pionek

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Miggy
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: sob 24 sie 2013, 13:50
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

pionek

Postautor: Miggy » pn 13 lip 2015, 14:12

Problem ma człowiek uzależniony od swojego odbicia w lustrze, a nieumiejący się w sobie zakochać. Nie może on stawić czoła rzeczywistości, nie potrafi uśmiechnąć się do drugiego człowieka, choć robi to niemal od niechcenia. Zdany jest na siebie, na to swoje liczenie na palcach, wyobrażanie i kłamanie.
Wstawanie z łóżka nie od dziś było dla Kogoś wielkim wyzwaniem. Tylko chwila i ósma trzydzieści, dziewiąta dwadzieścia, a zaraz dzwonek, Boże, no i pytanie. Drugie pytanie. Ciężkie spojrzenia, zawroty głowy. Ile razy powtarzał sobie: trzeba było wtedy uciec, wyjść, nie wrócić, dlaczego nie potrafiłem wtedy uciec. Ale w tamtym czasie wcale nie wyglądało to tak tragicznie. Myślał: gdyby spytali mnie jak się czuję, co u mnie słychać, mógłbym mówić; nauczyłbym się mówić.
- Co to znaczy upupienie? – pyta polonista poważnym głosem. W sali jest siedem osób, milczących i wpatrzonych w niego. Jak w bohatera.
- Zdziecinnienie – odpowiada Ktoś, choć już bardziej Prawie-Nikt, mimo że jedno słowo Mieczyńskiemu na pewno nie wystarczy.
- Co to łydka, kim jest Zosia, co to pupa, co to gęba?
Ten odpowiada trafnie, kilkoma słowami. Uśmiecha się, ale Mieczyński nie odwzajemnia uśmiechów.
- Co mógłbyś powiedzieć o Gombrowiczu? Masz jakieś pytania? Co w ogóle o nim myślisz? – pyta, jak gdyby spodziewał się od Prawie-Nikogo wielkiej przemowy prosto z serca. Jego „nic” jest jak cios, jak nóż w plecy, jak splunięcie w twarz. – Cztery! – mówi, jak gdyby ta ocena miała być zemstą.
Potem wkłada swoje okulary do czytania, bo to już starszy pan z garbem nabytym od pochylania się nad książkami, dzięki którym utracił duszę. Czyta fragmenty „Ferdydurke” z wielkim uśmiechem zgorzkniałego starca z bloków, który oprócz swojego kota i żony o posturze dziesięcioletniego chłopca nie widział świata. Każdy uczeń jak zaczarowany siedzi na swoim małym krzesełku, trzymając długopis w dłoni i patrzy z uznaniem. Na twarzach zaczynają pojawiać się uśmiechy, scena zdaje się być niemal romantyczna. Nagle mówi, ni to żartem, ni poważnie: „Powtarzajcie teraz za mną: Gombrowicz wielkim poetą był, Gombrowicz wielkim poetą był”. Śmiechu co niemiara, Mieczyński, tak wspaniały, mądry nauczyciel, idol wychowanków. Któż by się z nim nie liczył, skoro on tak cudownie odgrywa sceny z „Ferdydurke”, z takim zaangażowaniem, tyle w nim pasji do prawdziwej sztuki! Każdy uczeń z szacunkiem staje obok ławki i powtarza razem z nim: Gombrowicz wielkim poetą był, Gombrowicz wielkim poetą był.
Prawie-Nikt żałuje, że nie powiedział wtedy, że Gombrowicz wcale poetą nie był. Ze złością wyszedł z klasy i usiadł na korytarzu, bo właśnie nadeszła godzinna przerwa, którą spędzał na czytaniu. Wtedy podszedł do niego polonista i z wielkim uśmiechem mentora powiedział: „A mógłbym spytać, co tam czytasz?”. Wyglądało to jak podryw, a ton jego głosu sprawiał wrażenie obdarzania Nikogo ogromnym szacunkiem i sympatią. Potem szybko odszedł, zawstydzony i zmieszany, chociaż usłyszał odpowiedź. Wycelowane w Nikogo spojrzenie wydało się być chęcią wyrażenia zrozumienia, powiedzenia „wiem, co czujesz” czy „znam twoją samotność”. Choć Nikt w tym czasie odczuwał tylko złość przez nikogo nierozumianą.

***

To wszystko zaczęło się już cztery lata temu. Nikt był wtedy Kimś, kto wiedział co chce zrobić ze swoim życiem. Rozpoczął liceum jako człowiek zdecydowany i pewny siebie. Nie miał żadnych wątpliwości, że będzie to najlepszy czas w jego życiu. Wszystko przecież na to wskazywało, jednak spędzenie dziewięciu lat na wsi z ludźmi niedorozwiniętymi nie uodporniło go na nic. Uważał siebie za kogoś pokroju Sztukmistrza z Lublina, że tu jedna sztuczka, tu pogada, poczaruje, wszyscy będą dla niego i o nim. Tak siebie widział, choć innym mogło się to zdać nieco schizofreniczne. Jednak nowa sytuacja zamknęła go całkowicie na te cztery lata. Nie wiedział, że ma w sobie tak mało siły, że wystarczy jedno pchnięcie, a poleci na kolana i już nie wstanie. Czym ta słabość była spowodowana, dowiedział się dopiero potem. Nasłuchał się godzinami i latami o swoim autyzmie, chorobie i wyizolowaniu. Doszukiwano się w nim wszystkiego, patrzono jak na zwierzę, a on nazywał siebie najgorszym i najlepszym jednocześnie. To wszystko dzieje się odwrotnie – myślał i próbował otworzyć głowę wciąż uciskaną złymi słowami. Kim wtedy był, nie miał pojęcia. Jednak wmawiał sobie, że urodził się kimś i bez wątpienia Kimś był.

- Taki sobie kupiłam top odsłaniający brzuch, nie wiem czy mogę ubrać to na w-f, tak z brzuchem, mam ładny brzuch, szczupły…
- Jestem wielką fanką Ryśka, Rysiek jest zajebisty, zajeeebisty…
- Oj, dzieci, dzieci…
Słowa i zdania krążyły wokół niego, nie pozwalając mu skupić się na swoich myślach. Mało można było się o nim dowiedzieć, miał tylko swoją milczącą zewnętrzność: uparty wyraz twarzy, smutne spojrzenie, cichy i pewny głos.

Mieczyński, jak co dzień, szedł po klucz do pokoju nauczycielskiego, gdy po drodze natknął się na Kogoś. Zwykle zamyślony i niczym niezainteresowany, zastanawiał się, co z tym człowiekiem jest nie tak. Co za dziecko – pomyślał – powinien się otworzyć, tyle już czasu, dwa miesiące w nowej szkole, tyle czasu… Ja siebie pamiętam, dumny, wyprostowany, ech. Dziadziejesz, Mieczyński, piszą na ciebie „Sonety krymskie”, starzejesz się – myślał; a potem rzeczywiście wszedł do sali, gdzie sam na siebie te sonety napisał. Miał pięćdziesiąt sześć lat i metr sześćdziesiąt pięć. Gębę miał niewyparzoną, choć od podlizywania się też nie stronił. Udało mu się jednak zapracować na dobrą opinię poważnego, inteligentnego człowieka. Doceniany i szanowany trzymał ludzi na dystans. Uważał, że życie mu się nie udało, gdzie jego wizje Arkadii – on i stado nagich kobiet; leży na łące, trzyma kochankę za pierś, wszędzie jest pięknie i zielono. Tymczasem spędzał dnie wrzeszcząc na uczniów, a wieczorami rozkładał gazetę blisko łóżka. Nie znał siebie, ale znał wiersze Mickiewicza i książki Tolkiena. Być może tkwiły w nim te myśli o Eli, że tylko jej miłość by go uratowała; bez niej był stracony.
Zły był to rok, można było odnieść wrażenie, że każdemu doskwiera uciążliwa nuda. Obcość przedmiotów, nieumiejętność zaciskania pięści, brak sił. Ktoś odpędzał się od ciągłych pytań „jak masz na imię?”, bo zaczynał zdawać sobie sprawę, że nie jest pewien tego, jak ono brzmi. Wypowiadane zdawało się zakrzywiać na wszystkie strony, śmieszyło go, a jednocześnie przerażało. Jego głos był obcy, wcale do niego nie należał. Godzinami siedział w szkole z głową podpartą na łokciach i pytał siebie: „co się stało”, a w głowie pisał wiersze; myślał, że ktoś wstrzyknął w niego natłok myśli, które nie mogły znaleźć żadnego ujścia. Już wtedy wyszukiwał sobie choroby i zamierzał zostać lekomanem. Lekomaństwo wyszło z przypadku; zaczęło się niemal jak w najbanalniejszych książkach: od obsesyjnej miłości. Mając już piętnaście lat Ktoś nie czuł się normalny; kto inny dostawał obsesji na zawołanie, kto nie tracił dobrego humoru, by potem popadać w depresyjny obłęd. Potem uznał on swoją miłość za wybawienie z pustki, której nie dostrzegał. Nigdy nie powiedział, że zawdzięcza coś narkotykom, to miłość go stworzyła, dała mu początek i kazała mówić, że z miłości jest. Jego stare życie było ciągłym prześladowaniem siebie; niedawaniem sobie spokoju, chorym perfekcjonizmem, który nie poskutkował niczym dobrym. A w rezultacie zrobił z Kogoś człowieka wystraszonego i bojącego się własnego surowego zdania. Miał wrażenie, że latami tak siebie tworzył, nie robił niczego innego, tylko dawał sobie początki, które wychodziły dopiero potem. Otwierał się na siebie, by potem zamknąć to, czego było za wiele. Wcale nie miał nad sobą panowania, w końcu przecież uciekł przed sobą na balkon i miesiącami nie wracał. Przeżywał wtedy najgorsze rozdzielenie, wdowią rozpacz, ale czym mógł czuć, gdy nie wiedział gdzie się znajduje. Ale coś chodziło za nim krok w krok, coś nie dawało spokoju. Wiedział, że zbliżają się złe dni, nie wiedział tylko jak bardzo. Wtedy on chory na liczby, chciał rozpocząć szesnasty rok życia czymś nowym, najnowszym. Najlepszym, bo nigdy nie było niczego pomiędzy.
Myślał o sobie: ja-gąsienica, ja-robak! Ja muszę, ja robię, ja jestem! Szukał niedźwiedzia z fioletowym dziąsłem, szukał siebie w tych płytko tworzonych wizjach, a to wszystko po to, by spróbować i poczęstować się pierwszym lekarstwem. Myślał, jakie to banalnie proste, szesnaście lat i robię to, co każdy powinien robić. To wszystko jest zbyt przewidywalne; muszę dać się sobie poznać, otworzyć puszkę Pandory i rozgryzać wszystkie grzechy po kolei. Inaczej wcale nie będzie mnie. Nie wiedział, jaki wypowiedział sobie wyrok. Bo się zatrzymał tam, gdzie znalazł trochę spokojnego smutku. Tam uwił sobie gniazdko i truł się, truł, żeby wyszło z niego to z czym się urodził, i co tak bardzo przeszkadzało, mimo że nie mógł przestać tego czegoś kochać. Więc hodował w sobie to małe złote jajeczko, przykrywał je pawim piórkiem, czyścił i nikomu nie pokazywał. Wrzesień, pierwszy rok liceum. A jemu się zachciało złotych jajek.
No a potem polski, angielski, chemia, geografia, ale co on mógł z tego rozumieć. Był już dalej, niż powinien być. Odsuwał się, chciał w sobie coś tworzyć, a nie wiedział co. Siedział więc przez większość czasu na korytarzu. Sam, na ławce i nic. Nic w głowie, nic obok niego. Mógł tylko się rozglądać.
- Pani dyrektor! Pani dyrektor! – krzyczy baba od fizyki. Ma wielkie wyłupiaste oczy, blond włosy i ogromne zęby. Jej spojrzenie nie wyraża nic. – Pani dyrektor! – już prawie przytula dyrektorkę, trzymając twarz kilka centymetrów od jej twarzy. Dyrektorka jest zażenowana, choć trochę się cieszy z zainteresowania jakie okazują jej nauczyciele. – Pyszne ciasto! Naprawdę pyszne! Dziękuję! Dziękuję!
- Tak, tak – odpowiada jej szeptem, a może sobie, nie jej. Nie wiadomo. Słychać śmiechy uczniów.
Sale lekcyjne są wiecznie otwarte. Gdy przechodzi się po starym i brudnym korytarzu widać, że nigdzie nie są prowadzone lekcje. Za to, gdy idzie się koło sekretariatu czy pokoju nauczycielskiego widać kłęby dymu papierosowego, słychać śmiechy, rozmowy o romansach mężatek, no i jest ciasto. Mnóstwo ciasta. Ciasto i kawa. Kawa i ciasto. Są uczniowie, których to bawi, niektórym to przeszkadza, ale każdy się z tego śmieje. Wychodząc na korytarz w czasie lekcji widać spacerujących, wyluzowanych nauczycieli. Albo krzyk, nagle. Zawsze tej samej baby.
- TANDETKI!
- KUTASIE! FIUTKU!
- NAJEMY SIĘ FASOLI! ROZWALIMY TĘ SZKOŁĘ PRYKANIEM!!!
Ta pani czasem nosi też ze sobą lalkę. Jest dumą tej szkoły, a mówi się, że od tej szkoły jest starsza. Za to pierwsze spotkanie z nią wygląda zawsze tak samo, mówi ona mianowicie: „Ja nie jestem tutaj, dlatego, że muszę. Mój mąż jest bogaty i dużo zarabia, ja jestem tutaj dla przyjemności! Bo chcę!” Bo chce nazywać dzieci kutasami.
- Uśmiechnij się, dziecko – słyszy ciągle Ktoś od różnych nauczycieli. Jednak nie umie, ma tylko grymas na twarzy. Nie rozumie, co się dzieje, gdzie się znalazł i dlaczego to wszystko tak wygląda. Czy to tylko jego wyobraźnia, czy wszyscy są nieprawdziwi, a on skazany na tych wariatów musi tkwić tutaj w zamknięciu od rana do wieczora. Myśli tylko, gdzie szukać ratunku, co się stało. Jak to się stało.

Trzynasta godzina, poniedziałek. Lekcje malarstwa. Miał je prowadzić dosyć znany częstochowski malarz, czasem piosenkarz. Wielka szansa dla uczniów: obcowanie z kimś takim. Wiele będziecie mogli się od niego nauczyć, tylko w tej szkole takie szanse dla was – zapewniała często pani wicedyrektor. Co to za koleś – myśli Ktoś, widząc nauczyciela po raz pierwszy. Nic nie powiedział, rzucił tylko zagubione spojrzenie. Usiadł.
- Malujcie. – Powiedział i zaczął się śmiać sam z siebie.
- A można rysować? – pyta jakaś uczennica, ale nie dostaje odpowiedzi.
No i facet sobie usiadł, no i tak siedział przez te cztery lata, zbierając na siebie donosy. Nic sobie z nich nie robił, miał przecież znajomości. No i tak siedział, a uczniowie siedzieli razem z nim. Czy kiedykolwiek się odezwał – próbował sobie przypomnieć Ktoś. Chyba nie. Czasem tylko ten pusty śmiech. No i zapach wódki. Gdy ktoś go pytał o zdanie, mówił coś w stylu: No, fajne, w ogóle wiesz tu kolory, dowaliłeś, no, bo w ogóle wiesz takie myślenie to już wiesz. Nie no, super. Bardzo fajne.
- Aha – myślał Ktoś. Nagle ogarnęło go uczucie obcości, coś dziwnego działo się z jego głową. Czuł obce ręce, obce nogi; myślał, że jest wypchaną laleczką albo nakręcanym samochodzikiem. Ludzie jak zwierzęta wokół niego, no i on – też zwierzę, tylko trochę mniej. Nauczyciel zerkał czasem na niego pytającym spojrzeniem.
- Spytaj Kogoś, czy ma niebieską farbę.
- Masz niebieską farbę?
- Tak – odpowiedział.
- A ty ten portret z wyobraźni rysujesz? – Ktoś nie odpowiada. – Ktoś ma słuchawki na uszach?
- Nie ma. – Głupi śmiech.
Ktoś uśmiechnął się niezręcznie, nie rozumiał rozmawiania. Przecież to, co wokół niego… to co to jest. Czy ja jestem chory, czy ja oszalałem, Boże, może ja nie jadłem dziesięć dni, może nie wiedziałem, może coś się dzieje, nie wiadomo co, jeśli jestem chory, chory, chory – powtarzał w myślach, nie mogąc przerwać. No i jakaś tam jedna przed jego oczami: za gruba – myśli. Jego chory perfekcjonizm nie pozwala mu lubić grubych ludzi ze szparą między jedynkami. Jest ulubienicą tej baby, co nosi lalkę, bo przecież jest wiecznie wesoła i uśmiechnięta. Co z tego, że to z głupoty. A z miłości do kotów je kastruje. Żeby były szczęśliwsze. Uznaje się, że należy ona do niższej warstwy społecznej tej klasy. Taka wiejska dziewczyna musi trzymać się z dala od „in-fashion” ludzi. Druga jeszcze lepsza, zbiera dużo wyzwisk z tego powodu, że jest wiecznie czerwona. Jest lesbijką, ma długą kitkę związaną z tłustych cienkich włosów, długie wystające zęby, no i wielkie piersi w ogóle niepasujące do męskich ubrań, które nosi.
- Idę się odlać – powiedziała zgarbiona dziewczyna, a wszyscy wybuchli śmiechem.
Mimo swojego wyglądu, zadaje się ona z tą „lepszą” grupą. Kto wie czemu. Do tej grupy należy także Marta, która jedno ubranie zakłada tylko jeden raz. Ma zaledwie czterdzieści kilogramów i nosi się jak prawdziwa gwiazda. Każdy chciałby być (mieć) taki jak ona. Na ławce tablet, iPhone, cuda niewidy. Raz nosiła ze sobą telefon, który „prykał”. Bardzo śmieszyło to ją i paczkę jej przyszywanych znajomych. Położyła ona kiedyś ten telefon obok bardzo nielubianej dziewczyny, krzycząc: „Sprykałaś się! Prykaj sobie w domu! Jak mogłaś, haha!” Innego razu, na wielkiej klasowej kłótni, którą musiał rozstrzygać pedagog, powiedziała: „A ja sobie zrobię własny półmetek, w swoim domu! I zaproszę ciebie, ciebie, ciebie i Kogoś też!”, co rozśmieszyło naprawdę wszystkich. Wielka kłótnia była o to, że połowa klasy zrobiła sobie półmetek, a nie zaprosiła reszty. Takie problemy były na porządku dziennym. Poważne sprawy siedemnastolatków. Ktoś nie myślał o tym nic; nie wiedział przecież co.
Wielką sensacją była osoba, która próbowała popełnić samobójstwo. Miała krzywe nogi, przez co była skreślona. No i dziwne ruchy. Miesiąc spędziła w psychiatryku, więc do szkoły nie miała już po co wracać. Na plenerze ta czterdziestokilowa Marta powiedziała, że zginęły jej maszynki do golenia. A gdy się odnalazły, były na nich wielkie włosy. Wtedy wiedziała już, że ukradła je ta nienormalna, która się nie goli i podsumowała to słowami: „Ona to się nawet zabić nie umiała.” No i śmiech. Wszędzie. Nagle do Kogoś zadzwonił telefon. Odbiera, mówiąc „słucham.” Jakiś chłopak, a dokładniej Baltazar (inteligent z Bogusławic), zaczyna się bardzo głośno śmiać: „ja nie wiem czy ty żartujesz, czy nie, hahaha”. A potem się dziwili, że Ktoś ma wiecznie pytające spojrzenie. Co mogło być z nim nie tak. Ten sam chłopak nagrywał najgrubsze dziewczyny na w-fie, mając z tego niezły ubaw. To on powiedział też do Kogoś, że są na tym samym poziomie i powinni trzymać się razem. A potem odłączył się od klasy, siedząc ciągle sam, czekając na to, aż Ktoś zwróci na niego uwagę. Po roku mu się znudziło i zaczął kolegować się z każdym, kto chciał z nim rozmawiać.

Nauczyciele wielokrotnie powtarzali, że jest to szkoła na poziomie, do której dostają się tylko najlepsi. Nie ma tu dziadostwa. Szkoła jest prestiżowa. Co z tego, że zdawalność matury jest tragiczna. Co z tego, że można dostać się tutaj z dwójkami na świadectwie. To szkoła dla artystów. Więc każde dziecko czuło się jak artysta. Wyrażało to na przykład bluzami z jednorożcem lub goląc się na łyso. Byli też tacy z brwiami odrysowanymi od szklanki albo pozakrywani chustami. Jednak to nic, te wszystkie dziwactwa, w porównaniu z głupotą nauczycieli.
Raz Ktoś przyszedł do szkoły całkowicie rozdarty, nie wiedząc jak trzymać długopis w dłoni. Wziął, co mu się trafiło. Wiele się nie zastanawiał. Ktoś to ktoś, może robić to na co ma ochotę. Któryś raz, tym lepiej. Podobało mu się, że ten długopis taki ciężki, że nie może go utrzymać, a że trzyma go to, co nie powinno. Gorzej się robiło, a jednocześnie lepiej mu było na duszy i cieszył się, płacząc cicho. Oskarżał się, czuł winny nie wiadomo jakiej winy. Ale chodził, przychodził do szkoły jak do świętego miejsca, żeby się pokazać, być. Ale nikt go nie widział, nikt nie wyczuwał, nie rozumiał, że on i ten długopis. Dłu-go-pis. Chemia. Baba mówi: „Najważniejsze, żebyście mieli przy sobie butelkę wody na ławce. To wam pomoże w nauce. Dobrze? Zgadzacie się ze mną?” A potem opowiada, że warzywa są zdrowe, a chemia to nie, bo niezdrowa, a warzywa zdrowe, a chemia niezdrowa. Pod koniec lekcji Ktoś pyta, czy mógłby wyjść wcześniej na pociąg. Oczywiście, że nie ma takiej opcji, przecież nie można stracić cennej lekcji, która odbywa się tylko raz w tygodniu. Dobrze – mówi. Jak poddany. Przygniotły go te wszystkie nauczycielki wielkimi brzuchami, tłuszcz zakrywał mu oczy, dusił się ich słodkimi perfumami; a nie potrafił krzyczeć. Kiedyś umiał się zdobyć na jakieś „no co”, ale to było kiedyś. A kiedyś zawsze znikało, robiło się nieważne, nieprawdopodobne. Dla Kogoś życie było ciągiem, a nie przypadkowością fragmentów. Sytuacje wynikały z dawnych sytuacji, a nie przypadek z przypadku; nagle i nielogicznie. Ale dla innych tak to nie działało.
- Gardzić biedą – słyszał ciągle, przechodząc obok innych uczniów. Chwiejąc się na nogach, nie mogąc wytrzymać tego co się dzieje, wyszedł. A to wszystko po to, żeby spotkać Roberta.
Marzył wciąż o osobie, która powie mu co i jak. Osoba, która pokaże mu odpał, zaproponuje stoczenie się, całkowite zwraczenie, a która będzie uznawała to za mądre. Tego chciał. Całkowitej autodestrukcji, doprowadzenia siebie do stanu zero. Stanu minus sto. Wyobrażał sobie wciąż ważenie zupy, wiadra kompotu. Historie przeczytane i usłyszane wciąż biegały mu po głowie. Kiedyś w Częstochowie były zloty hipisów, Rysiek Riedel siedział tu na trawie, a teraz. Na takich myślach pełzły mu dni, a żyjąc w swoich wyobrażeniach, nie dostrzegał rzeczywistości. Marzyły mu się narkotyki, bo nie wiedział co innego mogłoby się marzyć. Grał w lotto, wciąż będąc bliski trafienia szóstki. Jednak wcale nie chciał mieć milionów, a chciał być pełny wszystkich odczuć, stanów i myśli jednocześnie. Chciał wyrzucić z siebie jakiegoś potwora, a tego potwora mogła zniszczyć tylko toksyna, której wciąż szukał. A los wymyślał dla Kogoś różne sytuacje. Ktoś na los nie liczył, a nawet nie potrafił go dobrze wykorzystać. Wsiadł do pociągu, obojętny, ponury i pokonany. Trzydziestoletni facet błąkał się po wagonach, aż w końcu obejrzał się i zobaczył właśnie jego. Ich spojrzenia spotkały się. Zobaczyli w sobie coś, czego nie widzi się często. Facet szybko się przysiadł.
- W pociągach powinny być książki, prawda? – Miał krótkie rude włosy, podłużną wychudzoną twarz. Był wysoki, kościsty i przerażający. Przypominał młodego Maleńczuka. Miał w sobie ten sam brud ulicy, a jednocześnie wolność i nieuchwytność. Jednak był brzydki. Zbyt brzydki dla Kogoś, którego fizyczność odstrasza.
- Może – odpowiedział i uśmiechnął się miło.
- Gdzie chodzisz do szkoły? Co lubisz malować? Gdzie mieszkasz? – zadawał mnóstwo pytań. – A może umówimy się na kawę? – spytał w końcu.
- Nie, nie mogę.
- Czemu? – złapał Kogoś za rękę i zaczął delikatnie przesuwać opuszkami palców po jego wewnętrznej stronie dłoni. Ktoś szybko wyszarpał dłoń i powiedział, że ma dziewczynę. – Dziewczynę? Wkręcasz mnie. – Jego twarz wyglądała wtedy żałośnie.
- Naprawdę – odpowiedział nieśmiało. Ale było mu głupio. Podobało mu się to dziwne spotkanie.
- Dobra, wracam szukać pracy. Może jednak ta kawa?
Ktoś już nie odpowiedział. Wspominał to spotkanie potem wielokrotnie. Zaczął widywać Roberta każdego dnia. Dzień w dzień snuł się po Częstochowie. Nigdy później Robert na niego nie spojrzał. Nigdy już nie rozmawiali, a Ktoś myślał o nim i myślał, widząc go przez dwa lata bez przerwy. Bał się, że to duch, znak, jakieś widmo. I co ono może znaczyć. To spotkanie przecież nie mogło być przypadkiem. Zbyt było tajemnicze i zbyt mocno Ktoś je zapamiętał. On myślał: to wyrok. To spotkanie jest wyrokiem. Ale nie wiedział czego. Ktoś miał też swój rodzinny dom. Dom jak dom – myślał – co za dom, kiedy muszę wyjść. Bo wychodzić musiał ciągle: codziennie rano, z czym w ogóle nie mógł się pogodzić. Czuł się zniewolony, ograniczony i poniżony. Przestał się uczyć, bo nie było po co. Niczego od niego w tej szkole nie wymagano; a sam od siebie nie umiał. Ludzie brali udział w konkursach, on konkursy wyśmiewał. Nie wywyższał się, nic nie mówił o sobie, a nawet o sobie nie rozmyślał. Był bardziej niż inni, ale cel jego bycia był niewiadomy. Z kolei cele jakie stawiali mu inni śmieszyły go i był gotów napluć komuś w twarz za jedno słowo niezgodne z tym, co on uważa. Bo myślał, że wie. I może wiedział coś, co powinien wiedzieć. Za to wszystko, co widział było zaprzeczeniem jego odczuć. Codziennie rano myślał tylko o Robercie; był jego pocieszeniem w tym smutnym mieście. Ale po dwudziestu minutach drogi do szkoły, musiał do niej wejść i zaprzeczyć samemu sobie.

***
Dzień rozpoczynał się od spóźnień wszystkich uczniów i nauczycieli. Na pierwszą lekcję każdy nauczyciel przychodził najwcześniej po trzydziestu minutach. Historia.
- Dzień dobry, dzień dobry – mówi wysoki mężczyzna, śmiejąc się przy tym dziwnie. Na swoim biurku widzi kawę i dwa wielkie ptysie. Uśmiecha się szeroko i czerwieni.
Jedna z uczennic podchodzi do niego i prosi o przełożenie sprawdzianu. Zgadza się bez wahania, mówiąc:
- To posiedźcie sobie cicho, a ja pójdę zjeść. – Jest bardzo zadowolony.
Dzwonek na przerwę. Ktoś wychodzi do sklepiku szkolnego, jest słaby, nie jadł śniadania.
- Już do sklepiku, już do sklepiku! – mówi do siebie facet od historii dziwnym tonem.
A co to za sprawdzian z tej historii – myśli Ktoś – i po co go przekładać, skoro każdy miał odpowiedzi. Ktoś jest trochę zdenerwowany i spięty; nie wie co z sobą zrobić i gdzie się podziać. Znów siadł i zamyślił się nad niczym, przez co spóźnił się na religię dwadzieścia minut. Ksiądz pyta czemu, a on co, zamyślił się, co ma powiedzieć, nic nie mówi. Ludzie się śmieją, zawsze się śmieją. Na religii nic, co można robić. Siedzą. Ksiądz siedzi i się nudzi. Wychodzi wcześniej, bo ma pogrzeb. Chyba nie swój. A potem biologia. Baba lekko chora psychicznie. Ma blond włosy, prostą grzywkę. Chuda i ubrana jak z lat siedemdziesiątych. Ma cienki i piskliwy głos; sądzi, że każdego ustawi do porządku. Dziś rozdaje kamienie, żeby każdy mógł je obejrzeć. Ktoś siedzi w ostatniej ławce, więc uzbierał ich wielki stos. Pod koniec lekcji wziął połowę z nich i położył na brzegu biurka nauczycielki, po czym wrócił po resztę.
- No, zobaczymy co teraz zrobi – powiedziała cynicznie, jak gdyby Ktoś był zwierzęciem, które można obserwować. Ktoś oczywiście nie umie zareagować. W milczeniu przynosi resztę kamieni, a potem wkłada wszystkie do pudełka. Głupich min nie ma granic.
Godzinna przerwa na posiłek. Ktoś nie je, bo nie lubi jeść przy ludziach. Siedzi i czeka. Nuda. Inni pobiegają, krzykną coś, jedni mają pryszcze, drudzy są grubi. Siedzą i pasą się. Po obiedzie jedzą kanapki, przechwalają się hajsem. Jedni czytają, szpanując tym, że to robią. Drudzy obgadują, trzeci są obgadywani. Ktoś jakby zamarł. Czeka na rzeźbę.
Baba sprawdza obecność. Jest surowa, brzydka, ma dwa koki na głowie. Czyta imię i nazwisko Kogoś. „Nie będę się śmiać z waszych nazwisk” – mówi, słysząc jak Ktoś się nazywa. Potem każe rzeźbić koła i sześciany, wytykając błędy w zgryźliwy sposób. Na następnej lekcji pokazuje uczniom książki z pomysłami na rzeźby. Ktoś już wybrał; zaczyna rzeźbić. Minęło kilkanaście minut.
- Ale co ja mówiłam – wrzeszczy na Kogoś – co ja mówiłam?! Mówiłam, żeby rzeźbić wszystko, tylko nie to, co wziął Ktoś! No i co ty teraz robisz, no co robisz? Czemu to zrobiłeś? Zajmujesz się wszystkim, tylko nie tym, co powinieneś. Masz uszy? Słyszysz co się mówi do ciebie? Masz jakieś pojęcie?
- Nie wiedziałem – odpowiada jej zmieszany i zdzwiony.
- Nie wiedziałeś?! Nie słuchałeś co mówiłam do ciebie?! – wrzeszczy. Inni uśmiechają się lekko, w ukryciu.
- Nie usłyszałem tego – mówi spokojnie, ale jego spokój wybija ją z równowagi.
- Następnym razem słuchaj! Bo z takim rozmawianiem z wami! Nie jesteście już dziećmi – po tym stwierdzeniu wychodzi z sali. Wraca pod koniec lekcji, gdy wszyscy są już gotowi do wyjścia. Ktoś założył torbę na ramię i poszedł po szczotkę do zamiatania.
- Ty chcesz już wychodzić? – wrzeszczy na niego. – Bez sprzątania?!
- Idę po szczotkę – mówi już niemal szeptem.
- Z torbą?! – jej bezpodstawna nienawiść do Kogoś nie ma granic.

Pięć minut temu rozpoczęła się przerwa. Baba od rzeźby szukała Kogoś po całej szkole, żeby oznajmić mu, że zrobił bardzo poważny błąd. Mianowicie wyrzucił śmieci do nieodpowiedniego pudełka. Co nie miało prawa się zdarzyć, ponieważ w sali wisi kartka, na której jest napisane, że nie powinno się tego robić. Ale kartka ta w ogóle nie rzuca się w oczy i Ktoś jej nie zauważył, zajęty swoimi myślami. Baba od rzeźby ma dość Kogoś i będzie mu to okazywać przy każdej możliwej okazji.
- Chyba cię nie lubi – powiedział do Kogoś jakiś uczeń.
Więc pokonany przez babę z dwoma kokami na głowie wstępuje do apteki, żeby nie przejmować się tymi tłamszącymi go bzdurami.

***

- Izuniu, Izuniu – woła wychowawczyni. – Izuniu, prośba jest!
- Tak? – odpowiada grzecznie, niemal biegnąc w podskokach do nauczycielki. Szczerzy przy tym swoje ogromne zęby. Wygląda jak łaszący się pies; jak taki wyrośnięty york.
- Dziennik byś mi uzupełniła, co? Ja ci powiem jak – patrzy na nią. W jednej ręce trzyma kawę.
- Pewnie, nie ma sprawy – podlizuje się Iza.
Nagle wychowawczyni zwraca się do chłopców z wielką prośbą.
- Dzieci – mówi – pani dyrektor prosiła, aby kilku chłopców zgodziło się powiedzieć do telewizji kilka słów o profesorze Kędziorze, jak dobrym jest nauczycielem, ile mogli się dzięki niemu nauczyć, no takie rzeczy.
- Ale nas profesor Kędziora nigdy nie uczył – mówi jeden z chłopaków.
- No nie szkodzi! Weźmiecie tam glinę, coś polepicie, powiecie tam, że dobrze uczył, no wiecie… Wiecie…
Zgadzają się w milczeniu, mówiąc potem, że pani dyrektor jest osobą, której nie można odmówić. Ma ona zbyt duże wpływy. Dlatego zrobią wszystko, co każe. Ktoś obserwuje ich, idących za dyrektorką jak słudzy, ze skrzywioną miną.

- Jak się czujesz – pyta potem Kogoś wychowawczyni – dobrze?
- Dobrze – odpowiada cicho.
- Dobrze? Na pewno? – uśmiecha się pobłażliwie.
A co miałby jej odpowiedzieć.

Ktoś nie jest popychadłem. Ma proporcjonalne rysy twarzy, doskonałą sylwetkę; ma powodzenie. Bywało, że mówiono, że jest zakochany w sobie, ale nie chodziło o to. Fascynował się sobą jako człowiekiem, obserwował swoje stany; a kogo mógł bliżej poznać, jak nie siebie. Miał jednak coś, czego ludzie nie potrafili ani zaakceptować, ani zrozumieć. Nie odzywał się. Nic nie mówił, tylko patrzył. Zyskał przez to opinię dziwoląga, z którym nie warto się zadawać. Z czasem pogarda przeradzała się w szacunek, ale powoli. Raczej traktowany był pobłażliwie, jako nieśmiały i zagubiony człowiek. A on wcale nieśmiały nie był, po prostu nie wiedział co mógłby powiedzieć.
Lekcje polskiego polegały na tym, że Mieczyński, gdy nikt nie znał odpowiedzi, pytał Kogoś. Nie zrażał się jego ciągłym „nie wiem”, będąc pewnym, że wie, ale nie chce powiedzieć. Może wiedział. Nie miał potrzeby tego nikomu udowadniać; nie chciał być w klasie, siedzieć wśród innych uczniów, nie chciał dostawać pytań. Lekcja wydawała mu się czymś absurdalnym. Przysiadł się do jakichś dziewczyn, przypadkiem. Jedna napisała do drugiej liścik: „Zauważyłaś, że ciągle się przysiada?” Nie mógł zrozumieć, co może być nie tak. Gdzie jest ten błąd; czy jest brzydki. Nie był brzydki, a traktowano go jak poczwarę, która mówi co najmniej od tyłu. Miał ochotę krzyknąć, zadać każdemu pytanie: co za diabła w nim widzą. Zawsze spotykał się z szacunkiem, nigdy go nie obrażano. Miał opinię dojrzałego na swój wiek. Czy w liceum nie był wystarczająco „in-fashion”, czy jego twarz przybierała dziwne miny, czy był tak nieprzystosowany, że nie można było tego wytrzymać. Nie wiadomo. Mieczyński opowiada o Hiobie, trochę o mitologii. Jest zafascynowany bzdurnymi przemyśleniami. Często się zgłasza czterdziestokilowa Marta i inteligent z Bogusławic o imieniu Baltazar. Mieczyński uwielbia siadać na ławce Marty i patrzeć jej w oczy. Przytakuje jej, a ona jemu. Chwali też oczywiste oczywistości Baltazara wypowiadane tonem tonów. Gdy Marty nie ma, cóż to jest za strata dla starego belfra, którym się nazywa. Do kogo ma mówić te mdłe dyrdymały, gdy nikt inny nie słucha. Gdzie ma podziać spojrzenie, o kim ma pomarzyć. „Zbyt inteligentna by chodzić do szkoły” mówi o niej, sprawdzając obecność. Zbliżał się już koniec semestru, a Marty nie było już w szkole od ponad dwóch miesięcy. W końcu się zjawiła, a Mieczyński pobladł. Czterdzieści pięć minut był zajęty tylko i włącznie nią. Na przerwie wszyscy się rozeszli i Mieczyński miał okazję, żeby zaczepić dziewczynę.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? – słyszy Ktoś i widzi jak ten prawie ją obejmuje.
- Ale o czym? – pyta zdziwiona.
- Tęskniłem za naszymi rozmowami – mówi ni stąd ni zowąd. Dziewczyna jest w szoku, ma ochotę uciec.
- Ale… ja chorowałam – zmyśla – co miałam panu mówić.
- Mogłaś mnie uprzedzić – upiera się jak dziecko.

Jakiś czas później, pod koniec roku, Ktoś zauważa podobną sytuację. Mieczyński, przy innych uczniach, mówi do Marty: Marta, nie, nie, nie poprawię cię. Za to że nie chodziłaś. Ty jesteś inteligentna dziewczyna i zdałabyś wszystko na pięć, ale to byłoby nieuczciwe wobec innych uczniów. Dlatego postawię ci trójkę. I nie! Nie dlatego, że jestem zazdrosny! Po chwili dodał: Wiesz, należysz do osób, które chciałbym polecać do zagranicznych wyjazdów… Tak więc Marta jakiś czas potem pojechała do Jerozolimy za darmo, z polecenia Mieczyńskiego.

CDN
Ostatnio zmieniony pn 10 sie 2015, 15:30 przez Miggy, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
badz
Pisarz domowy
Posty: 116
Rejestracja: ndz 20 lip 2014, 21:49
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Chmielna
Płeć: Mężczyzna

Postautor: badz » wt 14 lip 2015, 12:34

Najlepsze twoje opko (czy też fragment większej całości, czekam), bo najwięcej w nim treści. Język służy jakiemuś celowi, nie jest zabawą samą w sobie, to kawałek naprawdę gęstej, dobrej prozy. Najlepsza rzecz na Wery od czasów polishabritpopera.

"muszę dać się sobie poznać, otworzyć puszkę Pandory i rozgryzać wszystkie grzechy po kolei. Inaczej wcale nie będzie mnie." - Morrison, Ian Curtis i poeci wyklęci propsują.


ludzie cywilizują się nagminnie, a ja wciąż jestem dziki.

Awatar użytkownika
Miggy
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: sob 24 sie 2013, 13:50
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Miggy » czw 06 sie 2015, 16:12

Umieszczam tutaj mały fragment dalszego ciągu, może kogoś zachęci do przeczytania i skomentowania, hah.

***

Mieczyński, Mieczyński, Mieczyński…
Ktoś już po semestrze szkoły został doprowadzony do kompletnego rozpadu osobowości. Trochę ze swojej winy. Robił ze swoją głową co popadnie, ale inni robili mu gorzej. Wracał do domu do babci Zyty i dziadka Witka.
Ale po co miał do nich wracać.

***

- Jadłeś? – zapytała od razu babcia Zyta z pretensją w głosie.
- Jadłem kebaba – odpowiedział Ktoś od niechcenia.
- Ta… - zaszeptała szybko. – Ta… Ty to masz… siano w głowie – mówiła spokojnie – ja gotuję, staram się, cały dzień, żadnej pomocy, na pysk człowiek pada, gotuje od rana utyrany po łokcie – jej głos zmienia się. – Kebaba jadł! – krzyknęła potem do dziadka. – Nie będę gotować! Wcale! – zagroziła mu i weszła po schodach do swojej kuchni.
Więc Ktoś był poddanym nawet w swoim domu i do tego poddaństwa całkowicie przyzwyczajony. Ale kim miałbym być, bohaterem? – myślał o sobie. Zdążył już poznać dobrze swojego ojca i swoją matkę. Zdążył rozpracować ich charaktery, znalazł podobieństwa i różnice. Wiedział, że nic już z niego nie będzie. Nigdy. Tata kieliszek, a mama wariatka, no a ja, ja, ja – myślał. „Ja” miał obsesyjne i zmienne, raz był i czuł życie jak film, raz zapisywał rozmowy w głowie jak dyktafon. Jednak nie mógł stworzyć całości.
- To nie będziesz jadł? – babcia przychodzi do jego pokoju i patrzy na niego z niepokojem. – Może w ogóle przestaniesz jeść? I będziesz żyć powietrzem? – pyta, ale tak naprawdę to wcale nie pyta.
- No nie chcę, potem może, nie wiem – miota się pod jej słowami, nie umiejąc uciec.
- To sobie sam odgrzejesz – mówi jakby z groźbą. – A Krystian zjadł.
Każde słowo babci Zyty wyprowadza Kogoś z równowagi. Każde wspomnienie imienia jego brata, Krystiana, sprawia, że zbiera mu się na wymioty. Ma w sobie tak dużo emocji, a jednak nie czuje nic. Może nie istnieje, często tak myśli, bo postacie, które krążą wokół niego, zdają się być złymi widmami, jakąś resztką po czyichś grzechach.
Nagle zdaje sobie sprawę, że babcia wciąż na niego patrzy „tym” spojrzeniem, którym chyba celowo chce człowieka udręczyć i zabrać mu wszystkie widoki sprzed oczu. I myśli już tylko: „Boję się, że zabiję własną babcię.” No, a mając w głowie to zdanie, Ktoś nie może pozbyć się wstrętu do swojej marnej osoby. Przypomina mu się, jak zawsze babcia woła „KOLACJA!”, ale nie dlatego, żeby ją zjadł, tylko po to, żeby ją zrobił. Wszystko mu się przypomina. Każdego dnia. Odkąd mama, którą od niedawna zaczął nazywać „tą osobą” znalazła sobie Spaślaka i odkąd tata kupił dom, Ktoś mieszka z dziadkami. No i jest jeszcze Krystian. Gdyby chociaż jego mogło nie być – marzył.
Babcia Zyta miała tylko jednego syna o imieniu Aleksander. Ten nieporadny, rozpieszczony i udręczony jednocześnie chłopak szybko poznał Adriannę, mieszkającą wcześniej na wsi, która chciała wyjść za mąż tylko po to, by wyrwać się do miasta. Wystraszona i poddana niemęskiemu Aleksandrowi w końcu pokazała swoje prawdziwe oblicze.
- Nie mogę znieść, że tak rozpiła Alka, nie mogę – mówiła ciągle babcia Zyta – przecież ona mu ciągle dolewała! Gdyby nie Wikłów, to by się tak nie rozpił!
A w Wikłowie, gdzie mieszkali rodzice Adrianny, rzygano na ściany, pito bimber i krzyczano: „Ludzie, ratujta! ZABIŁ MNIE!” Gdyby nie Wikłów, gdyby nie Wikłów… gdyby nie ona. A jednak pokochał Adriannę wychowaną na PRL-owskim majątku, która z balkonu miała widok na kościół i stojących blisko pijaków i wraków. Nic nie mogło wyjść z niej dobrego, gdy w rodzinie miała samych morderców i alkoholików. Alek o tym wiedział i nie myślał. A Adrianna urodziła. Najpierw Kogoś, a dwa lata później Krystiana. Po takim sprzężeniu się genów mogło wyjść tylko to. Tylko Ktoś, którego Ada zdawała się omijać szerokim łukiem, zajęta zaocznym studiowaniem i pracą. Byleby tylko z dala od Zyty i Alka. Ada się zmieniała i Alek też, żyjąc razem, a jednak obok. No i zaczęła traktować swojego męża jak psa, z którego można wyciągać pieniądze. Mówiła do Kogoś: „Dobrze, że tata jest pijany, będzie łatwiej wyciągnąć kasę!” Oszukiwała go, kupowała mnóstwo rzeczy w tajemnicy i nie wiadomo po co. Aleksander, początkowo abstynent, coraz częściej sięgał po piwo o nazwie Bączek. Ada nie mogła znieść tego, że on tak z tym piwem raz czy dwa, że ta nazwa głupia, że siedzi, że mały palec przy piciu odgina, że krzywo skarpetka, że jego mina nie taka, że teściowa obłąkana, że duchy w domu. Wszystkim obarczyła Aleksandra, który nie miał siły ciągnąć już dłużej ciężaru jej i swojej matki. Pieniądze musiał trzymać przy sobie, bo jego żona chora na zakupy wydałaby wszystko w jeden dzień. No i potem, po rozwodzie, doprowadziła siebie do stutysięcznego długu. W końcu liczyło się tylko pokazanie tego na jak wysokim poziomie żyje i jak dużo pieniędzy wydaje w sklepie ku wyimaginowanej przez nią zazdrości innych. Nie kochała Aleksandra, a wręcz go nienawidziła. Tak samo jak swoich dzieci. Potrafiła tylko gardzić, nie znała innych uczuć. Ktoś często słyszał jak uprawiają seks, a jego matka wydaje ojcu polecenia niemal jak w wojsku, używając przy tym obrzydliwych słów.
Po kilku latach małżeństwa babcia Zyta, nieszczera i do obrzydliwości miła, życzyła Adzie złotych godów. Długo na odpowiedź nie musiała czekać, bo po paru dniach Ada zażądała rozwodu. Alek był wiecznie pijany, spał i udawał, że wszystko jest w porządku. Ani Ktoś, ani Krystian nie znali ojca. Gdy ten miał problemy ze słuchem, ona krzyczała na niego: „co ty, głuchy jesteś?!” kilka razy dziennie. Nazywała go pijakiem, idiotą i debilem, a potem spała z nim w jednym łóżku.
Jeszcze przed rozwodem spotkała na ulicy siedem lat młodszego faceta o aryjskim wyglądzie i umyśle Polifema. Wystraszyłam się go na początku – opowiadała Komuś, który miał wtedy dziesięć lat – a potem zaczął za mną łazić i łazić… Wiesz, taki blondyn, spodoba ci się. Jakiś czas potem zostawiła włączony komputer, Ktoś podszedł i odczytał fragment wiadomości: „Nasz sex!!! Fun and dirty!” Jednak dziesięcioletni Ktoś nie był w stanie pomyśleć źle o swojej matce, która tak mocno nastawiła go przeciw ojcu. Był zaprogramowaną dla niej zabawką, którą ustawiała i nakręcała jak chce i kiedy chce. Ktoś jej przytakiwał, pragnąc od niej matczynej miłości. A ona gardziła, gardziła i pluła.
- Tssss! – śmiała się w ten sposób, widząc kogoś – jaki lanserek, o maasaakra!
- Ale się ubrała, o ja pierdoooolę…



Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1388
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Gorgiasz » pn 10 sie 2015, 15:29

No cóż, mam duży problem, jak sformułować swoje zdanie o tym tekście. Nazbyt cenię Twoją twórczość, aby wykręcić się kilkoma standardowymi frazami, mówiącymi, bądź dającymi do zrozumienia w mniej lub bardziej zawoalowany sposób, że nie przemawia on do mnie, a może nawet bardziej dosadnie i bardziej bezpośrednio, że mi się nie podoba. I oczywiście a priori będę liczył na zrozumienie, iż wrażenie to powstaje na tle uprzednio poznanych Twoich utworów, i że jest to tylko moja subiektywna opinia, której mogą być przeciwstawione zupełnie inne – vide – mój przedmówca, którego błyskotliwą inteligencję i trafność wypowiedzi, przy jednoczesnym nader krytycznym podejściu do publikowanych tekstów, znam dobrze skądinąd i wiem, że warto brać pod uwagę jego zdanie - a tak pozytywna, rzadka u niego opinia - ma swoją wagę. Jednocześnie muszę również stwierdzić, że pod względem technicznym, tekst jest praktycznie bez zarzutu, tak, że moje czepialskie nawyki, nie mają tutaj pola do popisu.

Jeśli więc pozwalam sobie wyrazić taką opinię, to z zastrzeżeniem, że jest ona bezwzględnie relatywna i odnosi się do Twego poziomu, do pamięci o nim, wrażenia jakie zachowałem, bo gdyby był to tekst nieobarczony minionym bagażem, na przykład nowego użytkownika, to bez wątpienia ocena byłaby inna. „Komu wiele dano...” itd. Zresztą, dobrze wiemy, że pojęcie obiektywizmu w wielu wypadkach jest fikcją (nawet nieliteracką).

Stanowczo wolałem twoje dawniejsze prace, tak pełne ognia, świeżości, spontaniczności, szczere i sięgające głęboko w psychikę, penetrując ją bezlitośnie. Tutaj poruszasz się po powierzchni, w utartych, znanych i określonych sytuacjach, grając nieciekawymi aktorami na szablonowej scenie. Nie chcę przez to powiedzieć, że wyraża się w tym jakaś forma regresu, że jest to krok wstecz. Po pierwsze, truizmem, ale prawdziwym, jest stwierdzenie, że nie zawsze można być bardzo dobrym i trzeba przy tym zaznaczyć, że nie schodzisz tutaj poniżej pewnego poziomu. Nie sądzę jednak, aby w tym wypadku, stanowiło to wystarczające wyjaśnienie. Powiedziałbym, że jest to krok naturalny, niezbędny. Spojrzałaś na rzeczywistość, Twoją rzeczywistość, czyli taką, jaką Ci się ona objawia, z nieco innego punktu widzenia - a może to on właśnie ewoluował – i w efekcie ułożyłaś ją w solidny, ceglany mur, scementowany zaprawą złożoną z dobrego warsztatu, nabytego doświadczenia i ogólnej poprawności. Mur jest równiutki, solidny i spełniający normy budowlane, „Lecz poza murem – nic i nic!”. Kiedyś wznosiłaś konstrukcje z przezroczystych szyb oprawionych w piękne ramy, z luster pokazujących odbiorcy zaskakującą, nieznaną mu, a czasem przerażającą twarz, która mówiła to, czego nie oczekiwał. Budowałaś z kryształów, rozcinających światło świadomości na przeróżne barwy i odcienie, także takie, o których zapomniała tęcza. I można było nieraz wytknąć łeb na zewnątrz. I zobaczyć, odczuć coś nowego. A tu jest tylko poprawny, prawidłowo ułożony ciąg nieprzejrzystej materii pisarskiej.


Zły był to rok, można było odnieść wrażenie, że każdemu doskwiera uciążliwa nuda.

„był – było”: powtórzenie

Jego stare życie było ciągłym prześladowaniem siebie; niedawaniem sobie spokoju, chorym perfekcjonizmem, który nie poskutkował niczym dobrym.

Zmieniłbym słowo „poskutkował” na inne.

w końcu przecież uciekł przed sobą na balkon i miesiącami nie wracał. Przeżywał wtedy najgorsze rozdzielenie, wdowią rozpacz, ale czym mógł czuć, gdy nie wiedział gdzie się znajduje.

Ucieczka na balkon – nieprzekonujące i absurdalne. Wdowia rozpacz – w tym wieku?

a to wszystko po to, by spróbować i poczęstować się pierwszym lekarstwem. Myślał, jakie to banalnie proste, szesnaście lat i robię to, co każdy powinien robić. To wszystko jest zbyt przewidywalne;

Nagromadzenie „to”.

próbował sobie przypomnieć Ktoś. Chyba nie. Czasem tylko ten pusty śmiech. No i zapach wódki. Gdy ktoś go pytał o zdanie,

Zestawienie „Ktoś” i „ktoś”. To różne znaczenia, ale nie są przedstawione, wykorzystane, nic z tego nie wynika. A można by poszukać tu paraleli bądź różnic.

Przecież to, co wokół niego… to co to jest. Czy ja jestem chory, czy ja oszalałem, Boże, może ja nie jadłem dziesięć dni, może nie wiedziałem, może coś się dzieje, nie wiadomo co,

Wydaje się, że powtórzenia „to” się tłumaczą, ale powtórzenie „co” – już nie.

- Idę się odlać – powiedziała zgarbiona dziewczyna, a wszyscy wybuchli śmiechem.

„wybuchnęli”

Ktoś to ktoś, może robić to na co ma ochotę.

Niejasne zdanie i jeszcze mniej jasna relacja między „ktosiami”. Może chodziło o to: „Ktoś to ktoś, kto może robić to na co ma ochotę.”?

Kiedyś w Częstochowie były zloty hipisów, Rysiek Riedel siedział tu na trawie, a teraz.

Tu na końcu mogłyby być trzy kropki, bo tak, to logika trochę szwankuje.

- Czemu? – złapał Kogoś za rękę i zaczął delikatnie przesuwać opuszkami palców po jego wewnętrznej stronie dłoni.

- Czemu? – Złapał Kogoś za rękę i zaczął delikatnie przesuwać opuszkami palców po jego wewnętrznej stronie dłoni.

Nie jesteście już dziećmi – po tym stwierdzeniu wychodzi z sali.

Nie jesteście już dziećmi. – Po tym stwierdzeniu wychodzi z sali.

- Z torbą?! – jej bezpodstawna nienawiść do Kogoś nie ma granic.

- Z torbą?! – Jej bezpodstawna nienawiść do Kogoś nie ma granic.

Po chwili dodał: Wiesz, należysz do osób, które chciałbym polecać do zagranicznych wyjazdów…

Napisałbym „dodaje”, żeby utrzymać czas teraźniejszy.

- No nie chcę, potem może, nie wiem – miota się pod jej słowami, nie umiejąc uciec.

- No nie chcę, potem może, nie wiem. – Miota się pod jej słowami, nie umiejąc uciec.

No i zaczęła traktować swojego męża jak psa, z którego można wyciągać pieniądze.

Trochę to nie brzmi, psy raczej pieniędzy nie mają (mam psa, to wiem).

Historia i niespełnione rojenia Mieczyńskiego, to nic ciekawego, nic oryginalnego. Właściwie - nudny, żałosny banał. Człowiek - Nikt, kojarzy się ze Stachurą, ale ma tam inne znaczenie, trochę szkoda, że nie wykorzystałaś możliwości nawiązania (albo ja go nie dostrzegam). Wprowadzenie określenia „Ktoś” … hmm. Przede wszystkim niewykorzystane. Jeśli miało to być jakieś (nie wiem jakie) alter ego, to nie zostało to pokazane. Przeskoki na linii jego wieku/życia, są na pewno ciekawym pomysłem, ale czasem trudno się w nich połapać, zamazane takie, niedookreślone. Rozdwojenie jaźni? Również niejasne, niedoprecyzowane. Rozpad osobowości? Może i tak, ale... nie przemawia do mnie. Pomysły, owszem, są, ale jakoś się rozmywają. Wydarzenia szkolne – mało atrakcyjne. Właściwie po co o tym pisać? Relacja bohatera ze światem – mimo wszystko nijaka. Sympatii nie wzbudza, niechęci właściwie też nie, taki niepotrzebny, prawie nieistniejący, no, może taki miał być. Czyta się tak średnio, tak jak mówiłem poziom (forma) w porządku, ale nuda narasta. Zakładając, że to początek czegoś większego – może się rozkręci.



Awatar użytkownika
Miggy
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: sob 24 sie 2013, 13:50
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Miggy » pn 10 sie 2015, 19:29

Może odpowiem jaki był zamysł. Chciałam wreszcie napisać coś, co będę umiała pociągnąć długo. To, co pisałam kiedyś to góra 10 stron, no i blokada. Dostawałam też dużo komentarzy, że nie da się czytać tak dużo tekstu pisanego w takim stylu, bo zbyt ciężkie, itd. No, a że ostatnio prowadzę uporządkowane życie chciałam trochę się rozliczyć z przeszłością i postanowiłam opisać, co przeżyłam, zaczynając od nudnego (ale nie wiem, czy dającego się czytać?) wstępu, a dalej przechodząc w te moje nie wiadomo co, co pisane będzie na pewno nie na trzeźwo. Pomyślałam, że będzie to tak: nuda i zwykłe życie, spięcie tego, no i wybuch tego mojego starego pisania, no i tak co jakiś czas. Tak, żeby rzeczywistość pomieszała się z rojeniami, no czego jeszcze tu nie widać, bo do tych rojeń nie doszłam. Ale pierwszy raz piszę według planu i zabieram się do tego dość poważnie. Ale może ta powaga mi nie służy.

Także nie wiem jak to będzie wyglądało dalej i czy uda mi się rozbudować tych bohaterów i jakoś wzbogacić tekst.
Dzięki za odpowiedź!



Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1388
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Gorgiasz » pn 10 sie 2015, 20:28

W każdym razie dobrze, że masz plan i świadomie chcesz przeprowadzić jakąś koncepcję. Zawsze przecież można dokonać takich czy innych korekt, ważne, żeby było co korygować (jakby co – oczywiście). Istotnie, jeśli postawisz na kontrast, na zderzenie dwóch różnych stylów i różnego, antagonistycznego nawet, podejścia do rzeczywistości (takiej czy innej), to może się to sprawdzić i dać ciekawy efekt. Czy powaga Ci służy czy nie? Wydaje się, że jeszcze za wcześnie, to jest na podstawie tego fragmentu, stawiać ostateczne i dalekosiężne diagnozy. Zdanie, które wypowiedziałem, dotyczy przecież tylko jego, jako samodzielnego i wyalienowanego z jakiejkolwiek większej całości. A przecież wciąż się zmieniasz, rozwijasz. Pracuj, pisz, a znając Twoje dotychczasowe dokonania, na pewno kiedyś osiągniesz znaczący sukces.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości