Obiecaj, że nie będzie bolało

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MaciejWojtas
Kmiotek
Posty: 5
Rejestracja: śr 29 kwie 2015, 14:07
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Obiecaj, że nie będzie bolało

Postautor: MaciejWojtas » czw 20 sie 2015, 10:46

Opowiadanie na konkurs organizowany przez Międzynarodowy Festiwal Opowiadania. Zadanie konkursowe brzmiało tak:

Zamawiamy niniejszym dedykowane pisanki-cacanki o objętości wprost proporcjonalnej do zawartości. Niechaj w 3d zogniskują temperaturę czasów, w których nikt nie chce już wierzyć tekstowi na słowo. W zakresie nadsyłki należy ogarnąć sytuację ja, definicję ty, jak również co najmniej kilkuzdaniową encyklopedię relacji pomiędzy nimi. Dozwala się kultywować: skargę konstytucyjną, zwyczajną ściemę, mieszanie szyków, sny. Wskazane są wszelkie rozkojarzenia.
I – gdyby to było niejasne – szukamy autorów nad wyraz słownych.

-----------------------------------------

Obiecaj, że nie będzie bolało

Zawsze starałem się dotrzymywać danego słowa. Choćby nie wiem co.
Zawsze miałem nadzieję, że słowo mi dane – będzie dotrzymane. Choćby nie wiem co.

Obietnica ustna była dla mnie równie niepodważalna jak wieczko słoika z konfiturami, który przeżył powódź stulecia i zardzewiał, a potem zapiekł się na amen.

Obietnica pisemna miała jeszcze głębsze fundamenty. Przypominała te kilkaset ćwierćkilometrowych słupów z betonu, które zanurza się w ruchomych piaskach dubajskiej pustyni przed postawieniem kolejnego drapacza chmur. Była nie do ruszenia.

Niestety – teoria teorią, życie życiem, człowiek człowiekowi wilkiem i właściwie tylko kruk krukowi oka nie wykole. Chociaż przy moim szczęściu, na to ostatnie zanadto bym nie liczył.

Matka

Nie była moją matką. To znaczy była, ale nie biologiczną. Miała wszystko, co mają typowe matki: głowę, ręce, nogi i tym podobne szczegóły, ale jej serce, czyli to czym karmią się dzieci na całym świecie, zdecydowanie nie tańczyło dla mnie. Byłem dzieckiem adoptowanym. Przed zabraniem mnie z domu małego dziecka, moja przyszła matka musiała podpisać stertę papierów i odpowiedzieć na masę pytań. Na koniec miała już tylko złożyć podpis pod klauzulą miłości:

„Zobowiązuję się dbać o [imię i nazwisko dziecka],

kochać go/ją* jak własne dziecko,

a każdego [dzień i miesiąc urodzenia dziecka] wyprawiać mu/jej* huczne urodziny.

Równocześnie oświadczam, że mam kwalifikacje do bycia dobrą matką/ dobrym ojcem*, potwierdzone certyfikatem MR04/12.

[data i podpis opiekuna prawnego dziecka adoptowanego]”

—[*niepotrzebne skreślić]


Dała słowo. Podpisała się. I co? Nic. Ci, którzy wymyślili powiedzenie „papier wszystko przyjmie” musieli chyba pracować w tamtym domu dziecka. Przez następne dwadzieścia lat na własnej skórze przerabiałem konsekwencje feralnego podpisu. Kiedy poznałem już wszystkie możliwe odcienie matczynej miłości, od sinych po krwistoczerwone, byłem gotowy na ucieczkę z domu.

Wreszcie byłem wolny. Miałem nadzieję, że tak będzie już zawsze. Co prawda kilka dni po moim zniknięciu, w mediach pojawiły się komunikaty o niewyjaśnionych okolicznościach śmierci mojej matki, ale nie interesowało mnie to. Miałem inne sprawy na głowie. Chciałem żyć. W końcu. Na sto procent.

Żona

Tańczyłem z radości. Ciepły letni deszcz płynął cienkimi strugami po moim ciele. Czułem się jak bohater bollywoodzkiego filmu „Czasem słońce, czasem deszcz, od czasu do czasu otrzeźwiające gradobicie”. Nie zauważyłem tylko, że nie moknę w deszczu, ale stoję pod rynną marki „Żona”. Przysłowia znowu nie chciały się ode mnie odczepić. Ucieczka z jednej niewoli miała wkrótce zamienić się w nowe pozbawienie wolności.

Ale po kolei.

Szczęśliwi optymiści twierdzą, że znaleźli swoje żony zupełnie przypadkiem. Trzeźwo myślący realiści uważają, że taki był ich plan. Pesymiści z napuchniętymi od płaczu oczami pochlipują, że mieli pecha. Ja należałem kolejno do wszystkich tych grup.

Nie ukrywam, że miesiąc miodowy był boski. W mojej głowie nieustająco pobrzmiewały słowa piosenki: ktoś mnie pokochał, świat nagle zawirował, bo ktoś mnie pokochał – na dobre i na złe. Niestety, po zaskakująco krótkiej fazie romantycznych uniesień, nadjechały buldożery, które starannie wyrównały wszystkie, z takim trudem usypane pagórki miłości. Zmieniłem płytę: i taaaaak warto żyć, i taaaaak warto żyć i taaak… Psychologowie nazywają to zaklinaniem rzeczywistości. Byłem w tym cholernie dobry.

Nasze życie uczuciowe wyglądało jednak teraz jak teren budowy nowego Orlika. Wszędzie glina, syf i bałagan, bo mój budżet się jakoś tak niespodziewanie skończył, a worek z prezentami dla ukochanej sflaczał jak przebity balon propagandy sukcesu. Trybuny od dawna gotowe, gapie typu „teściowa i przyjaciele” stoją za ogrodzeniem i komentują całą sytuację.

Na przeciwległych krańcach budowy dogorywają dwa zmęczone życiem spychacze. W ich bakach nie ma już paliwa, które jeszcze jakiś czas temu sprawiało, że jeden przed drugim popisywał się, imponował pomysłowością, prężył stalowe gąsienice i zdzierał nawierzchnię, dokopując się prawie do jądra Ziemi.

I tak jak spychacze czekały na zastrzyk gotówki, by znów zatankować do pełna, tak samo my – trwaliśmy na swoich pozycjach, licząc na to, że nasze uczucia rozkwitną na nowo. Bezskutecznie.

Powiadają, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Chociaż byłem przy tym, kiedy żona podpisywała dokumenty przedślubne i kiedy obiecywała przed świadkami, że jes, aj du, to cały czas czułem podskórnie, że prędzej czy później nadejdzie katastrofa.

Pewnego ranka moje sejsmometry odczytały łamiącą wiadomość (breaking news): za kilka godzin nastąpi trzęsienie ziemi, którego epicentrum będzie moja żona. Postanowiłem nie czekać, tylko przygotować się atak rozszalałego żywiołu.

Okopałem serce workami z piaskiem, żeby nie zalały go jej toksyczne bluzgi. Zabezpieczyłem oczy deskami, żeby nie widziały tego żenującego widowiska. Wyłączyłem uszy, żeby nie uszkodził ich krzyk wściekłości kobiety, której (słusznie) wydawało się, że została zdradzona przez męża. Byłem gotowy.

Tymczasem śmiertelne uderzenie przyszło z zupełnie nieoczekiwanej strony.

Sędzia

Nie miałem nic wspólnego z zabójstwem matki. To był zwykły zbieg okoliczności – jej śmierć i moja wyprowadzka z domu. Wszyscy o tym wiedzieli. Kobieta, która obiecywała, że nie opuści mnie aż do śmierci – także. Niestety, nie wziąłem pod uwagę, że była już żona ma znajomości w prokuraturze. I że chce z nich zrobić użytek.

Co gorsza, okazało się, że wyznawała zasadę, która mówi, że zemsta najlepiej smakuje na zimno. Tak czy inaczej to ja miałem pełnić rolę głównego dania na tej najważniejszej imprezie w moim życiu.

Sędzia dał mi słowo, że jeśli powiem prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, to wyjdę z budynku sądu bez żadnych przeszkód. Będę wolny jak ptak. Prawdę mówiąc, po tym wszystkim naprawdę czułem się jak ptak. W pewnym sensie sędzia dotrzymał danego mi słowa. Szanuję go za to.

Szkoda tylko, że zamiast orła szybującego po niebie, przypominałem raczej kurę z chowu klatkowego, która całe życie męczyła się niemiłosiernie, by dopiero na końcu móc rozprostować kości, stojąc w kolejce do utylizatora.

Proszę siadać

– Teraz już wiesz wszystko. Przepraszam, że to tak długo trwało, ale musiałem to z siebie wyrzucić. Odetchnąłem głęboko. Trochę z ulgą. Na tyle, na ile można sobie było pozwolić w mojej sytuacji.

– To chyba najdziwniejsze ostatnie życzenie skazańca, jakie tutaj słyszałem. Ciekawa historia… Taka żona… Co za pech… – pracownik więzienia okręgowego patrzył na mnie z nieskrywanym współczuciem.

– Mam jeszcze jedno życzenie, jeśli można. Obiecaj, że nie będzie bolało.

– Nie ma sprawy, dam ci to nawet na piśmie…
Ostatnio zmieniony czw 20 sie 2015, 19:22 przez MaciejWojtas, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Jacek Łukawski
Pisarz
Pisarz
Posty: 629
Rejestracja: pn 04 maja 2015, 13:57
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Świętokrzyskie
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Jacek Łukawski » czw 20 sie 2015, 15:48

Podoba mi się pomysł, ale jego przedstawienie nie przekonuje do końca. Skoki czasowe są trochę zbyt brutalne i rwą fabułę. Sądzę, że mogłeś wycisnąć więcej z tego pomysłu i "wgnieść czytelnika w fotel", a tak pozostaje niedosyt (formy nie treści). Niemniej wcale nie uważam czasu poświęconego na czytanie za stracony. Pozdrawiam



Awatar użytkownika
MaciejWojtas
Kmiotek
Posty: 5
Rejestracja: śr 29 kwie 2015, 14:07
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: MaciejWojtas » czw 20 sie 2015, 16:14

Bardzo dziękuję za merytoryczną opinię :)

Zgadzam się, że niedosyt jest. Jak to zwykle bywa przy okazji startu w konkursach - zabrakło mi czasu (deadline naglił). Stąd taka, a nie inna forma.



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4276
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Rubia » czw 20 sie 2015, 19:19

Jest nieźle, a byłoby lepiej, gdyby nie różne niespójności w warstwie fabularnej.

MaciejWojtas pisze:Przed zabraniem mnie z domu małego dziecka, moja przyszła matka musiała podpisać stertę papierów i odpowiedzieć na masę pytań. Na koniec miała już tylko złożyć podpis pod klauzulą miłości:

Otóż nie. Decyzję o adopcji podejmuje sąd rodzinny na normalnej rozprawie sądowej i żadnych deklaracji miłości nie wymaga. Ale nie czepiam się tego detalu, gdyż, jak rozumiem, chodzi o kontrast pomiędzy werbalną deklaracją a późniejszym postępowaniem matki.
MaciejWojtas pisze:Nie miałem nic wspólnego z zabójstwem matki. To był zwykły zbieg okoliczności – jej śmierć i moja wyprowadzka z domu. Wszyscy o tym wiedzieli. Kobieta, która obiecywała, że nie opuści mnie aż do śmierci – także. Niestety, nie wziąłem pod uwagę, że była już żona ma znajomości w prokuraturze. I że chce z nich zrobić użytek.

Ale tutaj jest już gorzej. Skoro "wszyscy wiedzieli", łącznie z żoną, że Twój bohater był niewinny, to znaczy, że jednak miał jakieś alibi, które usunęło go z grona podejrzanych. Przecież musiał być pierwszy na liście potencjalnych zabójców, jeśli zniknął z domu! Prawdziwego zabójcy nie znaleziono, ale żeby wznowić śledztwo, potrzebne są nowe okoliczności, a nie tylko znajomość byłej żony z prokuratorem. Brakuje mi tu czegoś, co wprowadza nagły zwrot akcji, jakiegoś łamańca, który by sprawił, że bohater - nadal niewinny - zostałby jednak skutecznie oskarżony o matkobójstwo i skazany. Sama chęć szczera ze strony mściwej połowicy to jednak zdecydowanie za mało, bo poza prokuratorem jest jeszcze policja prowadząca wznowione śledztwo oraz sędziowie, którzy wydają wyrok. Jest adwokat, sąd apelacyjny, wreszcie prośba o ułaskawienie. I co, wszyscy dali się omotać byłej żonie? Nie chodzi tu jedynie o naciaganie realiów życia, lecz o konsekwencje dla samego opowiadania: brak mu napięcia. Bo to zła kobieta była, mówi narrator, czytelnik musi mu wierzyć, ale zła kobieta niczym właściwie się nie wykazała. Znajomy prokurator może być elementem dobrze pomyślanej intrygi, lecz jej nie zastąpi.
MaciejWojtas pisze:Sędzia dał mi słowo, że jeśli powiem prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, to wyjdę z budynku sądu bez żadnych przeszkód. Będę wolny jak ptak. Prawdę mówiąc, po tym wszystkim naprawdę czułem się jak ptak. W pewnym sensie sędzia dotrzymał danego mi słowa. Szanuję go za to.

A to, to już taka typowa gra autora pod publiczkę. Umowa sędziego z oskarżonym byłaby dobra, gdyby w grę wchodziła jakaś bardzo skomplikowana sprawa z wieloma sprawcami. Jedna płotka wyśliźnie się, zostaną grube ryby. A tutaj, załóżmy: bohater przyzna się, że zabił matkę - i co, sędzia go wypuści, bo powiedział prawdę, całą prawdę, itd?

Na korzyść Twojego opowiadania działa natomiast narracja: szybka, potoczysta, obrazowa. Tu i ówdzie przydałyby się jakieś skróty.
MaciejWojtas pisze:Miała wszystko, co mają typowe matki: głowę, ręce, nogi i tym podobne szczegóły, ale jej serce, czyli to czym karmią się dzieci na całym świecie, zdecydowanie nie tańczyło dla mnie.

Podkreślone - zbędne. Raz, że banał, dwa, że tańczące serce, którym karmią się dzieci, to zdecydowanie za wiele. Przynajmniej dla mnie.
MaciejWojtas pisze:Kiedy poznałem już wszystkie możliwe odcienie matczynej miłości, od sinych po krwistoczerwone, byłem gotowy na ucieczkę z domu.

A to mi się spodobało.
MaciejWojtas pisze:Nasze życie uczuciowe wyglądało jednak teraz jak teren budowy nowego Orlika. Wszędzie glina, syf i bałagan, bo mój budżet się jakoś tak niespodziewanie skończył, a worek z prezentami dla ukochanej sflaczał jak przebity balon propagandy sukcesu.

Trochę tego za wiele. Może byś pominął przynajmniej przebity balon propagandy. Czytelnik naprawdę nie czeka na kilka metafor i porównań w każdym zdaniu.
MaciejWojtas pisze:Pewnego ranka moje sejsmometry odczytały łamiącą wiadomość (breaking news): za kilka godzin nastąpi trzęsienie ziemi, którego epicentrum będzie moja żona. Postanowiłem nie czekać, tylko przygotować się atak rozszalałego żywiołu.

Chyba lepiej, żebyś się wyangielszczał bez tłumaczeń, jeśli tak Cię kuszą zwroty obcojęzyczne. Bo łamiąca wiadomość to jednak potworek językowy.

Generalnie - przeczytałam z zaciekawieniem.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
MaciejWojtas
Kmiotek
Posty: 5
Rejestracja: śr 29 kwie 2015, 14:07
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: MaciejWojtas » czw 20 sie 2015, 19:50

Temat trochę sądowy, więc przystępuję do obrony ;)

1) Serce, które tańczy dla mnie - to nawiązanie do tytułu przeboju disco polo.

2) "Przebity balon propagandy sukcesu" komponuje się z hasłem "Orlik" kilka wyrazów wcześniej.

3) Łamiąca wiadomość - to celowy zabieg, termin funkcjonuje na różnych forach, fanpejdżach na Facebooku.

4) Błędy w warstwie fabularnej - z jednej strony tak (fakt, nie wyłapałem ich), ale z drugiej - to jest swego rodzaju spowiedź człowieka, który za moment zasiądzie na krześle elektrycznym, więc trudno w takich chwilach o trzeźwy osąd (wiem, trochę naciągam, bronię się :)

@Rubia: ogromnie dziękuję za opinię i poświęcony czas (zwłaszcza za czas, bo to dziś towar bardzo deficytowy)



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4276
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Rubia » czw 20 sie 2015, 22:03

MaciejWojtas, masz oczywiście prawo, żeby bronić swojego tekstu. Ale:
MaciejWojtas pisze:to jest swego rodzaju spowiedź człowieka, który za moment zasiądzie na krześle elektrycznym, więc trudno w takich chwilach o trzeźwy osąd

Co mówi bohater i w jakich okolicznościach, to jedna sprawa. Może mówić chaotycznie i niespójnie. Ale jego historia musi być spójna, nawet jeśli nie jest opowiedziana starannie i w całości. To jest zaplecze tego, co pojawia się w tekście. Im dokładniejszy, bardziej nasycony realiami życiorys bohatera (wymyślony przez Ciebie, niekoniecznie opowiedziany), tym mniejsze prawdopodobieństwo, że w narracji pojawią się różne wpadki. Jako autor musisz mieć pewien zapas biografii nie opowiedzianej.

I jeszcze taka sprawa: w tekście jest pełno odwołań nie tylko do polskich przysłów, ale również tekstów piosenek (najstarszy to Skaldów) oraz rodzimych realiów niedawnych (Orliki) i dawniejszych (gierkowska propaganda sukcesu). I raptem, ni stąd, ni zowąd, krzesło elektryczne - rekwizyt z zupełnie odmiennej rzeczywistości (na szczęście, piszesz o tym jedynie w komentarzu). Rozumiem, że organizatorzy konkursu zachęcali wręcz do przekraczania ograniczeń wyobraźni, pytanie tylko, jaki jest efekt takiego połączenia. Otóż, jest mało świetny: im więcej szczegółów, wiążących opowiadaną historię z konkretnym miejscem i czasem, tym większy zgrzyt przy próbach wprowadzenia elementów również realistycznych, lecz z innego miejsca albo czasu (to nie dotyczy wątków i motywów fantastycznych, baśniowych, groteski) W ten sposób powstaje dość wątpliwy misz-masz, który nie ma walorów metafory ani przypowieści. Dlatego już sama kara śmierci w tych realiach wydaje się dosyć problematyczna, i dobrze, że krzesło jednak pozostało w ukryciu.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
MaciejWojtas
Kmiotek
Posty: 5
Rejestracja: śr 29 kwie 2015, 14:07
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: MaciejWojtas » pt 21 sie 2015, 06:39

Rubia pisze: im więcej szczegółów, wiążących opowiadaną historię z konkretnym miejscem i czasem, tym większy zgrzyt przy próbach wprowadzenia elementów również realistycznych, lecz z innego miejsca albo czasu (to nie dotyczy wątków i motywów fantastycznych, baśniowych, groteski) W ten sposób powstaje dość wątpliwy misz-masz, który nie ma walorów metafory ani przypowieści. Dlatego już sama kara śmierci w tych realiach wydaje się dosyć problematyczna, i dobrze, że krzesło jednak pozostało w ukryciu.


Rubia - masz tutaj 100% racji. Rzeczywiście, będę musiał zwracać na takie rzeczy większą uwagę. Jeszcze raz dziękuję za konstruktywne uwagi.




Wróć do „Archiwum Miniatur”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości