O roli Bohatera ogółem

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
warhog619
Zarodek pisarza
Posty: 10
Rejestracja: wt 12 lip 2016, 20:29
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

O roli Bohatera ogółem

Postautor: warhog619 » wt 12 lip 2016, 22:21

WULGARYMY
Humorystyczna powieść fantasy, którą rozpocząłem jako podkład pod grę. Jeszcze nie zakończona, ale może z waszą pomocą się uda :) Liczę na konstruktywną krytykę lub przynajmniej komentarze.

Wersja aktualna (polecam :D): https://www.overleaf.com/read/qbjprbchzfcm

O ROLI BOHATERA OGÓŁEM

1. ZAGADNIENIA LOGIKI SŁOWA.

1.1 Wprowadzenie

"Zawsze gdy chcę przypomnieć sobie dawne czasy patrzę w niebo.
Obserwując marsz puszystych obłoków, widzę wydarzenia minione.
Z reguły te piękne. Choć nie było ich dużo, obłoki pomagają
wywołać na mej twarzy uśmiech. Same w sobie są takie białe
i duże. To nawet dość miłe. Życie podróżnego barda, zwłaszcza
gdy ma się zamiar w najbliższym czasie skończyć, nie niesie ze
sobą za dużo powodów do uśmiechu. Jest jednak mały problem.
Nie widzę nieba. Tkwię w celi i śmierdzę jak stary cap. To już
zbyt miłe nie jest"

Barthollo, bo tak na imię naszemu bohaterowi, jest bardem.
W sumie, nie jest to jakieś odkrywcze, ale warto o tym wspomnieć.
Bardowie mają to do siebie, że uwielbiają się zajebać
w trupa, drąc przy tym japę wniebogłosy. Barthollo był inny.
Bardzo cenił swoją pracę. Piękno jego śpiewu wywoływało u słuchaczy
niepohamowaną chęć zapłaty za to by ucichło. W wielu
gospodach narodziła się wręcz tradycja zostawiania specjalnej
cynowej puchy na drobne dla barda. Dzięki temu prostemu zabiegowi,
mógł się on zapierdolić tanim winem i stracić chwilowo
zdolność mowy (a czasem też oddychania). Nikt nie miał tak
słabej głowy jak on. To go wyróżniało. Dzięki temu był lubiany.
Znacznie tańszy w utrzymaniu od innych kolegów po fachu. To
się ceni.

Żeby nie było, Bard nie jest stworzeniem które służy tylko
do akumulowania i przetwarzania dużej ilości alkoholu. W sumie
jest to taka dość uboga katarynka, potrafiąca grać na lutni i wydawać
adekwatne do tej gry kunsztu dźwięki swoim aparatem
mowy. Mimo, że forma z reguły jest dość uboga, najważniejsza
jest treść. O czym może śpiewać taki bard? Ano, o wszystkim.
Taki bard może śpiewać o: piwie, piwie, piwie, laskach, wódzie,
piwie i czasem o piwie. Na tej płaszczyźnie nasz bohater był również
rodzynkiem. Barthollo śpiewał o piwie i bohaterach. Bohaterach
czasów przyszłych, tych z dziś dnia i czasów minionych.
Ogólnie o każdym możliwym bohaterze. Mógł nawet nie istnieć.
Ważne by był to bohater. Bo bohater to bardzo chwytliwy termin.
Śpiewając o tak podniosłej personie wywołuje się zbiorową
ekstazę, toast i pełną puszkę miedziaków. Czasem wywołuje się
też bójkę. Tak było i teraz. Dlatego tkwi w śmierdzącym kamiennym
pierdlu walcząc o czyste powietrze w oczekiwaniu na
ścięcie.

Zostawmy na chwilę naszego grajka i wróćmy do tematu bohaterów.
Świat w którym żyje taki bohater ma drobne problemy
z nomenklaturą. Kim jest bohater? Oczywiście jest to osobnik
który potrafi dobrze kraść. Nie jest to jednak zwykły złodziej.
Złodziejem nazywamy osobę, która po prostu kradnie. Potencjalny
bohater potrafi opierdolić ze swoją ekipą średniego rozmiaru
twierdzę tak, by cała legła w gruzach, a jej zarządca pokornie podziękował
za fachowo udzieloną usługę. Bohater to osoba, która
staje do walki ze smokiem bez wahania. Implikacja, potrafi też
szybko biegać. Mimo pokrętnej logiki słowa świata przedstawionego,
sadza na podłodze nie jest powszechnie zwana bohaterem.
Chyba, że jest to bardzo bohaterska sadza. Jednak, taki przypadek
nie został jeszcze odnotowany.

Bohater jest więc osobą z natury złą? Nie. Bohater jest świę-
cie przekonany, że robi dobrze. A czasem nawet tak robi. Pamiętajmy,
że bohater musi z czegoś żyć. Najczęściej nie jest to
osoba zbyt mądra, a jej ulubioną pozycją aktu seksualnego nie
jest kwiat lotosu. Szkolenie takiej postaci najczęściej polega na
wyrobieniu w nim sztuki umiejętnego posługiwania się orężem.
Orężem może być wszystko. Od miecza, przez nogę krzesła po
kulę ognia. Ważne by dobrze nim władał. Grunt to wierzyć w
siebie.

Co do wiary, bohaterowie są bardzo wierzący. Czasem
nawet bardziej niż kapłani. Modlitwy odbywają się w dni wolne
kilka razy w ich ciągu, a w dni robocze jedynie z rana. Typowa
inkantacja słów tajemnych modlitw w prostym tłumaczeniu
brzmi np tak: "Boże, ale mnie łeb nakurwia!", "Panie! Kac, kacem
no ale kurwa bez jaj". Bohater jest człowiekiem pobożnym.

Bohaterowie są traktowani różnie, zależnie od miejsca i okoliczności
spotkania. Legendy ciągnące się za nimi są często powodem
do strachu. Są też powodem do darmowego noclegu czy
propozycji pracy. Wszystko zależy od okoliczności. Wielu z nich
ściganych jest listem gończym. Prawda jest jednak taka, że w
co niektórych regionach świata, listem gończym ścigana jest po-
łowa królestwa. Często ludzie sami prowokują do wystawienia
pogoni by mieć stworzoną przez królewskich rysowników podobiznę
swojej osoby. Czasem zdarza się nawet i portret rodzinny.
W świecie pozbawionym wydajnych metod upamiętnienia
wzniosłych chwil z życia, portrety są w cenie.

Czy świat zamieszkują jedynie bardowie i bohaterowie? Nie.
Każdy człowiek ma jakąś swoją, niezbywalną określoną w chwili
narodzin funkcję. Jeden jest rzemieślnikiem produkującym zamszowe
kalesony dla swego pana, inny jest świniopasem, zapewniającym
wieczerzę swojemu panu, a jeszcze inny szkolony jest
do fachowego pucowania butów swego pana. Teraz w celu odróżnienia
słowa "pan" określającego w sposób formalny osobnika
płci męskiej od słowa "pan" określającego osobę ponad innymi
panami, pozwolę sobie na podkreślanie znaczenia tego drugiego
przez stosowanie wielkiej litery na początku wyrazu. Otóż,
Panem można się stać. Trzeba się tylko odpowiednio urodzić.
Statystyka pokazuje, że jest to dość trudne. Większość panów
nie ma wystarczającej ambicji by urodzić się Panem, dlatego też
pozostają przy swojej funkcji.

Pan to osoba mądra, silna i charyzmatyczna. W założeniach.
W rzeczywistości najczęściej jest odwrotnie. W praktyce, Pan
ma mądrych doradców, silną armię i charyzmatycznego kata z
jeszcze bardziej charyzmatycznym toporem, a sam w sobie ma
dużo kasy. Pieniądze moi drodzy, są czymś niezwykle cennym.
Dzięki nim można dokonać rzeczy niemożliwych dla zwykłego
śmiertelnika. Kawałki papieru lub metalu okraszone odpowiednią
sygnaturą kierują ludzkim losem, momentami miotając nim
z awersu na rewers. Tak już jest. Ten kto ma pieniedzy dużo,
może sobie na dużo pozwolić. I tak też jest w przypadku Panów.
Typowy bohater gardzi takimi osobami, uważając ich za
słabych i niegodnych istnienia, co często się kończy widowiskową
egzekucją. Jedna z nich miała nastąpić niebawem...

1.2 Bywa tak, że bywa trudno

"Piąty dzień mija, ja patrzę w pustkę. Świat mój bogaty i piękny,
dziś owinięty w szarości chustę. Utopić bym chciał go w
trunku czystym, palącym trzewia. Lecz trunku nie mam, bo siedzę
w mroku i pustka mi w chuj doskwiera. Pustka otacza mnie
zewsząd, na wskroś me serce kaleczy. Błękit nieba zostanie w
pamięci barda. Nie utonie jak on w samotności skazanej na sukces."

- Chujowe. Nie mam weny.
Barthollo wyrzucił z pamięci ostatni wers nowej pieśni, choć
klecił go już 2 dni. Brak weny jest bardzo ciężkim przeżyciem dla
barda. Natchnienie można znaleźć wszędzie. W wartkim strumieniu,
rosnącym dębie, soczystych piersiach młodej muzy, czy
nawet w głupim kamieniu. W celi wybudowanej na rzecz kró-
lewskiego więziennictwa, kamieni akurat jest pełno. Dokładnie
rzecz ujmując, kamienie są wszędzie. Każda jebana ściana, pod-
łoga i sufit są zrobione z kamieni. Jak by mogli to i kraty by
zrobili z kamieni. Czemu nie? To bardzo tanie wyjście. Kamienie
przetrwają długo, łatwo je wyciosać, poukładać. Można nawet
powiedzieć, że są ładne. Mają jednak dwie zasadnicze wady: są
niewygodne i pizga od nich jak na biegunie.

Nasz bard odsiedział już większą połowę swojego wyroku.
Większa połowa istnieje, choć logika zabrania tak myśleć. Ludzie
z natury lubią dzielić byt. Dzielić go na mniejsze połowy i
większe połowy. Nic tego nie zmieni. Na szczęście, jest już bli-
żej niż dalej. Teraz tylko zostało dokończyć odsiadkę i otrzymać
skierowanie na szafot. Więzienie jest instytucją bardzo poważ-
ną. Obsługa więzienia w Rotland pełni powierzone jej funkcje z
godnym podziwu honorem i godnością. Pozwolili oni nawet na
utworzenie związku zawodowego zrzeszającego skazanych. Zarząd
związku jest wybierany cyklicznie co egzekucję poprzedniego.
Średnio, raz w tygodniu.

-Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Gdybym wierzył w Boga,
mógłbym się do niego pomodlić o łaskę. - rzekł Barthollo.

Faktycznie miał rację, Bogowie z godną podziwu wytrwa-
łością patrzą na swoich wyznawców pomagając im w trudnych
sytuacjach. Za każdym razem gdy usłyszą modlitwę, nadstawiają
ucho by wysłuchać skierowane do nich prośby. Każda prośba,
bez wyjątku, jest spełniana w trybie natychmiastowym. Zasada
ta tyczy się każdego rodzaju prośby, niezależnie od tego czy
chce się kogoś uzdrowić czy zabić. Wystarczy tylko ładnie zmó-
wić odpowiedni paciorek i gotowe. Żartowałem.

-Zawsze mogę spróbować. Panie prosze Cię...
-Zamknij mordę.
-P...Panie?

Drzwi do celi otworzyły się. Weszło przez nie dwóch tęgich straż-
ników wlokąc za sobą worek kartofli.

-Masz kolegę do towarzystwa. Radzę się dobrze zapoznać bo
wasza głowa trafi do tego samego koszyka. - powiedział pierwszy
tęgi.
-Hłue hłue hłue... - dodał drugi, wyraźnie mniej obyty w słowa.

Wyszli. Potencjalny worek kartofli, zgodnie z uwagą straż-
nika okazał się być człowiekiem. Przypominał on bardowi nieco
swoje odbicie w lustrze po nocce w knajpie.

-Nie wyglądam tak źle. - powiedział Barthollo myląc towarzysza
ze swoim odbiciem.
-Boże, ale mnie łeb nakurwia! - rozpoczął modlitwę nowo przybyły
pielgrzym.
-Amen. - dodał bard.

Barthollo był osobą zdecydowanie puszystą. Nie był gruby.
Można by rzec, że miał on na sobie gustowny płaszcz tłuszczu.
Był z niego bardzo dumny. Hodował go dość długi czas w jednym
celu. Amortyzacji. Bard dostawał w mordę bardzo często.
Dla zasady. A kiedy dochodziło już do takiej sytuacji, znajdował
się w stanie, w którym alkohol wspomagał w dużym stopniu
działanie grawitacji. Dzięki puszystemu okryciu, spotkanie
z posadzką stawało się porównywalne do upadku na królewską
pierzynę. Efekt ten uwydatniało okrycie wierzchnie w formie starej,
zarzyganej peleryny komponującej się w sposób niezwykły
z jego długimi włosami koloru zgniłej słomy. Zaraz po obudzeniu
się z alkoholowej hibernacji, uruchamiał się naturalny mechanizm
Bartholla. Służył on odnajdywaniu porozrzucanych po
kątach części garderoby zagubionej w momencie zmiany energii
potencjalnej na kinetyczną. By zabezpieczyć się przed ewentualną
kradzieżą, poziom gustu kierującego doborem kapelusza i
butów naszej postaci znajdował się głęboko pod poziomem mo-
rza, kopiąc ogromny tunel do jądra planety.

Długi czas przebywania w samotności sprawił, że bard zapomniał
jak wygląda i pomylił swoją osobę ze znajdującą się obok,
raczej dość mizerną, postacią. Współlokator apartamentu ogarnął
kasztanową czuprynę by zwiększyć pole widzenia i dziarsko
podszedł do próby podniesienia się z podłogi. Odziany w skórzaną
kurtkę i troche mniej skórzaną bandanę jegomość potknął się
o nieistniejącą przeszkodę kończąc na jak najbardziej istniejącej
posadzce. Upadając zdołał ściągnąć swoje ciężkie, czarne obuwie.
Zdolność ta wydawała się być wrodzona i unikalna. Nigdy
nie odnotowano przypadku, w którym ktoś z tak wielką gracją
robi tyle rzeczy naraz. Nowo przybyły najwyraźniej nie jest jeszcze
mistrzem multi-tasku, co argumentują wciąż widoczne na
dupie spodnie opięte pasem przypominającym stalowe obicie.
Trening czyni mistrza. Tak powiadają.

Po krótkiej chwili, pielgrzymowi udało się przystosować do
otaczającej go rzeczywistości. Spojrzał na towarzysza. Zmęczone
oczy wraz z utrzymującą je twarzą wydała się Barthollo znajoma.

-Witaj dobry człowieku, więziony przez okrutnych oprawców
w tym ponurym i dołującym miejscu. Me imie Barthollo, zajmuję
się wieszczeniem piękna sztuki wszystkiemu co żyje. A Ty
kim jesteś, jeśli spytać wolno?

-Czyli jesteś bardem. - usłyszał odpowiedź nieznajomego -
Pijaczyna obijająca się od knajpy do knajpy by moczyć morde w
kuflu głębszym niż jego honor. - dodał.

-Nie nazwałbym tego w taki sposób. W moich kręgach nazy-
wa się to pozyskiwaniem zasobów mentalnych. Jest to metoda
samodoskonalenia...

-Skończ waść.

-Tak, dobrze. Więc kim jesteś dobry człowieku? - rzekł bard.

-Mówią na mnie Kurt. Można powiedzieć, że wliczam się w
skład wymiaru sprawiedliwości tego królestwa. No i jestem także
turystą. Nie wiem dlaczego jestem tutaj przetrzymywany- powiedział
pielgrzym.

Barthollo przyjrzał się uważnie swemu rozmówcy. Nie wiedział
dlaczego, ale cały czas wydawał się mu bardzo znajomy.
Tak jakby znał go już od bardzo dawna. Jakby widział go bardzo
często. Jakby razem pili i żyli. Nie wiedział tylko kim on jest. By
lepiej zrozumieć problem naszego barda, zagłębmy się bardziej
w genezę jego powstania. Wpływ na życie Barthollo miało kilka
zasadniczych czynników. Umiarkowane spanie, dobre żarło i
jeszcze lepsza gorzała. Wykształciło to w nim wspaniały dar do
tworzenia pięknych poematów i pieśni. Pamiętajmy, że piękno
jest pojęciem względnym.

Po bardzo skomplikowanej analizie faktów i wspomnień, bard
zaczął coś kojarzyć.

- Kurt. Karmazynowe Płachty?

- Słyszałem tę nazwę. Też tak na mnie mówią.

- Kurt?! To naprawdę ty?! Pisałem o tobie pieśni! Jesteś
jednym z największych bohaterów całego śródziemia!

- Więc to ty jesteś tym wierszokletą który sieje ploty na mój
temat? Pochlebstwa ci nie pomogą w tym przypadku. - Kurt
wstał z podłogi - Jestem szanującym się złodziejem i nie będę
patrzył na to jak jakiś gryzipiórek szarga dobre imię moje i mych
towarzyszy. - dodał oburzony.

- Pisze o tobie same dobre słowa! Wszystko by wielbić twe
imię i pielęgnować pamięć o twych czynach. To samo tyczy się
twoich kompanow... - zamilkł. - ...nie ma ich z tobą?

- Jak widać. Dobrze, że masz tak bystry umysł i zdążyłeś to
zauważyć. - towarzysz uspokoił się nieco.

- Co się stało z Panem Vikiem i Niemą Illin... - bard przerwał
na skutek pojawienia się noża przy jego gardle.

- Nigdy więcej tak o niej nie mów. Bo sam staniesz się niemy.

- Dobrze, już dobrze. - rzekł wystraszony - nie wiedziałem,
że to taki drażliwy temat.

- Żebyś wiedział. A jak jeszcze raz usłyszę, że ktoś tak o niej
mówi to cie znajde i dokończę co zacząłem.

Schował nóż. Patrząc na miejsce w którym go chował, nie
dziwota, że strażnicy nie wiedzieli o jego istnieniu. Jak widać
wszystko może okazać się dobrym miejscem na schowanie czterdziestu
coma pięciu centymetrów stali z drewnianą rękojeścią
ćwierci tej długości. Ludzkość nigdy nie przestanie zadziwiać
się nawzajem. Kurt zwrócił oczy ku niebu, a właściwie w stronę
gdzie domniemywał, że jest. Krótka obserwacja doprowadziła go
do prostego wniosku: jest w dupie. Na dodatek jest zimno. Na
zewnątrz idzie ściąć jajka na omlet, a tutaj targa przeciąg jak w
jamie lodowego smoka. Twórca tej instancji znał tajniki budowania
pomieszczeń ciepłych, wygodnych i przystosowanych do
życia. Dołożył też wszelkich starań by pomieszczenie nie miało
w sobie żadnej z powyższych cech. Jak widać, zasłużył dzięki
temu na swój znamienity tytuł: chuja z powołania.

- Nie uda Ci się stąd wyjść. Już wielu próbowało, nikt nie
podołał temu wyzwaniu - rzekł Barthollo.

- Wyjde, ale nie dzisiaj. - odparł złodziej niewzruszony. -
Przyjdą po mnie.

- To nie jest takie proste, na jakie wygląda. Jak widzisz jesteśmy
otoczeni stalą i kamieniem, nie wspominając już o setce
strażników rozlokowanych w strategicznych punktach.

- To nie jest największy problem.

- Więc co nim jest?

- Jestem głodny.

Bard rozpakował żarło które trzymał na czarną godzinę w
kieszeni płaszcza i rzekł:

- Częstuj się.

- Dzięki. - odpowiedział Kurt, po czym dodał: - Co to jest?
Stratowany szczur?

- Pierwszy raz widzę osobę która tak otwarcie gardzi najlepszymi
skrzydełkami kurczaka, prosto z anderiańskich oberż.

- Przecież to kawał drogi. Ile to już trzymasz za pazuchą?! -
oburzył się Kurt.

Nastała cisza. Anderian to kraina umiejscowiona jakieś 5 dni
drogi stąd. Ubrana w doliny i łąki reprezentuje sobą dość monotonny
i sielski krajobraz. Mało co się tam dzieje, ale to ma
teraz małe znaczenie.

- Mniejsza z tym. - powiedział Kurt pałaszując ze smakiem
padlinę.

Smak nie był może jakiś genialny, ale dało się zjeść. Kiedy
spożywa się produkty, ktore delikatnie mówiąc są paskudne,
warto zmusić do działania wyobraźnię. Ten prosty zabieg
pozwala na zmianę smaku wybranej potrawy na inny, o kilka
rzędów lepszy. W tym przypadku, rezultat był raczej znikomy.
Wyobraźnia sprawiła, że padlina zamiast smakować lepiej prosiła
o skrócenie swej męki. Niesamowity odór dobywający się z
posiłku zabiłby sporych rozmiarów bizona. Jednak nie naszego
bohatera. Jest to godne podziwu zwłaszcza, że tak zgniłego mię-
sa nie ruszyłby nawet nekromanta. Po posiłku, Kurt wpadł na
pomysł użycia mięsa w celu odurzenia strażników. Było już za
późno. Teraz może najwyżej na nich zwymiotować, ale przyniosłoby
to mierny skutek w porównaniu do oryginału.

- (W drugą stronę powinno smakować lepiej) - pomyślał złodziej
z nadzieją w oczach.

- Chciałbym byś opowiedział mi jedną ze swoich przygód. -
powiedział Barthollo przerywając próbę zwymiotowania do talerza.

- Byłbym niezwykle rad, gdybyś zweryfikował moją wiedzę
na temat waszej wyprawy do Sułtana Ahmera. - dodał.

- Nie sądzę, by to był czas i miejsce na takie rzeczy.

- Co mamy do roboty? Teraz kiedy już jesteś nasycony, co
jest moją zasługą, możemy w przyjemny sposób spożytkować
czas który nam pozostał.

- Dobrze więc...

Barthollo przygotował pióro i kawałek papieru.

1.3 Młodość przemija z wiekiem.

Abest jest krainą pustynną i to w całkowitym tego słowa znaczeniu.
Gdzie nie spojrzeć, można znaleźć piasek. Piasek obok
gliny jest jednym z głównych surowców eksportowych Dar’Tur,
prowincji pod pieczą związku krajów południa. Ten kto ma dużo
piasku może nazywać się osobą, która ma dużo piasku. W mowie
potocznej pustynnych krain, znaczy to tyle co nic. Co można
zrobić z takim piaskiem? Do głównych zajęć mieszkańców pustyni
należą między innymi: hodowla piasku, grabienie piasku,
segregowanie piasku, magazynowanie piasku i uprawa kaktusów.
Jako, że kaktusy czują się dość dobrze na terenach pustynnych, a
w każdym razie lepiej niż ludzie, hodowla kaktusów ze względu
na ich użyteczność nabrała charakteru strategicznego. Dobrze
wyciosany kaktus to nie byle co. Dorodnego kaktusa można ze
smakiem zjeść, wypić, czy nawet zrobić z niego cegłę. Ludzie
w Abest nie robią swych domostw z gliny jak każdy normalny
człowiek w takich warunkach. Oni tworzą specjalne kaktusowe
bloki z których budują wszystko. Od fundamentów przez ściany
i sufit po okna. Na koniec, dla picu w sumie, malują wszystko
na jasny odcień żółtego. Domy z gliny to relikt przeszłości.
Tak twierdzą najwyżsi kapłani. Lepiej zbudować sobie przytulny
kącik z pobliskiego sukulenta.

Gdzieś pośrodku tej pięknej krainy leży pałac wielkiego suł-
tana Sułtana Ahmera. Powtórzenie nie jest pomyłką. Dziwnym
zrządzeniem losu, Ahmer dostał od swych rodziców na imię Suł-
tan. Pokrętna symbolika doprowadzila do tego, że imię stało
się równoważne funkcji jaką ta osoba pełni. Doprowadzila tak-
że do prawie całkowitego zatracenia się Sułtana w bogactwie
i mani wyższości. Postura Ahmera, podobnie jak sama twarz,
była zdecydowanie okrągła. Jego cień przypominał małą kulkę,
umieszczoną na powierzchni sporej geodoidy. Geodoida ta,
była niczym innym jak wielkim cielskiem Sułtana, hodowanym
bardzo sumiennie przez wiele lat. Ogromnych złotych pierścieni
umiejscowionych na jego palcach nie dało się już ściągnąć.
Tkanka ciała pod nimi obumarła i przyjęła złote obręcze jako
komórki macierzyste, wchłaniając je w ciało i tworząc skomplikowaną
strukturę organiczną. Próbę ściągnięcia ozdób, możnaby
w tym przypadku nazwać amputacją. Nie miało to jednak wielkiego
znaczenia.

Pałac Sułtana Ahmera był ogromny. W całości zbudowany
ze złota i kaktusa. By rzetelnie opisać jego ogrom warto było
by dodać, że pomieściłby on w charakterze gospodarczym małe
miasteczko. Aktualnie zamieszkiwany jest przez liczącą 11 osób
rodzinę cesarską, gwardię i służbę. I tak wychodzi na to samo.
Wysadzaną kaktusowymi blokami królewską drogą kroczyła
mężnie trójka poszukiwaczy przygód. Okapturzona i zamaskowana
postać subtelnie krążąca po orbicie towarzyszy zdawała
się nie zauważać słońca które aktualnie znajdowało się w zenicie
i niemiłosiernie zamieniało jałowe ziemie w jałowe jeszcze
bardziej. Vic, bo tak na imię ma nasz księżyc, jest wyszkolonym
zabójcą dumnie noszącym za pazuchą długiego ciemnego
płaszcza certyfikat cechu z Archimond. Zabójcy pełnią podobną
funkcję do fryzjerów, tylko na trochę innej płaszczyźnie. Co jakiś
czas pozbywają się zbędnego nadmiaru populacji, najczęściej za
odpowiednią opłatą, regulując przy tym naturalny wzrost populacji
i obieg gotówki. Przez swój kontrakt z cechem grabarzy,
zarząd gildii otrzymuje dodatkowe profity za każde wykonane
zlecenie. Każdy jest zadowolony. Poza obiektem zlecenia. Narzę-
dzia zabójców dobierane są z reguły wedle uznania. Zasada jest
prosta- mają być szybkie, dobre, niezawodne i nierdzewne. Pan
Vic poszedł w tym właśnie kierunku wybierając ostrą jak chilli
katanę z cobaltowym ostrzem, którą aktualnie ukrywa gdzieś
pod okryciem.

Co którąś iterację cyklu spoglądał na swoich towarzyszy by
upewnić się, że niezwykle trudny proces stawiania kolejnych
kroków przebiega pomyślnie. Drobnej postury postać okryta jedwabną
peleryną nie miała z tym większej trudności. Ilin, pasowała
do swojego otoczenia jak cukier do białego barszczu. Towarzystwo
panny, której wiek można na oko szacować na około 13
wiosen z automatu generowało zarzut pedofilii. Tak właściwie
to generowałoby, gdyby ktoś w świecie w którym można kupić
niewolnika taniej niż rudego chomika na to patrzył. Ilin była
szczególnym dzieckiem. Poruszała się o lasce, a jej oczy przesłonięte
były aksamitną opaską. Była niewidoma. Była też bardzo
sprawnym magiem. Jej towarzysze wiedzieli też, że była niema.
Mimo swoich ułomności, stanowiących niemałą przeszkodę
w życiu, Ilin ułomną się nigdy nie czuła. Zawdzięcza to głównie
przyjaciołom którzy zawsze są przy niej oraz potężnej magii
stojącej za jej plecami.

Na czele orszaku stał herszt bandy, Kurt. Jego nie trzeba
przedstawiać. Mimo, że niewielu w tych rejonach wie jak on
wygląda, każdy zna jego imię. Czujnym wzrokiem spoglądał na
smutną twarz przyjaciółki i dziarsko kroczył przed siebie. Cel
podróży pojawił się już w polu widzenia.

-Vic, wzbudzasz podejrzenia. - rzekł Kurt.

-Rozumiem. - odparł zabójca dołączając do szyku.

Ta dwójka znała się od dziecka. Momentami rozumieli się
bez słów. Proces myślowy Vica, choć taki nie był, wydawał się
być jednowątkowy. Przemawiała za tym ogólna niechęć do większego
zaangażowania się w wykorzystywanie apratu mowy. Kurt
siłą rzeczy przejmował inicjatywę.

-Jesteśmy. Zachowujcie się należycie.- powiedział, po czym
zaprzeczył sam sobie potykając się o piasek i wypierdalając nań
soczystego orła.

-Stać! Kto idzie?! -usłyszał nad głową ostry głos pałacowego
strażnika.

-Deratyzacja. Słyszeliśmy, że potrzeba fachowej obsługi z zakresu
pozbywania się szkodników -odparł Kurt.

-Nie wyglądacie mi na szczurołapów!

-Ja zajmuje się wizerunkiem firmy, stojąca obok mnie urocza
asystentka jest najlepszym księgowym jakiego zna śródziemie, a
kolega obok zajmuje się łapaniem szczurów... -nakręcił się Kurt.

-A dlaczego ma zasłoniętą twarz?! Coś mi tu śmierdzi!

-No właśnie, bo widzi Pan, kolega jest artystą. Jego życiową
pasją stało się wpierdalanie szczurów. Wraz z obraniem tej peł-
nej wyrzeczeń drogi, jego życie nabrało sensu. Stał się on ascetą
ceniącym dobro i kunszt ponad wszelkie granice i podziały. Za
to wali mu z japy jak z obory.

-To... to... to takie piękne! -powiedział wartownik obficie roniąc
łzy- Mam nadzieję, że kiedyś stanę się tak silny jak pan!
Czy mogę poznać pańską godność?

-Vic.

-Dziękuję panie! Rozumiem co pan przeżywa. -powiedział
ocierając twarz z resztek wodospadu wrażliwości- Zgłoście się
przy wejściu dla służby w pałacu. Tak się składa, że akurat mamy
problem z tym paskudztwem.

Wrota otworzyły się z hukiem.

-Dziękujemy dobry panie, jest pan bardzo dobrym człowiekiem.

-podziękował strażnikowi Kurt.

-Powodzenia! Mam nadzieję, że nasze drogi się jeszcze skrzy-
żują. -odparł wartownik.

-My także! -rzucił herszt szczurołapów na odchodne.

Ich oczom ukazał się ogrom zamku. Już widzieli go wcze-
śniej. Dokładnie jakiś miesiąc temu, gdy podrzucali szczury.

-Wybacz Vic, to było konieczne. -Powiedział Kurt do przyjaciela.

-Spierdalaj. -odparł.

Dotarli. Pałac stał otworem. Wprawne oko złodzieja pozwalało
w ułamku sekundy odróżnić potencjalną zdobycz od nic
niewartych śmieci. Złote kielichy, zdobione sztućce, wazy pamiętające
starych bogów. To wszystko było tanim kiczem w porównaniu
do celu ich podróży. Ekipa szczurołapów była dobrą
przykrywką. Jeden z żołnierzy sułtana napotkany w gospodzie,
po odpowiedniej dawce alkoholu zdążył opowiedzieć o wszystkich
dziurach systemu zabezpieczeń kompleksu. W najbliższym
otoczeniu Sułtana istnieje przeświadczenie, że szczury sprowa-
dzają na tego kto je ujrzy nieszczęście. Cała świta i straż pałacowa
panicznie bała się szczurów. Ahmed specjalnie do walki z
potencjalnym nieszczęściem powołał Gwardię Potępionych- zawodowych
żołnierzy mających na celu, tylko i wyłącznie walkę
z gryzoniami. Członkowie tego elitarnego oddziału byli zaraz
po narodzinach odbierani swoim rodzicom i szkoleni do walki
ze szczurami. Panowała tutaj jedna, bardzo ważna zasada.
Mieszkaniec kraju który na własne oczy zobaczył szczura, musiał
zostać stracony by zapobiec szerzeniu się nieszczęścia. Z tegoż
powodu, ćwiczenia praktyczne odbywały się na chomikach.
Zakrzewienie szczurów z wbudowaną genetycznie wieczną chcicą
było idealnym rozwiązaniem.

-Zostałem już o wszystkim poinformowany- usłyszeli za plecami
głos przedstawiciela służby pałacowej.

Spojrzeli na niego. Ich oczom ukazał się gustownie ubrany
jegomość z opaską na oczach i krępującym wąsem.

-Niestety, muszę nosić na oczach opaskę by nie narazić mojego
Pana na ewentualne zagrożenie ze strony przeklętej zarazy.
Musicie mi wybaczyć Panowie.

-Nic się nie stało, mości panie. Pokaż nam drogę byśmy mogli
raz na zawsze pozbyć się zła które nawiedziło ten dom.

-Tędy proszę.

Wywiad środowiskowy przeprowadzony przez bohaterów, nie
ograniczał się jedynie do zdobycia informacji na temat zagro-
żeń jakie niesie królestwo ssaków niższego rzędu. Zanim źródło
informacji zasnęło w własnych rzygach, udało się sporządzić w
pełni funkcjonalną mapę całego kompleksu. Składzik w którym
zalęgły się gryzonie był bezpośrednio połączony z kuchnią. W
kuchni zaś, poza wszystkimi przysmakami znanymi temu światu,
znajdowało się tajne przejście wykute w kaktusowej strukturze.
Przejście to prowadziło bezpośrednio do pałacowego skarbca.
Dlaczego? Skarbiec jest po brzegi wypełniony złotem i kosztownościami.
Z powodu rozległych zabezpieczeń zastosowanych
przy jego ochronie, pomieszczenie stało się okropnie wentylowane.
Strażnik pilnujący skarbów ledwo miał czym oddychać, a co
dopiero jak zapalić fajkę. Jak to w życiu bywa, potrzeba rodzi
inżyniera. Kolejne zmiany wartowników ciosały w podłodze pod
ścianą drogę do lepiej wentylowanej kuchni, by w spokoju móc
zapalić fajkę w przerwie od patrzenia się na złoto.

-Dotarliśmy- rzekł lokaj.

-Dziękujemy. Rozumiem, że to tutaj widziano je po raz ostatni?-
Odpowiedział Kurt rozglądając się po sali.

-Tak. Kucharz który je zobaczył został stracony wczoraj.

-(To przykre...) -pomyślał Kurt.

-Czy życzą sobie panowie czegoś jeszcze?

-Nie... chyba nie... -powiedział Kurt spoglądając na ekipę.

-...-pomilczała Ilin.

-Masz rację starsza księgowo. Proszę nam nie przeszkadzać
przez następne pare godzin, dopóki nie opuścimy tego miejsca.-
Rzucił Kurt przenosząc wzrok na lokaja.

-Oczywiście. Zajmijcie się tym Panowie. Królestwo na was
liczy.

-Będzie to niewątpliwa przyjemność.

Drzwi zamknęły się z hukiem. Szczęk zamka utwierdził ekipę
w przekonaniu, że wszystko jest już w porządku.

-Możemy zaczynać -Kurt przerwał ciszę- idziemy do kuchni.
Ilin, zapal światło.

Magiczna laska Ilin zajęła się ogniem. Oczą bohaterów ukazał
się apokaliptyczny obraz rodzącej się nowej cywilizacji. Całe
pomieszczenie wypełnione było szczurami. Szczur na szczurze.
Jedne martwe, inne żywe podjadały mniej ruchliwych towarzyszy.
Co dziwne, bardziej bystre osobniki wydawały się opracowywać
nową technologię. Szczurze matki robiły szczurze domki
swoim szczurzym dzieciom ze szczurzych ojców którzy już
dawno zdechli z głodu poświęcając się dla wielkiej szczurzej rodziny.
Cała przestrzeń spichlerza, ogołocona już całkowicie z
żywności została podzielona na kilka stref, klasyfikując je w zależności
od funkcji jaką pełniły. Strefa mieszkalna, stworzona
z wytrzymałych skór, strefa gospodarcza, w której tworzyły się
małe manufaktury zajmujące się kaletnictwem i strefa gospodarcza,
gdzie można było prowadzić handel wymienny. Wymiana
wątroby dziadka za płat skóry sąsiada wydawał się być opłacalny.
Jak w każdej strukturze hierarchicznej, bardziej ogarnięte
osobniki żyły w wielkich pałacach z truchła, a słabsze i mniej
przystosowane osobniki umierały w slumsach stając się składnikiem
lokalnej diety. Osobniki niższego rzędu mnożyły się na
potęgę. Ze szczurzego punktu widzenia, mogła to być inwestycja.
Potomstwo można później sprzedać lub zjeść. Ten system
działa.

-Kurwa. Sprzedawca nie wspominał, że po paru dniach zaczną
tworzyć aglomerację.

-Idziemy- ponaglił ekipę Vic.

-Dobra. Ilin, proszę Cię, zrób przejście.- powiedział Kurt do
przyjaciółki.

Ilin podniosła laskę i opuściła ją z powrotem uderzając o
posadzkę. Po całej powierzchni pomieszczenia poniosły się mikroskopijne
drgania ukazujące niewidomej dziewczynce strukturę
pokoju. Bardzo szybko zlokalizowała drogę do skarbca i
morze gryzoni przez który musiała się przebić. Na jej twarzy
pojawił się lekki grymas obrzydzenia, a z palców popłynął strumień
magicznych płomieni. Jęzory ognia wyczyściły drogę pomiędzy
elementami infrastruktury lokalu z plagi delikatnie muskając
twarze towarzyszy ciepłym powietrzem. Po małym pokazie
pirotechnicznym, ściana brudnych i obgryzionych szczurów
zamieniła się w popielną ścieżkę.

-Brawo Ilin- Kurt pogłaskał dziewczynkę po głowie.

-Idziemy- powtórzył Vic.

-Pewnie! Zanim pójdziemy, mam do Ciebie pewne proste,
ale bardzo istotne pytanie, od którego odpowiedzi może zależeć
dalszy przebieg naszej misji.

-? -Vic spojrzał pytająco na Kurta

-Chcesz gryza?-zapytał Kurt podnosząc z podłogi zwęglonego
szczura.

-Spierdalaj.

-Dobra dobra, już idziemy. Myślałem, że zgłodniałeś.

Droga przez ogromną i bogatą kuchnię do skarbca była kręta
i trudna. Wielorodność różnych smakow i aromatów kusiła dzielnych
odkrywców na każdym kroku. Mentalna walka powstała w
wyniku konfrontacji z przestrzenią różnych konfiguracji piersi z
kurczaka osłabiła twarde jak stal żołądki bohaterów. Po krótkiej,
lecz wyczerpującej walce z głodem, towarzysze ruszyli w
strone tajnego przejścia.

Oślepił ich niesamowity blask. Złoto w każdej możliwej formie
mogące zakryć w całości średnich rozmiarów stadko słoni,
całkowicie zdominowało ponurą naturę kaktusowej konstrukcji.
Magiczne lampy, złote puchary, skrzynie wypełnione po brzegi
skutecznie nie pozwalały na skupienie się na czymkolwiek innym.
Mimo całego wysiłku bogactwa materialnego, nasi bohaterowie
dokładnie wiedzieli czego potrzebują. Zaginiony Kielich
Niebios, był jedną z najlepszych zdobyczy Ahmeda. Jak sama
nazwa wskazuje, zaginął. Jakiś czas temu pojawiły się pogłoski
o rzekomej transakcji zawartej pomiędzy pewnym nieszczęsnym
kupcem, a sułtanem. Przyłapany na próbie przemytu piasku
nieszczęśnik zdołał użyć mocy perswazji nabytej w kupieckim
uniwersytecie i wykupić swoją głowę za swój najlepszy skarb- wspomniany
wcześniej kielich. Wieść o znalezisku rozeszła się
po wszystkich krainach, przyciągając do zamku watahy poszukiwaczy
przygód. Jedna z nich właśnie zbliżył się do jego majestatu.
Znalezisko było identyczne z wyobrażeniem wynikającym
z pisemnego przekazu. Złoty, zdobiony brylantami element zastawy
stołowej dawał o sobie znać już z końca sali dominując,
i tak już zdominowaną przestrzeń. Podeszli by bliżej przyjrzeć
się swojemu znalezisku.

-To chyba to- powiedział herszt bandy.

-Na to wygląda- odpowiedział zabójca.

-Ilin, sprawdź czy to tego szukamy.

Niewidoma dziewczynka dotknęła laską kielich, który w widowiskowy
sposób poszybował w górę. Zatrzymał się na wysoko-
ści 10ciu łokci od piedestału i lewitował tak przez dłuższą chwilę
chwiejąc się w zastanowieniu co robić dalej. Ilin poobracała go
chwilę, wpuszczając drobne magiczne cząsteczki w jego delikatną
strukturę, sprawdzając kolejne bity informacji. Bit po bicie,
kolejne dane podlegały rzetelnej weryfikacji dziewczynki.

-I co?

-. . . - odpowiedziała Ilin.

-To plagiat?! Jak to możliwe?! Sprawdź jeszcze raz.- powiedział
wzburzony Kurt.

-. . . - dodała Ilin.

-Szlag by to kurwa mać! Na chuj targaliśmy się tak daleko?!
Mówiłem, że coś z tym jest nie tak.

-Nie mówiłeś.- odpowiedział Vic.

-Stać!- usłyszeli głos za plecami.

Przez otwarte wrota do skarbca wkroczył tuzin uzbrojonych
i zamaskowanych karków. Skonstruowali formację która wydawała
się żyć w alternatywnej, odmiennej rzeczywistości nie podlegającej
jakimkolwiek prawom logiki, a estetyki tym bardziej.
Pozostali tak chwilę w bezruchu, po czym do komnaty wtoczył
się nowy, nieznany dotąd szczurołapom układ planetarny. Wę-
drujące po jego orbicie eliptyczne planety wydawały się nie mieć
żadnego pojęcia o tym czym jest ład i porządek. Ciało niebieskie
znajdujące się najwyżej przemówiło.

-Nawet nie próbujcie dotknąć moich skarbów, nędzne kreatury,
to może zginiecie szybko.

-(Kurwa, rozmawiam z galaktyką)- pomyślał Kurt

-Jestem Wielkim Sułtanem Ahmedem. Wkroczyliście do mojego
domostwa by splugawić me mienie, czeka was za to kara.

-Ahmed! Witaj, miło poznać. Jak widać, to co mówią o
Wielkim władcy to prawda. Pokrywasz się w całości z opisem.
Wszystko mógłbyś pokryć jakbyś chciał, o Wielki Władco.- Rzucił
herszt bandy, kłaniając się nisko.

-Chciałem okazać wam litość. Nie doceniliście mej łaski. Bę-
dziecie umierać, tak długo jak tylko się da.

-To wielki zaszczyt Panie, ale raczej nie skorzystamy.- powiedział
Kurt obracając się do towarzyszy – Ilin, zajmij się tym.

-. . . -odpowiedziała Ilin.

-Mają kamizelki magioodporne? –zapytał Kurt.

Odwrócił się lekko w stronę znudzonych egzystencją, utrzymywanych
przy życiu jedynie chęcią zabijania karków, by stwierdzić,
że faktycznie, Ilin ma rację. Kiepsko.
Odwracając wzrok z powrotem w stronę przyjaciół, Kurt
w zwolnionym tempie zaobserwował szybujący obok jego głowy
dziwny obiekt. Poruszając się w linii prostej z obrotem po
trajektorii okręgu podłużny przedmiot wydał dziwny pisk i sekundę
później wszedł w atmosferę głowy sułtana. Zanim energia
kinetyczna zgromadzona w ruchu pocisku rozerwała go na czę-
ści, Kurt zdołał połączyć jego wygląd z zapamiętanym obrazem
pewnego gatunku szczura. Wyciągnięte w ułamku sekundy obrazy
i mnemony opisujące formę gryzonia skonfrontowały się z
wizualizacją jego rozkładu. Części składowe szczura, wpadły na
chwilę w orbitę Sułtana Ahmeda by następnie dzięki sile odśrodkowej,
rozłożyć się równomiernie na zdezorientowanych gapiów.
Kolejny ułamek sekundy, został skradziony przez chwilę konsternacji
nad zaobserwowanym faktem, a następny w kolejności
po tym skradzionym, zajęła ręka Vica ciągnąca Kurta w tył.
Ujebani truchłem żołnierze stosunkowo szybko zorientowali się,
że to nie pomidor. Wyciągnęli miecze.

-Zwijamy się- powiedział Vic, rzucając przyjacielem w kierunku
kuchni, co wyłączyło efekt slow motion.

Kurt stracił równowagę i położył się na kupce złotej bielizny.

-(Na chuj komu złote figi) – pomyślał zapominając o potencjalnym
niebezpieczeństwie ze strony hartowanej stali.

Zaraz po tym jak przebiegła po nim czarodziejka, zdążył obrócić
się i zobaczyć jak gwardziści wypleniają nieszczęście, z niesamowitą
precyzją krojąc nawzajem siebie i najbliższe otoczenie
skąpane w pechowym gryzoniu. Kurt poszedł w ślady przyjaciół
i zawinął się w kierunku kuchni.

-Zapłacicie mi za to!-usłyszeli za plecami głos Sułtana urwany
bulgotem krwi z rozdartego na oścież gardła.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

-Dziś stoję tu, jako wasz Pan i władca. Od tej pory będziecie
mi służyć do końca swoich dni.

Poklask poniósł się po całej przestrzeni. Cząsteczki powietrza
zaczęła drgać tworząc skomplikowaną charakterystykę czę-
stotliwościową. W powietrze uniosły się kolorowe płatki, by podkreślić
nastrój chwili. Całe społeczeństwo w oczekiwaniu na lepsze
jutro, w dniu wielkiego kryzysu jaki nawiedził ich kraj, spoglądali
z nadzieją w przyszłość. I co, że tyran. Demokracja nie
doprowadziła do niczego szczególnego. Po obaleniu sejmu, nie
było już odwrotu.

-Nie zgadzam się!- przebił się głos z tłumu.

Tłum rozstąpił się, ujawniając w całej okazałości bohaterskiego
osobnika, mającego odwagę by stanąć naprzeciw złu które
kładzie swe łapska na jego ukochanej ojczyźnie. W system zbiorowej
świadomości rodaków wkradł się cień wątpliwości. Może
dało się to zrobić inaczej? Może nie musimy wybierać mniejszego
zła? Może wszyscy podniesiemy pięść w walce o godność.
Może pomożemy mu, bo tyran właśnie skinął palcem i milicja
obywatelska zabrała bohatera na ścięcie. A może jednak nie, bo
nas czeka to samo. Nie, stójmy ładnie w rzędzie.
Tłum nie pomyślał, że pozbycie się wszystkich obywateli nie
jest na rękę władzy. Że to oni, tworzą państwo, a nie jego władca.
Że władca ma służyć państwu. Ma je bronić przed cierpieniem
i głodem. Że to władca wypełnia wolę obywateli. Szczurzy naród
nie potrafił ogarnąć tego umysłem. Został tam gdzie był. A
nawet się cofnął. W głąb dupy klęski szczurzego istnienia.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

-Szybko! Nie mamy czasu!

Faktycznie nie mieli. Po całym kompleksie niósł się donośny
dźwięk alarmowych dzwonów. Grupa szczurołapów właśnie wybiegła
ze spichlerzu. Przeciąg tym razem nie zamknął drzwi.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Oczom szczurzemu władcy ukazał się dziwny widok. Nagle
ciemność, która od zarania dziejów spowijała cały świat, zniknę-
ła. Przez kraj przeszły trzy ogromne trzęsienia ziemi i tornado w
wyniku którego, przestrzeń wypełniła się nieznanym wcześniej
blaskiem. Tłum gapiów spojrzał ze zdziwieniem i strachem na
nowe możliwości które przyniosło ze sobą oślepiający brak ciemności.
Nigdy wcześniej nie widzieli niczego takiego. Nie wiedzieli
nawet czym jest brak ciemności.

-Rodacy! Otworzył się przed nami nowy, nieznany świat!
Świat pełen bogactwa i przepychu! Świat którego grzechem by-
łoby nie zbadać! Ruszajcie za mną ku nowym perspektywom i
skarbom! –krzyknął tyran, łapiąc oddech na każdym wykrzykniku.

Tłum nieświadomy tego co ich czeka, ruszył biegiem w nieznane,
wiwatując tratując się nawzajem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

-Kurwa, coś mi się obija o nogi.- Powiedział Kurt spoglądając
w dół.

Pod nogami przebiegali właśnie pierwsi emisariusze szczurzego
królestwa, gotowi rozmawiać z napotkanymi dyplomatami
innych państw o warunkach kapitulacji tych drugich. Za plecami
odnalazł zbliżające się bardzo szybko tsunami kolejnych.

-Szlag. Ilin spal to!

Niewidoma czarodziejka spojrzała z obrzydzeniem w tył i
wylała za siebie morze ognia. Dwie fale narastające zderzy-
ły się ze sobą. Interferując, stworzyły wielką ścianę szczurzego
ognia która bardzo szybko zajęła kaktusową konstrukcję. Cały
pałac wypełnił się ogniem i dymem. Bohaterowie wybiegli na
zewnątrz.

-Co się dzieje?- Zapytał znajomy strażnik bramy.

-Awaria kotłowni- odpowiedział Kurt przebiegając szybko
obok.

-A co ze szczurami? Udało się wam?

-Tak.-rzucił na pożegnanie Vic.

-Dzięki Bogu. Nie spadnie na nas żadne nieszczęście. Dziękuje
wam!- rzucił na pożegnanie strażnik spoglądając z uśmiechem
na płonący zamek którego pilnował.

Zatrzymali się dopiero gdy pałac stał się wspomnieniem ledwo
przebijającym się przez linię horyzontu. Zmęczeni, z uśmiechem
na twarzy i wkurwieniem w myślach, spojrzeli po sobie.
Mimo, że skarb okazał się być tylko podpuchą, docenili dobrą
zabawę i adrenalinę.

-Naprawdę Vic?

-?

-Chciałeś wziąć sobie szczura na wynos?

-Spierdalaj.

Usiedli na pobliskiej farmie piasku, by w spokoju oglądać
słup kaktusowego dymu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Z ostatnią wypowiadaną głoską, ucichł akompaniament pió-
ra. Dźwięk skrobania papieru, zastąpił pogłos podziwu obijający
się echem w czterech kamiennych ścianach.

-To było piękne! Jest jeszcze lepiej niż się spodziewałem!

-Teraz dasz mi spokój?

-Dlaczego podchodzisz do tego tak sceptycznie?- oburzył się
Barthollo- Teraz kiedy wszystko zostało uwiecznione, staniesz
się częścią historii.

-Nie zależy mi na tym- odparł Kurt podpierając ścianę.

-Ktoś taki jak Ty, powinien dbać o swoją reputację. Nie mo-
żesz zostawić tego wszystkiego samemu sobie. Proszę, pozwól mi
zostać swoim kronikarzem. Daję Ci gwarancję na to, że Twoja
jakość życia i samopoczucie ulegnie drastycznej zmianie...

-Nie wątpię. Będę się czuł o wiele lepiej taszcząc za sobą
kupę mięsa uwaloną atramentem.

-...ulegnie zmianie w znaczeniu pozytywnym.- burknął bard,
ugodzony uwagą na temat swej tuszy.

-Jestem zobligowany się nie zgodzić.

Kurt spojrzał w małą kratkę którą więzienna społeczność
nazywa oknem. Czas nieubłaganie biegł do przodu, wymijając
go na kolejnym okrążeniu. Kto przy zdrowych zmysłach zgodził-
by się na tak nierówną walkę? Osoba ceniąca sobie rywalizację.

-Nie powiedziałeś mi jak tutaj trafiłeś.- Bard usiadł wygodnie
w oczekiwaniu na kolejną opowieść.

-Hmmm...



Awatar użytkownika
slavec2723
Dusza pisarza
Posty: 519
Rejestracja: śr 15 gru 2010, 18:35
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: ze Skopania
Płeć: Mężczyzna

O roli Bohatera ogółem

Postautor: slavec2723 » sob 16 lip 2016, 17:52

Witam.
Już dawno nic nie weryfikowałem, i po rzuceniu okiem na Twój tekst, myślę, że dobrze robiłem. Chłopie, co to jest? Ale serio, co to kur... jest? Jaja sobie robisz? To ma być tekst humorystyczny? Naprawdę?
Humor w literaturze, to nie jest w sumie prosta sprawa, rozumiem. Ale to co ty piszesz...
Nie bardzo jestem w stanie pojąć czemu zdecydowałeś się na taką a nie inną narrację. To w ogóle nie wygląda jakbyś chciał napisać porządny tekst, tylko, bo ja wiem, odwalić chałturę.
Wydaje mi się, że chciałeś osiągnąć "luz", poprzez częste wstawianie wulgaryzmów i różnych - nazwijmy to - kalamburów.
Niestety, nie specjalnie wyszło.

warhog619 pisze:[post194373[/post] marsz puszystych obłoków

Nie wiedziałem, że obłoki maszerują :)
warhog619 pisze:Source of the post Bardowie mają to do siebie, że uwielbiają się zajebać
w trupa, drąc przy tym japę wniebogłosy

Aha...
warhog619 pisze:Source of the post Dzięki temu prostemu zabiegowi, mógł się on zapierdolić tanim winem i stracić chwilowo zdolność mowy (a czasem też oddychania).


warhog619 pisze:Source of the post Żeby nie było, Bard nie jest stworzeniem które służy tylko do akumulowania i przetwarzania dużej ilości alkoholu. W sumie jest to taka dość uboga katarynka, potrafiąca grać na lutni i wydawać adekwatne do tej gry kunsztu dźwięki swoim aparatem mowy.

Storzenia, wszelkie, nie tylko ludzkie, nie istnieją po to by czemuś służyć. Nie znam odpowiedzi na pytanie jaki jest cel istnienia, ale wątpię, żeby było nim służenie.

Ty to chyba próbujesz zniechęcić czytelnika do czytania, co? Jeśli tak, to pełen sukces, powiodło ci się. Ja odpadłem po kilku akapitach.

Pozdrawiam.


(...) zapoznam pana z moim wydawcą. To jest łajdak, jak wszyscy wydawcy. Ale uczciwy łajdak.
Paul Barz - "Kolacja na cztery ręce"

Awatar użytkownika
uniwers
Debiutant
Debiutant
Posty: 484
Rejestracja: śr 25 cze 2008, 19:56
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Waldenburg i. Schl.
Płeć: Mężczyzna

O roli Bohatera ogółem

Postautor: uniwers » sob 16 lip 2016, 18:25

A mnie właśnie zachęcił tym do lektury. Powiem więcej: wciągnąłem wszystko, co kryje się pod zamieszczonym linkiem. Dwukrotnie. I powiem ci, że uśmiałem się co niemiara. Możliwe, że po prostu mam spaczony gust, niemniej mnie urzekł właśnie:
- humor (prosty, miejscami wulgarny, ale jednak),
- narrator, która ewidentnie jedzie po bandzie,
- dekonstrukcja/pokazanie w krzywym zwierciadle pewnych archetypów typu bard i Bohater.

Ale.
(Zawsze musi być jakieś "ale".)

Autor musi popracować nad stylem, opisami, w zasadzie całym aparatem przekazywania czytelnikowi fabuły.
- Zapis dialogów. Póki co to jest jeden wielki bajzel. Autorze - doczytaj, jak się zapisuje dialogi.
- Zapis myśli bohatera. Łapaj linka: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/ ... bohaterow/
- Interpunkcja! Autorze, podejrzyj zasady stawiania przecinków.
- Rzuciło mi się w oczy trochę błędów ortograficznych, ale nie kojarzę teraz gdzie.
- Opisy akcji opisane zdawkowo. Przez pół sceny ze zgromadzeniem szczurów nie wiadomo, o co chodzi. Aż się proszą o rozbudowę, i to rozbudowę z jajem.
- Widziałbym więcej didaskaliów podczas dialogów, opisujących reakcje i zachowanie postaci.
- Brakuje mi szczegółów poszczególnych lokacji. Na chwilę obecną panuje system "jeden wielki opis i jedziemy z akcją!", pomijając tym samym sporo klimatycznych detali. Które tez można opisać z jajem.
- Pewne wątpliwości może budzić słownictwo bohaterów, na przykład Kurta, który rozmawia z galaktyką ( :D ). Zasadniczo słownictwo zależy od stanu wiedzy otoczenia i/lub wykształcenia mówiącego. Więc Kurt wie, co to galaktyka, bo ktoś mu powiedział albo się douczył. Wariantu "autor wsadził mu to w usta, żeby było śmiesznie" nie kupuję, mimo że wypowiedź jest jak najbardziej zabawna.

Niemniej widzę. Widzę iskrę w tym wszystkim. Iskrę postmodernistyczną i z tzw. jajem.



Awatar użytkownika
warhog619
Zarodek pisarza
Posty: 10
Rejestracja: wt 12 lip 2016, 20:29
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

O roli Bohatera ogółem

Postautor: warhog619 » sob 16 lip 2016, 20:13

Cześć! Dzięki za komentarze, są bardzo pomocne. :) Odniosę się do konkretów:

slavec2723 pisze:Source of the post
Już dawno nic nie weryfikowałem, i po rzuceniu okiem na Twój tekst, myślę, że dobrze robiłem. Chłopie, co to jest? Ale serio, co to kur... jest? Jaja sobie robisz? To ma być tekst humorystyczny? Naprawdę?


Na wstępie z grubej rury. Jakbym widział siebie piszącego ten utwór :D

slavec2723 pisze:Source of the post
Nie wiedziałem, że obłoki maszerują :)


Oczywiście, że maszerują. Zależy jak się na nie patrzy :) Pierwszy akapit jest utworem napisanym przez przetrzymywanego w więzieniu, zrezygnowanego barda, który dodatkowo nie jest jakoś wybitnie zdolny. Specjalnie starałem się go stylizować tak, by dać to czytelnikowi do zrozumienia.

Bardzo dobrze, że o tym wspomniałeś, bo to pokazuje, że mi się nie udało. Będę musiał to jakoś umiejętniej wprowadzić. :)

slavec2723 pisze:Source of the post
Storzenia, wszelkie, nie tylko ludzkie, nie istnieją po to by czemuś służyć. Nie znam odpowiedzi na pytanie jaki jest cel istnienia, ale wątpię, żeby było nim służenie.


Próbowałem, ale nie jestem w stanie się z Tobą zgodzić. Wg. mnie wszystko istnieje po to by czemuś służyć. To dość filozoficzne, nie wiem czy jest sens w to wnikać.

slavec2723 pisze:Source of the post
Ty to chyba próbujesz zniechęcić czytelnika do czytania, co?


Nie. Eksperymentuję. :) Patrząc na Wasze komentarze, mam wrażenie, że idę w dobrym kierunku.

uniwers pisze:Source of the post A mnie właśnie zachęcił tym do lektury. Powiem więcej: wciągnąłem wszystko, co kryje się pod zamieszczonym linkiem. Dwukrotnie. I powiem ci, że uśmiałem się co niemiara.


Dzięki, to wiele dla mnie znaczy :)

uniwers pisze:Source of the post
- Zapis dialogów. Póki co to jest jeden wielki bajzel. Autorze - doczytaj, jak się zapisuje dialogi.
- Zapis myśli bohatera. Łapaj linka: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/ ... bohaterow/
- Interpunkcja! Autorze, podejrzyj zasady stawiania przecinków.


Tak, mam problem z dialogami i interpunkcją. Będę musiał się tego poduczyć bo sam widzę, że mi to sprawia trudności. Dzięki za link, przydatny. :)

uniwers pisze:Source of the post
- Opisy akcji opisane zdawkowo. Przez pół sceny ze zgromadzeniem szczurów nie wiadomo, o co chodzi. Aż się proszą o rozbudowę, i to rozbudowę z jajem.
- Widziałbym więcej didaskaliów podczas dialogów, opisujących reakcje i zachowanie postaci.
- Brakuje mi szczegółów poszczególnych lokacji. Na chwilę obecną panuje system "jeden wielki opis i jedziemy z akcją!", pomijając tym samym sporo klimatycznych detali. Które tez można opisać z jajem.


Popracuję nad tym, tak samo jak nad wprowadzeniem, które na dzień dzisiejszy mnie nieszczególnie przekonuje.

uniwers pisze:Source of the post
- Pewne wątpliwości może budzić słownictwo bohaterów, na przykład Kurta, który rozmawia z galaktyką ( :D ). Zasadniczo słownictwo zależy od stanu wiedzy otoczenia i/lub wykształcenia mówiącego. Więc Kurt wie, co to galaktyka, bo ktoś mu powiedział albo się douczył. Wariantu "autor wsadził mu to w usta, żeby było śmiesznie" nie kupuję, mimo że wypowiedź jest jak najbardziej zabawna.


Dobrze, że to wyłapałeś. Nie zauważyłbym. :) Przejrzę tekst w poszukiwaniu podobnych błędów.

A teraz ogólniej. Spodziewałem się, że tekst będzie generował bardzo skrajne opinie. Tak jak wspomniano powyżej, operowanie humorem nie jest proste. No i każdy ma inne poczucie humoru. Właśnie dlatego, będę potrzebował wielu komentarzy by mieć pełen obraz.

Jeszcze raz, dzięki :)



Awatar użytkownika
uniwers
Debiutant
Debiutant
Posty: 484
Rejestracja: śr 25 cze 2008, 19:56
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Waldenburg i. Schl.
Płeć: Mężczyzna

O roli Bohatera ogółem

Postautor: uniwers » sob 16 lip 2016, 20:32

A, jeszcze jedno. Cudownie groteskowe opisy sytuacji z Siewcami Magnolii i Kontrowersyjnymi Cyprysami i lista rzeczy, które można zrobić z kaktusem %-)

A to już w ogóle jest perełka:
By dostać się do punktu wspinaczkowego, należy najpierw przedostać się przez mur zewnętrzny, którym otoczona jest cała posiadłość. Otoczenie miejsca zamieszkania murem, ma ogromny potencjał strategiczny i niepodważalny aspekt artystyczny. Nawet osoby niemające styczności z jakąkolwiek formą artystyczną, po spojrzeniu na mur, potrafią doznać uczucia spełnienia. Zbudowany z dużej ilości kamieni i cegieł, szary, kolosalny tasiemiec wygląda majestatycznie w swej pozie obrońcy domowego ogniska. Po całym świecie rozsiane są firmy budowlane trudniące się tylko i wyłącznie budową murów tudzież innych fortyfikacji. Mimo, że życie budowlańca nie jest lekkie, jest warte swojej ceny. Przeliczając przychód uzyskany z tytułu posiadania statusu budowniczego murów w stosunku do liczby przepracowanych godzin, wskaźnik ekonomiczny takiej osoby stoi na bardzo wysokim poziomie. Podobnie jak śmiertelność w zawodzie. Nieznajomość pojęć takich jak: bezpieczeństwo, wypoczynek, związki zawodowe, kawa- skutecznie uszczuplają zasoby potencjalnych pracowników. Nie mniej jednak, zawód ten przeżywa aktualnie swój renesans. "Dobrze, że nie poszedłem na socjologię lub na złodziejstwo bo teraz bym klepał biedę."- daje się słyszeć głosy szczęśliwych studentów muranistyki mieszających glinę. Kierunki związane z budową murów, należą do grupy kierunków zamawianych i charakteryzują się wysokim progiem punktowym, niezbędnym do przyjęcia petenta na studia dzienne. Łzy matek szczęśliwych od posiadania synó budowlańców, wypełniają baseny miejskie i okoliczne rynsztoki. Sami synowie zaś, cieszą się rzeszą mokrych, napalonych cipek, będących podstawowym profitem statusu studenta muranistyki. Mur, honor, braterstwo- podstawą profesji murarza.



Awatar użytkownika
Anna Nazabi
Pisarz osiedlowy
Posty: 207
Rejestracja: czw 02 cze 2016, 15:05
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

O roli Bohatera ogółem

Postautor: Anna Nazabi » pn 18 lip 2016, 00:36

Zgadzam się z uniwers. Trudno mi cokolwiek dodać, poza tym, że naprawdę bardzo mi się podobało. Trafiłeś w mój gust.
Narracja niezwykle rozbawiająca. Talencik masz.



Awatar użytkownika
warhog619
Zarodek pisarza
Posty: 10
Rejestracja: wt 12 lip 2016, 20:29
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

O roli Bohatera ogółem

Postautor: warhog619 » pn 18 lip 2016, 15:08

Dzięki za miłe słowa. :D Myślę, że właśnie opisy takie jak ten wskazany przez uniwers bardzo wzbogacają tekst. Mam z nimi jednak taki problem, że przez dodawanie ich, z planowanych 10 stron zrobiło się 50+, a i tak przydałoby się rozbudować opisy akcji. Nie wiem czy tego typu dłuższe dygresje nie sa zbyt nuzace dla czytelnika, bo zdecydowanie hamują akcje.



Awatar użytkownika
Anna Nazabi
Pisarz osiedlowy
Posty: 207
Rejestracja: czw 02 cze 2016, 15:05
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

O roli Bohatera ogółem

Postautor: Anna Nazabi » pn 18 lip 2016, 15:27

Dygresje są właśnie super. Kichać akcję :P



Awatar użytkownika
warhog619
Zarodek pisarza
Posty: 10
Rejestracja: wt 12 lip 2016, 20:29
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

O roli Bohatera ogółem

Postautor: warhog619 » pn 18 lip 2016, 18:11

To też jest jakaś opcja, choć akcja też by się przydała. :D Najwyżej całość rozrośnie się do kilkunastu tomów. :)




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości