Kraty

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
major sedes
Pisarz domowy
Posty: 113
Rejestracja: ndz 02 gru 2012, 12:54
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Kraty

Postautor: major sedes » ndz 07 sie 2016, 13:45

„Kraty”

Mrużę oczy, wpatrując się w sosnowy zagajnik za oknem, ponieważ nie chcę „ich” widzieć…zanikają niby pnie sosen, zlewają się i nikną, tworząc ażurowy, przezierający obraz w znieruchomiałych oczach. Jednak „one” zawsze stoją na przeszkodzie, na „nich” wzrok się zatrzymuje, chciał-nie-chciał jak najbardziej są, rzeczywiste, pordzewiałe, żelazne i nie wiem jak daleko oddalone, ale gdybym nakierował skupienie – mógłbym złapać „je” za nos, lub wstawić głowę w „ich” paszczę.
Znowu patrzę na życie spoza krat, na ludzi oraz ogród szpitalny, wreszcie na samego siebie. Tu mnie być nie miało, jestem choć nie chcę, właśnie to najbardziej dręczy. Wolności niedosięgnięta, nie mieszczę się! Zawsze ciasno i krępująco, niewygoda uwiera jak zły but.
Marzy mi się klimat ciężkawy jak osiadająca mgła nad łąkami, myślę o wilgoci, która łagodzi tarcia, tajemniczości róży przy murze. Otulenie snem. A dostaję nieusuwalną rzeczywistość, której kanty uderzają w samo serce, mózg i płuca. Nadal uciekam choć jestem już pojmany, a skoro tak jest to będę tkać kokon komfortu, moje misterium. Zamknę się w sobie i przeobrażę. Niech pochłonie mnie zmiana. Przemienienie w wyniku własnego wysiłku, aż banalność, chamstwo, cynizm i pustka odpadną jak łupina jaja oraz będę próbować znaleźć siebie, ale jeśli nie znajdę, to siebie stworzę. Przecież pisanie to akceptowalna forma wyrazu i zawsze w tym jestem sobą.
Ci ludzie nie są potrzebni – mogą być widmem. Ten ogród – to dopiero kuriozum. A ja sam – mam się wkrótce okazać.
Czy tworzenie lub udawanie kogoś kim się nie jest można nazwać ziemską obecnością? Ciągłe stawanie się w sytuacji – to męczy i kruche jest tego owocowanie, więc może pisanie zrobi dla mnie dobre rzeczy. Twórczość z niczego jest jak dzieło boga, powstawanie z prochu to boska obietnica, lecz jeśli potrafią tylko patrzeć – jestem jak ten duch, który w całej rozciągłości „widzi”. Szczerze powiedziawszy więcej we mnie nie ma, mógłbym nawet nazwać siebie świętym na modłę Wschodnią, ponieważ z punktu widzenia naszych realiów nie byłoby przesadą stwierdzić, że bóg mnie opuścił. Drugi człowiek instynktownie odczuwa, że ma do czynienia z kawałkiem drewna gdy obcuje ze mną. Nic się nie zazębia, kontakt gra tylko przez chwilę. Beznamiętność i brak relacji. Choć tak bardzo chciałbym czuć, że żyję… do matrixa nie ma powrotu.
Wypowiadam słowo i czuję, że jest nie moje. Słyszę, że głos tak jakby nie swój, że wszystko co myślę i czuję nie należy już do mnie. Nie jest już mną jako ja sam. Rozpuściłem się jak sól ziemi w czymś jeszcze większym ode mnie i ziemi. I powinienem się bać, że padnę z wycieńczenia bez opieki, żony, przyjaciół, a także osobowości, że będę jak ta ziemia bez wody, ale może to pisanie wyda nowy pęd, usłyszę głos dzwonu.
Poznać siebie bez reszty to znaczy zniweczyć świat, ale ta róża przy murze, czerwona, rozkwitła i jej czerwoność była tylko dla mnie i tylko ja ściąłem ją i zaniosłem…To bezużyteczny fakt potwierdzania, że świat jest realny i istnieje.
Na pewno inni także noszą ciasne buty za tymi kratami, ale wyglądają tak jakby posiedli instynkt bycia między sobą, ogólnie instynkt bycia wśród ludzi. Różnią się tylko nieznacznie, żyją stadnie i jest im dobrze mimo różniących kryteriów psychiatrycznych. Gdyby znali miłosierdzie mógłbym czuć się bezpiecznie, ale w większości przypadków znają jedynie agresję i socjalizację papierosową oraz menopauzalny dystans i alkoholową przychylność, a także zapewne obawę przed ostracyzmem i ogólne przystosowanie polekowe. Nie czuję więzi. Ja nie czuję ontologicznie więzi z gatunkiem, nic już nie mówiąc o szczegółach. Bardziej porównałbym się do statycznej rośliny niż dynamicznego zwierzęcia. Nie płodzę, nie rozmnażam się, więc ogarniam całokształt. Jestem bezbronny, gdyby tylko wiedzieli jakim słaby.
Ta kultura, którą staram się reprezentować oraz duch hojności padają na grunt właściwie oszustwa i nienawiści, cygaństwa, marginesu i patologii.
Filozofia życia którą próbuję przedstawić i światoodczucie jest szczera i właśnie za kratami wylewa swą moc autentyczności i rację. Nie pozwalana na zapuszczenie korzeni i przez to odciąża przygnębiający fakt pozbawienia wolności. Jest wyłomem pozwalającym na zdobycie odrobiny własnego gruntu. Żyję wśród ludzi, których człowieczeństwo zostało zsumowane i postawione naprzeciwko, a duch odwagi zobowiązuje do jeszcze bardziej rozrastającego się mojego własnego indywidualizmu, który patrząc z drugiej strony wyklucza mnie ze społeczności, głównie przez lęk egzystencjalny. Wewnętrzne napięcie i ambiwalencja są niwelowane przez leki. Mogę być z nimi tylko do pewnego stopnia, a i tak przy założeniu, że zrobią ze mną co chcą.
Sytuacja trudna uprościła się niedawno. Moja matka na fakt, że nie mam nikogo bliskiego na wyłączność odpowiedziała: „ Masz nas”. Moja odpowiedź brzmi: „Was to jest las”. Wniosek z tego, że jestem otoczony, pochłonięty przez egzystencję lub zbiorową nieświadomość, co można uznać za psychiczną katastrofę lub nirwanę (zależnie od samopoczucia). Nie mówię dlatego, że mam niewiele do powiedzenia, ja mam za wiele, żeby mówić, bo wypełniony jestem do syta. Na pytanie: „jedziesz z nami” odpowiedź pada „jadę z nami”.
Wiek drzewa da się odczytać dopiero po ścięciu, naliczając ilość słojów. Ze mną jest podobnie. Jak to drzewo jestem ścięty, coś stało się z moim życiem. Na pytanie o wiek odpowiadam, że nigdy nie byłem młody ale nie czuję się stary.
Zmruż oczy tak jak ja. Zatrzymaj naturalną kolej rzeczy. Zawieś oko na widoku poza. Zobaczysz o wiele więcej bez granic. Kraty przestaną być ważne – mury są przecież wszędzie. Pozostanie kwestia umiejscowienia i czasu wypełniona pisaniem. A gdy natężenie umysłowe osłabnie – kraty znów staną się wyraźne, kanty rzeczywistości ostre, a ludzie ważni. Niestety, drugi raz róży przy murze me oko nie dostrzeże, raz się to zdarzyło i uwieczniło wszystko.
Oczekiwanie na miłość jest stratą czasu, męką, nadzieją i nietrwałym strojem. Niech by przyszła jak piorun, błyskawica, ogień. Przecież ja już jestem strawiony. Marzę, żeby pień drzewa życia wypuścił nową gałązkę, którą mógłbym pielęgnować, no i o widoku nie przesłoniętego żelaznymi prętami. Te marzenia są do spełnienia. To sen daje mi to wszystko, majak zbliżony do jawy jak gleba, która płodzi, woda co nawadnia, ogień i żywioły. Tam jest moja komnata, przez nikogo nie dotknięta, żyzna. Zapraszam do niej gości, czasem z zaświatów, jest w ciągłym remoncie jak tajemniczy strych pełny skarbów. Jeśli przestrzeń może być mądra, to na pewno robią w niej miód.
Im więcej w sobie wrażliwości tym więcej zagrożenia na zewnątrz. To krew błaga, żeby otworzyć serce. Ale ci ludzie nie wiedzą jak trudno udawać, że niby nigdy nic, normalność. Oni po prostu żyją, a moja ręka i głowa wymyśla bez ustanku. Oby nigdy nie zamieniła się w zimną, wyciągnięta z otchłani. Niech śmiertelny koniec nigdy nie nadejdzie.
Odczytywana pro forma formuła przy chrześcijańskim pochówku mówi o źródle wody żywej, z której kto raz się napije to choćby i umarł żyć będzie, o wskrzeszeniu wszystkich umarłych w dniu sądu. Słowa te wyrażają wieczność do której można dotrzeć już za życia, a królestwo niebieskie jeśli się je dobrze zrozumie – może zaistnieć w tym życiu. Ponieważ cierpienie jest iluzją, stanem ducha upadłej natury nic prócz Jezusa nie odsłoni prawdziwej nieskalanej kondycji człowieka. Nadejdzie przyszłość która nigdy się nie skończy. Natomiast na Wschodzie jedna fala potężnej energii transformuje wszelkie dotychczasowe doświadczenie człowieka. Niebezpieczna wewnętrzna siła przemienia ego w czyste jestestwo i dzieli los człowieczy na przed tym i po tym. Może się wydawać, że nic się nie zmieniło ale doświadczenia nie są już taki jakie były. Energia ta działa jak wezbrana woda, otwierając kanały dla przeżyć nowego typu.
Jednak tu i tam nikt z żywych światła jeszcze nie widział, lecz ja widzę radiację i odbieram wibracje, które gubią mnie pośród dźwięków i świateł.
A co z ludźmi? Chwytają się wierzchołków drzew jak ptaki, które siadają wysoko, bo wyżej już nie mogą, a gdy przychodzi czas- spuszczają głowy i stoją nad grobami nawet nie rozumiejąc sensu słów kapłana. Śmierć jest kamieniem wrzuconym do wody, a zebrani na pogrzebie to fale koncentryczne niknące w oddali, gdzie ziemia przestaje być święta. Najgorsza jest śmierć bez echa, choć ona sama jest już najgorszym złem.
Można dojść do kresu swej drogi, dosięgnąć koniec swoich sił i wtedy jak bóg da otrzymamy nową drogę i drugi zapas sił, z których korzystać będziemy roztropniej. Pisząc te słowa mam pewność, że wszystko co one znaczą sam urzeczywistniłem. Wrażenie potęguje fakt, że aby odetchnąć muszę spojrzeć w okno okratowane, które skutecznie sprowadza mnie na obrany kurs stylu. Już niedługo opuszczę tą placówkę z ustabilizowanym kręgosłupem i prowadzić będę ascetyczne życie moich wyborów, a przeszłe wewnętrzne burze posłużą do nowych zaistnień- jako żyzna gleba doświadczeń- w formie literackiej. Napiszę coś odwrotnego, o sytości, nasyceniu, bez szarpania nerwów, jak wspomnienie posiłku. Nie oszukujmy się, u podstawy liczy się tylko spokój i bezpieczeństwo. I wtedy dopiero z głodnym będę mógł porozmawiać na temat pełnego żołądka, wiotkiego mięśnia, chwili relaksu, któremu będzie daleko do tego, wiec skrytykuje jałowość i trywialność wytworu, a ja powiem: „ Jest dobrze, pełny żołądek- pusta głowa”.
Mam to szczęście, że pustkę, którą wciąż wyrażam już namalowałem i w tym wyraźnie zwycięża malarstwo nad słowem. Jednak dla drugiego ten obraz jest nie-do-odgadnięcia, i mógłby przepaść w stercie śmieci. Gdzie są zakony dla takich jak ja? Którędy ta kraina? Jestem za to za kratami w mentalnym azylu, bo w mym życiu przestało się trzymać. Przelało się, wylewając swój nadmiar. Moja jaźń jest przepastna, nie sposób ocenić jej granic, a umowne ego zawsze stoi na progu tego co nieznane. Aczkolwiek wszystko jest nowe zatem muszę uczyć się życia. To czasem boli. To całkiem nowy stan i odkrycie o monumentalnej doniosłości praktycznie nieprzydatne do niczego, które ostatnio dostarcza mi poczucia zagrożenia zewsząd. Brak wewnętrznej zbroi i poruszanie się w kategoriach nadosobowych to skrzydła.
Co do energii, która to wszystko spowodowała, to da się powiedzieć, że wzbudzona może być tylko raz i już nigdy się nie cofa. Literatura mówi, że daje wolność joginom, a zniewala głupców. Mało jest map i ludzi, którzy przez to przechodzili. Nie zmusza się nikogo aby przejrzał tę tajemnicę. Wydaje się, że biblijna przypowieść o talentach niejako odpowiada temu darowi.
Da się połączyć i odnaleźć rys wspólny między duchowością Wschodu, a głębią Zachodu tylko jedynie uproszczając sprawy. Wschód jest jak ta dostrzeżona ulotnym spojrzeniem róża przy murze. Zachód byłby zorganizowaną plantacją. Nie opisuję tych spraw, aż tak szczegółowo i mięsiście, aby treść przedostała się przez szczeliny krat. Na razie nie ma ku temu podatnej przestrzeni. Teraz wystarczy szkic ogólny i nakreślenie kierunku. Jak czas pozwoli to odeślę czytelnika do wybranych dzieł, do wiedzy zatraconej.
Co zrobić z tą schizofrenią? Kondycja duchowa nie ma kontekstu do rozwoju. Oczekiwanie wobec tak zwanego „życia” wygasły. Modlitwy nie są znane, a nomenklatura psychiatryczna jest otwartym słownikiem patologii. Się jest ściętym pniem drzewa, na którego słojach można odznaczyć najważniejsze dni z życia, aż historia wypadnie poza obwód. Tym przekroczeniem jest to o czym wciąż piszę. Transcendencja. Fortuna nie da szczęścia choć może ułatwić egzystencję. Nie jestem grubą babą, która nakłada galaretę na stołówce i którą wszyscy muszą słuchać, bo wygrała na loterii. Już za chwilę cała sprawa może wyglądać: Dla jednych na ubóstwo, dla drugich na urojenie. A dla mnie na wieczne kraty i to nie mit. Za dobro także się płaci.
Co to za las był? Jakie życie było przedtem? Uwikłane, pełne rozczarowań, goryczy, krótkich chwil, w ciągłej obawie, zmuszeni do rytuałów. Była to krótkotrwała kreacja ciągłych prób, która była także ich unicestwieniem. A teraz tamtego lasu już nie ma, kreacja jest jednolita i ciągła, nie spala się po ujawnieniu, jest pierwotna i zintegrowana jakby ktoś wstawił nowy fundament, zamienił las chaosu bezustannych poszukiwań w dobrze rozplanowane miasto. Nic nie jest niewiadome. Jedno drzewo świadomie wycięło się samo lub całkiem spłonęło nie zajmując innych. Tylko dlaczego żyje? Żyje z przyczyn karmicznych. Wcześniejsze działania domagają się realizacji w postaci skutku zgodnie z prawem. Naczynie toczy się jeszcze na kole choć jest już wykończone.
Na terenach rodzimych ta wiedza to żywa skamielina. Prawda którą zrodziła się na obszarach bezbrzeżnej nędzy. Można powiedzieć, że się nie odczuwa jej bo nie ma się do czego porównać. Nawet odbicie w krysztale będzie czymś różnym. Czy dotknie ją śmierć?
Żywa filozofia, urzeczywistniona idea jest punktem z którego widać tandetę i inne nieudolne, skazane na porażkę próby przemiany szczyn w wino. Drogi prowadzące do nikąd widać z oddali. Dla kluczowych spraw ponosi się koszty i ofiary. Owocem wysiłku jest miejsce odpoczynku. Wysiłkiem było życie z oddaniem. Przekonaniem i zostawianiem swych śladów przez dziesięciolecia jak gdyby od każdej umowy zależał los. Nawet gdyby przyśniło się odwrócone drzewo to wyrośnięcie z problemów i przejrzystość, nie zasłonięcie wcześniej zakrytej i zbyt trudnej sytuacji są jego owocami. Świętowanie. Oto ja bez „ja”. Ja znikło bez reszty. Już wiem że jestem tylko „psyche” w obliczu boga dobrego, w każdym razie czegoś czym już ja nie jestem.
Kto dotrze do tego dalekiego mostu do miłości upije się, bo wszystko będzie piękne. Czyny nie będą mieć następstw, a więc rozwinie się bez granic choć na pozór zachowa jakąś określona formę pełną wrażeń. Gdyby nie było tych wrażeń, nie byłoby powrotu do świadomości. I czyż nie jest to motyl na róży przy murze? Rozumienie, o które dziś najtrudniej, życia? Reszta to tylko suchy opuszczony kokon.
Ta schizofreniczna trema przed ludźmi i przesunięcie zapatrywań w stronę spraw ostatecznych wynikają z siebie nawzajem. Ile radości mogą dać człowiekowi kwestie najdrobniejsze tyle mnie dają kwestie ogólne, leżące u podstaw wszystkiego. Ten kto takiego mnie ulepił był z pewnością nieodpowiedzialnym dzieckiem, dla którego zabawą było tworzenie z przygodnego materiału. Stąd bierze się chęć, aby dzieło było utkane ze szlachetnego kruszcu, które mnie nie przyniesie nic, a laur przypadnie zawsze tym niezrównanym.
Ta pisanina jest jak bieżąca woda ale też taka, która próbuje uchwycić samą siebie i autora. Nie mogę być twórcą i tworzywem, esencją i egzystencją w jednym. Ta dwójnia przeciwieństw doprowadza do paraliżu. Muszę oddać swą rękę pod topór za to, że kradła i trzymała jednocześnie. Woda nie leci, bo nie ma- a nie- że nie ma, bo nie leci.
Na razie klimat może przypominać łowienie ryb spod lodu na zamarzniętym jeziorze, oczy (być może nikogo) wpatrzone w mały przerębel, podczas gdy klient restauracji rybnej nieopodal czeka na potrawę, a jego talerz niemal przywołuje nadzieję dla wędkarza. Nie moim celem jest przejście „do rzeczy”, obfitość treści samej w sobie, a dotykanie fermentu grzybni, z której pochodziły przeszłe, a przyjdą być może przyszłe wykwity. Przecież jednak to nie odpowiedni czas i miejsce na fabułę, akcję poezję, medytację. Tymczasem kręte korytarze, wydeptane ścieżki, furtki porośnięte bluszczem zamknięte na kłódki prowadzą pod nieznany mur, za którym zapewne jest osada lub otaczają teren na którym trzeba cywilizację dopiero zaprojektować.
Dotąd wszystko w szpitalu jest jak historia kogoś kto sam podciął sobie gałąź, na której siedział. Przekrój w pół drogi. Pulsująca teraźniejszość, czyli na powrót kraty. A jeśli inwentarz pomysłów został wytrzebiony i już zawsze będę chcieć nalewać z pustego dzbana? Jeżeli będę jak ten nowicjusz, który stoi na brzegu, bo nie wie, że pływanie jest przypomnieniem, a nie nauką. Wtedy dzieło będzie nieważkie, czystą kartą. Prowokacją. Będzie kulą zbyt wielką i obłą by pozwolić się chwycić. Ma być zwierciadłem również mnie potrzebnym, moim obliczem, snopem światła, negatywem, rzutującą projekcją. W tym wszystkim się zobaczę, moim losem, pustym, przezroczysty, niedosiężnym. Stworzył je nikt, którego udziałem było pokrewieństwo z nicością.
Na ile istnieję w metaforze, na tyle ona utrzymuje mnie na powierzchni. Od początku droga prowadzi w górę; to już eter przeze mnie przemawia. Początek był odwróceniem uwagi od głębokości zgromadzenia ku wysokości zapatrzenia w siebie i ustanowieniem przedziału na kratach. Odrobina sprytu i okna przesłonięte zostały firaną. Kraty są dla twardzieli, same okna dla średniotwardych, a firany dla mięczaków. To jest gradacja odwagi patrzenia na rzeczywistość. Należy zdobyć się na odwagę życia zdolnego do przepychania się łokciami, na powrót do rzeczywistości, która oddaje włożoną energię. Co zasiejesz to zbierzesz. A ja udawałem nieżywego. Życie zbyt krótkie jest by je odepchnąć, trzeba brać wszystko albo nic. Bywa, że było tak intensywne, że zostaje w duchu tylko grudka ziemi, chroniąca przed całkowitym rozpadem. Jednak gdy wszystko zamieniło się w nic, wtedy przychodzą siły transformujące wewnętrznie, gdyż nikt nie jest skończony, a droga istnieje zawsze. Być może przedtem nie było pielgrzyma.
Ten człowiek obok ciągle śpi. Wstaje tylko na posiłki, ślini się, a słowo, które jedynie opuszcza jego usta to: o! Drugi mówi tak niewyraźnie i bełkotliwie, że potrzeba czasu aby się wsłuchać. Trzeci jest fantastycznie inteligentny i wesoły mimo niedowładu nogi. Każdy coś ma, ale chcę wrócić do stylu bez konkretu, przykładu, powiększenia. Miała być destylacja faktów do lotnych frakcji abstrakcji. Jestem wysoko, zamknięty w wieży z kości słoniowej, spokojnie czekam na wyjście. Przyjaźnie podchodzę do ludzi, naiwnie i bez rozeznania. Przekierowanie uwagi na świat zewnętrzny i próba przywołania czegokolwiek z tej placówki jest trywialna i nie przystaje do formuły teksu. Tu jest coś jak nagła awaria dworca, gorączkowe oczekiwanie na fachowca, hałas z oddali, słuchanie nienastrojonej stacji radiowej. Zdarzają się także kradzieże, pobicia, otrucia. Właśnie przez to lubię mieć trochę błękitu nieba nad sobą i zieleni drzew nieopodal, kawałek natury, przy której oddech staje się głębszy.
Jest środek lata. Przyroda szpitalnego ogrodu otacza pacjentów w pidżamach i podkreśla ich zdrowotną konstytucję. Są dziwni, bez ogrodu niezrozumiali. Mimo to dramatycznie było gdy czułem się po prostu zamknięty i zmuszony do przebywania z nimi. Oni są naprawdę obcy i dalecy. Potrzebuję czegoś co wypełniłoby we mnie pustkę i obojętność, gdy to mam jest normalnie. Efekt po kawie - nieokreślone pobudzenie. Smak dobrej herbaty – przyjemność nigdy się nie nudząca. Obiad, mięso, czekolada. Niby przyjaźnie na palarni. TV relaks. Rozczłonkowane funkcjonowanie. Rytm dnia. Potrzeba pragnienia czegokolwiek, wtedy jest siła i harmonia bo życie nabiera kształtu. Obcość odchodzi za róg, przyczaja się by znów wejść i spustoszyć.
To ta energia jest tego przyczyną. Pierwsze jej podniesienie wypełnia i opróżnia byt i myśl nie zostawiając miejsca na nic innego. Dalej, gdy jej obcość jest już nieco poznana, działa w sposób następujący: Gdy człowiek uważny napotyka przypadkiem ideę postrzeżoną jako obraz psychiczny i rozumie ją tzn. jest zdolny wytworzyć rozumną myśl o tym obrazie, to ta sytuacja jakby usuwa grunt spod jego nóg, bo nie może mieć pewności, że to co pomyślał jest prawdą, ponieważ człowiek jako taki nie ma ugruntowania w bycie. Następuje przeto transfiguracja i część tej energii odsyłana jest do źródła, a pierwotne wypełnienie bytu sprzed zostaje uszczuplone z zasobów. Jest zbyt mało, tzn. zostało poświęcone zbyt dużo dla zrozumienia swojej istoty czy danej sytuacji, a zbyt mało by cieszyć się życiem, które stało się jak wydmuszka. Całe zdarzenie dzieje się w polu energii psychicznej i podobne jest do zrzucenia balastu przez statek powietrzny. To co się podnosi, unosi w górę, to treść którą człowiek żył dotąd. Teraz jest jednako, jako w niebie tak i na ziemi. Są to wielkiej wagi makrantropiczne doświadczenia duchowe małego człowieczka mimo to, że jego egzystencja może być prowizoryczna. Przeżywa on chrystusowe misterium na własnej skórze. Wypełnia obowiązki codzienne z głową w chmurach i można powiedzieć, że poznać może nawet bóstwo Jezusa, lub na modłę Wschodnią: unosi się jak lotos nad bagnem. Kwiat jest jego pięknem, a bagno życiem byle gdzie. Już rysują się różnice między mną jako ja sam, a człowiekiem stworzonym. O to chodziło na wstępie i tu dosięgam mojego początku.
Nie zbliżam tych dwóch szczytów wierzeń. Dla bezpieczeństwa i duchowej czystości stawiam między nimi ażurowe kraty. Problem w tym, że jeden z nich wyrósł pod drugim, pokrywając się. Może to oznaczać, że mistyka jest jedna. Dwa wierzchołki stykają dwie tendencje do wzrostu sił i oparcia. „Ja nie należę do siebie bez zbawiciela, a energia nie jest moją własnością”. W momencie gdy dociera do mnie prawda Chrześcijańska doznaję przeszywającego dreszczu mądrości Wschodu. Więc wszystko się jednoczy i „żółte z zielonego sączą się miody” w przemienionym lesie. A inni są tacy jak ja, choć tego nie wiedzą i nigdy nie dowiedzą.
Niech by energia była zewnętrznością, a osoba wnętrzem, w którym jest bóg ukryty. Tę formę można przybrać obejmując istniejącą rzeczywistość, oczywiście tylko na chwilę. Jednak wspomnienie kosmosu jest nieumniejszone i można nazwać je drugim słońcem. Cień tego słońca to los człowieka we fragmentach. Można próbować zbierać resztki, żeby zobaczyć czym się mogło być. Spojrzenie w nie było czymś druzgocącym, rozbiciem kryształu, sferą bliską śmierci z przyczyn nadprzyrodzonych. W tej perspektywie świat zwykłej świadomości to niewiele więcej jak przedszkole, małpi gaj poszukiwaczy ale…grzybów. Kraty stają się trywialne i toporne, ludzie karykaturalni, problemy nieodczute należycie, dzieje życia wzięte spod przepony.
Takie ujarzmienie ducha, które prawdziwie powinien być wieczny, bierny, wolny i nieuwikłany nie ma mitu początku. Może człowiekowi, który zaczął dostrzegać piękno pierwsza róża na świecie powiedziała, że już więcej takiej samej jej nie zobaczy? I odtąd pragnie on powtórzenia zapadnąwszy w sen na jawie. A jej czerwoność i majestat nie należał do nikogo. Widział to tylko ów pierwszy, którego ta barwa nie wstrzymuje a wspomniany majestat porusza.
W dzieciństwie budowaliśmy podziemne schrony. Potem chowałem się w nich samotnie tylko z zapaloną świecą i nie była to zabawa w „jak gdyby”, ponieważ nie był w zasadzie przedmiotu. Płomień i światło jest tylko symbolem, metaforą, które naprawdę mogą rozegrać się w życiu.
Piękno jest tylko przerażenia początkiem. Niech wszystkie dźwięki które nie układają się w melodie i bezlik słów zbyt odległych na poezję wciągnie wir kosmiczny do swojego spiralnego środka i pogrzebie. Tak się właściwie dzieje w rzeczywistości bez przerwy. Tylko nie wiele omija wiry, pozostając przez mgnienie na widoku. Piękno jest pychą pawia i chwałą boga zrazem w sąsiedztwie cynizmu zezującego na pospolite gawrony i małość ludzką. Najpiękniejsze jest oderwanie od porównania z gorszym. Dążeniem sztuki jest owo oderwanie, a zadaniem filozofii porównywanie. Reszta to świat niezróżnicowany. Lepiej jednak odróżniać jedno od drugiego choćby z zapomnianego kąta i dobrze gdy forma ocaleje.
Ten podział na dwa szczyty uniesienia, energię i Chrystusa nie jest filozoficznym założeniem ani sztucznym wymysłem. To pierwsze przewyższa piękno, a drugi to męka na krzyżu, gdzie piękna nie ma wcale. Widać, że piękno jest daną wybiórczo dyspozycją, dlatego kraty na oknach są biegunowym przeciwieństwem od tego ostatniego i rujnują zachwyt, uniesienie, egzaltację, wzruszenie oraz twórczość.
Kraty są faktem empirycznym. Nie pamiętam nic sprzed czwartego roku życia. Chrystus jest konstruktem historycznym. A co do energii ezoterycznej to sprawa wygląda dwojako. Da się odczuć ją subiektywnie i somatycznie jako świadome zdarzenie, choć jest doświadczeniem wybrednie rzadkim i jako niemierzalna nie ma dowodu obiektywnego, ale ustanawia konkretną rzeczywistość dotychczas zbliżoną do jakby poetyckiej. I to ona jest grzybnią, fermentem, twórczym potencjałem, organizmem rafy koralowej. Jeśli płynie- doprowadza do miejsc niewymiernych, a gdy znika- cofa do punktu wyjścia, przestrzeni określonych. A aczkolwiek doświadczenie jej zachodzi w ciele, a nie w powietrzu, to dzięki temu umożliwia dostąpienie pamięci czy wglądu w czasy i stany prenatalne, a nawet preegzystentne zatem Chrystus może być czymś więcej niż tylko postacią historyczną. Ta interesująca gra umysłu może doprowadzić ignoranta tych spraw do stwierdzenia: „Ja jestem Chrystusem”, co jest obłędnie dalekie od wiary. Lepiej nie utożsamiać się z tym ruchem i przyznać że mistyka Wschodnia i Zachodnia rozdzielona jest górami Ural i kratami głosu rozsądku, który szczytów gór nie przenosi i nie składa hybryd, nie manipuluje tożsamością. Ubóstwienie niebezpiecznych energii jest grzechem idolatrii czyli ekumenizm jest pojęciem pustym, nietreściwym, ponieważ Wyznawcy Chrystusa nadal nazywają grzesznikami innowierców ale ich to nie dotyka, bo jako „osoby” nie istnieją, są emanacją.
Są zakony z kratami oddzielającymi od bliskich. Mnisi i mniszki oddali swe serca i cierpienia Bogu. Tutaj przywołam słowa mistrza: „Więzień jednego słowa, słowa serce, uważa, że myślenie to głupota w pewnym sensie. Może miłość w sercu nie taka głupia, lecz nie zbuduje kręgosłupa. Serce gdy nie może- woła, a kręgosłup zdoła”. Jest to przykład działania prawa „wszystko albo nic” . Oddali życie etniczne dla życia konsekrowanego. Czy tam owocuje ich wybór i poświęcenie bez mocy drugiego filaru jakim jest ekstaza sił, którą wywołuje życie z dreszczem wiedzy wschodu? Zdobycz nieokiełznana, odkrycie, które zaprzepaścili zbyt wczesną decyzją.
Herezja porusza się wokół celując w jądro. Dogmaty i tradycja łączą środek i ich armaty wykierowane są na zewnątrz. Obrzeża są w stanie wojny, A centrum zawsze nietknięte, jak oko cyklonu. Właśnie tam przebywam, ze swoją świecą. Wyjścia nie ma, końca nie widać.
Jeżeli Jezus przyjdzie po raz drugi, wskrzesi każdego takim jaki był, więc co się odmieni? Chyba nic. Wiara taka to wieczne trwanie i bezczynność. Natomiast do przemiany w wyniku podniesienia energii potrzebne jest życie składające się z czynów, aktów woli i odwagi, więc nie można powiedzieć, że nie było żadnych działań. Tam więcej się cierpi, tu więcej się widzi i czyni, a przemiana jest podarunkiem, owocem, a nie dźwiganym krzyżem. Tutaj nasuwa się łatwa aluzja do biblijnego drzewa wiadomości złego i dobrego, owocu zepsucia i węża kusiciela. Jednak ja używam pojęć, a nie symbolicznych praobrazów, których pod nazwą tej energii jest wiele. Także złamię klucz do zamka biblioteki, nie podam hasła do sieci. Niech zostanie bez imienia. Kto je zna wie, do czego jest zdolna. Znowu posłuchajmy mistrza: „ Podnosisz mnie w tym miejscu, spalonego do tego momentu, owijasz się jak wąż od stóp do głowy, jestem już lekko nadzieją pokrzepiony. Wyżej idziesz -to zagadka, dokąd zmierzasz jak pojmująca matka. Tuż przy mostku dopiero widzieć Cię zaczynam, płuca mi wypełniasz- jestem pewien, że wytrzymam. Instynkt wewnętrzny dalej w górę Cię unosi, wpierw do lewej skroni mądrość Twa prowadzi. Rozdzieliłaś się tuż przy gardle, wypełniłaś strony martwe. Przypominasz zapomniane a poszukiwane. Rozpłomieniasz się między brwiami. Jasny płomień między nami. Już cię widzę całym sobą, zespolony z tamtą stroną i oddaję się w twe ręce: Większe czystsze, przenajświętsze. Wyprowadzasz mnie z tej klatki mniejszej. Pokazujesz dużo więcej. Ja wiruję, tkam i święcę. Opuściłem już to miejsce. Górę z dołem połączyłaś, kryształ czasu przepaliłaś. Jak przenikasz moje kości? Zostań w tym, o wieczna świadomości”.
Nie broniłbym się przed krytyką, która zarzuciłaby nierzeczywistość temu zjawisku, bo ma znamiona kultu. Czy rzeczywiste jest tylko to co istnieje w świadomości wszystkich. Stanowisko badaczy tego fenomenu oscyluje między psychozą a transcendencją i nie dają wyraźnej odpowiedzi. Dotknięci tym syndromem wiedzą o czym mówią, ale w sposób, który łamie obowiązujący paradygmat. Współcześnie tylko sztuka jako wyraz autentycznego doświadczenia pozwala na opanowanie i przybliżenie tej problematyki, gdyż język psychologii najprawdopodobniej nie podoła nigdy. Paradoksalnie sprawa zostaje otwarta za kratami.
Schizofreników nie ma. Prawo karmana czyli czyny w poprzednich egzystencjach spowodowały, że teraz nie posiadają przeznaczeń wypełniających ich spustoszone serca i umysły. Gdyby nie ten świat tak skonstruowany mogliby być zbieraczami na śmietniku cywilizacji. Nie powołali ich do uniformu, a brak stylu nie dosięgnął oryginału. Są potępionymi więźniami i, żeby ich odczucia poznać, to byłoby to tak, jakby normalny, przeciętny obywatel zrozumiał, ze jest przestępcą. Mózg potrzebuje tlenu i każde westchnienie jest tłumaczeniem przed tłumem z własnego oddechu. Takie jest ich życie, z obowiązku, oni cierpią jeden bóg wie za co. Może to kara za brak cudu w ich życiu albo właśnie za przeżycie cudu, a tekst ten jest tego późną falą. Tak naprawdę nigdy mnie tu nie było, wolę być tam, w objęciach energii- bogini. Przestrzeń wokół niej nie istnieje, a czas mniej jeszcze. Wspomnij mi coś o tym. Jutro wychodzę.
Obecnie Istota ludzka jest płaska jak tablica Mendelejewa. Człowiek jest tylko konturem, który pod sobą ma przestrzeń, nad sobą czas, a po obu stronach energię i materię. Natomiast mądrość, wiedzę, piękno i świat tworzy energia kreatywna, która jest składnikiem dodanym do tego planu.



Awatar użytkownika
Kadah
Pisarz domowy
Posty: 189
Rejestracja: ndz 09 wrz 2012, 18:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Kraty

Postautor: Kadah » pn 22 sie 2016, 22:25

Sponsoruje cię Stowarzyszenie Przymiotników? "(...) pordzewiałe, żelazne i daleko oddalone" - skąd tyle dopowiedzeń? Skoro pordzewiałe, to żelazne, plastiku rdza nie chwyta. Skoro oddalone, to dalekie, słyszałeś o bliskich oddaleniach? Patrzysz na samego siebie - jak? Masz oczy na szypułkach czy jednak korzystasz z tego cudownego wynalazku, zwanego lustrem? A jeśli tak, to skąd lustro w więziennej celi, bo chyba jesteś w celi, skoro wyglądasz zza krat? "(...) myślę o wilgoci, która łagodzi tarcia, tajemniczości róży przy murze" - rozumiem, że róża w jakimkolwiek innym miejscu już nie jest tajemnicza? A jeśli mur jest obrośnięty bluszczem, to dostaje premię +10?

Mam wrażenie, że w potoku zachwytu nad własnym krasomówstwem zapomniałeś o tym, że słowa mają COŚ ZNACZYĆ. U ciebie nie znaczą. Wręcz przeciwnie - gmatwają sens tak bardzo, że nie sposób cokolwiek zrozumieć.


There is no God and we are his prophets.
The Road by Cormac McCarthy

Awatar użytkownika
Kusz
Zarodek pisarza
Posty: 15
Rejestracja: sob 16 sty 2016, 09:46
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kraków
Płeć: Mężczyzna

Kraty

Postautor: Kusz » wt 23 sie 2016, 21:37

Tekst robi wrażenie jakby był pisany „dla siebie” jako jakiś rodzaj terapii polegającej na spisywaniu myśli i rozumiem, że tak miał brzmieć, nawet wręcz narrator sam o tym wspomina, a przy tym przyjmuje formę, powiedzmy, bardziej poukładanego w zdania strumienia świadomości. Jednak taka nieociosana forma tekstu „dla siebie”, jest przeszkodą nie do pokonania na drodze do przyjemnego odbioru. Jest bardzo gęsto naładowany treścią, przykrytą czasem mnóstwem porównań, a czasem zdania są tak wieloznacznie, że nie potrafię uchwycić o co mogło chodzić.

Ponadto mam wrażenie, że treść jest powtarzalnym wałkowaniem wciąż tego samego. Leci tam pomieszane: świat oczami schizofrenika, twórczość jako próba wyrazu tego, lub jako próba poukładania, albo próba ucieczki, zestawienie Wschodu i Chrześcijaństwa. Te tematy maja swoje ciekawe momenty w Twojej pracy, ale odnoszę wrażenie, że przeplatają się w sposób losowy, to wszystko jest rzeczywiście jak opisana przez Ciebie „bieżąca woda”. Tu znów myślę, że może taki był cel, tzn może ten chaos ma odzwierciedlać zamęt w głowie schizofrenika, ale jednak utrudnia odbiór. Jeśli tekst ma być atrakcyjny dla czytającego nie może brzmieć, jak chaos wyjęty z głowy. Moment, który mnie bardzo przekonał to ten z uwagą matki, bo wtedy nasz schizofrenik wylądował w realnym świecie gdzie są inni ludzie (pomimo, że wybitnie nie przekonuje mnie określenie „Was to jest las”). Gdyby całość była oparta na takich dialogach albo sytuacjach „z życia”, zrobiłoby się ciekawie.


Jest kilka określeń, które wyrzuciłbym jako zupełnie nie pasujące, np:

major sedes pisze:Source of the post
chciał-nie-chciał
do matrixa
szczyn w wino


Podoba mi się
major sedes pisze:Source of the post
Obiad mięso czekolada

i rytm jaki jest tam ułożony wokoło. W ogóle od początku miałem wrażenie, że rytm jest u ciebie bardzo dobry, a warsztat wypracowany i zgrabny.



Awatar użytkownika
Adam Nakiel
Pisarz domowy
Posty: 99
Rejestracja: wt 06 lis 2012, 23:34
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Kraty

Postautor: Adam Nakiel » śr 24 sie 2016, 13:50

Kadah pisze:Source of the post Sponsoruje cię Stowarzyszenie Przymiotników? "(...) pordzewiałe, żelazne i daleko oddalone" - skąd tyle dopowiedzeń? Skoro pordzewiałe, to żelazne, plastiku rdza nie chwyta. Skoro oddalone, to dalekie, słyszałeś o bliskich oddaleniach? Patrzysz na samego siebie - jak? Masz oczy na szypułkach czy jednak korzystasz z tego cudownego wynalazku, zwanego lustrem? A jeśli tak, to skąd lustro w więziennej celi, bo chyba jesteś w celi, skoro wyglądasz zza krat? "(...) myślę o wilgoci, która łagodzi tarcia, tajemniczości róży przy murze" - rozumiem, że róża w jakimkolwiek innym miejscu już nie jest tajemnicza? A jeśli mur jest obrośnięty bluszczem, to dostaje premię +10?

Mam wrażenie, że w potoku zachwytu nad własnym krasomówstwem zapomniałeś o tym, że słowa mają COŚ ZNACZYĆ. U ciebie nie znaczą. Wręcz przeciwnie - gmatwają sens tak bardzo, że nie sposób cokolwiek zrozumieć.

To nie krytyka, a pastwienie się.


Cobyśmy tyle pisali, co o pisaniu piszemy.

Awatar użytkownika
ravva
Legenda pisarstwa
Posty: 2428
Rejestracja: sob 26 sty 2008, 22:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: warszawa
Płeć: Mężczyzna

Kraty

Postautor: ravva » śr 24 sie 2016, 13:58

kadah pisze:
major pisze:Znowu patrzę na życie spoza krat, na ludzi oraz ogród szpitalny, wreszcie na samego siebie.
Patrzysz na samego siebie - jak? Masz oczy na szypułkach czy jednak korzystasz z tego cudownego wynalazku, zwanego lustrem? A jeśli tak, to skąd lustro w więziennej celi, bo chyba jesteś w celi, skoro wyglądasz zza krat?


To nie krytyka, a pastwienie się.


nie, to zaburzenia analizy.
czytanie ze zrozumieniem, to tez sztuka.


Serwus, siostrzyczko moja najmilsza, no jak tam wam?
Zima zapewne drogi do domu już zawiała.
A gwiazdy spadają nad Kandaharem w łunie zorzy,
Ty tylko mamie, żem ja w Afganie, nie mów o tym.
(...)Gdy ktoś się spyta, o czym piszę ja, to coś wymyśl,
Ty tylko mamie, żem ja w Afganie, nie zdradź nigdy.

Awatar użytkownika
Adam Nakiel
Pisarz domowy
Posty: 99
Rejestracja: wt 06 lis 2012, 23:34
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Kraty

Postautor: Adam Nakiel » śr 24 sie 2016, 14:10

ravva pisze:Source of the post
kadah pisze:
major pisze:Znowu patrzę na życie spoza krat, na ludzi oraz ogród szpitalny, wreszcie na samego siebie.
Patrzysz na samego siebie - jak? Masz oczy na szypułkach czy jednak korzystasz z tego cudownego wynalazku, zwanego lustrem? A jeśli tak, to skąd lustro w więziennej celi, bo chyba jesteś w celi, skoro wyglądasz zza krat?


Wydaje mi się, że tu chodziło o to, że okna w więzieniach są małe i wysoko. To chyba wpływ amerykańskich seriali, bo w polskich więzieniach tak nie jest.


Cobyśmy tyle pisali, co o pisaniu piszemy.

Awatar użytkownika
ravva
Legenda pisarstwa
Posty: 2428
Rejestracja: sob 26 sty 2008, 22:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: warszawa
Płeć: Mężczyzna

Kraty

Postautor: ravva » śr 24 sie 2016, 14:20

Adam Nakiel pisze:Source of the post
ravva pisze:Source of the post
kadah pisze: Patrzysz na samego siebie - jak? Masz oczy na szypułkach czy jednak korzystasz z tego cudownego wynalazku, zwanego lustrem? A jeśli tak, to skąd lustro w więziennej celi, bo chyba jesteś w celi, skoro wyglądasz zza krat?


Wydaje mi się, że tu chodziło o to, że okna w więzieniach są małe i wysoko. To chyba wpływ amerykańskich seriali, bo w polskich więzieniach tak nie jest.


o rany, druga mądrala - może to przenosnia, nie? patrzenie na siebie nie oznacza od razu lustra i mierzenia linijka rozmiaru męskiego... serca - można patrzec na swoje życie, na wybory, na to, co człowiek zrobił i czemu. zmieniasz sie, wspominasz, analizujesz 'siebie' sprzed lat.
kurde...
:roll:


Serwus, siostrzyczko moja najmilsza, no jak tam wam?
Zima zapewne drogi do domu już zawiała.
A gwiazdy spadają nad Kandaharem w łunie zorzy,
Ty tylko mamie, żem ja w Afganie, nie mów o tym.
(...)Gdy ktoś się spyta, o czym piszę ja, to coś wymyśl,
Ty tylko mamie, żem ja w Afganie, nie zdradź nigdy.

Awatar użytkownika
Adam Nakiel
Pisarz domowy
Posty: 99
Rejestracja: wt 06 lis 2012, 23:34
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Kraty

Postautor: Adam Nakiel » śr 24 sie 2016, 14:23

ravva pisze:Source of the post
Adam Nakiel pisze:Source of the post
ravva pisze:Source of the post


Wydaje mi się, że tu chodziło o to, że okna w więzieniach są małe i wysoko. To chyba wpływ amerykańskich seriali, bo w polskich więzieniach tak nie jest.


o rany, druga mądrala - może to przenosnia, nie? patrzenie na siebie nie oznacza od razu lustra i mierzenia linijka rozmiaru męskiego... serca - można patrzec na swoje życie, na wybory, na to, co człowiek zrobił i czemu. zmieniasz sie, wspominasz, analizujesz 'siebie' sprzed lat.
kurde...
:roll:

Że Kadah tak zrozumiała/zrozumiał. Tak tylko zasugerowałem... :oops:

Co do tekstu, niestety merytoryczne uwagi pokrywają się z moimi zastrzeżeniami. Jeszcze trochę pracy Autorze. To jeszcze nie ten czas.


Cobyśmy tyle pisali, co o pisaniu piszemy.

Awatar użytkownika
major sedes
Pisarz domowy
Posty: 113
Rejestracja: ndz 02 gru 2012, 12:54
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Kraty

Postautor: major sedes » śr 24 sie 2016, 16:07

Zgłaszam się, bo pod tekstem zrobiła się mała dyskusja. Powiedziałbym, że Kadah zbyt dosłownie rozumie spojrzenie na siebie, to nie o takie spojrzenie chodzi jak podejście do lustra. Kusz przemyślał tekst i wiem, że przebrnął przez niego choć (to uwaga dla wszystkich) jest on introwertyczną bańką mydlaną wypuszczoną przeze mnie i nie ma aspiracji żeby się szerzej sprzedać oraz odczytał/odgadł wymowę tekstu. Dzięki za te zrównoważone słowa. Kraty są kratami szpitala psychiatrycznego, a nie więzienia i cała zabawa w pisanie polegała na ucieczce przed tym przygnębiającym miejscem w sferę swoistej problematyki, o którą merytorycznie nie zahaczył żaden z was, bo bańki tak mają, że odbijają oblicze i są nieprzeniknione dla tych którzy są ciekawi tam zajrzeć:)



Awatar użytkownika
Adam Nakiel
Pisarz domowy
Posty: 99
Rejestracja: wt 06 lis 2012, 23:34
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Kraty

Postautor: Adam Nakiel » śr 24 sie 2016, 16:33

Ok, dlaczego więc umieściłeś/łaś ten tekst?


Cobyśmy tyle pisali, co o pisaniu piszemy.

Awatar użytkownika
major sedes
Pisarz domowy
Posty: 113
Rejestracja: ndz 02 gru 2012, 12:54
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Kraty

Postautor: major sedes » śr 24 sie 2016, 16:55

Trudne pytanie, a jakby oczywiście narzucające się. Umieszczam na wery swe teksty, i przy tym nie wykryto łapanki, no ale łapanka interpunkcyjna to nie może być powodem wrzutu. Chcę mieć kontakt z przygodnym czytelnikiem, a jak zdarzy się już taki otrzaskany to już zupełnie mi jest dobrze :) Prowadzę przez to można powiedzieć poważne życie w internecie także. W tym akurat tekście "Kraty" jest niestety zakamuflowana, bo nie udało mi sie słowem wyrazić dosłownie tęsknota za stuprocentowym zrozumieniem moich osobistych hmm.. zainteresowań? Chcę napisac powieść ale dotychczas jestem zdolny do wklepania zaledwie ośmiu stron. Sam siebie badam i posty innych bardzo są mi na uwadze. Zauważyłem że co temat, to inny styl mi wychodzi. Muszę sie wypośrodkować. A tu jak i uogólniając w całej sieci są zjawiska tak jak i w całej sieci: hejt, offtop, a także co bardziej widoczne, ambicje, które trzymają się mnie w momencie pracy pisarskiej a są deprecjonowane gdy czytam posty pod zamieszczonym tekstem. Jednak miałem wiele pozytywnych zwrotów aby pisac nadal.



Awatar użytkownika
Kadah
Pisarz domowy
Posty: 189
Rejestracja: ndz 09 wrz 2012, 18:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Kraty

Postautor: Kadah » śr 24 sie 2016, 21:13

Fakt, może było za ostro. Nie lubię czegoś, co się określa jako "purple prose" – przerostu formy nad treścią, nadmiaru przymiotników, metafor i innych językowych ozdóbek, bo w ich gąszczu zupełnie ginie treść i nie sposób zgadnąć, "co autor miał na myśli". Wyraz swojej niechęci daję przy każdej okazji, może zbyt nachalnie. Jeśli tak było i teraz, przepraszam.


There is no God and we are his prophets.
The Road by Cormac McCarthy


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości