Umiera się jutro.

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
major sedes
Pisarz domowy
Posty: 113
Rejestracja: ndz 02 gru 2012, 12:54
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Umiera się jutro.

Postautor: major sedes » pn 30 lis 2015, 15:11

„Umiera się jutro”

Berenika stała nad urwiskiem, trzęsąc się i dygocząc z przerażenia. Tafla wody poniżej była gładka jak stalowa płyta, przez którą chciała dojrzeć swoje życie. Przestrzeń pod stopami ciągnęła jej umysł w dół, podobnie jak grawitacja włada ciałem. Nie spojrzała za siebie. Zostawiła w domu niedokończony list pożegnalny na włączonym komputerze. Niebo było martwe, a przeszłość i przyszłość rozdzielała kropla potu, która zawisła tuż przy końcu nosa, czekająca na zerwanie z życiem.

Na dnie zatoki mała muszla otworzyła się, wypuszczając z siebie pęcherzyk powietrza, który szybko wzbijał z głębi na powierzchnię. Zawarte było w nim przesłanie, wewnętrzny głos złowieszczej natury. Z chwilą, gdy wypłynął ponad wodę, niebo zachmurzyło się błyskawicznie i Berenika usłyszała głos: skacz!
Wyglądało to tak, jakby jej noga obsunęła się z urwiska, niby przypadkowe poślizgnięcie na skale. Spadała kilka sekund w czasie, w którym zdążyła jedynie nabrać powietrza do płuc. Uderzyła o wodę z impetem i zanurzała się coraz głębiej. Gdy otworzyła oczy opadła na dno. Jej oczom ukazał się przedziwny widok różnego rodzaju odpadów, wśród muszli i wodnej roślinności. Ten widok był symbolem chaosu jej dotychczasowego doświadczenia.
Zapragnęła przeżyć i mieć coś własnego. Nagle i brutalnie obudzone instynkty spowodowały, że szybkim ruchem chwyciła muszlę z dna i odbiła się, wynurzając na powierzchnię. Łapczywie łapała oddech, ale spokojnie unosiła się na wodzie. Dopłynęła do brzegu i zaczęła mozolnie wspinać się po skarpie, po czym usiadła i zapłakała.
Wróciła do domu, zostawiając mokre ślady na piaszczystej ziemi. Muszlę, którą ściskała w dłoni, położyła na stole przy komputerze. Zdjęła przemoczoną, letnią sukienkę i usiadła przed monitorem. Przeczytała: „Dałbyś mi dobrą radę, gdybyś przygniótł mnie swym ciężarem. Na moim brzuchu się połóż, zamień się w grawitację, którą chcę poczuć. Bo ja się czasem kładę na podłodze twardej, żeby poczuć swoje kości i Twój bierny ciężar bezradności. Będziesz jak wiatr zaburzenia, skoro brak Ci imienia. Twoja Berenika”.

Z oddali słyszała stukot jadącego pociągu, który kojarzyła z oddalającym się światem dzieciństwa i zarazem pociągającym zewem nieznanej przygody. Z podróżą życia, dla której potrzebna jest nadzieja. Włączyła radio i położyła się na łóżko. Zdążyła usłyszeć tylko... „Nie zamieniaj serca w twardy głaz, póki jeszcze, serce masz”. Zasnęła.

Wakacje spędzane w małym, malowniczym miasteczku nieopodal jeziora, kwiecistych łąk i polnych dróg, miały ukoić jej rozbudzone hormonami drugie, uczuciowe życie, które wcześniej tylko niejasno przeczuwała. Właśnie to nowe, szukające zaspokojenia pobudzenie skierowało ją na skarpę i zmusiło do skoku. Uczucie, które zawsze nosiła w sercu zawierałoby się w słowach: „Czy mogę być częścią nieznanego? Czyżby kropla wpadająca do oceanu zdobywała pełnię i świadomość całości, wolności przez zaniknięcie?”.

Obudziły ją dzwony kościoła, które nadawały rytm tej okolicy, zwołując na nabożeństwa. Myślała, że tylko się zdrzemnęła, a bicie dzwonów zapowiada wieczorną mszę, jednak dopiero po wyjściu z domu domyśliła się, iż spała całą noc, gdyż słońce było tuż nad horyzontem, na wschodniej stronie. W lecie jasność światła jest taka sama o szóstej rano, jak i szóstej wieczorem. Przeszłość i przyszłość zatarły swe brzegi, a dzień jutrzejszy i samą śmierć schowała w zakamarkach pamięci.

Jasność i nadzieję, z jaką szła do kościoła, zabrawszy muszlę, szumiały jak echo szuwar z nad jeziora. Mała, drewniana świątynia była prawie pusta. Nieliczni wierni siedzieli w ławkach, klęczeli i mamrotali modlitwy, lub wchodzili i wychodzili, stukając obcasami po wytartej posadzce. Tę muszlę położyła przy ołtarzyku pod świętym obrazem, gdzie inni dziękczynnie zostawili złote łańcuszki, różańce i medaliki. Rozejrzała się jeszcze po wnętrzu i szybkim krokiem wyszła, zamknąwszy drzwi, które zaskrzypiały, wydając dźwięk rozdzieranej intymności.

Poszła za gwarem przekupniów, którzy rozłożyli swoje kramy wzdłuż przykościelnej uliczki.
Jej wzrok błądził wśród bezładnie rozrzuconych towarów na prowizorycznych straganach, kojarząc się z ujrzanym wczoraj, podwodnym obrazem. Dotykała małych plastikowych figurek do przechowywania uzdrawiającej wody, przeróżnych bibelotów, staroci wygrzebanych z piwnic i strychów, z opuszczonych mieszkań po zmarłych; przeglądała kompletne kolekcje i unikaty. Zapamiętała barwy wiszącej, porcelanowej syrenki, odwracając wzrok od tanich zegarków, serwisów i platerów.

Na końcu alei, za rogiem, przystanęła przed kuglarzem, który siedział na finezyjnie rzeźbionym krześle, trzymając na kolanach wypchaną, niewielką małpę. Słyszała jak refren treść przekazu, tego ubranego w kolorowe łachmany żebraka. Powtarzane słowa - „Wrzuć małpce do gardzieli pieniążek, a zwierze ogon podniesie i problemy miłosne rozwiąże” - sprawiły, że włożyła do jej pyszczka drobną monetę, która wpadła do środka, wydając dźwięk jak talar rzucony na metalową tacę, lub jak pieniądz spadający na dno skarbonki, po czym natychmiast uniósł się małpi ogon, następnie stary błazen podniósł głowę i uśmiechnął się do dziewczyny, pokazując żółte i nieliczne zęby, wykrztusił: „ Dzisiaj żyjesz, jutro gnijesz, panienko”.

Wróciła do domu tą samą drogą. Zjadła kilka pomidorów z serem i mlekiem na kolację, po czym położyła się w ciemności na łóżku. Równo o północy zbudziło ją natarczywe pukanie do drzwi. Po chwili stukanie ustało, a Berenika czuła, że jeśli zaraz znowu nie zaśnie, to serce wybije ostatnią znaną melodię jej krótkiego życia. Chwyciła tylko za boczną deskę przy poduszce, jeszcze bardziej wtuliła głowę i podkurczyła nogi. Zlana potem czekała na świt, wpatrując się w księżyc, który ciążył nad tą okolicą, jak i całym światem, zatrzymując czas.

Jednak zasnęła. Poranne dźwięki dzwonów dodały jej odwagi i zaszczepiły dziwną ciekawość, aby wychylić głowę z mieszkania, jakby echo nocnego pukania wróciło przynosząc zagadkę. Zobaczyła przed progiem wypchaną małpę z rozprutym, rozbitym brzuchem, a obok niej rozsypane na podłodze monety. Uderzyła ją nagła myśl, że musi znowu iść na jarmark i odnaleźć kuglarza. Niestety targ był opustoszały, nie było nawet jego krzesła. Wypytywała kilku przechodniów o żebraka z małpą i ci ludzie mówili, że był bezdomny i zmarł tej nocy na serce i z wychłodzenia.

Powrót do domu był bolesny jak krakanie stad gawronów nad pustymi bezdrożami. Schowane w kątach pamięci, samobójcze uczucie wylazło znowu, jak przestraszony i czujny lis z nory. W mieszkaniu dziewczyna wpatrywała się w sztuczne, futrzane, wyprawione zwierzę, tak wnikliwie, jak w taflę wody nad skarpą przed skokiem. Kojarzyła małpę z pluszową lalką – zabawką z dzieciństwa i pomyślała, że dla niego była czymś właśnie takim oraz jednocześnie żebraczym garnuszkiem czy odwróconym kapeluszem, beretem położonym na chodniku, skrzynią po instrumencie otwartą na datki. Około południa zadzwonił telefon, automat odczytał zapisaną wiadomość: „ Cześć Bereniko, już jutro wracamy do domu, trzymaj się ciepło, pa kochanie”.

Poprzedniej nocy ciemne chmury zasnuły gwiaździste niebo i pełny księżyc ciężarny duszami sprawił, że pory roku i wszystkie miłości przesuwały się szybko w umyśle ulicznego żebraka. Siarczyste mrozy studziły krew na przemian z nieznośnymi upałami, a łyk taniego alkoholu uderzał w samo serce, rozpłomieniając urojone słońce, które ogrzewało tętnice, przeobrażając w jego oczach martwe, egzotyczne zwierzę, niby wełnianego misia z wczesnej młodości, w dziką i żywą, nieoswojoną bestię. Szczury i koty rozpoczęły swe harce, a tępe szczekanie psów chwiało zdrętwiałymi nerwami starca, który kołysał się, podrzucając brzęczący urobek. Podejrzanie ciche i histerycznie coraz głośniejsze rozmowy nieznanych typów w zaułkach bram, zdawały się mówić: „Nie chodź tędy”. Obsiadłe czarnym ptactwem gałęzie drzew na rynku przed kościołem, uginały się od przenikliwego wiatru i cmentarnego, ponurego krakania. Kuglarz kluczył i bredził do samego siebie: „ Idź tam, podążaj za nią po śladach, czujesz? Pamiętasz kolor sukienki, zapach włosów. Jesteś już blisko, u niej będziesz miał ciepło, tylko nie pukaj zbyt długo”.

Rozmyślała nad tym, jak może wyglądać pogrzeb człowieka ulicy i czy choćby jeden jaskrawy kolor kwiatu uświetnia żałobny majestat pochówku. Ostatni grosz żebraka trafił pod jej dom, więc poczuła, że winna jest jemu i sobie uczynić gest małego misterium. Kupiła bukiet zostawiając kwiaciarce pieniądze z żebractwa i zaniosła go na ołtarzyk pamięci w świątyni. Położyła kwiaty obok muszli, która natychmiast narzucała jej nieznośny ciężar niepewności o własne jutro. Zrozumiała, że to, co przyciągnęło ją z powrotem do kościoła jest niewytłumaczalną grą, zwrotnym przekazem tego, co podsuwa jej życie. Mimo tej nagłej świadomości wszelkiej konieczności wzięła jeden kwiat, któremu zaczęła nerwowo odrywać płatki, myślała przy tym o ostatniej radiowej melodii, jednocześnie o skrzypiących drzwiach i o dźwięku pociągu, który właśnie odjechał, zabierając nadzieję, a dzwony z wieży na czas zadzwoniły, zatrzymując wszystkie chęci, natomiast upuszczane płatki spadały pod jej stopy roztrzaskując się o posadzkę. Tylko ciągły stukot obcasów jakoś nie dawał ukojenia. Stała wyprostowana jak po przyjęciu rozkazu od coraz bardziej chaotycznej rzeczywistości i powoli, zaczynając od stóp, zaczął ogarniać ją paraliż. Zaczęła szeptać i mamrotać jak otaczający ją wierni bezładne słowa, które, gdyby je nagłośnić, byłyby krzykiem zdezorientowanego losu bez oparcia. Coraz bardziej przeraźliwy brak uczucia, był jak łomot serca dzwonu, tylko świadomość strachu panowała nad zbliżającą się paniką. Chwila histerii w mgnieniu jej dziewiczego oka zamieniła się w blok grzmiącego zwątpienia, by następnie rozkruszyć się i opaść jak pył na najdrobniejszy skrawek, oblepiając jak winorośl porowate mury i wypełniając wszystko wewnątrz, obracając w proch strukturę, przemieniając i odkrywając tylko to, co istniejące.
Ostatnio zmieniony sob 23 sty 2016, 09:53 przez major sedes, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Mrs Alistair
Dusza pisarza
Posty: 614
Rejestracja: pt 13 lut 2015, 10:11
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Mrs Alistair » czw 21 sty 2016, 23:31

Okrągłe zdania wielokrotnie złożone nieco mnie znużyły
" Łapczywie łapała oddech" - przeoczenie?
"...krzykiem zdezorientowanego losu bez oparcia..."- to chyba dwie odrębne poetyki?

Myślę, że to dobry materiał na słuchowisko.


Pisać może każdy, ale nie każdy może być pisarzem
Katarzyna Bonda

Awatar użytkownika
Rajla
Szkolny pisarzyna
Posty: 29
Rejestracja: czw 23 kwie 2015, 01:23
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Rajla » sob 23 sty 2016, 01:23

nie jest to tekst "w moim klimacie", więc żeby nie uprawiać nadmiernej niefachowej krytyki powiem tylko, że w kliku miejscach raziła mnie... hm, chyba przesadna egzaltacja, w zamierzeniu zapewne wysoce metaforyczna i poetycka, w moim odbiorze nieco "zbyt wprost", np tu:
major sedes pisze:Ten widok był symbolem chaosu jej dotychczasowego doświadczenia.

albo tu:
Powrót do domu był bolesny jak krakanie stad gawronów nad pustymi bezdrożami.


jest kilka zdań do podstawowej gramatycznej korekty:
major sedes pisze:Jasność i nadzieję, z jaką szła do kościoła, zabrawszy muszlę, szumiały jak echo szuwar z nad jeziora.

- a takie proste błędy "bolą" jakoś bardziej w tego typu wyszukanych konstrukcjach... (szumiąca jasność i szumiąca nadzieja? tak, wiem, istnieje coś takiego jak "synestezja", ale tu do mnie zupełnie nie trafia...)

ale najbardziej uderzył mnie element istotny dla całej fabuły, a wprowadzony zupełnie wbrew logice:
major sedes pisze:był bezdomny i zmarł tej nocy na serce i z wychłodzenia.
- zmarł z wychłodzenia? krótkiej, letniej nocy? mało wiarygodne... zatem zmarł na serce - a w takim wypadku samo wpuszczenie żebraka do domu niewiele by mu pomogło, co chyba ma spore znaczenie dla uczuć dziewczyny, która nie otworzyła drzwi...

Nie napisane źle, ale w moim odczuciu ambicje uzyskania poetyckości i głębi poskutkowały w kilku fragmentach banalnymi metodami obrazowania w męczącym połączeniu z nazbyt wyszukanymi metaforami... I w efekcie nie wiem, czy płatki kwiatów roztrzaskujące się o posadzkę w ostatnim akapicie to świadome zastosowanie absurdalnego kontrastu (i czumu miałby on służyć?), czy zwykła językowa niezręczność...
Osobiście radziłabym: na przyszłość spróbuj prościej! Ale ja chyba nie jestem "targetem".



Awatar użytkownika
Natasza
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 5467
Rejestracja: śr 31 sie 2011, 21:11
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Natasza » sob 23 sty 2016, 09:52

major sedes pisze:Tafla wody poniżej była gładka jak stalowa płyta, przez którą chciała dojrzeć swoje życie. Przestrzeń pod stopami ciągnęła jej umysł w dół, podobnie jak grawitacja włada ciałem. Nie spojrzała za siebie. Zostawiła w domu niedokończony list pożegnalny na włączonym komputerze. Niebo było martwe, a przeszłość i przyszłość rozdzielała kropla potu, która zawisła tuż przy końcu nosa, czekająca na zerwanie z życiem.

cały czas jest o tafli! Tak wynika z gramatyki :(
a potem: na czyim nosie zwisała kropla potu?

wrócę tu :)

[ Dodano: Sob 23 Sty, 2016 ]
major sedes pisze: Spadała kilka sekund w czasie, w którym zdążyła jedynie nabrać powietrza do płuc.

sekund w czasie którym?
Całe zdanie jest kiepskie i składniowo, i logicznie.



major sedes pisze:odbiła się, wynurzając na powierzchnię.


tak nie można: jednocześnie odbić się i wynurzyć. Musiała najpierw się odbić - czyli "odbiwszy się"

major sedes pisze:Łapczywie łapała oddech, ale spokojnie unosiła się na wodzie

kiedy oddech jest "łapczywy" nie można "spokojnie się unosić" - żeby "spokojnie" trzeba najpierw uspokoić oddech.

[ Dodano: Sob 23 Sty, 2016 ]
po pierwszej cząstce - pasuję, bo nie podoba mi się narracyjna trampolina - od poetyzmów metafor i porównań, gdzie dajesz egzaltację forte, po składnię opisowo-szkolną w przestawianiu zdarzeń.
Myślę, że szukasz psychologii głębi, ale najpierw musisz popracować nad postawami języka literackiego


Granice mego języka bedeuten die Grenzen meiner Welt.(Wittgenstein w połowie rozumiany)

Awatar użytkownika
Sovbedlly
Zarodek pisarza
Posty: 19
Rejestracja: ndz 31 sty 2016, 14:43
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Sovbedlly » ndz 31 sty 2016, 14:54

Bardzo głęboki tekst, zdecydowanie nie w moich klimatach, ale spodobał mi się. Budujesz momentami klarowne, zrównoważone zdania, ale w innych momentach są za długie, zbyt zagmatwane. Aczkolwiek klimat opowiadania jest bardzo malowniczy i wzbudzające grozę. Świetnie oddajesz emocje bohaterki. Chciałabym jeszcze przeczytać coś Twojego.



Awatar użytkownika
Łukasz10987
Kmiotek
Posty: 6
Rejestracja: pt 05 lut 2016, 23:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Łukasz10987 » sob 06 lut 2016, 00:38

Więc podoba mi się, szarość dnia jesiennego, pociąg, wrony opisujesz ciekawie tę szarość dnia powszedniego, czytam dalej a ty pisz ;D



Awatar użytkownika
rose-em
Kmiotek
Posty: 3
Rejestracja: czw 11 lut 2016, 16:32
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Katowice
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: rose-em » pt 12 lut 2016, 23:37

Tekst interesujący , co prawda nie mój klimat, lecz człowiek rozwija siebie i swoje gusta całe życie. Z chęcią przeczytam jeszcze coś Twojego .




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 8 gości