ludzie sprzedajni

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Miggy
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: sob 24 sie 2013, 13:50
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

ludzie sprzedajni

Postautor: Miggy » czw 27 mar 2014, 16:39

wulgaryzmy

To była sprzedajna cipa i nie chciałam być taka jak ona. Ogólnie to sobie ciągle myślałam, że chuj jej w dupę, jestem lepsza. Tak prostacka jak mój ojciec, bo mieszkam na wsi i nie wiem, do ilu jeszcze umiem się doliczyć. Jestem lepsza, bo ojciec mówi mi, że muszę być lepsza. A ja wtedy zatrzymuję się, sama nie wiem przed czym i myślę sobie: tak, mam ojca. Własnego ojca. I nie mogę mieć z tego powodu żadnych kompleksów. Posiadanie ojca wymaga wielkiej samodyscypliny, której potrzebuję kiedy wychodzę i wracam. To kilka lat temu dowiedziałam się, że mam ADHD, że w ogóle wielki defekt, koniec świata, że nie wiem gdzie się obudzę i czy. Ale przecież to ja, a ja obrastam w piórka, bo taki już ze mnie ptaszek.
Połknęłam gripex i wciągnęłam prochy, może mi nic nie będzie. Może mam wyżerki w nosie, może wciągam kreta. Nie wiem. Rano myślę, że chciałabym napisać na pudelku jakiś komentarz, że nigdy tego nie robiłam, a może jestem już gotowa, a może napiszę: „Siwiec, całkiem osiwiałaś”, to śmieszne. Zabawne.
Moje ostatnie spotkanie z samą sobą bardzo mnie męczyło i chciałam zapomnieć o ścianie, która wyrastała przed moimi oczami. Mówią mi, że jestem lesbijką, mówią o mnie różne rzeczy prosto w moją twarz, a ja wtedy odpowiadam, że nie istnieję. Czy to jest dobre rozwiązanie? Oglądam „M jak miłość” i odnoszę wrażenie, że już całkiem zgubiłam się w swoich metaforach (metorach!), i że nie wiem co to jest Maleńczuk, a może kiedyś wezmę walizkę, pochodzę po mieście… Lub plecak. Weszłam w punkt, z którego nie umiem wyjść. Nie wiem, gdzie jestem. Po ketonach waliłabym konia przy pornosach, ale nie mam konia. Mam tvn. Czasem jeszcze ktoś do mnie przyjedzie, ktoś zapuka (w niemalowane), a ja nie wiem czy umiem wyjść i poprowadzić twarz czy włączyć nagraną rozmowę.

Po złych przygodach mam dużo pryszczy wokół ust i sprawiam wrażenie tłustej od wewnątrz. Koleś może do mnie podejść i powiedzieć mi, że Krzysztoń był lepszy, a do domu Rosiek nie mam nawet wstępu. Mogą łapać mnie za nogi, gdy się wieszam na krzyżu i podziwiać wspaniałe i niepotrzebne umęczenie = otępienie.
Moje bolesne oczy weszły w kontakt z brzuchem udręczonym. Zamawiam u najlepszych vendorów najpiękniejsze cudeńka sypiące się z oczu zamiast łez. A ten miły, młody człowiek to wygolony głupek, który kupuje swoją własna muzykę. Nie mogę patrzeć na takich ludzi, gdy moje poczucie sensu wiruje gdzieś obok mnie. Byłam zmęczona, nie mogłam otwierać oczu. Naprawdę nie mogłam; przez zaciśnięte usta mówiłam, że nienawidzę słowa „obiad”.

- Urósł w tobie taki patetyzm, dzieeecko – mówi do mnie szmata. – Dzieeecko drogie, drogie dziecko… Bardzo niezdrowe i jest coś sztucznego, rozumiesz? Rozumiesz? W tym co mówisz, jakby coś ci tam zalegało gdzieś, wiesz? Aniołeczku?
Albo lepsze:
- Czy pani wypełniła już formularz? Proszę o wypełnienie formularza.
Nie ma żadnego pozwolenia na samobójstwo. Na obozach harcerskich uczyli mnie wiązać sznury albo sobie to wymyśliłam. Było tam dużo ludzi, co ich nienawidzę. Laska, tępa cipa, miała na imię tak jak ja, a nazwisko miała najgorsze na świecie. Patrzyła na mnie z góry, bo była wielką wyrośniętą babą. A ja umiałam powiedzieć jej tylko: „nie!” albo „tak!”. Nadal mi się przypomina i wskakuje czasem między moje obsesyjne myśli i obsesyjne sny, które śnię każdej nocy, bo jestem bliska zdradzenia, na pewno, knują zdrady, wszyscy. Szukałam wszędzie jak pozbyć się zaburzeń obsesyjnych, borderlajnów i innych świństw, których nauczyli mnie ludzie. Na głupotę nie ma lekarstwa, hihi!
- No bardzo zakompleksiona była, taka biedna dziewczynka.

I ośle, kiedy ty w końcu dorośniesz? Ja naprawdę nie chciałam słyszeć tych rozrastających się rozmów w głowie, które czyniły mnie pokraką. Moja pamięć absolutna nie pozwalała mi na spalanie mostów czy rozbieranie choinki. Głowa mi rosła tylko po to, żeby dział się przepływ. Ale był zbyt zakłócony, tak wiele przeszkadzało, musiałam wiecznie oczyszczać teren, zalepiać dziury własnymi palcami i wszędzie było mnie mało. Byłam niewidzialna, gdy rozrastałam się do wewnątrz. Chcieli mi płacić za bywanie, a ja nie wiedziałam co to znaczy, gdy otwiera się oczy w nie tę stronę, w którą się powinno. Wcale nie chcieli, wymyśliłam to, nikt mnie nie chciał, miałam wściekliznę macicy i odhamowania seksualne po hektolitrach płynów, które kazałam moim osobistym karłom wlewać sobie, na szczęście, do ust.
Płacę karłom cennymi denarami.

Jeden jest uzależniony od ziemi ogrodowej. Żre ją i czarnieje, potem odrywa tynk ze ścian, wszędzie wtyka język, oczy ma dookoła głowy. Wpuściłam go na działkę do mojej kochanki, sadzi tam sobie ogórki i pomidory. Nie musi kupować, sadzi sobie. Potem sobie może zjeść z ogródeczka. Z działeczki. Na działeczce to w ogóle zawsze cuda się działy i było jedno okno z małą firanką, przez które mogłam oglądać wieczność. Gdy przez jakiś czas świat był tylko nasz; mój i jej. Teraz ona jest całkiem dojna, taka krowa mleczna, rozdaje mleko bezdomnym dzieciom, sama rodzi jakieś bachory; nie wiem z kim, chuj jej w dupę.
Miała pretensje, że się tak łatwo denerwuje.
No ale była też karlica o imieniu Dojnica z Mołdawii. Nawet występowała w filmach. Moja mała aktoreczka. Lubiła, gdy nosiłam ją na baranach. Czasem szłyśmy na salony, ale tylko wtedy, gdy nas zaproszono okrzykiem: „Wpuścić chamstwo na salony!”
Wtedy szybko okazałam się bohaterem wieczoru, gdy nałożyłam sałatkę nie temu, co trzeba. To były dobre czasy, przypominałam Makbeta, nie miałam zęba i proszono mnie o autografy. A ja nie wiedziałam czemu, chciałam, żeby nazywano mnie ptaszkiem, do ust wlewano mi wodę sodową. Do głowy nic mi nie uderzało, tylko czyste prochy, które zaczęto mi dostarczać, gdy zrezygnowałam ze stanowiska Piotrusia Pana. Słabo płacili, a teraz najlepsza kokaina, Janowski się nie powstydzi!
Czy mówią „wszedłbym w politykę”! Nie obchodzi mnie to przecież, no kurwa. Nie zadaję się z debilami, debili chcę omijać szerokimi łukami, dlatego chodzę w ten sposób. Ot i wszystko! Nie piję nic w ogóle i to jest eksperyment. Jak piłam za dużo to karły rodziły dzieci i to już nie było takie fajne. Mnożą się jak pojebani, gdzie nie spojrzysz: karzeł! Ostatnio idę z moim przyjacielem karłem, spotykam niekarła i wrzeszczę: Mateuuusz! Heeeeej! A ten ucieka…

***

Nie chcę wstawać popołudniami, bo kosmicznie źle mi się to kojarzy. Nie mogę złapać spójności między moimi dniami, każdego kolejnego jestem kimś innym, a każdy człowiek wydaje się być kompletnie inną osobą. Nie potrafię na to odpowiedzieć, nie lubię stawać w miejscu, ciągle się trzymam tej ściany, jakby to była ścianka do wspinania. Tylko nikt nie chce mnie podtrzymać, ani na duchu, ani na ciele. No bo wędruję, wszędzie gdzie się da, żeby spotkać księżniczkę, poznać coś pięknego, coś niedotkniętego, takiego tylko dla mnie. Ale brud, syf i klucz ukryty nie-wiadomo-gdzie. Wszędzie się przeciskam, szukam tajnych przejść, wygryzam dziury wielkości mojego ciała. Dosiądę w końcu tego konia, co nie wygląda jak koń z obrazu Podkowińskiego. Będą mieć do mnie pretensje, że weszłam sobie między obrazy. Że się zaplątałam między wierszami, że sobie tam siedzę, i ni chuja nie wiem, co dalej.
Ona też nie wie, bo mówi, że nie wie. Ale ja nie chcę z nią rozmawiać, bo jak już powiedziałam: to sprzedajna cipa. Jednak od jakiegoś czasu jest ona moją jedyną oazą spokoju, na której mogę się od czasu do czasu zawiesić. Gdzieś tam włożyć głowę, rozważać sobie czy piękne, czy mniej piękne. Ona to o niczym nie ma pojęcia i ubiera się jakby nie była stąd. Chce wojny, naprawdę jej chce; bredzi po prostu, bredzi, bo to zwykła idiotka.
To smutne, że nie boi się w ogóle tego, co ja o niej myślę. Zawsze miałam wrażenie, że ludzie obawiają się mojej opinii, że chcieliby słyszeć ode mnie komplementy, że wzbudzam strach czy chcieliby mnie może całować po rękach, gdy chodzę z opuszczoną głową zwinięta w nieforemny kwadrat. Nie jest tak, a co ja mogę zrobić, że do chamstwa się nie nadaję, że bardziej mnie kręcą autobiograficzne tematy, niż ta łatwa do kupienia sztuczność. No, te moje bolesne dylematy można sobie łatwo przepuścić między palcami, przefiltrować wszystko do zera i zagryźć tanią przekąską.
W towarzystwie jestem zawsze skończona, gdy prowadzam się z karłami i przybłędami. Mój przyjaciel, Robert, łyka parkopan i jest z nim gorzej, niż lepiej. Ale to tylko on jest nie-karłem. Ostatnio powiedział mi, że powinni zacząć nam płacić: karły się dorabiają, a nam co?
No właśnie, co z nami będzie?

Gdy spotkamy się na zakręcie, kurwa. Świat jest przepełniony muzyką, która zabija moje ostatnie szare komórki, powinnam zacząć palić trawkę, więcej patrzeć na słońce. Może oglądać więcej czarnych plam, może powinnam wywoływać flashbacki. Czy może miałabym się doprowadzić do ruiny? Wszystko po to, żeby znaleźć to idealne miejsce, które będzie tak idealne, że zacznę czuć się źle z powodu klęski urodzaju i wypłaczę brązowe oczy niebieskie i pieskie. Wypłaczę je i będzie koniec, nie będzie oczu, tych co jeszcze nosiły jakiś pierwiastek czegoś mądrego, ale jednak zgaszone, jednak mętne. Wypłaczę je, zemszczę się na kimś, nie wiem na kim, ale je wypłaczę. Zobaczycie, wszyscy zobaczycie, nie będzie już tych pięknych oczek. Orzechów nie do rozgryzienia, wypłaczę je.
No ale jak ja mogę źle o sobie mówić, bardzo miła ze mnie dziewczyna. Młoda, ładna, no naprawdę laska, no za mało mówi, jakaś… no niesympatyczna trochę. Ale dobrze jej z oczu patrzy, taka wychowana, z takimi ludźmi trzeba rozmawiać, to się powinno. Od takich ludzi można się dużo nauczyć. Ale taka, no taka zamknięta jest w sobie.
A ja bym mogła powiedzieć, że chciałabym się tylko pozbyć tego obsesyjnego koszmaru, który zapętlił sobie mnie całą, z którego nie mogę się uwolnić. Bo ta obsesja jest żrąca i wypala wszystko, co mam. To przez nią jestem w szpitalu,
to przez nią leżę martwa.

Muszę zostawić tą obsesję i się jej wyrzec. Siebie się wyrzeknę, może to zrobię. Nawet przyznać się boję, co ten mój mózg roi. Ale ja to zostawię, wiem, że to zrobię i wyjadę. Tylko najpierw muszę poszukać wybawiciela, mojego wymarzonego chłopca z tektury czy Małego Księcia. A gdy już się to stanie to… to już całkiem będzie „Palacz zwłok” i ja dziękuję sobie za takie myśli.
Powinni wymyślić jakieś zmyślniejsze ubezpieczenia.

No i to już całkiem zostawiłam, no całkiem nieważne, chciałam wejść w nowe. Kilka obrotów w ciemności i jest jakaś hipoteza, coś się wynaturza. Może ważniejsze byłoby jakieś tworzenie, zasuszanie czegoś czy hodowanie krów… Po co komu jakieś udręczenia natury banalnej. To przecież wystarczy, że Robert powie „tak, tak” albo „nie, nie”. I to wszystko! Żadna rozmowa nie jest warta naszych małych mózgów, weźmy się w ogóle stąd, poszukajmy pieniędzy, pieniądze łatwo przećpać, nie wiem po co mieć pieniądze. Zawsze byłam na kresce, z kreską się urodziłam, jak biedna księżniczka. Paliłam takie papierosy, które wypalały mi dziury w ustach, a potem koszmary i koszmary, i nieskończoność koszmarów.
Umówiłam się na dziewiątą z frajerem, bo miał dla mnie jakieś info o tym i tamtym, że może Wioletce już coś nie uchodzi, jedynki i pały, rzeczy tego typu. On z tego spotkania zrobił walentynki w filharmonii, a ja zaczesałam do tyłu tłuste włosy i plułam jak Clint w jakimś filmie, co się tak wkurwiał na swoje wnuki. Tak się zachowywałam, bo byłam taka zirytowana, że w ogóle trzeba się wynieść z tego miasta, poszukać jakiegoś świata, na pewno są lepsze światy. No i wiecznie ta sama gadka w głowie, kiedy wszystko już widziałam (a prawie ślepnę), wszystko i wszystko. Nie ma nic, każde uczucie przeżyte, no i nic się nie urodzi. A jak się urodzi? Gdyby zapłodnił mnie jakiś frajer, chociaż ja sobie myślę, że raczej słabo płodna jestem, no… No, gdyby zapłodnił mnie jakiś frajer to byłby z tego całkiem potwór. Jeśli miałby jego uszy, polskie imię i moje nieistniejące oczytanie, to można współczuć takiego szarego potworka. A gdyby zapłodnił mnie karzeł? I urodziłoby się coś niestworzonego i absolutnie nowego… Taki pół-nieolbrzym, malarz czy ktoś tam. Ja się jeszcze będę zastanawiać. Potem poronię i będę sobie myśleć, że miało być takie śliczne dziecko, miało lubić podróże i jeść kanapki ze smalczykiem, miało być idealnym dzieckiem, Chopinem, Bogartem i Mansonem. No i dupa. Nie można ryzykować, ciąże się słabo sprzedają. W moich kategoriach.
- Wciskają nam teraz taki syyyyf – mówi frajer, frajersko zaciągając, tak piszcząc trochę. – Ja to jak czytam książkę to już ją bardziej odkładam, wiesz? No i kupiłem sobie takie, no takie wiesz, małe takie zwierzątko… Chomiczka takiego – frajer jest oczywiście gejowaty.
Ostatnio zmieniony śr 02 kwie 2014, 00:04 przez Miggy, łącznie zmieniany 4 razy.



Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1388
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Gorgiasz » pt 28 mar 2014, 14:33

Tak prostacka jak mój ojciec, bo mieszkam na wsi i nie wiem, do ilu jeszcze umiem się doliczyć.

Nie bardzo rozumiem kontekst „do ilu jeszcze umiem się doliczyć”.

Posiadanie ojca wymaga wielkiej samodyscypliny, której potrzebuję kiedy wychodzę i wracam.

Może i można to tak odczuwać, ale dla mnie brzmi obco.

że nie wiem gdzie się obudzę i czy.

Użyłbym jednak bardziej tradycyjnego układu słów.

Moje ostatnie spotkanie z samą sobą bardzo mnie męczyło i chciałam zapomnieć o ścianie, która wyrastała przed moimi oczami. Mówią mi, że jestem lesbijką, mówią o mnie różne rzeczy prosto w moją twarz, a ja wtedy odpowiadam, że nie istnieję.

Troszkę za dużo tych zaimków. Może tak:
Moje ostatnie spotkanie z samą sobą było męczące i chciałam zapomnieć o ścianie, wyrastającej przed oczami. Mówią, że jestem lesbijką, mówią o mnie różne rzeczy prosto twarz, wtedy odpowiadam, że nie istnieję.

i niepotrzebne umęczenie = otępienie.

Ten znak równości, to jednak matematyka. Wstawiłbym jakiś tradycyjny spójnik.

Moje bolesne oczy weszły w kontakt z brzuchem udręczonym. Zamawiam u najlepszych vendorów najpiękniejsze cudeńka sypiące się z oczu zamiast łez.

Te oczy są za blisko siebie. I niedługo pojawią się po raz trzeci. W jednym przypadku wykorzystaj może „źrenice”, chyba w drugi, tylko kontekst musiałabyś chyba trochę zmienić.

który kupuje swoją własna muzykę.

„własną”

Było tam dużo ludzi, co ich nienawidzę.

Było tam dużo ludzi, których nienawidzę.

gdy otwiera się oczy w nie tę stronę, w którą się powinno.

gdy otwiera się oczy nie w tę stronę, w którą się powinno.

Żre ją i czarnieje,

A nie czernieje?

Potem sobie może zjeść z ogródeczka.

Trzecie „sobie”. Usunąłbym.

że weszłam sobie między obrazy. Że się zaplątałam

między obrazy i „że” wstawiłbym przecinek zamiast kropki.

nie lubię stawać w miejscu, ciągle się trzymam tej ściany,

nie wiadomo o jaką ścianę chodzi („tej”), czym ona jest, gdzie jej szukać.

Gdy spotkamy się na zakręcie, kurwa.

To zdanie jest takie niejasne, niedopowiedziane.

To przez nią jestem w szpitalu, to przez nią leżę martwa.

W szpitalu martwi raczej nie leżą.

Muszę zostawić tą obsesję i się jej wyrzec.

„tę obsesję”

No cóż, wysoki poziom jak zwykle. Zmiany w twoich tekstach są niewielkie, ale widać, że są, że gdzieś idziesz, czegoś szukasz, raz wyjdzie lepiej, raz gorzej, ale działania są twórcze i jakby przyczajone, zbierasz siły i szykujesz się do wywołania potężnego efektu.

I jak dla mnie trochę za dużo wulgaryzmów, wydaje mi się, że nie zawsze są niezbędne, niczego nie wnoszą. A może się przejadły. W mniejszej ilości robiłyby większe wrażenie i całość zmieniłaby nieco charakter. Na przykład tutaj: „Że się zaplątałam między wierszami, że sobie tam siedzę, i ni chuja nie wiem, co dalej.”; sądzę, że bez tego słowa brzmi to lepiej, a tak wybija z nastroju spowodowanego wizją obrazów, malarstwa, sztuki.
Albo tutaj: „bo jak już powiedziałam: to sprzedajna cipa.”. Skoro już powiedziałaś, to powtórzenie tego nie jest potrzebne. Wygląda to trochę tak, że robisz je, aby jeszcze raz powtórzyć to słowo.
Jakby nie było, Twoje teksty są adresowane (tak mi się wydaje, choć zapewne nie tylko) do bardziej wyrobionego, oczytanego, myślącego odbiorcy. A tacy niekoniecznie się lubują w słowach, które wszędzie dziś można usłyszeć na ulicy i to w niezbyt miłej oprawie.
W Twoich tekstach jest też wiele artyzmu, a to jednak są przeciwstawne światy, pomimo że często popełniały mezalianse.

Zapewne wiesz, że ten obraz Podkowińskiego z koniem nosi tytuł „Szał”. I rzeczywiście to, co przedstawia, można tak określić. Ale tego szału brakuje u Ciebie. Jest trochę za spokojnie, momentami nijako w sensie „tak samo”, nie ma eksplozji – eksplozji czegokolwiek, a podświadomie na nią oczekuję – nie ma porywającego szaleństwa, a wydaje się, że powinno być, że nawet czai się gdzieś za linią poprawnie, lecz czasem nazbyt statecznie zbudowanych zdań, które nie przenoszą do końca, czających się w nich lub poza nimi, myśli i uczuć. I poszczególne fragmenty, w swoich ramach są w porządku, ale nie tworzą do końca wspólnej linii melodycznej w ujęciu całego opowiadania, któremu brakuje tego punktu kulminacyjnego, ku któremu wszystkie by zmierzały. Więc może lepiej, aby Twój koń wyglądał jak ten na obrazie, bo skoro już między nie weszłaś...
Wykorzystaj motyw konia, szału i wtopionej weń dziewczyny, rozwiń go.

Jest taka symfonia Józefa Haydna, nosząca podtytuł „Z uderzeniem w kotły”. Chyba najbardziej znana z jego symfonii, właśnie ze względu na to uderzenie. On napisał ich 104, z czego ponad dwadzieścia (mniej więcej) porównywalnych. Jest w czym wybierać. Ale w tej, w pewnym momencie następuje krótkie, kilkakrotne, ale bardzo silne (zresztą kwestia wykonania) uderzenie w kotły. Jest ono wyróżniające się spośród wszystkich innych fraz muzycznych w jego (i nie tylko) utworach. Co prawda samo w sobie - oczywiście doskonale osadzone i komponujące się z całością, bardzo harmonijne i dopasowane etc – to jednak nie jest niczym specjalnym. Ale melomani je znają, bo jest tak charakterystyczne, zapadające w pamięć. I u Ciebie brakuje tego „uderzenia w kotły”. Oprawa – bardzo dobra, trzeba tylko w stosownym momencie dać mocny, wyróżniający akord, a będzie wspaniale.



Awatar użytkownika
b.art
Pisarz domowy
Posty: 50
Rejestracja: wt 25 cze 2013, 13:12
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: +48 22
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: b.art » sob 29 mar 2014, 17:31

Migs, spryciarzu, słowa jak zwykle wkoło Ciebie tańczą. Ja piertrzykropkidole, skąd Ty to masz?
Ale chyba coś Cię mija. Bo "mi", bo "ja". Optyka zaplątanej w siebie gwiazdy.
Świecisz. Jesteś na swoim miejscu. I jesteś grawitacją. Wszystko ma swój początek w Tobie. Chodzi o Ciebie. Ty, ty, ty. Tytytryty.
Gdy się Cię poznaje - zachwycasz. ZA-CHWY-CASZ. Wpada się w Ciebie, w Twoje poplątanie, druciki, labirynty, schowki, a Ty prowadzisz, pewnie, w swoim tempie, nawlekając kolejny koralik-za-koralikiem.
I znowu.
I znowu.
I znowu.
Łapiesz?
Jesteś fenomenalna, Ag, Twoja głowa, Twoje pióro, Twoja wyobraźnia, słowa, kropki, krzyki.
Ale wpadasz w swoje własne sidła. W sensie wnyki.
A stamtąd to tylko oklaski i ryki
publiki, co lubi plastiki.
***
Stójże, boś piękna.


Wiesz? Nie istniejesz.

Awatar użytkownika
Darkpoet68
Zarodek pisarza
Posty: 22
Rejestracja: ndz 02 lut 2014, 14:04
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Darkpoet68 » sob 29 mar 2014, 20:55

Ludzie, co jest z wami nie tak? Przecież ten tekst to najgorsze dno, jakie człowiek może sobie wyobrazić. Od kiedy wystarczy nawciskać przekleństw, wszędzie gdzie się da (i tam gdzie się nie da zresztą też), żeby być dobrym pisarzem? Tak łatwo dajecie się nabrać pstrokaciźnie... Nawet nie chodzi o to, że sam koncept takiego tekstu jest, łagodnie mówiąc, tandetny, ale raczej, że samo wykonanie jest na poziomie gimnazjalnym. Czy to szokujące, prowokujące, kontrowersyjne? Jak dla mnie nudne, wtórne, dziecinne, nieestetyczne i niewciągające. Ktoś napisał, że to jest tekst dla człowieka myślącego... Myślącego o czym? Ja po próbie przeczytania czuję się o wiele głupszy.



Awatar użytkownika
TadekM
Pisarz
Pisarz
Posty: 802
Rejestracja: czw 10 sty 2008, 17:55
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: TadekM » sob 29 mar 2014, 22:22

- Urósł w tobie taki patetyzm, dzieeecko


Bez urazy, ale miałem pewne odczucie, że tym zdaniem podsumowujesz troszkę samą siebie. Piszę o tym dlatego, że nie dostrzegłem w tekście jednej większej myśli, ale poczułem ogrom mniejszych, którymi odrobinę mydlisz mi oczy.

Tu odniesienia, tam puszczenie oka, tam taka zła kultura popularna, tu kreska i moja depresja. Wybierz kartę, zapamiętaj, o patrz! wyciągnę coś z kapelusza, ha! co masz za uchem?, itd. itp. Mamisz mnie wieloma sztuczkami, myślami, ale mam wrażenie, że żadnej nie doprowadzasz do końca. Jest ich wiele, a żadna nie sięga głębiej. Nie widzę dużo więcej ponad dziewczynę, która gada bardziej żeby zagłuszyć siebie niż powiedzieć coś konkretnego. W tym sensie to strumień świadomości i w tym sensie jest dobry. A jednak to, co poprzednicy określili mianem tekstu dla "oczytanego i wyrobionego" dla mnie jest trochę tekstem placebo. Chce taki być i w pewnym sensie taki udaje.

Zdaję sobie doskonale sprawę, że przy tak wyrobionym stylu trudno o jakiekolwiek odnoszenie się do rad (ba, trudno je nawet sformułować), kogoś komu ten typ prozy zwyczajnie nie pasuje. Chciałbym jednak,* żebyś wykorzystała fakt, że umiesz operować słowem do czegoś więcej niż przekazanie mi twoich chwilowych emocji i chwilowego samopoczucia. I żeby te myśli mówiły może coś odrobinę innego niż silenie się na podsumowanie tych wszystkich przejawów współczesności. Trochę za często to ostatnio widzę. Tym bardziej, że gdy raz już napisze się taki tekst, pojawia się pytanie: po co pisać następny, taki sam?

Same "wnętrzności" bohaterki były ok. Także niektóre zdania, na przykład to o oczach, podobały mi się bardzo. To "jak" jest bardzo dobrze, to "co" wymaga, imo, pracy.

Nigdzie nie zaznaczono, że to fragment czegoś, więc oceniam jako całość.

*I to już nie tyle rada, co - powiedzmy - życzenie, które wypowiada się przy spadającej gwieździe. Nie możesz oczekiwać, że się spełni, ale byłoby fajnie.



Awatar użytkownika
Zaqr
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 1115
Rejestracja: pn 03 sty 2011, 23:30
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Zaqr » śr 02 kwie 2014, 00:04

Nie skupię się na warstwie językowo-stylistycznej poza jednym: wulgaryzmy.

Moim zdaniem ten tekst mógłby się obyć bez żadnych lub z dosłownie jednym czy dwoma, Ty jednak używasz ich częściej, zupełnie niszcząc odbiór tekstu.
Dodatkowo rzucasz czytelnika od razu na bardzo głęboką wodę, nie ma czasu nawet zaczerpnąć powietrza, a Ty trzymasz jego głowę pod błękitną taflą. Daj mu trochę czasu na przystosowanie się, to sam zacznie pływać i nie będzie chciał się uratować ucieczką. Niech obłęd i szaleństwo rośnie, niech się nasila i pędzi coraz mocniej, ale daj na początku chociaż punkt zaczepienia i normalności, z którego można wystartować.

Podobno najgorzej jest napisać początek, dlatego powinno kasować się pierwszy akapit - w przypadku tego tekstu skasowałbym pierwszy i drugi. Formularz na samobójstwo jest dobrym początkiem, pokazuje czego się spodziewać i jak będzie dalej.


Jeśli byłoby dłuższe, to nie próbowałbym przebrnąć, zniechęcony pierwszymi zdaniami. Przeczytałem i nie jestem zachwycony. Jest dziwnie, tak miało być, jest chaotycznie, też w porządku. Ale nie ma prawdziwego obłędu. Nie ma prawdziwych emocji - te próbowano zastąpić wulgaryzmami. Nie ma głębi, której potrzeba, żeby opisać takie stany.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości