Sfery

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
major sedes
Pisarz domowy
Posty: 113
Rejestracja: ndz 02 gru 2012, 12:54
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Sfery

Postautor: major sedes » wt 08 wrz 2015, 00:09

Chciałbym zadedykować ten utwór, wszystkim sierotom zupełnym, którym jak ogarek została rzucona resztka fantazji i poczucia humoru, rzuconym w obcy, pozbawiony miłości świat, który nie stanowi żadnego oparcia. W psychoanalitycznym ujęciu ( o ile mogę sobie na takie pozwolić, mając siebie na uwadze) czegoś wyraźnie brakuje w tekście, a tym jest matka. Rola matki została pominięta i zamieniona/przemieniona do tego, co tylko działa jak matka, czyli właśnie do symboli sfery, archetypu, do tego dziwnego, irracjonalnego czegoś, kształtu, po którym okaże się, że zostaje tylko„mokra plama’. Na początku z niczego powstało coś, po czym z tego czegoś zostało nic, więc także chodzi o zjawisko, a nawet o trwałą pradawną ideę, tj. wyłonienie.

Każda ze sfer jest opisywana niedosłownie, dość lakonicznie, odpowiednio do ładunku i klimatu, jakie niesie samo pojęcie, jedne mają aspekt „gruby”, inne „ulotny”, subtelny; akapity są jak destylacja do lotnych frakcji. Niektóre mają naturę fantastyczną natomiast inne bardziej realną. Groteskowe dialogi i postaci, w tym słabo zarysowany główny bohater, (ale jakże wymowny!) przeplatają sznurem (tj. jakby pępowiną) znaczną odmienność w klimacie i sensie, każdą z intuicyjnie uchwyconych/odczutych sfer i łączą je wspólnym wątkiem.

Miałem do wyrażenia stricte poważną sprawę poczucia pewnego transcendentnego braku, ale forma przybrała niepoważny, odciążający, karykaturalny charakter dla dobra czytelnika. Powaga i śmieszność, filozoficzność czy echa religijności, także motywów Dalekowschodnich i pseudofilozofia zmieszały się. Chciałem przedstawić drogę (bo przestrzeń ucieka tak jak czas), podróż przez różne fazy przestrzeni, przestrzeni wewnętrznych i realności psychicznych, aż do (moim zdaniem) sfery doświadczenia tej finalnej, spełniającej, która jest także woltą, nawiązaniem do początku tekstu. I w ten sposób koło się zamyka, reinkarnacja i transmigracja duszy w samym dziele! Choć chodzi właściwie o zatrzymanie takiego procesu życia, jak to się mówi o „odcięcie pępowiny” w szerokim sensie i zerwanie relacji z czymkolwiek, co jest momentem krytycznym i grozi śmiercią duchową, a nawet biologiczną. Jak się optymistycznie dowiemy zawsze jest to coś, czego nie możemy poznać, czego nie raz desperacko szukamy, co nas „łączy”, nawet gdyby to była woda płodowa, lub negatywnie, choćby stryczek.

Krótko mówiąc, tekst jest odpowiedzią na podstawową potrzebę umiejscawiania, na szalenie trudne, instynktowne pytanie: gdzie? Tą odpowiedź daje się usłyszeć w miejscu jedynie umiejscowionym, stąd tych sfer jest sześć, aczkolwiek przestrzeń można mnożyć i dzielić bez końca, a tam już instynkty zanikają.

To na tyle próby przełożenia opka na metajęzyk, z mojego punktu widzenia. Przyznam, że trochę niezręcznie się czuję, nadając mojej własnej pracy tyle znaczeń i myślę sobie teraz, że popadłem w wątpliwość, czy literacka forma artystyczna jest odpowiednim materiałem dla tego typu problematyki. Czy mi się udało? Oceńcie sami. Zanurzajcie się albo dryfujcie po powierzchni!

Pozdrawiam, major sedes.

„ Sfery”

Łono.

O, jak cicho i ciepło, wszystko takie miękkie, przytulne, jakby wyściełane jedwabiem, baranią wełną czy pluszem; i lekko jest, nic nie ciąży, ważę tyle, co nic, jak piórko na wietrze. O, ktoś mnie pogłaskał, przystawił ucho, ej, co tam się dzieje? Jest tak dużo miejsca, poruszam się i nie czuję wysiłku, jakbym pływał, unosił się w próżni wbrew grawitacji. Poruszam ręką, dłonią, palcem bardzo wolno; jestem podłączony do agregatu przystosowanego wyłącznie do mnie, który zasila mnie spiralnym sznurem w potrzebny, życiodajny tlen, dzięki któremu znam „to ogarniające, pojmujące, obejmujące Coś”. O, podskoczyłem; lekkie wstrząsy łagodzą energochłonne powłoki; jest jak na hamaku, cudnie, komfort pierwsza klasa extra plus. Czas się nie dłuży, tylko ciemność otula delikatną zawartość. Słodko, sam miodzik, temperatura: trzydzieści siedem stopni, idealnie, bosko. Czuje się wybornie. Nie muszę nigdzie iść, zatem wracać mi nie potrzeba.

Ech, robi się coraz ciaśniej, ej, nie ma już miejsca! Co się stało z przestrzenią?! Wszystko gniecie i uciska gnaty. O, widzę światełko, szczelina jakaś, już pora wychodzić, ja nie chcę, oj, jak boli, to kompletna porażka, aaa!
- Poród odbył się naturalnie, bez komplikacji – oznajmił doktor położnik.
- Świetnie doktorze, znowu sukces, pan jest fachowcem, jakiego natura nie znała, brawo! Dostaje pan awans – powiedział dyrektor szpitala.

Kubatura.

- Co robisz, babciu?
- Skarpety robię, wełniane, z włóczki, żebyś miał na chłodniejsze wieczory. Zima ma być ostra – zaczęła bajać babcia, a jej łokcie podskakiwały jak skrzydła ptaka, który dopiero uczy się latać.
- A czemu tak zimno u ciebie? Tam gdzie byłem ja, było dobrze – poczuł i zapytał wnuczek.
- Ech, psia krew, im się nie śpieszy, jeszcze nie palą, a już szósta – powiedziała babcia i przerwała dziergać na drutach, zastygła w bezruchu i krzywy grymas pojawił się na jej twarzy. Wyraźnie pobladła na myśl o mieszkańcach piwnicy.

Stryjenka, żona brata babci, przyszła dwie godziny później i mówiła, że trzeba by było pomalować kaloryfery na biało, ponieważ figura Chrystusa przy kościele jest już biała. Mówiła też, że świeże gazety trzeba wietrzyć za oknem. Babcia wstawiła nowoczesne okna, żeby nie było czuć dymu z okolicznych kominów; każdy zapach tworzył w niej światoodczucie, podobnie jak dźwięki światopogląd. Gdy pokój nie był ogrzewany przykrywała grzejniki kocem, bo mówiła, że od metalu zimno ciągnie. Mościła łóżko z wielką precyzją i niebywałą finezją: dwie poduszki pod głowę, żeby było wysoko, koc pod nogi i przy chłodnej ścianie, jako bariera. Całe to prymitywne, prowizoryczne misterium miało zaspokoić jej potrzebę komfortu i ciepła, którego zasady nie znała. Spała w starzyźnie, w domu nie było żadnego nowego sztućca, koce były zmechacone, a łóżka wygniecione, poduchy zbite na kamień. Nieświadome wspomnienie preegzystentnej wygody podawało impulsy, do ciągłych poprawek pozycji na łóżku, krześle; nie mogła wysiedzieć, kwoka miałaby więcej cierpliwości. Posiadała jeden kożuch, kupiony jeszcze za czasów niezłej prosperity, którego zżerały mole i wazelina w zatęchłej szafie. Jej życie było coraz zimniejsze, ciepłe bambosze i wyciągnięte swetry noszone latem były tylko rozpaczliwym gestem; szósty zmysł przenikał stare kości do szpiku. Psychicznie obumierała z chłodu uczuciowego i braku dostępu do życia prenatalnego. Nie pijała zimnych napojów, grzechem było dla niej „krew mrozić”. Nienawidziła się myć, gdyż sprawiało jej to dużo kłopotu, gdy się spociła dostawała mentalnej gorączki, ponieważ odległe wspomnienie pewnej pracy w upalne żniwa zapisało się w jej pamięci komórkowej. Podczas pogrzebów nigdy nie dotykała ciał zmarłych, ze strachu przed lodowatym odczuciem, przerażającą, namacalną śmiercią.
- A ręce masz jak lody wnusiu, co robiłeś? – zapytała troskliwie babcia.
- Rzeźbiłem w śniegu przestrzeń wewnątrz, heh – żachnął się wnuczek.
- A co takiego? – ciekawość do sztuki jest niemal naturalna.
- Zrobiłem jednego z tych, co ogrzewają kaloryfery tam na dole, troglodytę wyrzeźbiłem, jaskiniowca.
- Czym oni to ogrzewają? – babcia znów spytała.
- Ogniem, płomieniem piekielnym – odpowiedział wnuczek odważnie i ze stłumioną ekstrawagancją, bo wiedział, że układów termodynamicznych i cyrkulacji nie warto tłumaczyć.
- A idź, że ty, ty – wybuchła babcia z powodu rozchwianych nerwów. Wnuczek trafił w jej wierzenia, doprowadzając babcię do białej gorączki.

Czeluście.

Nisko, bardzo nisko i głęboko pracowali troglodyci - łonojaskiniowcy; kilka metrów pod ziemią. Odzwyczajeni od wygód mogliby, gdyby chcieli, siedzieć i pić nalewki na zimnych nagrobkach jak cmentarne hieny. Tymczasem potrzeba zarobku zagnała ich do kotłowni. Ogorzałe facjaty i styrane dłonie ogrzewali wysokimi procentami alkoholu, ich tętnice pulsowały, serca tętniły i pompowały gorącą krew. Ten wysokoenergetyczny metabolizm doprowadzał ich do wychudnięcia. Siedzieli wokół taboretu i rżnęli w karty, a dym z fajek zakrywał ich niewyraźne twarze i bezzębne szczęki. Spali w kątach na kawałkach tektury i styropianu, co jakiś czas podkładając do pieca wysokokaloryczny węgiel. W pewnym sensie dorzucali paliwa sobie i piecowi, który rozgrzany do czerwoności coraz bardziej huczał. Gdy któryś z nich nie wytrzymywał tempa, odpadał z gry i jak upodlone dziecko kładł się skulony w kącie w pozycji embrionalnej, z rękami pod brzuchem i podkurczonymi nogami, jak prehistoryczny pochówek, jak płód w łonie, które już dawno opuścił.
- Zadzwonił do mnie prezes firmy „Życie ma sens”, z biura budowy jaskiń – odezwał się jeden
- A więc zmieniasz robotę, gratulacje, to już duży sukces, masz fart – odpowiedział drugi towarzysz.
- Owszem, to nieźle, cieszy mnie, że opuszczę te czeluście i będę budował następne, będziemy mieć więcej – cieszył się pierwszy z nich.
- Jasne brachu, lepiej jak jest więcej! Jak sobie zbudujecie, to tam na pewno będzie ciepełko i komforcik na ful wypas i higieniczność jak mydło w skarpecie – dopowiedział trzeci z troglodytów.
- A nie wydaje się wam, że to jest nieco, by tak rzec, absurdalne przedsięwzięcie?- zapytał czwarty z nich, który do tej chwili tylko leżał na betonie.
- Nie bardziej niż malowanie stałocieplnych Chrystusów na biało – ripostował pierwszy.
- Nie przesadzajcie, Bóg posiada formę oraz naoczność i jest to wielkim błogosławieństwem dla nas wszystkich – oburzył się drugi.

Otchłań.

Jakże tu cudownie, no naprawdę pięknie jest, mimo, że nie ma, na czym oka zawiesić. Nic nie boli, nic nie czujemy, treść nic nie waży, nie musimy już: rzeźbić w śniegu, pracować w kotłowni, mościć łóżek do snu, przykrywać kocami kaloryferów; nie chce się pić, ani oddychać, nic nas nie uciska, nie drapie; nie ma nic przerażającego, ani absurdalnego, nie mamy nawet swoich ciał. Forma i funkcja straciły na znaczeniu. Tutaj alienacja ma kryształową postać, a radiacja celestialnej sfery zakrzywia swe krańce. Słońce nie wschodzi, nie zamraża oceanów, nie osusza pustyń. Pusto tu jakby, ale niczego nie brakuje, wszystkiego jest w bród, choć niczego nie widać; ten kosmiczny, energetyczny wiatr daje spokój, który wart jest więcej niż wszystkie rękojmie trzech wcześniejszych światów. Światło tu nie świeci, zresztą światła jeszcze nikt żywy nie widział, zatem nie ma: ciemności i cieni. Nie ma też życia, gdyż nie ma przestrzeni. Dopiero tutaj najmądrzejszy wita zgromadzonych.
- Chodźcie kochani, szybciej, chodźcie tu wszyscy, herbatka stygnie, dobra, imbirowa, ciepła – zawibrowała emanacja babci, także do jaskiniowców i doktora położnika.
- Babciu, my już za światami, nas już nic nie czeka – poruszyła się radiacja wnuczka.
- A co z komfortem przyjaznego środowiska, twórczym łonem i żyzną macierzą? – wzruszył się jaskiniowiec.
- Tego już nie ma i chyba nigdy nie było, nie liczy się to, życiodajne źródło wyschło, teraz nigdzie się nie znajdujemy, po prostu dryfujemy jak satelity – powiedział dyrektor szpitala.

In vitro.

No nie, tutaj to jest kompletna lodówka, zimna kaplica, kostnica i dzień sądu w jednym; Nie do wytrzymania zanurzenie po uszy w ciekłym azocie poza ustrojem. Tu diabeł dzieci kołysze; w tym miejscu rozdziera serca zgrzytliwy obrót piekielnych kół w otoczeniu igieł, strzykawek, probówek i kanistrów, pod wszystkowidzącym okiem mikroskopu. Tutaj, jakby tuż obok, cielą się lodowce, gdy rozchodzi się uderzeniowa fala, a wysokie wierze runął jak domki z kart, piękne katedry kruszą się niczym spalona zapałka i atomowy grzyb podziwiają wszyscy z daleka i z bliska na pocztówce. Wszechogarniający zapach dezynfekującego spirytusu przenika nawet do dusz duchownych, którzy odurzeni i oburzeni wychodzą ze swojego błogiego stanu kapłańskiego, zdzierając z siebie szaty w walce o niezdrową fascynację. Laboratoryjne profanum, albo raczej świeckie sacrum; małe zwinne rączki laborantek, jak pewna ręka Stwórcy, zastępują w pracy Ducha Świętego, któremu miliardy razy się udawało, lecz tylko raz naprawdę z sukcesem.
- Tu jest nasz dom – odezwały się nieodparte glosy wszczepionych embrionów.-Pamiętamy lekkie nakłucie, już nigdy tego nie zapomnimy i dlatego będziemy ostrzyć nasze igły, noże i kastety, ponieważ polubiliśmy to. Poczuliśmy ambicję, nasze urojone plany spełnią się; jesteśmy nowym człowiekiem i zrobimy coś takiego, jeszcze nie wiemy, co, ale ziemia jeszcze bardziej zadrży ze zgrozy.

Łono bóstwa.

Och, tak znajome i obezwładniające ciepło, tę formę teraz przybieram, obejmując Ciebie – istniejącą rzeczywistość. Bardzo szeroko ma otwarte oczy i dziką nadzieję. Żywy! W tej świętej realności, w tym boskim doświadczeniu wiruję i tkam każde nowe doznanie. Jestem kosmicznym człowiekiem w łonie bóstwa, mogę kierować wami skinieniem, westchnieniem. Obdarzam treścią wszystko, co się zjawia. Tutaj mostek podnosi zewnętrzna siła, a oddech jest przenikaniem, drzemka na gołej ziemi ukojeniem. Podlegasz mi o, stworzeniu. Rzec można władam wami moje cienie. Jak przenikacie moje kości? Zostańcie w tym o, wieczne świadomości.
- To już po wszystkim? – zapytał wnuczek.
- A co, moglibyśmy wrócić i wcielić się w coś innego, i zacząć wszystko od nowa, ale ty mówiłeś, że nie chcesz wracać i transmigrować, już się nie odrodzisz, bo właśnie to się dokonało, zresztą cel był właśnie tu, tak naprawdę „to” jest powrotem, właściwie przypomnieniem – nareszcie odpowiedziało „ to pojmujące, ogarniające, obejmujące Coś”, które okazało się być wszechpamięcią.
- Ok., wszechświat jest chyba przyjazny, mogę zostać, bo nie mogę odejść, nie jest przecież, aż tak źle, chociaż mój posąg łonojaskiniowca - troglodyty ze śniegu, zdążył się roztopić, została po nim tylko kałuża brudnej wody; mokra, nic nie znacząca plama.
Ostatnio zmieniony czw 10 wrz 2015, 20:42 przez major sedes, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1380
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Gorgiasz » czw 10 wrz 2015, 20:42

Podstawowa sprawa: po jakie licho wpakowałeś tę przemowę, której objętość w przybliżeniu równa jest czwartej części właściwego (?) tekstu?! Pomijając, że zaskakuje samym swoim niedorzecznym istnieniem, to jest pretensjonalna, napuszona i więcej niż niepotrzebna. Tłumaczysz, wyjaśniasz, objaśniasz, klarujesz, opisujesz oceniasz (własny tekst!), wartościujesz, opowiadasz itd. itp. Po co??? Chciałeś coś przedstawić? To przedstaw! A nie pisz przez cały ekran co chcesz zrobić! Najpierw mam przeczytać recenzję i to obszerną - do utworu którego jeszcze nie znam? Tak na marginesie, to udało mi się to dopiero za trzecim podejściem; rzadko ktoś potrafi tak skutecznie zniechęcić do czytania własnego opka. Gratuluję. A użyte słownictwo i frazeologia, są absolutnie nie na miejscu.

Jeśli piszesz jakąkolwiek przemowę, to winna ona być możliwie krótka, konkretna, o charakterze formalnym czy informacyjnym, na przykład informująca czytelnika, że opowiadanie ma charakter historyczny i opiera się na takich a takich, mało znanych dokumentach, albo że jest poświęcone jakiś osobom i wydarzeniom. O kursywie, czy innym wyróżnieniu tekstu, nie wspomnę. A i tak należy się zastanowić, czy nie umieścić tego w przypisach, na końcu. O ile w ogóle.

jakbym pływał, unosił się w próżni wbrew grawitacji. Poruszam ręką, dłonią, palcem bardzo wolno; jestem podłączony do agregatu przystosowanego wyłącznie do mnie,

To płód przed narodzeniem zna pojęcia (na przykład i między innymi) grawitacji i agregatu? Szybko się rozwija.

energochłonne powłoki; jest jak na hamaku, cudnie, komfort pierwsza klasa extra plus. Czas się nie dłuży, tylko ciemność otula delikatną zawartość. Słodko, sam miodzik, temperatura: trzydzieści siedem stopni,

Pojęcie energii też mu nie obce, a i na liczbach oraz skali Celsjusza się wyznaje. Gdzie nam wszystkim do niego...

Nie muszę nigdzie iść, zatem wracać mi nie potrzeba.

A to zdanie muszę pochwalić. Bardzo mi się podoba to – pozornie tak oczywiste – spostrzeżenie.

- Świetnie doktorze, znowu sukces, pan jest fachowcem, jakiego natura nie znała, brawo! Dostaje pan awans – powiedział dyrektor szpitala.

Lekarz odebrał poród, sądząc z wyjątkowo oszczędnego opisu – nieskomplikowany. To ma być sukces za który się dostaje awans?

a jej łokcie podskakiwały jak skrzydła ptaka, który dopiero uczy się latać.

To też ładne porównanie.

Stryjenka, żona brata babci, przyszła dwie godziny później i mówiła, że trzeba by było pomalować kaloryfery na biało, ponieważ figura Chrystusa przy kościele jest już biała. Mówiła też, że świeże gazety trzeba wietrzyć za oknem.

Ciekawe.

Gdy pokój nie był ogrzewany przykrywała grzejniki kocem, bo mówiła, że od metalu zimno ciągnie.

Przecinek po „ogrzewany”.

koce były zmechacone, a łóżka wygniecione, poduchy zbite na kamień.

koce były zmechacone, łóżka wygniecione, a poduchy zbite na kamień.

którego zżerały mole i wazelina w zatęchłej szafie.

który

Jej życie było coraz zimniejsze, ciepłe bambosze i wyciągnięte swetry noszone latem były tylko rozpaczliwym gestem;

„było – były”: powtórzenie

Nienawidziła się myć, gdyż sprawiało jej to dużo kłopotu, gdy się spociła dostawała mentalnej gorączki, ponieważ odległe wspomnienie pewnej pracy w upalne żniwa zapisało się w jej pamięci komórkowej.

Powtórzone „jej”.

Podczas pogrzebów nigdy nie dotykała ciał zmarłych,

To raczej powszechne zjawisko.

- A co takiego? – ciekawość do sztuki jest niemal naturalna.

- A co takiego? – Ciekawość do sztuki jest niemal naturalna.
Napisałbym: Ciekawość w odniesieniu do (względem) sztuki...
Co nie zmienia faktu, że się z tym nie zgadzam. Bo najpierw należałoby zdefiniować sztukę.

- Czym oni to ogrzewają? – babcia znów spytała.

- Czym oni to ogrzewają? – Babcia znów spytała.
Ale naturalniej by brzmiało:
- Czym oni to ogrzewają? – spytała znów babcia.

W pewnym sensie dorzucali paliwa sobie i piecowi,

Niedobre sformułowanie.

który wart jest więcej niż wszystkie rękojmie trzech wcześniejszych światów

O jakich trzech światach mowa?

Światło tu nie świeci, zresztą światła jeszcze nikt żywy nie widział, zatem nie ma: ciemności i cieni.

Dwukropek niepotrzebny.

- Tego już nie ma i chyba nigdy nie było, nie liczy się to, życiodajne źródło wyschło, teraz nigdzie się nie znajdujemy, po prostu dryfujemy jak satelity – powiedział dyrektor szpitala.

W kontekście tego fragmentu, „satelity” brzmią nazbyt technologicznie. Może „meteory”?

No nie, tutaj to jest kompletna lodówka, zimna kaplica, kostnica i dzień sądu w jednym; Nie do wytrzymania

Albo średnik i mała litera, albo kropka i duża.

a wysokie wierze runął jak domki z kart,

???

Wszechogarniający zapach dezynfekującego spirytusu przenika nawet do dusz duchownych, którzy odurzeni i oburzeni wychodzą ze swojego błogiego stanu kapłańskiego, zdzierając z siebie szaty w walce o niezdrową fascynację.

„ze swojego” - do usunięcia.

Podlegasz mi o, stworzeniu.

Nie mam pojęcia, o co chodzi.

Rzec można władam wami moje cienie.

Można rzec: „władam wami moje cienie”.

Zostańcie w tym o, wieczne świadomości.

Zostańcie w tym, o wieczne świadomości.

Krótko mówiąc, tekst jest odpowiedzią na podstawową potrzebę umiejscawiania, na szalenie trudne, instynktowne pytanie: gdzie? Tą odpowiedź daje się usłyszeć w miejscu jedynie umiejscowionym,
Może mam kłopoty ze słuchem, ale nie usłyszałem. I nie przeczytałem również.

Moja ocena tego tekstu jest dość niejednoznaczna. Na pewno przedstawia ciekawy pomysł, są dobre miejsca, spójne, nieprzegadane a przemyślane, ale zbędny patos również się trafia, jak również spory chaos i zlekceważenie szczegółów. Poszczególne fragmenty, generalnie sprawdzają się lepiej lub gorzej właśnie jako fragmenty, krótkie prozatorskie miniatury, natomiast jako połączona całość – nie przemawiają do mnie. Nie widzę zrozumiałej i jasnej nici łączącej, nie wiem jaką myśl chciałeś przekazać, zakończenie kompletnie niejasne, tak jakby czegoś jeszcze brakowało. Jeśli potraktować to jako swoisty eksperyment, to powiedziałbym, że jest interesujący i może stanowić punkt wyjścia do większego i już bardziej dopracowanego opowiadania.



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » pn 25 sty 2016, 21:24

Każda ze sfer jest opisywana niedosłownie, dość lakonicznie, odpowiednio do ładunku i klimatu

gdzie lakonicznie oznacza zwięźle lub krótko. Odpowiednio przeczy temu, gdyż stawia więcej możliwości, niż tylko opis lakoniczny.

Psychicznie obumierała z chłodu uczuciowego i braku dostępu do życia prenatalnego.

przyznaję - to JEST dziwne. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak to ma się odnosić do jej życia (a nawet prologu) i czemu ma służyć. Dziwne, no.

To jest ciekawe z dwóch powodów - każdy "rozdział" przedstawiasz w przyswajalnej formie, płynnej dla mnie w odbiorze i patrząc na te pojedyncze epizody, każdy z nich zawiera ciekawe spostrzeżenia. Całościowo..., hmm..., tutaj narracja gubi mnie - nie widzę powodu, dlaczego skaczesz od jaskiniowców do wnuczka i dalej, prowadząc ten sam sposób przedstawiania wszystkiego. Są też zapożyczenia z języków obcych, niezręczności w metaforach (czy celowe? Dziwny byłby to styl), kilka drobnych błędów; te rzeczy odciągały od tekstu.

Całość nie daje odpowiedzi, której oczekiwałem - nie ma też wolty, a ochoczo zapowiadana rewolucja, w tym przydługim wprowadzeniu, nie nastąpiła. Zresztą, to połączenie, wspomniane we wprowadzeniu, też nie za bardzo jest dla mnie czytelne w tekście właściwym. Podsumowując: ciekawy eksperyment, nieźle poprowadzony, lecz wprowadzenie nadużywa mojego czytelniczego zaufania i zawodzi je z końcem tekstu.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 8 gości