Nie wszystko żółte i wykrzywione to banan

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

A musi być temat???

Postautor: Mazer » wt 07 sie 2007, 17:01

Słowem wstępu:) Jest stworzona kontynuacja do tego czegoś pod spodem, ale chcę poznać opinie na temat tego fragmentu:) Oczywiście jest on poprawiony, przyjmijmy, iż jest to forma przeze mnie oddana do publikacji, hyh, teraz Wasza kolej krytyki...Trochę dużo czytania, a akcja dopiero pod koniec się rozwija w sposób wciągający (tak mi się wydaje), do tego czasu jest to...sami przeczytajcie, jeśli Was to zaciekawi.



Nie wszystko żółte i wykrzywione to banan



***



Dni, kiedy na łąkach jest biało, a w atmosferze króluje mróz, zazwyczaj nazywane są zimą. Natomiast te, kiedy z nieba pada gęsty deszcz, z gałęzi drzew w stronę ziemi wybierają się pożółknięte liście i powietrzu raz ciepło, raz chłód panuje, nazywane zazwyczaj są jesienią. Z kolei te, w czasie których wszystko rodzi się do życia, kiedy wszelkie stworzenie myśli wyłącznie o prokreacji i godnym utrzymaniu jej efektów, to już wiosna. Wszelkie pozostałe zwane są przeważnie latem.

Natomiast w trakcie tych pór, gdy samochodem, bądź innym pojazdem opancerzonym stoi się na ulicy, której głównym celem istnienia jest to, by się po niej poruszać, a nie stać, nazywany jest korkiem. Zjawisko to przywoływane jest najczęściej przez czerwone światło na skrzyżowaniu. Na dużym skrzyżowaniu w dużym mieście, w małych miejscowościach korki stworzone dzięki sygnalizacji nawet nie godne są najmniejszej uwagi. Ale istnieją takie przypadki, kiedy to i w niewielkich mieścinach zdarzają się długie postoje, zazwyczaj spowodowane jakimś wypadek, bądź przez niepewnego kierowcę, bojącego odważnie wrzucić trzeci bieg, lub skręcić w boczną uliczkę przecinającą główną. Powodów jest całe mnóstwo, jedne bardziej prozaiczne od drugich, jednakże trafiają się takie sytuacje, gdy wszelkie codzienne przyczyny bledną w porównaniu z jakąś niekonwencjonalną, która zdecydowała się zaistnieć…



***



Nie będę zaczynał od wymyślania pięknych zdań, surrealistycznych opisów rzeczywistości, by wciągnąć kogokolwiek w moją opowieść, bo po co? Ani nie zamierzam opisywać ataku kosmitów, wszak takiego nie doświadczyłem, ani moja opowieść nie jest nawet opowieścią, a ewentualnie króciutką nowelką, więc na cóż mam wysilać swe zwoje mózgowe? Owszem, to, czego doświadczyłem z Igorem jest sytuacją niecodzienną…nie, inaczej, osoba, którą spotkaliśmy jest z całą pewnością osobą oryginalną, lecz ciągle mieszczącą się w ramach racjonalnego postrzegania ludzi, a skoro tak, to i wyzbędę się magicznych określeń i na chłopski rozum wystawię Wam wszelkie zdarzenia.

A więc…



***

Zaczęło się standardowo. Godzina szósta rano pobudka, szybkie zaliczenie kilku stron w internecie, ciut wolniejsze odfajkowanie porannej toalety i błyskawiczne śniadanie. Takim sposobem, przed godziną siódmą byliśmy już z Igorem na trasie do mojego dziadka, u którego trzeba było wykazać się siłą fizyczną przy pracy na stawach. Jakąś robotę wymyślił dla wnuczka i jego kolegi.

Dzień zapowiadał się pięknie, zero chmur na niebie, słońce z uśmiechem wzbijało się coraz pewniej ponad horyzont, ptaszki wesoło ćwierkały, a planeta Ziemia z mozołem obracał swą masę w przestrzeni kosmicznej. Wszystko wskazywało na spędzenie miłej doby. Do czasu, do czasu pierwszego machnięcia łopatą, pierwszych kropli potu.

Nie będę się rozpisywał zbytnio nad atrakcjami, jakie przewidział dla nas tato mojego taty. Zauważę jedynie tyle, że upał plus zmęczenie i totalne spocenie w połączeniu z atopowym zapaleniem skóry (zaciekawionych odsyłam do fachowej literatury), którego jestem szczęśliwym posiadaczem, naprawdę nie były miłe. Na szczęście po pracy zaliczyliśmy kąpiel w stawach, gdzie zimna i czysta woda po części zrekompensowała nam wszelkie trudy. Sądziliśmy, że dalsze godziny jednak upłyną w atmosferze uśmiechu na twarzy…O naiwności słodka!

Z utopijnego przeświadczenia, iż najgorsze mamy za sobą, wytrąciła nas granica naszego rodzimego miasta Gorlice, a konkretnie korek jaki tam napotkaliśmy. W tej metropolii wszelkie zatory na drodze nie mają prawa mieć więcej niż czterdzieści metrów długości, a tu proszę, bach! Już na obwodnicy dostaliśmy po łbie od rzeczywistości. Z jakiego powodu? Któż to może wiedzieć?

- Tak, no i właśnie do tej chwili dzień był zajebisty- kierowca, to znaczy Igor, swym ponurym głosem dobitnie ocenił sytuację- Wstaliśmy wraz ze wschodem słońca, zjedliśmy miłe śniadanie i pojechaliśmy do twojego dziadka...niby ciężko było- wykrzywił usta- ale jest świadomość, że kawał dobrej roboty za nami…no i kąpiel w stawie…

- Ano- nie miałem ochoty, ani siły by wdawać się w jakieś dysputy, po prostu przytaknąłem.

- Tyle, że wróciliśmy do tego pieprzonego miasta i od razu kłopoty się pojawiły!- w całym swym sfrustrowaniu uderzył kierownicę.

- Daj spokój…- naprawdę nie miałem siły na rozmowę, zwłaszcza, że upał był dobijający- Włączę klimę, przynajmniej trochę nas schłodzi....- zmieniłem temat i jak powiedziałem, tak zrobiłem. Samochód, jakim się poruszaliśmy był starym golfem dwójeczką i w standardowym wyposażeniu, prócz silnika, kierownicy i innych niezbędnych pierdół, nie miał nic. Na szczęście wujek Igora jest elektromechanikiem, a jego tato mechanikiem, więc z zamontowaniem klimatyzacji nie było problemu- Zasuń szyby…- mruknąłem.

Po kilku sekundach w aucie rozeszło się przyjemne buczenie, a po paru następnych jeszcze przyjemniejsze uczucie chłodu.

- No to teraz tylko fajka nam trzeba- opuściłem nieprzytomnie głowę na fotel.

- Udusimy się przy zamkniętych oknach…- Igor spojrzał na mnie tak, że gdybym go nie znał, uznałbym, iż czyni mi jakieś wyrzuty- Ale to nie znaczy, że nie możemy zapalić, he, he.

- Heh, udusimy się, ale i tak zapalimy, cóż, jak mus, to mus.

- A z musami się nie walczy.

- No, z musami nie, ale co innego z sumami, bo z sumami to jednak tak...

- Bo dobry sum, to sum co walczy, w końcu po to się je łowi, by z nimi walczyć.

- Ale z musami już nie…Ekhm, musy się pije, hy.

Uwielbiałem te rozmowy, to głupie filozofowanie na tematy warte podtarcia tyłka.. Niby pozbawione zupełnie sensu, a jednak napędzające człowieka pozytywną energią. Gdyby ktoś je usłyszał, tak zupełnie przypadkiem, pewnie wsadziłby nas do czubków, lecz my takiej niekontrolowanej, spontanicznej odrobiny abstrakcji potrzebowaliśmy, to nas odrywało od rzeczywistości lepiej od wszelkich używek.

Przez wpół zamknięte powieki obserwowałem, jak na zegarku cyfry wolno przeskakują z jedynki na dwójkę, z dwójki na trójkę i tak do dziewiątki, by ponownie wrócić na zero i raz jeszcze zacząć okrążenie. Czasem rzuciłem okiem na ciągle jeden i ten sam budynek, przy którym staliśmy już dłuższy odcinek czasu.

- Wiesz, to już, mimo wszystko, jest przesada- mimo totalnego wyczerpania fizycznego jako pierwszy zdecydowałem się przerwać zmowę milczenia, chłodny nawiew tchnął we mnie odrobinę tej siły psychicznej. Słowa z trudem przebijały się przez gęste opary tytoniowego dymu- Stoimy i stoimy…, cholera, auta są po to, by nimi jeździć.

- Auta by nimi, ulice, a by na nich jeździć, natomiast my tylko stoimy bez sensu- prawie z ekstazą na twarzy wciągnął kolejnego buszka, po dwóch sekundach dodał następną chmurę do zawiesiny- Równie dobrze mógłbym wjechać na chodnik i tam stać, bo co to za różnica, gdzie stoję?- wzruszył ramionami- Skoro stoję, to nikomu nie przeszkadzam…

- Ale chodnik jest po to, by po nim chodzić…chociaż stać też można i chyba nawet lepiej jest stać na chodniku, niż na ulicy, ale co z pieszymi?

- No właśnie, co? Oni przynajmniej się poruszają, nie to, co my, na chodniku raczej trudniej o korek, niż na ulicy...Więc może jednak jest różnica? Na chodniku bylibyśmy taką zawalidrogą i sytuacja byłaby odwrotna, niż zazwyczaj, tutaj przynajmniej nikomu nie przeszkadzamy- wskazał przestrzeń przed nami- bo wszyscy stoją, a tam bylibyśmy jedynymi, co się nie poruszają i sytuacja rzeczywiście byłaby odwrotna od codziennej.

- Bo zazwyczaj, to piesi włażą pod koła i wtedy trzeba na nich uważać, ale gdybyś wjechał na chodnik, to…oni na nas musieliby uważać, he, he. Ale, wtedy, już na chodniku, mógłbyś popełnić przestępstwo, albo wykroczenie, nie wiem, jak to się kwalifikuje- wykrzywiłem usta.

- Powiedziałbym, że parkuję- doszedł do filtra, widziałem to, ale nie chciałem mu mówić, taki mały dowcip z mojej strony. Z kolejnym buszkiem poczuł, że to, co pali nie jest już papierosem. Tylko się wykrzywił, nie skomentował tego- Koniec- rzekł ze smutkiem, wrzucił kiepa do popielniczki.

- Nic nie martw, mam jeszcze kilka ramek. Wczoraj znajomy wrócił z Ukrainy i mi przywiózł mały zapas, wziąłem ze sobą kilka.

- Przezorny zawsze ubezpieczony, co?

- Dokładnie, nigdy nie wiesz, kiedy wyruszysz w jakąś podróż, a brak fajek nie jest czymś, co chciałbyś w taką zabierać. Zawsze staram się mieć przy sobie dwie sprawy, fajki to raz- zacząłem odliczanie na palcach- Maści to dwa- na palcu wskazującym skończyłem.

- He, he, a to przecież dwie wykluczające się sprawy.

- Jak to?

- No kurwa tak, że palisz, bo chcesz i lubisz, a na fajki masz uczulenie i nie dość, że jesteś astmatykiem, to jeszcze masz tą swoją chorobę…

- Atopowe zapalenie skóry.

- No właśnie, więc palisz, a to za sobą ciągnie uczulenie, a jak uczulenie, to cię swędzi…

- A jak swędzi, to się drapię, a jak się drapię, to się denerwuję, że się drapię, a jak się denerwuję, to palę, by się rozluźnić, ja jebie! Ha, ha, ha, co za koło zamknięte!

- Bo koła zazwyczaj są zamknięte. Koło nie zamknięte, nie było by kołem.

- A życie kołem się toczy.

- Więc, by się toczyło, musi być zamknięte, bo gdyby nie było zamknięte, to by się nie toczyło.

- A gdyby się nie toczyło, nie byłoby go, więc nie byłoby nas…- zamknąłem usta, uznałem, że nawet jak na nas dochodzimy do zbyt irracjonalnych wniosków. Musiałem zrobić małą przerwę w tym dochodzeniu, więc sięgnąłem do swojej skórzanej torby na tylnim siedzeniu, po co? Wiadomo, po fajki- Echhhhhh, jak ja lubię po robocie tak sobie pogadać o filozoficznych pierdołach, człowiek jest wymęczony, a przed sobą ma tylko piękny dzień do odpoczynku, nic, po prostu nic wtedy nie jest w stanie…- urwałem, coś sobie uświadomiłem, przypomniałem gdzie stoimy- No dobra, jest, ten korek, ale to skrajny przypadek i mimo wszystko, jednak mam pozytywne wibracje w głowie- zaciągnąłem się pierwszym buszkiem- Jak przyjadę do domu, walnę się na hamaku, wypiję browarka, popatrzę na chmurki i będę rozmyślał, dlaczego ludzie chodzą na nogach, a nie na rękach.

- A ja po prostu pójdę spać- Igor zawsze wypoczywał w jeden sposób. Mówił, że może nie jest to zbyt ambitne, ale jego sen najbardziej napędza do zycia, pół godzinna drzemka po południu to jest to, co lubił najbardziej. Ale też lubił jedno, muzykę w samochodzie, więc pogrzebał chwilę przy radiu, efektem czego było ustawienie ulubionej stacji- A tymczasem siedzimy w samochodzie, palimy papieroska, słuchamy dobrej muzy i czekamy.

- Czekamy.

Zapadła cisza. Utonęliśmy w niej w niej tak, jak utonęliśmy w mglistej zawiesinie tytoniowych oparów. Nasze umysły stały się martwe dla wszelkich zewnętrznych doznań dobiegających nas ze świata za granicami auta, teraz doświadczaliśmy jedynie tego, co było wewnątrz samochodu, tego, co wypływało z głośników radia. A wypływały łagodne nuty szarpanych strun gitarowych, uderzeń w perkusję, przerywanych cichą trąbką. Jedyną oznaką tego, że jeszcze żyjemy były gęste chmury, które wypuszczaliśmy z ust, na przemian, tak by zachować ciągłość w dostawach dymu do samochodu, jeden kończył, zaczynał drugi.

żar lał się z nieba, ani jedna chmurka nie przeszkadzała słonecznym promieniom w baraszkowaniu w przestrzeni, wskazując okres ewidentnie letni, temperatura co najmniej trzydzieści stopni w cieniu, w słońcu ze dwa razy większa, upewniała każdego w tym przekonaniu. W samochodach bez klimatyzacji ludzie czuli się jak pęta kiełbasy w wędzarni. A to, w obecnej sytuacji, potęgowało atmosferę napięcia i zdenerwowania.

- No i co trąbisz, cieciu?- Igor ustawił odpowiednio lusterko, by dobrze się przyjrzeć natrętowi za nami.

- Dziwisz mu się?

- Cholera, wystarczyłoby raz zatrąbić, ale nie cały czas! Kurwa, gość się wyżywa na tym klaksonie, jakby mu matkę zabił! Ale niech będzie- wystawił dłoń przez okno, w oznace, że usłyszał przywołanie do rzeczywistości- Jestem spokojny i opanowany, zawiesiłem się, nie zauważyłem, jak samochody ruszyły, mój błąd, przy…-urwał- Kurwa!!! Człowieku, przecież ruszam, nie musisz już tego robić!- nie wytrzymał, wystawił głowę przez okno i krzyknął.

- Może to jakiś gej jest i próbuje cię tak poderwać, he, he, wiesz, różne są sposoby na wyrwanie dupy- zerknąłem na niego z szyderczym uśmiechem-A ty jesteś całkiem niezła dupeczka- rzuciłem mu wyzywające spojrzenie i ponętnie oblizałem wargi, przynajmniej takie chciałem zrobić wrażenie.

- A może to ciebie chce wyrwać? Może…No niech trąbnie jeszcze raz, a mu łoma wsadzę między poślady!- znowu wystawił głowę, tym razem poklepał się po czole- Może zrozumiał sugestię, że mam go gdzieś, jego i jego trąbienie. Cholera, jak mu tak śpieszno, to niech mnie wyprzedza!

- Może woli być z tyłu, może woli widzieć twoją dupę.

- A ciebie co ugryzło? Sądziłem, że jesteś za pedałami- ruszył wolno, do przejechania miał całe dziesięć metrów, więc nawet pierwszego biegu nie zdążył wrzucić, wystarczyło pół sprzęgło- że jesteś za tym całym równouprawnieniem.

- No jestem, ale to nie znaczy, że nie mogę z tego szydzić. Trzeba mieć dystans do takich spraw, a poza tym, to…mam to w dupie generalnie. Powiem krótko, bo nie chce mi się o tym teraz dyskutować, jeśli miałbym do wyboru paradę homoseksualistów, albo homofobów, to wybrałbym pierwsza opcję, ale jeśli mam jeszcze trzecie rozwiązanie, to znaczy siedzieć i nic nie robić, to bym nic nie robił, przynajmniej w tej sprawie.

- I się napił browarka zimnego, zjadł chipsa, zapalił zioło, znowu zjadł chipsa, w twoim przypadku pewnie całą paczkę, albo i dwie, wszystko przepił soczkiem z kiwi i jabłek, obejrzał zajebisty film i poszedł spać.

- O dokładnie, to jest najlepsza opcja dla mnie.

- Dobrze jest mieć różne drogi wyboru…Choć z drugiej strony, taki wybór, to tylko pieprzone złudzenie może być.

- Ale nie jest.

- Ale może być.

- Może być, lecz nie musi- czasem zdołaliśmy wykrzesać z siebie jakąś namiastką poważnych filozofów i przywołać tematy godne największych myślicieli świata. Sam przebieg rozmów mógł pozostawiać wiele do życzenia- I tu rozpoczynamy absolutnie i bezapelacyjnie abstrakcyjną dyskusję na temat przypadku i przeznaczenia- nam jednak nigdy nie pozostawiał, jak już wspomniałem, nasz styl był nasz i nam się podobał- Które jest, a którego nie ma?

- A jeśli oba są?- poklepał w zamyśleniu po kierownicy.

- Hmmmm, nie sądzę, albo jedno, albo drugie, jedno zabija drugie.

- No…kłóciłbym się- stwierdził niepewnie- Załóżmy, że moim przeznaczeniem jest uratowanie świata przed zagładą ze strony zmutowanych karaluchów.

- Załóżmy, czysto hipotetycznie, mało prawdopodobne, ale możliwe…może.

- Nie wnikam jak bardzo możliwe…Tak, więc każdy mój krok był, jest i będzie wynikiem właśnie przeznaczenia, aż do chwili, kiedy się wypełni, prawda? A co, jeśli nie tylko? Jeśli przeznaczenie, to wyłącznie efekt końcowy, a wszelkie poprzednie sprawy, to już moje własne wybory, bądź właśnie kwestia przypadku?- oparł dłoń na lewarku od skrzyni biegów, taka pozycja większości kierowców dawała wrażenie władzy nad pojazdem, przez co dodawała im pewności- Nie siedzę w temacie tych wszystkich powieści fantasy, to raczej twoja działka, ale tam chyba panuje taka zasada, że jest bohater i on ma wypełnić swoje przeznaczenie. Lata więc po krainach, zabija wrogów, ucieka przed nim, ratuje przyjaciół, którzy znaleźli się w opresji…tylko, nie raz w te opresje popadają przez przypadek, bo znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie i tyle, po czym nasz bohater musi naprostować sytuację, no, tyle wiem przynajmniej z gier- wzruszył ramionami- I teraz z jednej strony przyjaciółmi bohatera kieruje przypadek, a losem samego bohatera przeznaczenie.

- Ha! A jeśli to, że przyjaciele tego bohatera znaleźli się w takiej właśnie przez przeznaczenie, a nie przypadek?…Ale niech będzie, przyjmijmy na razie, że rzeczywiście przypadek i przeznaczenie współistnieją, ale tylko jako pojęcia, bo moim zdaniem…- nigdy nie umiałem rozmawiać wbrew własnym myślom, a teraz musiałem przyjąć taką postawę- to nie istnieje żadne, ale niech będzie, że zakładamy- machnąłem ręką, a co tam!- Mówisz, że masz ratować świat, że to jest twoje fatum i co? Czy tylko twoje losy są określone? W takim razie, jeśli rzeczywiście masz zostać bohaterem, to drogi życiowe reszty ludzi nie mogą ci w tym przeszkodzić, a skoro nie mogą, to koniec i basta!...



***

Wiem, wiem, miałem się skupić na tym, kogo spotkaliśmy, przecież to właśnie przez tą osobę zdaję relację z wydarzeń, ale chce tylko coś Wam uświadomić. Wspomniałem, iż ta postać mieści się w ramach racjonalnego postrzegania świata, tyle, że każdy postrzega ten świat różnie, a my z Igorem patrzymy na niego naprawdę spaczonym wzrokiem, przez co ktoś obcy może stwierdzić, iż opisywana przeze mnie osoba jest zwykłą wariatką, a ja uważam, że…z resztą, sami zobaczycie…



***

- Skoro nie mogą ci przeszkodzić- ciągnąłem- to są ograniczone, a skoro ich ścieżki są ograniczone, to przypadek nie może ich zmienić. A przecież przypadek właśnie zmienia losy ludzkie…przez przypadek, nie mając w sobie żadnej ścisłości, a jeśli nie może działać, ma nałożone na dłonie kajdanki, to już przypadkiem nazwanym być nie może. I teraz zwróć uwagę na to, ty masz wypisane losy, a skoro tak, to ktoś inny też, chociażby tak prozaiczne, jak nie przeszkadzanie tobie, ma z góry stwierdzone, że tobie nigdy nie przeszkodzi w realizacji zadań, a ktoś inny odwrotnie, że przeszkodzi, jaki wniosek? Cały świat ma swoje przeznaczenie, proste, nie?- zakończyłem i nie ukrywam, byłem zadowolony z tego wywodu, choć nie byłem pewien, czy dobrze go przedstawiłem.

- Tak, ale twoje gadanie równie dobrze może być zwykłym pieprzeniem- Igor jak zwykle nie dawał za wygraną- Mówiłem wcześniej, że przeznaczenie może być jedynie efektem końcowym naszych działań, a wszystko wcześniejsze to tylko gra przypadku i naszych wyborów. Dopiero, gdy stajemy blisko celu, o jakim oczywiście nic nie wiemy, dopiero wtedy…włącza się prawdziwe przeznaczenie. Przeznaczenie to cel, którego środkiem realizacji jest przypadek. Oczywiście może być też tak, że przypadek to przeznaczenie, czyli jeśli przyjaciele bohatera znaleźli się w opałach przez przypadek to równie dobrze mogło to być przeznaczenie ich znaleźć się o tej porze w takim miejscu.

- Tyle, że jest jeszcze taka kwestia, że ani przypadku, ani przeznaczenia może nie być. No, weźmy taką sytuację- dyskusja rozwinęła się w ciekawszą, więc i trzeba było jeszcze bardziej umilić sobie czas. Wyciągnąłem papieroska, aktualnie nic innego nie miałem pod ręką- Idziesz ulicą, obok jakiegoś bloku i nagle spada ci na głowę doniczka z kwiatkiem, mówisz przypadek, a ja mówię, że nie, bo życie. Bo ten kwiatek nie spadł sam z siebie, tylko został przez kogoś wyrzucony za okno, nie wnikam w inteligencję tej osoby, ale jednak został. Dla ciebie to przypadek, bo przypadkiem znalazłeś się tam, gdzie znalazłeś, a dla innego nie, ponieważ wyrzucał kwiatka, gdyż już mu się nie podobał, i cała tajemnica nie kryje się w przypadku, czy przeznaczeniu, ale w kwestii gustu, proste- rozłożyłem ręce- Kwiatek się znudził właścicielowi, więc ten go zlikwidował.

- Dobra, dla tamtego kogoś to nie przypadek, ale dla mnie tak. To ja przypadkiem przechodziłem tamtędy…- zaczął wrzucać biegi, to człowieka czasem relaksowało, taka zabawa dłońmi- Może dla jednych działania to kwestia gustu, ale dla innych już czysty przypadek.

- Nie! Cholera, i kolejna dziura w kolejnych spodniach- jęknąłem, wymachiwanie palącym się papierosem w samochodzie nad spodniami nie jest dobrym pomysłem, ale wtedy nie zwracałem na to uwagi, byłem zbyt pochłonięty rozmową- Wracając do tematu, twoje wyjście z domu nie było przypadkiem, bo musiałeś kupić chleb, załóżmy, albo już miałeś dość siedzenia w czterech ścianach i po prostu chciałeś się przewietrzyć.

- No i tu kłania się przeznaczenie- ściszył muzykę- Skoro nie przypadek, to przeznaczenie…pewnie. Co, jeśli to, że wyszedłem, to że kwestia dokonania wyboru natury wyjść czy nie, to tylko złudzenie? że miałem jakiś wybór, to wyłącznie czysta fikcja i, że wyszedłem, to było zapisane w gwiazdach? To, że dostałem po łbie z doniczki było mi pisane? A że musiałem wyjść po chleb wynikało z tego, że wcześniej go nie kupiłem, to, że nie mogłem już wysiedzieć w domu wynikało z tego, że rano nie wyszedłem na ulicę spotkać się ze znajomym, który mnie chciał wyciągnąć na poranną pianę. Ta doniczka na mojej głowie mogła być już mi przypisana w gwiazdach od samego urodzenia, jak jądra do fiuta! Przeznaczeniem moim nie było kupić chleba, nie zgodzić się na wczesne wyjścia na browara, to wszystko jest w gwiazdach…

- Daj spokój, tylko nie w gwiazdach- wyczułem ironię, ale i tak musiałem zareagować.

- Oj, tak tylko powiedziałem…ale kłócić można się bez końca.

- Dyskutować, nie kłócić a dyskutować. Kłótnia, to mało inteligentna wymiana zdań, kończąca się zazwyczaj zwyzywaniem drugiej strony, a my siedzimy spokojnie w samochodzie i miło gaworzymy na tematy nierozwiązalne.

- I tu się zgadzamy, heh, bo co z tego, że uznamy ten kwiatek za dzieło przypadku, lub przeznaczenia, jeśli tak naprawdę do końca nie będziemy tego pewni? Co z tego, że przyjmiemy moją wersję, jakakolwiek by nie była, skoro naprawdę może żadnej nie być? To jest zbyt popieprzone, żeby to rozwiązać…Dotarcie do prawdy jest poza naszym zasięgiem- oparł głowę o dłoń.

- I właśnie na tym polega filozofowanie, dyskusja na tematy nierozwiązalne, he, he.

- Hmmmmm- westchnął ciężko, położył obie dłonie na kierownicy, fajka przytrzymał tylko ustami, zaciągnął się raz, o ten raz za dużo- Ekhu, ekhu, kurwa! Nigdy nie umiałem palić bez pomocy rąk, zawsze się dusiłem po czymś takim, heh i dym mi wlatywał do oczu, że nic nie widziałem przez chwilę…Dobrze jednak, że stoimy- lubiłem z nim palić, zarówno zielone, jak i zwykłe papierosy, zawsze sprawiało mi przyjemność patrzenie, jak się zaciąga. Przy fajkach robił to niczym przedszkolak, a przy zielu już rozkoszował się każdą chwilą, zawsze mi to humor poprawiało. Generalnie radość zawsze sprawiało mi obserwowanie ludzi, którzy wyciągają maksimum przyjemności z tego, co robią, bez znaczenia czy pracują, czy czerpią specjały ze sklepowych półek za ladą, ewentualnie korzystają z asortymentu miejscowych dilerów.

- He, he, kwestia wprawy…A, jeszcze tak kończąc tamten temat, moim zdaniem przypadek i przeznaczenie, to tylko określenia wymyślone przez jakiś naćpanych pseudofilozofów, którzy nie umieli sobie poradzić z własnym życiem i musieli swoje problemy zwalić na barki jakiś niewytłumaczalnych sił, ot cała filozofia, jak dla mnie przynajmniej- zaciągnąłem się mocno, aż mi cały ten syf wyżarł płuca, poczułem, jak płaty odrywają się od ścianek, wyrywają z więzienia przytrzymujących je żył i uciekają gdzieś w siną dal- Oczywiście każdy wierzy w to, co chce wierzyć…Wolność rządzi- choć uciekły, ja i tak paliłem dalej, wolność rządzi, a ja byłem uzależniony. Ale czy czułem się z tym źle? Nie, było mi z tym dobrze.

- Tak jest i dlatego mogę wjechać na chodnik- szybka zmiana tematu, ale każdy wynika z poprzedniego, musi być zachowana pewna ciągłość, tylko wtedy rozmowa ma sens, choćby jej treść była go pozbawiona.

- Ale może cię to kosztować mandat za przestępstwo…lub wykroczenie- zauważyłem po chwili racjonalnego namysłu, wiedziałem, że jest do tego zdolny, więc wolałem go uprzedzić, a raczej głośno uświadomić. W końcu zawsze to lepiej, gdy ktoś obok na głos wypowie grożące konsekwencje podejmowanych działań..

- Ale też ci powiedziałem, że wytłumaczę się parkowaniem- on jednak był na tyle sprytny, że potrafił zgrabnie bronić swoich racji.

- Nie mówię o samym fakcie stania na chodniku, lecz o tym, że jak zobaczysz wolną przestrzeń przed sobą, to pewnie się pokusisz, by w nią ruszyć.

- Mogę, nie muszę, chcę, ale wiem, że nie wolno mi, hmmmmm, zakazy, nakazy…tak naprawdę człowiek nigdy nie robi tego, co che robić, a jedynie wykonuje z góry narzucone jakieś pieprznięte polecenia…Dlatego trzeba się temu przeciwstawić- dodał gazu, lecz nie puścił sprzęgła. Gdy usłyszał ryk silnika uśmiechnął się do siebie, wrzucił pierwszy bieg i zerknął w lusterko. Z tyłu nic nie jechało, na lewym pasie też było czysto, akurat na nim auta przejeżdżały tylko sporadycznie, prawie nikt nie wyjeżdżał z Gorlic- Taaaaa, i teraz następuje ta chwila, kiedy nie powinno się myśleć a działać na pełnego spontana.

- Gdybyśmy byli w jakimś filmie, to pewnie tak, ale gramy w prawdziwym życiu i policja wyskoczyłaby zza rogu i tyle by zostało po wojowaniu.

- Kolejny mandacik do kolekcji, punkty karne pewnie też i zryty humor na kilka dni, cholera, człowiek naprawdę nie może robić tego, co chce, wszędzie tylko jakieś instrukcje, jak żyć, co mówić, popieprzone to wszystko.

- No niby tak, ale gdyby nie było takich popieprzonych punkcików, świat by się zawalił- zerknąłem przez okno, w oddali, gdzieś pomiędzy budynkami co chwila przechodziła większa grupka ludzi, wszystkie szły w jedną stronę, jakby podążały za czymś nam nieosiągalnym- Ludzie potrzebują kontroli, inaczej pozabijaliby się na miejscu, człowiek bez bata nad sobą nie może istnieć- uznałem jednak, że to zwykłe bydło i zignorowałem sprawę.

- Ja bym mógł bez takiego bata żyć- stwierdził bez wahania.

- Ty, ty może tak, ale inni? Są tacy, co nie mają żadnego kręgosłupa moralnego i zwisa im, co pozostali czują, zajmują się wyłącznie własnym dobrem i właśnie dla takich ludzi prawo jest stworzone, by przytemperować ich charakterki.

- Czyli jesteś za reżimem?

- Nie! Absolutnie, ale uważam, że ludzie są zbyt głupi, by żyć pozostawionym samym sobie i takie życie nie zdałoby egzaminu na dłuższa metę…A poza tym, to kto wymyślił prawo? Ludzie, którzy kiedyś żyli bez niego, a jednak im się przestało to podobać, uznali, że jednak wygodniej i, co ważniejsze, bezpieczniej będzie, jeśli określą pewne zasady wzajemnego współżycia. Oczywiście z początku były to prymitywne punkty, które z czasem szybko nabierały wyraźnego kształtu.

- Czyli wracamy do punktu wyjścia, człowiek nie może robić tego, na co ma ochotę.

- Bo to, w konsekwencji, by oznaczało zagładę. Należy sobie postawić jedno, zasadnicze pytanie, czy lepiej by nam się żyło w pełnej anarchii, czy lepiej, żeby zostało tak, jak jest teraz?

- Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi.

- Jest, jest bardzo jednoznaczna, tylko trzeba sobie jeszcze uświadomić samo pojęcie anarchii i w pełni je zrozumieć.

- No, anarchia to wolność, proste, nie?- wzruszył ramionami, zaciągnął się buszkiem- Wyjeżdżam sobie autem na ulice i sram na policję, na mandaty, mogę pić browarka, jeśli tylko chcę, po prostu wolność.

- Tak, wolność i brak konsekwencji ponoszenia swych czynów. Anarchia to chodzenie po ulicy z blantem w ustach bez strachu, że zaraz wypadną na ciebie pały, anarchia to siedzenie w parku z zimnym piwkiem bez strachu o mandat…

- Jak dla mnie- zerknął na mnie z błogim uśmiechem- raj, czysty raj.

- Ale anarchia to też sytuacja, kiedy jakiś cwel podchodzi do staruszki i wyrywa jej pieniądze ze świadomością, że nie będzie ścigany przez prawo, bo prawa niema. To sytuacja, kiedy pierwszy lepszy gnojek gwałci twoją siostrę, po czym ją morduje na twoich oczach, a ty gówno możesz mu zrobić, bo czterech innych kolesi ci obija w tej chwili mordę. Tak, anarchia to wolność, ale ze wszystkimi jej cechami, z tymi dobrymi, jak i tymi negatywnymi i nie wierzę, naprawdę nie wierzę, bo znam cię już trochę, że w końcu byś się nie wkurwił, nie chwycił za pałę i zaczął ustanawiać własne prawo, wymierzać własną sprawiedliwość, a to- poczułem się, jak cholerny sąd, unosząc palec wskazujący zawyrokowałem ostatecznie- już byłby koniec anarchii, początek prawa, twojego, bo twojego, ale początek.

- łoł, pojechałeś, ostro pojechałeś.

- Ano tak, he, he, bo pewne rzeczy trzeba mocno uświadamiać, hyh.

- Dzień dobry! Można?



***

UWAGA!!

To jest właśnie ta osoba, o której Wam wspominałem wcześniej, i o której chcę Wam opowiedzieć.

***



Nasza reakcja na dźwięk kobiecego głosu, w ogóle jakiegokolwiek poza naszym w samochodzie, była standardowa. Najpierw obdarzyliśmy siebie przerażającym spojrzeniem, a ułamek sekundy później rzuciliśmy je wstecz, na niewiastę.

- Widzę, że macie wolne miejsce, więc może byście mnie podrzucili w pewne miejsce?- mówiła bez żadnego skrępowania, jakbyśmy to my zapraszali ją do środka

I chyba ten styl, ten czysty spontan tak nam przypadł do gustu, bo nie oponowaliśmy, gdy siadała na tylnim fotelu. A może pewną rolę odegrało w tym to, że kobieta była uroczą kobietą roztaczającą wokół siebie dziwną aurę tajemniczości? Cóż, nie znaliśmy odpowiedzi.

- Ależ proszę- by formalności stało się zadość Igor wyraził swą oficjalną zgodę.

- Miło z waszej strony. A dokąd panowie w ogóle jadą?- zamknęła za sobą drzwi, przerzuciła moją brązową torbę na druga stronę i roztrzepała swe kruczoczarne, długie włosy. Przyznam się bez bicia, ale gdy zobaczyłem, jak to robi miałem ochotę być cebulką w jej kłaczkach, łupieżem na jej głowie, po prostu kwintesencja zmysłowości.

- Aktualnie mamy prosty plan wyjechania poza miasto, a później, to już czas pokaże.

- A może później w stronę Sękowej?

- No właśnie tam- to Igor zawsze odpowiadała na początku za podtrzymywanie konwersacji, ja badałem teren, czy warto w ogóle.

- Wspaniale! To, jeśli można, panowie podrzuciliby mnie. Wystarczy pod kościół, dalej już sobie dojdę na nogach, nie daleko…

- Aj, jacy panowie, ja jestem Igor, a ten pasażer to Alek.

- Kira- kobieta wyciągnęła dłoń do przywitania- Miło mi.

- Kira? A co to za imię? Nigdy nie słyszałem o takim.

- Stare, słowiańskie, funkcjonuje już praktycznie tylko u łemków, ale bardzo się podobało moim rodzicom, więc…- uniosła ręce, uśmiechnęła się, obnażając malutkie, śnieżne zęby- Tak już mi nadali, na szczęście mi też przypadło do gustu i nie mam do nich pretensji, poza tym, lubię oryginalność.

- To widać- Igor mruknął cicho, choć i tak zbyt głośno. Czasem nie mógł się powstrzymać od docinek.

- Hmmmm, cóż, jednym się to podoba innym nie, kwestia gustu- opadła swobodnie na oparcie, siedziała dokładnie między przestrzenią przednich foteli- Kurczę, nie można tego jakoś ominąć? W sumie, to trochę się spieszę, a ten korek…

- Niestety, gdyby się dało, już dawno byśmy to zrobili…Ha! Widzisz Alek, przed chwilą o tym rozmawialiśmy, przeznaczenie, przypadek, nakazy, zakazy. Gdyby nie było tych wszystkich przepisów, już byśmy jechali do domu i nie czekali tutaj, gdyby nie światła…Ekhm, wybacz Kira, ale trafiłaś do ostrych pojebów, takie pseudofilozoficzne gadki sobie rzucaliśmy przed momentem, więc…

- Spokojnie, ja nie jestem gorsza- uniosła lewą dłoń, jednocześnie zerkając w boki, jakby kogoś starała się wypatrzeć- Ale gdyby nie było tych przepisów, jak mówisz, mogłoby nas tu nie być- piękna, domyślna, przez co inteligentna, po prostu kobieta idealna, czułem, że się w niej zakochuję. To oczywiście było moje pierwsze wrażenie- Nie ma sensu zastanawiać się nad tym, co by było gdyby, ale trzeba myśleć co będzie, jak zrobimy to, czy tamto…jeśli dobrze wyłapuję sens waszych…gadek, oczywiście- wciąż patrzyła w boczne szyby, co chwila zarzucała kosmyki włosów za uszy, by nie przeszkadzały jej w obserwacji, albo zwyczajnie zauważyła moje ukradkowe spojrzenia w lusterku i mnie zwyczajnie wabiła.

- Hmmmm, no chyba dobrze i…chyba nieźle je skwitowałaś- Igor oparł głowę o szybę, zmrużył oczy, zerknął na mnie spode łba- A ty co tak siedzisz, jakbyś miał gów…ekhm, jakbyś kołka połknął.

- Przy mnie nie trzeba się kontrolować, nie należę do tych, co zwracają uwagę na wulgaryzmy, choć staram je omijać- wyłapała niedokończone gówno Igora.

- A co mam gadać?- zerknąłem na kobietę, tym razem oficjalnie, bez krycia się- Za gorąco na słowa, prawda? Więc by więcej mówić trzeba…- nie skończyłem, podkręciłem tylko klimatyzację.

- To przynajmniej byś papierosa wyciągnął- Igor, jako prawdziwy gentleman zaproponował i Kirze dymka- Palisz?...- nie doczekał się reakcji- Halo! Hej!- machnął ręką raz, drugi, ale i te ruchy nie napotkały odzewu, białogłowa siedziała w swoim świecie, zapatrzona w coś, z czego my zupełnie nie zdawaliśmy sobie sprawy. Musiał posunąć się do odważniejszych kroków.

- W Ameryce już byś siedział za molestowanie- spojrzała na jego dłoń na swoim kolanie. To było zadziwiające, jak potrafiła wrócić do ogólnej rzeczywistości i poruszać się w niej zupełnie normalnie.

- Ale jesteśmy w Polsce, na szczęście, więc palisz?

- Palę, palę, tylko…Pozwólcie, że ja poczęstuję- wyciągnęła z kieszeni zmięte, papierowe opakowanie- W moich stronach nazywamy je „Kopaczami”, bo dają kopa, proszę, bierzcie, spróbujecie raz, a innych nie zapalicie, to mogę wam zagwarantować.

- Hmmmm, w życiu trzeba wszystkiego spróbować- Igor wzruszył ramionami i wyciągnął jedną sztukę- Heh, wyglądają, jak „popki”- dziwnie się uśmiechnęła.

Wzięliśmy. Odpaliliśmy i po pierwszym maszku świat zawirował nam przed oczami.

- O szlag! Co to jest?! Kurwa, kobieto, coś ty nam dała?!- kierowca prychał jakby połknął kilogram siarki- Ekhu, ekhu, w mordę, co to za syf?!- ale ściągał kolejne buchy.

- Cholera, moja głowa, he, he, karuzela ostra, ja jebie, co za moc, rzeczywiście, ha, ha i śmiechawa też jest…- moja reakcja była skrajnie inna, całkiem pozytywna- Ale to nie jest przecież zielone, palenie wyczułbym od razu, a to na pewno nie…

- Nie, spokojnie, żadna używka w stylu narkotyków. W moich stronach tylko te palimy, w pracy, po pracy, przed pracą, zawsze…Smakowite są, zaraz wam przejdzie, taka pierwsza fala- mówiła z dziką satysfakcją na twarzy. Pewnie doskonale wiedziała, co się z nami stanie, a mimo to, ha! Pewnie właśnie dlatego dała nam je spróbować. Polubiłem ją, nie ma co, ale ją polubiłem- Mówię wam, u nas tylko te się liczą, wszystkie inne poszły w kanał.

- A to nie chciałbym z wami pracować, chyba bym umarł przy takich fajkach. Sam palę niemało, ale czegoś takiego jeszcze w płucach nie miałem- patrzyłem na Kirę, ale szybko przerzuciłem wzrok na Igora, coś mi nie pasowało w jego fizjonomii twarzy. Zauważyłem, że na skroni wyskoczyła mu niewielka, intensywnie pulsująca żyłka, dostrzegłem również, jak skrzydełka jego nosa lekko się poruszają, jakby chciały odlecieć i na sam koniec ujrzałem delikatne, lecz nerwowe, ruchy palców na lewarku od skrzyni biegów. To wróżyło tylko jedno.

Siedział w milczeniu, mrużył oczy, wpatrywał się w przestrzeń przed sobą. Na przemian zaciskał i luzował dłonie na kierownicy. Dodawał gazu, wrzucił kilka razy pierwszy bieg. To naprawdę wróżyło tylko jedno.

- Cholera, jedno jest pewne, po tych fajkach nie można prowadzić, to powinno być surowo zabronione przez prawo, bo…- puścił sprzęgło i wcisnął gaz do dechy. No i wywróżyło- Człowiekowi adrenalina ostro skacze w górę po tych papierosach- usłyszałem tylko ryk silnika, pisk palonej gumy, a w lusterku chmurę dymu- Miałem na to ochotę już wcześniej, ale się bałem, a po tych fajkach…Nie wiem, co w nich jest, ale jest zajebiste, droga wydaje się być…kurwa! Zajebiście, ha, ha!- te papierosy obudziły w Igorze skrywanego kierowcę rajdowego. Chłopak wydobył spod maski moc prawdziwej bestii, więzionej przez lata w klatce, i nagle wypuszczonej na wolność.

Wcisnęło mnie w fotel, zdążyłem na szczęście zapiąć pasy, choć przypuszczam, przy takim wariactwie, niewiele by dały w razie wypadku. Nie miałem sił obserwować budzika, ale prawdopodobnie wskazywał około dwa G. Odczuwałem takie przeciążenie, że podniesienie powiek i przekręcenie gałek ocznych w lewo, w stronę lusterka, graniczyło niemal z cudem. Na szczęście cuda się zdarzają, a w ich zaistnieniu pomaga ciekawość. I to właśnie ciekawość dodała mi skrzydeł w działaniu, to dzięki niej mogłem dostrzec, iż szaleńcze manewry Igora nie zrobiły na Kirze najmniejszego choćby wrażenia. Nie miałem nawet sił myśleć o swym zdziwieniu i chyba też zażenowaniu, wszelką energię skupiłem na obserwacji otoczenia i podtrzymywaniu powiek w pozycji unoszenia.

- Jasna dupa! W życiu nie czułem tak dobrze tego auta- chyba tylko ja w tej maszynie odczuwałem lęk, wręcz paraliż strachem, sam kierowca mijał inne samochody nadjeżdżające z naprzeciwka, niczym tyczki. Na szczęście pędziliśmy obwodnicą, co dawało mu większe pole manewru, niż na zwykłej dwópasmówce- Tą drogą nigdy byśmy nie dojechali do domu- stwierdził z wywalonym jęzorem i gwałtownie skręcił w lewo- Pojedziemy inną, dłuższą, ale przynajmniej nie będziemy stać w miejscu!- gdy popatrzyłem na niego, uznałem, że stanie w miejscu własciwie oznaczałoby dla niego czystą śmierć. Miał w sobie tyle energii, że przy nagłym braku paliwa wsadziłby sobie na barki samochód i zaczął z nim biec gdzieś przed siebie- Ha, ha! Zawsze chciałem przejechać przez rondo w ten sposób!- tego było już za wiele. On przeżywał duchowy orgazm, ja umierałem, a gdy jeszcze wjechaliśmy w taki sposób na rondo, stało się ze mną coś na tyle dziwnego, że żadne słowa nie są w stanie tego opisać.

Styl, w jakim wpadliśmy na skrzyżowanie podniósł mój poziom strachu do maksymalnej wtsokości, już bardziej się nie dało bać o własne zdrowie. To, co Igor wyprawiał ze swym pojazdem absolutnie nie można było wpisać do kanonu poruszania się po ulicy. Bo czy przecięcie trawiastego koła, wyznaczającego środek ronda, można uznać za standardowe pokonywanie tego miejsca? Czy normalny człowiek nie poczułby się zagrożony? Nie wiem, nigdy za normalnego się nie uważałem, ani tym bardziej Igora, którego przecież cała ta sytuacja przyprawiała o cudowną ekstazę, więc nie wiem, czy normalny człowiek powinien czuć się zagrożony. Ja w każdym bądx rzaie czułem ciężkie obawy o swój byt.

- No, zajebiście, hmmmm, nie ma co- kiedy wjechaliśmy na prostą drogę, a emocje ciut opadły, pokusiłem się o skromny komentarz- Oho i po zabawie! Taka jazda nie mogła zostać niezauważona przez pały…Tak, to było do przewidzenia…- tylko tego nam brakowało do pełni szczęścia, suk.

- Cholera- Igor ciężko przełknął ślinę- Ekhm, ta fajka…przestała działać, cóż….Emmmmm, kurwa…- włączył kierunek i stanął z piskiem na najbliższym przystanku, traf chciał, że akurat obok budynku sądu. Traf? Przeznaczenie? Kto to wiedział, i tak nie miało to znaczenia, przecież nie miało żadnego wpływu na rzeczywistość- Szlag! Co ja im powiem? że zapaliłem papierosa i nagle poczułem chęć rajdowania?!- spojrzał na mnie, w oczach ukrył błaganie o pomoc, i tak je dostrzegłem.

- No, ja ci teraz nie pomogę, ale…spokojnie, coś się wymyśli…Udawaj pijanego- no, to powiało inteligentnym pomysłem, nie ma co! Ale nie miałem nic innego skrytego w umyśle, jeszcze byłem zbyt zagubiony po ostatnich przeżyciach.

- Tak! Pijanego! Raz, że po pijaku prowadziłem, dwa, że jechałem po lewym pasie, trzy, że przejechałem przez rondo…

- I właśnie, jeśli będziesz pijany, to jeszcze pół biedy, ale jak dowiedzą, się, że na trzeźwo to zrobiłeś, to od razu cię w kaftany zamkną…- ale i tak broniłem swej idei, chyba tylko z racji, że była moja- I nawet nie wspominaj o tej fajce, bo to już całkowicie przekreśli twoje szanse, marne bo marne, ale jednak szansa zawsze jakaś jest. Cholera! Zresztą nie wiem co lepsze- opuściłem głowę na zagłówek, wyłączyłem radio. W aucie zapadła cisza, zakłócana jedynie przez milknące już syreny radiowozów. Tak, to się nazywa odpowiedzialność młodego pokolenia, dobrze jest jak się działa i dopóki się działa, źle, jak przychodzi ponieść konsekwencje swych czynów- Nieźle trafiłaś, Kira- spojrzałem na nią i znowu mnie zaskoczyła.

- Spokojnie, coś się wymyśli- kobieta uśmiechnęła się tajemniczo.

- No, wymyśli…Idiota! Kurwa! KURWA! KURWA!!!- uderzał głową w nieokiełznanej rozpaczy o kierownicę, jakby to ona wszystkiemu była winna, a przecież tylko wykonywała polecenia- Jak…Cholera! Jak można coś takiego po fajce zrobić?! Przecież to, ja jebie!...No…No…Nie wiem, co to jest, chore!

- Alek, uspokój kolegę, powiedz mu by nie bluzgał, w niczym to nie poprawi sytuacji. Mówię, coś się wymyśli- w jej głosie odnalazłem pewną nutkę czegoś w rodzaju współwiny, jakby czuła się po części odpowiedzialną za całe zajście. Ale równie dobrze mogło mi się wydawać- Zaraz coś wykombinujemy, nie ma takiej sytuacji, z której nie można by bez szwanku wyjść, spokojnie- sięgnęła od torebki, wyciągnęła portfel.

- Jeśli chcesz ich przekupić, to nie wiem, czy…

- Ja?!- obdarowała mnie tak morderczym spojrzeniem, że jeszcze bardziej utonąłem w fotelu- Nigdy nie posunę się do przekupstwa! Nigdy!- nie musiała nawet bluzgać, by dać mi do zrozumienia, że mocno uraziłem jej uczucia- Jest to dla mnie najbardziej ohydna forma załatwiania spraw…Ale małe zakombinowanie nie zaszkodzi- tym razem obdarowała mnie lisim uśmiechem. Popadała w cholerne skrajności, cholernie szybko- O, już są panowie mundurowi, idę, trzymajcie…ekhm, trzymaj kciuki, bo Igor to chyba całkiem odleciał- wyszła z samochodu.

Zostaliśmy znowu we dwóch. Choć tylko fizycznie, Igor intensywnie leżakował głową na kierownicy, a reszta jego ciała zdecydowanie mówiła, że nie ma ochoty na jakikolwiek kontakt.

- Tak to jest, kiedy zaczynasz szaleć, cóż, szaleństwo na tym polega, że nie myślisz o tym, co będzie, jedynie co jest.

- Przestań z tymi pierdołami- uniósł lekko głowę, oparł podbródek na kierownicy- Mam cholerne problemy, a ty mi wyjeżdżasz z jakimiś morałami…Wiem, wiem, nie patrz tak, wiem, że sam sobie je załatwiłem, ale…no, ta fajka, przecież też ją paliłeś i wiesz, że normalna ona na pewno nie jest.

- No raczej nie- zerknąłem w lusterko dla zlustrowania sytuacji przy radiowozach i prawie mnie zamurowało. Spodziewałem się, że to policjanci przejmą pałeczkę dowodzenia, a wyglądało na to, że to Kira wszystkim rządziła. Wymachiwała energicznie jakimś dokumentem przed nosami panów egzekwujących prawo, a oni stali i patrzyli tylko- Co za kobieta- mruknąłem do siebie.

- Co?

- Nie, nic…A ta fajka rzeczywiście jakaś dziwna była, ale zielonego się tam nie doszukałem, to akurat bym wyczuł na kilometry.

- No właśnie i to nie do końca była moja wina, że tak jechałem.

- No nic, czyja to wina, już nie ważne, ważne, że za plecami mamy trzy kaburyny. Jeśli przyjdą nas sprawdzać, chyba się przewrócę i umrę. Niby nic nie zrobiłem, ale kto ich tam wie, zawsze mogą coś wymyślić.

- Ty nie przejmuj się sobą, lepiej martw się o mnie, przecież za coś takiego mogę w kryminale wylądować- oswobodził kierownicę ze swego ciężaru, skazując tym samym oparcie fotela na znoszenie swych kilogramów- Ale musisz przyznać, jechałem zajebiście- przekrzywił głowę, spojrzał na mnie i dumnie, jak tylko mógł w takiej sytuacji, się uśmiechnął.

- No stary, pierwsza klasa, czułem się, jakbym grał. Jeszcze takie halo w głowie, a ty śmigasz między autami, mijasz je jak tyczki, zupełnie bez draśnięcia nawet, później jeszcze to rondo…Fakt, srałem w portki, ale było zajebiście, he,he…szczęście w nieszczęściu, że takie korki, bo gdyby ruch był normalny, to nie wiem, jak byśmy finiszowali.

- Pewnie w kostnicy, dobrze, że nikomu nic się nie stało, że żadnej staruszki nie trąciłem, bo już całkiem bym się załamał, już nawet procesu bym nie chciał, od razu bym na krzesło siadł.

- W Polsce niema kary śmierci.

- To dla mnie zrobiliby wyjątek. A wiesz, co by się w mediach działo? Już widzę wieczorne wiadomości, tytuły w gazetach, „Szaleniec na drodze!!!”, nie czekaliby nawet na badania krwi, tylko od razu wsadziliby mi ze trzy do czterech promili, albo lepiej, naćpali jakimś świństwem.

- He, he, w sądzie byś siedział z głową opuszczoną, chlipał pod nosem i, kiedy byś musiał zeznawać, tylko „Kiedy…Kiedy…Ja tylko zapaliłem papierosa”. Ha! To jeszcze przeciwnicy palenia by zrobili z ciebie swoją sztandarową broń. że przez papierosa jeździłeś tak, że prawie zabiłeś niewinnych ludzi.

- Właśnie, prawie, a oni by mnie kazali, jakbym zabił setki ludzi, mogę się o to założyć, takim wariatom przylepia się etykietki seryjnych morderców na drogach.

- A wiesz, co by było najlepsze?- nie ma to jak miła rozmowa w niemiłej sytuacji, takie lekkie oderwanie się od rzeczywistości. Ponowne, w naszym przypadku.

- No co?

- Moje zeznania, ha, ha, ja bym cię wyswobodził! Siadłbym na krześle obok sędziego, złożył przysięgę i zaczął nawijać, „Siedziałem sobie spokojnie, a on nagle wcisnął gaz do dechy, no i tak zaczęliśmy rajd przez całe miasto, jak rasowi rajdowcy, a ludzie sami z siebie, tak specjalnie, nam wskakiwali pod koła…”, tu bym zrobił dramatyczną przerwę, powiódł wzrokiem po sali, zatrzymał spojrzenie na tobie i ciągnął, „…Na szczęście Igor jest genialnym kierowcą i jakoś ich omijał…”, teraz zacząłbym łkać, chlipać, że niby się załamałem i, na koniec już, dodał, „…Tylko cudem nikt nie zginął i, tylko dzięki Bogu i umiejętnościom, jakimi ten chłopak…”, tu wstaję, wskazuję na ciebie palcem, i oczywiście z mocnym tonem w głosie wieńczę swoją mowę, „…jakimi ten chłopak został przez Niego obdarowany!”, po czym całą winę zwalam na inżynierów, którzy planowali budowę świateł, skrzyżowań i obwodnicy, bo oni dopuścili taką sytuację, że korki były takie, a nie inne i że to przez frustrację wpadłeś na pomysł, by przejechać szybciej miasto.

- He, he, he, ale my jesteśmy pojebani, w takiej chwili, takie gadki. Gościowi grozi więzienie, a ten jeszcze śmieje się z kumplem z tego, co zrobił- pokiwał głowa- Czysty idiotyzm.

- Tragiczne, ale piękne…Idę do niej, może się czegoś dowiem, bo stoi tam już długo i nie wraca, może potrzebna jej pomoc?- nie miałem ochoty, ale jako mężczyzna, i że nic nie miałem na sumieniu, czułem się w obowiązku pomocy w starciu z policją. Uznałem, iż taka jest jej potrzebna- Ty lepiej zostań.

- O to się nie martw, wymiar sprawiedliwości ma do mnie przyjść, ja do niego swojej dupy ruszał nie będę!

- Dokładnie, heh. No nic, trzymaj kciuki- chciałem wyglądać na totalnie wyluzowanego, że ta sytuacja mnie bardziej bawi, niż denerwuje, więc widowiskowo klepnąłem kilka razy w dach samochodu, ale czułem, że mi nie wyszło. Ręce sztywne, sparaliżowane nerwami uderzały jak młotki, bez gracji i elastyczności.

Jednak bez względu na moje kocie ruchy pewne rzeczy były stałe, nie ulegały zmianie bez względu na wszystko. Słoneczko, jak zawsze o tej porze, wisiało wysoko na niebie, radośnie uderzając mi promieniami prosto w oczy, co sprawiało, że, oślepiony, wszystko widziałem w ciemnych barwach. O dostrzeżeniu jakichś konkretniejszych kształów mogłem zapomnieć, jedynie kontury postaci. Wiedziałem, że to Kira wciąż prowadzi rozmowę, funkcjonariusze jedynie czasem coś wtrącają od siebie, głównie jednak jej przytakują. O rozpoznaniu jakichkolwiek słów również mogłem pomarzyć, ruch uliczny, skromniejszy wprawdzie, niż zwykle, ale zawsze, intensywnie je zakłócał. Dopiero, gdy podszedłem na kilka kroków od pierwszej kaburyny całość przybrała bardziej namacalne kształty, choć absolutnie i bezapelacyjnie zaskakujące.

- Więc panowie rozumieją, że sytuacja tego wymagała…Agencie Alek, proszę wrócić do samochodu, ja już załatwiam sprawę. Drobne nieporozumienie, jakich mieliśmy przecież całe mnóstwo- uśmiechnęła się pięknym uśmiechem.

Na początku chciałem coś powiedzieć i miał nawet pewne słowa przygotowane w głowie, z której to jednak nie zdążyły znaleźć ujścia, zatrzymało je zdziwienie, nagle królując w mej jaźni. Gdy zostałem mianowany agentem, a policjanci obdarzyli mnie spojrzeniem pełnym szacunku, mój język zawiesił się gdzieś w przestrzeni pomiędzy podniebieniem a żuchwą, udaremniając tym samym jakiekolwiek próby mowy. Jak już wspomniałem, wszystko za sprawą przebiegłego zaskoczenia, pojawiającego się nie wiadomo jak ani skąd.

- Agencie- Kira powtórzyła z lekkim naciskiem- Proszę nie robić scen, panowie się zwyczajnie pomylili, nie ma potrzeby rozgrzebywać problemu, naprawdę.

- Ekhm…emmmm, to ja…może, wrócę, dobrze…no…mmmmm, dowidzenia panom- ukłoniłem się sztucznie. Jeśli zdenerwowany byłem, wychodząc z samochodu i wtedy szed



Awatar użytkownika
Weber
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 3233
Rejestracja: pt 20 paź 2006, 16:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Weber » czw 09 sie 2007, 19:32

Eh, przykro mi , ale nie doczytałem. Nie udała mi się ta sztuka.



Wypowiem się ogólnie, gdyż po przeczytaniu fragmentu nie mogę zrobić inaczej.

A więc tak, w tekście jak sam zauważyłeś nic się nie dziej (może do momentu, o którym mówisz). Kilka nudnych epizodów, w które wpleciono jakieś rozmyślania pod przykrywką nie wygórowanego dowcipu. Rozmowy o korkach (nie butach), życiu itp.

Z początku myślałem, że oni w samochodzie palili marichuainine, a po chwili się okazało, że papierosa. I mieli takie jazdy po zwykłym "dymku"? Masakra.



Nie mogę nic stwierdzić o pomyśle z powodu wspomnianego wcześniej.

Styl za to jest słaby. Nie najgorszy, ale słaby. Momentami wygląda to jakbyś po prostu pisał to co ci ślina na język przyniosła, a w pisaniu chodzi o to żeby jednak przemyśleć każde słowo. Tak uważam.



Błędów nie wyłapywałem, nawet jeśli to zrobiłem to nie mogę znaleźć dokumentu, w którym je zapisałem. :/



To by było na tyle mojej oceny, a właściwie zdania na ten temat.



Sory za ewentualne błędy w pisowni, ale opary z farby działają jeszcze (cały dzień malowałem).



Pozdro.


Po to upadamy żeby powstać.

Piszesz? Lepiej poszukaj sobie czegoś na skołatane nerwy.

Awatar użytkownika
Vincent Marina
Szkolny pisarzyna
Posty: 37
Rejestracja: wt 07 sie 2007, 23:19
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Vincent Marina » czw 09 sie 2007, 20:14

Dobra, lecimy z koksem:



Pierwszy akapit - mi tam nie trzeba tłumaczyć, że zimą śnieg pada. Najzabawniejsze jest jednak zdanie
Wszelkie pozostałe zwane są przeważnie latem.
. Jeśli już tłumaczysz jakie są pory roku, to jakie są te "pozostałe" dni? Krowy spadają z nieba?



pojazdem opancerzonym


Czyli czym? Czołgo-kosiarko-syrenką?



Na dużym skrzyżowaniu w dużym mieście, w małych miejscowościach


Czyli w końcu gdzie?



spowodowane jakimś wypadek, bądź przez niepewnego kierowcę, bojącego odważnie wrzucić trzeci bieg, lub skręcić w boczną uliczkę przecinającą główną.


"spowodowane jakimś wypadkiem przez niepewnego kierowcę..."

I tak swoja drogą - jakbys jeżdził dużo samochodem, odkryłbyś, że wypadki nie są powodowane przez tych niezdecydowanych. Najczęściej jakiś właśnie bardzo pewny siebie gościu przyśpiesza do 180 na godzinę i myśli, że wyprzedzi na ciągłej linii na dwukierunkowej. Co do uliczek - wjechać to pół biedy, zwykle ktos właśnie wyskakuje z jakiejś bocznej tuż przed Tobą, zanim przyhamujesz.



Nie będę zaczynał od wymyślania pięknych zdań, surrealistycznych opisów rzeczywistości, by wciągnąć kogokolwiek w moją opowieść, bo po co?


Szczerze? Zaczynam mieć wątpliwości, czy czytać dalej...



moja opowieść nie jest nawet opowieścią, a ewentualnie króciutką nowelką


Nie wiem czy to błąd... Ale czy da się opowiadać nowelki? Nowelki się pisze...



na cóż mam wysilać swe zwoje mózgowe


żartujesz sobie? Naprawdę nie zachęcasz z takim podejściem do czytania, nawet jesli słowa włożyłeś w usta bohatera...



Te cytaty to dopiero wstęp Twojego tekstu... Odpuszczę sobie wyliczanie wszystkich... Tekst dla mnie jest niestety zupełnie niedopracowany. Dla mnie jest w nim za dużo błędów logicznych. Czasem brak przecinków w niektórych momentach. Całości podobnie jak weber nie przeczytałam...



Awatar użytkownika
Brand
Zarodek pisarza
Posty: 14
Rejestracja: pt 02 cze 2006, 00:59
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Brand » pt 10 sie 2007, 14:33

Uważam, że jest kilka ciekawych i nawet zabawnych operacji słowem i na słowie. Poza tym styl jakoś mnie nie poruszył. Zbyt długie zdania. Jestem wielbicielem sienkiewiczowskiego pisania, ale na dłuższą metę jest to męczące.



Nie wypowiem się na temat pomysłu, gdyż musiałbym przeczytac całośc. Jest kilka błedów, ale kto ich nie robi?



Nie oceniam.


Zaufaj komuś,

a zostaniesz zdradzony.

Nie zaufaj,

a sam siebie zdradzisz.



R. Zelazny


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 9 gości