"Stawaj i walcz" urban fantasy (?)

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MJK
Zarodek pisarza
Posty: 16
Rejestracja: ndz 14 sie 2011, 20:41
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

"Stawaj i walcz" urban fantasy (?)

Postautor: MJK » wt 18 paź 2011, 15:11

Zawiera śladowe ilości wulgaryzmów
Nie chcę nic o tym tekście pisać, żeby w żaden sposób nie wpłynąć na odczucie, nie rodzić żadnych oczekiwań i tak dalej. Będę niezwykle wdzięczny za ostrą krytykę, szczegółowe wyjaśnienie dlaczego coś jest źle itp. Miłej lektury.

[center]Stawaj i walcz[/center]

WWWMorze ognia. Jestem jednym z niewielu, którzy kiedykolwiek przechadzali się jego brzegiem. Jest takie straszne. Zawiera w sobie wszystko to, czego boją się ludzie: ból, zniszczenie, nieopanowany bezmiar, nieprzewidywalność. Nieuchronną śmierć.
WWWZatrzymuję się tuż przy krawędzi skały nachylającej się nad jego złotą taflą. Przeraża nawet mnie. Mimo to nie potrafię oderwać wzroku. Nic dziwnego, przecież nieraz miałem do czynienia z koszmarami. I żaden z nich nie dorównywał pięknem temu, na który teraz patrzę.
WWWWreszcie odwracam się, spoglądam na wąską ścieżkę, która wije się wzdłuż brzegu jeszcze kawałek, by wreszcie dotrzeć do bram zamczyska.
WWWCzego ja tu szukam?
WWWPodnoszę z ziemi kamyk i ciskam go za siebie. Z sykiem zanurza się w ognistej nieskończoności.
WWWPo raz kolejny na to pytanie przychodzi tylko jedna odpowiedź. Odpowiedź w postaci wspomnienia, na które wciąż się wzdrygam. Wspomnienia ich krzyków…
WWWNoc była wtedy ciemna, ale czy to mogło zapowiadać… nie mogło. Pamiętam ten dźwięk, gdy wicher łomotał ciężkimi okiennicami, kiedy wolno skradałem się wzdłuż ulicy. Ręce w kieszeniach płaszcza miałem zaciśnięte na Coltach. Nie zapowiadało się przyjemnie, więc dlaczego ja miałem być miły?
WWWZło… było wyczuwalne bardzo wyraźnie. Ale nie na tyle, by mogło oznaczać coś tak niezwykłego.
Przemieszczałem się ostrożnie w kierunku epicentrum tego zjawiska. Im byłem bliżej, tym bardziej widoczne stawały się efekty wyzwolenia ogromnej, strasznej energii – chmury przesuwały się nade mną tak nienaturalnie szybko. Samochody ustawione wzdłuż chodnika spoglądały na mnie złowrogo martwymi oczami reflektorów. U człowieka to mogłaby być paranoja.
U nas to był instynkt.
WWWCokolwiek się tam materializowało, wyzwalało przy przejściu na Ziemię potwornie chaotyczną moc. Przez cały czas sądziłem jednak, że anomalia mieści się w granicach normy. Na skraju, ale w granicach. Dopiero, kiedy usłyszałem krzyki, przeszło mi przez myśl, że to może być coś więcej niż kolejny demon przysłany by przypomnieć ludziom o piekle. Wtedy jeszcze raz spojrzałem w niebo. Początkowo zdziwiło mnie to, że chmury, zamiast wirować wokół epicentrum, mknęły po prostu przed siebie. A potem do mnie dotarło.
WWWOne poruszały się wokół epicentrum, ale po ogromnym łuku. Były bardzo daleko od źródła tego zjawiska. Jaka materializacja mogła wpływać na tak ogromną przestrzeń?
WWWPojedyncze wrzaski nagle przerodziły się w histerię, mieszając się z wyciem syren i alarmów samochodowych. Zacząłem biec. Wyciągnąłem z kieszeni telefon i jednym klawiszem wybrałem numer.
WWW- Coś się dzieje w centrum! – wrzasnąłem do słuchawki, gdy tylko umilkł sygnał oczekiwania. – To coś wielkiego! Przyślijcie tu…
WWW- Daj sobie spokój, Nadir.
Na moment oniemiałem.
WWW- Co, do cholery? Nie robię sobie jaj…
WWW- Nadir, mówię poważnie. Odpuść. To koniec. Przykro mi. Dobrze się spisałeś i zostanie ci to wynagrodzone. Będziemy cię oczekiwać.
WWWRozłączył się.
WWWBiegłem jeszcze przez chwilę, trzymając słuchawkę przy uchu, kompletnie zbity z tropu. Wreszcie schowałem komórkę. Cholerne anioły. Nigdy nie wiesz, czy wieści, które ci przekazują, są dobre, czy tragiczne.
WWWTe były tragiczne.
WWWTo rosło tak szybko. Niemożliwe, bym w takim tempie się do tego zbliżał. Coraz mniej odległe stawały się też odgłosy rzezi. Mijałem już tłumy ludzi z płaczem uciekających ze swoich domów. Całe rodziny przerażone rozgrywającą się w mieście sceną. Jaką sceną? Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że taką.
WWWPierwsi, na których się natknąłem, nie byli aż tak straszni. Owszem, szaremu obywatelowi skrzydlaty, czerwonoskóry golas dziurawiący widłami jakiegoś chłopca mógł mocno zapaść w pamięć. Ale dla mnie to ciągle była norma.
WWWNie zastanawiając się wiele, odpaliłem mu z Colta w ryj. Skrzeknął, gdy jego głowa odskoczyła w tył i bezwładnie upadł na ziemię. Z przeżartego próchnicą, czy może nawet rdzą, uśmieszku została okrągła dziura. Podziurawiony chłopiec wciąż wił się kałuży krwi. Zostawiłem go tam. Nie było czasu, żeby mu pomóc.
WWWZresztą szkoda na niego amunicji.
WWWW ogóle postanowiłem trochę przyoszczędzić, darowałem więc sobie faszerowanie ich diablich mózgów ołowiem. Bo żeby zabić je wszystkie potrzebowałbym chyba… nie, ich nie dało się wytępić. To można było zakończyć jedynie w centrum. Nie wiedziałem jeszcze jak, ale byłem pewien, że na pewno tam.
WWWA demony grasowały wszędzie i nie żałowały sobie ludzkiej krwi. Ich szaleńczy chichot sprawiał, że miałem ochotę złapać takiego za szyję i tłuc łbem o krawężnik, aż mózg wypłynie. Choroba psychiczna? Nie. To znów instynkt. Instynkt mówił mi, że należało tak zrobić. Udało mi się go jednak uciszyć.
WWWIm dalej w las, tym więcej drzew. Im dłużej szedłem, tym bardziej musiałem uważać, by nie pośliznąć się na mokrym od krwi chodniku albo nie potknąć o rozszarpane kawałki ludzkich ciał. To już było poza granicą normy. A bestie, które tutaj gnębiły ludzi… kul nie starczyłoby mi nawet na jednego z tych jaszczurów, które zabawiały się rzucaniem samochodami w stojące jeszcze domy. Co chwilę coś wybuchało, przytłumiając mój słuch. Dziwnie się tak szło, patrząc na rzeź i zamiast panicznych wrzasków słysząc tylko dzwonienie w uszach.
WWWJeden z nich mnie poznał. Pewnie bardziej po zachowaniu niż po wyglądzie – byłem jedynym, który szedł w stronę środka tego szaleństwa. I wiecie co? Nie zrobił nic. Nie rzucił samochodem, nie skoczył z zębami. Powiedział coś do kumpla w tym ich ohydnym, syczącym języku, a potem obydwaj zaczęli się śmiać. Teraz, gdy wiem, co się tam działo, mogę domyślać się, co ich tak rozbawiło. Mogę zrozumieć ich bezczelną pewność siebie. I pogardę dla mojej głupoty.
WWWAle wtedy nie wiedziałem. I chociaż palec strasznie swędział, by nacisnąć spust, powstrzymywałem się. Dlaczego? Bo wierzyłem, że możemy jeszcze wygrać, jeśli nie będę marnował naboi na płotki. Wtedy jeszcze wierzyłem. Szedłem dalej.
WWWNie zabijali ludzi. Oni ich masakrowali. Miażdżyli, dziurawili, rozszarpywali, palili. Im dłuższa śmierć, tym lepiej. Nigdy nie widziałem takiej brutalności.
WWWNagle padłem na ziemię, coś przeleciało mi tuż nad głową. Sporej wielkości przedmiot z brzdękiem uderzył w uliczną latarnię, po czym rąbnął w bruk. To był rower. Prosty składak.
WWWPodniosłem się i rozejrzałem wokół, gotów do następnego uniku. Na chodniku stał rogacz, krzyżując ręce na piersi i patrząc bezczelnie to na mnie, to na powyginany bicykl.
WWWSpieszyłem się. Dlatego wpakowałem w niego tylko jeden magazynek, chociaż miałem ochotę dziurawić sukinsyna dalej. Gdy już nie żył, podszedłem do składaka i sprawdziłem jego stan. Poza skrzywioną kierownicą wydawał się sprawny. Przynajmniej nie rozsypał się, gdy na niego wsiadłem.
WWWPedałowałem szybko, manewrując pomiędzy martwymi ciałami, kawałkami gruzu i innymi owocami tego szaleństwa. Teraz demony naprawdę zwijały się ze śmiechu. Po zabiciu kolejnych dwóch zacząłem wątpić w to, bym zdołał dowieźć do celu chociaż parę naboi. Czasem po prostu ciężko się opanować.
WWWNie zajechałem daleko, bo całą ulicę blokował przewrócony autobus. Szkolny. Wciąż płonął. Dzieci skwierczały na asfalcie, a potwory zabierały się właśnie do wylewania na nie trzeciego kanistra benzyny.
WWWCo miałem robić? Nie było czasu na szukanie innej drogi, a ogień z przodu pojazdu już ledwie się palił. Wdrapałem się na tę kupę złomu, zdrowo parząc sobie ręce o gorący metal. Ale przeszedłem. Byłem już blisko.
WWWPo pewnym czasie wiatr znacznie osłabł, budząc we mnie nadzieję. Niestety, fałszywą. Zdziwiłem się, widząc spadające z nieba krople. Deszcz? Nad przejściem demonów? Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. Nie wiedziałem, co o tym myśleć.
WWWDopóki nie kapnęło mi na rękę. Ból był potworny, gdy gorąca ciecz zaczęła parować na mojej skórze. Klnąc pod nosem rzuciłem okiem na dłoń. I pozwoliłem sobie na jeszcze jeden łańcuch bluzgów.
WWWKrew. Z nieba kapała wrząca krew. A może nie była wrząca? Może w jakiś sposób przeklęta, przez co wywoływała taki ból?
WWWSyknąłem, gdy kolejna kropla oparzyła mi kark. Zacząłem szukać schronienia.
WWWNiewiele myśląc, skierowałem się do jednego z domów. Był w niezwykle dobrym stanie, przynajmniej w porównaniu z resztą okolicy.
WWWWszedłem przez wyłamane drzwi i od razu natknąłem się na ciała. Mężczyzna z odgryzioną głową i pies, też porządnie pokiereszowany. Wzdrygnąłem się. Na zakrwawionej wycieraczce, tuż poza zasięgiem ręki bezgłowego trupa, leżała dubeltówka. Pożyczyłem ją sobie. Colty spisywały się nieźle, ale naboi ubywało.
WWWZanim zdecydowałem co robić dalej, spod podłogi usłyszałem kobiece wrzaski. Mocniej chwyciłem broń. Ktoś wciąż żył.
WWWObiegłem cały parter, szukając jakichś schodów. Klapę na dół znalazłem w pomieszczeniu, które pewnie wcześniej było salonem. Gdy schodziłem po drabinie, usłyszałem jak ulewa nagle zaszumiała na chodniku. Deszcz. Taki uspokajający dźwięk. Krople posoki rozbryzgujące się na ruinach jednego z największych miast świata.
WWWNa dole panowały ciemności. Mogłem się tego spodziewać – wątpliwe było, by prąd wciąż tutaj docierał. Przestraszyłem się, cholernie się przestraszyłem, gdy wokół mnie rozległy się te paskudne chichoty. Zwykłe, małe chochliki. Takie zjadam przecież na śniadanie.
WWWO ile je widzę.
WWWSpanikowałem. Kolejne wystrzały z dubeltówki rozbłyskiwały raz po raz, pozwalając mi przez ułamki sekund ujrzeć ich czerwone twarze.
WWWTwarze, które przy każdym strzale okazywały się być bliżej. Chichoty przeszły w ryki rannych i złowieszcze warczenie tych, które wciąż próbowały mnie obleźć. I to cyknięcie przeładowywania broni, ten dźwięk łusek dzwoniących o kamienną posadzkę. Jak w Resident Evil.
WWWNie wiem, czy kobieta wtedy krzyczała, nie wiem gdzie wtedy była. Ja po prostu strzelałem, raz z jednej strony, raz z drugiej. Gdy wyszły naboje, zamachnąłem się strzelbą i nawet w coś trafiłem. Wyjąłem Colty. Wiem, jestem profesjonalistą, nie powinienem tracić głowy w obliczu śmierci. Ale gdy ona jest już o krok… Oj, co tu dużo gadać, po prostu wystrzelałem dwa magazynki na oślep, częstując ołowiem wszystko wokół.
WWWI ucichło. Wszystko ucichło. Włącznie z krzykami kobiety. Nie szukałem jej. Wzdrygnąłem się na samą myśl o zagłębianiu się w tę ciemność. Wróciłem na drabinę.
WWWWspinałem się szybko, chcąc natychmiast znaleźć się w świetle. Nie boję się ciemności. Ale poza naszym światem istnieją rzeczy, przy których nawet twardziele robią w gacie. Tego dnia ktoś wypuścił te rzeczy na nasze ulice. Wchodząc, słyszałem na górze odgłosy, jakby tłuczonego szkła, ale strasznie głośne, nieustanne.
WWWGdy stanąłem wreszcie na parterze, od razu przeładowałem Colty. Nie, nie trzęsły mi się ręce. Są momenty, w których adrenalina uderza w nas z taką mocą, że robi nam wodę z mózgu. Ale im więcej ich przeżyjesz, tym szybciej możesz po nich wrócić do siebie.
WWWPrzez okno zobaczyłem jak krew płynęła ulicami. Do tej przeklętej ulewy doszedł grad, największy jaki w życiu widziałem. Tłukł wszystko na swojej drodze. Czułem, jak ziemia i ściany drżały pod tymi uderzeniami. Zacząłem poważnie rozważać powrót do piwnicy.
WWWWtedy w drzwiach stanął anioł. W pierwszej chwili tak mnie zaskoczył, że prawie go odstrzeliłem.
WWW- Niech cię szlag, niebieski! – krzyknąłem, opuszczając broń.
WWWTen zmierzył mnie wzrokiem, nie mniej zdziwiony.
WWW- Czy ty jesteś Julią, co wzywała pomocy pańskiej? – spytał niepewnie.
WWWPoważnie wkurzony zważyłem gnaty w dłoniach. Dlaczego musiałem zawsze trafić na jakiegoś idiotę?
WWW- Tak, jestem Julia, mam dwanaście lat i jestem dziewicą, zabierz mnie do Nieba! – odparłem. Nigdy nie miałem do nich cierpliwości. – Kurwa mać… Co tu się dzieje?!
WWWBlondyn skrzywił się. Ale oni mnie drażnili. Na dworze demony szczają na ludzi kwasem, a jemu przeszkadza moje „kurwa mać”. W takich chwilach przerażał mnie fakt, że w moich żyłach płynęło pięćdziesiąt procent ich krwi.
WWW- Ach – westchnął. – Nadir. Mówili mi, że jeszcze się trzymasz.
WWW- Znamy się?
WWW- Ostrzegali mnie, że na terenie kręci się pański żołnierz.
WWWZłapałem się za głowę. Wydobyć z nich informację to jak rozmowa głuchych po ciemku. Skupiłem się na konkretach.
WWW- Co się dzieje? Jak to powstrzymać? Czego nie chcecie dać mi wsparcia?
WWWAnioł wbił nieobecny wzrok w podłogę, gdzieś pod moimi stopami.
WWW- A Julia…
WWW- Niech cię szlag, Julia nie żyje, chyba złapała moją kulkę! I tak umierała… Co to za stwór? Szatan? Belzebub?
WWW- To Pan.
WWW- Jaki pan? O czym ty mówisz…
WWWWtedy zrozumiałem. Wszystko zrozumiałem. Tylko powód jakoś do mnie nie docierał.
WWW- Niemożliwe – stwierdziłem.
WWW- Taka była Jego wola.
WWW- Ale czemu? I gdzie ten smok, co miał zmieść gwiazdy…
WWW- W Jeruzalem. Demony i anioły pracują wspólnie, przygotowując ubitą ziemię na bitwę o Har Megido…
WWWW Jeruzalem. Ja wiem, to głupie. Ale przecież w szoku można głupio myśleć. Pewnie dlatego moją pierwszą myślą było to, że nawet nie zobaczę tego cholernego smoka. A tak bardzo byłem ciekaw, jak Bóg upchał te dziesięć rogów na siedmiu głowach, czy tam odwrotnie. Naprawdę byłem ciekaw.
WWWWyjąłem telefon. Brak zasięgu. Mogłem się domyślić.
WWW- Muszę rozmawiać z jakimś archaniołem.
WWW- Nie możesz…
WWW- Natychmiast – powiedziałem stanowczo, łypiąc na niego lufami Coltów.
WWWAż podskoczyłem, gdy ktoś z hukiem zmaterializował się w kącie pokoju.
WWW- Musisz zawsze robić problemy?! – warknął na mnie Gabriel. Wyglądał na wściekłego, bardziej niż kiedykolwiek.
WWWWyśmiałem go.
WWW- Ja robię problemy?! A ten burdel na dworze to co?
WWW- To Apokalipsa, kretynie!
WWW- Tyle już wiem!
WWW- To bądź tak dobry i pozwól nam robić to, co nam kazano!
WWWSplunąłem mu pod nogi.
WWW- Dlaczego, Gabrielu? Chroniłem ich przez całe moje życie. Przez całe moje pieprzone życie biegałem z tymi gnatami za demonami jak jakiś kowboj, by ratować ludzi przed śmiercią. Po jaką cholerę?! Żeby teraz ginęli w męczarniach, których nie wymyśliłby najgorszy demon? Co to w ogóle jest ten deszcz? Po co to wszystko?! Dlaczego wszystkich was gówno obchodzi co myślę?!
WWW- Bo ty nie jesteś od myślenia Nadirze. Jesteś od strzelania. Dobrze wiesz, że jeszcze dzisiaj będziesz dla nas strzelał pod Har Megido. Staniemy do walki…
WWW- Stanę do walki?! Do walki o co, Gabrielu?! O co my walczymy?!
WWW- Nie o co, ale z kim.
WWW- Kto tak mówi? Kto prowadzi takie wojny? „Nie o co, ale z kim”? Walczymy o nic, żeby tylko zmiażdżyć…
WWW- Jak ci to nie pasuje, możesz stanąć z drugiej strony.
WWW- I może stanę!
WWWZaśmiał się. A ja wtedy podjąłem decyzję. Fakt, trochę pod wpływem emocji. Ale mam swój honor. Mam swoje wartości. I niestety wtedy zdałem sobie sprawę, że Bóg zajmuje tam miejsce dość… nisko.
WWW- Więc stawaj – odparł, uśmiechając się dziwnie. – Stawaj i walcz w walce, której nie możesz wygrać, w walce o wieczne piekło. Stawaj i walcz ramię w ramię z tymi, których tak zażarcie mordowałeś.
WWWNie patrzyłem archaniołowi w oczy. Patrzyłem na Colta. Przyglądałem mu się uważnie, przewracając w dłoniach.
WWW- Tak zrobię – rzekłem cicho. - Tak zrobię. Ja nigdy nie walczyłem z szatanem, Gabrielu. Ja nigdy nie walczyłem z kimś. W przeciwieństwie do was, ja walczyłem o coś. O ludzi. I będę tę wojnę kontynuował. Nawet, jeśli mam za to przez wieki piec dupę w morzu ognia. Ja nie zmieniam stron, Gabrielu, bo nigdy strony nie miałem. Ja miałem tylko cel. To nie ja. To wy zmieniacie cele.
WWWChciał coś odpowiedzieć, ale nie zdążył. Zamarł, gdy Colt wystrzelił. A ja, jak umierający za wiarę męczennik, osunąłem się na podłogę z kulą w czaszce. Colta z dłoni nie wypuściłem.

WWWCzego ja tu szukam? Szukam sprzymierzeńców w mojej wojnie. Szukam szeregów, w których stanę na Har Megido bez poczucia winy. Bez poczucia wstydu.
WWWBiorę głęboki oddech i stukam ogromną, czarną kołatką. Stukam kołatką do bram piekielnego zamczyska Satanela.
[glow=green]

MJK[/glow]

[ Dodano: Wto 29 Lis, 2011 ]
Minęło już sporo ponad regulaminowy miesiąc, byłbym wdzięczny za ocenę, że się tak kulturalnie dopomnę :)

[ Dodano: Sro 30 Lis, 2011 ]
Minęło już sporo ponad regulaminowy miesiąc, byłbym wdzięczny za ocenę, że się tak kulturalnie dopomnę :)
Ostatnio zmieniony śr 18 sty 2012, 18:42 przez MJK, łącznie zmieniany 4 razy.



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4276
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Rubia » czw 01 gru 2011, 21:18

MJK pisze:spoglądam na wąską ścieżkę, która wije się wzdłuż brzegu jeszcze kawałek

Zmieniłabym szyk: jeszcze kawałek (jeszcze trochę?) wije się wzdłuż brzegu.
MJK pisze:na to pytanie przychodzi tylko jedna odpowiedź. Odpowiedź w postaci wspomnienia,

Akurat tutaj ta zbitka mi nie przeszkadza, ale uważaj z powtórzeniami.
MJK pisze:ale czy to mogło zapowiadać… nie mogło.

Wzmocniłabym odrębnym zdaniem: Nie, nie mogło.
MJK pisze:zaciśnięte na Coltach.

Na coltach.
MJK pisze:Pojedyncze wrzaski nagle przerodziły się w histerię,

Raczej w raczej w histeryczny (albo jeszcze lepiej: zbiorowy) krzyk, wycie, itp. Histeria jest atakiem nerwowym, a Ty piszesz o dźwiękach.
MJK pisze:wrzasnąłem do słuchawki, gdy tylko umilkł sygnał oczekiwania

Podkreślone - zbędne.
MJK pisze:Samochody ustawione wzdłuż chodnika spoglądały na mnie złowrogo martwymi oczami reflektorów. U człowieka to mogłaby być paranoja.
U nas to był instynkt.

Coś mi tu zgrzyta. Złowrogie spojrzenie i martwe oczy, a do tego paranoja i instynkt. Instynkt i paranoja tyle mają ze sobą wspólnego, że pozostają poza kontrolą umysłu, złowrogie spojrzenie wyraża emocje, ale martwe oczy jednakowoż nie.
MJK pisze:Całe rodziny przerażone rozgrywającą się w mieście sceną. Jaką sceną? Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że taką.

To nie jest scena. Jeśli już, to raczej sceny. I dalej niezręczne rozwinięcie. Nie mógłbyś napisać prościej, choćby: rodziny przerażone tym, co się działo wokół nich? Tu nie potrzeba wzmacniać efektów.
MJK pisze:czerwonoskóry golas dziurawiący widłami jakiegoś chłopca

Potem się okazuje, że chodzi o demony, ale to zdanie jest jak wyjęte z opowiadania o okrutnych Indianach.
MJK pisze:Nie zastanawiając się wiele, odpaliłem mu z Colta w ryj.

Wypaliłem. I z colta.
MJK pisze:Z przeżartego próchnicą, czy może nawet rdzą, uśmieszku została okrągła dziura.

Dziura, która zostaje z przeżartego rdzą uśmieszku? Jakoś trudno mi to sobie wyobrazić, a podobno dobre metafory są jak obrazy: można je zobaczyć.
MJK pisze:Co chwilę coś wybuchało, przytłumiając mój słuch

Raczej: ogłuszając mnie.
MJK pisze:Poza skrzywioną kierownicą wydawał się sprawny.

Miał skrzywioną kierownicę, lecz...
MJK pisze:Ale poza naszym światem istnieją rzeczy, przy których nawet twardziele robią w gacie. Tego dnia ktoś [b]wypuścił te rzeczy na nasze ulice[/b].

Niezręczne. Wypuścić można sfory, stada, tabuny, ale nie rzeczy. Poza tym - w pierwszym zdaniu rzeczy są raczej synonimem zjawisk, a tych się nie wypuszcza.
MJK pisze:Wydobyć z nich informację to jak rozmowa głuchych po ciemku.

To jak rozmawiać z głuchym, jeśli już.

Uzbierało się trochę potknięć językowych, wszystkich nie wypisałam, bo zaczęło mi brakować cierpliwości. Nie są to jednak dramatyczne błędy, można je bez trudu usunąć, nie masakrując przy tym całego tekstu.

Co do treści natomiast - nie wiem, czy to odrębne opowiadanie, czy fragment większego tekstu. Jeśli opowiadanie, to podstawowym mankamentem jest nieokreśloność miejsca i czasu akcji. Na początku trudno nawet zorientować się, że tu chodzi o Ziemię. Dopiero kiedy pada nazwa Har Megido, wszystko się wyjaśnia, ale to jednak stanowczo za późno. Cały cel i sens tej masakry również bardzo długo pozostaje niejasny. Nie wiadomo również - i to właściwie do końca - kim jest narrator. Utrzymuje kontakt z aniołami, ale mówi o nich "anioły" w takim kontekście, jakby sam do nich nie należał. Żołnierz Pański? Pan nie tworzy żołnierzy, tworzy istoty materialne albo duchowe i do którejś z tych kategorii musi należeć Twój bohater.
Generalnie - ja wiem, że jest to problem trudny do rozwiązania, lecz mnie razi taka antropomorfizacja aniołów i demonów, polegająca na przyznaniu im ciał jak najbardziej ludzkich. Te wszystkie mózgi, co mogą rozprysnąć się na bruku, flaki, które dadzą się wypruć i inne takie. Anioły i demony są bytami duchowymi, które przybierają kształt materialny tylko na potrzeby kontaktów z człowiekiem ( w każdym razie tak mówi Pismo, no, ale jeśli się pisze o Apokalipsie i Armagedonie, to Pisma należy słuchać). Dlaczego zatem istoty, które mają jedynie pozór ciała, można zabijać strzałami z colta czy dubeltówki? Anioł bądź też demon to pewna energia, która może być pomocna albo wroga nawet jeśli się nie materializuje. Jestem w stanie wyobrazić sobie demony, które zabijają, w ogóle się nie pokazując, albo przybierając postać promienia - możliwości dałoby się tu wymyślić całkiem sporo. W każdym razie, strzelanie z colta jako podstawowa forma unicestwiania tych istot zdecydowanie do mnie nie przemawia.

Wiem, że literatura pełna jest antropomorficznych demonów, gdyż z takimi człowiek i porozmawiać może, i nawet jakąś krzywdę im wyrządzi, więc to nie Twoja wina. Ja tylko zwracam uwagę na możliwość jakiegoś bardziej wyrafinowanego rozwiązania tego ostatecznego starcia, niż rażenie wokół z colta i dubeltówki.

A ten krwawy deszcz nawet mi się podobał.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
MJK
Zarodek pisarza
Posty: 16
Rejestracja: ndz 14 sie 2011, 20:41
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: MJK » ndz 04 gru 2011, 15:25

Dzięki za wyczerpującą odpowiedź, uświadomiłaś mi sporo błędów warsztatowych, których sam bym pewnie za nic nie zauważył.

Jest to odrębne opowiadanie, pisane tak raczej na żywca. Zaczynając je, nie wiedziałem, o czym będzie. Miałem tylko ten opis wichru łomoczącego okiennicami i gościa w płaszczu, który idzie to zbadać. Reszta jakoś sama się napisała. Pewnie dlatego nie skupiłem się na miejscu akcji i w ogóle wyjaśnieniu o co chodzi - sam jeszcze tego do końca nie wiedziałem.

Jeśli chodzi o strzelanie do demonów... pewnie masz trochę racji, ale to opowiadanie miało być właśnie takim rozflaczaniem mózgów na ścianach. Pewnie mogłem wykorzystać jakiegoś wirusa w stylu "Jestem legendą", ale jak już wymyśliłem, kim jest główny bohater i ten fragment z morzem ognia, spodobało mi się. Z drugiej strony, to, czy on zabijał demony, czy tylko niszczył ich materialną postać, raczej nie ma tutaj dużego znaczenia. One i tak miały stanąć później do ostatecznego starcia. Właściwie, gdyby przyjrzeć się śmierci Nadira, to właśnie tym ona była - zniszczeniem materialnej formy. Bo potem udał się do zamku Samaela. Zabijanie ich materialnych postaci można by uzasadnić tym, że chwilę potrwa, zanim demony znów pojawią się na ziemi by siać zniszczenie. Nadir zabijał je nie po to, by się ich pozbyć, ale po to, by dotrzeć do źródła problemu i tam coś z nim zrobić. Takie wytłumaczenie jednak w tym opowiadaniu jest moim zdaniem po prostu zbędne - z pewnością razi kogoś takiego jak ty, bo widać, że się tym interesujesz, jesteś w temacie i zwracasz uwagę na takie rzeczy. Ale mi Siewca Wiatru się jak najbardziej podobał (i pewnie, czy tego chcę czy nie, miał swój udział w kształtowaniu tego opowiadania).

Ale to fragment typowo szkoleniowy. Na pewno mogłem dokładniej zbadać temat, jednak skupiałem się bardziej na warsztacie, niż na poprawności fabuły. Pozwoliłem jej pisać się samej. Całe opowiadanie napisałem chyba w tydzień, co jak dla mnie jest naprawdę krótkim czasem, bo nie mam na pisanie tak dużo czasu, jakbym chciał.
Jeszcze raz dzięki za ocenę ;)



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4276
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Rubia » ndz 04 gru 2011, 16:35

Siewca wiatru? Też mi się Twoje opowiadanie trochę z Kossakowską kojarzyło, ale, IMHO, ona, po bardzo dobrych początkach poszła ostatnio (Zbieracz burz) w niezbyt fortunną stronę, całkowicie już upodabniając demony i anioły do ludzi. To jest zresztą poważny kłopot, przyznaję: skoro są to istoty obdarzone inteligencją, wolną wolą i emocjami, wręcz samo się narzuca, żeby i postać miały ludzką (no, może trochę nadludzką), ze wszystkimi tego konsekwencjami. Ale jednak właśnie w starciu z ludźmi powinny się od nich wyraźnie różnić, nie tylko tym, że są silniejsze i trudniejsze do zabicia (czy zresztą wiadomo, kiedy umiera demon? Mają chyba zdolność odradzania się). Nie na darmo w różnych opowiastkach rodem z folkloru Zły, kiedy go unicestwić, znika, pozostawia po sobie kałużę cuchnącej mazi. Ludzie kiedyś potrafili radzić sobie z problemem pozornej cielesności istoty nieludzkiej. :) Jakiś żółtawy opar, wypalający oczy, też byłby całkiem na miejscu...
W każdym razie, jeśli zamierzasz zajmować się tą tematyką, przemyśl sobie, co można zrobić, żeby demon był demonem, a nie tylko przeskalowanym człowiekiem z odrobiną zdolności parapsychicznych. :D


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
MJK
Zarodek pisarza
Posty: 16
Rejestracja: ndz 14 sie 2011, 20:41
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: MJK » śr 07 gru 2011, 15:17

Z twoją opinią się zgadzam, Zbieracz Burz to niestety nie to co Siewca. Chociaż mnie w Zbieraczu dużo bardziej niż fabuła, realia itp. poraził styl. Coś się zmieniło, pojawiło się zbyt wiele filozoficznych smętów, które rozwlekają się na całe strony. Ale faktycznie, jest też różnica w tym jak się piorą anioły w Siewcy, a jak latają ze snajperkami w Zbieraczu...



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » śr 21 gru 2011, 13:50

Ręce w kieszeniach płaszcza miałem zaciśnięte na Coltach.

To bym całkowicie zmienił. Raz, że budując scenę, ważniejszym elementem jest broń, nie zaś kieszeń. To dodatek, który pokazuje, że bohater ukrywa ją. Ale to colty tutaj tworzą kadr. I dłonie, nie ręce.
Zaciskałem dłonie na coltach schowanych w kieszeniach płaszcza.
Ale teraz taka niedogodność - colt (kiedyś rozprawkę tutaj o tym pisałem), produkuje broń od XIX wieku. Czyżby chodziło rewolwery? Skoro tak, lepiej napisać, że to rewolwery, a nie np. jakaś modernistyczna spluwa dla FBI (nie chce wdawać się w szczegóły, bo to nie o tym temat).

Przemieszczałem się ostrożnie w kierunku epicentrum tego zjawiska.

hm... jakiego zjawiska? Jedyny obraz, jak pokazałeś, to wicher i okiennice - pomijając idącego człowieka, nic tu nie ma. Czyżbyś wyprzedził narrację?

Im byłem bliżej, tym bardziej widoczne stawały się efekty wyzwolenia ogromnej, strasznej energii – chmury przesuwały się nade mną tak nienaturalnie szybko.

wyciąć, przeczytać obie wersje na głos.

W ogóle postanowiłem trochę przyoszczędzić, darowałem więc sobie faszerowanie ich diablich mózgów ołowiem. Bo żeby zabić je wszystkie potrzebowałbym chyba… nie, ich nie dało się wytępić. To można było zakończyć jedynie w centrum.

Okej. Stop. Tam się tyle... TYLE dzieje? Ale jakby zapomniałeś o tym napisać, prawda? Bohater wyciąga broń i strzela, po czym rzuca, od tak, lekko lekusieńko, że TAM jest TYLE DEMONÓW? Z gęstego klimatu tragedii wychodzi licha groteska, gdzie czas, miejsce i sama akcja przestają mieć znaczenie, a liczy się tylko bohater i jego "cool" podejście do spraw jakże okropnych dla pospołu. To mnie się bardzo nie podoba.

Doczytałem do końca. Od razu powiem, że po połowie miałem obawy, iż skupisz się na bohaterze, tworząc zabawny tekst mający ukazać li tylko tego gostka. Raz, że nie polubiłem go, dwa, że pominięcie wydarzeń DOOKOŁA wydało mnie się zabiegiem tragicznym - demoniczna opowieść o napaści czarcich istot na ziemię zamieniła się w wesołą wędrówkę przez morze krwi. Deszcz natomiast to ciekawy element i tam (i tylko tam) bohater wydał się wiarygodny wobec wydarzeń. Co mnie się jeszcze nie podobało, to krótkie zdania - ale to Twój styl, i nic mi do niego.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości