Sequel „Muzyka Ericha Zanna” Lovecrafta ("Traktat o mapach")

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Sequel „Muzyka Ericha Zanna” Lovecrafta ("Traktat o mapach")

Postautor: maciekzolnowski » wt 28 mar 2017, 23:37

W okresie, kiedy mieszkałem przy ulicy Rue d’Auseil, moje zdrowie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne, mocno podupadło, a chłonna niegdyś pamięć studenta metafizyki uległa teraz znacznemu zakłóceniu i pogorszeniu. I choć minęło już całe trzynaście lat od czasu, gdy słyszałem po raz ostatni zapamiętałą orgię tych wszystkich dźwięków, których ze skrzypiec normalnie zwykło się nie wydobywać – bo: albo było to niemożliwe, nie leżało to bowiem w naturze tego chordofonu, albo, wprost przeciwnie, było możliwe, ale karkołomne od strony wykonawczo-technicznej – to wciąż jednak nie udało mi się rozwiązać tajemnicy Ericha Zanna, starca, niemowy, ani też odnaleźć domu, ulicy, a nawet przybliżonej lokalizacji miejsca, w którym wiodłem ubogi żywot studenta ontologii.
Jednakże któregoś razu, ku memu wielkiemu zdziwieniu i zaskoczeniu, a dokładnie w trzynastą rocznicę mojej palącej przeprowadzki z tego miasta, natknąłem się na nowe opracowanie kartograficzne, które rzuciło wreszcie nieco światło na dawno już odłożoną i nieomalże zapomnianą sprawę tajemniczej uliczki, której nigdy nie mogłem odnaleźć; tzn. nie mogłem jej odnaleźć aż do teraz! Ale zacznę od początku…

Wszystko zaczęło się od tego, że najpierw natknąłem się na przedziwną definicję, jaką znalazłem w pewnej starej książce z antykwarni na Kazimierzu, a którą mam tutaj zamiar, w sposób zapewne dość nieudolny i z-symplifikowany, przytoczyć z pamięci:
„Mamy oto mapę pozytywnej lub negatywnej energii, o zupełnie mglistych właściwościach czegoś, co krąży, przemieszcza się, zmienia, przemienia, wstępuje, zstępuje, przypływa, odpływa. A mapa ta – w momencie poznawania okolicy, pierwszego kontaktu z nowym, jeszcze niepoznanym przez nas terenem – jest niczym otwarta i niezapisana księga, która sama się pisze. W tym kontekście stwierdzenie, że się już pewnych miejsc, dawnej ulubionych i szczególnych, nie odwiedza, nikogo nie dziwi, albowiem plazmowa, energetyczna, mglista mapa jest aktywna, witalna i ciągle się zmienia, ukazując nam nowe przestrzenie i galaktyki, niezbadane i nieodkryte świata, ulubione przez nas, stare i nowe, zakamarki. Rzeczona energia wije się na tej mapie niczym macki ośmiornicy złapanej w sieci rybackie. Tu wyraźnych i regularnych granic nie ma; a to, co jest – to: małe zatoczki, ornamentalne wcięcia i daleko wysunięte cyple.”
Tyle mówiła ta definicja, która od samego początku jawiła mi się bardziej jako magiczna formuła. Byłem szczerze zdziwiony, że jej autor, alchemik tej miary i naukowiec najwyższego formatu, posługuje się w swych eksplikacjach językiem iście poetyckim i nie stroni od, zupełnie nienaukowego przecież, subiektywizmu.
Autor pisał także o ciągłej pogoni – bynajmniej nie palcem po mapie – za tym, co znajduje się za kolejnym, następnym, i jeszcze raz kolejnym pagórkiem. Najbardziej utkwiło mi w pamięci jego szczere wyznanie, które mogłoby spokojnie być mottem tej opowieści, a zaczynające się od słów:
„Czasami łapię się na tym, że przechodzę setki razy obok czegoś, czego w ogóle, kompletnie nie zauważam. I dopiero, za którymś z kolei razem, dostrzegam, że oto tam a tam, właśnie w tym rzekomo znanym mi miejscu, znajduje się jakaś wąska ścieżka, dróżka, jakiś skrót, którym nigdy wcześniej nie podążałem, jakaś furtka do innego, nieznanego mi świata, jakieś sekretne okno, istniejące nie dla mnie (zamknięte i szczelnie zasłonięte)…”

Kierowany pospolitym niedosytem, podstawowym zupełnie wyczuciem literackiego smaku oraz oczywiście scjentystyczno-intelektualną ciekawością, postanowiłem, że raz jeszcze wybiorę się na stary Kazimierz, by móc na własne oczy – naturalnie o ile to będzie możliwe, a zakładałem optymistycznie, że będzie – zapoznać się na miejscu z innymi wywodami tego oryginalnego myśliciela, scholastyka, przejrzeć różne jego zapiski, odwzorowania kartograficzne i szkice.

Do książnicy ode mnie szło się jakieś pół godziny, a znajdowała się ona po drugiej stronie pięknej, modrej i zawsze jednakowo spokojnej rzeki. Rzeka ta pozbawiona była jakichkolwiek brzegów; co wyglądało w efekcie tak, jakby teren znajdujący się tuż za nią stanowił jedynie płaskie przedłużenie tafli wody (i nic ponadto), skondensowanej gdzieniegdzie w ciało stałe i rozlewającej się aż po sam kres piankowatej czapy horyzontu. Wody zaś tego cieku pachniały najcudowniejszymi znanymi mi ingrediencjami: lodami, wanilią, mlekiem, miodem – a wszystkimi nimi pospołu i po trosze, z czym się jeszcze nigdy gdziekolwiek indziej w swym życiu nie spotkałem. Zaraz za rzeką, a więc już na lądzie, aranżowała się bezkresna misa horyzontu, pełna cichej dynamiki, ledwie dostrzegalnie płynąca sama w sobie, przesuwająca się pomimo siebie, to z lewej, to z prawej strony, niczym obłok, a pod tą misą wiły się pasemka, warstewki i smużki niewysokich, owalnych domków i kamieniczek, pozbawionych jakichkolwiek skaz, zadrapań, nierówności czy narożników. Budynki te były koloru białego; i można by je było nazwać… po prostu dziwacznymi. A były to budowle i stare jednocześnie, i nowe. I choć powstały na długo przed egipskimi piramidami, o czym doskonale wiedziałem, to jednak prezentowały się w sposób zadziwiająco modernistyczny i ultranowoczesny – tak, jakby zostały nakreślone ręką jakiegoś architekta-futurologa. Esencją ich projektu musiała być zapewne spektakularność wyglądu, a wyglądały niczym gotowane na twardo i obrane ze skórki, choć oczywiście odpowiednio powiększone, kurze jaja; zbudowane zaś były z materii, której natury ani własności nie dane mi było nigdy do końca odgadnąć.
Nad rzeką zawsze królowała piękna i słoneczna pogoda – i to nawet wtenczas, kiedy w pozostałych częściach mojego miasta panował przygnębiający mrok, pozbawiony barwnych akcentów, leniwie snuły się mgły i aranżowała się szarobura mikstura jesieni. Za – skonstruowanym z jakiegoś ciemnego monolitu, z jakiejś jednolitej i zwartej substancji – efektownym mostem, który łączył ze sobą oba, rozdzielone przez rzekę, krańce mojego miasta, znajdowały się szerokie, gładkie jak stół aleje z szynami, potem teren lekko opadał, ale tylko w jednym miejscu, a gdy dochodził do uliczki, przy której znajdował się antykwariat, opadał stromo i stawał się po prostu depresją – wyrwą, której dna, spowitego wiecznymi mgłami, nigdy nie udało mi się dostrzec ani do końca spenetrować czy zbadać. Nie spotkałem nigdy osoby, która by słyszała o tym miejscu i o tym antykwariacie; ani też nie ujrzałem nigdy więcej tak szerokiej i tak stromo opadającej w dół alei, jak ta na Kazimierzu, będącej w istocie niewielką, lokalną depresją; depresją – a więc i jednocześnie pewnego rodzaju skazą na tym wzorcowo płaskim terenie. Było to niemalże urwisko, zupełnie niedostępne dla żadnych pojazdów. I nawet w kilku miejscach znajdowały się schody, bo, jak widać, znajdować się musiały. Na końcu zaś ulicy kryło się kompletne już zapadlisko, w które wpadała i w którym na zawsze już ginęła jedna z pomniejszych odnóg miejscowej rzeki, spływająca po ścianach tego leja niczym w gigantycznym wirze, zakreślająca spiralę, rozpędzająca się u mglistego dołu do prędkości zupełnie nadświetlnych. I gdybym tego nie wiedział, pomyślałbym, że jest ów ciek czymś w rodzaju kanału; nie byłem w stanie bowiem uwierzyć w tak precyzyjną samoregulację tej rzeki o kształcie spirali, zdyscyplinowanej i miarowo spływającej po ścianach ku gardzieli-otchłani. Ściany tego miejscowego piekiełka gęsto porastał bluszcz oraz inne gatunki endemiczne, niewystępujące nigdy indziej, które, wzięte razem, wyglądały dosłownie tak, jakby w ogóle nie łaknęły światła ani promieni słońca, a swą energię oraz witalne soki czerpały z tych najgłębszych pokładów mroku i cienia, z kwintesencji abnegacji i szaroburości. I nawet korony większych drzew, jakby ciążyła im ich własna zieleń, skierowane tu były w bok, a nawet zawinięte były w dół ku tellurycznej otchłani, ku czarnej dziurze.
Pamiętam też, że niejakie wrażenie wywarli na mnie mali mieszkańcy tej arcy-cudacznej dzielnicy, co wiązałem początkowo z… ich nadpobudliwością ruchową i z zupełnym brakiem, z ich strony, zachowań apatycznych. A wszyscy oni poruszali się tak, jakby się ze sobą pospołu, przed chwilką co, zmówili – i teraz, tak na niby, odgrywali przede mną jakąś scenkę slapstickową rodem z filmu niemego. Potem zrozumiałem, że były to po prostu całkiem jeszcze żwawe, choć niskie i przygarbione ludziki, o spojrzeniu tak ciekawskim, tak niewinnym, jak u rocznych lub dwuletnich bobasków. A im starsze były to karły, tym ich oczęta stawały się bardziej szkliste i bardziej radosne, a spojrzenia bystre. W ogóle, trzeba powiedzieć, że byli oni do siebie łudząco podobni, niczym bliźniacy; jakby się wszyscy narodzili jednego dnia; i jakby wszyscy jednocześnie musieli z tego świata odejść, na przekór zresztą bolesnym skutkom umierania naszych bliskich, znajomych, których opłakują przecież zawsze ci żywi, ci, co pozostają. I nawet …wyobraziłem sobie, taką sytuację, kiedy te najstarsze karły, schorowane i sponiewierane przez ciężki los karła, schodzą raz do roku krętą aleją do Królestwa Podziemi, z którego już nigdy nie powracają.
Latarnie uliczne też były niewysokie, a stawały się czym raz to niższe w miarę, jak zbliżałem się do tego antykwariatu przy Liesua d’Eur… W ogóle wszystko stawało się stopniowo jakieś marne i niskie, …i szare; kurczyli się zarówno ludzie, jak i ich domy-czopki – …aż w końcu, te domy, stały się już bardziej piwnicami, a niżeli kamieniczkami czy budynkami jednorodzinnymi. Były to z początku piwnice o jednym tylko poziomie, później zaś – o dwóch, trzech, a nawet i o czterech piętrach ujemnych… I tak, to miejsce rozżagwienia miejskiego, pomału schodziło do cichej, mrocznej Krainy Podziemia.
Zauważyłem z pewnym zaniepokojeniem, że niedaleko już miałem do najniższych pokładów naszej lokalnej, geomorfologicznej atrakcji, ale budynek przy Liesua d’Eur, a raczej wielokondygnacyjna piwnica, akurat teraz znajdował się przede mną – i to dobrze, to na szczęście! Nie trzeba więc było brnąć dalej po zaułkach zwodniczej spirali spowitej wieczną mgłą.
Zadowolony, wstąpiłem do środka budowli. I skierowałem się w dół krętymi schodami, o nieskończonej ilości stopni, wijącymi się niczym spirala oktawowa przez całą klawiaturę fortepianu, by móc ostatecznie osiągnąć piętro minus siódme. Strasznie mi się ta droga dłużyła, a choć czas płynął, jak zwykle, spokojnie i równo, to miałem wrażenie, że jego kontinuum wyznacza mi czym raz to większe interwały, tykając jednocześnie tę samą, mechaniczną melodyjkę: sekunda za sekundą i minuta za minutą. Również i schody odznaczały się rozległym diapazonem najróżniejszych atrybutów i szeroką gamą substancjalnych własności. Te właściwości bynajmniej nie ułatwiły mi teraz życia ani mojej po nich wędrówki. Nie dość, że ich stopnie zdawały się posiadać jakiś zwiększony, gigantyczny rozmiar o gumowym wprost ambitusie, to jeszcze, na dodatek, odległości między kolejnymi piętrami były zwyczajnie nierówne – niczym w ciągu nieharmonicznych – i rosły w miarę, jak się człek przybliżał do wrót upragnionej, podziemnej wszechnicy wiedzy tajemnej. W końcu jednak, brodząc niemalże po omacku w kompletnym mroku, odnalazłem właściwe piętro, a na nim – jedne tylko drzwi, i to archaicznego typu, które zaskrzypiały posępnie na moje powitanie, gdym wsuwał się przez nie do środka.
W półmroku, pośród ksiąg, pergaminów, zwojów i inszych staroci, ujrzałem przede wszystkim puste, zimne, labiryntowe korytarze, załamujące się pod różnymi kątami, które miały w sobie coś nieomal przerażającego, coś, co tkwiło tra le righe, „między słowami”, w próżni pełnej zakamarków i mrocznych zaułków. Tu i ówdzie snuły się pajęczyny, a kurz zalegał grubą warstwą. Wiało wszędzie, zimny przeciąg torował sobie drogę przez to wnętrze, które wyglądało teraz nie tylko na opuszczone, ale wręcz na totalnie już zapomniane, niczym odłóg, niczym terra abbandonata. Nigdzie ani jednego klienta i tylko jeden subiekt, którego dopiero co zdążyłem zauważyć, stojący za okienkiem i prawie cały zasłonięty przez te nabite kotary, mięsiste i pełne atomów, oraz ściankę działową, która nas od siebie odgradzała. Dlatego właśnie nie widziałem jego twarzy, a jedynie tors i ręce. Podał mi nimi jakąś zgrabną książeczkę, liczącą nie więcej jak pięć tysięcy stronic. Chciałem go o coś spytać, poprosić, ale nie zdążyłem. I ten jegomość w końcu gdzieś się zgubił. Zostałem sam na sam z alchemią wszechwiedzy, z całą ujarzmioną magią mojego wszechświata, z doczesnością, z odwiecznością, z ponadczasowością, z ostatecznością. Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie. O dziwo! było na tyle widno, że mogłem... i że zacząłem zagłębiać się w podany mi przez arcy-subiekta foliał, którego ozdobne litery wiły się, niczym melosfera, granią rozłożystego arpeggio. Tak, to było dokładnie to, co spodziewałem się w tym antykwariacie na Liesua d’Eur odnaleźć. Ten sam styl, ten sam rozmach i pisarz, bez wątpienia, ten sam! A w miarę, jak się w te niepojęte głębie gęsto zapisanych mądrości wczytywałem – doszedłem do wniosku, że autor, przez cały ten okres mych studiów nad księgą, dosłownie prowadził mnie za rękę. Co więcej, odniosłem także nieodparte wrażenie, iż dedykował ją specjalnie dla mnie i, być może, tylko dla mnie.
I tak to... odnalazłem jednego dnia wszystko to, czego wcześniej przez całe lata odnaleźć nie mogłem, a więc: „Traktat o tęsknocie do miejsc, od których jesteśmy daleko”, „Przydatne mapy, które nie istnieją, choć istnieć powinny”, takie m.in., jak np.: „Mapa obszarów wonnych w porze kwitnienia roślin”, „Punkty widokowe, służące do obserwacji najpiękniejszych zachodów słońca”, „Solarne ekspozytory – najbardziej nasłonecznione tereny o danej porze dnia i danej porze roku”, „Mapa miejsc-teleporterów, które nas odsyłają do innych miejsc, na zasadzie mechanizmu zakotwiczenia i gry pamięci mimowolnej”, „Mapa energii miejsc i jej przez te miejsca przepływu”. W końcu też odkryłem tę najgęstszą i najczarniejszą esencję tajemnicy, odczytaną wprost z rękopisu Ericha Zanna. Ów rękopis, nie wiedzieć czemu i w jaki sposób, trafił do księgi, którą właśnie studiowałem; po prostu ktoś powciskał papiery z odręcznymi słowami Zanna tak, jak się wciska zakładki pomiędzy strony. A więc jednak: mój dotychczasowy osąd sytuacji – związany z antecedensem, w świetle którego ów przekaz starego skrzypka-Niemca na zawsze został utracony owej upiornej, feralnej nocy – był błędny. Zajrzałem do książki. Przetarłem oczy. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Na stronie siedemset siedemdziesiątej siódmej mój nowy mistrz-przewodnik zamieścił mapę miasta. I nie było to jakieś tam dowolne, pierwsze-lepsze miasto. Bynajmniej; było to miasto, które dobrze znałem jeszcze z czasów mych studiów. Spojrzałem na przybliżoną lokalizację miejsca, w którym ongiś mieszkałem, na dom i na ulicę, zaznaczoną na mapie, przy której ów dom się znajdował. Tak, to była bez wątpienia ta ulica, której nie mogłem nigdy odszukać – moja Rue d’Auseil! Nawet nie potrafię opisać, jak bardzo się z tego odkrycia ucieszyłem i jak bardzo się wtedy zląkłem.
Nagły podmuch, silniejszy niż wszystkie dotychczasowe, wyrwał mnie z fotela i skierował mój wzrok na stary, ścienny zegar z kukułką. Wskazywał dokładnie dwudziestą piątą, co było nawet zgodne z pewną teorią światów równoległych, podłóg której nie wszystkie zdarzenia mieć mogą i muszą zagwarantowane swe miejsca w czasie, będąc nanizanymi na jego chronologię, na jego ciąg, jak na nitkę. Zacząłem uciekać, przepędzany z tego antykwariatu przez srogiego Boreasza, który szumiał i rósł na tym szumie jak trawa na wietrze. Skacząc, przeskakując po kilka stopni na raz, niemal w powietrzu wzlatywałem po tych nieskończenie długich i ciemnych schodach ku górze i ku wyjściu; wpadłem na szeroką, starą ulicę, z białymi, owalnymi budynkami i pokonując schody oraz bruk znalazłem się wreszcie na płasko położonych alejach, przy modrej, zawsze spokojnej rzece, pozbawionej wyraźnych brzegów; pokonałem ciemny most i – bogatszy o tę bezcenną, dzisiaj zdobytą wiedzę – znalazłem się pośród bardziej jeszcze szerszych i zdrowszych ulic oraz bulwarów mojego miasta. Pamiętam też, że wcale nie było wiatru, że świecił księżyc i że wszystko dokoła migotało w blasku latarń.

Added in 1 minute 54 seconds:
To moje pierwsze opowiadanko, więc proszę o wyrozumiałość. Proszę także o konstruktywną krytykę, za którą już teraz z góry dziękuję. :)



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Sequel „Muzyka Ericha Zanna” Lovecrafta ("Traktat o mapach")

Postautor: maciekzolnowski » śr 29 mar 2017, 09:45

:( Ocen i komentarzy brak!



Awatar użytkownika
Romecki
Pisarz
Pisarz
Posty: 4368
Rejestracja: czw 31 gru 2009, 00:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Sequel „Muzyka Ericha Zanna” Lovecrafta ("Traktat o mapach")

Postautor: Romecki » śr 29 mar 2017, 09:51

Moje ulubione opowiadanie Lovecrafta :) aż je sobie przypomniałem na tę okoliczność :)
Niestety, poległeś. Masz klimat (chociaż jednak określenia scjencystyczne go rozwalają, nie współgrają ze stylizacją a la Lovecraft), ale to idzie poprawić. Natomiast zabawa Rue d’Auseil - Liesua d’Eur sensu aż tak wiele nie ma, bo nie jest w klimacie pana L. (o ile dobrze pamiętam), a wmieszanie w to starego Kazimierza raczej wprowadza mylne tropy niż buduje nową jakość.
Przede wszystkim jednak - masz pomysł na klimat, nawet pomijając te mankamenty. Pomysły z mapą - niezłe, choć nie do końca trzymające kierunek pierwowzoru. Ale nie masz pomysłu na fabułę, a w oryginalnym opowiadaniu ona przecież jest, nie masz w ogóle mocnej puenty. Raczej więc to ćwiczenie z klimatu - i jako takie, oceniłbym na 4+ w skali 1-6 :-)
Pozwolisz, że tropienie drobniejszych wpadek językowych pozostawię innym.

Ale powiem ci na koniec tak: przeczytam twoje kolejne opowiadanie tutaj.

Added in 27 seconds:
Edit: minus za niecierpliwość :) pisałem komentarz, kiedy zaprotestowałeś :)

Added in 39 seconds:
To nie piekarnia, panie pisarz :)


FB: https://www.facebook.com/romek.pawlak
Miłek z Czarnego Lasu http://tvsfa.com/index.php/milek-z-czarnego-lasu/
"Osobiście uwielbiam jak czytelnicy "uświadamiają" mnie jakie perspektywy przegapiłem, jakich wątków nie wykorzystałem i jak powinienem pisać, żeby dostać literackiego Nobla :P" - by Navajero.

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Sequel „Muzyka Ericha Zanna” Lovecrafta ("Traktat o mapach")

Postautor: maciekzolnowski » śr 29 mar 2017, 10:48

Dzięki serdeczne, Panie Romanie. :) Ta ocena 4+ nie jest aż taka zła na początek.
Tak, rzeczywiście jest to ćwiczenie z klimatu. Klimat to dla mnie podstawa! Chciałbym mieć natomiast lepsze, bogatsze, ciekawsze pomysły na fabułę, na drabinkę scenariuszową. Albo inaczej: chciałbym w ogóle mieć te pomysły.
Co do relacji pierwowzór - siquel: Moje opowiadanko faktycznie dalekie jest od klimatów Lovecrafta (nie zastosowałem np. "Modelu Pickmana" i jego sposobu budowania napięcia). Mało jest też tutaj wg mnie horroru czy jakiejś quasi-gotyckiej i niewypowiedzianej, szaroburej scenerii, a za to dużo jest dosłowności i chwytów rodem z fantasy (fantasy dla dzieci), czego starałem się bezskutecznie (jak widać) uniknąć. Może trzeba było iść bardziej w stronę Schultza i jego "Sanatorium pod Klepsydrą"; no nie wiem, nie wiem... Byłoby to swoją drogę interesujące połączenie, zestawienie światów (Schultz versus Lovecraft).
"Przeczytam twoje kolejne opowiadanie tutaj" PR - z czego się już teraz cieszę, a cieszę: bardzo! I zachęcam do lektury moich kolejnych... wyrobów, bardziej lub mnie zakalcowatych.;)

Added in 1 minute 31 seconds:
mniej zakalcowatych - powinno być



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4276
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Sequel „Muzyka Ericha Zanna” Lovecrafta ("Traktat o mapach")

Postautor: Rubia » śr 29 mar 2017, 21:51

maciekzolnowski pisze:Source of the post W okresie, kiedy mieszkałem przy ulicy Rue d’Auseil, moje zdrowie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne, mocno podupadło, a chłonna niegdyś pamięć studenta metafizyki uległa teraz znacznemu zakłóceniu i pogorszeniu. I choć minęło już całe trzynaście lat od czasu, gdy słyszałem po raz ostatni zapamiętałą orgię tych wszystkich dźwięków, których ze skrzypiec normalnie zwykło się nie wydobywać – bo: albo było to niemożliwe, nie leżało to bowiem w naturze tego chordofonu, albo, wprost przeciwnie, było możliwe, ale karkołomne od strony wykonawczo-technicznej – to wciąż jednak nie udało mi się rozwiązać tajemnicy Ericha Zanna, starca, niemowy, ani też odnaleźć domu, ulicy, a nawet przybliżonej lokalizacji miejsca, w którym wiodłem ubogi żywot studenta ontologii.
Jednakże któregoś razu, ku memu wielkiemu zdziwieniu i zaskoczeniu, a dokładnie w trzynastą rocznicę mojej palącej przeprowadzki z tego miasta, natknąłem się na nowe opracowanie kartograficzne, które rzuciło wreszcie nieco światło na dawno już odłożoną i nieomalże zapomnianą sprawę tajemniczej uliczki, której nigdy nie mogłem odnaleźć; tzn. nie mogłem jej odnaleźć aż do teraz! Ale zacznę od początku…

Dobrze jest "zaczynać od początku" w taki sposób, by czytelnik miał jak najmniej wątpliwości, czego ów początek dotyczy.
Fragment zaznaczony boldem jednoznacznie wskazuje, że bohater-narrator od trzynastu lat daremnie stara się wyjaśnić tajemnicę Ericha Zanna. Pierwsze zdanie zdaje się sugerować, że narrator mieszka wówczas przy rue d'Aussel (nie przy ulicy Rue d'Aussel). Z dalszej części zdania, już nie podkreślonej, wynika, że obiektem jego poszukiwań jest również miejsce, w którym niegdyś mieszkał jako student, kolejne zaś zdanie wprowadza ponadto jakąś tajemniczą uliczkę, nigdy nie odnalezioną. Wreszcie na końcu opowiadania okazuje się, że cały czas chodziło o jedno miejsce.
Trochę to po łebkach i na skróty - ludzie, a już zwlaszcza studenci, mogą wielokrotnie i bez poważnych przyczyn zmieniać adres, może im też zależeć na poznaniu ulic, domów czy okolic, gdzie nigdy wcześniej nie byli. Warto by jakoś uporządkować to zamieszanie. Zamiast pisać o pogorszeniu stanu zdrowia (prawdę mówiąc, dla dalszego ciągu opowiadania jest to informacja bez znaczenia), bohater mógłby zacząć od tego, że wyprowadził się z rue d'Auseil, a potem już nigdy nie mógł jej odnaleźć - czy to w rzeczywistości, czy na mapie (a właściwie na planie miasta). Sytuacja wystarczająco intrygująca, żeby czytelnik zechciał dowiedzieć się, co z tego wyniknie.
Mam wrażenie, że budowanie fabuły nie jest na razie Twoją mocną stroną. I nie chodzi tu o brak wartkiej akcji, lecz chocby o motywacje: chętnie dowiedziałabym się, dlaczego narratorowi tak zależy na odnalezieniu owej uliczki (choćby ze względu na skandal ontologiczny, jakim jest zniknięcie fragmentu rzeczywistości, w jakiej niegdyś spokojnie egzystowaliśmy). Podoba mi się natomiast nastrój tego opowiadania. Nie mam ochoty rozszarpywać zdań na strzępy, chociaż niektórym by się to przydało. To jednak sprawa redakcyjnej obróbki tekstu. Piszesz swobodnie, budujesz sugestywne obrazy, a to dobry prognostyk.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Sequel „Muzyka Ericha Zanna” Lovecrafta ("Traktat o mapach")

Postautor: maciekzolnowski » śr 29 mar 2017, 22:31

1. Świetnie to wychwyciłaś, Rubia. W tym przypadku owo po łebkach i na skróty oznacza bałagan, "skandal" ontyczny (oznacza też przede wszystkim moje lenistwo).
2. "Nie mam ochoty rozszarpywać zdań na strzępy, chociaż niektórym by się to przydało." - A właśnie na to rozszarpywanie zdań liczyłem najbardziej. Błędy są po to (uwaga, będzie złota myśl człowieka gór!) by je usuwać, by je naprawiać. ;) Inaczej nie wyobrażam sobie prawdziwej edukacji ani pełnej i rzetelnej weryfikacji.
3. Dzięki również za miłe słowa, za motywację do dalszej pracy nad sobą. :)

Added in 7 minutes 30 seconds:
ZA**DEK PISARZA - O! teraz dopiero zauważyłem swój nowy, jakby to powiedzieć?, status / stopień w hierarchii na tym forum.

No dobrze, w takim razie się poznęcam, ale najwcześniej za dwa dni - teraz jestem w Hamburgu i mam ze sobą tylko tablet, a na nim niewygodnie się pisze :)

Rubia



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Sequel „Muzyka Ericha Zanna” Lovecrafta ("Traktat o mapach")

Postautor: maciekzolnowski » pt 31 mar 2017, 19:06

Trzymam, Rubia, za słowo i życzę szczęśliwej podróży!:)
Ciekawe, ile by kosztowała taka profesjonalna korekta tekstu / tekstów, zamówiona np. u Ciebie lub u naszych niestrudzonych weryfikatorów, a obejmująca wszelkie rodzaje błędów (ortograficzne, interpunkcyjne, stylistyczne, rzeczowe itp.)? Mam (lub mam mieć) trochę tekstów do sprawdzenia, mieszczących się (lub też nie) w ulubionych przeze mnie gatunkach: road-story, road-thriller, road-horror, horror "rustykalny-górski" (z elementami legend), horror komediowy, horror science fiction, horror surrealistyczny, slasher, horror wojenny, horror "akustyczny", gotycki horror, horror "atmosferyczny i pogodowy", creepy kids i in. Jest jakaś odpowiedź na to moje pytanko? Dzięki!
MZ



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4276
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Sequel „Muzyka Ericha Zanna” Lovecrafta ("Traktat o mapach")

Postautor: Rubia » sob 01 kwie 2017, 00:19

Do kwestii wprowadzenia w sytuację opisywaną w opowiadaniu nie będę już wracać, lecz nasunęło mi się takie drobne spostrzeżenie:
maciekzolnowski pisze:Source of the post pamięć studenta metafizyki

maciekzolnowski pisze:Source of the post żywot studenta ontologii.

Jeżeli określenie "student" traktujemy dosłownie, to delikwent powinien raczej być studentem filozofii, a metafizykę (ontologię) poznawać w ramach tychże studiów. Widziałabym np. pamięć studenta, zgłębiającego zawiłości metafizyki... albo podobnie.

Generalnie, piszesz płynnie i w sposób obrazowy, co jest dużą zaletą Twojego opowiadania, więc nie widzę powodów do drastycznych interwencji. Jeśli chodzi o rozmaite potknięcia językowe, podzieliłabym je na dwie grupy. Pierwsza związana jest z nadmiarem. Trafiają tu powtórzenia, zbędne zaimki, ale też nazbyt skomplikowana składnia, którą można uprościć.
maciekzolnowski pisze:Source of the post albo było to niemożliwe, nie leżało to bowiem w naturze tego chordofonu, albo, wprost przeciwnie, było możliwe, ale karkołomne od strony wykonawczo-technicznej – to wciąż jednak nie udało mi się rozwiązać tajemnicy

Przynajmniej trzecie "to" bym usunęła i zastanowiła się nad drugim.
maciekzolnowski pisze:Source of the post Jednakże któregoś razu, ku memu wielkiemu zdziwieniu i zaskoczeniu, a dokładnie w trzynastą rocznicę mojej palącej przeprowadzki z tego miasta, natknąłem się na nowe opracowanie kartograficzne, które rzuciło wreszcie nieco światło na dawno już odłożoną i nieomalże zapomnianą sprawę tajemniczej uliczki, której nigdy nie mogłem odnaleźć; tzn. nie mogłem jej odnaleźć aż do teraz!

Zasadniczo nie przeszkadzają mi zdania wielokrotnie złożone. Czasem jednak warto dokonać w nich cięć bez szkody dla stylu, z korzyścią zaś dla przejrzystości tekstu.
Jednakże - ku wielkiemu zdziwieniu i zaskoczeniu - dokładnie w trzynastą rocznicę mojej palącej (?) przeprowadzki z tego miasta, natknąłem się na nowe opracowanie kartograficzne, które rzuciło wreszcie nieco światła na odłożoną już i nieomalże zapomnianą sprawę tajemniczej uliczki, jakiej od dawna (albo: od lat) nie moglem odnaleźć.
"Nigdy nie mogłem odnaleźć" w kontekście tego, o czym piszesz później, jest mylące, gdyż chyba Twój bohater odnajdywał ową uliczkę, kiedy na niej mieszkał?
Zastanawia mnie, czy przeprowadzka/wyprowadzka może być paląca (bo konieczność czy potrzeba - może, jak najbardziej). Ja bym takiego określenia nie użyła, lecz to raczej sprawa indywidualnego wyczucia.
maciekzolnowski pisze:Source of the post Wszystko zaczęło się od tego, że najpierw natknąłem się na przedziwną definicję, jaką znalazłem w pewnej starej książce z antykwarni na Kazimierzu, a którą mam tutaj zamiar, w sposób zapewne dość nieudolny i z-symplifikowany, przytoczyć z pamięci:

Wszystko zaczęło się, gdy w w pewnej starej książce z antykwarni na Kazimierzu znalazłem przedziwną definicję, którą mam tutaj zamiar...
Przy okazji: z-symplifikowany zamienilabym na uproszczony. Zsymp... trochę niedobrze się wymawia.
maciekzolnowski pisze:Source of the post Ów rękopis, nie wiedzieć czemu i w jaki sposób, trafił do księgi, którą właśnie studiowałem; po prostu ktoś powciskał papiery z odręcznymi słowami Zanna tak, jak się wciska zakładki pomiędzy strony. A więc jednak: mój dotychczasowy osąd sytuacji – związany z antecedensem, w świetle którego ów przekaz starego skrzypka-Niemca na zawsze został utracony owej upiornej, feralnej nocy

Klasyka powtórzeń. Drugi ów mógłby zniknąć, a owa daje się zastąpić przez tamtą.
maciekzolnowski pisze:Source of the post Spojrzałem na przybliżoną lokalizację miejsca, w którym ongiś mieszkałem, na dom i na ulicę, zaznaczoną na mapie, przy której ów dom się znajdował.

Tu wyraźnie widać, że mniej znaczy lepiej. Twój bohater ogląda mapę, o czym wyraźnie piszesz dwa zdania wcześniej. Czytelnik nie zdołał o tym zapomnieć, więc nie ma potrzeby podkreślać teraz, że ulica zaznaczona jest na mapie, gdyż wychodzą takie kwiatki.
Do tego mam nieodparte wrażenie, że w tym przypadku chodzi raczej o plan miasta, nie mapę, i to plan bardzo szczegółowy, skoro zaznaczone są na nim poszczególne posesje.

Druga sprawa związana jest z opisami, a właściwie - jak przypuszczam - precyzją, z jaką starasz się stworzyć słowny ekwiwalent obrazów, które widzisz w wyobraźni. Ale to temat na kolejny post, a zatem - CDN.

Aha: nie jestem zawodowym redaktorem i nie podjęłabym się redagowania za pieniądze. Na Wery piszę komentarze, jeśli tekst mnie zainteresuje, lecz nigdy nie twierdzę, że zrobiłam jego redakcję.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Orly
Szkolny pisarzyna
Posty: 39
Rejestracja: ndz 29 sty 2017, 21:49
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Sequel „Muzyka Ericha Zanna” Lovecrafta ("Traktat o mapach")

Postautor: Orly » ndz 02 kwie 2017, 00:04

Mam wrażenie, że czasami troszkę opisy są zbyt przekombinowane. Po cichu liczyłem na jakieś nawiązanie do pradawnych bóstw, albo necronomiconu :P Ogólnie czytało mi się przyjemnie, jak napiszesz coś jeszcze w tym stylu, to przeczytam.



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Sequel „Muzyka Ericha Zanna” Lovecrafta ("Traktat o mapach")

Postautor: maciekzolnowski » ndz 02 kwie 2017, 22:27

Orly, dzięki! :) Jak uporam się z tymi wszystkimi błędami, których nie zechcę już raczej nigdy powtarzać, to może napiszę poprzednie/kolejne odsłony tej "story", wg załączonego spisu:
- Skrzypce Ericha Zanna (prequel 1),
- Mur przeznaczenia (prequel 2),
- Muzyka Ericha Zanna (oryginalny tekst H. P. Lovecrafta),
- Traktat o mapach (sequel 1),
- Rękopis Ericha Zanna odnaleziony (sequel 2),
- Miasto Ericha Zanna (sequel 3),
- Ericha Zanna melodie (sequel 4).
Mogę spróbować też dopisać coś w rodzaju opowieści o dzieciństwie Zanna i powiązać tę opowieść (te jakby wspomnienia) z "Modelem Pickmana". I wtedy właśnie można będzie liczyć "na jakieś nawiązanie do pradawnych bóstw"; się rozumie! :)

Added in 10 minutes 56 seconds:
Dzięki, Rubia! Twoje uwagi są bezcenne. Co do powtórzeń, to tak sobie myślę, czy to nie jest przypadkiem część mojego idiomu własnego. Zresztą muzycy już tak mają, że lubią refreny i inne tam repryzy, co mnie chyba nieco tłumaczy. Muzyka (i to każda bez wyjątku) rozbrzmiewa w formach i gatunkach bardziej lub mnie repetycyjnych. A tekst jest dla mnie czymś w rodzaju kompozycji sonorystycznej, tyle tylko że stworzonej ze słów (nie zaś z nut).



Awatar użytkownika
Chabanina
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: wt 07 sty 2014, 17:11
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Sequel „Muzyka Ericha Zanna” Lovecrafta ("Traktat o mapach")

Postautor: Chabanina » wt 11 kwie 2017, 10:15

maciek, tylko kilka uwag:
Z tymi sequelami i prequelami chyba żartujesz co? Nie żebym mówił to uszczypliwie (może trochę), ale takie wałkowanie tematu w ogóle pozbawiłoby ten materiał (Muzykę Ericha Zanna Lovecrafta) jakiegokolwiek klimatu. To znaczy samo opowiadanie nie ucierpiałoby na twoich fanfikach, ale po co chcesz pisać te rzeczy, skoro temat został już zamknięty przez samego Lovecrafta. Co należy twoim zdaniem dopowiedzieć do tej historii? Jeśli nie masz jakiegoś nowego spojrzenia na tematykę poruszaną w tym opowiadaniu przez Lovecrafta, to odradzam pisanie tych rzeczy. Jeśli masz, to napisz coś swojego, subtelnie nawiązując. Chodzi mi o to, że sam mówisz, iż klimat jest bajkowy, że fantasy dla dzieci. Jeśli nie masz jakiejś historii grozy do opowiedzenia (jak miał Lovecraft) to twoja seria przekształci się właśnie w coś takiego, w coś całkiem innego niż pisał Lovecraft (coś całkiem innego w wymowie, w opisie świata), więc czy fair względem czytelnika jest używać nazwy Erich Zann w tytule?
Jeśli chodzi o styl, to coś tu poważnie nie gra. Oczywiście jest potencjał, ale "przedobrzyłeś". Zalecałbym więcej powściągliwości, bo taka przesadzona erudycja gra na niekorzyść tekstu, staje się własną parodią. Jeśli chciałeś uzyskać atmosferę grozy, to może właśnie tutaj leży część problemu i odpowiedź na pytanie dlaczego się nie udało. Szarobura sceneria nie jest prawdziwym źródłem grozy, ale tylko wyświechtanym rekwizytem, którego dobrze jest unikać. Zresztą pisał o tym sam Lovecraft w swoim eseju. Parafrazując jednego pisarza, głos narratora opowiadania grozy jest głosem osobistego wyznania.
Jeśli chodzi o Schulza, zauważyłem inspirację, więc to chyba dobrze świadczy o tekście. Może rzeczywiście lepiej pójść w tę stronę (tylko nie pisz "Powrót do Sanatorium pod Klepsydrą). W relacji Lovecraft, Schulz właściwie nie ma tak dużej przepaści, bo obu uznaje się dzisiaj w pewnych kręgach za pisarzy weird fiction, tyle że w przypadku Lovecrafta to "weird horror fiction". Łączy ich to samo rozedrganie pod wierzchnią warstwą rzeczywistości i w gruncie rzeczy pisarze są sobie dość bliscy. W ich tekstach wszystko może się wydarzyć, to co uważamy za rzeczywistość jest tak naprawdę iluzją. Dzisiaj wielu pisarzy grozy powołuje się na Schulza i Lovecrafta jako swoich mistrzów.



Awatar użytkownika
maciekzolnowski
Pisarz osiedlowy
Posty: 363
Rejestracja: pn 27 mar 2017, 23:39
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Sequel „Muzyka Ericha Zanna” Lovecrafta ("Traktat o mapach")

Postautor: maciekzolnowski » czw 13 kwie 2017, 21:31

Chabanina, masz rację. Może napiszę teraz coś oryginalnego i własnego. Podoba mi się to zestawienie pisarzy z gatunku "weird fiction", o których tutaj mówimy, choć Schultz jest wg mnie po prostu "debeściak".

Dzięki za wszystkie Wasze komentarze!:)



Awatar użytkownika
Orly
Szkolny pisarzyna
Posty: 39
Rejestracja: ndz 29 sty 2017, 21:49
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Sequel „Muzyka Ericha Zanna” Lovecrafta ("Traktat o mapach")

Postautor: Orly » czw 13 kwie 2017, 21:35

Zawsze też możesz napisać własne opowiadanie wplecione w realia Lovecrafta. Będzie bardziej oryginalne i nadal zachowa ten klimacik Cthulu :)




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości