Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

karzeł o dwóch sercach

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Miggy
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: sob 24 sie 2013, 13:50
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

karzeł o dwóch sercach

Postautor: Miggy » ndz 02 mar 2014, 18:39

Mówiłam, że coś zrobię z ostatnim opowiadaniem. No i tak, zamierzam wpleść je w to, które piszę tutaj. Próbowałam różnych rzeczy, ale pozostanę przy swoim stylu, który, mam nadzieję (!) rozwinął się przez ostatnie eksperymenty. Dziękuję za wszystkie komentarze czytających, które dużo mi dają.

***

Prolog



***

Męczyło mnie nasze ostatnie spotkanie i nie chciałam o nim pamiętać.
Jednak pamiętałam, a stara pijaczka, która szeptała mi dziwne słowa rok temu, wciąż pojawiała się w mojej głowie. Byłam już daleko stąd, poznałam kilku ludzi, a nie powinnam tego robić. Gdzieś jeszcze żyła we mnie ta Agata, która nie pamięta, jak ma na imię. Gdzieś bardzo głęboko, wkurwiona na wszystko.
Ludzie wchodzą w kwestie i mają pomysły na życie, ja to pierdolę. To był dobry strzał; ona mówi, że mam ciągoty. Możliwe, że mam.

***

To podobno ta chwiejna moralność dodawała mu uroku, tak przynajmniej mówiono u nas na mieście. Ciężko jest mówić o moralności człowieka takiego jak on, który nie wie jak liczy się na palcach, a pozdawał wszystkie egzaminy na piątki z plusem. Nigdy nie brał narkotyków, a był tak przyjebany i wychudzony. Cieszył się, że mnie to wszystko jedno, i że nie wiadomo, co ze mnie będzie. Bardzo się cieszył. Hadrian nie był prawdziwym człowiekiem i uważano go za małego judasza.
I to mnie przychodziło go znać.

Dawno już zagubili się płatni narkomani i agenci do wynajęcia. To się znudziło, nikt już tego nie słuchał. Jak się wychodziło to był tylko Hadrian i kilka jego przydupasów. Hadrian słuchający Niemena na słuchawkach; dziwny człowiek. Czy lizali mu dupę, czy robili co innego – jemu wszystko jedno. On wiedział. Ja wiedziałam. Nikt inny nic nie widział; każdy stracił rozeznanie. Zaczęło się od małego pieska, którego hodował na smyczy. Tego pieska zakatrupił własnymi rękami na moich oczach. Nie miał pieniędzy na żarcie dla tego kundla. Nikt wtedy nie miał. To go zabił.
Potem było już coraz gorzej. Ciężko się było wdawać z nim w dialogi, no, ja tego nie lubiłam. On rozumiał nazbyt dobrze. Aż w końcu zaczął o czymś opowiadać... Z siedem lat temu to było, a spotykał się z babą starszą od siebie o dwadzieścia lat. Tyle zrozumiałam z jego bełkotu. Na niej nie mógł skończyć, potem były następne, ale to już długa historia. Moja matka się nim zachwycała, mówiła, że taki ładny chłopiec. A on się uśmiechał, uśmiechem bez zęba na przedzie.

Hadriana nie widziałam już kilka miesięcy. Widok idiotów przyprawia mnie o ból twarzy. Niedawno bliska wydania ostatniego skrzeku, prawie pogodziłam się ze światem, ale po takich chwilach zawsze następuje przebudzenie, które przeradza się w obłęd. Z Hadrianem z życia chcieliśmy uczynić cud, zjeść wszystkie okruszki. Sprawa się rypła, coś się pokomplikowało… Nagle zaczęłam umierać, rodzić się, zatruwać i tkwiłam tak w tym błędnym kole, dając Szatanowi kilka stron z życia. Prosząc go o szacunek i miłosierdzie. Drogi Szatanie, Szatanie… Całkiem się pojebało, poodwracało się, a że zgubiłam tego Ukrzyżowanego, to zaczęłam sama szukać wejścia do pokoju dla palących. Tylko Hadrian mógł to zrozumieć, mógł albo nie mógł. Bo był on jednak idiotą spod bloku, dresiarzem ogolonym na łyso, który wszędzie wplątywał „kurwę”.
- Skończyła się wojna, wiesz, rewolucja się skończyła… Jak to ma być, czemu teraz – mówi z papierosem w zębach. Sto lat temu.
- Teraz? To chyba kiedyś było, nie?
On odpowiadał, że nieważne, trzeba rewolucji. Trzeba słów, żadnych maszyn latających. A ja przyznawałam mu rację, bo zawsze przyznawałam mu rację. I to było tak, że on mówi głupoty, a „Agatka to potwierdza”, tak mówili. Ale co oni mogą wiedzieć.
Hadrian zawsze gadał, żebym pamiętała, że nie ma żadnych „ich”. Jestem tylko ja i „zapamiętaj to sobie”. I pamiętałam, jak wiersz czy cytat z filmu. Najważniejsze było dokładnie pięć lat temu, któregoś lutego.

***

Zobaczyłam w nim w końcu te oczy. Te oczy, których nie znałam wcześniej. Spojrzenie, które mnie przerosło. Coś się we mnie ruszyło, coś zaczęło drżeć. Wpatrzona, szukałam tego czegoś i próbowałam to nazwać. A była to głębia zakryta poświatą pustki i zagubienia. Oczy wesoło zaprzeczające, a jednak suche i zimnoszare. To dzisiaj się w nim obudziły, a ja wiedziałam już, że zawsze będzie patrzył na mnie tym wzrokiem, który nie rozumie nic, mimo wiedzy absolutnej.
- Co? – pyta głupawo.
Przez ostatnie siedem dni ciągałam różne substancje, od śmiercionośnych do ogłupiających. Wszystko to miało wydźwięk niemal absolutny, jakby nagle wszechświat był tylko po mojej stronie, a ja byłam czasem i wskazówką zegara. Wyciągałam palec i krzyczałam: „tego!”, zabierali go, a ja zaczynałam sprzątać i chodzić w kółko.
Hadrian nie odrywał ode mnie wzroku. Proponowałam mu różne rzeczy: weź to, tamto. Ale nie, potem przepraszałam go, a on mówił, że zawsze będzie pamiętał o tym, że chce zniszczyć mu życie. Jak gdyby to mnie uważał za zniedołężniałą! Mnie!
To była dobra droga – znowu zaczęłam myśleć. Otworzył się przede mną asfalt. Słowo aksamitne, nowy asfalt wylany specjalnie na moją cześć. Prowadzący do najlepszych i najgorszych. Przechodziłam po nim, jak gdybym wycinała fragmenty wspomnień z pamięci. Jakbym całkowicie pozbyła się złego i znalazła to. Wtedy wiedziałam już, że jestem karłem, co wyje jak hiena, kiedy dorwie „tego”. A potem rzyga pod siebie, gdy widzi ją nago. Czy wszyscy potrafią zobaczyć karła we mnie? Zapomniałam nagle, ile mam wzrostu.
A Hadrian wciąż nie przestawał patrzeć.

- Nie będę twoim błaznem, Agata – powiedział do mnie wreszcie, czy to poważnie, czy nie. Nie mam pojęcia jak, ale powiedział, a tak rzadko to robił.
Nadal nie wiem, na co miały wskazywać wtedy te słowa.

W moim pokoju miałam dwie firanki przywieszone nad oknami. Hadrian obejmował mnie w talii, a ja patrzyłam jak osłupiała na firankę głaszczącą moją twarz. Przesunęliśmy się wtedy o kilka wieków, o miliardy nie-wiem-czego, znajdując to, czego jeszcze nie znaleziono. Widząc nową przestrzeń pełną bezsłów. Bliska zawału serca, całkowicie napompowana, nadmuchana miałam już ulecieć, wyzbyć się i wytrząsnąć. Słyszałam tylko: szzz…. Szz…
Zbliżało się to, co miało przyjść. Wystarczy poczekać, żeby móc dotknąć.

I nagle: tak! To na to czekałam kilkadziesiąt lat temu, kiedy nie byłam jeszcze sobą. Wiedziałam już wtedy, że znajdzie się to miejsce urodzone samo z siebie. Wystarczy wyjrzeć spoza nosa, rozgryźć malutką część zamkniętego. I dążyć do wyzbycia. Wiedziałam to już przed swoimi narodzinami.
Hadrian palił papierosa, pił piwo, mając na sobie dresową bluzę.
- Że to się stało tak normalnie! – krzyknęłam.

Chwila milczenia.
- Ej, Agata, ty pamiętasz takiego fiuta, nie? Chodził za tobą taki fiut czy Fiut? Na nazwisko tak miał? Bo chodził za tobą, tak mnie wkurwiał… Tak mi się przypomniało, jak mnie wkurwiał. Żeby takie coś się przyplątywało, kurwa…
A ja pamiętałam czarny koszyk i Tomaszów. I jak to wszystko się na siebie nakładało, a ja mogłam stamtąd wyciągnąć, co tylko chciałam. Własnymi zębami wyszarpywałam synów marnotrawnych z objęć starych matek, a księża byli już tylko chłopcami na posyłki.
- Idę, wychodzę – mówi; chyba wkurwiony.

To na własnym podwórku dzieją się niestworzone rzeczy. Myślami czołgam się po posadzkach, kafelkach, płytkach, trawach i ziemiach. Znajduję kawałek zimnych suteren, wiedząc, gdzie mój dom. Gdzie martwa grusza zrzuca mi gruszkę. To brzydka gruszka, ale moja.
Już nigdy nie będzie miejsca we mnie dla tego, któremu miejsce uwiłam. Nie będzie żadnego człowieka we mnie ani chwili dłużej. Mam ciało i mózg tylko dla przepływu. W którymś momencie to się kończy i zostaje już tylko brzydkie opakowanie.

***

To także dziś skończyły się mamuty. Spotykasz człowieka, jest jak list polecony do twoich rąk. Chwilę potem umiera w nim rozeznanie i zostaje on niczym. Tak działo się z każdym człowiekiem, którego spotkałam. Szukaj sobie mamuta czy dinozaura, nie ma już w ludziach nawet mitologii, nawet odwagi czy wiary. Wychodzisz już tylko po to, żeby nie siedzieć w domu. Pustka oczu innych ludzi doprowadza cię do płaczu. A twoje oczy…
A szuka się rozkoszy, kurwa, rozkoszy. Nie znajdując już żadnych sensów; gnijąc i obrażając się. Robiąc z tego nie –wiadomo-co. Chcąc, ale nie chcąc! Żyjąc, umierając, chuj wie co jeszcze. A w pewnym momencie całkiem przestaje się o tym wszystkim myśleć, zaczyna się oglądać telewizje, słuchać popularnych piosenek, ma się wyjebane na wszystko. By potem wracać z utęsknieniem do prawdy, którą się zostawiło na rzecz głupoty. Przez zwątpienie, zmęczenie i przez brak kontroli nad tym, co się z sobą robi. Jechałam już, chyba trzeci dzień, jako bezdomna, jako narkomanka, która nie ma co jeść, która chwieje się w autobusie, nie myśląc nic, zapominając swoje życie; brzydząc się dobrze ubranymi, umalowanymi, ludźmi w samochodach, ludźmi na przejściach dla pieszych. A ciesząc się żebrakami i ubóstwem. Wrastając w upragnioną biedę, będąc pełnym pogardy, zniszczonym już człowiekiem. Pokonanym, niezdolnym, zdychającym w autobusie, zabitym spojrzeniami idiotów bez oczu.
Hadrian zawsze budził we mnie trochę niechęci, ale też trochę życia.

Powiedziałam mu kiedyś, że boli mnie serce, ale że to już moje ostatnie serce, że nie będzie już innego. Zostawię miejsca innym, pewnie zdrowszym i spokojniejszym. Niewątpliwie głupszym. Cieszyłam się, że moje serce jest już tym ostatnim.
On miał pierwsze serce, dopiero co stworzone. Nieskażone, proste i rytmicznie bijące. Dużo się modliłam, żeby wrócić do czasu sprzed reinkarnacji, żeby jakaś boska siła wyrzuciła ze mnie wszystkie przemienienia. Modliłam się z żalem i złością. A wiosną śpiąc jednak pod bukowymi liśćmi, jednak kochając.





I

Zdawało mi się, że ktoś wydał na mnie zagładę. Powiedział: niech będzie spustoszona, niech będzie podeptana! Spałam snem pierwszym i ostatnim jednocześnie, zamknięta w swoich urojeniach, z których zdawałam sobie sprawę. Miałam siebie i to o sobie chciałam myśleć. Widząc kolory i odrzucając wiedzę.
- To chyba o mnie mówili, prawda? Słyszałeś? – pochylam się nad człowiekiem, może przyjacielem, w każdym razie przyjaznym człowiekiem.
- Nie wiem, są pijani, co to za różnica – odpowiada bezosobowo.
- Wiem, że o mnie, patrz na nich, pokazują na mnie palcami, widzisz?
- Co ty.
- Chyba wiedzą…

Wreszcie podszedł mnie jeden z nich i powiedział: ja się pani nie boję! (Bardzo pana proszę.) To pani jest z tych „dzisiejszych”, tak pani uważa. I tu się pani myli, śmieszy mnie pani. Znam takich jak ty… proszę ze mnie nie robić idioty… Proszę się nie odzywać! Ja mówię! Taak… tak… A potem gdzieś ginie w swoich słowach.
Rozpoznał mnie, więc wyszłam.

Zdążył na mnie napluć, ale nie wytrącił mnie z równowagi. Dla takich ludzi nie mam żadnych słów. Układają się w zdeformowanie, które wystarczy nakłuć igłą, a pęka i zostawia spustoszenie i wstręt. To wstrętem byłam zatruta przez wszystkie lata mojego życia. Usta wykrzywiały mi się w grymasie, gdy miałam więcej za sobą, niż przed sobą. Nie chciałam już szukać. A widziałam tylko spocone tłuste ciało całego świata, które wzbudzało we mnie odruch wymiotny. Oczy miałam zamknięte na całą resztę. Zapadałam w bolączkę osobistą. Nie do przejścia są moje słowa, że „ja znam się na ludziach”. Nic nie ma ponad to zdanie, nic.
Eee… Gdzie ktoś spotyka człowieka rosłego wewnątrz, niesztucznego, a chorego! Człowieka docenionego, a niemogącego śpiewać. Brzydzącego się dobrymi opiniami o sobie. Bulimika, wariata o rozbieganym spojrzeniu. Nikt w to nie uwierzy. Człowiek ten przechodzi obok mnie.
Zaczęliśmy wewnętrzny monolog, pogardzając patetyzmem w sobie.

Człowiek ten spadł mi z oczu, bo bardzo się spieszyłam. Miałam przed sobą wywiad i chciałam zaprezentować się w jego trakcie jak najgorzej:
- Tyle lat musiałem na panią czekać.
- No i się pan doczekał.
- Źle pani wygląda.
- Dziękuję.
Wyglądałam tak źle, jak wtedy, gdy poszłam do kościoła pod wpływem metkatu. Śmierdziałam marcepanem; własnej roboty.
- Trzeba powiedzieć, że jest pani dziś popularniejsza, niż Katarzyna W. To dopiero wyzwanie, prawda? Wszyscy pytają o okoliczności, jak to dokładnie było. Ale ja zapytam: dlaczego?
- Jeden mnie wkurwiał. Musiałam go zabić. Pana nie wkurwiał, gdyby wkurwiał, to pan też by zabił.
- Łatwo to pani przyszło.
- Bardzo. Mordercom wolno więcej.

A było to morderstwo byle jakie, niepotrzebne nikomu do niczego. Takie, o którym od razu się zapomina, o którym nie chce się pamiętać. Morderstwo byle jakie, jak ofiara, na której było wykonane.
- A może coś zaśpiewamy? – tego jednak w radiu nie puścili.

Nie musiałam szukać żadnego miejsca. Wszędzie byłam bezpieczna; jedzenie kupowałam na kreskę. Wracając, myślałam o Arktyce i Antarktyce; gdyby ktoś mógł tak pięknie do mnie mówić o moich zimnych częściach ciała. A ja mogłabym śpiewać bez żadnego bólu.


cd(chyba)n
Ostatnio zmieniony sob 08 mar 2014, 02:19 przez Miggy, łącznie zmieniany 2 razy.



Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1424
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Gorgiasz » pn 03 mar 2014, 15:49

Na pewno trzymasz poziom, swój wysoki poziom i ten tekst wnosi sporo nowego w porównaniu z poprzednimi, pogłębiony ogląd sytuacji, więcej przemyśleń i refleksji, zróżnicowana fabuła, bogatszy język. I widać, że szukasz, pracujesz, myślisz. Ale zabrakło trochę tchnienia świeżości pewnego polotu, spontaniczności, może dlatego, że przyzwyczaiłaś już odbiorcę, a może po prostu coś za coś; tak już zazwyczaj jest. Poza tym tekst jest nierówny; „Prolog” prezentuje się lepiej niż „I”, w której tak nie bardzo wiadomo o co chodzi. W tej części, fragmenty są porwane, niedopracowane, nie korespondują między sobą. Dialogi nazbyt enigmatyczne i jakby zawieszone w próżni. Rozumiem, że to początek czegoś większego, ale początek winien być reprezentatywny, prawdę mówiąc najlepiej napisany (no, chyba, że weźmiemy pod uwagę jeszcze Prolog), a tutaj taki trochę bałagan, coś się zaczyna, przeskakuje w coś innego, niekonkretnie tak jakoś, nie bardzo wiadomo kto i co. W odróżnieniu od Prologu, który nadaje ton całości i dobrze rokuje na przyszłość.

Trochę spostrzeżeń:

Cieszył się, że mnie to wszystko jedno, i że nie wiadomo, co ze mnie będzie.

Nie brzmi to najszczęśliwiej, najpierw trzecia osoba, a potem dwukrotnie druga. Niby wiadomo o co chodzi, aczkolwiek ujął bym to inaczej, aby było jaśniej. Może chociażby tak: „Cieszył się mówiąc, że mnie...”.

go za małego judasza

Judasz to jednak imię, wypadało by dużą literą. Podejrzewam, że chodziło Ci nie tyle o imię, lecz o pewien symbol, „funkcję” czy określenie roli jaką odegrał, czy jaka została mu przypisana. Ale jednak to razi. Weź pod uwagę, że „Chrystus” (znaczący dosłownie: „namaszczony”, „pomazaniec”) też nie jest imieniem, a piszemy je (także z punktu widzenia ortografii) dużą literą.

Ciężko się było wdawać z nim w dialogi, no, ja tego nie lubiłam.

Nie najlepiej skonstruowane. Sugerował bym przerobić.

On rozumiał nazbyt dobrze.

Co rozumiał? Jeśli dodasz „to” przed „rozumiał”, to będzie odniesienie do poprzedniego zdania.

Z siedem lat temu to było, a spotykał się z babą starszą od siebie o dwadzieścia lat.

Końcowe „lat” - jako powtórzenie, niepotrzebne.

A on się uśmiechał, uśmiechem bez zęba na przedzie.

Jest taka utwór zespołu „Kult” - „Dziewczyna bez zęba na przedzie”. Nie wiem czy świadomie do tego nawiązujesz, ale zrobiło się trochę muzycznie.

Oczy wesoło zaprzeczające, a jednak suche i zimnoszare. To dzisiaj się w nim obudziły, a ja wiedziałam już, że zawsze będzie patrzył na mnie tym wzrokiem, który nie rozumie nic, mimo wiedzy absolutnej.

Niedobre połączenie między tymi zdaniami.
Może tak:
... a jednak suche i zimnoszare, dzisiaj się w nim obudziły...
Albo tak:
...a jednak suche i zimnoszare. To one dziś się w nim obudziły...

A "Oczy wesoło zaprzeczające" mocno kojarzą się z tytułem pewnego filmu...

że zawsze będzie pamiętał o tym, że chce zniszczyć mu życie.

„chcę”

Wtedy wiedziałam już, że jestem karłem, co wyje jak hiena, kiedy dorwie „tego”. A potem rzyga pod siebie, gdy widzi ją nago.

„karłem”, „tego” – rodzaj męski
„widzi „ją” nago – rodzaj żeński.
Nie pasuje.

A ja pamiętałam czarny koszyk i Tomaszów.

Znowu zrobiło się muzycznie. To chyba dobrze. Może jak już zaczęłaś, to wprowadzić więcej takich paraleli?

umalowanymi, ludźmi w samochodach

Przecinek niepotrzebny.

Zdawało mi się, że ktoś wydał na mnie zagładę.

Hm. Zagłady się raczej nie wydaje, prędzej wyrok. Albo rzuca klątwę. Jeśli już koniecznie ma być zagłada, to raczej „ściągnął”, „sprowadził”.

Zdążył na mnie napluć, ale nie wytrącił mnie z równowagi.

Drugie „mnie” zbędne.

Eee… Gdzie ktoś spotyka człowieka rosłego wewnątrz, niesztucznego, a chorego! Człowieka docenionego, a niemogącego śpiewać. Brzydzącego się dobrymi opiniami o sobie. Bulimika, wariata o rozbieganym spojrzeniu. Nikt w to nie uwierzy. Człowiek ten przechodzi obok mnie.
Zaczęliśmy wewnętrzny monolog, pogardzając patetyzmem w sobie.

Przyznam, że nie rozumiem. Wiem, nie muszę, ale...

Człowiek ten spadł mi z oczu, bo bardzo się spieszyłam.

Związek przyczynowo – skutkowy jakoś dla mnie nie do uchwycenia.

Tę całą „I” można potraktować jako szkic, z którego może coś dopiero powstanie.



Awatar użytkownika
Leszek Pipka
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 759
Rejestracja: śr 16 sty 2013, 16:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Leszek Pipka » sob 08 mar 2014, 02:06

Mówiłam, że coś zrobię z ostatnim opowiadaniem. No i tak, zamierzam wpleść je w to, które piszę tutaj. Próbowałam różnych rzeczy, ale pozostanę przy swoim stylu, który, mam nadzieję (!) rozwinął się przez ostatnie eksperymenty. Dziękuję za wszystkie komentarze czytających, które dużo mi dają.

Iii... cała przyjemność (znaczy krew, pot i łzy) po naszej stronie. Wdzięczni czytelnicy :-P
No i miło Cię znów widzieć. Jest dobrze, ale nie beznadziejnie :-P

Trochę poprawek się zebrało, popatrzmy sobie, jakie – i gdzie.

Byłam już daleko stąd, poznałam kilku ludzi, a nie powinnam(była?) tego robić.

To był dobry strzał; ona mówi, że mam ciągoty.

Przeskok jest w narracji, przez to wtrącone zdanie o ludziach nie wiadomo, kto jest „oną” - Agata tak jakby, ta „wewnętrzna”, ale też przydałoby się utrzymać konsekwentnie czas przeszły, wtedy lepiej by się wszystko powiązało. Czyli: „To był dobry strzał; ona mówiła, że mam ciągoty”.

To podobno ta chwiejna moralność dodawała mu uroku, tak przynajmniej mówiono u nas na mieście. Ciężko jest mówić o moralności człowieka takiego jak on, który nie wie jak liczy się na palcach, a pozdawał wszystkie egzaminy na piątki z plusem.

Jest trochę rażące powtórzenie czasownika „mówić”. Czyli na przykład w drugim zdaniu mogłoby być:
„Ciężko jest orzec o moralności....” albo: „Trudno rozważać moralność takiego człowieka, który nie wie....” albo w ogóle nieco inaczej: „No bo jaką moralność może mieć człowiek taki jak on, który nie wie....”

I to mnie przychodziło go znać.

Hmmm... To jest nieszczęśliwe sformułowanie, bardzo trudno go użyć tak, żeby rozpływało się w tekście. Od razu przypomina mi się pewien polityk, który w Sejmie - miast oświadczyć: „Nie pierwszy raz przyszło mi stanąć przed Wysoką Izbą” - w wyniku freudowskiej pomyłki oświadczył „Nie pierwszy raz staje mi...” :-)
Więc tak: najprościej byłoby w czasie przeszłym, będzie strawniej - „I to właśnie mnie przyszło go znać.” A jeszcze inaczej - „I to mnie przypadło w udziale dobrze go znać”.

Jak się wychodziło to był tylko Hadrian i kilka(u) jego przydupasów.

Czy lizali mu dupę, czy robili co innego – jemu (było) wszystko jedno. On wiedział. Ja wiedziałam. Nikt inny nic nie wi(e)dział; każdy stracił rozeznanie.

Zaczęło się od małego pieska, którego hodował na smyczy.

Chyba za szybko – hodował, ale trzymał (prowadzał) na smyczy. Inaczej wychodzi groteska, być może zamierzona, ale jakoś mi przeszkadza.

Tego pieska zakatrupił własnymi rękami na moich oczach. Nie miał pieniędzy na żarcie dla tego kundla.

W drugim zdaniu „tego” jest już niepotrzebny.

Potem było już coraz gorzej.

Taka mała rzecz, a fałszuje. „Potem było coraz gorzej”. Albo: „Potem było już tylko gorzej”.

Ciężko się było wdawać z nim w dialogi, no, ja tego nie lubiłam.

Ja bym zrobił prosto, bez inwersji. „Ciężko było wdawać się z nim w dialogi, no, ja(przynajmniej) tego nie lubiłam."

Z siedem lat temu to było, a spotykał się z babą starszą od siebie o dwadzieścia lat. Tyle zrozumiałam z jego bełkotu. Na niej nie mógł skończyć, potem były następne, ale to już długa historia.

Kurde, kompletna maligna czasowa. Niejasna.
„Na niej nie mógł skończyć, potem były następne, ale to już długa historia (i nieważna, której wtedy mi nie opowiedział, o której teraz nie chce mi się gadać - cokolwiek)”

On odpowiadał, że nieważne, trzeba(nowej?) rewolucji. Trzeba słów, żadnych maszyn latających. A ja przyznawałam mu rację, bo zawsze przyznawałam mu rację. I to było tak, że on mówi głupoty, a „Agatka to potwierdza”, tak mówili. Ale co oni mogą wiedzieć.

Ja bym spróbował zrobić tak, żeby śpiewało: „I to było tak, że on mówi głupoty, a oni mówili. „Agatka to potwierdza”, tak mówili. Ale co oni mogą wiedzieć.”

A była to głębia zakryta poświatą pustki i zagubienia.

Nie, nie bardzo. „Zakrywa” się jednak raczej czymś materialnym, dającym się dotknąć, pomacać. Może tak? „A była to głębia ukryta za poświatą z pustki i zagubienia.” Od biedy.

Oczy wesoło zaprzeczające, a jednak suche i zimnoszare.

No i tu są męczące przeskoki, oczy-ja-oczy, bałaganu trochę.

To dzisiaj(wtedy) się w nim obudziły, a ja wiedziałam już, że zawsze będzie patrzył na mnie tym wzrokiem, który nie rozumie nic, mimo wiedzy absolutnej.

„To dzisiaj(wtedy) się w nim obudziły, a ja wiedziałam, że zawsze już będzie patrzył na mnie tym wzrokiem, który nie rozumie nic, mimo wiedzy absolutnej.”
Drobniutka ingerencja (miejsce użycia „już”) zmienia sens zdania, mam wrażenie, że tak jest lepiej. Jednak nie będę się upierał.

To była dobra droga – znowu zaczęłam myśleć. Otworzył się przede mną asfalt. Słowo aksamitne, nowy asfalt wylany specjalnie na moją cześć.

„Otwiera się” perspektywa, nowe możliwości, przestrzeń. „Asfalt” - to trochę jakby się w nim dziura zrobiła, która może pochłonąć nieuważnego wędrowca.
Może prościej? „ Znowu zaczęłam myśleć – i to była dobra droga, która się przede mną rozpostarła. Słowo aksamitne, jak nowy asfalt wylany specjalnie na moją cześć.”

A potem rzyga pod siebie, gdy widzi ją nago.

„Się nago?” „Go nago?” „Ktoś widzi ją nago?”. Tak, jak jest – chyba nie do przyjęcia.
Teraz: pod siebie to się hmm.. defekuje i to jest związek frazeologiczny. W ostateczności mogłoby być „przed siebie” jako bardzo plastyczny obraz czynności gwałtownej a niepowstrzymanej.

- Nie będę twoim błaznem, Agata – powiedział do mnie wreszcie, czy to poważnie, czy nie. Nie mam pojęcia jak, ale powiedział, a (tak - usunąłbym) rzadko to robił.

Przesunęliśmy się wtedy o kilka wieków, o miliardy nie-wiem-czego, znajdując to, czego jeszcze nie znaleziono. Widząc nową przestrzeń pełną bezsłów.

Nie konweniuje mi bezosobowa forma czasownika. I chyba zaryzykowałbym połączenie zdań. Więc tak: „Przesunęliśmy się wtedy o kilka wieków, o miliardy nie-wiem-czego, znajdując to, czego jeszcze nie znaleziono, widząc nową przestrzeń pełną bezsłów.”

Zbliżało się to, co miało przyjść. Wystarczy(ło) poczekać, żeby móc dotknąć.

Wystarczy wyjrzeć spoza nosa, rozgryźć malutką część zamkniętego.

Z tym „spojrzeniem spoza nosa” to jakoś nie tak. Bo przecie nie chodzi o wciąganie…chyba…Nawet nie wiem, jak by to poprawiać „czubek własnego nosa” jest beznadziejnie zużyty.

Chwilę potem umiera w nim rozeznanie i zostaje on niczym.

„On” chyba niepotrzebne. Siła podmiotu domyślnego z pierwszej części zdania jest – wydaje mi się – wystarczająca.

Szukaj sobie mamuta czy dinozaura, nie ma już w ludziach nawet mitologii, nawet odwagi czy wiary.

Nie byłoby chyba grzesznym napisanie tego zdania pełniej. „Lepiej poszukaj sobie mamuta czy dinozaura, wyjdzie na jedno, bo w ludziach nie ma już nawet mitologii, nawet wiary, nie mówiąc o odwadze.”

Żyjąc, umierając, chuj wie co jeszcze.

Miggy, byłbym ostrożny z życiem i umieraniem. To są ekstremalne krańce kontinuum, rozumiem, że w egzystencji „na granicy” dotyka się często jednego i drugiego. Jednak przerobienie przeżyć na literaturę oznacza podporządkowanie jakimś rygorom – jeśli zbyt często będziesz się odwoływać do ostateczności, to siła rażenia ulegnie wygaszeniu. Gdzieś po drodze o tym gadaliśmy, to znaczy ja przemawiałem na wietrze :-)
To od razu poruszę sprawę „oczu” i „żebraków”. Tych pierwszych w tym fragmencie również nadużyłaś, choć występują niekoniecznie w tej samej konfiguracji. Znowu – jasne, że pełnią ważną rolę, ale zerknij na tekst pod tym kątem, czy nie da się (nie rezygnując z siły wyrazu) tu i ówdzie zastąpić je czymś innym. Natomiast żebraków w kooperacji z ubogimi też już gdzieś widziałem. Powtórzenia ładnie obrazują obsesje, natomiast są literacko niebezpieczne, zgrzytają i trzeba ich używać niezwykle ostrożnie.

Jechałam już, chyba trzeci dzień, jako bezdomna, jako narkomanka, która nie ma co jeść, która chwieje się w autobusie, nie myśląc nic, zapominając swoje życie; brzydząc się dobrze ubranymi, umalowanymi, ludźmi w samochodach, ludźmi na przejściach dla pieszych.

A tu jest jeszcze cieńsza sprawa – przecinki. W tym zdaniu przestawienie przecinków zmienia jego sens. Wersja, która jest mi najbliższa, najpełniejsza - wygląda tak:
„Jechałam, już chyba trzeci dzień, jako bezdomna, jako narkomanka, która nie ma co jeść, która…”
Tak, jak u Ciebie jest, mam wrażenie do przyjęcia, ale znaczenia o odcień się różnią.
„Jechałam już chyba trzeci dzień jako bezdomna, jako narkomanka, która nie ma co jeść, która…”
A tu, bez przecinka - jest jeszcze inaczej.

Zdawało mi się, że ktoś wydał na mnie zagładę.
Gorgiasz już skomentował. „Wydał mnie na zagładę?”

Spałam snem pierwszym i ostatnim jednocześnie, zamknięta w swoich urojeniach, z których(przecież) zdawałam sobie sprawę

- To chyba o mnie mówili, prawda? Słyszałeś? – pochylam się nad człowiekiem, może przyjacielem, w każdym razie przyjaznym człowiekiem.
„Człowiekiem przyjaznym?” Takie utrzymanie logiki sprawozdania, choć wychodzi mała inwersja.

Eee… Gdzie ktoś spotyka człowieka rosłego wewnątrz, niesztucznego, a chorego! Człowieka docenionego, a niemogącego śpiewać. Brzydzącego się dobrymi opiniami o sobie. Bulimika, wariata o rozbieganym spojrzeniu. Nikt w to nie uwierzy. Człowiek ten przechodzi obok mnie.
Zaczęliśmy wewnętrzny monolog, pogardzając patetyzmem w sobie.


Tu też jest rodzaj refrenu chyba, bo tą frazą już mówiłaś.

Śmierdziałam marcepanem; własnej roboty.

Naprawdę ten średnik do czegoś jest potrzebny? Bez niego będzie prosto i nieco ironicznie. Taki jestem mądry, bo przeczytałem na Wiki, sam bym nie wymyślił.

Miggy. Wróciłaś na swoją wyspę i efekt w pisaniu jest widoczny gołym okiem. Tylko że cieszy mnie to ogromnie, ale i martwi trochę – bo to byłby niewesoły wniosek, że nie dla Ciebie jest pisanie poza granicami pewnego paradygmatu.

A to nieprawda. Poprzednia próba nie była całkiem udana w sensie panowania nad warsztatem, lecz – w moim widzeniu – przebiłaś się przez szklaną ścianę i to było niezwykle obiecujące. Coś za coś – tu powróciłaś do najlepszych cech swojego pisania, obciążonego wszakże w jakiś sposób Twoim brakiem litości dla czytelnika.

Słuchaj, wysłałabyś wycieczkę epileptyków na oglądanie „Jeziora łabędziego” do teatru, w którym scena oświetlana jest najsilniejszą lampą stroboskopową, jaka istnieje z nadzieją na to, że owa wycieczka będzie pod wrażeniem przekazu zawartego w tańcu, muzyce i fabule?

Bo do tego, takiej wycieczki z grubsza można porównać doświadczenie, które jest udziałem przeciętnego czytacza, który zasiądzie do Twojej prozy. Kawałeczkami – jest wspaniała, dłuższy fragment jest nieomal inwazyjny.

Tworzysz własną rzeczywistość, piekielnie obok tej dostępnej zwykłemu zjadaczowi chleba, bolesną w recepcji przez to porwanie, pokawałkowanie, nieciągłość temporalną i logiczną, przez brak choćby kawałka, w który można się wczepić pazurami, żeby atakowany bez przerwy mózg nie zaczął produkować pokrzywionych boleśnie różowych jednorożców.

Przemawiasz rodzajem hermetycznego kodu, zrozumiałego chyba w pełni tylko dla wtajemniczonych, ja muszę go sobie odszyfrowywać mozolnie, zdanie po zdaniu, wyraz po wyrazie.

Czy to jest zarzut? No jest i nie jest zarazem. Bo trzeba mieć w sobie ogień, żeby podpalić czytelnikowi głowę, ale to boli, kurde, i nie licz na to, że będzie wielu spragnionych takiego przeżycia.

I jeszcze nastrój. W tej warstwie (z zachowaniem proporcji, rzecz jasna) przypominasz mi Ciorana. Tamtego, choćby nawet w cytatach, nie sposób czytać nie upiwszy się przedtem solidnie. Taka próba - kiedy po krótkim nawet fragmencie zostanie się sprowadzonym trzy stopy pod poziom gruntu emocjonalnej równowagi - skończyć się może tylko i wyłącznie dokończeniem flaszki. I to możliwie szybko, żeby za dużo nie pamiętać dnia następnego.

Ja bym tę twoją prozę przewietrzył, przedmuchał, poprzedłużałbym zdania, choćby gdzieniegdzie, żeby je trochę zaokrąglić, żeby oddychały mocniej. Dałbym także czytelnikowi nieco oddechu anegdotą, obserwacją, pączkującą w bok opowieścią z równoległej rzeczywistości, żeby nie trzymać go w stanie permanentnego stresu.

To takie mam wrażenia.

Natomiast całkiem osobną kategorią są Twoje zdania-pomniki, zdania-kolosy, zdania-skarby.

To:
Z Hadrianem z życia chcieliśmy uczynić cud, zjeść wszystkie okruszki.

To:
Wszystko to miało wydźwięk niemal absolutny, jakby nagle wszechświat był tylko po mojej stronie, a ja byłam czasem i wskazówką zegara.

To:
Gdzie martwa grusza zrzuca mi gruszkę. To brzydka gruszka, ale moja.

To:
Mam ciało i mózg tylko dla przepływu.

To:
Pokonanym, niezdolnym, zdychającym w autobusie, zabitym spojrzeniami idiotów bez oczu.

To:
Powiedziałam mu kiedyś, że boli mnie serce, ale że to już moje ostatnie serce, że nie będzie już innego. Zostawię miejsca innym, pewnie zdrowszym i spokojniejszym. Niewątpliwie głupszym. Cieszyłam się, że moje serce jest już tym ostatnim.

To:
Rozpoznał mnie, więc wyszłam.

To:
Człowiek ten spadł mi z oczu, bo bardzo się spieszyłam.

Mój Boże, żebyś poza tym pisała sam badziew, to za takie zdania masz prawo założyć złotą koronę.
Niech Ci się dobrze nosi.


Natasza: zatwierdzam jako weryfikację. To dla mnie zaszczyt.
Ostatnio zmieniony sob 08 mar 2014, 02:18 przez Leszek Pipka, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Bartosh16
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 2884
Rejestracja: śr 01 wrz 2010, 11:20
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: [To_be_determined]
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bartosh16 » sob 12 kwie 2014, 16:14

Na wstępie - jestem zawiedziony. "Ja" nominowałem do Polecalni, a to... rozczarowanie. O ile tam zabałaganiona narracja niosła, porywała, komplikowała myśli w sposób, który zmusza do ich rozwiązania, tutaj... nie ma tego czegoś. Tam leciałem na tripie razem z bohaterką. Tutaj stoję obok i, patrząc na nią, usiłuję zgadnąć, dokąd leci i którędy?

miggy pisze:Całkiem się pojebało, poodwracało się, a że zgubiłam tego Ukrzyżowanego, to zaczęłam sama szukać wejścia do pokoju dla palących.


Ta część zdania niszczy poprzednią. Nie widzę alegorii "pokoju dla palących". Nie wiem, czym on jest, dlaczego ona chce szukać doń wejścia i jaki ma związek z resztą.

miggy pisze:dresiarzem ogolonym na łyso, który wszędzie wplątywał „kurwę”.
- Skończyła się wojna, wiesz, rewolucja się skończyła… Jak to ma być, czemu teraz – mówi z papierosem w zębach. Sto lat temu.


Może się czepiam, ale w tym zdaniu przezeń wypowiedzianym nie widzę "kurwy".

miggy pisze:Otworzył się przede mną asfalt. Słowo aksamitne, nowy asfalt wylany specjalnie na moją cześć.


Powtórzenie. Pewnie celowe, ale źle brzmi w uszach mojej wyobraźni.

miggy pisze:Hadrian zawsze budził we mnie trochę niechęci, ale też trochę życia.


Znowu źle brzmiące powtórzenie.

miggy pisze:Zdążył na mnie napluć, ale nie wytrącił mnie z równowagi.


A to zjawisko występuje w całym tekście. Miriady zaimków, które w pewnym momencie zaczęły kłuć mnie w oczy. To jest na pewno do poprawienia i wierzę, że potrafisz tego dokonać.

miggy pisze:Dla takich ludzi nie mam żadnych słów


Zbędne. Takich słów jest więcej.

Cóż... ogólne wrażenia... mi się nie podobało. Mnóstwo zdań, których nie rozumiem i nie zrozumiem, a ja nie lubię tekstów, których nie rozumiem. Przepoetyzowane.
Ktoś tu wspomniał o fabule, ja jej nie widzę. Bohaterka zmierza donikąd, nie widzę celu, konfliktu, w kółko jakieś metafory, które dla mnie, niewyrobionego czytelniczo, absolutnie nic nie znaczą. Znaczna część tekstu kompletnie niezrozumiała dla szarego śmiertelnika.
Pewnie znajdziesz grono wiernych klakierów, którzy piać będą nad każdym zdaniem takiego utworu. Mnie nie będzie wśród nich. Koronę zatrzymam dla kogoś innego. Przykro mi. widziałem dalszy ciąg, ale chyba nie mam na niego ochoty.

Powodzenia w dalszej pracy życzę.


"Racja jest jak dupa - każdy ma swoją" - Józef Piłsudski

Mój blog "Otwórz oczy"

Awatar użytkownika
Leszek Pipka
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 759
Rejestracja: śr 16 sty 2013, 16:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Leszek Pipka » śr 16 kwie 2014, 02:37

No i tak sobie siedzę na tej jaskółce. Nudy trochę, z rzadka ktoś zajrzy, to wtedy poklaszczę entuzjastycznie, a w przerwach dziergam na szydełku skarpetki dla Gorgowego kota. Bo Gorg też czasem wpadnie, z nim jest dobrze, przynosi kawę w termosie, mleko kotu podkrada, dlatego się muszę odwdzięczyć. Zarobek niewielki, cóż, artyści groszem nie śmierdzą, lecz się nie skarżę, taki job :-)

Żarty żartami, poważniej też będzie. Miggy nie pisze równo, jak maszyna, zawsze na jednakowym poziomie. Może to i dobrze, bo mogłaby zmiażdżyć, a już na pewno wpędzić niejednego w poważne kompleksy.

Jednak próba niezauważenia jakości i urody języka, jakim konstruuje zdania nawet w tych mniej udanych kawałkach jest aktem tyleż strzelistym, ile brawurowym. Za te zdania, nawet jeśli akurat są pojedyncze i tylko przyozdabiają nie tak fantastyczną całość, pozwoliłem sobie wręczyć Autorce koronę. Akurat przy okazji „Karła”. Od siebie, swoją prywatną, całkiem autokratycznie i woluntarystycznie.

I wcale nie oczekuję, że wszyscy muszą pałać podobnym entuzjazmem, o zrozumieniu nie wspominając.

Natomiast ogłaszanie, że swoją koronę się skitra i nie da, jest alogiczne i – co do efektów – równie skuteczne, co komunikat, że się ją powiesiło na ścianie we własnym wychodku i podziwia w trakcie czynności fizjologicznie koniecznych.

W obu przypadkach niewarta jest funta kłaków.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości