Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

poeta nr 2015 (II)

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Miggy
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: sob 24 sie 2013, 13:50
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

poeta nr 2015 (II)

Postautor: Miggy » pt 30 paź 2015, 17:47

Ciąg dalszy tego: http://www.weryfikatorium.pl/forum/view ... hp?t=17644
Są tu fragmenty (jeszcze niedopracowane). Jest to raczej demo książki, nad którą pracuję.

(fragment rozdziału drugiego - czyli Ktoś jest jeszcze poetą, trochę o jego szaleństwie)
I
Chciałem umrzeć, jeśli kiedyś miałaby mnie czekać ta piękna przestrzeń. Gdy zobaczyłem białe światło pogrążające mój mózg, uwierzyłem w śmierć. Jeśli żyć, to wśród pięknych widoków i zapachów, myślałem sobie, a za chwilę znów wracałem do myśli, w których życie poświęcałem tworzeniu. W największym oświeceniu stworzyłam najpiękniejsze i istniejące już słowa:
Wszystko jedno. W tamtej chwili chciałem zaśmiać się sobie w twarz. Najpiękniejsza chwila świata działa się właśnie teraz, choć czułem w ciele, że miała minąć już niebawem… W końcu Arcynic, którym byłem, zrozumiało, że jego ciało umarło podczas drugiego upadku, więc pogrążyłem się w dzikiej euforii, patrząc na siebie z punktu widzenia osoby trzeciej. Poznałem Kogoś. Z nim było najgorzej, ale Arcynic go uzdrawiał. Zaczął uprawiać z nim seks. To takie smutne, że musi teraz upaść po raz trzeci i szykować się na śmierć. Choć co mógłby robić na świecie? Czasem wychodził i szedł, a potem wracał i był. Czasem czytał i myślał, a czasem brał i znikał. Myślał, że mieszkanie i ćpanie na takim odludziu jak to, to mini-śmierć. Tu świadomość życia jest abstrakcją. Okazało się, że to mnie nazwano Kimś.
- Pan jest już gotowy?
- Co?
- Wypełnił już pan formularz?
Nie wiedziałem, co mógłbym wypełniać. Barbara prowadziła mnie za rękę i dzięki niej mogłem zobaczyć Jacka. Wyglądał jak detektyw, jak tajny agent z filmów: czarny płaszcz i czarny kapelusz. Myślałem: człowiek idealny. Bardzo mi ta idealność przeszkadzała, więc zacząłem mrugać. Mrugałem i mrugałem, aż zobaczyłem, że świat jest tylko zakrzywieniem. Za każdym moim mrugnięciem Jacek zmieniał postać. Tak działo się zapewne i ze mną. Kim mógłbym być w oczach innych? Borsukiem? Psem? Wystraszonym dzikim zwierzęciem? W końcu uznawałem mowę za obrzydliwą i koniec końców: zostałem niemową. Nigdy nie chciałem się od siebie odwracać, ale czułem już wtedy, że nadejdzie w końcu odpowiedni moment, kiedy będę musiał to zrobić. Każdy dzień przyprawiał o mdłości, tak mocno byłem tym zajęty, że nie zauważyłem, że siedzę obok Jacka. Dotknąłem jego kolana tym, co można nazwać dłonią. Dotknąłem nieznajomej postaci; jak gdybym chciał się tym leczyć.
- Co pan robi? – spytał bez złości w głosie.
- Jacek, nie wygłupiaj się – powiedziała Barbara.
- To pomyłka – powiedział Jacek; perfekcyjnie.
Odwróciliśmy się od niego i zaczęliśmy szukać nowego wyśnionego punktu, do którego można dojść i w nim się zatrzymać. Myślałem: Jacek, Jacek, Jacek, kim jest Jacek, którego nie mogę poznać? Miałem milion uśmiechów na twarzy, gdy szedłem ulicą. Boże, znów się poruszam. Czy kiedykolwiek będę umiał znów odezwać się do Jacka? – myślałem. Powiedziałem na głos jego imię. W tej chwili straciłem całą ludzką nadzieję, która przypisana była mi od urodzenia. Jacek nigdy nie zaistnieje specjalnie dla mnie, mimo to, postanowiłem go szukać. Chwyciłem laskę w dłoń i nie chciałem wątpić. Nigdy, nigdy, nigdy nie zwątpić w życie. Załamię się kiedyś w połowie zdania, zegnę na pół, a laskę włożę do gardła. Czy przyszłość musi przychodzić do mnie tak szybko? Minęło kilka godzin i na ulicy Dąbrowskiego spotkaliśmy Jacka z tektury. Nie wiem, czy to mój wzrok zawinił czy ktoś po prostu wkleił Jacka do mojego świata.
- Jacek!
Odwrócił się do mnie. I jak Boga kocham… co się stało z biednym Jackiem. Jak mogłem krzyczeć do człowieka z tektury! Potargał się! Sam! Urwała mu się głowa, gdy obejrzał się do tyłu. Tak mnie zabolał korzeń, że natychmiast wytrzeźwiałem. Bardzo chciałem złapać Jacka za jego nieistniejący krawat i wciągnąć go do mojej głowy. Ale było to niemożliwe.


II
- Zaproponowali Mi wino pomieszane z żółcią. Odmówiłem przyjęcia go, ponieważ miałem już w Swoim wnętrzu gorycz, jaką napoili Mnie Moi wrogowie – opowiadał mi Jacek. Był lekki i piękny. Brzmiał subtelnie i niebiesko. Miał nie-wyraz oczu, który całkowicie mnie opętał. To małe pnącze, które przylega do mojego nieistniejącego ciała, to właśnie on. Tylko on wie, co powinien z nim robić. Zna mój punkt Ć. To nie jest kochanek, to nad-kochanek. Ta nad-istota nie powinna mieć imienia.
- Wypierdalaj stąd! - Czy coś słyszałem?
Jakiś facet wyrwał mi z rąk krzyż, który mama zrobiła mi na drutach. To dla Jezusa – krzyczał.
- Byłem pierwszy!
- Sam siebie na krzyżu wiesza – zaskrzeczała jakaś baba.
- Pierwszy! Pierwszy! Jezu… - zdenerwowałem się. O co im chodzi, krzyż mi zabierają, ja go nosiłem, jak dziecko w brzuchu, krzyż nosiłem, tyle stacji… - Dawać tę wełnę! Ja się wieszam!
Ale usłyszałem tylko: idź się zaćpaj. Ta sztuczność towarzyszyła mi zawsze i od zawsze. Jaja sobie zrobiłem, że szat nie ubrałem, teraz nie mają mnie z czego obnażyć. Nie dotkniecie mnie nawet jednym palcem! – Krzyczałem do siebie.
- Przyszedłeś tu nago i chcesz zbawiać świat? Czy panu się trochę nie pomieszało? Czy nie jest czasem coś nie tak tutaj? A jak rodzina? Wszystko dobrze? Ale chodź na słówko, dlaczego tak mało się udzielasz? Dlaczego się nie integrujesz? Nie możesz tak wyglądać, wiesz, kochanie? Słoneczko moje, jak w domu? Wyzdrowiałeś już? A kiedy się mama pojawi?


(fragment rozdziału III - Ktoś jest już poetką (czyli nie pisze), jego relacje z rodziną)
Mama wciąż miała do mnie pretensje o to, że powiedziałam, że oddam ją do domu starców. Mówiła, że wszyscy tak uważają, że ja sponsoruję nie wiadomo kogo, że rozdaję pieniądze. Pytałam „kim są wszyscy?”, a ona mówiła: „wszyscy, rozumiesz, wszyscy, każdy, tata”. Rok przesiedziała za granicą ze swoim Spaślakiem, na wakacje mieliśmy jechać do Włoch, a potem miała go rzucić i wrócić do Polski.
- Tyle pomogłam Marchewce, tyle mu pomogliśmy – mówiła, gdy dzwoniła do mnie z Anglii. – Garnków nawet nie oddał tyle czasu, wszystkim pracę załatwiłam, bo to są takie siapsie, nie umią się odezwać, no.
Miałam jej gratulować bezinteresowności.

Niedzielny obiad jedliśmy wszyscy razem. Ja, tata i dziadkowie.
- To trzeba było siurnąć wody! – Słyszałam, jak babcia krzyczy w kuchni do dziadka. – Żeby zupa nie była taka słona!
Siadła potem w pokoju obok mnie i mówiła szeptem: kretyn! Kretyn! Ja z nim nie wytrzymam!

- Maciejowa wraca z Włoch dzisiaj, bo jej córka brała ślub w konsulacie w piątek, a tu czytam... Andrzej Seweryn bierze ślub w piątek we Włoszech w konsulacie! To się pewnie spotkali – mówiła, już przy wszystkich, babcia.
- Także Seweryn... Seweryn... Andrzej Seweryn... No – odpowiedział jej tata. - Człek się obawiał, że te wichury... a tu anomalia – dodał.
Zapadała cisza.
- Śmietana, jaka śmietana... – znowu babcia zaczynała mówić. - Ostatnio nie było, bo podsiadłe przywiozła, a teraz widziałeś, wlałam do garnka i do lodówki, to śmietana się podniosła! A nie jak wtedy... Dał takie... Śmietana NIE WYPŁYNIE jak podsiadło! Alek to lubi takiego ziemniaczka prosto z wody. Lubisz?
- Przydział i koniec. Ktoś rządzi – powiedział nagle dziadek.
- Kartki. Deputat. Przecież w Polsce jak spadło spożycie ziemniaka... Wcześniej to zimniok, zimniok i zimniok – mądrował się Alek.
- Teraz to te frytki – mówiła babcia. Nagle uderzyła dziadka w ramię, nie wiadomo z jakiego powodu.
- Aaa, to na mieście.
- A młode lubią te frytki, frytki…
- Bo Kazik to ile już nie żyje? – spytał nagle tata.
- Kazik to zmarł w dziewięćdziesiątym trzecim roku w styczniu, a Janek w listopadzie.
- Bo wtedy to okna, to jak wyjdę, tak mówił, bo sam mam takie okna, to byś wziął ode mnie. Jechałem do niego, a on, że ja idę do szpitala, w momencie – mówił niezrozumiale i nie wiadomo było, jaki był cel tej jego opowieści.
- Elegancik on był taki, niewysoki, ale elegancik – stwierdziła babcia.
- Do życia!
- On był taki… Halinka to taka… Ale on bardzo przyjazny, lubiany, życzliwy… - wymieniła, licząc na palcach.
- Bardzo!
- A Halina to taka… Z Haliną…
- Ostra! Taka ostra. – Tata wtrącał się w każde zdanie babci, by wykazać się mądrością.
- Bardzo urodna była mimo wszystko.
- Halina jest pięćdziesiąty dziewiąty rocznik, no nie?
Nagle znów zapadła cisza.
- Mi się wydaje, że to Dzidka najładniej z nich wygląda – powiedziała babcia, nie wiadomo do czego się odwołując.
- Po niej wiek taki widać, posiwiała, między nią a Bożeną to rok różnicy, a jakby… dziesięć lat. A ksiądz to wygląda jakby miał piątkę z przodu na przykład.
- Więcej, sześćdziesiątkę. – Jej ton był stanowczy.
- A mąż tej Agnieszki to wrócił do niej z tych Stanów?
- No ja też przecież nic się nie interesuję – powiedziała dumnie babcia. – Ale jeszcze wrócę do tych, do tych spraw takich, no. Jak to się nazywa, co tak w jednym miejscu…
- Bilokacja. To, że jesteś w dwóch miejscach naraz. Święta Rita. – Mówił, jak gdyby były to najważniejsze rzeczy na świecie i do tego najbardziej oczywiste, zwłaszcza dla niego.
- Jesteś tu i jesteś w innym miejscu! W innym świecie, w innym miejscu! – babcia zaczęła wykrzykiwać.
- Święta Rita to Jana Pawła II uratowała przed kulą, co wykręciła rękę tego zamachowca.
- Ale duch? – spytał dziadek.
- Ona żyła! – krzyknęła babcia.
- Ona żyła! – Po babci wykrzyknął tata. - Bilokacja to żyjący przecież. Ona po prostu zmieniła bieg kuli, mówią niemożliwe, wszyscy się dziwili. Kula przeszła i z punktu widzenia nauki to tam jakby ją… część, nie milimetr, a część milimetra i śmierć była stuprocentowa.
- Jest ta książka tu. To takie wiesz naprawdę… Autentyczne.
- A teraz to się nie dzieją różne cuda? – tata spytał swoim filozoficznym tonem.
- No, oczywiście. Wystarczy radio Jasna Góra.
- A Krystian jak ostatnio tu był to zdjęcia mi przyniósł. On to teraz jest tak do Ady podobny… - Imię swojej byłej żony Alek wymówił z prawdziwą pogardą.
- No tak jak u Eli. Czy przykład Romka. Skóra zdjęta.
- Wszyscy się zmieniają, dzieci małe się zmieniają…
- No zwłaszcza jak Romek leżał to tak się do mamy zrobił podobny, taki podobny. Ale jego mama też się zmieniała, jako osoba przecież, przez te choroby. Roztyła się. Ale są tacy, co się nie zmieniają. Alek, kawy byś się napił? A Przemek, taki twój kolega, w przedszkolu razem byliście.
- Tam to były maluchy, średniaki i starszaki. To on dwa lata starszy był, a co?
- A nic, nic.

W wakacje tata zabrał mnie do hipnotyzera, do którego sam jeździł, gdy próbował rzucić picie, no i jak się okazało jeździł do teraz, bo mu się spodobało. Mnie ta hipnoza miała pomóc w moich problemach, które on uważał, że mam. Jechaliśmy do Wrocławia; na obrzeża miasta, gdzie willa stała przy willi. Weszliśmy do jednej z nich, niczym z zewnątrz nieróżniącej się od innych. W środku jednak było nieco jak u bogatych cyganów: złote fotele z czerwonymi obiciami, mnóstwo świecących się kamieni i mała fontanna po środku. Na ścianach wisiały głowy dzików i jeleni, do tego strzelby, lustra ze złotymi ramami, no i wielka kotara. Przed tą kotarą czekali w kolejce ludzie. Na stolikach leżały dyplomy, certyfikaty i książki napisane przez tego hipnotyzera. W pomieszczeniu śmierdziało wilgocią i karmą dla kota lub psa.
Hipnotyzer miał na sobie skórzaną kamizelkę z mnóstwem kieszeni, ciągle wychodził zza kotary i wracał z powrotem. Z góry było słychać krzyki jakiejś kobiety, że ją bardzo boli. Miała chyba złamaną nogę, więc facet ciągle do niej zaglądał; można było usłyszeć jak prawi do niej te swoje pseudomądrości, którymi raczył potem mnie. Mówił przede wszystkim to, że musi boleć. Ona ciągle, że nie chce jeść, nie chce jeść. Na co odpowiedział jej jakiś głos, że nie jest tu od gotowania.
Tata wszedł za kotarę i słyszałam, że mówi , żeby mi hipnotyzer wysłał dobre prądy, że w ogóle chora jest ta moja głowa. A on chciał poddać się hipnozie na bolące ramię, no i jak mu pomogło, jak mu pomogło, ile się potem nasłuchałam. Gdy weszłam po tacie, najpierw przedstawił mi się bioenergoterapeuta o dziwnych pustych oczach; wyglądał jakby żadna myśl mu nigdy nie przeszła przez głowę. Do internetu wstawiał zdjęcia powyginanych widelców, jak zobaczyłam potem. Zaczął oczyszczać mi aurę. Miałam zamknąć oczy, a ręce musiałam rozluźnić; kazał mi nie zaciskać pięści. Nad moim brzuchem trzymał dłonie, jak gdyby zabierał mi jakąś energię. Powiedział mi, że mam zablokowaną czakrę przy gardle. Potem z uświęconą miną dotykał mojej głowy z zamiarem sprawdzenia moich poprzednich wcieleń.
- Co widzisz? – spytał hipnotyzer od niechcenia, chodząc po pokoju i zajmując się czymś innym.
- No, widzę tutaj, Hiszpania, to mógłby być… osiemnasty wiek… Wypadek samochodowy… Silny związek karmiczny z tatą.
- A inne wcielenia? – spytał, ziewając.
- Hm… Widzę, że została zgwałcona przez mężczyznę, który był… hm… szefem. Dlatego się chyba zabiła. Stąd niechęć do mężczyzn.
Potem bioenergoterapeuta usiadł na fotelu i podszedł do mnie hipnotyzer, każąc mi się położyć. Mówił: proszę sobie wyobrazić siebie na zielonej łące albo siebie wśród delfinów… Cały czas miałam lekko otwarte oczy, żeby nie udało mu się mnie zahipnotyzować. Zamykasz oczy… - mówił dalej. – Relaksujesz się… Jesteś zrelaksowana… Szum morza… Jak to widzisz?
- Nie wiem – odpowiedziałam.
- No to łąka, zielona łąka… Zające wąchają kwiaty na łące… Proszę sobie wyobrażać…
- Sikać mi się chce.
Brak reakcji.
- Sikać mi się chce.
- Proszę szybko wyjść – powiedział zdenerwowany.
Gdy wróciłam, kontynuował. W końcu zaczął mówić:
- Jest przy tobie jakaś osoba. – Chwila milczenia. – Młody mężczyzna. – Znów zaczął milczeć, jak gdyby nic nie mógł sobie wyobrazić. – On się utopił. Wpadł do stawu, jadąc na rowerze. – Odwołał się do mojego snu, który opowiedziałam: nagle wpadam do stawu, jadąc na rowerze, a w nim jest pełno karpi. Zawsze śniło mi się to przed świętami. – Ten chłopak – mówił dalej – nie wie, że umarł. Ma na imię Robert. I jesteś z nim silnie związana emocjonalnie. Czy zmarł ci ktoś bliski?
- Prababcia.
Po chwili przerwy zaczął wolno wypowiadać słowa: prababciu, prababciu, przyjdź do niej i zabierz tą zbłąkaną duszę. Kazał mi powtarzać. Miało to wypędzić ze mnie Roberta.


(fragment z rozdziału IV - sława (mieszanie się fikcji z rzeczywistością))
To była dobra chwila, żeby zrobić wszystko. Czytałam Tuwima kiedy tylko chciałam, albo tumiwisizm, albo udawałam, że otwieram książkę. Udawałam sobie, że jestem sobie. Czemu. Miałam swoje służalcze karły; robiły dla mnie wszystko. Jeden z nich był uzależniony od ziemi ogrodowej. Żarł ją i czerniał, potem odrywał tynk ze ścian, wszędzie wtykał język, oczy miał dookoła głowy. Wpuściłam go na działkę do mojej babci, sadził tam sobie ogórki i pomidory. Nie musiał kupować, sadził sobie. Potem mógł zjeść z ogródeczka. Z działeczki. Na działeczce to w ogóle zawsze cuda się działy i było jedno okno z małą firanką, przez które mogłam oglądać wieczność. Wtedy, gdy przez jakiś czas świat był tylko mój. Była też taka karlica o imieniu Dojnica; z Mołdawii. Nawet występowała w filmach. Moja mała aktoreczka. Lubiła, gdy nosiłam ją na baranach. Czasem szłyśmy na salony, ale tylko wtedy, gdy zaproszono nas okrzykiem: „Wpuścić chamstwo na salony!” Szybko okazywałam się bohaterem wieczoru, gdy nałożyłam sałatkę nie temu, co trzeba. To były dobre czasy, przypominałam samą siebie, nie miałam zęba i proszono mnie o autografy. A ja nie wiedziałam czemu chciałam, żeby nazywano mnie ptaszkiem. Do ust wlewano mi tylko wodę sodową. Do głowy nic mi nie uderzało, tylko czyste prochy, które zaczęto mi dostarczać, gdy zrezygnowałam ze stanowiska Piotrusia Pana. Słabo płacili, a teraz najlepsza kokaina, Witkacy by się nie powstydził. A następnego dnia musiałam iść do szkoły.
W szkole zginął dziennik drugiej klasy. Ja zaczynałam trzecią. Nie mieli winnego; oskarżyli mnie.
Oskarżyli mnie, a ja nie wiedziałam, co mam o sobie myśleć, gdy jednego dnia mogłam być sobą, a drugiego kimś innym. Bałam się przyjść do szkoły, ale wiedziałam, że muszę się obudzić, a wtedy się dowiem. No i stało się tak, jak myślałam. Ze strachu skurczyłam się do metra trzydziestu, ale cieszyłam się z tego; może mnie nie poznają – myślałam. Co za paranoje – krzyczała moja głowa, a ja próbowałam uspokajać ją przekleństwami, ale ona swoje: co za paranoje, co za paranoje. I zaczynałam śpiewać już piosenki bezdźwięczne, a brzmiące i pełne. I czułam, że może się stanie z tego mój drugi prawdziwy wiersz. Niestety, obudziłam się w pokoju pani dyrektor, trzymana za łokieć przez profesora Klamkę.
- Druga taka sprawa i trzeba dzwonić do rodziców – powiedziała dyrektorka, myśląc, że jeszcze się nie wybudziłam. – O takich sprawach trzeba jednakowoż osądzać wcześniej, aniżeli… aniżeli – jąkała się – tak, tak… - gubiła się w swoich słowach.
- Dzień dobry –powiedziałam śmiesznie, ni to na żarty, ni na poważnie.
- Dzień dobry – odpowiedziała mi zmieszana.
Zapadła cisza.
- Mogę wyjść? – spytałam grzecznie.
- Wyjść? Wyjść?! – zaczęła krzyczeć dyrektorka. – Teraz? A kto wytłumaczy nam całą sprawę?
- Jaką sprawę? – mówiłam niewyraźnie.
- Wczoraj o godzinie piętnastej pięćdziesiąt trzy zaginął dziennik klasy drugiej liceum. Wiesz coś o tym?
- Nie wiem.
- W takim razie proszę odejść do swojej klasy i czekać na kolejne wezwanie. – Zdenerwowana uderzyła ręką w biurko, co ją nieco zabolało, i wskazała palcem na Klamkę, który miał mnie odprowadzić.
W klasie czułam na sobie spojrzenia wszystkich. Podobno to ona – szeptali. Ale ja, ja odbierałam telefony i wysyłałam smsy. Co mnie mogło dobić w tym czasie, gdy tylko byłam ja i ten telefon. Dziś Dorota Wellman zapraszała mnie do Dzień Dobry TVN, a jutro będą dzwonić z Pytania na śniadanie. Zastanawiałam się, co mam ubrać. Rozważałam wielkie futro z czapką z lisa albo moją koszulę flanelową do malowania, a do tego różowa szminka i różowe cienie do oczu. Trudna i ważna decyzja – myślałam, odczuwając, że to mi się śni, a ja będąc tutaj, nie mogę myśleć, że kiedyś będę tam. Co chwilę zamyślałam się, przez co kompletnie traciłam kontakt z rzeczywistością. Wyobrażałam sobie mój plastyczny nos zrobiony z plasteliny, który mogę lepić w różne kształty, albo moje stopy zdeformowane i wystawione na pośmiewisko całej szkoły, która tylko marzyła o moim upadku. Ale czy ja nie przesadzam – zastanawiałam się nagle. – Może naprawdę ukradłam ten dziennik i sobie to wszystko wymyśliłam. To bardziej możliwe, że to oni mają rację, a nie moja kilkuwymiarowa głowa. Dwa dni później musiałam stawić się na kolejne wezwanie do dyrektorki w sprawie mojej wody sodowej, którą widocznie chciała ode mnie pożyczyć. No i już myślałam, że o tym dzienniku zapomniała, kiedy za tydzień znów prowadzono mnie, trzymaną za łokieć przez Klamkę do wielkiej i wspaniałej pani dyrektor, która chciałaby jak papież w oknie oświadczyć o mojej winie. A ja miałabym klęczeć i klęczeć, modląc się: moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Ale jakoś się uparłam, że się nie przyznam. Miałam głupi kaprys.
Po szkole wpadałam na moment na Tczewską, zajrzeć na produkcję, gdzie przyjmowano mnie jak gwiazdę. Ale już nie takie osobistości ten próg przechodziły – śmiał się do mnie producent. Potem wystarczyło, że wystawiłam rękę, a mój osobisty człowiek do robienia zastrzyków robił to, co powinien. Nie zdążyłam odpowiedzieć nawet dziękuję, bo zginała mi się szyja pod ciężarem tych boskich przeżyć. Tak się cieszyłam, że dzieje się tak dużo, jak gdybym wiedziała, że niedługo mi tego wszystkiego zabraknie. I gdy już wstałam, żeby nieść tą moją pomyloną duszę na tych mizernych łamliwych nogach, pochylona w przód, uderzyłam o ścianę budynku. Ale niosło mnie dalej, choć chwilami zasypiałam na zgiętych nogach, niemalże w połowie przejścia dla pieszych. Przeszłam w tym stanie naprawdę długą drogę, żeby w końcu przed pociągiem zgięło mnie już całkiem obok fotografa i kamerzysty, którzy tam na mnie czekali.
- Niezły towar, hehe – śmiali się, a ich słowa wchodziły do mojego snu.
A ja miałam wrażenie, że budzę się w tym samym miejscu dopiero dwa dni później, ale już idę do szkoły; już nie tak zrobiona, ale nadal jest to ten sam dzień. Nadal błyszczę, świecę, a biją mi brawo, gdy się ukłonię. Ale z dnia na dzień było tego coraz mniej.
Podobno najpierw miałam stawić się w Pytaniu na śniadanie, ale wszystko mi się pomieszało, a kręcili to na żywo. Leżałam w domu przed telewizorem i odpalałam moim karłom papierosy, kiedy nagle prowadząca z wielkim uśmiechem na twarzy powiedziała: Niech ktoś przekaże tej narkomance, że powinna być tu pół godziny temu. No i zaczęli plotkować, że prowadzący czytał na kundelku, że poroniłam, a ona, że ja mam wszyte kilka esperali, dlatego ćpam. Gdy Dojnica to usłyszała, to niemal połknęła papierosa ze śmiechu. Obiecałam sobie, że chociaż o tym Dzień Dobry TVN nie zapomnę.
No i pojechałam tam.
- A teraz rozmowa ze znaną z narkomanii poetką, która, jak widać po twarzy, w ogóle się nie oszczędza. Już kilka kresek poszło, co? – Uśmiechnął się do mnie Prokop. –Ale skończmy te żarty. Napisałaś książkę, tak?
- No – odpowiedziałam.
- Świetnie! Ale przejdźmy do dzisiejszego tematu: jak reagujesz na plotki o sobie? Na te ciągłe złośliwe komentarze w gazetach, telewizji? Jesteś ostatnio na celowniku, no... i każdy ma już dość słuchania o twojej kolejnej zapaści. Skąd to się bierze, powiedz jak myślisz, ta nienawiść, chęć zniszczenia twojej osoby, to musi być bardzo męczące i przykre. Ja wiem coś o tym, o mnie też czasem pisano na tych portalach.
Kamerzysta zaczął pokazywać mi znaki, że mam się odezwać. Jednak siedziałam bez słowa, nie wiedząc czemu.
- A może jeszcze spytam – zaczął znowu Prokop. – Skąd ten pomysł na strój? Widzę tu futro? Prawdziwe? Czapka z lisa, ten makijaż, naprawdę… - zaczął się śmiać. – Oryginalnie, haha!
Milczałam około minuty, aż wreszcie Dorota Wellman zapowiedziała reklamy. Wyszłam i nic nie myślałam o tym, co się wydarzyło, bo nie byłam dobra w myśleniu. Nie chciałam myśleć, sądziłam, że robiłam to zbyt długo, i że to już musi być koniec. Uodporniłam się więc na słuchanie siebie, aż w końcu słyszałam w głowie tylko głuchą ciszę. Wsiadłam do pociągu i wróciłam do Częstochowy.
Ostatnio zmieniony pn 02 lis 2015, 11:24 przez Miggy, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Wolha.Redna
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 1244
Rejestracja: sob 29 sie 2015, 20:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Wolha.Redna » pt 30 paź 2015, 20:49

Podobają mi się fragmenty między strumieniem świadomości a sałatą słowną. Rzadko ktoś umie oddać zaburzenie psychiczne w jego warstwie językowej. Piękne synestezje.
Ogólnie, ten fragment bardzo mi się podoba.


"Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, aby im okazać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi". Pratchett

"Dłubanie w źle wysmażonym kotlecie jest mało rozwojowe" by Rumcajs

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1424
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Gorgiasz » pn 02 lis 2015, 11:24

W największym oświeceniu stworzyłam najpiękniejsze i istniejące już słowa:

Jak dotąd były końcówki rodzaju męskiego (chciałem – zobaczyłem – uwierzyłem – myślałem – wracałem – poświęcałem). No i było ich trochę za dużo.

choć czułem w ciele,

Brzmi nieci dziwacznie.

Myślał, że mieszkanie i ćpanie na takim odludziu jak to, to mini-śmierć. Tu świadomość życia jest abstrakcją. Okazało się, że to mnie nazwano Kimś.

Troszkę za dużo „to”. I jeszcze „tu”.

Borsukiem? Psem? Wystraszonym dzikim zwierzęciem?

Zmieniłbym kolejność: najpierw pies, za nim borsuk, bo to on jest dzikim zwierzęciem.

W końcu uznawałem mowę za obrzydliwą i koniec końców: zostałem niemową.

Tych końców trochę za dużo; uzasadnienia dla dwukropka również za bardzo nie widzę. Może: W końcu uznawałem mowę za obrzydliwą i ostatecznie zostałem niemową.

Odwrócił się do mnie. I jak Boga kocham… co się stało z biednym Jackiem.

Za dużo „Jacka” i aczkolwiek chociaż ma to uzasadnienie, ale jednak trochę razi. To konkretne zdanie napisałbym: I jak Boga kocham… co się z biedakiem stało.

Potargał się! Sam! Urwała mu się głowa, gdy obejrzał się do tyłu.

Urywanie głowy, trochę nie koresponduje z potarganiem. Może „rozerwał się” albo „rozszarpał? I może jakoś nawiązać do jego spłaszczenia, przejścia w byt (w uproszczeniu) dwuwymiarowy?

Odmówiłem przyjęcia go, ponieważ miałem już w Swoim wnętrzu gorycz,

„go” - niepotrzebne.

złote fotele z czerwonymi obiciami, mnóstwo świecących się kamieni i mała fontanna po środku.

„pośrodku”

A on chciał poddać się hipnozie na bolące ramię, no i jak mu pomogło, jak mu pomogło, ile się potem nasłuchałam.

Chciał – czas przyszły, pomogło – przeszły, coś tu nie gra.

Urwała mu się głowa, gdy obejrzał się do tyłu.

Trochę niezgrabnie, aczkolwiek tak się mówi. Trudną obejrzeć się do przodu.

- Mi się wydaje, że to Dzidka najładniej z nich wygląda – powiedziała babcia, nie wiadomo do czego się odwołując.

Teoretycznie powinno być „Mnie”, ale może babcia tak mówi.

kazał mi nie zaciskać pięści. Nad moim brzuchem trzymał dłonie, jak gdyby zabierał mi jakąś energię. Powiedział mi, że mam zablokowaną czakrę przy gardle.

Trzy razy „mi”. Właściwie, wszystkie są niepotrzebne.

Mówił: proszę sobie wyobrazić siebie na zielonej łące albo siebie wśród delfinów…

Usunąłbym drugie „siebie”.

- Jest przy tobie jakaś osoba. – Chwila milczenia. – Młody mężczyzna. – Znów zaczął milczeć, jak gdyby nic nie mógł sobie wyobrazić.

Napisałbym: - Jest przy tobie jakaś osoba. – Chwila milczenia. – Młody mężczyzna. – Znów umilkł, jak gdyby niczego więcej nie mógł sobie wyobrazić.

– Odwołał się do mojego snu, który opowiedziałam: nagle wpadam do stawu, jadąc na rowerze, a w nim jest pełno karpi.

Nie było nic o tym, że opowiadała im jakieś sny.

Do ust wlewano mi tylko wodę sodową. Do głowy nic mi nie uderzało, tylko czyste prochy, które zaczęto mi dostarczać, gdy zrezygnowałam ze stanowiska Piotrusia Pana.

Trzy razy „mi”.

No i stało się tak, jak myślałam. Ze strachu skurczyłam się do metra trzydziestu, ale cieszyłam się z tego; może mnie nie poznają – myślałam.

Powtórzone „myślałam”.

Oskarżyli mnie, a ja nie wiedziałam, co mam o sobie myśleć, gdy jednego dnia mogłam być sobą, a drugiego kimś innym. Bałam się przyjść do szkoły, ale wiedziałam, że muszę się obudzić, a wtedy się dowiem. No i stało się tak, jak myślałam. Ze strachu skurczyłam się do metra trzydziestu, ale cieszyłam się z tego; może mnie nie poznają – myślałam. Co za paranoje – krzyczała moja głowa, a ja próbowałam uspokajać ją przekleństwami, ale ona swoje: co za paranoje, co za paranoje. I zaczynałam śpiewać już piosenki bezdźwięczne, a brzmiące i pełne. I czułam, że może się stanie z tego mój drugi prawdziwy wiersz. Niestety, obudziłam się w pokoju pani dyrektor, trzymana za łokieć przez profesora Klamkę.

Za dużo końcówek „łam”, razi. Dalej też.

Co mnie mogło dobić w tym czasie, gdy tylko byłam ja i ten telefon. Dziś Dorota Wellman zapraszała mnie do Dzień Dobry TVN, a jutro będą dzwonić z Pytania na śniadanie.

Powtórzone „mnie”.

Ale czy ja nie przesadzam – zastanawiałam się nagle.

Jeśli „nagle”, to raczej „zastanowiłam się”. Ale chyba lepiej będzie „zastanawiałam się” bez „nagle”.

Może naprawdę ukradłam ten dziennik i sobie to wszystko wymyśliłam. To bardziej możliwe, że to oni mają rację, a nie moja kilkuwymiarowa głowa.

Powtórzone „to”. Z pierwszego bym zrezygnował.

A ja miałabym klęczeć i klęczeć, modląc się: moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.

Teoretycznie to nie jest modlitwa. Może: A ja miałabym klęczeć i klęczeć, wyznając: moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.

- A może jeszcze spytam – zaczął znowu Prokop.

Lepiej było: „zapytam”.

W odróżnieniu od poprzednich, te fragmenty czyta się dobrze (może w jakimś stopniu z wyjątkiem trzeciego, ale to – przynajmniej po części – wynika z jego specyfiki) i płynnie, zamysł autorski jest dość czytelny, ogólnie tekst budzi zainteresowanie. Trochę zrezygnowałaś ze wspominanej introspekcji, a może raczej przedstawiłaś ją bardziej przejrzyście i wyszło to na dobre. Jest też wspominany oddech, dystans i logiczna, bądź zrozumiała ciągłość w ramach danego fragmentu.

Fragment rozdziału II – w porządku. Człowiek z tektury – bardzo trafne i wiele znaczące przedstawienie. Może dałoby się rozszerzyć i jeszcze uplastycznić ten opis oraz wynikające z tego konsekwencje.
Rozwinąłbym również drugą część z podkreśleniem teologicznych paraleli, ale może jest (albo jest planowane) rozwinięcie, tylko nie zostało zamieszczone.

Fragment rozdziału III (rodzinne rozmowy) mi nie odpowiada, nudno, marudnie i beztreściwie, ale w ramach całości i ukazania pewnych kontrastów oraz problematyki, na pewno do przyjęcia i zapewne pełni określoną rolę.
Wizytę u hipnotyzera bym rozbudował, z wprowadzeniem elementów fantastycznych czy groteskowych – są tu do wykorzystania olbrzymie możliwości.

Fragment IV – go: bardzo dobry, w szczególności znakomity początek.

Ogólnie – podobało się. Dobry tekst. Ale jednak za jakiś czas wróciłbym do niego, bo choć nie sprawia wrażenia programowo niedopracowanego, to pojawia się odczucie, że można jeszcze trochę wygładzić, a zwłaszcza rozszerzyć.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości