Ja - ciąg dalszy

Najlepsze zweryfikowane teksty

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Miggy
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: sob 24 sie 2013, 13:50
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Ja - ciąg dalszy

Postautor: Miggy » pn 30 wrz 2013, 19:56

Początek: http://weryfikatorium.pl/forum/viewtopi ... 30c26b31e6

A czy to skończę - nie wiem.

***


Byłam bardzo ciekawa, co zrobi teraz Agata. Czy dziecko sprzeda, zgubi, może zabije, zamorduje, sama nie wiem. Dziecko bez płci, ni chłopak, ni dziewczyna, jakieś nie wiadomo co, ale całkiem ładne. Bardziej zwierzątko, niż dziecko, ale może być.
Teraz siedziała i patrzyła martwo na to żywe stworzenie. A ja siedziałam obok, choć ona wcale o tym nie wiedziała. Nie mogąc znieść jej uporczywego milczenia, wyszłam. Jakaś babka do mnie podchodzi, patrzy na mnie, a ja stoję. Obok mnie przechodzi Zbigniew – heroinista, pachnąc heroiną rozkładającą się w ciele. Zaciągam się jego zapachem, a babka stoi przede mną. Heroinista nie odzywa się, nie istnieje dla niego żadna ja.
A ja przed babą stoję. A baba stoi przede mną. Patrzymy. Zbigniew zniknął za jakimś budynkiem, równie dobrze mogłoby go nie być.
- Czy pani jest pijana? – pyta mnie to spróchniałe babsko. A czemu pyta?
- Nie.
Chyba nie. Nic sobie nie przypominam, a porządni ludzie nie piją przed południem, chociaż ja zegarków nie noszę.
- Pani śmierdzi alkoholem.
Mówi do mnie, stoimy na środku chodnika, przed jakimś sklepem, ludzie przechodzą i wcale nie pachną heroiną. A ja jej odpowiadam:
- I co?

A ja stoję. Stoję, bo się zatrzymałam.
- Pani to tak tu stoi? – zapytałam siebie, próbując stanąć przed sobą samą. Smutno się człowiekowi robi, kiedy nawet stanięcie naprzeciwko swojej osoby jest niewykonalne.

- A ta co, kurwa, tak stoi? Coś ją znam, po co tak stoi? – zapytał kogoś ktoś, cały się przy tym opluwając.
- No tak stanęła chyba, to stoi. – Odpowiada komuś ktoś. – A patrz, że nawet nie żebrze, tylko stanęła i stoi.
- Chyba głupia.

No i ostatnio. Wręczanie nagród, zaczepia mnie Maciej, znany pan Maciej, Maciej swojego losu, no i mówi:
- Dzień dobry. Maciej - podaje mi dłoń i lekko się kłania.
- Dzień dobry - odpowiadam mu z poważną miną, pokazując brak dolnej czwórki przy szerokim nienaturalnym uśmiechu.
- Słyszałem o twojej twórczości - mówi. - Dużo inspiracji "Makbetem", co?
- Makbet chuj.
No i tak to właśnie wygląda. Potem podchodzą następni, a ja obgryzam paznokcie i wytrzeszczam oczy.
- Widziała pani tego przystojniaka? - zaczepia mnie starsza kobieta. Taka rozmowa nie może mieć miejsca, bo jest zbyt sztywna. Bardzo oficjalna, zmyślona na maksa. Po prostu tragedia.
- Przypuszczam.
- Te włosy, tak do tyłu, tak na żel - jazgocze. - Cholera!
- Nie wątpię - odpowiadam i dotykam swojej brody z udawanym zachwytem.
A potem było:
- Pani to taki Grek Zorba! Dokładnie tak mi się pani kojarzy, Grek Zorba! No, niech skonam! Grek Zorba jak nic! - Jakiś facet, dziwny, ma czerwoną torebkę. Może gej, może Jacek.
- No, pan Cogito. Zawsze tak myślałam.
Ale czemu ja to robię? Nie wiem. Albo to Tamta Ja.

Próbuję odnaleźć właściwy sposób gdzieś między ludźmi i krótkimi rozmowami. Szukam romansów i używek na siłę. Wymyślam sobie imiona i nazwiska. A potem stwierdzam, że niczego nie jestem warta, i że tylko rutyna mnie zbawi. Ja.
Ja i mój milczący Bóg.

A gdyby tak ukraść komuś życie! To był pomysł idealny. Gdyby tak na kilka lat zostać kimś więcej, niż „ja”, które… Niektóre.
"Trzeba być bardziej martwym, niż mamut, żeby udoskonalać słownik jakiegokolwiek bądź języka."
Jestem Skamieliną. Mam na myśli Postęp! Domagam się nowych idei i form! Chcę nowego Życia. Żadnych Bogów, żadnych świętości, całkowita negacja wszystkiego. Zabijmy wszystko, autodestrukcja, żeby stworzyć. Moje powolne samobójstwo jest aktem stworzenia największego. Widziałam już odpychające, niewarte i zgłębione. Smutek prostych dusz i tych, co mają na myśli tylko romans, co się równa rżnięcie. Ale to jest pułapka i potrzask, nie mam czasu na takie dyrdymały, jak to mówił Bukowski. Czyjeś widzenia i niewidzenia, ale to jest nieważne. Ja, to błędne ja, muszę być ślepa, żeby zacząć widzieć.
Listy do siebie.

Jestem zbyt rozproszona, żeby umieć mówić jasno. Przez cały ten czas żyłam w błędzie obok ludzi żyjących w błędzie. Prymitywne melodie, ogłaszanie się artystą przez niezarobaczonych i najprostszych, kiwanie się do rytmu i orgie
żarcia i picia! A ja wpychałam do ust wszystko co mi podawano i wcale nie dławiłam się błędami. Byłam równie prostym zwierzęciem z aspiracjami człowieka. Ale nie ma już dla mnie żadnych ludzi. A słowo „człowiek” już nie istnieje. Jestem całkiem pewna, że są tylko ostatnie dusze, a reszta to niewyobrażalne szaleństwo genów i pokolenie śmieci. Koszmar ewolucji i fałszywe JA!
Popełniam samobójstwo obok swojego życia. To prosty strumień spotkań z nieistotnymi i nieumiejętność odnalezienia tego, kto mówi językami aniołów i idiotów.
Chodzę i nucę. Chodzę i pytam.
Wyręczam się. I gardzę. Kto gardzi? Mnie gardzą. Tak będzie, ale nie wiem jak długo może trwać ten stan odurzenia trzeźwością. Wiem tylko, że już do końca będę obok. Nie będzie rytmów, melodii i kolorów. Chcę widzieć tylko jaskrawe szaleństwo dusznych myśli.
Bałagan obok i muzyka po francusku. Błąd nie jest jednak punktem w czasie.

Najbardziej uzwierzęcony narkoman warty jest więcej, niż każdy spokój. Boję się swoich słów, wyrażeń, straszą mnie neologizmy. Już wystarczająco się rozpłynęłam, nie powinnam się teraz budzić ciałem. Moja wyhodowana tortura. I szukanie. Tylko po to, żeby uznać to za niewarte mnie, po to, żeby uciec w końcu w spokój i palenie papierosów, mężów i nie-żony. Tak będzie, gdy zacznę się bać zbyt mocno. Teraz strach motywuje mnie do nadawania imion i wyszukiwania niestworzonych kolorów. Chciałabym pokazywać coś, co warto pokazywać. Ale nie ma komu, nie ma czego.
Znów dochodzę do tego momentu, gdzie ważne są tylko piękne widoki, spokojny dom i pieniądze.
I nie mogę przestać szukać tej szubienicy.

Moje odkrycia, nieważne dla nikogo, sprawiają, że staję się Chamem. Dzwon mi nie bije, Agata nie pije, Franek nie żyje. Czy to jest prawidłowość? Co to jest prawidłowość?
NIE MA SPOSOBU.
NIE JEST WSZYSTKO JEDNO.

Tylko rutynowe bóle, nadwrażliwość i zamknięcie w ciele. Nie mogę otwierać ust i zdaję sobie sprawę z tego, że to tylko błąd umysłu, nic więcej. Bez tego błędu nie byłabym święta. Ale przecież nie ma żadnych świętości, żadnych świętych Klar i świętych Franciszków. Jest tylko przyszłość.

Czy znajdzie się w końcu ten Zbigniew-heroinista, który mnie uspokoi. Który powie „nieważne”, choć ja będę krzyczała „ważne”, nawet gdy zamkną mi usta. Będą mówić marność nad marnościami, a ja tylko: „NIE!”
Tak?
NIIIEEE!
A może zastrzyk? NIIIEE!

Proszę o zastrzyk, błagam o zastrzyk, proszę, błagam, dajcie mi nieskończoność zastrzyków. Koniec z błędami umysłu, ZASTRZYK! Tak to widzę! ZASTRZYK! Błagam o sen odurzonego opium MNIE. Żadnych Ja, dość „ja”, dość „nie”.
To jest jedyny sposób. Albo tylko Absurd. Nie potrafię zobaczyć inaczej, nie umiem się zmusić do innego widzenia. Takie ciasne myśli i tylko nienawiść.
Nienawidzę, bo istnieję. To normalne, przyzwyczajam się do tej codziennej nienawiści. Nienawidzę, bo WYGRAŁAM. Skąd inny pomysł, jestem wygranym człowiekiem, kurwa, nie ma żadnego człowieka, nie da się być wygranym, a ja znowu to robię, przegrana, nie-przegrana, nic takiego nie istnieje, mam dość tej ciasnoty, miernoty, głupoty. Mam dość, chcę uciec od tych błędów, tej śmierdzącej pierdolonej duchoty! A potem ktoś powie… NIE! Nikt nie powie! Nikt nie wie! Nie ma nikogo! Nikt nigdy nie będzie do mnie nic mówił, a ja nigdy nie będę rozmawiała jako JA. Będę kłamać, będę miała zmyślone imię, tylko ja mam prawo nadać sobie własne imię, gówno mnie to wszystko obchodzi. MAM SWOJE IMIĘ I NIKT GO NIE ZNA, NAWET JA.
Potem wiem, że muszę przestać. Że nie powinnam. Powinnam odpocząć, dać sobie czas, zająć się nieistotnym zajęciem. Mózg boli. Koniec wymyślania historii, wymyślonych postaci i żyć.
Ale nic się nie skończy. Bo jest tylko koło, a koło zawsze będzie błędne.

Czuję, że to pogranicze.
Cierpienia depersonalizacyjne były najgorszymi cierpieniami, których doświadczyłam. Widziałam, ale nie wiedziałam, czy to ja widzę. Nie czułam. Kiedyś nazywałam się Martwą i autokreowałam na potwora. Potem już tylko się bałam przepaści i bocznych wiatrów. Nie potrafiłam zrozumieć, że to nadal jestem ja, tylko moje Ja jest jeszcze nieokreślone. Że nie pamiętam, że kiedyś miałam życie. Teraz istnieję tak boleśnie, że nie sposób tego nie zauważyć. Ale nie zmieszczę już w sobie żadnego bólu.
Alkohol też doprowadzał do rozpaczy.

Były chwile, kiedy nazywałam siebie wolną. Teraz nerwica w granicach normy i miliardy papierosów. Czułam, że każdy koniec jest tylko zwiastunem początku. Tak musiało być, choć piękno było daleko ode mnie. Uciekło, gdy nazwałam je gorzkim. Matka niejadalna wciąż pytała czy chcę spotykać narkomanów, czy jeszcze mam siłę ćpać. A ja odpowiadałam, że mam żyły jak biedronka, dlaczego każą mnie kuć. Nie ma żadnego krzyża, jestem prostym człowiekiem. Kaczmarski da ci w mordę, bo to nie Chrystus, a ja myślę tylko o pograniczu, jak mogę sama siebie pytać o żyły. Kurwa, mam przeżartą śluzówkę, zniszczoną wątrobę, żołądek i serce. Jaką mam czelność, żeby pytać siebie o żyły.
W ciemnym pokoju włączałam najlepszą modlitwę z czarno-białymi warkoczami wokalisty. I nie czułam. Nie chciałam już pisać – musiałam, nie chciałam udawać śpiewu, a musiałam, nie chciałam męczyć głowy koszmarami, ale one widocznie chciały męczyć mnie.
Czy mam już tego dosyć, nie potrafię odpowiedzieć. Czy nadeszło już rimbaudowskie dwadzieścia lat? Nadal mówię w ten sam wyniosły i sztuczny sposób, to wszystko jest nadal. Pisanie powinno się skończyć. Skończyłam się ja cała. Żadnych sił.
- Jeszcze daleko do następnego papierosa – powiedziało moje ja. Potem pomyślałam, że może to już moja ostatnia emocja.

Może to ostatnie nieważne przed ważnym.
Ostatnio zmieniony pt 29 lis 2013, 14:03 przez Miggy, łącznie zmieniany 2 razy.



Awatar użytkownika
Erythrocebus
Umysł pisarza
Posty: 746
Rejestracja: czw 11 paź 2012, 06:24
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Erythrocebus » czw 10 paź 2013, 04:13

Miggy, przyłączę się do komentarzy spod Twojego pierwszego fragmentu. To jest bardzo dobry tekst. Jeden z najlepszych, jakie czytałem na tym forum. No i bardzo moje klimaty. 3 zdania wystarczyły, żebym zaczął zapadać się w otchłań, którą przede mną otworzyłaś.

Rewelacyjne metafory, wytrącający z równowagi styl, melodia tekstu idealnie dopasowana do treści. Piękne.

Kłaniam się nisko Twojej duszy.


www.huble.pl - planszówki w klimacie zen!

Awatar użytkownika
Leszek Pipka
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 751
Rejestracja: śr 16 sty 2013, 16:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Leszek Pipka » ndz 20 paź 2013, 23:59

Tak. Zdecydowanie tak. Ale nie bez zastrzeżeń. To będzie trudna weryfka, nie, nawet nie to, próba weryfki, bo muszę sobie różne rzeczy ponazywać, jakos zdefiniować, przełożyć na zrozumiały język odczucia i myśli, które trudno poddają się procesowi werbalizacji.

Stało się to, czego obawiałem się po przeczytaniu pierwszej części. A co dałoby się – o, paradoksie! - krótko podsumować używając tego samego oręża, którego używasz Ty:

„Mam dość, chcę uciec od tych błędów, tej śmierdzącej pierdolonej duchoty!”

Dlaczego mam takie wrażenie – cały dalszy wywód będzie właściwie poświęcony rozwinięciu tej kwestii. Czyli tego, co w Twoim przekazie- metaforycznie - zabiera tlen z powietrza, którym oddycham.

Normalna weryfikacyjna procedura kazałaby na początek poszukać zgrzytów. Czytałem uważnie, analizowałem, wpatrywałem się w tekst. Nie ma. A w każdym razie tych zwykłych, chleba naszego powszedniego, znalazłem tak niewiele, że samo to było zastanawiające. Oczu nie mam?

Nie. Swoistość, osobność, subiektywność przedstawionego świata jest tak wielka, że brakuje odniesienia, znane mi wzorce nie podpowiadają alternatywnych rozwiązań. Tworzysz rodzaj konwencji, w której niby obowiązujące, nadrzędne reguły językowej poprawności, w jakiś sposób ulegają zawieszeniu.

Chociaż – z drugiej strony – nie sposób nie zauważyć staranności roboty, misterności ułożonej ze słów mozaiki.

Zatem znalazłem niewiele, drobiazgi w sumie. Powtórzenia („ale”), szczątkową zaimkozę, „kucie” zamiast „kłucia” (pewnie edytor) i parę takich, co ich nie rozumiem. To znaczy nie rozumiem na poziomie podstawowej logiki czytanego, bo fragmentów, których wiedzą lub rozumem nie prześwietlam, jest znacznie więcej. Ale to akurat mi nie przeszkadza, nie jestem i nie muszę być najmędrszym z mędrców.

„- Dzień dobry - odpowiadam mu z poważną miną, pokazując brak dolnej czwórki przy szerokim nienaturalnym uśmiechu.”

Albo to prosty błąd (uśmiech, jaki by nie był - zaprzecza poważnej minie), albo konsekwentne rozdwajanie siebie na ja i nie-ja. Nie wiem.

I tu:
”Prymitywne melodie, ogłaszanie się artystą przez niezarobaczonych i najprostszych, kiwanie się do rytmu i orgie żarcia i picia!”

Gdzie samowielbiące w istocie głoszenie światu własnego artyzmu kojarzy mi się właśnie z zarobaczeniem i labiryntem popieprzenia w głowie głoszącego.

I tu:
”Moje powolne samobójstwo jest aktem stworzenia największego. Widziałam już odpychające, niewarte i zgłębione.”

Gdzie nie ma połączenia logicznego, gdzie „odpychające, martwe i zgłębione” wisi jakoś w powietrzu, choć samo w sobie i tak jest mocne.

I tu:
„Najbardziej uzwierzęcony narkoman warty jest więcej, niż każdy spokój.”

Gdzie odruchowo pytam się, – „dlaczego, do diabła?” - bo chciałbym dostać do ręki wyjaśnienie, żeby nie tropić go mozolnie w rozstrzelonych linijkach.

I tu:
”Nie potrafiłam zrozumieć, że to nadal jestem ja, tylko moje Ja jest jeszcze nieokreślone. Że nie pamiętam, że kiedyś miałam życie.”

Gdzie nie wiem („że-że”), czy „pamiętanie” i „manie” jest rozłączne, czy też pamięć rządzi posiadaniem. Może i dobrze, bo tak miało być?

Ale językowo jest kapitalnie. Bogato, zmiennie, ze inwencją, słownymi grami i pomysłami na jeszcze dwa teksty.

Przed niektórymi wynalazkami moje czytające ja przysiadło, powalone, na piętach i kontempluje, nie dając rady się spionizować.

To:
„A ja stoję. Stoję, bo się zatrzymałam.”

To:
„Może gej, może Jacek.”

To:
„Gdyby tak na kilka lat zostać kimś więcej, niż „ja”, które… Niektóre.”

To:
”To prosty strumień spotkań z nieistotnymi i nieumiejętność odnalezienia tego, kto mówi językami aniołów i idiotów.”

To:
”Wyręczam się. I gardzę. Kto gardzi? Mnie gardzą.”

To:
„Matka niejadalna…”

I to:
„A ja odpowiadałam, że mam żyły jak biedronka…”

I to:
„- Jeszcze daleko do następnego papierosa – powiedziało moje ja.”

Albo to – „uzwierzęcony”,
które odczytuję, jako subtelną drwinę z „ubogaconego”, neologicznego potwora, z lubością używanego w kazaniach i kazalnej publicystyce.

Niezwykłe, cholera.

Tak więc same superlatywy. To co jest nie tak?
Ano, kompozycja. To, czego się obawiałem, a stało się ciałem, to nieuporządkowana wstęga myśli, odczuć, emocji, autoanalizy, która rozpościerasz – jednostajna, bez zamysłu, bez kulminacji, węzłowych punktów, porządku, osi, początku i końca. Przetykana krzykiem, który z każdym kolejnym powtórzeniem robi coraz mniejsze wrażenie i najzwyczajniej męczy.

Tego wszystkiego jest za dużo, nieomal każdy akapit jest materiałem na osobną, przemawiającą do czytelnika miniaturę, shorta, opowiadanie. Dlatego napisałem o chęci ucieczki, która pojawia się jako reakcja na zagrożenie oddechu, odebranego magmą, jaką zwalasz czytelnikowi na głowę.

Owszem, rozumiem zamysł (jeśli taki był) oddania chaosu myśli, czy odbioru pofragmentowanej rzeczywistości, wirującej po kręgu beznadziei. I to JEST literatura. Jednak ja bardzo chciałbym, żeby to, co piszesz było Literaturą.

A Literatura to dyscyplina, to ujarzmianie nieujarzmionego, to cięcie, ujmowanie, skracanie. Walka z formą. Częściej – niedosyt niż nadmiar. Nakładanie kagańca na swój mózg, bezwysiłkowo wylewający dowolnych rozmiarów słowotok.

Zrobiłaś pierwszy, podstawowy porządek, który pojawia się wraz z przekładaniem pomyślanego na słowo pisane. Bo przecież nie zapisałaś równo wszystkich myśli ciurkiem w kolejności wychodzenia z głowy. Narzuciłaś sobie jakieś reguły, dokonałaś pierwszej zdrady, musiałaś, inaczej prawdopodobnie nie miałabyś żadnych czytelników. Więc już można iść dalej, konsekwentnie, już nie jesteś bezgrzesznym prymitywistą, nieświadomym ograniczeń.

Popatrz:
„Jakaś babka do mnie podchodzi, patrzy na mnie, a ja stoję. Obok mnie przechodzi Zbigniew – heroinista, pachnąc heroiną rozkładającą się w ciele. Zaciągam się jego zapachem, a babka stoi przede mną. Heroinista nie odzywa się, nie istnieje dla niego żadna ja.
A ja przed babą stoję. A baba stoi przede mną. Patrzymy. Zbigniew zniknął za jakimś budynkiem, równie dobrze mogłoby go nie być.
- Czy pani jest pijana? – pyta mnie to spróchniałe babsko. A czemu pyta?
- Nie.
Chyba nie. Nic sobie nie przypominam, a porządni ludzie nie piją przed południem, chociaż ja zegarków nie noszę.
- Pani śmierdzi alkoholem.
Mówi do mnie, stoimy na środku chodnika, przed jakimś sklepem, ludzie przechodzą i wcale nie pachną heroiną. A ja jej odpowiadam:
- I co?

A ja stoję. Stoję, bo się zatrzymałam.
- Pani to tak tu stoi? – zapytałam siebie, próbując stanąć przed sobą samą. Smutno się człowiekowi robi, kiedy nawet stanięcie naprzeciwko swojej osoby jest niewykonalne.”

Tam, gdzie jest opis sytuacji, scenka, anegdota, jest niesamowicie. Świetnie oddane migotanie osobowości narratorki, wyostrzone zmysły i – karmione lękiem – nagłe stupory. I szklana ściana odcinająca od rzeczywistości.

I tu:
„Jestem Skamieliną. Mam na myśli Postęp! Domagam się nowych idei i form! Chcę nowego Życia. Żadnych Bogów, żadnych świętości, całkowita negacja wszystkiego. Zabijmy wszystko, autodestrukcja, żeby stworzyć. Moje powolne samobójstwo jest aktem stworzenia największego. Widziałam już odpychające, niewarte i zgłębione. Smutek prostych dusz i tych, co mają na myśli tylko romans, co się równa rżnięcie. Ale to jest pułapka i potrzask, nie mam czasu na takie dyrdymały, jak to mówił Bukowski. Czyjeś widzenia i niewidzenia, ale to jest nieważne. Ja, to błędne ja, muszę być ślepa, żeby zacząć widzieć.
Listy do siebie.”

Gdzie w narracji pojawiła się „artystyka”, skutkująca ni mniej, ni więcej tylko ześlizgiwaniem się w patos, który irytuje. Jeśli do patosu dołącza histeria – a dołącza, to mieszanka owa morduje empatię, najbardziej użyteczne i wręcz niezbędne do przeczytania Twojego tekstu narzędzie. I sprawia, że dramat ociera się o niechcianą (? dla mnie niechcianą) , kiepską komedię.

Prościej, bardzo proszę, bez bombastyczności, bo ta – prawdę mówiąc - czyni w efekcie z narratorki niemą kukłę.

I jeszcze: jeśli cały, a przynajmniej większość monologu tańczy histerycznie na skraju przepaści (mówię o formie!) to za chwilę zabraknie Ci sposobów na oznaczenie treści najistotniejszych, bo już uciekłaś się do wielkich liter.

Czasem mniej znaczy więcej. I jest bardziej dojmujące. Musi być tło i coś, co znaczy. W sensie literackim, bo realnej prawdziwości przeciągłego krzyku rozpaczy nie śmiałbym nigdy zanegować.

Nie mogę też przestać się zastanawiać nad tym, jak długo kocioł, którego paliwem jest Twoje życie będzie produkował energię. I czy tylko dla tej jednej, jedynej fabuły, wciąż od nowa i od nowa. I co się stanie, jeśli zechcesz napisać romans albo kryminał. I czy do tego kiedykolwiek dojdzie.

Wiesz, borderline.

To są przemyślenia czytelnika. Możesz je zabrać w dalszą drogę, ale nie musisz.
Być może, gdyby Ginsbeg słuchał życzliwych czytelników, nie byłoby „Skowytu”.

Kto to wie?

[ Dodano: Pon 21 Paź, 2013 ]
Aha. Bardzo ważne, a omal nie zjedzone przez sklerozę. Mimo wszelkich zastrzeżeń - tekst na tyle oryginalny, mocny i dobry, że z czystym sumieniem rekomenduję go do Wyróżnionych.


Weryfikacja zatwierdzona przez Adriannę
Ostatnio zmieniony wt 19 lis 2013, 20:12 przez Leszek Pipka, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2367
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Adrianna » wt 19 lis 2013, 20:11

Początek tej części zrobił na mnie słabsze wrażenie, niż pierwszy fragment. Poprzednio "odleciałam" z tekstem, teraz wdarło się trochę wątpliwości, momentów, w których tekst nie grał tak dobrze. Później jednak sytuacja się odwróciła. Ale po kolei.

Mam trochę wątpliwości, co do niektórych partii dialogowych.
- A ta co, kurwa, tak stoi? Coś ją znam, po co tak stoi? – zapytał kogoś ktoś, cały się przy tym opluwając.
- No tak stanęła chyba, to stoi. – Odpowiada komuś ktoś. – A patrz, że nawet nie żebrze, tylko stanęła i stoi.
- Chyba głupia.
Zastanawiam się nad pewnego rodzaju nienaturalnością wypowiedzi. Kiedy jakiś sztywny, dziwny sposób wypowiedzi jest w dialogu z bohaterką, to to akurat odpowiada temu w jaki sposób ona reaguje, myśli. Ale tutaj dobiega ją "normalna" rozmowa. A brzmi podobnie jak dialog z kobietą nieco wcześniej - jest taki łopatologiczny (przez powtórzenia "stoi") i też jakby obaj rozmówcy mówili nie tyle "do siebie", co "obok siebie".

Miggy pisze:"Trzeba być bardziej martwym, niż mamut, żeby udoskonalać słownik jakiegokolwiek bądź języka."
Jestem Skamieliną. Mam na myśli Postęp! Domagam się nowych idei i form! Chcę nowego Życia. Żadnych Bogów, żadnych świętości, całkowita negacja wszystkiego. Zabijmy wszystko, autodestrukcja, żeby stworzyć. Moje powolne samobójstwo jest aktem stworzenia największego. Widziałam już odpychające, niewarte i zgłębione. Smutek prostych dusz i tych, co mają na myśli tylko romans, co się równa rżnięcie. Ale to jest pułapka i potrzask, nie mam czasu na takie dyrdymały, jak to mówił Bukowski. Czyjeś widzenia i niewidzenia, ale to jest nieważne. Ja, to błędne ja, muszę być ślepa, żeby zacząć widzieć.
Dość mocne (za mocne jak dla mnie) przełamanie klimatu. Wiem, że to nadal chaos myśli narratorki, ale nawet mając to na uwadze trudno nie zwrócić uwagi na patetyczny, sztuczny ton. To w pewien sposób drażniące. A w każdym razie wybiło mnie nieco z rytmu.
Inne oblicze Ja? Czemu nie... Ale jednak taki sposób jego ukazania tak zwyczajnie, czytelniczo mi nie leży.

Miggy pisze:A ja odpowiadałam, że mam żyły jak biedronka, dlaczego każą mnie kuć.
kłuć

Miggy pisze:Proszę o zastrzyk, błagam o zastrzyk, proszę, błagam,
Od tego momentu, do końca, bardzo, ale to bardzo się wkręciłam w tekst. Emocjonalnie. Końcówka zrobiła na mnie wrażenie, chociaż w odmienny sposób niż część poprzednia.

Pierwszy fragment "Ja" był bardziej takim "absurdalnym snem". Tutaj coraz silniej wychodzi część zwierzeń, bardziej bezpośrednio wyrażonych emocji. To przejście, moim zdaniem, jest dobre. Sprawia, że tekst nie zmienia się w nieustanny kalejdoskop obrazków, że coś go spaja.
Językowo jest ciekawie, odważnie i to się sprawdza. Ostrzeżenie Leszka, że za chwilę zabraknie Ci sposobów na oznaczenie treści najważniejszych jest na pewno do wzięcia pod uwagę na przyszłość. Na razie jednak mogę powiedzieć tylko tyle, że ten fragment, w takiej właśnie stylistyce czytało mi się naprawdę dobrze.

Pozdrawiam,
Ada


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Dziennik błędów | Roztańczony | Demony Witkacego


Wróć do „Wyróżnione teksty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości