Wywiad/Krótkie opowiadanie/Kryminał

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Emigre
Zarodek pisarza
Posty: 17
Rejestracja: pn 31 paź 2011, 09:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna

Wywiad/Krótkie opowiadanie/Kryminał

Postautor: Emigre » śr 29 lip 2015, 17:50

WWWPoniższy tekst jest tak zwanym odgrzewanym kotletem. Zamieściłem go kiedyś - wiele lat temu - na jednym z literackich portali, który (o ile się nie mylę) chyba już nie istnieje. Opowiadanie nie jest więc żadną nowością i tuła się ono po Internecie od wielu już lat. ;D Niemniej jednak, chciałem je tutaj zamieść ot tak sobie, dla rozrywki po prostu


Wywiad


WWWŻe co!? Że niby chcesz pan zrobić ze mną wywiad!? Coś pan! Żarty pan sobie ze mnie stroisz!? Ja myślałem, że my będziemy rozmawiać o czymś innym... Co? Pan jest dziennikarz!? Co mi pan tutaj za bzdury opowiada!... Ja się denerwuję!? A jak mam się nie denerwować! Przecież z policji możesz pan być! Panie, w dzisiejszych czasach to nigdy nic nie wiadomo. Różne to oni sztuczki teraz stosują: prowokacja, zakup kontrolowany, podsłuch... Mówisz pan, że nie powinienem się niczego obawiać? Dobra, dobra! Przestań mi pan tą legitymacją przed nosem machać. Nie widzisz pan, że prowadzę?

Jak!? Jest pan gotowy zapłacić za to pieniądze!? Naprawdę? A ile? Pięć tysięcy. Ooo, to ładna sumka. Mówi pan o Euro, czy o dolarach? Pięć tysięcy złotych!? Pan chyba kpiny sobie ze mnie urządza! Tyle to ja w ciągu jednej nocy potrafię wydać... Że redakcji nie stać było na więcej!? Co za redakcji? Nie powiedział pan chyba wszystkim w redakcji, o naszym spotkaniu? Nie? Aha, no to w porządku. Rozumiem, nie chciał pan niczego wyjawiać kolegom, bo... No tak, ma pan rację. Różne to teraz świnie są. Któryś z kumpli mógłby podchwycić temat i wtedy dupa zimna. Tak, tak, wyścig szczurów na całego.

Wywiad, powiadasz pan... Mmm... Ale pan chyba rozumie, że ja nie nogę tego zrobić bo... Że zmieni pan co poniektóre detale? No tak, ale widzisz pan, to nadal jest dla mnie zbyt ryzykowne. Tak, ja wiem, że informacje które posiadam, mogą rozplątać parę niewyjaśnionych spraw, ale... Że co? Że ten artykuł pozwoli panu rozwinąć skrzydła? Na serio!? No tak, rzeczywiście grasz pan ze mną w otwarte karty. Nie ukrywasz pan tego, że moja spowiedź pomoże panu w zrobieniu kariery. No nie wiem... Tego typu opowiastki mogą zaszkodzić nie tylko mnie, ale również i innym. Niektórzy z moich klientów mogą być z tego bardzo niezadowoleni. Co? Nie muszę opowiadać o swoich klientach? Poważnie!? No tak, to rzeczywiście zmienia postać rzeczy, ale...

Mówi pan, że nie interesują pana szczegóły!? No to, co pana interesuje? Tylko ogólne informacje na temat co poniektórych spraw. A skąd pan wie, że ja mam z tymi sprawami cokolwiek wspólnego? No tak, może to i racja. Jeśli nawet nie mam, to mogę wiedzieć więcej aniżeli policja, albo pro... Serio!? Jest pan gotów dorzucić jeszcze dwa tysiące?!? I to z własnej kieszeni!? Cholera! Ale z pana twardziel. Co? Pyta mnie pan o początki mojej kariery!? Kurcze, ciekawski z pana człowiek... Mówi pan, że jest to panu potrzebne do tego aby nakreślić portret człowieka, który wykonuje tego typu robotę? Panie, ale ja nie mam ochoty robić sobie żadnych portretów, bo... Aha, to jest tylko taka przenośnia. Rozumiem. Mmm... Naprawdę nie wiem, co panu powiedzieć. Będę się musiał nad tym trochę zastanowić. Jak pan zapewne wie, w moim zawodzie ostrożność jest raczej wskazana. No widzisz pan, teraz już pan rozumie dlaczego kazałem panu zmieniać taksówki i jeździć po całym mieście przez dwie godziny. Musiałem się upewnić, że jest pan naprawdę sam. Dlatego też poprosiłem Leopolda o to, aby dał panu tę komórkę i... Kto to jest Leopold? No jak to kto!? To ten stary barman z którym rozmawiasz pan od ponad miesiąca i prosisz go pan o pomoc w załatwieniu pewnej, „delikatnej”, sprawy...

Co? On powiedział panu, że ma na imię Andrzej? O, to ja bardzo przepraszam. Może rzeczywiście on jest Andrzej. Leopold to takie trochę staroświeckie imię. Andrzej? Leopold? A kto go tam wie. Ja znam go jako Leopold i niech tak już zostanie.
Ma pan ochotę coś zjeść? Nie. Ok, to może ja wpadnę do tego Mc Donalda... Którego? No tego tutaj... Tego zaraz za rogiem. Widzi pan? No to fajnie. Wjedziemy sobie spokojnie na parking, zaparkujemy na uboczu i... Coś się pan tak wystraszył? Panie! Bądź pan poważny. Zobacz pan ile ludzi się tutaj kręci. Środek dnia, a pan gaciami trzęsiesz. Pyta mnie pan, czy już się zastanowiłem? Ależ pan w gorącej wodzie kąpany. Dobra. Jak chcesz pan ze mną rozmawiać, to wyciągaj pan z kieszeni te wszystkie swoje gadżety. Telefon komórkowy, dyktafon i cokolwiek pan tam jeszcze ma. Czy może pan robić sobie notatki? A co, nie będziesz pan tego w stanie zapamiętać? Nie? A ja myślałem, że wy, dziennikarze, jesteście do tego jakoś tak... No nie wiem... Specjalnie wyszkoleni czy co. Nie? Nie jesteście? No dobra, zatrzymaj pan sobie ten notes i ołówek. Resztę włożymy do mojego specjalnego neseserka i... O świetnie. Widzę, że znasz się pan trochę na rzeczy. Baterię z telefonu pan wyciągasz, kartę SIM też... Nie zapomnij pan też o dyktafonie. Ciekaw pan jest, co to za neseserek? A taki tam sobie. Dostałem go kiedyś w prezencie. Żadne sygnały przez niego nie przechodzą. Hermetyczny? Nie wiem, może i hermetyczny. Zrobiony jest z jakiegoś specjalnego metalu, który niczego przez siebie nie przepuszcza.

James Bond, mówisz pan. Eee, to lekka przesada. Tak wysoko to ja jeszcze nie stoję. Zresztą, James Bond to tylko film, a my tu o realiach będziemy rozmawiać. Pan wybaczy, ale będę musiał pana jeszcze przeszukać. Dlaczego? No bo chciałem sprawdzić, czy nie ma pan przy sobie jakiegoś magnetofonu. Powinienem panu zaufać? Może i powinienem ale, tak jak już wcześniej mówiłem, ja jestem ostrożny człowiek. Co? Głupio się pan czujesz? Że niby ludzie sobie pomyślą, że my to dwa pedały, co się w samochodzie obmacują? A niech sobie myślą. Pedały też ludzie. Swoje potrzeby mają. Mnie tam oni nie przeszkadzają. Ja lubię kobiety, a oni lubią siebie. W takim układzie jest więcej kobiet dla mnie, ha, ha, ha. W porządku, jest pan czysty... Nieee, ja nie o tym mówiłem. Wiem żeś się pan kąpał. Przecież czuję... Tak, rozumiem, zdenerwował się pan trochę. To całkiem normalne. Żaden facet nie lubi, jak go drugi chłop po jajach obmacuje, albo, ma się rozumieć, po interesie łapą mu jeździ. Ale czego to się nie robi dla kariery, no nie? Ok, nic pan przy sobie nie ma. Aha, pokaż mi pan tę swoją legitymację. Ooo, rzeczywiście prawdziwa.

No, no, no. Widzę, że dla poważnej gazety pan pracujesz. A ja myślałem, że z pana to jakiś przeciętny pismak. No tak, to prawda, ta gazeta swoją renomę ma. To trzeba przyznać... Pyta pan, czy ja dużo czytam? A wie pan, chyba tyle samo co wszyscy. Telewizję lubię najbardziej. Tak, ma pan rację, piłkę nożną lubię najlepiej. To co, jedziemy dalej? Że niby zapomniałem kupić sobie coś do jedzenia? A wie pan, odechciało mi się. Może wpadniemy do jakiejś porządnej restauracji i tam pogadamy? Nie lubi pan tłoku. Rozumiem. Wie pan co, ja znam taką małą knajpkę na obrzeżach miasta. Tam na pewno nikt nam nie będzie przeszkadzał. Tak, przychodzi tam trochę ludzi. Najczęściej w weekendy. Teraz jest środek tygodnia i...
No popatrz pan! Co za cham! Kto takiemu dał prawo jazdy!? Zajechał mi bydlak drogę i jeszcze udaje że mnie nie widzi! Mówi pan, że nie powinienem się tak denerwować? Może to i racja. Lekarz powiedział mi to samo. Ale wie pan jak to jest, lekarz swoje, a ja swoje. Jak nerwowy byłem, tak jestem. Niepotrzebnie? Może i masz pan rację. Ponoć to źle wpływa na ciśnienie... Co? Chce pan żebym zaczął już opowiadać. A nie chce pan poczekać, aż dojedziemy na miejsce? Ależ pan niecierpliwy...


WWWPyta mnie pan, jak zacząłem swoją karierę? No wie pan, to był raczej przypadek. Miałem wtedy może czternaście lat i nic, tylko głupoty były mi w głowie. Ojciec, jak wielu innych, lubił sobie trochę wypić i... Dzisiaj nazwaliby to rodziną patologiczną, ale wtedy... Wtedy to nikt się tym nie przejmował. Nawet gliniarze mówili ojcu, żeby matki tak często nie okładał. On kiwał tylko głową i po kilku tygodniach robił znowuż to samo. Czy miałem trudne dzieciństwo? Może i miałem. Zresztą, wszyscy dokoła mieli tak samo. Taki na przykład Bartek, mój rówieśnik. Pojawił się na Pradze może z rok wcześniej. Przeniósł się z matką z Żoliborza. Ojciec zostawił ich dla jakiejś młodej lafiryndy i przepadł gdzieś później bez wieści. Ani alimentów, ani nic.
Bartek zamieszkał u swoich dziadków i widać było, że nie jest z tego zbyt zadowolony. Aż go nosiło aby komuś przyłożyć. Za co? A za nic. Zawsze znalazł się jakiś powód, aby dać komuś po mordzie. Po co? A bo ja wiem? Tak dla zasady chyba. Mnie wtedy też nosiło. Może nawet więcej niż jego. Najbardziej działali mi na nerwy tacy maminsynkowie, którzy jeździli na fajnych rowerach; czyli na modnych wtedy kolarzówkach. Ja chciałem naparzać po ryju każdego, kto tylko nawinął się pod rękę. Bartek był jednak mądrzejszy. Patrzył na wiele spraw bardziej praktycznie.

Obić maminsynkowi ryja i zabrać mu rower, to żadna sztuka. A później co? Jak jeździć czymś takim po ulicy? Przecież każdy pozna, że to jego. Bartek wpadł więc na inny pomysł. Na jego starej dzielnicy mieszkało kilku takich dupków, którzy — jego zdaniem — nie zasłużyli nawet na to, aby takie rowery dotykać. Co poniektórzy z nich, trzymali te rowery w piwnicach. Bartek wiedział w których. Wystarczyło wziąć ze sobą porządny śrubokręt i drzwi stały dla nas otworem. Jak uzgodniliśmy, tak zrobiliśmy.
Któregoś dnia, wieczorem, pojechaliśmy autobusem na Żoliborz i przycupnęliśmy tam na małej ławce pomiędzy domami. Chcieliśmy poczekać aż zrobi się ciemno. Nagle, nie wiadomo skąd, stanęło przed nami trzech dryblasów. Największy z nich wyskoczył do nas od razu z mordą. Pytał, co tutaj robimy. Bartek odpowiedział mu trochę niegrzecznie. Inny, stojący naprzeciw Bartka byczek, skoczył na niego od razu z pięściami. Bartek był jednak szybszy. Zrobił unik, dowalił mu z kopa w jaja i pognał sprintem przed siebie. W tym samym momencie, ten największy z nich, popełnił niewybaczalny błąd. Jaki? A odwrócił wzrok ode mnie. Nie wiele myśląc, wyciągnąłem śrubokręt z kieszeni i pchnąłem go kilka razy w brzuch. Zanim buraki zorientowały się co jest grane, ja gnałem już w tym samym kierunku co Bartek.

W porządku był z niego kumpel; poczekał na mnie za rogiem. Dzięki Bogu, że to zrobił, bo inaczej to by mnie tam na pewno dopadli. Jednak Bartek znał ten teren jak własną kieszeń i dobrze wiedział gdzie się schować.
Co się stało z tym drabem? A zmarł nieszczęśnik w szpitalu. Jeszcze tego samego dnia. Nawet przytomności nie odzyskał. Co wtedy czułem? No wie pan, ciężko powiedzieć co czułem. Wiadomo, bałem się, że mnie złapią. Bartek powiedział mi jednak, że żaden z tych buraków go nie znał. Zresztą, on też ich przedtem nigdy nie widział. Pomimo wszystko cykora miałem przez całe lato. Kiedy jednak minęły wakacje i nikt się mną nie zainteresował, to zrozumiałem, że uszło mi to po prostu na sucho. Od tego dnia, przyjaźń pomiędzy Bartkiem i mną jeszcze bardziej się zacieśniła.

O popatrz pan, jesteśmy już na miejscu. Widzisz pan jak tutaj pusto. To co, może usiądziemy sobie przy tym stoliku pod oknem, co? Tak, przy tym. Wypije pan coś? To fajnie... Ja? No nie, ja nie mogę. Prowadzę przecież. Wie pan jak to jest, każą dmuchać i prawko mam z głowy. No dobra, pięćdziesiątkę mogę sobie walnąć. Ale tylko jedną.
Pyta mnie pan, co było dalej? No, dalej to było normalnie. Okładaliśmy po ryjach każdego, kto tylko ważył się nam sprzeciwić. Trwało to może ze dwa lata.

Któregoś dnia nabawiłem się jednak drobnych kłopotów. Co się stało? A złamałem takiemu jednemu gnojkowi szczękę. Z tego względu, że koleś sam nie był święty, to sprawa rozeszła się jakoś po kościach. Starzy zapłacili mu odszkodowanie i dupek zamknął ryja. Co na to mój ojciec? A wie pan, mój ojciec nie miał już wtedy odwagi mnie tknąć; matki zresztą też nie. Dobrze wiedział, co go czeka. Po tej historii ze szczęką, uspokoiłem się trochę i wziąłem się za naukę. Jaką szkołę skończyłem? No zawodówkę, ma się rozumieć. Którą? A budowlaną. Były wtedy takie szkoły... Och przepraszam. Pan przecież wie, że były.


WWWO czym to ja mówiłem? O szkole? No właśnie. Uczyłem się, ale podwórko i ulica były mi nadal bliskie. Co prawda częściej trzymałem już ręce w kieszeniach, ale pluć sobie w kaszę nie pozwoliłem. Co robił w tym czasie Bartek? Może wyda się to panu śmieszne, ale Bartek dobrze się uczył. I niech pan sobie wyobrazi, że chłopak dostał się do liceum. Niemożliwe? No widzisz pan, różne rzeczy się w życiu zdarzają.

Pomimo nauki, Bartek lubił też interesy. Poznał on kiedyś takiego cinkciarza i zgadał się z nim na temat kupna dolarów. Cinkciarz gotów był sprzedać sporą sumę zielonych, po niższej cenie. Potrzebował, ponoć, natychmiast pieniędzy. Pan wie kim byli cinkciarze? Tak, ma pan rację, to były takie chodzące kantory. Złożyliśmy więc trochę forsy do kupy i Bartek poszedł kupić te dolary. Wiadomo, dzień później chciał je opylić po wyższej cenie. Ale wtedy okazało się nagle, że dolce są lewe. Czyli fałszywe. Bartek nawet kopa w tyłek za to dostał. Wkurzyliśmy się jak cholera. Tymczasem cinkciarz rozpłynął się jak we mgle.

Sporo czasu minęło, zanim zauważyliśmy go po raz kolejny, przypadkiem, w kawiarni. Ja, wiadomo, od razu chciałem lać w ryja. Lecz Bartek miał inny pomysł. Sam wszedł do środka, a mnie zostawił na zewnątrz. Miałem ciula śledzić i dowiedzieć się gdzie mieszka. Niestety, nie wzięliśmy jednej rzeczy pod uwagę. Cinkciarz miał samochód, a my nie. Zanim zorientowałem się co jest grane, ciul wsiadł do swojego Fiata 'Mirafiori' i odjechał w siną dal.

Co Bartek z nim wtedy załatwił? A nic. Szmatławiec kręcił jak tylko mógł. Zaklinał się, że o fałszywkach nic nie wie. Na koniec zgodził się niby oddać nam te pieniądze, ale... Ale, ma się rozumieć, na umówione spotkanie nigdy nie przyszedł. Tak więc, zaczęliśmy go szukać od nowa.

Któregoś dnia, całkiem przez przypadek, spotkaliśmy go znowuż na mieście. Tym razem jednak, byliśmy na to przygotowani. Bartek poszedł pogadać z cinkciarzem raz jeszcze, a ja czekałem na niego w taksówce. Koleś, oczywiście, nie miał ochoty oddawać nam żadnych pieniędzy. Nawet glinami Bartka postraszył. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że każdy z nich trzymał sztamę z milicją. Kiedy zrozumieliśmy w końcu, że forsy już nie odzyskamy, to postanowiliśmy tę szmatę załatwić. Cinkciarz — cwaniaczek — był od nas o parę lat starszy. Mieszkał sam. Wiedzieliśmy gdzie, bo jeździliśmy za nim taksówką. Szybko, skurczybyk, dorobił się swojego mieszkanka. Przyczailiśmy się więc pod jego blokiem i czekaliśmy na odpowiedni moment. Pierwszego wieczoru nic nam z tego nie wyszło. Drugiego też nie. Dopiero po czterech dniach uśmiechnęło się do nas szczęście. Skurwiel wyszedł z klatki schodowej i podszedł do samochodu. Był paskudny, jesienny wieczór; pochmurnie, deszczowo i zimno. Kiedy cinkciarz usiadł za kierownicą i wyciągnął rękę do drzwi, to ja podbiegłem do niego szybko od tyłu i wbiłem mu nóż w szyję.

Szarpał się szmaciarz jeszcze przez dobrą chwilę, ale w końcu przestał. Położyliśmy go na przednim siedzeniu i przykryliśmy kocem. Wyglądało to tak, jakby facet ucinał sobie akurat drzemkę. Cała akcja nie trwała dłużej aniżeli parę minut. Dla mnie jednak była to praktycznie wieczność. Całe szczęście, że Bartek trzymał rękę na pulsie... Czy na jego pulsie? Nieee. Panie, tak to się tylko mówi... Przenośnia to taka. No właśnie.

Bartek wyciągnął cinkciarzowi klucze z kieszeni i od razu ruszył w kierunku jego mieszkania. Minęło parę godzin, zanim znaleźliśmy tam grubsze pieniądze. Sporo tego było. Jestem pewien, że ten bydlak nie tylko nas tak przekręcił.
Pyta mnie pan, po co go było zabijać? Hmm. No wie pan, gdyby ten śmieć zagrał z nami w otwarte karty, to może byśmy go jakoś inaczej potraktowali. A tak... Sam pan widzi.
Czy bałem się, że mnie złapią? No pewnie że się bałem. Ale wiedziałem też, że byliśmy na tą akcję dobrze przygotowani. Rękawiczki, szaliki na twarz... Nawet dezodorantem po samochodzie i mieszkaniu przelecieliśmy. Po co? A wie pan, Bartek wyczytał gdzieś, że gliny pobierają próbki zapachów z miejsca przestępstwa. Tak, Bartek to był łebski człowiek.

Kiedy znaleźli zwłoki tego cinkciarza? A nie wiem. Wtedy prasa nie trąbiła o wszystkim, tak jak teraz. Bartek powiedział mi tylko, że widział kiedyś wzmiankę w gazecie. Później nic już na ten temat nie było słychać. Czy miałem jakieś wyrzuty sumienia? Nie wiem, może i miałem. Nie pamiętam za bardzo. Prawdą jest, że miałem sporego stracha. Bartek wytłumaczył mi jednak, że nie powinienem trząść gaciami. Jego zdaniem, gościu nie tylko że nie był uczciwy, to na pewno miał wielu wrogów. Przyznałem mu w końcu rację i przestałem się tym przejmować.
Co zrobiliśmy z pieniędzmi? A ukryliśmy je w dobrym miejscu. Postanowiliśmy poczekać, aż sprawa trochę przycichnie.

Tak, ja pamiętam co powiedziałem przed chwilą. To prawda, że nic na ten temat nie było słychać. Ale to nie oznacza tego, że gliny nie patrzyły ludziom na ręce. Takie gnojki jak my; z taką gotówką w kieszeni. Od razu by nas złapali. Kto wpadł na pomysł ukrycia szmalu? No Bartek, ma się rozumieć.
To co, strzelisz pan sobie jeszcze jednego? Tak. No to fajnie.

Widzę żeś się pan trochę zamyślił? Nic panu nie jest? Nie. No to dobrze. Mam mówić dalej? A o czym pan chcesz teraz rozmawiać? Nie, ze sprawą tego polityka to ja nie mam nic wspólnego. Kto ma z tym coś wspólnego? Tego to ja już nie wiem. Mogę się tylko domyślać, ale domysłów to ja nie będę panu opowiadał. Co? Tak, tą sprawę znam. Jak się ten gościu nazywał? Kruszyński. No popatrz pan, wyleciało mi to już z głowy.
Co pan chce na ten temat wiedzieć? Za co go załatwiono? No wie pan, takich pytań to ja nie zadaję. Po co, za co, dlaczego? A co mnie to obchodzi. To nie moja sprawa. Wiem tylko, że facet prowadził jakąś firmę spedycyjną i... Tak, te 'tiry' były jego. Nie, chyba były już spłacone. Myślę, że oprócz warzyw i owoców, woził on jeszcze coś innego. Tak, chyba narkotyki. Obiło mi się później o uszy, że wszedł komuś w drogę, albo przekręcił kogoś na większe pieniądze.

Nie pamiętam dokładnie o co właściwie chodziło. Wie pan, tego typu ludzie nie lubią, jak gra się z nimi w bambuko. Czy to byli oni, którzy zlecili mi tę robotę? A kto ich tam wie? Może i oni. Nie pytałem ich o to. Podałem im tylko swoją cenę i poprosiłem o informacje na temat Kruszyńskiego. Nie mrugnęli nawet okiem. Czy rozmawiałem z nimi twarzą w twarz? Czyś pan zwariował!? Takie rzeczy to się załatwia na odległość. To się robi przez pośredników, jednorazowe telefony komórkowe, skrzynki pocztowe, a czasem nawet poprzez Internet. Rzadko kiedy twarzą w twarz.


WWWO co najczęściej pytam zleceniodawców? O to, czy są mi w stanie zapłacić, ha, ha, ha. Żartuję. Zwykle pytam o dane gościa i o to, czy ma być odnaleziony. Jeśli ma zginąć bez śladu, to liczę trochę więcej. Dlaczego? Panie! A za kopanie dziury w ziemi to kto mi zapłaci? Za darmo tego robić przecież nie będę, no nie. No właśnie.
Pyta pan, jak przeprowadziłem tą sprawę? No przecież pan wie, że znaleziono go z dwiema dziurami w głowie. Aha, pan chciałby wiedzieć, jak on się w tym rowie znalazł, tak?. No dobra, opowiem panu jak to wyglądało. Kruszyński był biznesmanem jak się patrzy: kilka 'tirów', dobrze prosperująca firma, duży dom, kryty basen, atrakcyjna żona, dwójka dzieci; itd. Ale jemu było mało. Chciał więcej. Na dodatek, dziewczynki, znaczy się panienki też lubił.

Obserwowałem go przez jakiś czas i powiem panu szczerze, że przemłócił on tego towaru dosyć sporo. Zastanawiałem się nawet, skąd on brał na to tyle siły? Viagrę chyba skurwiel żarł. Ale, niech mu tam będzie.
Spotykał się z tymi panienkami w takim małym zajeździe pod Warszawą i rżnął je tam tak ostro, że aż wióry leciały. Ha, ha, ha. Znudziło mi się w końcu gapić na tą jego rozpustę i przeszedłem do akcji. Zadzwoniłem kiedyś nocą do jego pokoju i powiedziałem, że obtarłem jego samochód w trakcie parkowania. Dziwi się pan, że uwierzył? Panie, dobry bajer to pół roboty.

Gość wyleciał na parking w samych gaciach i ruszył na mnie jak wściekły byk. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, to popieściłem go kilku tysiącami volt... Znaczy się paralizatorem go poczęstowałem. A w chwilę potem, Kruszyński leżał już w moim samochodzie. Godzinę później dostał dwie kulki w głowę.

Dlaczego zostawiłem go w tym rowie? A wie pan, moi klienci mieli takie życzenie. Chcieli aby Kruszyński skończył żywot tak, a nie inaczej. Wydaje mi się, że chcieli wysłać komuś sygnał... Co za sygnał? No panie! Domyśl się pan!
Co zrobiłem z pistoletem? A wyrzuciłem do Wisły. Samochód? Kradziony był. Jakiś taki stary Golf, albo coś innego. Nie pamiętam dokładnie, co to było. Spaliłem go później.


WWWCzy często dostaję takie zlecenia? Przyznam, że na brak zajęć narzekać nie mogę. Ruch w interesie jest spory. Nawet pan sobie nie wyobraża, jak często muszę odmawiać pewnych zleceń. Dlaczego? No wie pan, dziadków, nauczycielek albo policjantów, to ja załatwiać nie będę. W tym interesie istnieją pewne zasady. Dzieci i kobiet nie ruszam w ogóle. Przede wszystkim dzieci. Kobiety tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę konieczne. Ale to są wyjątki.
Czy jest taka sprawa, która zrobiła na mnie jakieś wrażenie? Hmm... Trudne pytanie. Prawdę mówiąc, teraz to już nic nie robi na mnie wrażenia. Ale pamiętam taki jeden przypadek, który dał mi trochę do myślenia. Dlaczego? Ależ z pana raptus. Bądź pan cierpliwy. Już mówię.

Dostałem kiedyś takie zlecenie, od pewnego gościa na wybrzeżu. Facet był z lekka dziany, ale żadnych milionów nie miał. Ot co, taki przeciętny businessman z niego był. Mrożonki jakieś sprzedawał. Hurtownię znaczy się miał. Interes kręcił się dobrze, dotąd, dopóki jego syn nie popełnił samobójstwa. Tak, masz pan rację. Przykra to sprawa. Gościu o mało rozumu nie postradał. No bo wie pan, ten syn to jedynak był. Długo zachodził w głowę, co mogło być przyczyną tego samobójstwa. Może dziewczyna go rzuciła; może w szkole ktoś go straszył; może narkotyki jakie brał? Syn miał piętnaście lat, więc wszystko było możliwe. Facet rozpaczał i rozpytywał wszystkich dokoła.

Niestety, nikt nie potrafił dać mu żadnej odpowiedzi. Chłopak dobrze się uczył i nie miał z nikim żadnych problemów. Miesiąc po pogrzebie, gościu zabrał się w końcu za porządki w pokoju syna.
Zdruzgotany i załamany usiadł przypadkiem za komputerem chłopaka i... I to co tam znalazł, zwaliło go z nóg. Facet fachowcem nie był, ale Worda i Internet otworzyć umiał. Okazało się wtedy, że syn napisał na komputerze list. Ma się rozumieć list pożegnalny. Napisał w nim wszystko: kto, co i dlaczego. Możesz pan sobie wyobrazić, jaka była jego reakcja? Tak, masz pan rację, straszliwa.

Co było w tym liście? Poczekaj pan, zaraz panu powiem. Businessman już dubeltówkę ładował, kiedy naszło go zwątpienie. Dlaczego? A widzisz pan, bo to wierzący człowiek był i dobrze wiedział, że kiedy to zrobi, to sumienie nie da mu nigdy spokoju.

Sporo czasu minęło, zanim nawiązał kontakt ze mną. Powiem panu szczerze, że wkurzyła mnie trochę ta sprawa. Szczególnie wtedy, kiedy dowiedziałem się dokładnie, kto jest winny śmierci chłopaka. Pomimo tego, że ruch w interesie był akurat kiepski, to dałem gościowi zniżkę i dzień później byłem już w Gdańsku. Obserwacja tego szmatławca — tego samego, który pchnął chłopaka do samobójstwa — nie była zbyt trudna. Popularny był z niego człowiek... Kto to był? A wie pan, to ksiądz proboszcz był... O, zdziwił się pan trochę. Dobra, już panu tłumaczę.

Chłopak, tak jak wielu innych, od lat na religię uczęszczał. Ksiądz proboszcz, jakimś dziwnym trafem, upodobał sobie akurat jego. Najpierw były miłe słowa, później głaskanie, poklepywanie... No, co ja będę panu tutaj opowiadał. Ten skurwiel tego chłopaka... No wie pan... W tyłek go ładował! I to od kilku lat! Wyobrażasz pan sobie!? Takie bezeceństwa z dzieciakiem wyprawiać!

Pod pretekstem złożenia hojnego datku, dostałem się na plebanię bez trudu. Nikt mnie nie widział. Kiedy znalazłem się w środku, to od razu położyłem pieniądze na stół. Po krótkiej rozmowie, dałem tej szmacie znienacka w ryj i zanim księżulek się zorientował, leżał już związany jak świnia. Na wpół przytomny, zaczął mi coś o Bogu marudzić. Co mówił? A nie pamiętam dokładnie. Pytał mnie chyba, czy Boga mam w sercu; itd. Wkurzył mnie tym jak cholera. On mi tu o Bogu mówić będzie!? A sam, po kryjomu, takie świństwa z dzieciakiem wyprawia!

Dźgnąłem go nożem w serce i spytałem, czy znajdę tam Boga. Księżulek nie odpowiedział nic i wkrótce wyzionął ducha. Przetrząsnąłem później całą plebanię i wrzuciłem kilka cenniejszych rzeczy do torby. Po kilku dniach przeczytałem w jakiejś gazecie, że ksiądz padł ofiarą brutalnego napadu. I o to właśnie mi chodziło. Nikt nie powiązał tej sprawy z tym businessmanem od mrożonek...

Zbladł pan trochę!? Czy dobrze się pan czujesz? Walnij pan sobie setę, to od razu panu przejdzie. Dobra, już wołam kelnerkę. Mówisz pan, że to trochę brutalne było. No panie, ale takie jest przecież życie. Prawo dżungli, rozumiesz pan. Obejrzyj pan sobie ten program... No, jak on się tam nazywa...? 'Discovery?'. No właśnie! Albo popatrz pan trochę w telewizor. Jeść, albo samemu zostać zjedzonym. Nikt się tam z nikim nie pieści. Widział pan kiedyś lwa, który zastanawia się nad tym, czy powinien zabić, czy też nie? Nie widział pan? No właśnie.

Co? Pyta mnie pan, czy ja jestem wierzący? A co to ma do rzeczy? Aha, tak pan sobie tylko pyta. No wie pan, trudno jest mi coś na ten temat powiedzieć. Na mszę za tego księżulka dałem. Niech mu tam ziemia lekką będzie. Mściwy nie jestem. Może mu w piekle trochę lżej będzie. Skąd wiem, że trafił akurat do piekła? A gdzie taki skurwiel mógł trafić? Do nieba!? Dobra. My tu sobie gadu, gadu, a czas leci.


WWWPopatrz pan, jak to się już późno zrobiło. To co, walniesz pan sobie jeszcze jednego? Tak na odchodne może...? Nie? Starczy panu na dzisiaj? No to w porządku. Chodź pan, odwiozę pana do domu. Że co? Że taksówkę pan sobie weźmiesz. A czym pan za taryfę zapłacisz? Przecież te pięć tysięcy, które miał pan przy sobie, wziąłem dla siebie. No właśnie. Jak przywieziesz pan jutro resztę, to opowiem panu więcej takich historii. W porządku, za wódkę zapłacę ja. Wiem przecież, że milionów pan nie zarabiasz. To co, pójdziemy już chyba, no nie?

Popatrz pan, taka ładna noc się zapowiadała, a tutaj zaczyna padać. Co za pogoda. Raz tak, raz siak. Połapać się nijak nie można. Wsiadaj pan. Skąd wiem, gdzie pan mieszka? No coś pan, naiwny!? Przecież mówiłem, że musiałem pana dokładnie sprawdzić. Tak żeś pan długo marudził i prosił Leopolda o to spotkanie, że stało się to konieczne.
Nawet pan sobie nie wyobraża, jak dużo można się dzisiaj na czyjś temat dowiedzieć. Cóż takiego o panu, wiem? A dużo chyba. Wiem kiedy się pan urodził, do jakiej szkoły pan chodził, kiedy zaczął pan studia. Wiem nawet, że pański ojciec już nie żyje. Zmarł chyba trzy lata temu na zawał. Zgadza się? No widzi pan, dużo o panu wiem. Co jeszcze? O, na przykład wiem o tym, że zerwał pan niedawno ze swoją dziewczyną...

Mówi pan, że to ona zerwała z panem. Może tak było, kto to wie. Widzę, żeś się pan trochę zdenerwował. Co? Nie ma pan ochoty na ten temat rozmawiać? Domyślam się, że musi to być dla pana trochę drażliwa sprawa... O popatrz pan! Roboty drogowe! Zamknęli ulicę. I tak przecież nic już dzisiaj tutaj nie zrobią. Co za durnie. Dobra, nie martw się pan, na skróty pojadę. Jakie skróty? A wie pan, znam tutaj kilka takich uliczek, które zaprowadzą nas szybko na miejsce. Dobrze, że nic dzisiaj nie piłem, bo inaczej to bym się tutaj na pewno pogubił. Ciemno tutaj jak cholera.

O czym to ja mówiłem? Aha, o pana dziewczynie... Że co? Że powiedział mi pan już raz, że nie ma pan ochoty na ten temat rozmawiać, tak? Panie, aleś się pan nerwowy zrobił. Ale ja mam panu coś ciekawego do powiedzenia. Co takiego? No to posłuchaj pan. Chodził pan z tą dziewczyną... Katarzyna miała chyba na imię, tak? No właśnie. No więc chodził pan z tą Katarzyną przez dobry rok. Dziewczyna młoda i ładna była. Pierwszy rok studiów chyba zaczęła. Co to było, zarządzanie czy marketing? Jedno i drugie razem. No widzisz pan, pamięć już nie taka i... Ale powróćmy do tematu. No więc przez rok skakał pan przy niej, jak przy jakiejś księżniczce. Romantyczne obiady przy świecach, długie spacery nad Wisłą... Sielanka pełną gębą.

Wszystko było fajnie i pięknie, dotąd, dopóki dziewczyna nie zaszła w ciążę. Co? Mówi pan, że ona chciała pana w to dziecko wrobić. Że to urojona ciąża była. Panie! Ja nie wiedziałem, żeś pan taki fachowiec. Znasz się pan na babach lepiej niż ja. Dobra, żarty na bok. Przykro mi, ale muszę pana poinformować, że ciąża była prawdziwa. Poza tym, Katarzyna żadną dziwką nie była. Pan był jej pierwszym i jedynym chłopakiem. Ma się rozumieć, pan nie chciał w to uwierzyć. Na dodatek, olał pan ją totalnie. Tak, jakby to jakaś dworcowa kurewka była. Na telefony przestał pan odpowiadać, na e—maile też. Całkowita blokada...

Och kurde! Zgubiłem się chyba. Te uliczki są tak do siebie podobne... Czyś pan zwariował!? Drzwi chcesz pan w trakcie jazdy otwierać! Przestań pan szarpać za tą klamkę! Ten samochód to automatyk. Kierowca ma pełną kontrolę nad wszystkim: drzwiami, oknami i innymi pierdołami. Popatrz pan, jakie to cudeńka dzisiaj robią... Uspokój się pan! Ooo i już żeś się pan trochę uspokoił. Jest pan na pewno ciekaw, dlaczego jest panu tak ciężko oddychać. To succinylcholina. Lekarze stosują ten środek podczas operacji. Rozluźnia... Nie, chyba paraliżuje przez kilka minut mięśnie. Jak żeś się pan tak rzucał i denerwował, wbiłem panu jedną strzykawkę...

Bez obaw, mam ich jeszcze kilka w zapasie. Wątpię jednak, aby były mi jeszcze potrzebne... Ok, wygląda na to, że jesteśmy już prawie na miejscu. Daj pan sobie więc spokój i posłuchaj mnie dalej.
O czym to ja mówiłem? Aha, racja, pan przecież mówić nie może. Ale słyszeć mnie pan może, tak? Kiwa pan trochę głową, to fajnie. Powrócę więc do tematu.

No więc ta pańska dziewczyna, w ciąży była naprawdę. Z nikim innym, tylko z panem. Tymczasem pan wypiął się na nią tyłkiem. Od kurew i dziwek żeś pan ją wyzwał. I po coś pan to zrobił? Już panu powiem po co. Dla swojej, kurewskiej, kariery żeś to zrobił! Tak, tylko to było dla ciebie ważne, ty durny ciulu! Dla takiego szmatławca jak ty, nie liczyło się nic! Nic, tylko własna kariera! A czy ty skurwielu wiesz, co się z nią później stało? Na pewno nie wiesz. No bo i jak? Dziewczyna żyły sobie podcięła! Całe szczęście, że zrobiła to nieumiejętnie. Prawdą jest, że lekarze życie jej uratowali, ale dziecku już nie. Czy ty wiesz, jaki to był dla niej szok? Nie tylko dla niej, ale i dla całej rodziny. Dziewczyna jest nadal w szpitalu. Nie w normalnym, ale w psychiatrycznym! Nie wiadomo nawet, czy kiedykolwiek dojdzie do siebie. I to przez kogo? Przez taką gnidę jak ty!
Świetnie! Jesteśmy już na miejscu.


Poznajesz to miejsce? Na pewno poznajesz. Tutaj, tuż obok, jest twoja działka, a na niej stoi taka mała altanka. Ta sama, którą twój ojciec kiedyś postawił. Idealne miejsce na koniec twojego wywiadu. Widzę, że podrygiwać już z lekka zaczynasz. Dobra, dam ci jeszcze połowę drugiej strzykawki. To powinno ci chyba wystarczyć. Popatrz, poznajesz tego człowieka? Chyba nie, bo ciemno tu trochę. To Leopold. Pomoże mi przenieść cię z samochodu, do altanki.

Cholera, ciężki z ciebie typek. Kto by pomyślał... Uff, zasapałem się trochę. Chyba będę musiał zajrzeć do tej nowo otwartej siłowni. Trochę ciężarów podźwigać, parę pompek porobić... Starzeje się człowiek, cholera. Zrobię to chyba w następnym miesiącu. Teraz nie mam na to zbyt wiele czasu. Nawet sobie nie wyobrażasz, ile mam w tym miesiącu roboty. Zleceń od cholery i ciut, ciut. Że też ludziska taką nienawiścią do siebie zieją? Mówię ci dziennikarz, gdyby nie Katarzyna, to wiele ciekawych rzeczy bym ci jeszcze opowiedział.

No, nareszcie. Wszystko jest już gotowe. Nie muszę ci chyba tłumaczyć, po co cię tutaj przywiozłem. Sam widzisz, jak wygląda sprawa . Dobra, zabiorę ci jeszcze kilka minut i zaraz się pożegnamy. Na pewno jesteś ciekaw, co będzie dalej. Jasne, każdy byłby tego ciekaw. Ja chyba też. No cóż, twoja sprawa wygląda, mniej więcej, tak:

Załamany tym, co stało się twojej dziewczynie, ty doszedłeś w końcu do wniosku, że żyć bez niej nie możesz. Pełen rozpaczy i cierpienia, napisałeś do wszystkich ostatni list... Ja wiem, że taki ciul jak ty, nigdy by się na coś takiego nie zdobył. Ale nie martw się, wyręczył cię za to ktoś inny. Ten człowiek, fachowo i szybko wszedł do twojego mieszkania i na twoim laptopie napisał list pożegnalny. Później nacisnął 'drukuj' i położył list na twoim biurku.

Tymczasem ty, załamany i zdruzgotany całą sytuacją, postanowiłeś przyjechać do siebie na działkę. Bo tylko tu potrafiłeś znaleźć spokój i ukojenie. Bo tylko tu byłeś w stanie znaleźć na tyle odwagi, aby splunąć życiu w twarz... Ja wiem, że w tą historyjkę wielu nie będzie chciało uwierzyć. Ale powiedz mi, kto jest w stanie pojąć, jak głębokie i niezbadane są tajemnice ludzkiego serca? Chyba nikt, no nie?
Myślisz, że mnie złapią, co? Że są świadkowie, którzy widzieli nas w tej małej knajpce... Widzisz, zapomniałem ci powiedzieć o jednej rzeczy. Ta knajpka należy do mnie. Tak, taki mały businessman sobie jestem. Ktokolwiek nas tam w środku widział, nie piśnie o tym ani słowa. Wierz mi, odpowiednich mam pracowników.

Na pewno zastanawiasz się nad tym, kto zlecił mi tą robotę. Akurat nikt. To raczej przysługa była. Bo ta dziewczyna, z którą chodziłeś, jest córką mojego kolegi. Znaczy się Bartka. Tak dziennikarz, trochę kiepsko trafiłeś. Przyznam, że dobry ubaw dziś z ciebie miałem. Pamiętasz, jak wcześniej ci powiedziałem, że dobry bajer to pół roboty? No właśnie... O, widzę, że rączkami zaczynasz już ruszać. Nóżkami chyba też. Ten sznur ciśnie cię chyba w szyję, co? Nie martw się, jeszcze chwilka i nic już nie będziesz czuł. No to jak, ty wykopiesz sobie ten stoliczek spod nóg, czy ja mam to zrobić? A dobra, w dobrym nastroju dziś jestem. Pomogę ci.

KONIEC
Ostatnio zmieniony sob 13 lut 2016, 21:36 przez Emigre, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » sob 13 lut 2016, 21:32

Bardzo przegadane - jednostajność narratora jest nużąca, ale przede wszystkim monolog cierpi na punktowanie pytań:
Pyta mnie pan o początki mojej kariery!?

Już tak płytko w tekście da się wyczuć linię rozmowy, więc te punktowanie jest wg mnie zbędne.


Pyta mnie pan, czy już się zastanowiłem?

jak wyżej.

Niemożliwe? No widzisz pan, różne rzeczy się w życiu zdarzają.

ale dlaczego? Dziennikarz nie słucha historii o zakupach tylko o gangsterce i powinien z przekory wierzyć we wszystko, co usłyszy, a nie kwestionować takie stwierdzenie.

Pan wie kim byli cinkciarze? Tak, ma pan rację, to były takie chodzące kantory.

oj, ale ten dziennikarz musi budzić wątpliwości, skoro gość zadaje mu takie pytanie.

Całe szczęście, że Bartek trzymał rękę na pulsie... Czy na jego pulsie? Nieee. Panie, tak to się tylko mówi... Przenośnia to taka. No właśnie.

i znowu ten sam zabieg...

Przegadane co najmniej ze dwa razy - narrator gaduła robi też idiotę z dziennikarza (co mi akurat tu nie pasuje) ale tak po prawdzie jakbyś kierował tekst do mnie, widząc we mnie (jako czytelniku) nieogarniętego gościa. Odrobina zaufania, panie!

Prosta historyjka: od płotki do super killera, ale jest tutaj luka - zabijają cinkciarza, a potem nagle zlecenie na Kruszyńskiego? Czego tam brakuje? Końcówka ciekawsza, intryga rysuje się mocniej, lecz ta narracja, sposób gadania, nawijania killera jest zwyczajnie męczący i odbiera przyjemność z czytania. Zresztą, końcówka dobitnie ukazuje problem całego tekstu: jest mord na słuchaczu, ale gość gada i gada... i gada. Takie sobie w całości - dobrze panowałeś nad tekstem (nie licząc tych punktowań), technicznie nie najgorzej.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości