłody, a jeszcze więcej rozsądzić, co pod tym niebem na uwagę zasługuje. Jednak i niebu, i trawie, i ludziom ochoty do życia zbraknąć nie mogło”.


Zniknąłem z horyzontu realnego świata niczym ciężko chory, będąc świadomy poszerzonej perspektywy o aspekt „nie-ja”. Zanurzyłem się w czymś i próbuję to coś zbadać. Pływam jak ryba świadoma oceanu, może są takie. Urzeczywistnienie zaspokaja i jest końcem starego, a dla nowego nie ma mapy, ale ten brak nie wywołuje pytań. Nie wiem jak żyć. Dlatego tylko robię, co mi się mówi, na razie posłuszny jak wskrzeszone zombie przeznaczone wyłącznie do robót, by zastąpić wysiłek bogatych sytuowanych. Słucham ludzi jak przedstawicieli innego gatunku, przy czym nie mogę nikogo poznać, ponieważ teraz dla mnie oni są jednym, jednolitym kształtem, a więc tylko „ja” umrę i każdego dnia umieram o trochę, a skoro tak to: życie i oddalona śmierć zbiegło się w jedno i wyszedłem z czasu. To jest dowód i wysunięty wniosek logiczny, że tym co może zostać jest tylko energia, której mam pod dostatkiem, a posiada się jej na tyle, na ile jest się jej świadomym w wieczności, o której tak często zdarza ci się myśleć czy mówić. Gdy się śmieję to już ze wszystkiego, jako ostatni, a ten śmiech jest także tym czymś pierwszym i zaczątkiem nowego, więc jest punktową reakcją. Żeby podtrzymać egzystencję muszę na powrót podłączyć organizm do struktur systemu opieki biologicznej, która jest już także magazynem części zamiennych dla bogatych sytuowanych, którzy nie przedstawiają najmniejszej wartości wyższej w moim rozumieniu. Każda transplantacja uszkadza energetyczny system przepływu witalnej energii w ciele działający wyłącznie holistycznie. Bez świadomości energii jestem mięsem do spożycia dla sępów i hien, rynkiem zbytu handlarzy organami, „umarłym za życia” mechanizmem bez zasilania i o taką kondycję nie warto się troszczyć. Bez idei życie straciłoby sens, a rosnąca świadomość zagrożeń jest coraz większym niebezpieczeństwem. Przy rozdętej, poszerzonej świadomości poruszanie się po drodze hamuje paraliż decyzyjny. Maleńki ruch pionkiem na umysłowej szachownicy zwala lawinę katastrof. Świadomość innych jest zagrożeniem, ponieważ oni nie znają celu, którym jest:„ umrzeć, zanim się umrze”, ale, żeby stało się to możliwe trzeba być zdrowym.

„Po cóż, więc żyć pod nieboskłonem, gdy myśli i rozważania, pod pręgieżem pracy zostały rozciągnięte oraz czemu zależne jest to względem siebie – pomyślał rębacz”.


Funkcjonowanie bez statusu jest niemożliwe, ponieważ człowiek bez pozycji nie ma także postawy, nic nie reprezentuje. Wstrząsa nim dzika samotność i niesie to niebezpieczeństwo, w którym człowieczeństwo może być zagubione. Tej roli nie można odegrać. Wracając do jednoznacznie rozpoznawalnej idei osoby musisz przyznać, że do jej świadomości dotarła przestrzeń manewru jako dyspozycja do ruchu umysłowego, która jest niezmienna i dana osobie raz na zawsze. Natomiast w kondycji absolutnej mały punkt świadomości pęcznieje i jest figurą bez granic, a osoba rozpuszcza się w bezmiarze swej żywotności i znika w zbiorowej nieświadomości. Ten krótki rozbłysk w jednej chwili przekształca dotychczasowe doświadczenie psychiczne w taki sposób, że więzi wspólne łączące z innymi gatunkami w naturze są spalone, a odrodzony człowiek „budzi się” w nowo odczuwanym ciele, nagle pozbawiony bagażu, garbu, który wyrósł od niesienia ciężaru „własnego” życia. Innymi słowy ślady w systemie nerwowym ulegają wygaszeniu, wypłukaniu, co owocuje brakiem reakcji somatycznej na świat zewnętrzny, wygaszenie odruchu walki-ucieczki, oduczeniem od bodźca, odwarunkowanie. Jest to wolność, dla której poświęcona zostaje osobowość zastąpiona ekstazą, po czym następuje wzbogacenie o wymiar nadświadomości. Dopiero tam w nadświadomości ciebie spotykam. Jesteś?

„Teraz dopiero szczelina w nieboskłonie barwną się zrobiła i od horyzontu z lewa do prawa kolory swe ujawniła. I patrzał rębacz, pod czym przyszło mu spluwać na ręce i ramiona naprężać, a lżej mu było, gdy się przejaśniło”.

Rozdział trzeci: Nieszczęście

Czy można osiągnąć szczęście? Ty o to nie pytałeś, żyłeś w innych realiach, nawet twoja przelana krew nie po to się lała, jednak wiedz, że można. Ale najpierw opowiem ci, jak powstaje nieszczęście…

W rodzinie statut posiada tylko pierworodny, bez niego rodzice nie są rodzicami, a rodzina rodziną. Całe życie domowe zaczyna obracać się wokół tej latarni, totemu, ba! nawet ojciec i matka dzięki temu są figurami i bez niego nic nie znaczą. Drugorodni i kolejni wytwarzają tylko napięcie o sukcesje i dla nich nie ma w życiu szans na trwałe zaistnienie, nie mogą się odnaleźć bez trwałej konstytucji, bo ta ostatnia nie mogła się utworzyć, a zatem muszą się stwarzać, a to nie jest bycie ciągłe. Nigdy nie zaznali dobrostanu i to skłania ich do poszukiwań. Pragną scalić pofragmentowaną duszę, wydobyć z okalających murów, osiągnąć wciąż nadszarpywaną konfliktami jednolitość. Otoczeni filarami arbitralności są pomiotem, a nie podmiotem. To dzieci gorszego boga, dla których bogiem jest upragniony i nieosiągalny statut. Są pierwiastkiem życia rzuconym w świat, którego wrogość utworzyła konstelacja z pierworodnym i z zaklętym kręgiem wokół niego. Nie mogą poznać brata, bo rozłąka, zazdrość i wrogość nie łączy, nie mogą poznać ojca, bo to człowiek zasłonięty o złożonym interesie postępowania, nie poznają matki z powodu lęku przed karą odrzucenia, ani siostry, która jest największym tabu. Ale mimo tego mają coś: pragną się urzeczywistniać, to jest ich napęd. Pierworodny nie dąży a rządzi, bo jemu dane było urodzić się w układzie doskonałym, jest płomieniem, który trawi skrzydła marzeń nocnych motyli. Jego piekielny egocentryzm i apodyktyczność jest kolczugą, która zawsze i wszędzie wnosi chaos. Natomiast dla pozycji drugorodnych trudna sytuacja stworzyła przyjaciela o specyficznych cechach takich jak: przetrwanie i zależność, przebiegłość i przemyślność emocjonalna, skłonność do uciekania w świat myśli, zarażanie się uczuciami i nie wytworzyła żadnej szczególnej wartości, z pomocą której można byłoby budować swój mały bezpieczny świat. Drugorodny nigdy nie był brany na poważnie i traktowany „na serio”, jego potrzeby zajmowały ostatni szczebel w hierarchii porządku walki o dominację, a nadto jak widzimy jego beznadziejne położenie nie było rozpoznawane, a ponadto rozrastające się problemy nie umieszczają go nigdzie. Brak korzenia sprawił, że jego życiem rządzi ślepy los. On nie może odpocząć, bo nie ma, wśród kogo, nie może przecież stanąć na kruchym fundamencie wśród figur wyniosłości i złości, bo rodzice też mogą być pierworodnymi, a jedyne, czym dysponuje to własne siły, które zmuszony jest marnotrawić w trakcie szukania nigdzie niezaspokojonego ukojenia. Właściwie w ogóle nie jest zdolny by stać o własnych siłach. Drugorodny wystarczy, że się odwróci od swojego układu, a od razu staje się wolny, lecz także i pusty, bo na drugim brzegu jeszcze nie ma świata.
Na razie Zło przeraża z powodu braku jasnych alternatyw, a miłość jest niewidocznym powietrzem na drugim brzegu.

„I zniecierpliwił się siłacz, gdy na urobek spojrzał i czuł, że wszyscy winni mu są szacunek i zrozumienie, gdy o opał z materią walczy. Wiatr jednak niepokoju przywiał i włosy mu rozwiał, które na skronie opadły”.

Słuchaj, śmierć pierworodnego z ręki drugorodnego byłby odwrotnością motywu starotestamentowego mitu o Kainie i Ablu, i unicestwiłaby świat psychologiczny razem z Bogiem stwórcą, zgasiłoby latarnie, wykastrowałoby etniczny totem, zburzyłoby wieżę centralną, ponieważ w tej przypowieści o wrogich braciach widać naturalną psychologiczną sytuację i reakcję, w której pierworodny Kain, kierowany myślą, że „jest starszy i więcej mu się należy”, nie może znieść, że Bóg wybrał dar ofiarny od młodszego Abla. Niestety na wdzięczność Boga nie zasłużył i to popchnęło go do bratobójstwa z powodu zazdrości o dobro duchowe jakie Abel nosił już przecież w sobie przed złożeniem daru. Abel był pasterzem, więc bogobojnym, miłującym stworzenia i dar jaki ofiarował był częścią jego samego jak i stwórcy zatem dla stwórcy cenniejszy, bo skądś znajomy, Kain – rolnikiem, narzucającym jarzmo, więc podporządkowujący sobie naturę i potem również aż życie brata. Reprezentowali dwa różne światy, odrębne cywilizacje: pasterską i rolniczą. Przeto w Ablu nic nie zrodziłoby odwetu, bo nie znał w sobie wrogości stworzonej przez statut (pierworodność). Zatem biblia jako zapis dziejów pierwszych ludzi posługuje się motywami prawdopodobnymi do późniejszych analiz psychologicznych. Tę mitologiczną sytuację przy trwaniu podtrzymuje tylko statut, jak magnetyzm grawitacji utrzymuje planety wokół gwiazd w określonym oddaleniu. Odwrotna sytuacja (tj. zbrodnia) nie mogłaby zaistnieć w świecie ludzi wierzących, przeto nie została wymyślona. Inne rozwiązanie jest nie do pomyślenia z racji logicznych prawideł psyche. Inaczej mówiąc, nie powstałby świat, którego powstanie jest aktem psychicznym. Atrybuty przyporządkowane do postaci, a więc „mściwy” Kain i „spolegliwy” Abel, same z siebie tworzą konflikt, którego skutku nie powstrzymałby nawet Bóg. Z egzegezy tej również wynika, że „idea boga” nie może być obca psychicznie praktycznie dla nikogo, gdyż jest odwiecznym obiektem.

Pewnie nie raz w dziejach świata pierworodny został zamordowany przez swych braci lub siostry, lub rodziców, lub były zbrodnie we wszelkich możliwych wariantach, ale zdarzało się to zło, gdy ciemne siły rujnowały sens życia. Jednak stojąc ze świecą niby w oku cyklonu ziemskiego świata i jego nierozpoznanych mocy, panuje cisza największa, więc światło rozumienia nie jest zdmuchiwane, a sens życia zostaje zachowany.

Możesz zapytać mój drogi skąd szczęście i ratunek dla rozbitków, dryfujących satelit, skoro ich świat stwarzany jest tylko, gdy owa latarnia błyśnie i w dodatku, nie nadając wyczekiwanego kierunku, a oślepiając i tak już zagubionego człowieka. Co zrobić jeśli światłem jest nieprzyjaciel? Przecież jesteś dla wielu, dla prawie wszystkich, też taką latarnią. Tym zbawieniem jest transcendencja. Ta wieczna twórcza modalność przeobraża byt bez ugruntowania w bogu w paradoksalne istnienie. Na przykład na pytanie przedstawiciela normalnie egzystującego, sytuowanego profana: „Czy jedziesz z nami”? Odpowiedź z ust przystawionego do muru oświeconego, tak sformułowanym pytaniem, pada: „Jadę z nami”. Nie ma w tym zdaniu - odpowiedzi logiki językowej i nie może być poprawności gramatycznej, bo uświęcone życie będące emanacją energii i światła wewnętrznego nie odpowiada już kategoriom, jakim posługują się normalni ludzie, na to pytanie już nie odpowiada „Ja” jako on sam, ale oczyszczone z „Ja” jestestwo. On nie może odpowiedzieć normalnie: „Jadę z wami”, bo czułby oderwanie, którego nigdy nie chciał czuć, przecież wcześniej stracił przez takie uczucie indywidualność (nie rozwinął skrzydeł) i tym samym robiłby pokłon statutowi, który równo ścina głowy drugorodnym. Taka odpowiedź bywa zrozumiała, dla co po niektórych na płaszczyźnie przynależności do rodzaju, jednego do wielu, i takie przekroczenie granic języka, to rozbicie, jest początkiem filozofowania i sztuki bycia w świecie w sensie kolektywnym, nieoddzielenie, a więc praca dla nikogo w szczególności, w którym nie ma miejsca na cierpienie jednostkowe i życie mitem. W tym jednym rozbłysku zrozumienia „Ja” zobaczyło samo siebie i znikło, ale „siebie” nie pomyślało, ba! nawet siebie nie wyraziło, pomyślało „jestem”. Wyraziło coś więcej. To bardzo ważne, zapamiętaj te słowa.

„Niemalże serce rębaczowi zabiło mocniej, gdy o myślach swoich jako znanych wszem pomyślał. A koszula mokra od potu była oraz odcisk na prawicy się pojawił”.

Rozbicie osobowości ludzkiej jest chorobą, nieuniknionym rezultatem horoskopowego położenia i przytułkowego zaniedbania, kieratu opresji, którego przyczyny omówiłem powyżej upatrując w kolejności urodzenia zasób napędu do walki z życiem, ale świadomość energii, która podniosła się wskutek życia bez oparcia, po rozpracowaniu systemu do czystego pola pod nogami jest wystarczającą rekompensatą, bowiem odsłania dostęp do doświadczeń ponad osobowych. To przełamanie bariery języka sprawiło, że osobowość stała się zbędna i przestała działać. Została wyczerpana. Śmierć pocałowała ego. Język skruszał. Przez bezustanne pobudzenie negatywnością załamał się system reakcji. Teraz, jeśli chcę - to świat cierpi, a jeśli się raduję - to cały świat również raduje się ze mną, ale to nie zabawa w „jak gdyby”, ponieważ możliwe są: śmierć lub kalectwo tylko wskutek samego braku wiary i nagłego spadku energii, i ciągle grożącego przeciążenia układu, który dźwiga wszystko. „Wszystko”, które stało się niczym i odciążyło egzystencje, pozbawiając ją świadomości konieczności. Zastana bryła rzeczywistości została poruszona z posad. Ostatecznie człowiek spełniony osiągnął szczęście i ostateczny kształt, zszedł na ziemię, stał się tym czy miał się stać i zostaje zamieniony w „rzecz między rzeczami” ( bo świat już nie może dać mu gratyfikacji) twórcze narzędzie, albo w coś jakby wskrzeszonego zombie, czy nawet jakby użytecznego idiotę, który nie może swojego szczęścia i spełnienia odczuć, bo nie ma czym odczuwać, czyli zwartej osobowości, własnej historii, stało się instrumentem, „przelało się”, natomiast w końcu włada upragnionym statusem, przyznając go, komu chce, więc czy może umrzeć skoro przezwyciężył siebie i przewartościował świat, i jest jego okiem na szczycie, mozaiką jednostkowych możliwości? Czy raczej świat skończył się razem z nim i pozostał jedynie majestat śmierci? Czuje, że żyje, czując energię, wtedy jest twórcą. Gdy nie ma energii uświadomionej jest tylko ciałem, więc w tych momentach nie jest człowiekiem.

To co ludzie nazywają duszą jest ledwie ciałem, gdyż jest to najwyżej inteligencja o charakterze psychologicznym. Zaś sama inteligencja jest subtelnym wytworem materii, o czym nie wiedzą. W stanie medytacyjnym trudno określić, czym się jest, gdyż medytujący uspokaja wszelką grę materii, więc zatrzymuje się również inteligencja. Jogin reintegruje kosmos do jedności pierwotnej, zbliża się do niewysłowionej rzeczywistości. Ten stan jest nadludzki, pozaludzki, pozbawiony bolesności ludzkiej natury i wystawia medytującego poza człowieczeństwo, bo da się urzeczywistnić przez zburzenie osobowości ukształtowanej historycznie przez doświadczenia psychomentalne - przyczyny nieszczęścia i źródłu bólu oraz przez ofiarę z „życia”, czyli braku ziemskich oczekiwań.

„Zbliżały się momenty, że rębacz czuł coraz bardziej nachodzącą go krzepę. Podnosił wzrok w górę, a jedność ze światem pogłębiała się, zrośnięta jak uścisk pięści na rękojeści topornego narzędzia.”

Jak możliwe jest wzniesienie energii? Najpierw trzeba znać konkretnie życie, żeby wiedzieć co się skazuje na unicestwienie i wypełnić przypisaną rolę istoty drugorzędnej w świecie zdominowanym przez status i strukturę etniczno-klanową. Aby uśpiony magazyn zasobów miał potrzebę doładować ciało i ducha, podnieść się oraz przebudować wewnętrznie musiał wcześniej zostać wyczerpany bez reszty w tak beznadziejnie ułożonym świecie. Magazynu energii ostatniej instancji nie rozbudzą takie sztuczki jak motywacja, autosugestia, upór, bo te ostatnie mieszczą się w świadomości i są jej wytworem, jego natomiast okrywa całun nieświadomości. Istnieje on jak wulkan na dnie oceanu. Skrajnego pecha mają jednostki wrażliwe, które funkcjonują wśród bliskich, którzy kultywują statut i władzę, przemoc i rację siły, zwykle te zachowania wszczepione są dumnym i pazernym z racji noszenia palmy pierwszeństwa pierworodnym. Jednak owa wrażliwość jest niezbędna, by wykorzystać jedyny w życiu moment, gdy ten nadejdzie. Sekret i metody podniesienia mocy opisane są w tekstach wschodnich filozofii, które powstały na terenach bezbrzeżnej nędzy, gdzie światło latarni zgasło już dawno i udało się znaleźć nowe! oraz wyjaśniane są przez współczesnych mistrzów, którym przyszło zostać nauczycielami duchowymi. Jednak czytałem je po fakcie, skonfundowany ich złożonością i skomplikowaniem. Sam odkryłem istnienie światła świadomości „drugiego słońca” wiedziony intuicją, warunkami i czymś, co we mnie musiało być inaczej tej drogi nie dałoby się przejść, a ciebie tam wtedy nie było! Nikt nie ma pewności jak należy się prowadzić dopóki działania nie zaowocują przemianą i możliwe będzie odwrócenie wzroku, a tylko zmienne jest określone, wtedy metoda bywa zauważona. Tak naprawdę nie możemy zdawać sobie sprawy z naszego położenia na początku drogi, musimy spełniać swe obowiązki zostawiając swoje ślady tak, aby wiadome było, że byliśmy tu, że coś się działo, że od tej czy innej umowy zależał nasz los. Tylko w ten sposób ten proces dowartościowania może ruszyć z miejsca, wtedy spełnianie życia indywidualnego, pogoń za samym sobą, przerwie odkrycie duchowe o monumentalnym znaczeniu.

Życie w „wiecznej teraźniejszości” jest odpowiedzią dla filozofa, czy można wyjść z codzienności i bezpośredniości? A teraźniejszość nie jest punktem, lecz przekrojem, zatem ma swoje przedtem i potem. Filozof stawia pytanie, mistyk dokonuje, artysta wyraża, „człowiek” powiela. Wiedziałeś, że tak jest? Chyba jesteś ponad nimi wszystkimi?

„Przejrzał gospodarz i wypróżnił swój mętlik, zostawiając niebiosom kolej rzeczy następną, nie ingerując już więcej w to jak sili się rozum wobec spraw nagłych i niepojętych”

Należałoby rozwiązać problem degradującej samotności człowieka opuszczonego przez samego siebie, wyklutego, pozostawionego samemu sobie, oddanego samemu życiu z przypadku, czy on to wytrzyma? Czy odleci? Cały czas chciał być kimś innym niż jest, ale mimo to, że udało mu się uwolnić cząstkę kosmosu spod wszechobecnego determinizmu nadal nie jest tym, czym może być, dopiero stanie się, jeśli dane mu będzie doświadczenie napotkania realności psychicznej, różnej od niego samego, byłby nią bóg-opoka, który ugruntuje jego byt i dopiero w jego obliczu poczuje się osobą, bytem w pełni. Byłyby to powtórne narodziny, sakra z wysoka. Ty chyba za takiego się masz? Właśnie ciebie chciałbym ujrzeć.

Rozdział czwarty: Rozsądek

Ale czy nie można po prostu żyć i dać żyć innym? Wydawać by się mogło, że zdobywanie człowieczeństwa, utrata i definiowanie go jest próżne, jałowe i zbędne dla większości tych, co właśnie tylko żyją, dla takich, którzy nigdy nie odwrócą się za siebie i nie ujrzą ogona dogmatów i własnego cienia, którzy nigdy nie byli w trudnej sytuacji przeto nie posiedli sprytu. Ci sytuowani, obłudnie czasem w ciebie zapatrzeni, jowialni celebryci wirtualnych komunii radiowych znają tylko relacje wertykalne, czyli podległościowe i z tej przyczyny nigdy nie potrzebowali drogi. Szeroki horyzont przeznaczony jest dla poszukiwaczy, którym udaje się lawirować między figurami i wyrwać z tej gry, struktury, architektury dominacji, przekraczać siebie i dojść do celu labiryntu, odnajdując bezcenną kosztowność. Sukces oznacza wzbogacenie sytuacji danej o wymiar wolności i nadświadomości, który nie istniał nigdzie w świecie zastanym. Nawet na poziomie dochodzenia do świętości istnieje hierarchia zwieńczona postacią człowieka bezbronnego, oderwanego liścia, którego imitowanie stawiane jest jako wzór, ideał, który oddaje mękę życia wyższej instancji. Kroczenie tą drogą jest doświadczeniem z drugiej ręki skazanym na szybki uwiąd i porażkę oraz rytualną, infantylną teatralność postaw i gestów. To przemiana bez doczesnej nagrody. Pseudocierpienie, wymagające dotknięcia ziemi, a potem metamorfozy.

I rzucił siekierę swą na kopiec drewna zrąbanego, po czym wziął na powrót tę siekierę i wbił ją w pień pomocny mu przy robocie. A pogoda jednaką już była i wkrótce półmrok miał zapanować nad okolicą”.

Choć więc Chrystusie ze mną przy boku, pokażę ci jak świat wygląda, widzisz.... Nie da się go ogarnąć, bo jest to „wir kosmiczny”, a i symbolu dla tego nie ma, więc nie ty byłeś mym zbawicielem. Ale spójrz tylko na te wrony targane wiatrem, które unoszą się jak pyłek sadzy nad... no właśnie, nad czym? Tego się nie widzi, ale ja wiem, że unoszą się nad zwłokami martwych zwierząt. Mogliby być to ludzie i taka właśnie jest wiara, czujemy prawdę, wiemy, a nie widzimy, lub odwrotnie: widzimy i tylko widzimy. Zdarzyła mi się jednak taka fuzja, że czułem, widziałem i wiedziałem jednocześnie, i w tamtej chwili nie przyszedłeś mi na myśl, dlaczego? Ponieważ ja wyrosłem z ziemi! I nie bałem się. Ta trójzgoda myśli, zmysłu i uczucia rozpoczęła wszystko. Nie przeszkadza mi to jednak, aby mieć w tobie najlepszego przyjaciela, gdyż dałeś się poznać najbardziej ze wszystkich. Choć mój niemy towarzyszu, tak naprawdę to ciebie chciałbym zabić, zgasić twe światło na wysokości. O latarnio! Byłoby to tak, jakby wsadzić sztylet w plecy sakramentów. Wielu ludziom zabrałeś to, co mieli najcenniejsze: autentyczność i przygodę, pogrążając ich w iluzorycznym świetle porażającej stagnacji. Ale masz jeszcze trochę czasu zanim przekonasz się, czy jestem zły, czy szalony. Do zmierzchu nic ci nie zrobię, a po zachodzie zapomnę. Nie podejmuję decyzji w nocy, natomiast za dnia słońce oświetla moje lęki i wahania, z resztą słońce kiedyś całkiem się wypali, ale ty uważasz się za coś więcej niż kwestię czasu i światła. To jednak zbyt daleko idąca perspektywa, bo rozwiązuje problem mój, twój, jak i całej ludzkości. Lepiej będzie powiedzieć, że gdzie kończę się ja, zaczynasz się ty, ale jeśli popełnię zbrodnię będziesz odpowiadać za współudział, ponieważ ja nie mogłem się stworzyć zdolnym do morderstwa, ale tobie stwarzanie przychodzi bez trudu i to globalnie. Jesteś przecież duchem solarnym, a gdy znikasz wtedy dopiero ja jestem - by tak rzec - sobą. Nic by nie powstało bez ciebie i nic by się nie stało. Niczego nie byłoby, a przez ciebie wszystko się stało, co się by stało w świecie zewnętrznym. Kapujesz?

„I nagle światło zobaczył ze swej chaty, i tęsknota przezeń przeszła jak głód okropny, i trwogę oddaliwszy poszedł gospodarzyć pod strzechę na nic już nie zważając”.

Mam już broń, jest nią zwykły przypadek, który musisz przyjąć by pozostać człowiekiem, także ślepy rozkład genów, jakiego jesteś świadomy i którego nigdy nie przekroczysz, i który organizuje twoje życie jest programem dla mnie tak nudnym, że konam do bólu znudzony. Ciekawe pozostają tylko losy, tych odmienionych, a jest takich niewiele. Uważasz, że twój taki jest? Nie masz na to spojrzenia, a może właśnie masz, bo jesteś dwojga natur? Zawsze inni pomagali ci się określić, wliczając w ten rachunek gwiazdy i boga. Dużo już do ciebie mówiłem i nie mam pewności czy mnie rozumiesz. Prędzej głos zza grobu do mnie dotrze niż ty. Wcześniej uznam się za niezdolnego do czynu nim ciebie zobaczę w tym coś obiecał. Ale myślę, że gdybym siebie chciał unicestwić to i tak będzie to kierunek, który zada tobie najwięcej bólu, gdyż będzie niczym zdrada rozdarta. Ja już cię widzę całym sobą zespolony z drugą stroną. Mój lekarzu, co sam nosisz ranę. Odzyskałem utracony dobrostan, samozadowolenie; znów, a może po raz pierwszy stoję odważnie, ciebie zamiast świata mając przed sobą!

„I zasnął gospodarz snem sprawiedliwego, a śniąc cieszył się, że ten dzień przeżywszy już nigdy drugim takim samym nie będzie. A i miękkie łoże sprawiło, że ciało zasłużony odpoczynek otrzymało”.

Rozdział piąty: Ofiara

I mam już swą ofiarę, owcę czarną jak świątynia w Mekce. Najlepiej będzie, gdy znowu będą ginąć twoi, czyli nasi wrogowie, a ty uczysz, że oni pokazują nam twoją twarz. Jesteś dla każdego wyznawcy odbiciem. Wizerunkiem najbardziej wewnętrznej intymności. Są jednak ludzie bardziej bezwzględni i ich bogowie zapalają do walki. Wobec takiej wojny stoimy otoczeni, jak w gabinecie krzywych zwierciadeł, nie widząc wyraźnie zagrożenia i zostaje nam miłosierdzie przemienione w przerażenie. Skruszejemy pod naciskiem własnych sprzecznych naprężeń. Tak jesteśmy zbudowani. Więc lichą konstrukcją jesteśmy tak z goła. Wrogowie są jak bestie, a ty mówisz o miłowaniu. Oni nie kultywują totemu rodowego, ani latarnia nie jest dla nich ich okiem. Mają natomiast wrogów, bez których nie mogą żyć. Jak bezwzględne zwierzęta. Co więcej, ich bóg zagrzewa do mordu. Tam słońce nie znaczy dobro, a tylko oświetla bunt wobec naszego porządku. Świat tych nieprzyjaciół bezlitosny jest, a my zbliżamy się do niego jak do skraju przepaści.

Jednak na coś się przydajesz przyjacielu. Oblekam się tobą jakbym ubierał szatę, czasem już ty żyjesz we mnie. Ale nadszedł moment, kiedy trzeba zedrzeć z siebie szaty, aby opowiedzieć się po stronie życia zagrożonego. I wtedy stoi przed światem człowiek, który karmiony był przez wieki monotonną dietą, która nie sprawdza się w obliczu wymuszającej postawę nagłej zmiany. Jesteśmy niezdolni do przekroczenia linii granicznej naszego małego świata, jakbyśmy spali pod kloszem wygody.

„A niebo już błękitne było i wybudził się z przerażającego snu gospodarz w domu swoim, i zlany zimnym potem wspomniał zakrytego człowieka o smagłej skórze, który miał przyjść i zabić, bo tyle on rozumiał, co zabił. Tylko tyle.”

Lepiej pójdź za mną – zaczął mówić Chrystus. – Dzwony Babilonu zaczęły bić na trwogę. Ty mój zbłąkany poszukiwaczu wydostałeś się poza kopułę, którą wszyscy budowali. Strzeż się! Zszedłeś na bolesne bezdroża i jesteś zdolny do zrobienia głupstwa potwornego; znajdź miejsce, gdzie twój osobisty impuls będzie pożądany. Myślałeś, że ja nie słyszę głosu rozsądku, i nie widzę wysokości ludzkich uzdolnień. Właśnie, że znam jedno i drugie, dlatego możesz traktować mnie jak rówieśnika. Niestety, jeśli przelejesz krew w moim imieniu - ja zniknę i już mnie nigdy nie odzyskasz, a ty nigdzie już nie będziesz pasować, staniesz się karykaturą człowieka, potworem wegetującym bez kontekstu. Pamiętaj, to ja cię szukałem, a ty myślałeś, że doszedłeś pod mój krzyż. Tak czy siak spotkaliśmy się tu, czy w nadświadomości, ale teraz wokoło nas jest tylko trawiący ogień, nawet mnie ciężko jest przy nim wytrwać.

Wiesz, Chrystusie... Gdy wejdziesz do wody po pas, nie zobaczysz już gruntu i własnych stóp, a tylko odbicie torsu, rąk i głowy. Więc nie widzisz, dokąd brodzisz, ani niebezpiecznego dla ciebie dna. Mając ciebie za przewodnika w takim położeniu się znajduję. Po co nam oglądać w odbiciu cztery ręce i dwie głowy? Dno stawu jest widoczne, gdy woda jest niezmącona, czyli gdy jest jasność umysłu. Dlatego wszyscy potrzebujemy spokoju ponad wszystko... więc możemy zacząć wojnę, gdy tylko na trwogę zabiją w dzwony.



Awatar użytkownika
niewieski
Kmiotek
Posty: 8
Rejestracja: ndz 05 lut 2017, 18:10
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Z pamiętnika zbrodniarza, dzwony Babilonu".

Postautor: niewieski » czw 30 mar 2017, 23:59

Tak ciężko coś powiedzieć, ciężko znaleźć stronę, z jakiej to by można ugryźć pod kątem krytyki, nie wchodzącej jednak w polemikę z treścią. Bo łapać literówki czy jakieś niezbyt brzmiące wyrażenie, czepiać się ogólnie o formę? Wybierając strumień świadomości jako główny środek komunikacji, jesteś ponad to, ponad pisarskie rzemiosło. Uważam więc, że zrozumienia od czytelnika masowego spodziewać się nie możesz i że zostaje ci tylko wysokie mniemanie o wartości własnej prozy, tj. wydanie; i albo zapomną o tobie prędko, albo okrzykną klasykiem - nieczytanym, oczywiście.



Awatar użytkownika
major sedes
Pisarz domowy
Posty: 113
Rejestracja: ndz 02 gru 2012, 12:54
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

"Z pamiętnika zbrodniarza, dzwony Babilonu".

Postautor: major sedes » sob 01 kwie 2017, 20:27

Tak pośrednio odczytuję, i dziękuję za komentarz, którego rokowania do sukcesu mojego wysiłku oscylują na kropce. Przecież pisałem tak jak jest, tak jak sprawy się mają, z asercją. Napewno jako domniemany klasyk, ta treść skierowna by była do zawęzonego grona odbioróców którzy wypracowali już w życiu, w sobie pewną przemyślność, i tylko dla takich nie okazałby się to produkt dla frywolnej gry formą i wyobrażnią.
Uważam, że mam coś do powiedzenia, a ten fragment to tylko namiastka. Przykładam wagę do przemyśleń której wążność na pewno nie we wszystkich jest odczuwana.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości